Zmierzch bogów - Michał Gołkowski - ebook
lub
Opis

Wojna!

Mury Konstantynopola jęczą pod naporem machin oblężniczych emira Maslamy, pchanego do walki przez ambicję, zemstę i honor. Atak za atakiem rozbija się o niezdobyte umocnienia... Jednak prawdziwe zagrożenie rodzi się w ciemnych zaułkach miasta i złotych salach pałacu cesarskiego.

Pośród chaosu walk, mozaiki intryg i pełnych zwątpienia spojrzeń jest jeden człowiek, który nie potrzebuje już ani wiary, ani nadziei - ponieważ ten człowiek wie.

Teraz, kiedy Zahred wie, że został dostrzeżony, nie cofnie się już przed niczym... Dosłownie niczym.

Wojownicy ostrzą miecze i topory, szykując się do bitwy, która zadecyduje o losach kontynentu, a może i świata.

Teraz nie ma już odwrotu, bo los został eony temu zapisany w gwiazdach.

Nadchodzi ostatnia walka, zbliża się Ragnarok - Zmierzch bogów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 727


ZAHRED Siedmioksiąg Grzechu

Spiżowy GniewBogowie PustyniBramy ze złota Tom 1. Świątynia na bagnach Tom 2. Złote miasto

Czas płynie bez przerwy wartkim prądem, zagarnia i unosi ze sobą do otchłani zapomnienia wszystko, co się dzieje – zarówno zdarzenia błahe, niewarte uwagi, jak i wielkie, godne pamięci.

Z wielkimi podziękowaniami dla Karoliny Podkomorzy,

Prolog

Zahred!

Waregowie dopadli do jarla, leżącego bez czucia na podłodze świątyni.

Któryś przypadkiem kopnął zakrwawioną, odrąbaną od ciała głowę kalifa, ta potoczyła się na bok, prosto pod nogi tłoczących się wokoło ludzi, jeszcze przed chwilą pogrążonych w modlitwie. Ktoś krzyknął głośno, przenikliwie, odskoczył na bok ze strachem.

– Żyje! – zawołał radośnie Torleif, przyłożywszy ucho do ust Zahreda. – Żyje!

W pierwszej chwili myśleli, że padł trupem. Szli za nim przez deszcz, czując, że coś się święci, że gotów zrobić coś głupiego. Jego twarz, kiedy odszedł od łoża paskudnie rannej, może nawet umierającej Miry, bardziej przypominała skrzywioną w grymasie zawziętości maskę. Jak u człowieka, który nagle stracił jakikolwiek powód, aby żyć.

Widzieli go, jak stanął przed świątynią, gdy ulewa nagle ustała. Wszedł do środka, trzymając w jednej ręce swoje trofeum, a w drugiej topór.

Bali się, że zaraz zacznie na oślep mordować ludzi, więc popędzili za nim.

I tak go właśnie znaleźli.

Leżał na wznak, blady jak ściana, z otwartymi oczyma. Autentycznie wystraszyli się, że z przemęczenia, z nerwów, z napięcia mógł paść, rażony apopleksją... Ale chyba już dochodził do siebie, bo poruszył się, powoli przymknął, potem otworzył oczy. Obrócił głową w lewo, w prawo.

– Co? – Torleif nachylił się nad nim, widząc, że usta Zahreda drgnęły. Zmarszczył brwi, odsunął się i huknął: – Cisza!

Głos poniósł się echem po wnętrzu, ludzie umilkli nagle. On znowu pochylił się, przystawił ucho do warg jarla.

Zahred przełknął ślinę, powtórzył ledwie słyszalnym głosem:

– Zobaczył... mnie...

Zalani krwią, udręczeni, słaniający się na nogach, mokrzy od deszczu i potu obrońcy Miasta wrzasnęli wielkim głosem, widząc, jak armia pod zielonymi sztandarami odstępuje w końcu od natarcia.

Zwycięstwo! Ho stavros nika, krzyż zwyciężył! Uciekajcie, zabierajcie się stąd, bezbożni tchórze!

Oddziały najeźdźców wycofywały się w bezładzie, zostawiając za sobą zabitych i rannych, porzucając drabiny i sprzęt oblężniczy. Dymy pożarów zasnuwały pole bitwy, zewsząd niósł się trzask płomieni, jęki i krzyki rannych, przeciągłe buczenie rogów i bicie w dzwony.

Na śliskich od krwi murach zaczęli pojawiać się pachołkowie, pomagający zejść po schodach tym, którzy jeszcze trzymali się na nogach.

Duchowni i zakonnicy pospieszyli ku ciężej rannym i konającym, aby oddać im ostatnią posługę i pozwolić odejść tak, jak obrońcom wiary i krzyża przystało.

Tymczasem protospatharios Niketas stał niczym słup soli, sam nie wierząc w to, co właśnie się wydarzyło.

Nie mógł również uwierzyć w to sam emir Maslama.

Gońcy przybiegali co chwila, wpadając na siebie, tłocząc się i przekrzykując, walcząc o uwagę dowódcy.

Flota pobita, odparta!

Klęska u Złotej Bramy, cały regiment wraz z dowódcami wybity do nogi!

Statki z wieżami oblężniczymi spalone diabelskim ogniem!

Piechota wycofuje się, oddziały na skraju dezercji!

Inżynierowie uciekają!

Kolejny okręt zatonął, nikt nie przeżył!

Kawaleria w popłochu!

Kalif nie żyje!

Połowa oddziału szturmowego poddała się już na murach!

Kalif poległ!

Kalif Sulejman zabity!

Porażka!

Kalif...!

Kalif.

Kalif.

Maslama słuchał tego, odpowiadał zupełnie mechanicznie, ze zdumieniem słysząc własny głos – tak spokojny, wyważony i rozsądny w tej chwili. W jego głowie szumiało całe morze myśli, ocean rozpaczy i niedowierzania: jak to? Jakim przeklętym cudem? Dlaczego?!...

Wiatr niósł od morza zapach spalonego drewna i rozgrzanej smoły, w który wcinała się dławiąca, ściskająca gardło woń zwęglonego ciała.

Przegrali, dotarło do niego nagle. Zaatakowali bez przygotowania, bez przemyślenia, zbyt wcześnie, i ponieśli klęskę. Dlaczego jednak rozpoczęło się natarcie?

Jeden z kurierów meldował o wietrze, który zepchnął idące Bosforem okręty ku murom. Zapewne tamci nie mieli wyboru... Dali sygnał, bohatersko próbując przekuć nieuchronną klęskę w wątpliwe zwycięstwo.

Co się stało, nie odstanie się, pomyślał Maslama. Ale wszystko inne będzie jego wyborem.

Wstał, goniec urwał słowotok, skłonił się nisko. Zebrani w namiocie generałowie też przestali szeptać i wymieniać półgłosem uwagi, schylili głowy.

Maslama potoczył po nich wzrokiem, odezwał się:

– Nie odstępujemy od oblężenia.

– Panie! – Jeden z dowódców odważył się wystąpić pół kroku naprzód. – Straciliśmy ludzi, wieże oblężnicze znów spłonęły! Szykowaliśmy się tak długo, a teraz...

– A teraz, skoro już polała się pierwsza krew, nie możemy odstąpić! Nie odstąpimy! Jeśli mój brat, kalif Sulejman, naprawdę poległ śmiercią bohatera... – głos zadrgał, lecz emir powściągnął wzburzenie – to naszym obowiązkiem jest go pomścić!

Generałowie najpierw zamruczeli z uznaniem, potem zakrzyknęli i zaszczękali wyciąganymi z pochew mieczami: dobrze emir prawi, słusznie! Jak człowiek honoru!

– Nie odstąpimy! Zbudujemy nowe wieże, nowe drabiny! Zbierzemy siły i będziemy uderzać na Miasto, aż znajdziemy słaby punkt w ich obronie. A wtedy, wtedy Konstantynopol padnie przed nami na kolana!

Α – alfaczyli rozdział pierwszy

Naprzód, żołnierze Proroka, do boju!! Niechaj niewierni zegną karki przed jedyną wiarą!...

Drewniany pomost opadł iz impetem huknął o koronę umocnień w tym samym momencie, gdy wystrzelona z murów kamienna kula przebiła na wylot obydwie ściany wieży oblężniczej.

Pocisk wielkości głowy nawet nie zwolnił, gdy przeleciał najpierw przez złożone na ścisk, nasączone wodą i obłożone mokrymi ścianami bierwiona, a potem, rwąc oraz miażdżąc ciała, wpadł pomiędzy stłoczonych, pnących się po drabinach żołnierzy tylko po to, żeby przebić drugą ścianę i pomknąć ku zasypanemu odcinkowi fosy.

Wysoka konstrukcja zakołysała się na boki, zatrzeszczała niepokojąco, ale ustała w pionie.

Ludzie w pierwszej chwili chwycili się czego popadnie: szczebli, desek, nawet towarzyszy broni! Kilku z tych, którzy byli już na przerzuconym ku murom pomoście, upadło, ale zaraz poderwali się i pobiegli z krzykiem przed siebie, runęli na stłoczonych na szczycie murów obrońców.

Rzucili się w ciżbę niczym dzikie lwy – prosto na nadstawione groty włóczni, pomiędzy wzniesione do uderzenia miecze i topory, ku oczekującym już żądłom sztyletów i krótkich noży.

Ludzie zwarli się, sczepili w śmiertelnym boju.

Jedni i drudzy napierali z całych sił, rąbali, kłuli, dźgali, uderzali i próbowali wszelkimi dostępnymi sposobami sięgnąć przeciwnika.

Miecze krzyżowały się z szablami. Włócznie uderzały o tarcze i więzły w pancerzach. Strzały świstały nad głowami, od czasu do czasu rykoszetując z brzękiem od żelaznych półkul płytkich hełmów.

To był ten moment! To był ten dzień, gdy Konstantynopol wreszcie miał paść!

Kolejny taki dzień.

Jeden z wielu, tak wielu, że zarówno oblegającym, jak i oblężonym nieustanne ataki i odwroty zaczynały zlewać się w jedno.

Obserwujący to z wieży garnizonu przy Blachernae protospatharios Demetrios Niketas zrobił ledwie zauważalny gest, rzucił wypranym z emocji, matowym głosem jedno słowo:

– Naprzód.

– Naprzóóód! – czekający tylko na sygnał Zahred ryknął do swoich ludzi, wznosząc nad głową topór. – Naprzód, za Konstantynopol! Ho stavros nika!

– Ho stavros nika! – zawołało wraz z nim kilkunastu, ale ich głosy utonęły w głośniejszym okrzyku reszty waregów:

– Asgaaard!

Runęli po szerokim kamiennym parapecie na szczycie murów burobrązową falą, która uderzyła z boku na wysypujących się z wieży oblężniczej atakujących.

Zepchnięci na bok, przyciśnięci przewagą liczebną obrońcy walczyli dzielnie, ale inżynierowie Maslamy bardzo dobrze dobrali miejsce, w którym machina zrzuciła na mury swój długi, szeroki pomost: tutaj po nadgryzionych zębem czasu schodach na górę dostać się mogła tylko określona ilość posiłków, a na sąsiednich odcinkach także wrzał już bój. Dlatego też wspinający się po drewnianej konstrukcji wojownicy atakowali z takim zacięciem, wiedząc, że ich zwycięstwo może ukoronować dzień.

Doskonale wiedział o tym też dowodzący obroną odcinka Blachernae protospatharios. Co tu zresztą było do ukrycia? Obydwie strony grały swoimi zasobami niczym na ogromnej szachownicy, gdzie wszystkie figury i ich ruchy były doskonale widoczne.

I właśnie na tę chwilę pan Niketas zachował czarnego konia ze swej stajni.

Tak, owszem – żołnierze Maslamy widzieli biegnących ku nim po murach waregów. Naturalnie – część zwróciła się ku nim tarczami, oczekując na uderzenie.

Ale czego można było się spodziewać po tych zarośniętych obdartusach, z których niewielu miało żelazny pancerz albo porządnie wyglądający hełm? Ich okrągłe tarcze były przecież niezdarnie, krzywo wymalowane w jakieś prymitywne wzory, a szaro-brązowe tuniki wyglądały żałośnie przy krzykliwych, zielono-czerwonych i żółto-zielonych, powiewających kaftanach atakujących. Już nawet obrońcy Konstantynopola, chowający się za wielkimi tarczami Romaioi, sprawiali wrażenie lepszych przeciwników!

Jednak ludzie Zahreda nigdy nie przejmowali się tym, jak postrzega ich przeciwnik. Nie ubierali się też tak, jak czynią to uważający się za zawodowych wojowników, którzy na każdym kroku starają się podkreślić, jak dobrze walczą.

Ani Zahred, ani jego waregowie nie zaprzątali sobie głowy czymś tak trywialnym jak walka.

Ich zadaniem było zabijanie.

Zahred wpadł pomiędzy atakujących niczym huragan wirującej stali.

Przerąbał tarczę najbliższego na wylot wraz z ukrytą za nią ręką, ciął sąsiedniego mieczem przez twarz i nie zwalniając, jednym płynnym ruchem poprowadził ostrze dalej, wbijając sztych pomiędzy zasłonę i rant tarczy trzeciego.

Na krótką chwilę, może na dziesiątą część sekundy, świat dokoła zwolnił: bryzg krwi; wyszczerzone zęby jednego z ludzi; błysk dalekiego słońca na klindze szabli.

Wgryzający się w trzonek buławy półksiężycowaty topór.

Przesuwający się o szerokość dłoni od jego głowy grot, sięgający coraz dalej i dalej, wyciągający się pozornie nieskończenie długo na nierównym drzewcu i malejący w perspektywie, aż wreszcie trafiający pomiędzy dwa płaty wiązanego z płytek pancerza, spod którego natychmiast trysnął szkarłat.

Odbijający się w oczach wojownika obok niego odblask ognia z wieży oblężniczej na dalszym odcinku murów.

– Odyyyn! – wrzasnęli waregowie, przepychając się masą tarcz przez o wiele słabszy szyk przeciwników.

Niezdolni do zatrzymania ich, znacznie niżsi i słabsi atakujący nie wytrzymali naporu, pozwalając, aby klin barbarzyńców wbił się pomiędzy nich, rozdzielił niemalże na pół.

– Ściana! – krzyknął Zahred, uderzając kolejnego wroga najpierw mieczem, potem toporem. – Szyk twóóórz!

– Ściana z tarcz! – podłapali rozkaz wojownicy.

Zaczęli podnosić zasłony, ustawiać się jeden obok drugiego, zamykać istnym murem z drewna. Większa część wrogów odskoczyła, tylko kilkunastu wciąż walczyło, odciętych od głównych sił, przyciśniętych do wewnętrznej krawędzi muru. Zaledwie drewniana barierka dzieliła ich od wielostopowej przestrzeni pustego powietrza, poniżej której ciągnął się tylko wyłożony kamieniami chodnik pomiędzy murem wewnętrznym a zewnętrznym...

– Pchaj! – dziko zawył Ingvar do stojących obok ludzi. – A-hu!

– A-hu!... A-hu!...

Ściana z tarcz popełzła naprzód, naparła na dociśniętych do balustrady obrońców. Ci próbowali atakować, uderzali zakrzywionymi szablami, dźgali włóczniami, ale ich lekkie tarcze tańczyły w rękach, krzywiły się, nie pozwalając stawić oporu jednolitej masie, która cal za calem, stopa po stopie spychała ich w tył.

Ktoś krzyknął ostrzegawczo, barierka zatrzeszczała, wygięła się – a potem z trzaskiem pękła.

Ludzie polecieli na łeb na szyję, spychani z wysokiego muru przez wciąż napierającą na nich ścianę z tarcz.

Wrzaski przerażenia spadających wybiły się nawet ponad łomot i klangor broni, dźwięcznie grającej niemalże na połowie długości murów Konstantynopola, od samego rana pracującej niestrudzenie podczas kolejnej od kilkunastu dni próby sforsowania pierwszego z dwóch murów zewnętrznej linii.

Zahred widział już przed sobą wieżę i wciąż wybiegających z niej ludzi.

Schylił się, uderzył barkiem nisko, wybijając kolejnego przeciwnika z równowagi, uderzył mieczem krótko i celnie, wyszarpnął zakrwawioną klingę z ciała.

– Ujrzyj mnie! – wrzasnął w przestrzeń, rzucając się naprzód.

Kolejny wróg, kolejne cięcie, zwód, blok, finta, cięcie, cięcie, bryzg krwi i krzyk, po którym pojawił się od razu jeszcze jeden. Gdzieś śmignęła strzała, utkwiła w ramieniu jednego z ludzi obok. Ktoś sięgnął Zahreda włócznią, zostawiając palący ślad na udzie.

Nie miało to znaczenia, bo on już wskoczył na blanki i wspiął się na drewniany pomost, którym wciąż biegli kolejni atakujący.

Obok niego pojawiło się od razu kilku ludzi – Asmund, chyba Torleif i ktoś jeszcze. Kątem oka widział ryczącego, zbryzganego krwią od stóp do głów Rualdra, przy każdym zamachu toporem posyłającego w powietrze bryzgi krwi, odcięte dłonie i ręce, fragmenty pancerza... Powinien poczekać, aż będzie ich więcej.

Powinien.

Skoczył ku pierwszemu przeciwnikowi, ciął nisko, zaczepił toporem za nogawkę spodni, szarpnął i popchnął tamtego w bok, zrzucając bezradnie machającego rękoma z pomostu w pustkę.

Kolejny ciął szablą, ale cios spełzł niegroźnie po pancerzu, zgrzytając tylko i sycząc po oczkach kolczugi; Zahred pchnął naraz mieczem i toporem, ostry koniec żeleźca zaczepił za koniuszek nosa, wyżłobił krwawą bruzdę w twarzy i sięgnął oka, które prysło jak zbyt mocno naciśnięte jajko.

– Zahreed! – zawyli jego waregowie, rzucając się śladem jarla na pomost.

Obserwujący to ze swego stanowiska na murach protospatharios Niketas zacisnął dłoń w pięść, uderzył bezsilnie o kamień: nie! Nie tak miało być, przecież zabronił Zahredowi jakichkolwiek bohaterskich zachowań!...

– Łucznicy, ostrzał na podejście do wieży! – zakomenderował, pokazując oficerowi łącznikowemu kierunek.

Tamten kiwnął głową, błyskawicznie przekazując rozkaz dalej: cel podejście do wieży!

Strzały zaświstały gęsto, rażąc biegnących w kierunku machin oblężniczych ludzi, zakrywających się szerokimi prostokątnymi tarczami z wikliny i skór.

Zahred dopadł do dopiero co gramolącego się z drabiny człowieka, wzniósł topór wysoko i opuścił z całej siły. Tamten akurat podnosił głowę, zdążył otworzyć tylko szeroko oczy, chciał krzyknąć – żeleźce skrzesało iskry, rozrąbując stalowy hełm wraz ze skrytym pod nim materiałowym czepcem i głową, wbiło się aż do łuku nadoczodołowego i ugrzęzło w białawo-szarej tkance mózgu.

Zahred wyszarpnął broń i kopnął trupa, spychając go na wspinających się po drabinie ludzi. Wypuścił topór, który zawisł na zawiniętej wokół nadgarstka skórzanej pętli, chwycił za szczebel.

Skoczył prosto na stłoczonych poniżej ludzi.

Spadł któremuś na plecy, od razu dźgnął sąsiedniego mieczem; nim zorientowali się, co się dzieje, popchnął następnego na ścianę, kopnął w brzuch, przerzucił topór i chwycił za drzewce.

– Ujrzyj mnie! – wrzasnął dziko, skacząc na przerażonych gwałtownością jego natarcia.

Owszem, byli zawodowymi, zaprawionymi w bojach żołnierzami. Od lat prowadzili wojny pod flagą kalifatu, widzieli niejedno oblężenie i niejeden bój – od pustyni i wydm Afryki aż po skaliste wybrzeża mórz, za którymi podobno rozciągał się tylko nieurodzajny step północy.

Do tej pory żyli w przekonaniu, że nic im niestraszne, a moc Proroka zegnie kark każdego wroga.

Ale teraz, uwięzieni w zamknięciu czterech ścian dusznej, ciemnej wieży oblężniczej z tym człowiekiem, bardziej podobnym do dzikiego zwierza, mimo woli cofali się o krok, zasłaniając trwożnie tarczami.

Już kolejny płowowłosy olbrzym zeskoczył pomiędzy nich, następny na wpół ześliznął się, na wpół zleciał po śliskiej od krwi i potu drabinie... A na górze było ich jeszcze więcej!

Zahred wyłączył się, zatracił w boju.

Były tylko twarze, błyskająca w półmroku broń, palące radosnym zmęczeniem mięśnie i rwany, szarpiący płuca oddech.

Uderzyć, ciąć, sztych. Zwód. Kopnięcie, poprawić, naprzeć barkiem, wepchnąć na ścianę. Szarpnąć, popchnąć, cios. Uderzyć kolanem, cięcie. Cięcie. Sztych, zaczepić toporem.

Nawet nie wiedział, kiedy ani jak znalazł się na niższym poziomie wieży.

Topór wyśliznął się z ręki, rzemień pękł, więc on złapał pierwszy lepszy z ziemi, przerąbał piszczel człowieka na tyle głupiego, żeby stanąć mu na drodze, żgnął kolejnego mieczem w brzuch, odepchnął następnego na bok i wyskoczył za nimi na zewnątrz.

Chłodny wiatr owionął go, ale on ledwo to poczuł – topór zafurkotał, zagrzebał się w plecach najbliższego przeciwnika.

Dopadł do kolejnego, ciął po ścięgnach, nawet się nie zatrzymał, żeby dobić – runął na następnego, obalił na ziemię, rąbnął toporem, czując tylko, jak kruszy się kość...

Poderwał się, rozejrzał – wrogowie uciekali, zarzucając tarcze na plecy.

Wieża po prawej stronie płonęła, po lewej też widać było wycofujące się spod murów oddziały.

Potrząsnął głową: huczenie w uszach nabrało wyraźniejszego tonu, zlało się w rwany, modulowany dźwięk rogów, wzywających oblegających do odwrotu.

Ktoś jeszcze próbował się czołgać, inny kuśtykał, podpierając się ułamaną włócznią i oglądając trwożliwie, czy aby od strony murów nie nadleci kąsającym żądłem strzała.

Kaleka wrzasnął przeraźliwie, przyspieszył – a wtedy z tyłu dopadła do niego jakaś postać. Błysnęło żelazo, bryznęła krew, człowiek poleciał bezwładnie na ziemię. Żeleźce wzniosło się jeszcze raz, i znów...

Zahred patrzył, jak Mira schyla się i podnosi za włosy głowę przeciwnika. Wzniosła upiorne trofeum wysoko, pokazując oblegającym, krzyknęła coś głośno, przenikliwie... Obróciła się, jak gdyby czując na sobie jego wzrok.

– Nie powinnaś jeszcze walczyć – powiedział ochrypłym głosem. Słowa przechodziły mu z trudem przez gardło, które ostatnio częściej wydawało z siebie na poły zwierzęce okrzyki bojowe, niż układało się do zgłosek języka.

Mira odruchowo dotknęła ręką podbrzusza, wzruszyła ramionami.

– I tak nic to nie zmienia.

Ani jeden mięsień nie drgnął w jej twarzy, tylko w oczach błysnęło coś... coś bolesnego.

Była piękna właśnie tak – zmęczona, z rumieńcem pałającym na policzkach, zziajana i zbryzgana krwią, ściskająca w ręce miecz. Z nie do końca zagojoną raną na policzku, po której na pewno zostanie jej blizna.

Natomiast on wiedział, że to nie jedyna rana i nie jedyna blizna, jaka w tej chwili dla niego zdobiła jej ciało. Dla niej wszystkie inne też byłyby ozdobą. Ale tamta, tamta jedna...

– Dla mnie zmienia bardzo dużo. Medyk mówi...

Raz jeszcze przesunęła dłonią po podbrzuszu. Skrzywiła się, splunęła krwią z rozbitych ust.

– Wiem, co mówi. Pamiętam bardzo dobrze, i uwierz mi: jeśli tak właśnie jest, to nic to nie zmienia.

– Mimo to nie powinnaś rzucać się w bój na pierwszą linię. Nie po niespełna dwóch miesiącach.

Podeszła do niego i stanęła tak blisko, że wyzwanie stało się aż nadto widoczne. Każdemu innemu człowiekowi, nieważne, mężczyźnie czy kobiecie, dorosłemu czy dziecku – każdemu innemu skręciłby za to kark. Jej... jej nie miał odwagi nawet przytulić.

– Nie powinnam, ale chcę – wycedziła. – Tak jak ty. Chcesz, żeby zobaczyli cię bogowie?

– Już mnie widzą.

– Doskonale. To może przy okazji zobaczą też i mnie.

– Mira...

Chciał wziąć ją za rękę, ale ona wywinęła się i ruszyła ku wieży, wokół której kręcili się dorzynający wrogów waregowie. Obejrzała się jeszcze przez ramię, rzuciła mu kwaśny uśmiech.

– Skoro ty możesz ich prosić o swoje, to i ja będę!

Zamachnęła się i cisnęła odrąbaną głowę w bok, ku na wpół zasypanej fosie. Trofeum potoczyło się, na chwilę zatrzymało przy samej krawędzi, a potem spadło na dno rowu, pomiędzy zalegające tam trupy.

Zahred dotknął wiszącego na piersiach pozłoconego krzyża, który podarował mu Niketas.

„Nie zabijaj” – ponoć głosił jeden z zakazów. Raz jeszcze spojrzał w lewo, w prawo po zasłanym ciałami pobojowisku.

Skrzywił się z bólu, a potem powoli, lekko utykając, powlókł się z powrotem ku murom.

– Będą gotowi do walnego szturmu lada dzień.

Protospatharios Niketas spojrzał z ukosa na stojącego obok dowódcę przybocznych, pokiwał niechętnie głową.

– Owszem, na to wygląda, Zahredzie. A mimo to gotowi są też na pertraktacje. Sam basileus nalega, że powinniśmy negocjować.

– A ty się z tym nie zgadzasz... panie?

Zahred czekał na odpowiedź dłuższą chwilę. Niketas pochylił się w przód i wsparł łokcie o kamienny parapet murów, taksując wzrokiem widoczny jak na dłoni obóz wojsk Maslamy.

– To, z czym się zgadzam, jest wtórne wobec faktów.

Armia oblegających stała pod Konstantynopolem już trzeci miesiąc i wszystko wskazywało na to, że łatwo nie odstąpi.

Obozowisko przekształciło się teraz w coś przypominającego oddzielne miasto – odgrodzone od przeciwników oblicowanym kamieniami nasypem, przed którym ział potężny rów, z trzema zamkniętymi bramami, podzielone uliczkami na odrębne dzielnice... Dalej, za niezliczonymi namiotami, zagrodami dla bydła i zwierząt, warsztatami, jatkami i kuchniami, dzień w dzień obsługującymi gigantyczną armię, widać było ciemne zagony zaoranych i niedawno obsianych ozimym zbożem pól.

Można by uwierzyć, że ci wszyscy ludzie przebyli tak daleką drogę tylko po to, aby zostać osadnikami – ale przeczył temu niosący się dniem i nocą od strony kuźni brzęk kutego żelaza.

Jawny kłam zadawały temu codziennie wysypujące się przez bramy oddziały, które ustawiały się w karnych czworobokach, na rozkaz maszerowały ku Miastu, a potem stawały, nie przekraczając ułożonej z kamieni linii najdalszego zasięgu strzału machin obronnych.

W końcu nie pozwalały w to uwierzyć rosnące przy murze składy drewnianych elementów, z których powoli zaczynały powstawać drabiny, mniejsze i większe przenośne szopy – oraz które wreszcie miały stać się fragmentami największych do tej pory wież oblężniczych. Już nie dwa, nie cztery i nie osiem, ale dobry tuzin kolosów miał ruszyć ku murom Miasta, otwierając żołnierzom emira Maslamy drogę na górę, aby mogli skrzyżować oręż z obrońcami Konstantynopola.

Każdy z ataków, które przypuszczono na umocnienia w ciągu ubiegłych dwóch tygodni, był nieledwie przygrywką. Nawet ten dzisiejszy, do tej pory największy i najlepiej przygotowany, był wyłącznie tym – wprawką rzemieślnika, nim ten wreszcie przystąpi do naprawdę wielkiego dzieła.

I tylko zalegające w fosach trupy oraz kolejne masowe mogiły po obydwu stronach murów pozwalały domyślać się ceny dzieła, którego prawdziwej wartości nie znał jeszcze nikt.

– Wiesz, że tym razem może im się udać? – Zahred rzucił słowa pozornie w przestrzeń.

Powiew jesiennego wiatru szarpnął, załopotał połami jego płaszcza. Stojący nieco dalej waregowie z nieskrywaną rozkoszą wystawili twarze ku chłodnemu powietrzu: na bogów, nareszcie! W końcu jakaś normalna temperatura!

Protospatharios pokiwał głową, westchnął ciężko.

– Szturm na Miasto tylko od strony lądu? Gdybyś wspomniał mi o czymś takim rok temu, to zapewne powiedziałbym...

– Niemożliwe? Nie ma rzeczy niemożliwych, Demetriosie. Są tylko te, w które trudno nam uwierzyć. A przyznaję, że Maslamie nie brak fantazji.

– Raz jeszcze zatem proszę, żebyś nie zapędzał się w swoim bohaterstwie. Wszyscy już widzieli, że nie brak ci odwagi ani sprawności we władaniu orężem, niemniej...

– Nie wszyscy.

– Niemniej nie życzę sobie, abyś głupio ryzykował życie, czy to swoje, czy swoich ludzi – twardo dokończył Niketas. – Tym bardziej że to też moi ludzie. I nie, nie będziemy na ten temat dyskutować!

Przez chwilę żaden z nich nie mówił nic, kontemplując ogrom armii oblegających. W tej chwili wszędzie, jak okiem sięgnąć – przed nimi, po lewej, po prawej – widać było wyłącznie żołnierzy pod zieloną flagą Maslamy.

– Zrozumiałem, panie – powiedział w końcu Zahred.

Protospatharios westchnął z ulgą, pokręcił głową. Podniósł rękę, zawahał się, a potem położył Zahredowi dłoń na ramieniu.

– Jak czuje się pani Mira?

– Na tyle dobrze, żeby nie móc usiedzieć w domu – warknął tamten.

– Tak, widziałem, że twoje... to jest że kobiety walczą razem z wami. Czy jednak to rozsądne? Nie wiemy, czy jej rana nie otworzy się znowu.

– Jest zagojona na tyle, na ile to możliwe.

– Rozumiem. I medyk mówi, że...?

– Modlić się. – Zahred wydął pogardliwie usta. – Modlić się, bo nic nie jest niemożliwe dla Najwyższego, który wbrew wszystkiemu wzbudził potomstwo Abrahama. Tak powiedział.

Niketas zmrużył oczy, zacisnął usta.

– Nie życzę sobie waszych cynicznych uszczypliwości, panie Zahredzie. Szczególnie jeśli zdecydowaliście się przynajmniej pozornie przyjąć pewne obowiązujące w Mieście ramy zachowania i moralności.

Zahred przejechał dłonią po wiszącym na piersiach krzyżu, uśmiechnął się zdawkowo.

– Źle mnie zrozumieliście, wasza najłaskawsza światłość. Zarówno ja, jak i Mira mamy... nieco odmienny od powszechnie przyjętego w Konstantynopolu pogląd na kwestię tego, dlaczego i kogo zauważają bogowie. To jest kogo zauważa Bóg.

– Owszem, pan Ioannes mi o tym mówił. – Niketas prychnął, potrząsnął głową. – Pałac Poległych, do którego prowadzi wielka brama ze złota, tak? Jakieś nonsensy o raju, który ma być niekończącą się ucztą, przerywaną bijatyką.

– Walhalla. Cóż, to raczej moi ludzie, ale tak. Sam nie miałbym nic przeciwko takiej wizji.

– Nie sądzisz, że to niedorzeczne?

– Nie bardziej niż jakakolwiek inna wersja zaświatów, o jakiej słyszałem, Demetriosie. Powiedz jednak sam: czy Bóg nie docenia męstwa tych, którzy bronią jego ukochanego Miasta?

Protospatharios westchnął ponownie, założył ręce na piersiach.

– Nie jestem pewien, czy to najlepszy sposób poszukiwania Jego łaski, ale zgadzam się: mam nadzieję, że tak właśnie jest. Czym innym jednak jest łaska, a czym innym...

– Cud?

– Tak.

– To jedno i to samo, Demetriosie. Dla bogów nie ma rzeczy niemożliwych, a jedyną rzeczą z niemożliwym graniczącą jest ściągnięcie na siebie ich uwagi.

– Czy musisz doprawdy...

– Dla Boga – poprawił się Zahred. – Dla Boga nie ma nic niemożliwego... Jego uwagi.

Niketas zabębnił palcami po murze. Widać było, że toczy rozmowę, ochoczo wyłapując sporne wątki, ale myślami jest gdzieś daleko. Znów westchnął.

– Basileus chce, abym to ja wziął na siebie rolę negocjatora – powiedział w końcu.

Zahred uniósł brew, wyraźnie rozbawiony.

– Najpierw architekt porozumienia, które zostaje złamane i doprowadza do oblężenia... A teraz negocjacji. Jak rozumiem, scenariusz będzie identyczny jak poprzednio?

– Chwała dla cesarza, hańba dla mnie – przytaknął Niketas.

– To nie oferta, prawda?

– Raczej stwierdzenie faktu, Zahredzie. Podobnie jak to, że jeśli pójdę na te rozmowy, to ty będziesz tam ze mną.

Zahred pokiwał głową, wbił wzrok w sięgające od horyzontu po horyzont obozowisko.

– Do samego końca, panie?

– Do samego końca.

– Do samego końca!... – wydyszała Mira, wbijając mu paznokcie w plecy.

Zasyczał z bólu, ale chwycił ją tylko mocniej, przyciągnął pod siebie. Oplotła go mocno nogami, wczepiła się dłonią we włosy i przyciągnęła jego głowę.

– Mira... – wycharczał, ale ona spojrzała tylko na niego dziko wielkimi, szeroko rozwartymi oczami. Widział, jak przez twarz przebiegają jej spazmy bólu, ale nie puszczała go, jak gdyby celowo zmuszając, żeby był jak najbliżej, jak najbardziej...

Odrzuciła głowę w tył i krzyknęła głośno, zwinęła się w paroksyzmie bólu i rozkoszy, potem zgięła wpół, drżąc spazmatycznie, aż w końcu opadła na łóżko.

– Dość!... – jęknęła, zasłaniając twarz i odpychając go od siebie.

Odsunął się, ułożył przy niej, ona zwinęła się w kłębek plecami do niego, wciąż drżąc niekontrolowanie. Chciał jej dotknąć, dłoń na moment zawisła w powietrzu... Zabrał ją jednak.

Już miał się odsunąć, ale Mira wyciągnęła swoją rękę w tył, położyła mu na biodrze.

– Nie odchodź. Potrzebuję cię blisko – wyszeptała.

Przysunął się najbliżej jak mógł, otulił ją swoim ciałem. Nadal drżała, ale czuł, że uspokaja się, zaczyna rozluźniać.

Ułożyła głowę na jego ramieniu, przyciągnęła drugą rękę, docisnęła mocno do piersi.

Jej oddech zaczął się wyrównywać i wtedy wkradł się w niego dziwny, drgający rytm.

– Mira, ty płaczesz? – Nachylił się nad nią.

– Nie. – Potrząsnęła głową, łykając łzy.

– Mira, dlaczego...

– To ze szczęścia. Naprawdę.

Zamrugał, delikatnie wysupłał rękę z jej objęć i ostrożnie otarł łzy.

– Nie kłam.

Obróciła się do niego, zarzuciła mu ramiona na szyję i wtuliła się mocno.

– Chciałam mieć twoje dzieci – zdołała wydusić przez ściśnięte gardło. – Mieć z tobą dom, rodzinę... Rozumiesz?

– Mira, to...

– I teraz nawet tego nie będzie! Nie będzie, bo twoi durni bogowie, bo ten lekarz, to, co on mówi, że...

Głos jej się załamał, załkała znowu, wczepiając się w niego desperacko rękoma, jakby chciała uciec przed nieodłącznie towarzyszącym jej od dwóch miesięcy bólem.

Zaczęli znów być ze sobą, mimo że on uważał, że to stanowczo za wcześnie. Jednak ona udawała. Chcę cię, pragnę cię, powtarzała. Tak jak kobieta mężczyzny.

Udawała i robiła to dobrze. On jednak i tak widział, jak krzywi się i czasami zgina wpół, gdy wydaje jej się, że nikt nie patrzy. Na zewnątrz nadal była taka sama – wesoła, radosna, zawsze gotowa do wypitki i przepychanek czy to słownych, czy jakichkolwiek innych. Ale teraz, kiedy nie miała się za czym ukryć...

Na wpół zagojona, różowo-fioletowa blizna na podbrzuszu była dla niej zarówno przedmiotem wstydu, jak i obiektem fascynacji. Nie pozwalała mu jej dotykać, ale czasami w miłosnym uniesieniu chwytała go za włosy i zmuszała, żeby przejechał po niej ustami. Wtedy drżała i wyginała się, a on nie wiedział – czy to był bardziej ból, czy bardziej rozkosz...?

Podobnie było dziś. I za każdym razem od pewnego czasu, gdy Mira w zasadzie zmuszała go, żeby był z nią – do końca.

– Mira – szepnął, całując ją w policzek. – Mira, posłuchaj mnie. Nic się nie zmieniło, słyszysz? Jesteś taka sama, jak byłaś. I ja... ja kocham cię tak samo. A może nawet bardziej.

Drgnęła, odsunęła się od niego. Spojrzała uważnie, bystro. Pociągnęła nosem.

– Nigdy mi tego nie mówiłeś – powiedziała z wyraźnym wyrzutem.

– Nie. – Potrząsnął głową rozbawiony. – A nie wiedziałaś?

– Wiedziałam, ale... ale nie mówiłeś!

– I co, zmieniło się coś?

Zastanowiła się.

– Nie.

– No widzisz. I nic się nie zmienia, rozumiesz? Nic. I nie zmieni.

– Ale ja chciałam... – Jej broda znów zadrgała, usta wygięły się w podkówkę.

Położył jej palec na wargach, uśmiechnął się.

– Ja też wiele rzeczy chciałem, Mira. Wiele, wiele razy. A mimo to teraz, tutaj, przy tobie... jestem prawie szczęśliwy.

– Prawie? – Mira zmarszczyła brwi, jej oczy błysnęły. – Prawie, patrzcie go! To ja tutaj... A on mi...!

– Mira, to nie tak – ze śmiechem spróbował wyjaśnić Zahred, ale ona już odsunęła się, okręciła i usiadła tyłem do niego, zakładając ręce gestem obrazy. – Dla mnie to „prawie” to i tak jest... to jest więcej, niż kiedykolwiek pamiętam. Zrozum to, kobieto!

– Prawie! Prawie, słyszycie go?! Czyli jeszcze czegoś ci brakuje!

– ...tak.

– No więc? To może mi powiesz, co takiego jeszcze jest, co powinnam ci...

– Twój uśmiech.

Zamarła. Obróciła się do niego powoli, jej oczy zalśniły zbierającymi się łzami. Zmusiła się do uśmiechu, mimo że wyszedł w najlepszym razie krzywy i cokolwiek nieszczery, bardziej podobny do grymasu.

– Zahred, ja... ja...

– Wiem. – Wyciągnął do niej rękę, a kiedy podała mu dłoń, przyciągnął ją i przytulił. – Wiem. Ale jesteśmy w tym razem, Mira. I razem damy sobie radę.

Wciągnęła głęboko powietrze, pokiwała głową. Odsunęła się, spojrzała na niego poważnie.

– Zahred... Ja też coś chcę.

– Mów.

– Jeszcze raz.

Przez chwilę szukał w jej twarzy śladu fałszu, wewnętrznego przymusu... Przecież widział, wiedział, że musiało ją boleć.

A mimo to – mimo to rozciągnął twarz w uśmiechu, skinął głową i przyciągnął Mirę ku sobie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT © BY Michał Gołkowski COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2019

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-451-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Sergey Shikin

PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak

ILUSTRACJE Vladimir Nenov

MAPA NA WYKLEJCE Paweł Zaręba

REDAKCJA Agnieszka Pawlikowska

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected] www.facebook.com/fabryka instagram.com/fabrykaslow