Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Gdy przy szlaku turystycznym niedaleko schroniska Zygmuntówka zostają znalezione zwłoki księdza Leona Kisiela, emerytowanego proboszcza parafii w Walimiu, wszyscy są przekonani, że staruszek zmarł z przyczyn naturalnych. W końcu, choć każdego dnia urządzał sobie kilkukilometrowe wędrówki, miał blisko sto lat. Jednak kiedy patolog przeprowadzający sekcję odkrywa, że duchowny został zamordowany, prokurator Klara Bogusz zaczyna podejrzewać, że ta śmierć może mieć związek z historią Gór Sowich. Nie mając zaufania do lokalnej policji, prosi o pomoc komendę wojewódzką, a ta oddelegowuje do sprawy komisarza Andrzeja Papaja i aspirant Justynę Nowicką. Już pierwsze ustalenia poczynione przez śledczych wskazują, iż ksiądz Leon Kisiel miał wiele tajemnic, a co więcej wcale nie jest pewne, czy tak naprawdę był księdzem.
Tomasz Wandzel – autor bestsellerowej serii kryminałów Komisarz Oczko oraz wielu powieści kryminalnych, historycznych i obyczajowych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TOMASZ WANDZEL
Seria: Komisarz Andrzej Papaj, t. 3
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Za blisko prawdy
Tom 3, Cykl Komisarz Andrzej Papaj
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Projekt okładki:
Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68254-51-8
Gustaw Degler siedział przy oknie, zachwycając się górskim pejzażem, skąpanym w promieniach popołudniowego sierpniowego słońca. Choć patrzył na łagodne szczyty otaczające dolinę tak, jakby widział je pierwszy raz w życiu, to prawda była zupełnie inna. Każdy z nich znał doskonale, niemal na pamięć. Teraz gdy jego życie nieuchronnie zbliżało się do kresu, który pisany był każdemu, bez względu na pochodzenie, płeć czy zamożność, z pewnym sentymentem wspominał czasy, kiedy najpierw będąc małym dzieckiem, w towarzystwie rodziców, a później już samodzielnie jako młody chłopiec przemierzał górskie ścieżki ciągnące się przez zalesione zbocza, pokonywał strumienie cicho szumiące w leśnej gęstwinie, a po trudach wędrówki odpoczywał na którymś ze szczytów, górujących nad Wüste Waltersdorf. Tam posilając się aromatycznymi kiełbaskami o intensywnym czosnkowo-majerankowym smaku i bułeczkami pachnącymi kminkiem, wypiekanymi przez matkę, podziwiał rodzinne strony. Dla niego wszystkie te góry, doliny, zbocza, strumienie i leśne ostępy od zawsze były niemieckie i należały do wszechmocnej Trzeciej Rzeszy. Co więcej, okoliczność, że po zakończeniu drugiej wojny światowej tereny te zajęli Polacy, dla Gustawa nie miała żadnego znaczenia. Określenie „Ziemie Odzyskane”, którego tak chętnie używali Polacy, według Gustawa powinno brzmieć: „Ziemie Otrzymane”. W końcu to znienawidzona Ameryka wespół z komunistycznym Związkiem Radzieckim i parszywą Wielką Brytanią sprawiły, że strony jego szczęśliwego dzieciństwa przypadły w udziale Polakom. Dlatego nawet teraz, gdy przekroczył dziewięćdziesiąt lat, a w jego rodzinnym domu, który jako dziewiętnastoletni chłopak musiał opuścić wiosną tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, dorastało czwarte pokolenie podludzi, wierzył, że jeszcze przyjdzie taki dzień, gdy szpetna nazwa Walim zostanie zastąpiona tą prawdziwą niemiecką. Mimo wieku i fizycznej słabości jego umysł wciąż był sprawny jak szwajcarski zegarek noszony na ręce. Była to jedna z nielicznych pamiątek, jakie pozostawił mu ojciec. Nawet fakt, że twórcą tego niezawodnego mechanizmu był niejaki Patek, podobno Polak, niespecjalnie mu przeszkadzał. Po prostu potwierdzał jedynie regułę, że również w stercie plew można znaleźć ziarno.
Starzec oderwał wzrok od górskich zboczy i spojrzał na dwóch mężczyzn siedzących za stołem w głębi hotelowego pokoju. Jeden z nich był przykładem osobnika kierującego się w swoim działaniu przyziemnymi motywacjami. W tym wypadku największe znaczenie odgrywały kwestie finansowe. To na szczęście nie stanowiło dla Deglera żadnego problemu, ponieważ budżet, jakim dysponowała kierowana przez niego organizacja, był wystarczający, aby opłacać polskich pachołków, którzy za kilkaset euro miesięcznie gotowi byli zdradzić swoją ojczyznę. Właśnie takimi pobudkami kierował się Zbigniew Kaczmarek, od ponad trzydziestu lat potulnie służący ich sprawie. Oczywiście o tym, jak ważna była to sprawa, polaczek nie miał zielonego pojęcia. Podobnie jak jego ojciec, który również pilnował, aby nikt nie próbował szukać tajemnic, które doskonale ukryte w skalnych korytarzach i halach czekały na lepsze czasy.
– Wyjaśnij mi, proszę, jak można schrzanić tak prostą robotę? – zapytał, zwracając się do pięćdziesięcioletniego szatyna. Jego szare, nieco skośne oczy sugerowały genowe pokrewieństwo z ludami Azji. Natomiast wydatny brzuch, na którym ciasno opinała się kraciasta koszula, dowodził, że uwielbiał niezdrowe jedzenie, unikał ruchu i był wiernym sponsorem branży piwowarskiej.
– Skąd mogłem wiedzieć, że w tym przeklętym szpitalu zepsuje się chłodnia i ciało tego klechy zostanie przewiezione do Wrocławia? Gdyby nie ta cholerna awaria, nasz zaufany patolog stwierdziłby zawał i…
– Nie życzę sobie, abyś w ten sposób wyrażał się o Leonie – warknął Degler, gromiąc rozmówcę wzrokiem, pod którego ciężarem Kaczmarek zmalał i pobladł, a na jego czole pojawiły się kropelki potu, choć pokój był klimatyzowany i panował w nim przyjemny chłód.
– Jak by na to nie patrzeć, był jednym z nas, a fakt, że z wiekiem stał się mniej ostrożny i zaczął stanowić zagrożenie, nie znaczy, że możesz go obrażać.
– Przepraszam, panie Gustawie, już więcej nie będę – skruszonym głosem zapewnił szatyn.
– Mam taką nadzieję, a teraz mi powiedz, co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? – poprosił Degler, choć sam miał już w głowie gotowy plan działania. Z doświadczenia wiedział, że w każdej akcji największe ryzyko generował czynnik ludzki. Po nim mógł wejść do gry czysty przypadek i tak właśnie było w obecnej sytuacji. Awarii chłodni w świdnickim szpitalu nikt nie mógł przewidzieć, ale Kaczmarek powinien był zareagować, gdy tylko dowiedział się, że zwłoki Leona Kisiela emerytowanego proboszcza, mają zostać przewiezione do Wrocławia. Wystarczyło opóźnić transport o kilka godzin, a wówczas żaden patolog nie wykryłby w ciele zmarłego substancji, która zabiła duchownego.
– Myślę, że powinienem zgłosić się na policję i uzupełnić swoje zeznania o tajemniczego mężczyznę, którego minąłem na szlaku chwilę przed odnalezieniem ciała. Wtedy policja będzie mogła sobie szukać wysokiego bruneta o bujnym zaroście – odpowiedział Kaczmarek, szczegółowo opisując wymyśloną przez siebie postać.
– Dobry pomysł – przyznał Degler, jednak tak naprawdę uważał plan Polaka za głupi i prawdopodobnie zapożyczony z taniego kryminału. Jeśli Kaczmarek uważał, że policja da się nabrać na podobny chwyt, to najwyraźniej musiał być głupszy, niż Gustaw do tej pory uważał. – Powinieneś jednak odczekać dzień lub dwa. Zapewne prasa napisze o morderstwie księdza na szlaku i wtedy twoja opowieść nabierze większej wiarygodności – polecił Degler – a teraz wracaj do siebie – dodał, wyciągając z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę, na której widok w oczach Kaczmarka zapłonęły ogniki chciwości.
– Tylko nie szastaj na prawo i lewo – przestrzegł starzec, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że jego przestrogi na niewiele się zdadzą. Teraz jednak nie miało to już większego znaczenia.
– Oczywiście – obiecał Kaczmarek, kciukiem i palcem wskazującym sprawdzając grubość koperty, a tym samym próbując oszacować jej zawartość. Opuszczając hotelowy pokój, nie mógł widzieć spojrzenia Gustawa Deglera. Może gdyby je dostrzegł, uświadomiłby sobie, że jego misja wkrótce dobiegnie końca.
Starzec poczekał aż za Kaczmarkiem zamkną się drzwi i dopiero wtedy zwrócił się do drugiego z mężczyzn. Ten miał trzydzieści lat, jasne włosy, niebieskie oczy i pewny wyraz twarzy, co biorąc pod uwagę, że był rodowitym Niemcem, w którego żyłach płynęła arystokratyczna germańska krew, nie było niczym dziwnym.
– Wiesz Kurt, myślę, że nasz polski przyjaciel nie będzie nam dłużej potrzebny.
– Jestem tego samego zdania – odpowiedział blondyn, wstając od stołu i podchodząc do strefy gastronomicznej. Z barku wyjął wysoką szklankę, z lodówki butelkę wody mineralnej i plasterek cytryny, a z zamrażalnika kubełek wypełniony lodem.
– Wiadomo, kto zajmuje się sprawą?
Degler zapytał o kwestię, która mogła pomóc w wyciszeniu śmierci emerytowanego proboszcza.
– Ze strony prokuratury dochodzenie nadzoruje Klara Bogusz, młoda, uparta i zdolna prokurator – odpowiedział Mejer, bawiąc się szklanką, w której wesoło grzechotały kostki lodu.
Niedobrze – pomyślał Gustaw. Już samo zestawienie przymiotników, jakimi Kurt określił Klarę Bogusz, było złą wróżbą. Degler znał się na ludziach i wiedział, że upartość połączona z talentem i młodością stanowiły nieobliczalną mieszankę.
– Mamy kogoś w prokuraturze, kto mógłby jej patrzeć na ręce, a w razie czego nawet zainterweniować?
– Niestety, kogoś o takich możliwościach nie mamy – odpowiedział Mejer, wracając do stołu. – Jest jednak osoba, która ma wgląd w dokumentację, jaką sporządza Klara Bogusz. Dzięki temu jesteśmy informowani o każdym jej kroku. Stąd też wiem, że prokurator zamierza ponownie przesłuchać Kaczmarka oraz przyjrzeć się przeszłości Leona Kisiela.
– A w policji? – dopytywał Degler, wiedząc, że z Kaczmarka, który już wkrótce będzie martwy, Klara Bogusz nie będzie miała żadnego pożytku, a grzebanie w życiorysie Leona, zamiast zbliżenia się do prawdy, przyniesie jej kolejne pytania, na które nigdy nie znajdzie odpowiedzi.
– Tam mamy zaufanego człowieka, który z pewnością nie odmówi pomocy. Co prawda wystąpił pewien mały problem, ponieważ Bogusz poprosiła, aby śledztwo poprowadził ktoś z Komendy Wojewódzkiej we Wrocławiu – oznajmił Kurt, upijając łyk wody.
– A więc jest gorzej, niż myślałem – westchnął Degler.
– To zależy jak na to spojrzeć. Po pierwsze ci z Wrocławia i tak będą musieli nawiązać współpracę z miejscową policją, więc będziemy na bieżąco informowani o wszystkich działaniach – rzeczowo zauważył Mejer. – Po drugie wiemy, komu sprawa została przydzielona i jakie działania zamierza podjąć Klara Bogusz, a to moim zdaniem pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.
– Optymizm jest zarezerwowany dla idiotów, a my musimy oceniać sytuację realnie – skomentował starzec, kładąc dłoń na panelu sterującym wózka inwalidzkiego, którym poruszał się od kilku lat. Przesunął dżojstik do przodu, a wózek posłusznie ruszył w kierunku barku.
– Zatem realnie patrząc, wybór komisarza Andrzeja Papaja i aspirant Justyny Nowickiej jest dla nas jak wyciągnięcie asa w rozgrywce pokera.
– To znaczy?
– Nowicka pracuje w policji zaledwie kilka lat, więc brakuje jej doświadczenia. Natomiast Papaj ma słabość do pięknych kobiet, co w odpowiednim czasie będziemy mogli wykorzystać, jeżeli oczywiście zajdzie taka potrzeba.
Każdy człowiek ma jakąś słabość – pomyślał Degler, przygotowując sobie drinka. W jego przypadku był nią hazard. Odwiedziny w kasynach miały tę przewagę nad kobietami, że wiek nie odgrywał tu żadnej roli. Liczyła się bystrość umysłu i czasami także szczęście.
– Rozumiem więc, że trzymasz rękę na pulsie – upewnił się Degler.
– Naturalnie, wszystko jest pod kontrolą – zapewnił Mejer.
– Dobrze, pozostaje zatem sprawa tego grubego idioty. Chciałbym, aby wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek. Najlepiej samochodowy, ale bez innych ofiar. Trzeba też będzie go kimś zastąpić.
– Kiedy mam się tym zająć? – zapytał Kurt, dla którego zlecenie wyeliminowania Zbigniewa Kaczmarka było tym samym, czym dla piekarza upieczenie chleba. Od dziesięciu lat Majer nadzorował likwidację tych, którzy stanowili dla organizacji realne zagrożenie. Dzięki temu tajemnice z przeszłości, o których nawet on sam nie wiedział wszystkiego, nadal były bezpieczne. Drugie polecenie Gustawa również nie nastręczało większych problemów. W Walimiu oraz jego okolicach było jeszcze kilka osób, które każdego miesiąca w umówionym miejscu znajdowały kopertę z pewną kwotą euro, będącą najlepszą motywacją. Kurt miał już nawet gotowego kandydata, który doskonale mógł zastąpić Kaczmarka. Był nim Roman Stefanowski, sześćdziesięcioletni rozwodnik, pracujący w nadleśnictwie.
– Im szybciej, tym lepiej, ponieważ najpóźniej pojutrze chcę wracać do Berlina.
– Jutro nie będzie już problemu – zapewnił Mejer.
– Dobrze, a więc przejdźmy do najważniejszego. Jak wyglądają poszukiwania legendarnego złotego pociągu? – z sarkazmem zapytał Degler, zmieniając temat.
– Zgodnie z przewidywaniami oczy wszystkich skupione są na torach z Wrocławia do Wałbrzycha – zaczął Kurt. – Jutro opinia publiczna powinna poznać tożsamość odkrywców, zatem nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, aby doszukiwać się w tej sprawie drugiego dna.
– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nagle wszyscy uwierzyli w pociąg? – z pewnym niedowierzaniem wtrącił Gustaw.
– Oczywiście są jednostki, dla których cała ta akcja jest grubymi nićmi szyta, ale stanowią one mniejszość. Po tym jak władze polskie oficjalnie potwierdziły, że na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pociąg istnieje, cały świat uwierzył w bajkę, a ci, którzy myślą inaczej, nie zostaną dopuszczeni do głosu.
– Czyli prawdziwe miejsce zdeponowania skarbów Wrocławia jest jeszcze bezpieczne – szepnął Degler.
W odpowiedzi Mejer skinął głową, choć nawet on nie wiedział, gdzie ostatecznie zostały ukryte skrzynie, które od późnej jesieni tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego do wczesnej wiosny roku następnego masowo opuszczały Wrocław. Co prawda znał kilka lokalizacji, ale to, co w nich znalazł, musiało być zaledwie ułamkiem całości. Wiedział, że pewnego dnia Gustaw przekaże mu tajemnicę, bo teraz, gdy Leon Kisiel już nie żył, Degler był ostatnim żyjącym świadkiem wydarzeń, jakie rozegrały się pod koniec drugiej wojny światowej.
Opuszczając hotel w zacisznej części Walimia, Mejer wiedział już, w jaki sposób pozbędzie się niewygodnego Polaka. Wszystko musiało wyglądać na nieszczęśliwy wypadek i właśnie coś takiego Kurt postanowił zafundować Kaczmarkowi. Wybrany sposób był łatwy, a przede wszystkim skuteczny. Mejer opracował go dziesięć lat wcześniej. Po raz pierwszy posłużył się nim przy uciszeniu Rudolfa Krugera, członka organizacji, który na starość za dużo mówił, a za mało myślał. Facet miał jednak rozsądnego ochroniarza, a ten był prawdziwym profesjonalistą, zatem żadne przecięcie przewodów z płynem hamulcowym nie wchodziło w grę. Podobnie jak materiały wybuchowe, ponieważ śmierć Krugera miała zostać uznana za nieszczęśliwy wypadek. Dlatego należało wymyślić coś naprawdę kreatywnego, a zarazem zabójczo skutecznego. Nieoczekiwanie Mejer znalazł inspirację w przeciętnej powieści kryminalnej, nomen omen napisanej przez jakiegoś Polaka. Początkowo uznał, że fragment, gdy główny bohater zakłada maskę przeciwgazową, zakrada się do sypialni żony i rozsypuje wokół jej łóżka kryształki fosforku glinu, których opary wdychane przez śpiącą kobietę zabijają ją w kilkanaście sekund, a po wszystkim dokładnie odkurza i wietrzy pomieszczenie, uznał za wytwór literackiej wyobraźni. Scena była jednak tak sugestywna, że Kurt postanowił sprawdzić, czym jest ów zabójczy specyfik. Znalezione w sieci informacje wyglądały tak obiecująco, że Mejer zdecydował się na zakup preparatu, z czym nie miał żadnego problemu, a następnie rozsypał go w jednej z chlewni należącej do potentata hodowli trzody chlewnej. Szybkość, z jaką środek uśmiercił kilkadziesiąt świń, zaskoczyła Kurta. Teraz gdy naocznie przekonał się o jego skuteczności, musiał jeszcze znaleźć sposób na podrzucenie go Krugerowi. Szans na to, aby dostać się do jego domu i podobnie jak w czytanej powieści rozsypać preparat w sypialni, o odkurzaniu i wietrzeniu nie wspominając, praktycznie nie było. Jednak Kruger uwielbiał popołudniowe przejażdżki swoim mercedesem. Dlatego Kurt wpadł na pomysł, aby truciznę umieścić w tunelu klimatyzacyjnym, którym ciepłe powietrze docierało do kabiny. Śmiercionośną dawkę zapakował w kapsułkę, która pod wpływem wysokiej temperatury powinna była się rozpuścić, uwalniając tym samym zabójczy gaz. Najwięcej problemów było z włamaniem do garażu, w którym Kruger trzymał swoją limuzynę, ale i z tym Mejer sobie poradził, wykorzystując wieczór, gdy ochroniarz pojechał do szpitala odwiedzić swoją matkę, którą nieszczęśliwie jakiś pirat potrącił na pasach, co oczywiście zostało skrupulatnie zaplanowane. Następnego popołudnia, tak jak Kurt przewidział, Rudolf Kruger zasłabł podczas jazdy za kierownicą swojego auta, uderzył w drzewo i zginął na miejscu. Zdarzenie zostało zakwalifikowane jako wypadek, a rodzina zgodnie z testamentem Krugera skremowała jego ciało. Później w bardzo podobny sposób Mejer wyprawił w zaświaty jeszcze kilka innych osób, przy okazji dopracowując technikę. W sezonie zimowym umieszczał kapsułkę w otworach wentylacyjnych. Z kolei latem, gdy kierowcy właściwie nie korzystali z ogrzewania, doskonale sprawdzało się ukrycie kapsułki pod pedałem gazu, który podczas jazdy dokonywał jej mechanicznego rozerwania. Z Kaczmarkiem sprawa była jeszcze prostsza, ponieważ nie musiał nawet włamywać się do jego samochodu. Piętnastoletni passat był prezentem od Gustawa Deglera, który profilaktycznie polecił dorobić zapasowy kluczyk. Kurt odczekał, aż na dworze zrobi się ciemno i dopiero wtedy pojechał na peryferie Głuszycy, gdzie w małym parterowym domku mieszkał Kaczmarek. Widząc czerwonego passata zaparkowanego przed garażem, uśmiechnął się pod nosem. Po przejechaniu kolejnych kilkudziesięciu metrów zatrzymał swoje białe audi na bocznej wąskiej dróżce odchodzącej w las. Teraz gdy już wiedział, że Kaczmarek jest u siebie, musiał jeszcze sprawdzić, co mężczyzna robi. Dzięki technice nie musiał nawet podkradać się pod okna ani tym bardziej wdrapywać na drzewa. Wystarczyło jedynie sięgnąć po smartfon i uruchomić odpowiednią aplikację. Mejer podejrzewał, że Kaczmarek oddaje się przyjemnością, na które pozwalał sobie wtedy, gdy otrzymywał kopertę wypchaną banknotami.
Jacy ludzie potrafią być do bólu przewidywalni – pomyślał Kurt, gdy na ekranie smartfona zobaczył podgląd z kamery zainstalowanej w sypialni Kaczmarka. Widok tłustego cielska, na którym rytmicznie poruszała się szczupła brunetka, wyglądał odrażająco. Jednak dzięki niemu Mejer miał pewność, że przez najbliższe kilkanaście minut może spokojnie robić swoje. Mimo wszystko nie marnował czasu i w czerwonym passacie spędził nieco ponad dwadzieścia sekund. Następnie pojechał na oddalony o dwa kilometry parking, odczekał kwadrans i zatelefonował do swojej ofiary. Kaczmarek odebrał po drugim sygnale, dobrze wiedząc, że telefonu od Kurta nie może zignorować i gdy ten dzwoni, nawet igraszki z prostytutką należy przerwać.
– Musimy się zaraz spotkać – zakomunikował Mejer.
– Gdzie? – krótko zapytał Kaczmarek, wiedząc, że telefony były najmniej bezpiecznym sposobem komunikacji.
– Za czterdzieści minut przed dworcem Wałbrzych Miasto – odpowiedział Mejer. – Tylko bądź punktualnie – dodał i natychmiast przerwał połączenie.
Kurt celowo wskazał miejsce publiczne, gdzie zazwyczaj było sporo ludzi i w którym Kaczmarek nie musiał się niczego obawiać. Wiedział, że gdyby wybrał jakąś zagubioną w górach przełęcz, Polak mógłby zacząć coś podejrzewać. Również czas spotkania nie był przypadkowy. Aby się nie spóźnić, Kaczmarek musiał dobrze dociskać gaz, a Mejerowi właśnie o to chodziło.
Teraz trzeba tylko poczekać – pomyślał Kurt, uruchamiając aplikację pozwalającą na śledzenie czerwonego passata. Nadajnik GPS ukryty pod zbiornikiem paliwa był kolejną niespodzianką, w jaką Gustaw Degler wyposażył prezent dla swojego polskiego współpracownika. Poza tym w kabinie umieszczono podsłuch, połączony z miniaturową kamerą. Dzięki tym praktycznym gadżetom, którymi otoczono Kaczmarka, Mejer znał każdy jego ruch i każde słowo. Fakt, że do tej pory mężczyzna zachowywał ostrożność, dobrze o nim świadczył. Niestety ostatnie zadanie, z pozoru banalne, zwyczajnie go przerosło, a tym samym przypieczętowało jego los. Gdy wyświetlony na ekranie punkt zaczął się poruszać, Kurt uruchomił kolejną aplikację, dzięki której mógł zobaczyć i usłyszeć wszystko, co działo się w aucie. Teraz z powodu półmroku, jaki panował w kabinie oświetlonej wyłącznie wskaźnikami deski rozdzielczej, widział niewiele. Jednak bardzo szybko zorientował się, że Kaczmarek nie jedzie sam. Na fotelu pasażera siedział ktoś jeszcze.
– To pewnie ta kurewka – mruknął niezadowolony Mejer. Obecność dziewczyny oznaczała, że będą dwie ofiary, a nie jedna, jak życzył sobie Degler, który przy realizacji podobnych akcji zawsze unikał eliminacji osób postronnych. Teraz Kurt nie mógł jednak już nic zrobić, a złością Gustawa postanowił się zająć we właściwym czasie.
Przez następny kwadrans Mejer wpatrzony w ekran swojego smartfona słuchał rozmowy Kaczmarka z młodą, najwyżej dwudziestoletnią prostytutką. Po raz pierwszy miał okazję niemal na żywo uczestniczyć w ostatnich chwilach życia swoich ofiar. Świadomość, że za minutę, dwie lub trzy wszystkie te ich plany o kolejnych spotkaniach, staną się tylko wspomnieniem, była na swój sposób ekscytująca. Żałował jedynie tego, że jest noc i nie będzie mógł widzieć wyrazu ich twarzy, ale nawet nagły, choć krótki krzyk dziewczyny, do którego dołączyło harczenie Kaczmarka, po chwili zagłuszone odgłosem zgniatanych blach, wprawiło Kurta w dobry nastrój.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
