Żona dla dziedzica - Urszula Gajdowska - ebook
NOWOŚĆ

Żona dla dziedzica ebook

Urszula Gajdowska

4,5

119 osób interesuje się tą książką

Opis

Tuż przed Bożym Narodzeniem 1821 roku baron Konstanty Dąbrowski wzywa do swojego dworu pod Augustowem wnuka Mikołaja i pannę Anielę Bogusławską. Jak głoszą plotki, on jest hulaką i rozpustnikiem, ona zaś – nudną, chłodną jak grudniowy mróz kobietą. Wbrew swojej woli mają zostać mężem i żoną.

Śnieżyca i ryzykowna zamiana ról sprawią, że narzeczeni spojrzą na siebie bez uprzedzeń. Wkrótce jednak okaże się, że nie wszyscy życzą Dąbrowskim spokojnych świąt, a niebezpieczna intryga wciągnie w swój wir nie jedną, lecz dwie rodzące się historie miłosne.

Żona dla dziedzica to porywający romans historyczny, pełen świątecznego klimatu, niebezpiecznych przygód i bohaterów, którzy przekonają się, że los potrafi zaskoczyć bardziej niż realizacja najśmielszych planów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 325

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (4 oceny)
3
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
dzudek87

Nie oderwiesz się od lektury

Po książkę „Żona dla dziedzica” sięgnęłam za sprawą polecenia Pani Ani - #ficek_anna, która nie szczędziła jej pochwał. Wśród wielu zachwytów pojawiło się również stwierdzenie, że to po prostu świetnie spędzony czas. I wiecie co? Po lekturze muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z tymi słowami! 😉 Choć wcześniej nie miałam okazji poznać twórczości Urszuli Gajdowskiej, ta książka okazała się bardzo przyjemnym pierwszym spotkaniem. Bawiłam się przednio! Zbliżający się wielkimi krokami okres świąteczny sprawił, że jeszcze chętniej zanurzyłam się w opowiedzianej historii. Autorka między innymi zabiera nas w klimat dawnych świąt, umiejętnie przeplatając fabułę zwyczajami i obyczajami panującymi w 1821 roku. Te historyczne smaczki szczególnie przypadły mi do gustu, ponieważ pozwoliły jeszcze mocniej poczuć atmosferę tamtych czasów. Nie zabrakło również intrygi, która skutecznie podkręca tempo wydarzeń i dostarcza kolejnych powodów do uśmiechu. Barwni bohaterowie, ich charaktery, relacje i p...
00
malgorzatapakos_212

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Maria-szafirska8

Nie oderwiesz się od lektury

XI / 2026 bardzo fajna opowieść, zresztą jak wszystkie książki Pani Gajdowskiej 😀
00



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Iza Szewczyk

Koncepcja ilustracyjna

Urszula Gajdowska, z wykorzystaniem AI

Redakcja

Agnieszka Luberadzka

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Julita Paprotna

Karina Bednarska-Markot

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2026

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: LIBER SA

ul. Zorzy 4, 05-080 Klaudyn

tel. 22-663-98-13, faks 22-663-98-12

[email protected]

www.dystrybucja.liber.pl

Tekst © Urszula Gajdowska

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

ISBN 978-83-68674-75-0

1.

Dwór barona Dąbrowskiego, północno-wschodnie rubieże Królestwa Polskiego, początek adwentu 1821 roku

Śnieg sypał od kilku godzin, cicho i uporczywie, jakby sam czas postanowił przykryć wszystkie ostre krawędzie świata grubą warstwą zapomnienia. Wiatr szarpał gałęziami starych lip na dziedzińcu, a ich cienie sunęły po ścianach salonu, gdy płomień w kominku przygasał i znów nabierał mocy. Na północy zimy zawsze przychodziły wcześniej niż gdzie indziej, a dwór Dąbrowskich zdawał się tonąć w bieli niczym samotna wyspa.

Baron Konstanty Dąbrowski siedział w wysokim, obitym skórą fotelu, z dłońmi splecionymi na rękojeści laski w kształcie końskiego łba. Miał na sobie ciężki, ciemny surdut, choć w pomieszczeniu wcale nie było zimno. Od kilku dni dokuczał mu ból w stawach, ale nie to sprawiało, że wyglądał na zmęczonego. Jego spojrzenie, utkwione w tańczących językach ognia, było spojrzeniem człowieka, który podjął decyzję i nie zamierzał się z niej wycofać. W całej okolicy mówiono, że baron nie zwykł zmieniać zdania, chyba że sam uznał, iż tak będzie lepiej.

– Alea iacta est* – mruknął, bardziej do siebie niż do sekretarza. – Piszże – dodał niskim, zachrypniętym głosem.

Sekretarz, już niemłody mężczyzna o starannie przyczesanych włosach, uniósł pióro nad papierem i pochylił się nad sekretarzykiem.

– „Jaśnie Wielmożny Panie Mikołaju Dąbrowski” – dyktował baron powoli, z wyraźnym namysłem. – „Z racji więzów krwi oraz zobowiązań, które łączą nasze domy od pokoleń, wzywam Pana do stawienia się w mojej posiadłości nieopodal Augustowa…” – Zawahał się na ułamek sekundy, po czym dodał: – „…w celu osobistego poznania oraz dopełnienia spraw, które nie powinny dłużej czekać”.

Sekretarz skrzypnął piórem. Baron uniósł wzrok.

– Bez zbędnych wyjaśnień – zaznaczył. – Czasem im mniej słów, tym większa waga zaproszenia. A milczenie bywa najdotkliwszą z nagan.

– Oczywiście, jaśnie panie.

Konstanty skinął głową i odwrócił wzrok ku kominkowi. Przez chwilę zdawało się, że nie powie już nic więcej, lecz w końcu odezwał się ponownie, ciszej.

– Zmieniłem zdanie. W przypadku mojego wnuka krótka sugestia nie wystarczy. Zinterpretuje ją na swoją korzyść, huncwot jeden – powiedział z irytacją, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta dziwnej, niechętnej czułości. – Należy zaznaczyć, że oczekuję go przed świętami Bożego Narodzenia. Nie po Nowym Roku.

– Zaznaczę.

– To nie wystarczy. Musisz mu to wyraźnie napisać, Albercie. Może coś o moim rychłym końcu… Albo lepiej postrasz, że przyglądam się innemu krewnemu i że pierwszeństwo urodzenia nie zawsze idzie w parze z pierwszeństwem łaski. Tylko ubierz to w jakieś cywilizowane słowa – poprosił, głaszcząc wypielęgnowaną siwą brodę.

Sekretarz dopisał odpowiednią frazę.

– Teraz drugi list – ciągnął baron. – Do panny Anieli…

Znów przerwał. Płomień zasyczał, podsycony nagłym podmuchem.

– Do panny Anieli – powtórzył stanowczo. – W niemal identycznym tonie. Z tą różnicą, że… – Zamyślił się. – Że damy do zrozumienia, iż chodzi o wolę rodzinną, której sprzeciwienie się byłoby równoznaczne z wystąpieniem przeciw porządkowi rzeczy. I że nie jest to prośba, lecz zaproszenie, którego nie wypada odrzucić. I dopisz jeszcze: „…w tym samym czasie wzywam również Jaśnie Wielmożnego Pana Mikołaja Dąbrowskiego…”, a w poprzednim liście do mojego wnuka wspomnij, że spodziewam się przybycia również panny Anieli.

Sekretarz uniósł na moment wzrok.

– Nie masz miejsca? Nieistotne. – Machnął ręką. – Goniec, któremu powierzymy listy, nie jest człowiekiem w stu procentach dyskretnym. Przewiduję, że i tak się wygada. – Zmarszczył brwi. – No, mówże wreszcie! Widzę przecie, że coś cię frapuje.

– Zastanawiam się, czy panna… zda sobie sprawę z charakteru spotkania?

– Nie sądzę – odparł baron krótko. – Nie musimy jej tego ułatwiać. Każda wiadomość ma swój czas.

– A wie, że ma narzeczonego?

Baron pokiwał z politowaniem głową.

– Jakby nie wiedziała, to pewnie dawno by ją za mąż wypchnięto. Swoje lata ma, dłużej wymigiwać się nie może.

W salonie zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna. Konstanty sięgnął po leżący na stoliku srebrny medalion. Otworzył go ostrożnie. Palce mu lekko drżały, gdy przesuwał je po gładkiej powierzchni.

Wewnątrz znajdował się miniaturowy portret kobiety o łagodnym spojrzeniu.

– Obiecałem – powiedział, bardziej do niej niż do sekretarza. – Verba volant, scripta manent**… a obietnice, jeśli dane uczciwie, wiążą na zawsze. Nie po to wykupiłem wszystkich wierzycieli jej ojca, by poddać się bez walki.

Zamknął medalion i schował go do kieszeni surduta.

– Listy muszą wyruszyć jeszcze dziś – dodał ożywiony.

– Tak jest.

– Drogi są trudne, a pogoda nie sprzyja – ciągnął baron. – Ale dotrą. Muszą.

Sekretarz złożył zapisane kartki i sięgnął po lak.

– A jeśli… – zaczął niepewnie. – Jeśli pojawią się przeszkody?

Konstanty uśmiechnął się blado.

– Przeszkody pojawiają się zawsze. Zwłaszcza wtedy, gdy komuś bardzo zależy, by do spotkania nie doszło. Zresztą młodzi od lat sami sabotują ten związek. Myślą, że mają w tej sprawie coś do powiedzenia. Co za czasy!

Spojrzał w stronę okna, za którym noc gęstniała z każdą chwilą.

– Yhm – odchrząknął Albert.

– Co znowu?!

– Trochę mają.

– Wiem, dochodzą mnie słuchy, co jedno i drugie robi, byleby się tylko nie spotkać.

– To może nie informujmy ich o przybyciu tego drugiego? – zaproponował z pewną nieśmiałością.

– To byłoby za proste i nie pozwoliłoby mi się wreszcie dowiedzieć, w czym rzecz i czy podjąłem właściwą decyzję.

Ogień w kominku strzelił iskrami, niczym na potwierdzenie wagi słów. Gdzieś w głębi dworu skrzypnęły drzwi, a przeciąg poruszył ciężkie kotary.

Sekretarz wstał, trzymając w dłoniach dwa zapieczętowane listy.

– Wyślę gońca natychmiast.

– Dobrze – odparł baron. – Niech Bóg ma go w swojej opiece.

A kiedy sekretarz opuścił salon, Konstanty pozostał sam, wpatrzony w płomienie, jakby próbował dostrzec w nich przyszłość, która zbliżała się nieuchronnie – wraz z zimą, podróżą i tajemnicą, której nie wszyscy mieli wyjść naprzeciw z czystymi intencjami i czystym sumieniem.

Nie przeczuwał jeszcze, że ta zima przyniesie więcej zamieszania, niż ktokolwiek z nich mógłby przewidzieć.

Za oknem zawył wiatr. Niósł zapowiedź nadchodzących wydarzeń.

* Kości zostały rzucone (łac.)

** Słowa ulatują, pismo pozostaje (łac.)

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1.

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie