Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
ZAAPLIKUJ SOBIE ZASTRZYK MIŁOŚCI W PODWÓJNEJ DAWCE.
Zbliżają się pierwsze wspólne święta Hanki, Kajtka i Pawełka. Jednak wraz z prezentami pojawiają się nie tylko demony przeszłości, ale i nowe kłopoty! Czy wciąż świeży związek trenera i dziennikarki przetrwa niejedną próbę? Czy sprzęt Kajtka w końcu zadziała? I czy Pawełek nadal kocha rekiny? (Tak, kocha).
„Zastrzyk Miłości 2” jest jeszcze bardziej romantyczny, dramatyczny, ale też komediowy! Jak mógłby nie być, skoro nie zabraknie doktora Zbycha Wzwodeckiego i jego niezwykle wyszukanych sucharów?
Jeśli szukacie odtrutki na przesłodzone świąteczne historie, to nie mogliście trafić lepiej. Też jest słodko, ale użyliśmy ksylitolu. Będzie zdrowiej!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 305
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Żak
Zastrzyk Miłości2
ROZDZIAŁ 1
– Hanka, to nie wejdzie! – żachnął się zmęczony już Kajtek.
– Wejdzie, wejdzie – dyszała Hanka – tylko musisz pchać!
– Przecież pcham! – zawołał Kajtek.
– To pchaj mocniej! Nie czuję, żebyś pchał. Jak mówię, że wejdzie, to wejdzie!
– Żeby później nie było na mnie, jak coś się stanie twojej…
– Nie gadaj, tylko pchaj! – ponaglała Hanka, jakby od tego zależało jej życie. – Obiecałeś, że zaspokoisz wszystkie moje potrzeby. Ta jest najpilniejsza. Muszę…
Szczekający pies i kroki na śniegu przerwały jej słowotok. Oniemiała na widok chłopca w jednopalczastych rękawiczkach i czapce naciągniętej odrobinę za bardzo na oczy.
– Mama? Kajtek? – zapytał zdziwiony Pawełek, szarpiąc się z rozradowanym i rozszczekanym Ignacym.
– …dowieźć to pieprzone drzewo do domu – dokończyła Hanka, która dopiero po chwili do końca zdała sobie sprawę z tego, kto się przed nią zmaterializował. – Paweł?! A co ty tu robisz? – zapytała w szoku.
– Babcia mnie wysłała na spacer z twoim psim bratem. Fuj! – dodał z obrzydzeniem. – Co ty masz na kurtce?
– To jest ta, no…
– Żywica – dokończył za nią uśmiechnięty od ucha do ucha Kajtek.
Pawełek, zaraz po Hance, był jego ulubionym człowiekiem.
– Dokładnie tak, dzięki – powiedziała spokojnie, by po chwili się obruszyć: – Swoją drogą, Paweł, jak mogłeś pozwolić babci, żeby cię puściła tak daleko bez opieki?!
– Czy wy pakujecie do autka żywą choinkę?! – Syn zignorował pytanie, a oczy zaświeciły mu się dokładnie tak jak wtedy, kiedy po raz pierwszy obejrzał odcinek Reksina.
Był dwudziesty trzeci grudnia i jakimś cudem spadł śnieg. Kajtek i Hanka byli zachwyceni. Poczuli się, jakby znowu mieli po kilka lat, kiedy biały puch o tej porze roku był coroczną normą, a nie marzeniem ściętej głowy. Pies Ignacy, pomimo designerskiego wdzianka, trząsł się z zimna. Podobnie jak Pawełek, był stworzeniem ciepłolubnym. Rezolutny chłopiec czekał na inny cud, który właśnie – w postaci zielonego i pachnącego drzewka – materializował się przed jego oczami.
– Będziemy mieli żywą choinkę?! Naprawdę?! – dopytywał z euforią.
– Technicznie rzecz biorąc, to ona już nie żyje, tylko… Aua! – krzyknął Kajetan, gdy dostał kuksańca od Hanki.
– To miała być niespodzianka… – Dziennikarka była zawiedziona.
Pawełek miał zobaczyć drzewko dopiero jutro, z samego rana. Do tej pory miało się gnieździć w jej aucie.
– Hurra! Ekstra! Ale zawsze mówiłaś, że nie możemy mieć żywej, bo Zjawa ją przewróci, a poza tym nie będziesz zamiatać igieł.
– Po tym wszystkim, co się wydarzyło w tym roku, chciałam, żebyś miał najlepsze święta na świecie.
– Czyli dostanę małego rekina?! – zawołał chłopiec, już myśląc o tym, jak da mu na imię.
– No, prawie najlepsze. – Hanka westchnęła przeciągle, mając nadzieję, że chłopiec w końcu przestanie marzyć o nieosiągalnym.
– Kajtek, a ty się z choinki nie cieszysz? – zapytał Pawełek krzywiącego się mężczyznę.
Kajtek, zaraz po mamie, był jego ulubionym człowiekiem.
– Tak średnio. Z szyszkami mi się kojarzy, a więc niezbyt dobrze.
– Dlaczego? – dopytywał chłopiec.
– Pamiętasz tych panów, którzy cię porwali?
– No pewnie, że pamiętam.
– No więc oni… Aua!
Kolejny kuksaniec wymierzony przez Hankę był już mocniejszy. Dużo mocniejszy. Kajtek patrzył zdziwiony, pocierając miejsce znane bardziej jako „tylko nie w szczepionkę”.
– Kajetan! Zwariowałeś?! – ryknęła.
– No co? – mruknął obrażonym tonem. – Przecież mówiłaś, że w tej rodzinie ma już nie być tajemnic.
– Takie mogą być.
– Jakie, jakie? – pytał zaintrygowany, ciekawski chłopiec.
– Nie interesuj się – powiedziała Hanka.
– Kiedy ja się właśnie interesuję! Kajtek, powiesz mi?
– Kajetan – powiedziała Hanka najgroźniejszym ze swoich groźnych tonów – włącz wszystkie funkcje intelektualne…
– Powiesz, prawda? – naciskał Pawełek.
– Są trzy rzeczy – mężczyzna głośno przełknął ślinę – których się boję: szyszki, rekiny i twoja mama. Tylko w odwrotnej kolejności – dodał po chwili namysłu.
Kochał Hankę, szczerze ją kochał. Trochę tak, jak kocha się widok malowniczego, uśpionego wulkanu. Ale gdy dojdzie do erupcji? Lepiej być jak najdalej.
– Ale…
– Żadnych „ale”! – przerwała bezceremonialnie synowi. – Do samochodu, chrabąszczu. Twoja babcia naprawdę jest niepoważna, że puściła cię samego.
– Kiedy ja nie jestem sam! Jestem z twoim bratem!
Ze wszystkiego, co ją irytowało, ta kwestia irytowała ją najbardziej. Hanka nie mogła przeżyć, że jej matka kontynuuje narrację o psim rodzeństwie. Co będzie następne? Kuzyn papuga?
– Po raz setny powtarzam: to nie jest mój brat! – uniosła się. – To pies!
– Kiedy tak wściekle szczeka – powiedział głośniej rozbawiony Kajetan – to dostrzegam pewne podobieństwa. Aua! – krzyknął w odpowiedzi na trzecie już uderzenie łokciem.
Czuł, że teraz Hanka nawet nie próbowała się hamować. Kazał Pawełkowi zapakować się do samochodu, a przejmując psa, syknął z bólu. Tym razem nie z powodu kuksańca od ukochanej.
– Ręka? – zapytała Hanka z troską dużo większą niż irytacja.
– Taa. Po postrzale – odparł, masując biceps – zawsze reaguje na zmianę pogody. Ociepli się. Albo oziębi.
– A wiesz, Kajtek, że rekiny tygrysie… – zaczął perorować na ulubiony temat Pawełek – zwiększają swój zasięg o czterysta kilometrów na każdy jeden stopień wzrostu temperatury wody?
– Teraz już wiem. Ale zasięg czego? – zapytał Kajtek.
– No… W sumie… Muszę to… Mamo, co robisz w pracy?
– Piszę – powiedziała Hanka.
– Nie. To drugie!
– Redaguję.
– Nie! To trzecie! Takie dziwne – irytował się chłopiec.
– Wiem! – wtrącił się Kajetan. – Musisz to zriserczować!
Pawełek pokiwał głową z zadowoleniem, Kajtek pocierał bolący biceps, Ignacy sikał na oponę miętowego fiata 500, a Hanka nie mogła się nie uśmiechnąć. Myślała, że po swojej samowolce w „Niusie” jako dziennikarka już raczej pracować nie będzie. Nic bardziej mylnego. Błogim lenistwem cieszyła się tydzień, dopóki nie zadzwonili z „Gazety Codziennej”. Potrzebowali kogoś takiego jak ona: bezkompromisowego, odważnego i niebojącego się, kiedy sprawa tego wymaga, nadepnąć na odcisk ważnym i wpływowym. Kochała swoje nowe zadania i nowe biurko, a nowy szef był miły i wyrozumiały. I to jej nie pasowało. Nie był jednak Romanem…
– Halo, Hanka! – Kajetan wyrwał ją z niebezpiecznego świata melancholii. – Grosik za twoje myśli.
– Obrzydliwa jest ta kalka z angielskiego. Poza tym nie masz bilonu. – Dziennikarka starała się brzmieć wesoło, lecz nie do końca jej się to udawało.
– W takim razie bliczek za twoje myśli – naciskał odrobinę zatroskany Kajetan.
– Co to jest bliczek? – zapytał Pawełek.
– Polskie dobro narodowe.
– Co to jest dobro narodowe? – Ciekawski chłopiec nie odpuszczał, choć nie doczekał się odpowiedzi.
Wreszcie wpakował się do auta i chłonął zapach żywicy, który był niczym obietnica wymarzonego prezentu. Kajetan z kolei przytrzymał Hance drzwi i po raz ostatni spróbował dotrzeć do sedna jej nastroju.
– Dzieje się coś złego?
– Nie – rzuciła Hanka.
– Kłamiesz. To też tajemnica tego lepszego sortu?
– Naprawdę nie kłamię – skłamała. – Nic złego się nie dzieje. Absolutnie nic. No, może oprócz przymusowej współlokatorki, ona jest… ambiwalentna – dodała po chwili namysłu.
– Nie łapię. To chyba dobrze, że jest dobrze, prawda?
– No właśnie nie!
– Nie? – zdziwił się i dotknął dłonią jej rumianego od zimna policzka. – Hanka, musisz przestać zarywać nocki, bo zaczynasz bredzić.
– Zarywam nocki – westchnęła głęboko – tylko wtedy, kiedy ty zostajesz u nas.
– Eee… yyy… przecież my jeszcze…
– Chrapiesz, Kajetan – przerwała mu. – Nie, czekaj, wróć. Tego to już nawet chrapaniem nie można nazwać. To jakieś dźwięki godowe mamutów. Wiesz, jak one brzmią?
– Nikt nie wie, mamuty wyginęły. Podobno.
– Ha, poza mną! Czekaj, puszczę ci. – Hanka wyciągnęła telefon i wybrała odpowiedni plik w aplikacji dyktafonu.
Głośnik wydał z siebie niski, rytmiczny pomruk, który mógłby przepchnąć sanki przez kilometrowe zaspy i przy okazji obudzić pół Poznania. Hanka znów westchnęła, ale tym razem nieznacznie się uśmiechnęła. Miłość bywa głośna, zwłaszcza gdy pod kołdrą zimuje ponoć wymarły już kolos.
– Nagrałaś mnie w nocy? – zdziwił się Kajtek, choć po chwili przypomniał sobie, że dyktafon jest jej narzędziem pracy.
– Tak – odparła bez wstydu. – Chciałam zapytać ChatGPT, co może być przyczyną i jak cię wyleczyć.
– O, i co ci powiedział?
– Że potrzebujesz szyszki w dupie.
Zapadła krótka cisza, przerywana tylko chrapaniem z głośnika.
– Mało śmieszne – mruknął po chwili Kajtek.
– Mało śmieszne to są twoje mamucie dźwięki. – Hanka schowała telefon i wyjęła z kieszeni niepozorne pudełeczko. – Kupiłam ci magiczne plastry. Może pomogą.
Jednym ruchem odkleiła pasek i zanim Kajetan zdążył zaprotestować, przykleiła mu plasterek na nos z troską mechanika precyzyjnie montującego nową część. Kajtek zamrugał, a jego godność poszła na chwilę po bułki wysokobiałkowe. Z nagrania dobiegło jeszcze jedno mamucie chrapnięcie, potem zapadła cisza.
– No to skoro oprócz mojego chrapania i współlokatorki wszystko gra… skąd te nerwy, Haniu? – zapytał, patrząc na nią, po czym przeniósł wzrok na plaster na nosie.
– Właśnie dlatego, Kajetan. – Znów westchnęła, trochę po mamuciemu. – Zbyt długo jest jakoś tak… – Szukała właściwego słowa. – Nie wiem… Bezpiecznie?
– Nic, tylko się cieszyć! – Kajtek się rozpromienił.
Jego optymizm, podobnie jak on sam, nosił rozmiar XXL.
Hanka uśmiechnęła się mimo woli. Pomyślała, że może to jest ich nowa rzeczywistość: on z leczącym chrapanie plastrem na nosie, ona czerpiąca z jego podejścia do życia i lecząca swoje lęki. Pawełek w samochodzie przywarł do szyby i wydał z siebie ryk, który – jak mniemał – wydawałaby jego ulubiona ryba, gdyby chodziła po lądzie.
– Patrzcie na mnie! Jestem rekinem, łaaa! – oświadczył, próbując symbolicznie ugryźć szkło.
– Dziecko drogie, przestań molestować szybę.
– Jestem rekinem i będę robił rekinowe rzeczy, łaaa! – zapewnił z przekonaniem.
Kajtek, oparty o drzwi, zerknął na Hankę.
– Uwielbiam tego dzieciaka. A ty się rozchmurz. Przytulić?
– Nie.
– Przytulić?
– Tak.
Objęli się krótko, jak ludzie, którzy trochę się spieszą do pracy, bo ktoś schował im kota do pralki. Pawełek dalej udawał rekina, rycząc i nie dając spokoju szybie.
– Wow, jak ci pachną włosy… – Kajtek mocno się zaciągnął. – Truskawkami? Nowy szampon?
– Nie. Użyłam Pawełkowego przez przypadek – przyznała.
– Mhm, „przez przypadek”, jasne. Ja mu czasem biorę pastę do zębów. Też truskawkową – mruknął z udawaną obojętnością.
– Co?
– Co?
– Ostatnio dostał ochrzan za jej zjadanie. A to ty, mamucie! – Hanka spojrzała na niego z wyrzutem, ale oczy jej się śmiały.
Kajtek wzruszył ramionami.
– Wydaje mi się, że za długo działałaś w trybie przetrwania. Normalność cię stresuje. Jest dobrze i tego się trzymajmy.
– Mam złe przeczucia, Kajetan. Poza tym…
– Rekin zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok! JEŚĆ! – dobiegło z tylnego siedzenia z mocą syreny alarmowej.
– …poza tym najwyraźniej rekin jest głodny. Jedźcie. Hanka? Spójrz na mnie – poprosił łagodnie Kajetan.
– Przecież patrzę.
– Ale oczy mam tutaj. Dziękuję. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak ma być. W twoim życiu pojawił się rycerz na białym koniu i cię uratował. Gdzie moje pół królestwa?
– Chyba ci się coś pomyliło. To ja ciebie uratowałam. Gdzie moje pół królestwa? – prychnęła.
– Uznajmy, że uratowaliśmy się nawzajem. I zapomnijmy o królestwach. – Roześmiał się.
– Rekiny głodne są! Rekiny paluszki rybne chcą! – zaśpiewał Pawełek już prawie w rytmie marsza.
Hanka westchnęła, ale uśmiech nie uciekł z jej twarzy.
– Niech będzie. Ufam ci, Kajetan. – Musnęła dłonią jego policzek, zapięła pasy i ruszyła.
Kajtek bardziej do siebie niż do świata mruknął z czułością:
– Moja rycerka na miętowym koniu. Mechanicznym. A w zasadzie to na koniach.
Patrzył, jak miłość jego życia – tak przynajmniej sądził – znika za zakrętem. On, w przeciwieństwie do Hanki, cieszył się z tego, że życie wreszcie daje się lubić. Nawet bez sterydów. Nawet z jednym funkcjonującym bicepsem. I nawet z nieuleczalną bezpłodnością.
Po tym, jak został bohaterem viralowego filmu z tramwaju, bohaterem artykułu Hanki i wreszcie bohaterem reklamy nowego kebabu, był przekonany, że ścieżka zawodowa trenera personalnego się skończyła. Nie spodziewał się, że wrócą starzy klienci. Ani że będzie musiał odmawiać nowym. Ani że zaproszą go do studia Dzień Dobry TVN, gdzie będzie opowiadał o szkodliwości dopingu. No, prawie opowiadał. Zjadł go stres. I on, Kajtek, zjadał teraz wszystko, czego sobie latami odmawiał. Oczywiście, w granicach prawa oraz rozsądku. I to w jego nowym życiu było najtrudniejsze – pogodzenie się z dodatkowymi kilogramami na wadze. Z przyrostem nie mięśni, lecz tkanki tłuszczowej. Jednak życie, doszedł do wniosku, było fajne. Nic nie mogłoby sprawić, żeby teraz myślał inaczej. Ani nikt.
– Dej pan złotóweczkę na małpkę, kierowniku złoty! – Z zamyślenia wyrwał go głos siedzącego na skrawku kartonu bezdomnego. – Zimno jak skurwe… – zawył menel, przeciągając ostatnią sylabę jak zepsuty akordeon.
Ignacy, do tej pory znudzony, zamienił się w syrenę okrętową. Z pianą na pysku złapał kloszarda za nogawkę i zaczął szarpać jak w konkursie przeciągania liny albo w czołówce Familiady.
– Ignacy, spokój! Spokój, mówię! – krzyczał Kajtek, ciągnąc za smycz.
– Uuu, mamy problem, kierowniku złoty… – Bezdomny się uśmiechnął, jakby właśnie wygrał w trzy kubki.
– Ignacy, waruj! Noga!
Komendy odbijały się od psa jak groch o ścianę. Ignacy uznał, że nogawka to jego śmiertelny wróg, gorszy od kota Zjawy.
– Nie ta noga! Moja! Do mojej nogi, ale już! – poprawił się Kajtek.
Ignacy, z wyrzutem godnym artysty niezrozumianego przez krytyków, puścił materiał i przykleił się do łydki właściciela. Z pyska psa wydobywało się ciche, ostrzegawcze warczenie.
– Bardzo pana przepraszam, nie wiem, co w niego wstąpiło. – Kajtkowi zrobiło się bardzo głupio.
– Kierowniku złoty, patrz pan! Nowy spodzień, a już zepsuty. – Kloszard z westchnieniem zademonstrował podziurawioną nogawkę, jakby była prezentem w teleturnieju z lat dziewięćdziesiątych.
– Panie, jaki nowy? Tu była dziura, o. – Kajtek wskazał na łydkę. – Ignacy ledwo za nogawkę złapał.
– Bo żeś, kierowniku złoty, nie patrzał! On mnie prawie zeżarł! – oburzył się bezdomny.
– Nie no, to są jakieś jaja. Pan robi tiktoka? Bo ja sobie nie życzę filmów. Zwłaszcza z psami.
– Kierowniku, jakiego znowu Tik-Taka? Jego i Ciotki Klotki już dawno w telewizorni nie ma.
– Jezu, uwielbiałem ten program… – Kajtek na sekundę odpłynął myślami do czasów, gdy jego największym problemem był brak baterii w game boyu.
– Ja to się nawet trochę kochałem w Ciotce Klotce… Ale nie zmieniaj tematu, kierowniku złoty! Takie spodnie to, bagatela, trzysta złotych polskich! – wrócił do konkretów bezdomny.
– Trzy stówy?! Panie, one są jak psu z gardła wyciągnięte!
– No i w końcu się zgadzamy! Ledwo żem je wyciągnął z gęby tego potwora! – triumfował kloszard.
– Panie, co pan… Na którym śmietniku żeś je znalazł?
– W dupie byłeś, gówno widziałeś!
– Też mówię przecież…
– To jest haute couture, a nie jak te twoje dresy! – oburzył się bezdomny. – Trzysta złotych się należy. Za straty moralne już odpuszczę.
– Jakie straty? Jakie moralne? Panie! – prychnął Kajtek. – Co paluchem na psa pokazujesz?! On ci nic nie zrobił! No… prawie nic.
– Zrobił. A teraz znowu robi.
– Przecież grzecznie sobie… O, o.
„O, o” było całkiem trafną diagnozą.
Zdarzało się, że podczas odwiedzin u Hanki Kajtek wychodził z psem. Rzadko, bo rzadko, ale wychodził. Nie miał jednak utrwalonego algorytmu wyprowadzania czworonoga, dlatego też nie zawsze miał przy sobie kupoworki, a pech chciał, że Ignacy również chciał. Tu i teraz. Spanikowany Kajtek patrzył, jak na twarzy kloszarda pojawia się sardoniczny uśmiech. Ostatnie, czego teraz trener potrzebował, to kolejna psia afera.
– Panie kochany… – zaczął, wspinając się na wyżyny bycia miłym i sympatycznym. – Eee… proszę pana, ma pan może użyczyć kawałek foliówki? – zapytał, rozglądając się na boki.
Społeczniaków wszak nie brakowało.
– Może i mam. – Bezdomny uśmiechnął się szelmowsko. – A ma kierownik złoty trzech Jagiełłów?
Kajtek zamrugał. Zastanawiał się, czy to jakiś żargon osób w kryzysie bezdomności, czy może hasło do tajnego stowarzyszenia tychże. Kloszard westchnął z troską niczym nauczyciel, który z udawaną litością patrzy na swojego najmniej lotnego ucznia.
– Kierowniku, ja wszystko rozumiem. Ale nie wiedzieć, kto na stówce widnieje? Trochę wstyd.
– Królów nie mam. Żadnych. Może dogadamy się inaczej? – spróbował z pokorą Kajtek, ale bezdomny nie miał ochoty na żadne negocjacje.
– Ludzie! Ludzie! – zaczął się wydzierać wniebogłosy. – Psem poszczuł, to teraz się ten pies zes…
– Cicho! – uciął Kajtek, fizycznie wręcz czując, jak w pobliskich kamienicach otwierają się okna, a starsze, znudzone panie nabierają powietrza, żeby go opieprzyć.
– Co cicho? Jakie cicho? – oburzył się mężczyzna, nabrał powietrza i niczym rasowy śpiewak podjął pieśń: – „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy!”1
– Panie, no! – Kajtek złożył ręce jak do modlitwy i mało brakowało, żeby dodatkowo padł na kolana, lecz uznał, że to tylko przyciągnie gapiów. – Bez jaj! To może zrobimy tak, że ja pana na zakupy wezmę, co? Za tych trzech króli. Bliczkiem zapłacę.
Bezdomny rozważał, czy cała ta afera jest warta jego czasu. Podparł podbródek na pięści i patrzył w niebo, jakby właśnie tam zawarte były odpowiedzi na wszystkie pytania świata.
– W zasadzie – rzekł w końcu – to za jednego króla, tylko w trzech osobach. Znaczy się w papierkach. Zgoda. Ale! – podkreślił, a jego palec wskazujący wystrzelił w górę. – Skoro to nie będzie gotówka, musi być dorzucone jeszcze pięć dyszek.
– Nie no, bez przesady! To jest jakiś…
– Ludzie! Ludzie! – przekrzyczał go rozbawiony kloszard.
– Dobra, zgoda! – syknął Kajtek. – Dawaj pan foliówkę.
Bezdomny ponownie wyglądał jak nauczyciel grożący palcem uczniowi, który nie odrobił zadania domowego.
– Hola, hola, kierowniku złoty. Może nie wyglądam, ale główka pracuje. Wiesz, ile ja mam IQ?
– Nie.
– Ja właśnie też nie. – Kloszard wzruszył ramionami z rozbrajającą miną.
Kajetan musiał przyznać, że jego interlokutor ma bardzo plastyczną twarz.
– Ale w balona się zrobić nie dam. Najpierw zakupy – oznajmił bezdomny tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Przecież wtedy to sobie sam mogę dopłacić za reklamówkę! – oburzył się Kajtek i tupnął nogą, tak jak robił zirytowany Pawełek. – No, zlituj się pan!
– No dobra. – Kloszard przejrzał swój dobytek, po czym z powagą orzekł: – Wsiąkła.
– Jak to: wsiąkła? Gdzie?
– Należy zadać pytanie: po co wsiąkła? – filozofował bezdomny. – Dobra, taki problem to nie problem.
Wstał z trudem, narzekając na bolące korzonki, krzyż, wątrobę i płuco. Prawe. Albo lewe, zależy, z czyjej perspektywy spojrzeć. Korzystając z dobrodziejstwa śniegu, bez wahania posprzątał po Ignacym.
– O Boże… Chyba zaraz zwymiotuję – wybełkotał Kajtek, zasłaniając usta dłonią.
– Spokojnie, nawet żem nie dotknął. – Kloszard się zaśmiał i podsunął mu psią dwójkę pod nos. – Zobacz, jaka mała!
– Ohyda…
– Miękka faja jesteś, kierowniku złoty. Dnia byś na ulicy nie przetrwał. Dobra, chowaj psa pod kapotę i idziemy na shopping – powiedział bezdomny i dziarskim krokiem ruszył przed siebie, pogwizdując pod nosem melodię, którą Kajtek skądś kojarzył.
O dziwo, Ignacemu w ogóle nie przeszkadzało nowe legowisko. Ciepło bijące od ciała trenera wprawiło go w błogostan i po kilku chwilach pies słodko zasnął.
***
Na klatce schodowej Hankę dopadła wielka złość na matkę. Dziennikarka miała wrażenie, że jest niczym czołg M1 Abrams, który już za momencik przejedzie się gąsienicami po nieodpowiedzialnej rodzicielce. A później się wycofa, tak na wszelki wypadek.
– Pawełku, rozbierz się – powiedziała, zamykając za sobą drzwi mieszkania. – Mamo? Mamo!
– Czego się wydzierasz? Słyszę przecież! – odkrzyknęła z kuchni pani Wajsman. – Paweł? – zdziwiła się na widok chłopca. – A co ty tu robisz? Miałeś być z psem!
– Właśnie, od tego zacznijmy – rzuciła Hanka, zzuwając buty. – Ki czort cię podpuścił, żeby go samego z psem wysłać?
– Co to znaczy „wydzierać”?! – Ciekawość Pawełka była jak apetyt Kajtka: nie dało jej się zaspokoić
– Znaczy to, co właśnie zrobiłeś. Gdzie pies? – zapytała starsza kobieta, rozglądając się na boki.
– Z Kajtkiem – odpowiedziała Hanka.
– A Kajtek gdzie?
– Z psem. – Dziennikarka była dumna z tej wymiany zdań. Wbijanie szpileczek matce stało się jej ulubioną aktywnością erystyczną.
– Boki zrywać, córuś. Naprawdę, boki zrywać.
– Tia, a ja się turlam jak piłka. – Hanka nie odpuszczała. – Masz ty, mamo, rozum i godność człowieka? Samego z psem go wypuszczać? Przecież on jest jeszcze mały! – uniosła się, wyobrażając sobie, ile niebezpieczeństw mogło czyhać na jej synka.
– Ejże! Jestem już duży! Za chwilę mam urodziny! – oburzył się chłopiec.
Wziął się za boki i dla pewności sprawdził, czy da się je zerwać. Nie dało się albo jeszcze się tego nie nauczył.
– Paweł! – rzuciła karcąco Hanka, gdy usłyszała z ust syna słowo, które działało na nią jak płachta na byka. – Ty mi się w babcię nie zamieniaj.
– Ejże! – zaprotestowała babcia.
– Uderz w stół… – Hanka wzruszyła ramionami. – Mamo, proszę więcej nie puszczać Pawełka samego z psem.
– No już dobrze, dobrze. – Babcia westchnęła ciężko, a wzrok wciąż miała rozbiegany.
– Pawełku – kontynuowała Hanka – proszę nie słuchać babci, jeśli znowu będzie chciała wysłać cię samego z psem.
– Ejże!
– No już dobrze, dobrze. – Chłopiec się zaśmiał. – Muszę siusiu.
– Nie! – ryknęła babcia, rzucając się przed drzwi niczym Rejtan.
Brakowało jedynie rozdartej szaty.
Hanka wietrzyła podstęp. Dziennikarski szósty zmysł jej podpowiadał, że coś jest nie tak. Co matka tym razem wykombinowała? Tydzień temu zalała sąsiada z dołu tylko po to, żeby dwa dni później móc mu zanieść słoik kompotu na przeprosiny. Nie dość, że kupiła go w pobliskim barze mlecznym, to jeszcze upuściła słoik, którego zawartość zalała śnieżnobiałe skarpety mężczyzny. I śnieżnobiały dywan. Nowy.
– Dlaczego nie? Ja już bardzo muszę. – Chłopiec przestępował z nogi na nogę.
W odróżnieniu od niektórych dzieci w przedszkolu nigdy się nie zmoczył i był to dla niego powód do dumy z samego siebie.
– No właśnie, mamo – powiedziała podejrzliwie Hanka. – Dlaczego nie?
– Bo ja… tego… Muszę bardziej! – zawołała całkowicie zmieszana babcia.
Zerwała się z miejsca niczym sprinter na igrzyskach olimpijskich, trzasnęła drzwiami, aż te z hukiem odbiły się od ściany, a na koniec przekręciła klucz w zamku. Tę ostatnią czynność, nie wiedzieć czemu, zrobiła bardzo delikatnie.
– Święty by z nią nie wytrzymał… – powiedziała bezsilna Hanka, plaskając się dłonią w czoło. – Mamo, co ty robisz?
– Sikam, mówiłam przecież – dobiegło zza drzwi.
– Ja nie słyszę. O, jednak słyszę – zmienił zdanie Pawełek, gdy zaraz za głosem babci rozległ się dźwięk lejącej się cieczy. – Szybciej, babciu, szybciej! – ponaglał.
– Przecież ona udaje! To z kranu. Mamo, w tej chwili otwieraj drzwi! – Hanka była już rozeźlona na całego.
Gdyby tylko miała masę mięśniową Kajtka, trzeba by już było zamawiać nowe drzwi.
– Nie będziesz mi mówić, jak mam żyć. Nie otworzę! – zawołała mama Hanki.
– To jest moje mieszkanie i nakazuję ci to zrobić!
– Mamo… Ja już bardzo, ale to bardzo muszę – biadolił chłopiec, krzyżując nogi i łapiąc się za krocze.
– Do sąsiada idź. No co robisz takie wielkie oczy? Idź. Tylko nie do tego z dołu! – uprzedziła Hanka z nadzieją, że jej syn usłyszał prośbę, zanim wyszedł.
To miały być najpiękniejsze święta, odkąd Pawełek przyszedł na świat. Może wciąż małemu brakowało taty, ale przecież był Kajtek, którego młody uwielbiał. I ona powoli też. Może nie będzie ojca Hanki, ale przyjdzie mama Kajtka, która wręcz ubóstwiała jej syna. Dlaczego więc zawsze, kiedy jej życie teoretycznie wychodzi na prostą, pojawia się ostry zakręt?
– Mamo… – Hanka zmieniła ton i podejście na bardziej dyplomatyczne.
– Tak?
– Otworzysz drzwi?
– Nie.
– Mamo… – dodała odrobinę stanowczo, ale żeby nie przesadzić i nie spłoszyć ofiary. – Jeśli nie otworzysz, to poczekamy, aż wróci Kajtek, i wtedy nie zawaham się go użyć. Wyważy te cholerne drzwi, a ja obciążę cię kosztami. To nie są tanie rzeczy – dodała, wiedząc, że sytuacja finansowa matki jest co najmniej żenująca jak dwa na szynach.
– Oj, już przestań – żachnęła się kobieta. – Zachowujesz się jak ta… no… Taki plebiscyt robią ci panowie z „Vogule Poland”.
– Drama queen? – zapytała Hanka.
– Tak! Normalnie cały ojciec.
Hanka widziała oczami wyobraźni, jak jej matka przewraca tymi prawdziwymi i kręci głową – powoli, w geście bezradności. Dyplomacja wyparowała.
– Słucham?! – ryknęła. – Jeśli już, to cała matka. Jeśli ja jestem drama queen, to ty jesteś… jesteś… królową wszystkich drama queen! – zawołała jeszcze głośniej, dziwiąc się samej sobie, że tak potrafi.
– Hanka, ja trochę znam angielski – stwierdziła arbitralnie matka, nabierając odrobinę animuszu. – Jestem królową królowych? To jest masło maślane.
– Przestań – syknęła Hanka – łapać mnie za słówka.
– Przestań mi ubliżać.
– Sama zaczęłaś! – zawołała Hanka, gotowa staranować drzwi. I matkę.
– Dobre sobie. Poza tym… – Urwała w pół zdania, a w łazience coś zaczęło chlupotać i pluskać.
Przecież jej matka nie mogła teraz brać kąpieli, prawda? Hanka zmrużyła oczy, jak miała to w zwyczaju, kiedy coś zaczynało jej śmierdzieć. Bardzo śmierdzieć. Jak stara ryba leżąca w zakamarkach lodówki. Filet, dla przykładu.
– Co to było? – spytała nieufnie.
– Po rurach coś idzie – rzuciła matka z taką pewnością siebie, jakby miała tę odpowiedź gotową już od dawna.
– Niby co?
Dźwięki się nasiliły i Hanka była pewna, że nie dochodzą z rur.
– A skąd ja mam wiedzieć? Coś idzie. Może od sąsiada z dołu.
– Dobra, dosyć tego! – Hanka ruszyła na poszukiwania śrubokrętu.
Mieszkanie od miesięcy – ba, od lat – prosiło się o remont. Zawsze czegoś brakowało: czasu, pieniędzy, najczęściej po prostu chęci. Dziś, w tym momencie, Hanka nie miała zamiaru sobie tego wyrzucać. Wręcz przeciwnie – gdyby mogła, sama siebie poklepałaby po plecach. W dole łazienkowych drzwi mieściła się sporych rozmiarów kratka wentylacyjna, a śrubki puszczały z łatwością jedna po drugiej.
– Brawo, mała – mówiła, uprawiając słowny self-care. – Chociaż raz twoja prokrastynacja na coś się przydała.
– Co ty robisz, Hanka? – panikowała matka. Cała jej buńczuczność i waleczność zniknęły. – Nie wolno tak!
– A wolno zamykać się w mojej łazience?!
– Człowiek – powiedziała z emfazą – ma prawo do prywatności.
– A Pawełek ma prawo do…
Chłopiec pojawił się jak na zawołanie. Był uszczęśliwiony – nie wiadomo, czy załatwieniem potrzeby, czy garścią cukierków. Uśmiech zastąpiła konsternacja, gdy zauważył Hankę na czworakach i ze śrubokrętem w ręku.
– Co ty robisz, mamo?
– Twoja mama jest zwykłym włamywaczem! To się nie godzi! – uprzedziła odpowiedź Hanki babcia.
– O, fajna zabawa. Mogę być policjantem?
– Nie! – krzyknęła Hanka, kiedy ostatnia ze śrubek, najbardziej oporna, wreszcie puściła. – Ale możesz być ze mną włamywaczem, potrzebuję partnera i tylko ty się do tego nadasz. No, może jeszcze Zjawa.
– Hanka, dziecko drogie – zaczęła błagalnym tonem babcia – jeśli masz jeszcze resztki szacunku dla starej matki, to w tej chwili odwołasz ten oddział szturmowy.
– Odwołam, jeśli otworzysz drzwi.
– Nigdy – syknęła matka, jakby bitwa pod drzwiami łazienki miała zdecydować o losach całej wojny i o tym, czy starsza kobieta z niej wróci. Z tarczą lub na tarczy.
W tym krótkim czasie Pawełek zlokalizował znudzonego kota, wziął go na ręce i dostarczył na miejsce potyczki. Zjawa nie miała ochoty na angażowanie się w konflikty możnych tego świata. Jeszcze.
– Złodziej Zjawa gotowa do akcji. – Chłopiec zaprezentował kota, nieświadomie odgrywając scenę z Króla Lwa.
Za drzwiami łazienki wciąż działo się coś dziwnego. Babcia zaczęła głośno sapać, a po podłodze coś szurało.
– O, babcia robi teraz ku…
– …rde bele, co ty odwalasz!? – przerwała synkowi Hanka.
– Jakie… to cholerstwo… ciężkie! – stękała babcia, wytaczając ultima ratio regum, ostatni argument królów: pralkę.
– Pawełku, możesz włożyć głowę do tej dziury w drzwiach i podejrzeć, co ona kombinuje? – poprosiła Hanka, starając się zachować zimną krew przy synu.
Kot wtedy głośno zamiauczał i podjął decyzję. Zapach, który dolatywał z łazienki, był zbyt piękny, żeby mu się oprzeć. Zdeterminowana Zjawa wyślizgnęła się z rąk chłopca, kreśląc kocim ciałem nieopisywalne figury geometryczne, i czmychnęła prosto do łazienki. Na krótką chwilę wszystko ucichło. Przez długie dwie sekundy było tak, jak Hanka liczyła, że będzie w tym świątecznym czasie: cicho i spokojnie. Przede wszystkim spokojnie.
– Uciekaj stąd, ty parszywy kocie! – krzyknęła babcia i najwyraźniej próbowała rzucić czymś w Zjawę. – Zostaw ją!
– Ej, ej! Tylko nie parszywy! I kogo ma zostawić? – zdziwiła się Hanka.
Czyżby matka postradała zmysły i mówiła o sobie w trzeciej osobie?
– Oddawaj rybę, złodziejko! – Babcia szybko rozwiała wszelkie wątpliwości.
– RYBĘ?! – ryknęła wściekła Hanka.
– RYBĘ?! – wtórował Pawełek, ponownie starając się imitować dorosłego, całkiem pokracznie, lecz słodko. – Czy to mały rekin?!
Kot, jak to kot, zignorował wszelkie dyrektywy i dumny z siebie oraz swoich łowieckich zdolności wymaszerował przez otwór po kratce wentylacyjnej, nie zaszczycając nikogo nawet spojrzeniem. Liczyły się tylko on i zdobycz w pyszczku.
– Mamo! – biadolił spanikowany chłopiec, myśląc, że jego gwiazdkowy prezent właśnie ginie. – Zjawa porwała mojego rekina!
– Widzisz i nie grzmisz… – powiedziała pod nosem załamana Hanka i schowała twarz w dłoniach. – To nie jest rekin, Pawełku. To karp.
– Karp? – nie krył zdziwienia chłopiec. – Przecież mówiłaś, że nie jemy karpia. Zjawa! Proszę, oddaj… Fuj! Ona go je!
– Tak – rzuciła oschle Hanka. – Dokładnie tak mówiłam. Prawda, mamo?!
W zamku łazienkowych drzwi przekręcił się klucz i w progu, obok przesuniętej pralki, stanęła niesforna babcia. Cała mokra.
– Chciałam dobrze… – pokajała się, patrząc w podłogę, jakby gdzieś tam, w panelach, kryło się rozgrzeszenie.
– To dobrze! Świetnie nawet! Wiesz, kiedy byłoby dobrze?! Gdybyś raz, choć jeden, jedyny raz, zrobiła to, o co proszę! – krzyczała Hanka.
– Ale święta bez karpia to…
– To wciąż święta! – przerwała matce. – Tak jak bez śniegu, choinki, prezentów…
– Nie będzie prezentów?! – spanikował chłopiec.
– Będą, oddychaj. – Hanka zdobyła się na wymuszony uśmiech. – W tym roku będzie wszystko, nawet karp. Najwidoczniej. Zmierzam do tego, że te wszystkie rzeczy są mało istotne.
– Ja protestuję! – zawołał Pawełek.
– Przeciwko czemu?
– Nooo… – zastanowił się i podrapał po głowie, tym razem naśladując Kajtka. – Że mało istotne – dodał po chwili z powagą.
– A wiesz, co to znaczy?
– Nie wiem.
– Pawełku. – Przyklęknęła przy synu i złapała go delikatnie za policzki. – W święta najważniejsza jest rodzina. To, że spędzimy je razem: ty, babcia, Kajtek, mama Kajtka i ja.
– I Zjawa.
– Tak, ona też. – Hanka zaśmiała się szczerze.
– I mały rekin? – zapytał błagalnie.
– Pawełku, po raz ostatni tłumaczę. – Westchnęła przeciągle i położyła synkowi dłonie na ramionach. – Nie będzie żadnego małego rekina. Przecież sam wiesz, że takich zwierząt nie wolno trzymać w warunkach domowych.
– Kto o tym decyduje?
– Wydaje mi się, że rząd.
– Aha. – Fan rekinów wszelakich tupnął nogą, zmotywowany do działania. – To ja chciałbym z tym rządem sobie porozmawiać.
– Nie ty jeden. Ale to nie dziś ani jutro. Idź do siebie. I nie patrz na Zjawę.
– No dobra – wydukał. – Ale to nie jest moje ostatnie słowo! – dodał szybko.
W drodze do pokoju oczywiście zignorował dyrektywy i patrzył, jak Zjawa zajada się świątecznym karpiem. Hanka ujęła się pod biodra i wzrokiem pełnym wyrzutu patrzyła na matkę.
– A ty? – zapytała. – To były twoje ostatnie słowa?
– Nie…
– No więc?
– Więc co? – zapytała smutno matka.
– Może jakieś magiczne słowo?
– Abrakadabra – rzuciła pod nosem ze wzrokiem wbitym w podłogę.
– Bardzo się cieszę, że chociaż ciebie dobry humor nie opuszcza. – Hanka nie kryła już złości.
Idealny czas właśnie okazywał się taki, jak wszystko inne w jej życiu. Pełen niewidocznych na pierwszy rzut oka pęknięć.
– Wcale mi nie jest do śmiechu.
– Więc wyduś to z siebie! Korona ci z głowy nie spadnie – zapewniła Hanka.
– Przepraszam… – wyszeptała bardzo cicho matka.
– Nie słyszę.
– To se kup aparat słuchowy.
– Mamo! – ryknęła Hanka.
Faktycznie w takich momentach widziała, że jednak wychodzi z niej matka.
– To jest dla mnie bardzo trudne…
– Świetnie. Robienie trudnych rzeczy kształtuje charakter. – Hanka uśmiechnęła się szelmowsko, czerpiąc perwersyjną przyjemność ze skrępowania rodzicielki.
– Przepraszam – powiedziała matka, jakby to było najohydniejsze słowo wszech czasów, gorsze nawet od konkubenta.
– Dziękuję. Widzisz? Dałaś radę, brawo. Jestem z ciebie dumna. – Zaklaskała bezgłośnie.
– Zaraz się porzygam…
– Od jednego słowa?! No, bez przesady!
– Nie. Ten kot jest… jest… obrzydliwy! – dodała z odrazą.
Kot po prostu był kotem, któremu karp smakował. A fakt, że ryba została upolowana, stanowił najlepszą przyprawę. Zjawa poczuła się królową życia, królową dżungli, wielkim drapieżnikiem. Jej wzrok mówił: „Patrzcie! Patrzcie i podziwiajcie. Padajcie na kolana i oddajcie mi należną cześć! A jeśli nie… skończycie jak ta ryba”. Czyli czuła się dokładnie odwrotnie niż jej właścicielka.
– Jak ty to sobie w ogóle wyobrażałaś? – dociekała Hanka. W jej głowie ten plan miał same wady. – Mieliśmy nie korzystać z łazienki? Jak długo?
– W zasadzie to nie wiem. – Matka wzruszyła rozbrajająco ramionami. – Myślałam, że wrócicie z Kajtkiem szybciej niż Pawełek i twój facet się tym zajmie.
– Aha. I dlatego wysłałaś go samego z psem? Brawo. – Hanka uniosła kciuk.
– Przecież nic mu się nie stało.
– Ale mogło!
Hanka miała dość tej huśtawki emocjonalnej. Nikt, absolutnie nikt, nie wyzwalał w niej tak skrajnych uczuć jak matka.
– W domu też mu się coś może stać. – Matka nie odpuszczała. Z każdej słownej utarczki, nawet z góry skazanej na porażkę, starała się wyjść z twarzą.
– Aha. A co takiego niby?
– Co takiego? Popatrz tylko na swojego kota! – Wskazała palcem na zadowoloną Zjawę, z apetytem konsumującą martwą już rybę. – To niebezpieczna bestia!
– Chciałam tylko przypomnieć, że to twój pies…
– Ignacy.
– Przypominam, że to Ignacy użarł Kajtka. Kto tu jest bestią?
– Bo Kajtek zrzucał go z kolan. I tam od razu użarł. – Nadąsała się. – Drasnął lekko.
– Blizny mówią co innego, ale to teraz nieważne. Kupiłaś karpia, stało się. Dlaczego żywego? – zapytała Hanka.
– Takie są najlepsze! Nie pamiętasz, jak karmiłaś je kostkami cukru, kiedy byłaś mała?
– Bo mi kazaliście! Bałam się tych ich paszcz – oznajmiła Hanka.
– Bzdura.
– Ty oczywiście wiesz lepiej!
– Tak. Pamiętam to doskonale. Miałaś takie słodkie kitki, woreczek cukru i prawie się popłakałaś ze szczęścia – powiedziała z taką pewnością, że sam ton wywołał w Hance żądzę brutalnego mordu.
Kajtek jakiś czas temu pokazał jej technikę oddechową, którą znalazł w internecie. Dwa wdechy – pierwszy głęboki, długi, a drugi płytki i szybki – miały być zwieńczone wydechem. Fizjologiczne westchnienie, bo tak się nazywała technika, miało natychmiastowo uspokajać i zmniejszać stres. Jednak u Hanki nie działało. A ponoć badali to poważni uczeni! Cholerni amerykańscy naukowcy…
– Bo się zaraz zapowietrzysz. – Mama Hanki nigdy nie odpuściłaby okazji do zaczepki.
– Dobra. Mamy karpie. Żywe – skonstatowała Hanka, starając się myśleć o miłych rzeczach. I bynajmniej nie były nimi ryby. Jakiekolwiek. – Proszę je teraz wziąć i oporządzić. Chcę mieć wieczorem wannę tylko dla siebie.
– W żadnym wypadku – żachnęła się matka.
– Okej. Będziesz mogła posiedzieć sobie pierwsza. Niech stracę.
– Nie rozumiesz. W żadnym wypadku nie dotknę tych ryb.
– Jak to? – zdziwiła się, unosząc brwi.
– Tak to. Brzydzę się ich.
– Świetnie, to tak jak ja. Jak je tutaj przyniosłaś?
– Normalnie. – Matka wzruszyła ramionami, patrząc na Hankę jak na kogoś, kto nie wie, ile to jest dwa plus dwa. – Pan mi zapakował do siatek, wstawiłam je do wanny i puściłam wodę.
– Aha. A co się stało z siatkami?
– W śmietniku są. Wyłowiłam je twoją szczotką do włosów. Chyba będziesz musiała ją zamoczyć w wodzie utlenionej, czy czymś takim.
Oddychaj, Hanka, oddychaj… – myślała, widząc oczyma wyobraźni swoją matkę w wannie. Tylko rodzicielka już nigdy z niej nie wychodzi, a ją, Hankę, uniewinnia każdy sąd.
– Nie irytuj się. Kajtek zabije ryby – skonstatowała starsza pani.
Podskórnie czuła, że jeśli nie załagodzi tej sytuacji, to stanie się coś złego. Więź między matką a dzieckiem naprawdę ma w sobie coś z magii. Nawet jeśli ta magia jest czarna.
– Nie wydaje mi się. Też się ich brzydzi.
– Niemożliwe. Co z niego za facet?
– Taki, co się brzydzi ryb. I przemocy – dodała po chwili.
– Czyli… Co to za facet?
– Mamo… – wycedziła przez zaciśnięte zęby Hanka.
– Dobrze, już dobrze. Coś wymyślimy. Swoją drogą, to gdzie on się podziewa?
– A to akurat jest bardzo dobre pytanie. Bardzo.
Przez moment Hance przeszło przez myśl, żeby odebrać Zjawie zdobycz, a raczej to, co z niej zostało, ale odpuściła. W końcu były święta. Niech kot też ma coś z życia.
***
Dzień przed Wigilią Biedronka była pełna piratów wózkowych, rzadko patrzących przed siebie, jedynie w listę zakupów, nieznających strachu ani litości ludzi gotowych zaryzykować życie i zdrowie, byle tylko nie zabrakło rzeczy, których później i tak nikt nie przeje i które ostatecznie wylądują na śmietniku. Biedronka tradycyjnie pełna była także palet, które – choć czyniły sklepowy slalom bardziej ekscytującym – jednocześnie utrudniały innym odsuwanie się od Kajtka i jego towarzysza. Niestety, nowy kolega Siejkowskiego nie pachniał zbyt zachęcająco.
– No i jeszcze taki chlebek… Albo nie, dwa! – zawołał bezdomny i włożył bochenki do sklepowego koszyka.
– Najdroższy, oczywiście… – powiedział kąśliwie płatnik.
– Tu się rozchodzi nie o cenę, kierowniku złoty, ale o zdrowie. Zdrowie nie ma ceny. Ten chleb ma niski indeks glikemiczny.
– I ty niby wiesz, co to znaczy? – zapytał szyderczo Kajetan.
– Imaginuj sobie, że wiem. – Bezdomny pogroził mu palcem przed samym nosem.
Dopiero teraz Kajtek zauważył, że – jak na kogoś żyjącego na ulicy – jego kompan ma niezwykle zadbane paznokcie.
– Cukrzykiem jestem. Nie chcę stopy stracić.
– I tak stracisz… – mruknął Siejkowski.
– Proszę?
– Nic. Za ile już mamy zakupów? – zapytał Kajtek.
– A skąd ja mam to wiedzieć? Nie mam kalkulatora. – Bezdomny wzruszył ramionami, lustrując uważnie półkę z nabiałem.
– Mamo, ale tu cuchnie! – krzyknął przechodzący obok nich chłopiec z dziecięcą szczerością. – Jak wtedy, kiedy tata wrócił od wujka Marka – dodał rozbrajająco.
– Co się pani patrzy? Bezdomnego pani nie widziałaś?! – uniósł się sam zainteresowany, gdy pochwycił pełen pogardy wzrok matki chłopca.
– Weź przynajmniej ludzi nie zaczepiaj, co? Dycha… Za to była piątka… – rachował Kajtek, wspomagając się telefonem.
– Ja zaczepiam? Ja zaczepiam?! To ja jestem tym zaczepianym!
– Zapachem też można zaczepić, wiesz? Dobra – dodał Kajetan, kiedy wszystko podliczył. – Wyszło mi, że mamy towaru za dwieście trzynaście złotych i siedemdziesiąt groszy.
– Świetnie – ucieszył się kloszard i zatarł dłonie. – To teraz idziemy na dział kosmetyków. Potrzebuję…
– Halo! Przepraszam pana! – przerwał mu drepczący w ich stronę otyły ochroniarz. Wyglądało na to, że poci się samym oddychaniem. – Halo, proszę się zatrzymać!
– Widzisz? Mówiłem ci! – Kajtek nie krył zdenerwowania. Po incydencie tramwajowym nienawidził być w centrum uwagi, nawet najmniejszej. – Tak się kończy zaczepianie ludzi, teraz się będziesz panu ochroniarzowi tłumaczył. Ja go nie znam!
– Słucham? – wysapał ochroniarz, opierając się na kolanach i robiąc wszystko, żeby jego oddech wrócił do względnej normy. – Ja do pana.
– Do mnie?! A co ja zrobiłem?! – zawołał Kajtek, zdziwiony jeszcze bardziej niż tym, że jego zakupowy kompan wie, czym jest indeks glikemiczny.
– To się zaraz okaże. Co ma pan tam, pod kurtką? – dociekał pracownik firmy ochroniarskiej.
Nie wyglądał na emeryta, więc musiał mieć grupę inwalidzką.
– N-nic – wydukał Kajtek, gromiąc wzrokiem rozbawionego bezdomnego.
– Jak nic, jak widzę, że coś? Proszę pokazać. I wyjąć wszystko z kieszeni – rzucił ochroniarz, starając się brzmieć groźnie. Z naciskiem na „starając”.
– Czy ja panu wyglądam na złodzieja? – zapytał z wyrzutem Kajtek.
Może i kiedyś handlował sterydami, ale kradzież?
– Żaden złodziej nie wygląda na złodzieja – stwierdził ochroniarz, mierząc Kajetana wzrokiem od stóp do głów.
– Zgadzam się w całej rozciągłości. – Bezdomny małymi kroczkami oddalał się od Kajtka i ni stąd, ni zowąd stał już przy ochroniarzu.
Instynkt przetrwania z ulicy widocznie robił swoje.
– I ty przeciwko mnie?! – uniósł się trener.
– Ja z władzą nie dyskutuję!
– Pokazujesz pan po dobroci – zapytał ochroniarz, wyciągając krótkofalówkę – czy mam na policję dzwonić?
Kajtek westchnął, zgromił wzrokiem rozbawionego bezdomnego i wreszcie wystawił spod kurtki wciąż śpiącego i na dodatek chrapiącego Ignacego, który nic sobie nie robił ze sklepowej afery.
– To mój pies jest. Znaczy nie mój. Pożyczony – wydukał Kajtek.
– Aha. A z którego regału pan go pożyczył? – zapytał ochroniarz, dumny z siebie, że udaremnił kradzież.
Drugi raz w tym kwartale!
– Z żadnego regału! – zdenerwował się Kajetan. – Z domu, normalnie. Teściowej… yyy… To znaczy to pies matki mojej dziewczyny.
– Taa, jasne. A ja jestem Marek.
– A jak szanowny pan władza, jeśli można wiedzieć, ma na imię? – zapytał zainteresowany żywo tematem bezdomny.
– Darek. Dobrze – nie-Marek westchnął – idą święta i, jak to mówią, „miej serce i patrzaj w serce”2. Proszę odłożyć na półkę i zapominamy o całej sprawie.
– No co pan, przecież to żywy pies! Chrapie! Oddycha! – panikował Kajtek.
Gdyby miał wrócić bez Ignacego, to równie dobrze mógłby nie wracać w ogóle. Więcej, musiałby zmienić personalia, przejść operację plastyczną twarzy i zaszyć się w kraju Trzeciego Świata. A może i czwartego.
– Mało to takich teraz? Tu już były gadające, skaczące, takie, które można karmić, co się cieszą… – wyliczał ochroniarz, który nieraz z nudów pomagał wykładać towar.
Dobra, nie z nudów. Podobała mu się kasjerka Krysia i wcale nie chodziło o Świeżaka.
– No. Odkładamy i proszę więcej bez kombinacji, bo będę miał was na oku! – ostrzegł.
– To są jakieś jaja! To nie jest maskotka!
– Wygląda trochę jak te całe Labubu… – stwierdził bezdomny, przypatrując się Ignacemu.
– Ty, faktycznie! – zgodził się Kajetan.
– Wiesia! – krzyknął do swojej krótkofalówki ochroniarz. – Czy my mamy w ofercie jakieś Lambady? Te takie maskotki brzydkie?
– Po raz ostatni mówię! – wściekł się Kajtek. – To jest żywy pies! ŻY-WY! Łazi! Sra! Gryzie nawet!
– Taa, gryzie. Kto przy zdrowych zmysłach zrobiłby zabawkę dla dzieci, która… – Nie dokończył, bo krzyknął z bólu.
Ignacy lubił spać. Ignacy nie lubił być ze snu wyrywany. Więc żeby znaleźć ujście dla swojego gniewu, dziabnął ochroniarza. Kajtek się uśmiechnął, choć wiedział, że nie powinien. Może i ochroniarz był Bogu ducha winny, może jedynie wykonywał swoją pracę, ale po co pchał paluchy, gdzie nie powinien? Właśnie, praca… Trener musiał jeszcze wrócić do swojej, a dziś wybitnie nie miał na to ochoty. Wolał spędzić ten czas z Hanką i Pawełkiem, lepić pierogi, piec ciasteczka i stroić choinkę. Dobrze chociaż, że nikt nie wpadł na pomysł kupowania karpia. Siejkowski wyczytał kiedyś, że te hodowlane mają wysoki poziom kortyzolu, a jeśli teraz czegoś w życiu unikał, to właśnie stresu.
***
Odkąd wprowadziła się do nich niesforna babcia, telewizor był włączony non stop. Robił za tło o każdej porze dnia, a często również nocy. Tak jakby mama Hanki bała się ciszy, w której lepiej słychać własne myśli.
Hanka sprzątała pozostałości po karpiu skonsumowanym – ze smakiem, ma się rozumieć – przez Zjawę, a cisza i brak głosu syna sprawiały, że czuła się co najmniej nieswojo.
– Paweł! Paweł, co robisz? – zapytała.
Po porwaniu była naprawdę przewrażliwiona, ale to akurat było od niej silniejsze.
– Patrzę! – zawołał chłopiec zza drzwi łazienkowych.
– Świetnie, ale na co?
– Nie mówi się na co, tylko na kogo!
Nie wyprzesz się go, Hanka – pomyślała rozbawiona – nawet gdybyś chciała. Kiedy zajrzała do łazienki, Pawełek klęczał przy wannie i obserwował pływające w niej powolnie ryby.
