Złoty pierścień - Zofia Urbanowska - ebook

Złoty pierścień ebook

Zofia Urbanowska

5,0
8,45 zł

lub
Opis

Bohaterka bajki, mała rozkapryszona księżniczka Zoryna ma wszystko, o czym tylko zamarzy, jest jednak ciągle zła i niezadowolona. Czary mądrej i dobrej wróżki sprawiają, że dziewczynka zostaje przemieniona w wiejską gęsiarkę. Księżniczka, przyzwyczajona do luksusu i spełniania każdej zachcianki, poznaje co to niedostatek, praca i tęsknota za najbliższymi. Czy dzięki temu zmieni się na lepsze i zacznie doceniać to, co posiada?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 91




Rozdział pierwszy

O KRÓLEWNIE ZORYNIE I DLACZEGO NAZWANO JĄ „CHMURKĄ"

 

 

 

 

W pewnym kraju dalekim byli sobie król i królowa. Mieli dziesięcioletnią córeczkę jedynaczkę, którą wszyscy nazywali „Chmurką”. Przezwano ją tak dlatego, bo nieustannie, od rana do wieczora, była kwaśna i niezadowolona ze wszystkiego.

A jednak łatwo sobie wyobrazić możecie, że królewna nie miała żadnego rzeczywistego powodu do niezadowolenia, bo każdy starał się jej dogodzić. Nie sprzeciwiano się jej nigdy w niczym: na skinienie swoje miała wszystko, o czym tylko zamarzyła. Ach, to właśnie było podobno przyczyną nieustannych dąsów i grymasów!

W dużej mierze przyczynił się do tego pewien znakomity lekarz, sławny na świat cały, którego pytano o radę na te grymasy, nazywane przez delikatność zdenerwowaniem. Budowę królewna miała szczupłą, a twarzyczkę przejrzystej białości, oblewającą się bardzo łatwo rumieńcem. Zalecił jej więc sławny lekarz, aby unikała większych wzruszeń, zwłaszcza gniewu, bo może jej to bardzo zaszkodzić. Zamiary miał może najlepsze, ale nieszczęście chciało, że rodzice zrozumieli go inaczej, myśląc, że obawia się dla ich jedynaczki choroby serca, którą może już nawet odkrył zawczasu.

Kochając ją niezmiernie, tak się na nią odtąd patrzyli, jak na wątłą roślinkę, którą lada wietrzyk złamie, lada chłód wymrozi. Zdawało się im, że najmniejsza rzecz może córeczce zaszkodzić i przyprawić ją o chorobę. Gdy dziecko zapłakało, zwyczajnie jak dziecko, królowa z największym przerażeniem brała ją za główkę, czy nie gorąca, i wszystko na świecie zrobić była gotowa, byle na skrzywionych usteczkach wywołać uśmiech, byle wypogodziła się buzia zadąsana.

Jak tylko królewna pojęła, co się dokoła niej dzieje, zaczęła tej słabości rodziców do siebie nadużywać. Wiedziała, że wystarczy jej się zachmurzyć i skrzywić, żeby zaraz dwór cały, służba, rodzice, zbiegli się wszyscy i niespokojnie pytali, czego sobie życzy. A nie zdarzyło się nigdy, żeby jej odmówiono, choćby żądała rzeczy najnierozsądniejszych. Zaczęła więc chmurzyć się i krzywić od rana do wieczora.

I tak, raz zobaczywszy przez okno księżyc w pełni, zaczęła rączki do niego wyciągać i wołać, żeby jej dano tę śliczną zabawkę, taką błyszczącą. Zamiast wytłumaczyć dziecinie, że księżyc jest bardzo daleko, i że go żadnym sposobem nie można ściągnąć na ziemię, król kazał natychmiast wyciąć krążek ze złotej blachy i sam go podał swojej ukochanej jedynaczce. Okiennice zaś starannie pozamykano, żeby nie domyśliła się prawdy. Potem Chmurce zachciało się gwiazdek z nieba – i znowu król kazał jak najśpieszniej wydobyć ze skarbca brylanty, którymi purpurowy płaszcz królowej ozdobiony był w czasie koronacji, i dano dziecku te kosztowne cacka do zabawy.

 

Ilekroć zażądała jakiegoś ptaszka lub zwierzątka, natychmiast ptasznicy i łowcy uganiali się po lasach i polach. Pozbawiano niewinne zwierzęta swobody, zamykano je w klatkach złoconych, aby służyły za igraszkę rozkapryszonej dziewczynce.

Chmurka miała wspaniały zwierzyniec, przepiękną ptaszarnię, bo ze wszystkich stron świata sprowadzano dla niej najosobliwsze stworzenia. A jakie zabawki dostawała codziennie, tego wyliczyć i opowiedzieć nikt nie zdoła! Czasem jakaś rzecz nowa, nieznana jeszcze, podobała się jej na chwilę i wówczas rozpogadzała się, uśmiechała, a jej oczy stawały się błyszczące i wesołe. Widok ten tak uszczęśliwiał rodziców, że nie szczędzili kosztów ani starań, żeby ukochaną córeczkę ucieszyć, lecz coraz trudniej im to przychodziło, bo nie było już prawie takiej rzeczy, której by nie posiadała, i która by się jej nie uprzykrzyła. Już z odleglejszych krain zamorskich okrętami i karawanami zwieziono dla niej przeróżne osobliwości. Kilka ogromnych komnat zamkowych zastawionych było zabawkami i wszystko to leżało bez użytku. Zapomniano też już prawie na dworze królewskim o ładnym jej imieniu Zoryna, przypominającym jasną zorzę; wszyscy przywykli nazywać ją królewną „Chmurką”.

Gdy przebudziła się z rana i zaczynała przeciągać na miękkim swym łóżeczku, na pościeli z łabędzich puchów, atłasów, batystów i koronek, natychmiast ochmistrzyni1 i kilka panien dworskich otaczało jej łóżeczko, podnosząc wspaniałe kotary z purpurowego aksamitu, złotymi sznurami i frędzlami ozdobione. Jedna wkładała na nóżki królewny cieniutkie pończoszki i pantofelki atłasowe, inna trzymała już w pogotowiu batystową koszulkę, obszytą koronką, sama zaś ochmistrzyni, hrabina Marudelli, zbliżała się uroczyście, trzymając w ręku gąbkę i srebrną miednicę z wodą – bo na dworach monarszych usługi tego rodzaju spełniają członkowie wysokich rodów.

Niełatwa to jednak była sprawa namówić Zorynę, żeby się umyć raczyła. Na sam widok wody wstrząsała się i buzię krzywiła do płaczu. Biedna hrabina zazwyczaj najrozmaitszych podstępów i dowcipnych sposobów musiała używać, nim udało się jej dokonać tak trudnego zadania. Tymczasem nadworny lekarz, wielki mędrzec, powiedział, że królewna powinna koniecznie obmywać się co dzień zimną wodą, żeby zdrowo rosła i sił nabrała.

Czasem ochmistrzyni zdołała jakoś zająć ją opowiadaniem o nadzwyczajnych niespodziankach, oczekujących w sali jadalnej, a których przecież zobaczyć nie mogła, dopóki się nie umyje i nie ubierze. Nie zawsze jednak tych niespodzianek Chmurka była ciekawa, trzeba więc było wzywać do pomocy królową i nawet samego króla odrywać od ważnych spraw państwa.

Rodzice prosili, błagali – a trwało to czasem dość długo, zanim, więcej znudzona niż rozczulona tym wszystkim, dała się nakłonić do wielkiego poświęcenia i pozwoliła przystąpić do siebie z gąbką w wodzie umaczaną.

Gdy wreszcie umyto już królewnę, uczesano, ustrojono paradnie, zimą w sukienkę aksamitną, purpurową lub błękitną, okładaną gronostajem, a latem w koronkową z piękną szarfą różową lub niebieską, prowadzono ją do jadalni na śniadanie. Tu już stała w pogotowiu szumiąca czekolada w prześlicznym złotym kubeczku, a obok różne biszkopciki i ciasteczka. Zawsze, nim jeszcze skosztowała czekolady, wołała już z góry, że niesłodka, za gorąca lub za zimna. Natychmiast paziowie, usługujący przy stole, dodawali cukru, studzili lub odgrzewali. Gdy wreszcie raczyła zabrać się do picia, była znów cała historia z ciastkami. Brała jedno, łamała, kosztowała i wyrzucała; potem drugie, trzecie – zaledwie dziesiąte ją zadowoliło – i, krzywiąc się, przebierając, wreszcie zjadała śniadanie.

To ciągłe niezadowolenie nadało jej ładnej twarzyczce wyraz chorobliwy, a serca rodziców czuły coraz większą trwogę o zdrowie jedynaczki. Pomimo że lekarz nadworny, ów mędrzec i astrolog zarazem, zapewniał, iż królewnie żadne niebezpieczeństwo nie grozi, i że serce jest jak najzdrowsze, nie wierzyli mu. W miarę, jak rosła, rosły też i jej grymasy: nauczyła się złościć i tupać nóżką, rzucać różne przedmioty na ziemię; stała się nieposłuszna i na wszystkie uwagi odpowiadała: „Bo tak mi się podoba!” – albo: „Ja tak chcę!” – albo: „Ani mi się śni tego słuchać!” – i wiele, wiele innych wyrazów, których nawet nie chcę powtarzać.

Nowe zadanie, także niełatwe, czekało ochmistrzynię, gdy królewna podrosła. Trzeba było różnymi łagodnymi sposobami, nie używając, broń Boże, rozkazów ani przymusu, skłonić ją, żeby się trochę uczyła. Bo nawet dzieci królewskie uczyć się muszą: inaczej w latach późniejszych, musiałyby się wstydzić swojej niewiedzy i byłyby nieszczęśliwe. Król i królowa chcieli też, aby ich córeczka umiała to wszystko, co umieją zazwyczaj dziewczątka w tym wieku, lecz z góry zapowiedzieli, że zmuszać do nauki nie można, tylko taki sposób wynaleźć, ażeby się sama dobrowolnie uczyła.

Biedna hrabina Marudelli dobrze głowę łamać musiała, zanim taki nadzwyczajny sposób wynalazła. Ale z królem i królową nie było sprzeczki: rozkaz należało wypełnić bez szemrania, więc robiła, co mogła. Chcąc wyuczyć królewnę poznawania liter, kazała cukiernikowi powyrabiać duże i małe litery z cukru, bardzo ozdobnie zabarwione, sama zaś powycinała podobne z kolorowej tektury. I tak na przykład: żeby wbić w pamięć dostojnej swej uczennicy kształt litery, układała na wysokiej półeczce, której królewna dosięgnąć ręką nie mogła, różne tekturowe litery i kilka cukrowych A. Uczennica domagała się, żeby ochmistrzyni zdjęła jej literkę cukrową, a ta udawała, że nie wie, o co chodzi, i raz po raz podawała tekturowe, dopóki uczennica nie wskazała linijką złotą i nie nazwała trafnie litery A. Potem cukiernik królewski porobił znów cukrowe zgłoski i całe wyrazy, dopóki Chmurka nie wyuczyła się czytać.

Domyślacie się zapewne, że nieprędko tym sposobem nabyła tą pożądaną umiejętność, bo te słodkie lekcje nie mogły być długie, żeby uczennica niestrawności nie dostała.

Z pisaniem poszło już łatwiej, z innymi naukami także, bo dziewczynka była, na szczęście, pojętna, polubiła więc wkrótce naukę i rzeczywiście z własnej ochoty uczyć się zaczęła. Jedyną nawet rozrywką, która choć na chwilę czasem ją rozchmurzyła, było czytanie ciekawych książeczek i słuchanie zajmujących niezmiernie wykładów ochmistrzyni.

Kończyła już rok dziesiąty i zbliżał się właśnie dzień jej urodzin – a miał być, jak zwykle, uroczyście obchodzony. Zapowiedziała też przybycie matka chrzestna Zoryny, królowa sąsiedniego państwa, a zarazem wielka czarodziejka, zwana Piorunną.

Królestwo oboje byli uszczęśliwieni, gdy goniec przybył z tą wieścią, nie wątpili bowiem, że córeczka ich otrzyma dar jakiś czarodziejski przy tej okazji. Ach, co by to było za szczęście, gdyby matka chrzestna potęgą swoją zechciała ukochaną ich Chmurkę rozchmurzyć! Tę wiecznie skwaszoną, zadąsaną grymaśnicę zamienić na dziewczynkę wesołą, uśmiechniętą, jak inne dzieci w jej wieku! Może oduczy ją domagania się rzeczy nadzwyczajnych, jak na przykład ptasiego mleka, czym narobiła rodzicom niemało kłopotu!

1 ochmistrzyni – nauczycielka domowa; kobieta nadzorująca służbę na dworze królewskim.

Rozdział drugi

O PRZYJEŹDZIE KRÓLOWEJ WRÓŻKI I ROZMOWIE Z ASTROLOGIEM

 

 

 

 

Dawno już nie widziano królewny tak wesołej i ożywionej! Przygotowania do przyjęcia dostojnego gościa tak ją zajmowały, że bezustannie pytała wszystkich o najdrobniejsze szczegóły i z zajęciem przysłuchiwała się naradom. Nie chciała słuchać o książce, a ochmistrzyni nie mogła jej oderwać od okna, z którego widać było, jak stawiano bramę triumfalną. O ptasim mleku zupełnie zapomniała; myślała tylko o własnym stroju, który chciała, aby był jak najpiękniejszy, i uczyła się z zapałem mowy, którą powitać miała matkę chrzestną, wręczając jej bukiet z rzadkich kwiatów.

Była wprawdzie urażona, że nie ona pierwsza miała witać królową Piorunnę, ale wytłumaczono jej, że dzieci, nawet królewskie, nie mogą być wszędzie pierwszymi. Witać ją będzie człowiek najuczeńszy w państwie, lekarz nadworny i zarazem astrolog, znający nie tylko drogi, jakimi gwiazdy chodzą po niebie, ale i tajemnice przyrody wywierającej wielki wpływ na człowieka. Dlatego też zwano go mistrzem. A że oczekiwana królowa była najuczeńszą w swym państwie kobietą i  słynęła szeroko i daleko ze swych czarodziejskich mocy, należało więc ją uczcić w sposób najgodniejszy jej rozumu i dostojeństwa.

Uraza też zaraz zniknęła, gdy przyniesiono sukienkę, dopasowaną zupełnie do imienia Zoryny, piękną jak marzenie! Zrobiona z różowej gazy jedwabnej na złotym tle, mieniła się blaskami wschodzącej zorzy, a diamenty, którymi gęsto była naszyta, błyszczały jak krople rosy porannej. Na śliczne, złote włosy, w gęstych spadające zwojach, włożyć miała opaskę z szafirów. Królewna, której niełatwo było dogodzić, nie posiadała się z radości na widok tego arcydzieła. Twarzyczka jej, nie skrzywiona żadnym grymasem, promieniała. Była to prawdziwa Zoryna! Rodzice nie posiadali się z radości, widząc ją taką szczęśliwą.

Nadszedł nareszcie ów dzień oczekiwany. Królowa-wróżka przybyła wśród odgłosu trąb i radosnych okrzyków ludu. Przy bramie triumfalnej witali gościa najpierwsi dostojnicy państwa, a astrolog wypowiedział wzorową mowę po łacinie. U stopni pałacu oczekiwali oboje królestwo, Zoryna wypowiedziała płynnie i bez zająknienia mowę, której ją wyuczono, i wręczyła bukiet z prześlicznym ukłonem.

Matka chrzestna wdzięcznie dar przyjęła i uścisnęła Zorynę serdecznie, ale serce królewny ścisnęło się niedobrym przeczuciem. Po raz pierwszy w życiu poczuła jakiś lęk tajemniczy... Piękność królowej-wróżki olśniła ją, ale jej oczy, ach te oczy! Czuła, że przez tę krótką chwilę przejrzały ją na wskroś, że nic w jej duszyczce nie zdołało się ukryć... że wie wszystko! Szła za rodzicami, urzeczona i bardzo niespokojna, dziwiąc się temu, co widziała.

Dawniejszych