Wyznania - Jean-Jacques Rousseau - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wyznania ebook

Jean-Jacques Rousseau

0,0

Opis

 

Wyznania Rousseau to jedna z tych bolesnych książek, w których — jak w Wielkim TestamencieVillona, jak w Listach panny de Lespinasse — mamy uczucie, iż kładziemy rękę wprost na bijącym, chorym sercu ludzkim; uczucie tutaj tym bardziej przejmujące, iż serce to biło w człowieku, który jak mało kto inny zaważył na biegu myśli, uczuć i dziejów wielkiej epoki ludzkości…

 

 

 

…Odkąd istnieje literatura, nikt nie obnażył w ten sposób swojego wnętrza. Mimo iż właśnie wpływ Russa rozpętał istną orgię wystawiania na pokaz swojego ja, „objaśniania” samego siebie, istną ekshibicjęnajtajniejszych drgnień swej istoty, wypełniającą znaczną część literatury XIX wieku, nikt nie dorównał mu co do tego w bezwzględności, powiedzmy w bezwstydzie. Trzeba było tej chorobliwej, do ostatecznych granic wybujałej pychy, a zarazem tego jakiegoś żaru wewnętrznego, podnoszącego chwilami napięcie tonu Wyznań istotnie niemal do sakramentu spowiedzi, aby pisać w ten sposób o swoim życiu, z jakimś dziwnym przeświadczeniem, iż szczerość tych kart oczyszcza je z ich szpetoty, a zarazem z całą naiwnością i, można powiedzieć, samouctwem etycznym tego włóczęgi, samotnika i proroka, który wychował się i spędził młodość poza społeczeństwem, a zetknąwszy się z nim, nie wszedł w nie, ale je rozwalił…

 

Tadeusz Boy-Żeleński

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Karta tytułowa

TOM PIERWSZY

KSIĘGA I

(1712-1719). Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy. Chcę pokazać moim bliźnim człowieka w całej prawdzie jego natury; a tym człowiekiem będę ja.

Ja sam. Czuję moje serce i znam ludzi. Nie jestem podobny do żadnego z tych, których widziałem; śmiem wierzyć, iż nie jestem podobny do żadnego z istniejących. Jeśli nie lepszy, w każdym razie jestem inny. Czy natura uczyniła źle, czy dobrze, niszcząc formę, w której mnie odlała, o tym wolno będzie sądzić dopiero po przeczytaniu tych kartek.

Niechaj trąba ostatecznego sądu zabrzmi, kiedy przyjdzie godzina: przybędę z tą książką w ręku stanąć przed obliczem Najwyższego Sędziego. Powiem głośno: oto co czyniłem, co myślałem, czym byłem. Wyznałem dobre i złe równie szczerze. Nie przemilczałem nic złego, nie dodałem nic dobrego; a jeśli zdarzyło mi się uciec do czczej ozdoby, to jedynie wówczas, gdy trzeba było wypełnić lukę ułomnej pamięci. Mogłem wziąć za prawdę to, o czym wiedziałem, że mogło być prawdą; nigdy tego, o czym wiedziałem, iż było fałszem. Pokazałem się takim, jakim jestem: godnym pogardy i szpetnym, kiedy nim byłem; dobrym, szlachetnym, wzniosłym, kiedy nim byłem: odsłoniłem moje wnętrze takim, jakim tyś je widział sam, Najwyższy Sędzio. Zgromadź dokoła mnie nieprzeliczoną liczbę moich bliźnich; niech słuchają mej spowiedzi, niech litują się mych nieprawości, niech się rumienią za me niedole. Niech każdy z nich kolejno odsłoni serce u stóp twego tronu z równą szczerością; a potem niechaj jeden jedyny powie ci, jeśli będzie miał czoło: „Byłem lepszy od tego człowieka”.

Urodziłem się w Genewie w r. 1712, z Izaaka Rousseau1, obywatela2, i Zuzanny Bernard, obywatelki. Ojciec mój, którego ojcowiz­na wskutek podziału między piętnaścioro rodzeństwa równa była niemal zeru, musiał szukać środków do życia w zawodzie zegarmistrza, w którym istotnie był bardzo biegły. Matka, córka pastora Bernarda, była bogatsza od niego: miała urodę i cnotę. Nie bez trudności przyszło ojcu otrzymać jej rękę. Miłość ich zaczęła się niemal z życiem: mając osiem czy dziewięć lat, przechadzali się co wieczór wspólnie po wybrzeżu Treille3, jako dziesięciolatki stanowili nierozłączną parę. Sympatia, porozumienie dusz wzmocniły w nich jeszcze uczucie zrodzone z przyzwyczajenia. Los, który sprzeciwiał się poniekąd ich miłości, spotęgował ją tylko. Młody kochanek, nie mogąc otrzymać bogdanki, usychał z rozpaczy; poradziła mu udać się w podróż, aby szukać zapomnienia. Zwędrowawszy świat bez skutku, wrócił tym bardziej rozkochany. Zastał swą ulubioną tkliwą i wierną jak wprzódy. Po tej próbie nie pozostało im nic, jak kochać się całe życie; przysięgli to sobie i niebo pobłogosławiło ich ślubom.

Gabriel Bernard, brat mojej matki, zakochał się w jednej z sióstr ojca; zgodziła się zań wyjść jedynie pod warunkiem, że brat jej poślubi jego siostrę. Miłość usunęła wszystkie zapory i oba związki skojarzyły się jednego dnia. W ten sposób wuj mój był mężem mej ciotki, a dzieci ich mym stryjeczno-ciotecznym rodzeństwem. Urodziło się z końcem roku po jednym w każdym domu, po czym trzeba było się rozłączyć.

Wuj Bernard był inżynierem wojskowym; pociągnął do cesarstwa i do Węgier służyć pod księciem Eugeniuszem4. Ojciec, po urodzeniu mego jedynego brata, udał się do Konstantynopola, dokąd go powołano: został zegarmistrzem seraju. Podczas jego nieobecności piękność matki, jej dowcip i talenty znęciły wielbicieli. Pan de la Closure, poseł francuski, był jednym z najgorliwszych. Można wnosić, iż uczucie jego było gorące, skoro po upływie trzydziestu lat, mówiąc o niej, nie mógł ukryć wzruszenia. Matka miała ku obronie więcej niż samą cnotę: kochała czule męża. Napisała do niego, aby wrócił: rzucił wszystko i pośpieszył na wezwanie. Ja byłem smutnym owocem tego powrotu. Dziesięć miesięcy potem przyszedłem na świat, wątły i chory. Urodzenie moje kosztowało matkę życie i stało się pierwszym z mych nieszczęść.

Nie wiem, jak ojciec przeniósł tę stratę, ale to wiem, że nie pocieszył się po niej nigdy. Patrząc na mnie, odnajdywał we mnie matkę, nie mogąc z drugiej strony zapomnieć, że to ja mu ją zabrałem; ilekroć mnie brał w ramiona, czułem, po jego westchnieniach, po konwulsyjnym uścisku, że gorzki żal wplata się w jego pieszczoty: tym czulsze były wszelako! Kiedy mówił: „Chodź, dziecko, pomówimy o matce”, odpowiadałem: „Ach, ojcze, znowu będziemy płakać!”. I te słowa już wystarczały, aby go pobudzić do łez. „Ach! – powiadał, wzdychając – oddaj mi ją, pociesz mnie po niej, zapełnij pustkę, jaką zostawiła w mej duszy. Czyżbym cię kochał tyle, gdybyś był tylko moim synem?” Czterdzieści lat po jej stracie umarł w ramionach drugiej żony, ale z imieniem pierwszej na ustach i z jej obrazem w sercu.

Tacy byli twórcy moich dni. Ze wszystkich darów, jakich użyczyło im niebo, przekazali mi tylko jeden, to jest tkliwe serce; ale to, co dla nich było szczęściem, stało się źródłem wszystkich nieszczęść mego życia.

Urodziłem się na wpół umarły; niewiele było nadziei utrzymania mnie przy życiu. Przyniosłem na świat zaród dolegliwości, która wzmogła się z latami5 i która teraz daje mi niekiedy folgę jedynie po to, aby mi kazać cierpieć jeszcze okrutniej, choć w odmienny sposób. Siostra ojca, miła i zacna dziewczyna, otoczyła mnie opieką tak tkliwą, że mnie uratowała. W chwili gdy piszę te słowa, żyje jeszcze i pielęgnuje, mając osiemdziesiąt lat, męża młodszego od niej, ale zniszczonego trunkiem. Droga ciotko, przebaczam ci, że utrzymałaś mnie przy życiu, i boleję, iż nie mogę na schyłku twoich dni oddać ci tkliwych starań, którymi otoczyłaś mnie w niemowlęctwie. Żyje także piastunka Joanna, czerstwa do dziś i zdrowa. Ręce, które mi otworzyły oczy przy urodzeniu, będą mi je mogły zamknąć.

Zacząłem wcześniej czuć, niż myśleć – to wspólna dola ludzkości. Doświadczyłem jej bardziej niż ktokolwiek. Nie wiem, com robił do pięciu lub sześciu lat. Nie wiem, jak nauczyłem się czytać; pamiętam jedynie chwile pierwszych czytań i wrażenia, które im zawdzięczam; od tego czasu towarzyszy mi już nieprzerwanie świadomość. Po matce zostały jakieś powieści; zaczęliśmy je z ojcem czytywać wspólnie po wieczerzy. Zrazu chodziło o to, aby mnie zaprawić w czytaniu za pomocą zajmujących książek; ale niebawem przykuły nas do tego stopnia, iż czytaliśmy kolejno, bez przerwy i spędzali na tym całe noce. Nie byliśmy w stanie oderwać się przed skończeniem tomu. Niekiedy ojciec, słysząc ranne jaskółki, powiadał zawstydzony: „Kładźmy się spać; większy ze mnie dzieciak od ciebie”.

Dzięki tej niebezpiecznej metodzie posiadłem, w krótkim czasie, nie tylko nadzwyczajną łatwość czytania i rozumienia, ale także niezwykłą na mój wiek inteligencję uczuć. Nie miałem najmniejszego pojęcia o rzeczach, kiedy wszystkie uczucia były mi znajome. Nic nie pojmowałem jeszcze, a wszystko już czułem. Te mgliste wzruszenia nie zamąciły mi rozumu, którego jeszcze nie miałem, ale stworzyły we mnie rozum jakiś odmienny, innego rodzaju, i dały mi o życiu ludzkim dziwaczne i romantyczne pojęcia, z których doświadczenie i refleksja nigdy mnie nie zdołały zupełnie wyleczyć.

(1719-1723). Powieści skończyły się z latem roku 1719. Następnej zimy przyszło co innego. Wyczerpawszy bibliotekę matki, sięgnęliśmy do książek, które zostały nam po jej ojcu. Szczęściem znalazło się między nimi wiele dzieł wartościowych: nie mogło być inaczej w bibliotece pastora, to prawda, i uczonego nawet, było to bowiem podówczas w modzie, ale człowieka światłego i z dobrym smakiem. Historia Kościoła i Cesarstwa napisana przez Le Sueura; Rozprawy Bossue­ta o historii powszechnej; Znakomici mężowie Plutarcha; Historia Wenecji Naniego; Metamorfozy Owidiusza; La Bruyere; Światy Fontenelle’a; tegoż Rozmowy umarłych i parę tomów Moliera przewędrowały do pracowni ojca, gdzie mu je czytywałem, gdy pracował. Nabrałem do tych dzieł szczególnego i niezwykłego w tym wieku upodobania. Plutarch zwłaszcza stał się mą ulubioną lekturą. Rozkosz, jaką znajdywałem w odczytywaniu go bez przerwy, wyleczyła mnie nieco z romansów; wkrótce Agesilaus, Brutus i Arystydes stali mi się milsi od Orondata, Artamena i Juby6. W tym szale czytania, w rozmowach, jakie toczyliśmy z ojcem, wytworzył się we mnie ów wolny i republikański duch, ów charakter nieokiełzany i hardy, czuły na jarzmo i niewolę, który mnie dręczył przez całe życie w sytuacjach najmniej sposobnych. Nieustannie pochłonięty Rzymem i Atenami, żyjąc niejako z ich wielkimi mężami, urodzony sam jako obywatel rzeczypospolitej7 i syn ojca, u którego miłość ojczyzny była najsilniejszą namiętnością, rozpłomieniałem się za jego przykładem; zdawało mi się, że jestem Grekiem lub Rzymianinem; stawałem się osobą, której czytałem żywot. Kiedy czytałem historię ich hartu i nieustraszonych czynów, oczy błyszczały mi jaśniej, głos stawał się potężniejszy. Jednego dnia, opowiadając przy stole przygodę Scewoli, ku przerażeniu wszystkich omal nie włożyłem ręki w płomień, aby tym żywiej przedstawić jego postępek.

Miałem brata, starszego ode mnie o lat siedem. Kształcił się w rzemiośle ojca. Niezmierne przywiązanie ojca do mnie sprawiało, iż zaniedbywał brata, czego mu bynajmniej nie chwalę. Wychowanie chłopca ucierpiało na tym. Przyzwyczaił się do swawoli, zanim jeszcze osiągnął wiek, w którym przywary młodości dochodzą do głosu. Oddano go do innego majstra, skąd wymykał się niejednokrotnie, jak wprzódy z domu rodzicielskiego. Nie widywałem go prawie wcale; ledwie mogę powiedzieć, żeśmy się znali; mimo to kochałem go czule i on mnie także, o ile taki wisus zdolny jest coś kochać. Przypominam sobie, iż raz, gdy ojciec karcił go surowo, rzuciłem się między nich, obejmując brata z całych sił. Osłoniłem go swoim ciałem, przyjmując ciosy przeznaczone dla niego i tak zaciek­łem się w tej pozycji, iż w końcu ojciec musiał mu darować, bądź rozbrojony moimi łzami, bądź czując, iż kara godziłaby dotkliwiej we mnie niż w brata. W końcu chłopiec zeszedł na tak złe drogi, iż uciekł i znikł zupełnie. Doszły słuchy, że jest w Niemczech. Nie napisał do domu ani razu. Od tego czasu nie było o nim wiadomości i oto jak zostałem jedynakiem.

Jeśli wychowanie tego nieboraka zostawiało wiele do życzenia, inaczej było ze mną; dzieci królewskie nie mogłyby się cieszyć staranniejszą opieką niż ja w pierwszych latach. Ani razu, do czasu, w którym opuściłem dom rodzicielski, nie zdarzyło się, aby mi pozwolono uganiać się po ulicy z innymi dziećmi; nigdy nie było potrzeby poskramiać we mnie ani zaspokajać owych kaprysów, które przypisuje się naturze, a które rodzą się jeno z błędnego wychowania. Miałem przywary mego wieku: byłem papla, łakotniś, niekiedy kłamałem. Zdarzyło mi się ściągnąć owoce, cukierki, łakocie; ale nigdy nie szukałem przyjemności w robieniu złego, w wyrządzaniu szkody, składaniu winy na drugich, w dręczeniu biednych zwierząt. Przypominam sobie wszelako, iż raz nasiusiałem do rondla sąsiadki, pani Ciot, gdy była na kazaniu. Przyznaję nawet, że to wspomnienie jeszcze mnie śmieszy, pani Ciot bowiem, dobra zresztą kobiecina, była najzrzędniejszą staruszką, jaką spotkałem. Oto krótka i szczera spowiedź z występków młodości.

Jakże miałbym się stać złym, gdy przed oczyma miałem same jeno przykłady słodyczy i naokoło siebie najlepszych ludzi pod słońcem? Ojciec, ciotka, piastunka, krewni, przyjaciele, sąsiedzi, całe otoczenie, nie ulegali mi, to prawda, ale mnie kochali; i ja ich. Wola moja spotykała tak mało podniet i tak mało zapór, że nie przychodziło mi na myśl ją objawiać. Mogę przysiąc, że aż do czasu kiedy się dostałem pod jarzmo zwierzchnika, nie wiedziałem nawet, co to kaprys. Wyjąwszy czas pisania i czytania pod okiem ojca albo przechadzki z piastunką, przebywałem zawsze w towarzystwie ciotki, patrząc, jak haftuje, słuchając, jak śpiewa, stojąc lub siedząc przy niej; i czułem się szczęśliwy. Jej wesołość, słodycz, miła fizjonomia, odcisnęły się we mnie tak silnie, że widzę jeszcze jej twarz, spojrzenie, ruchy: przypominam sobie pieszczotliwe słówka; umiałbym opisać, jak była ubrana i uczesana, wszystko, aż do dwóch ciemnych loczków na skroniach, wedle ówczesnej mody.

Jestem przekonany, że jej zawdzięczam upodobanie albo raczej namiętność do muzyki, namiętność, która rozwinęła się o wiele później. Umiała moc piosenek i nuciła je głosikiem pełnym słodyczy. Pogoda duszy tej przemiłej dziewczyny oddalała od niej i od wszystkiego, co ją otaczało, zadumę i smutek. Śpiew jej miał dla mnie taki urok, że nie tylko wiele z jej piosnek utrwaliło mi się na zawsze w pamięci, ale nawet teraz, w miarę jak się starzeję, przypominają mi się nowe, zapomniane od dzieciństwa, i wprawiają mnie w zachwyt, którego nie umiem wprost opisać. Czy powiedziałby ktoś, że ja, stary mantyka, zużyty troskami i niedolą, chwytam się niekiedy na tym, iż płaczę jak dziecko, mamrocząc te nikłe aryjki głosem złamanym już i drżącym!

Jedna z nich zwłaszcza przypomniała mi się w całości, przynajmniej melodia, bo część słów stale mi ginie, mimo że mętnie pobrzękują mi jej rymy. Zastanawiam się, w czym tkwi rozrzewniający urok, jaki serce moje znajduje w tej piosence; jest to kaprys, którego nie umiem zrozumieć, ale niepodobna mi wręcz prześpiewać jej do końca, iżby łzy nie przerwały mi śpiewania. Sto razy myślałem napisać do Paryża o resztę słów, o ile ktoś zna je jeszcze. Ale jestem prawie pewny, że przyjemność, którą znajduję w przypominaniu sobie tej aryjki, rozwiałaby się, gdybym miał dowód, iż śpiewał ją kto inny prócz biednej ciotki Zuzi.

Takie były pierwsze przywiązania w zaraniu mego życia; tak zaczynało się kształtować i objawiać we mnie to serce, tak harde i tak tkliwe, ten charakter niemal kobieco słaby, a jednak niezłomny, który bujając nieustannie między słabością a męstwem, między gnuśnością a hartem, do końca wtrącał mnie w sprzeczności i sprawił, iż powściągliwość i użycie, rozkosz i umiarkowanie zarówno pozostały mi niedoścignione.

Wychowanie to uległo przerwie wskutek wypadku, którego następstwa rozstrzygnęły o mym życiu. Ojciec pokłócił się z niejakim panem Gautierem, kapitanem francuskim mającym krewnych w Radzie. Ów Gautier, człowiek bezczelny i podły, skorzystał z lekkiego broczenia nosa, aby przez zemstę obwinić ojca, iż dobył nań szpady w obrębie miasta. Ojciec, którego chciano wtrącić do więzienia, uparł się, aby, wedle litery prawa, oskarżyciela jego również uwięziono; nie mogąc tego uzyskać, wolał opuścić Genewę i kraj na całe życie, niż ustąpić w tym, w czym widział naruszenie honoru i wolności obywatela.

Zostałem pod opieką wuja Bernarda, wówczas zatrudnionego przy fortyfikacjach Genewy. Starsza jego córka umarła, ale miał syna mniej więcej w moim wieku. Umieszczono nas razem w Bossey, u pastora Lamberciera, abyśmy wypchali sobie głowy łaciną oraz wszelakim innym rupieciem, które zaszczyca się mianem wykształcenia.

Dwa lata spędzone na wsi złagodziły nieco mą rzymską surowość i wróciły mnie do stanu dzieciństwa. W Genewie, gdzie mi w ogóle nie narzucano nic, a już nigdy nauki ani czytania, było ono mą jedyną rozrywką; w Bossey przymus pracy obudził we mnie smak do zabaw, które stanowiły po niej ożywcze wytchnienie. Wieś była dla mnie czymś tak nowym, że nie mogłem się nią nasycić. Nabrałem do niej upodobania, które nigdy we mnie nie wygasło. Wspomnienie szczęś­liwych dni na wsi kazało mi wciąż żałować jej uciech i słodyczy, aż wreszcie sprowadziło mnie ku niej z powrotem. Pan Lambercier był to człowiek bardzo rozsądny; nie zaniedbując wychowania, nie przeciążał nas wszakże. Za dowód, iż brał się dobrze do swego zadania, może służyć, iż mimo odrazy do wszelkiego przymusu nigdy nie wspominałem ze wstrętem czasu moich nauk; a jeżeli nie nauczyłem się zbyt wiele, to, czegom się nauczył, posiadłem bez trudu i trwale.

Prostota wiejskiego życia dała mi nieoszacowany skarb, otwierając me serce na uroki przyjaźni. Do tego czasu znałem jedynie uczucia podniosłe, ale urojone. Wspólne życie wśród spokojnych trudów i wywczasów spoiło mnie tkliwym węzłem z kuzynem mym Bernardem. Niebawem nabrałem dlań uczuć serdeczniejszych, niż kiedykolwiek żywiłem je dla brata; a uczucia te nie zatarły się nigdy. Był to wyrośnięty chłopak, szczupły i wątły, równie łagodnego charakteru jak słabych sił fizycznych, dzięki czemu nie nadużywał uprzywilejowanej pozycji, jaką posiadał w domu jako syn mego opiekuna. Mieliśmy jednakie zajęcia, zabawy, upodobania; byliśmy sami, rówieśnicy, każdy zarówno czuł potrzebę towarzysza; rozdzielić nas znaczyłoby niejako unicestwić obu. Przywiązanie nasze, mimo iż niewiele mieliśmy sposobności, aby go sobie dowieść, było ogromne; nie tylko nie mogliśmy żyć rozłączeni, ale nie wyobrażaliśmy sobie, aby to było możliwe. Obaj mieliśmy usposobienia łatwe do prowadzenia łagodnością i podatne, o ile ktoś nie chciał nagiąć nas przemocą; z sobą godziliśmy się zawsze we wszystkich punktach. Jeżeli, dzięki wyróżnieniu naszych wychowawców, on miał nade mną przewagę pod ich okiem, to znów, kiedy byliśmy sami, ja brałem górę; w ten sposób utrzymywała się równowaga. W czasie nauki podpowiadałem lekcję, gdy nie był jej pewny; uporawszy się z zadaniem, pomagałem jemu; w zabawach ja, bardziej rzutki, byłem przodownikiem. Słowem, zgadzaliśmy się tak dobrze i żyliśmy w tak szczerej przyjaźni, że w ciągu pięciu lat nierozłącznego pożycia, tak w Bossey, jak w Genewie, biliśmy się często, to prawda, ale nigdy nie było trzeba nas rozłączać, nigdy kłótnia nie trwała dłużej kwadransa i nigdy, ani razu, żaden nie poskarżył się na drugiego. Te szczegóły mogą się komu wydać błahe, jednakże zawarty w nich przykład jest może jedyny od czasu, jak istnieją dzieci.

Życie, jakie pędziliśmy w Bossey, odpowiadało mi tak dobrze, że, gdyby potrwało dłużej, zdecydowałoby o moim charakterze. Podstawę jego stanowiły uczucia tkliwe, serdeczne, łagodne. Sądzę, iż nie było człowieka, który by z natury mniej był próżny ode mnie. Wznosiłem się w chwili wybuchu do najszczytniejszych wzruszeń, ale niebawem opadałem w zwykłe rozmarzenie. Być kochanym przez wszystkich – to było moje najwyższe pragnienie. Byłem łagodny, mój krewniak również, takoż i nasi wychowawcy. Przez całe dwa lata nie byłem ani świadkiem, ani ofiarą gwałtowniejszego wstrząsu. Wszystko podtrzymywało w mym sercu skłonności wszczepione przez naturę. Nie znałem większego szczęścia, niż widzieć, że wszyscy są radzi ze mnie i ze świata. Przypominam sobie dziś jeszcze, jak kiedy nas egzaminowano w kościele z katechizmu i zdarzyło mi się zająknąć, największą troską dla mnie były oznaki niepokoju i zmartwienia na twarzy panny Lambercier. To jedno trapiło mnie bardziej niż niepowodzenie publiczne, które wszakże dotykało mnie mocno: mało wrażliwy na pochwały, byłem zawsze bardzo czuły na wstyd; mimo to mogę rzec, iż spodziewane wymówki panny Lambercier mniej mnie dręczyły niż obawa sprawienia jej przykrości.

Bądź co bądź, w razie potrzeby, umiała ona uciec się do surowości, jak również i jej brat; ponieważ jednak ta surowość, prawie zawsze sprawiedliwa, nigdy nie była wywołana uniesieniem, cierpiałem, ale się nie buntowałem8. Bardziej niż kara bolała mnie utrata ich łaski, a świadomość niezadowolenia była mi dotkliwsza niż jego następstwa. Trudno mi ściślej się wytłumaczyć, a jednak trzeba. Zmieniono by niewątpliwie metody postępowania z młodzieżą, gdyby lepiej widziano najdalsze skutki owego pedagogicznego środka, stosowanego zawsze bez rozwagi, niekiedy bez miary! Przykład mój, równie pospolity jak opłakany, może posłużyć za naukę: to skłania mnie do przytoczenia go tutaj.

Panna Lambercier, przywiązana do nas jak matka, miała i władzę matki, i posuwała ją niekiedy, o ileśmy zasłużyli, aż do dotkliwej kary, zazwyczaj stosowanej u dzieci. Dość długo poprzestawała na groźbie, a ta groźba kary, całkiem mi nieznanej, przerażała mnie niezmiernie. Po egzekucji wszelako wydała mi się ona mniej straszna niż samo oczekiwanie; a co najosobliwsze, to iż kara ta przywiązała mnie jeszcze do osoby, z której rąk jej doznałem. Trzeba nawet było całej szczerości tego przywiązania i wrodzonej mej łagodności, aby mnie powstrzymać od pokusy powtórnego zasłużenia na tę karę; w tym bólu bowiem, we wstydzie nawet, znalazłem domieszkę zmysłowej rozkoszy, której wspomnienie, silniejsze od obawy, budziło we mnie raczej chęć doznania jeszcze raz tych samych wzruszeń z tej ręki. Bez wątpienia musiało się w tym przejawiać jakieś przedwczesne pobudzenie płciowe, bo sama kara, o ile bym jej doznał z rąk np. pastora, nie byłaby mi wcale przyjemna. Ale wobec jego usposobienia substytucja ta nie groziła wcale; jeżeli tedy wstrzymywałem się od ochoty zasłużenia na karę, to jedynie z obawy zmartwienia panny Lambercier; każde bowiem przywiązanie, nawet to, które zrodziło się pod wpływem zmysłów, zawsze brało nad zmysłami górę.

Ta recydywa, którą oddalałem, nie lękając się jej wszelako, przyszła wreszcie bez mej winy, to znaczy bez mej woli; skorzystałem z niej, mogę rzec, ze spokojnym sumieniem. Ale ten drugi raz był zarazem ostatnim. Panna Lambercier, spostrzegłszy zapewne po jakimś objawie, że kara mija się z celem, oświadczyła, iż rezygnuje z niej jako zbyt dla niej nużącej. Dotąd sypialiśmy w jej pokoju, w zimie niekiedy w jej łóżku – dwa dni potem pomieszczono nas na noc gdzie indziej. Odtąd (czego byłbym się chętnie wyrzekł) miałem zaszczyt być przez nią traktowany jako duży chłopiec.

Któżby uwierzył, że ta dziecinna kara, otrzymana przez ośmioletniego chłopca z rąk trzydziestoletniej panny, rozstrzygnęła o mych upodobaniach, pragnieniach, namiętnościach, o mnie całym, na całe życie, i to właśnie w kierunku przeciwnym temu, który, naturalnym sposobem, powinien by stąd wyniknąć? Równocześnie z tym rozpaleniem zmysłów pożądania moje wypaczyły się w taki sposób, iż zamykając się w sferze poznanych wrażeń, nie troszczyły się o szukanie innych. Z krwią przepaloną zmysłami niemal od urodzenia uchowałem się czysty od zmazy do wieku, w którym najzimniejsze i najbardziej spóźnione temperamenty przychodzą do głosu. Dręczony, długo sam nie wiedząc czym, pożerałem płomiennym okiem piękne kobiety; wyobraźnia moja przyzywała je nieustannie jedynie po to, aby im kazać działać w myśl moich upodobań i wskrzeszać pod ich postacią pannę Lambercier i jej egzekucję.

Nawet po okresie dojrzewania to dziwne upodobanie, wciąż trwające i posunięte aż do deprawacji, do szaleństwa, zachowało we mnie czystość obyczajów, z której na pozór powinno by mnie obedrzeć. Wychowanie moje było w najwyższym stopniu czyste i skromne. Ciotki moje były to osoby nie tylko rzadkiej cnoty, ale i wstydliwości od dawna już w tym stopniu nieznanej kobietom. Ojciec, człowiek lubiący żyć, ale po staroświecku dworny, nigdy w obecności kobiet najbardziej mu miłych nie odezwał się słowem, które by mogło przyprawić o rumieniec dziewicę. Nigdy chyba dalej niż w mojej rodzinie i w mojej obecności nie posunięto względów winnych dzieciom. Nie mniej uwagi znalazłem w domu pana Lambercier: bardzo zdatną służącą odprawiono bezzwłocznie za jedno swobodne słowo, na które pozwoliła sobie przy nas. Nie tylko aż do młodzieńczego wieku nie miałem wyraźnego pojęcia o stosunkach płci, ale i te mgliste domysły przedstawiały mi się zawsze jako obraz pełen wstrętu i ohydy. Dziewczyny publiczne budziły we mnie grozę, która nigdy się nie zatarła; nie mogłem patrzeć na rozpustnika bez wzgardy, bez przerażenia nawet. Odraza moja do rozpusty datowała się od czasu, gdy raz, idąc jarem, ujrzałem po obu stronach drogi zagłębienia w ziemi i gdy mi powiedziano, że tam ci ludzie chronią się parami dla swoich czynności. Obraz ten zlał mi się w jedno z obrazem parzących się psów, które widywałem czasem; czułem w gardle spazm wstrętu na samo wspomnienie.

Temu wychowaniu, które już samo wystarczało, aby opóźnić pierwsze wybuchy zapalnego temperamentu, przyszedł w pomoc, jak rzekłem, rodzaj zboczenia, które skojarzyło się u mnie z pierwszym pobudzeniem zmysłów. Umiałem sobie wyobrazić jedynie to, co już odczułem: mimo dokuczliwego burzenia się krwi nie umiałem tedy kierować pragnień ku innej rozkoszy, prócz tej, jaka mi była znana; nigdy mi nie przychodziła na myśl ta, którą mi tak zohydzono, a która, bez najmniejszej świadomości z mej strony, tak była tamtej pokrewna. W naiwnych chimerach wyobraźni, w erotycznych uniesieniach, w wariackich postępkach, do których mnie nieraz popychały, uciekałem się w imaginacji do pomocy płci odmiennej, nie przypuszczając ani na chwilę, aby ta płeć mogła służyć do innego użytku, prócz tego, który jej dawałem w marzeniach.

W ten sposób, obdarzony temperamentem bardzo zapalnym, bardzo zmysłowym, bardzo wczesnym, przebyłem okres dojrzewania, nie doznawszy innych pragnień, nie znając innych rozkoszy, prócz tych, których świadomość wszczepiła mi w niewinności ducha panna Lambercier; a kiedy z postępem lat stałem się wreszcie mężczyzną, i wówczas to, co mnie powinno było zgubić, ocaliło mnie. Dawna skłonność dziecka, miast wygasnąć, połączyła się tak ściśle z inną, że nigdy nie mogłem jej zupełnie usunąć z rozpłomienionych zmysłów; szaleństwo to, w połączeniu z wrodzoną nieśmiałością, czyniło mnie bardzo mało przedsiębiorczym wobec kobiet. Nie śmiałem wszystkiego powiedzieć, a nie mogłem wszystkiego wykonać, ponieważ tej rozkoszy, której inna rozkosz była dla mnie jedynie szczytem, nie może wziąć po prostu ten, który jej pragnie, ani nie może go odgadnąć ta, która mogłaby jej udzielić. W ten sposób przebyłem życie, pożądając i ukrywając moje pożądania przy boku osób, które kochałem najwięcej. Nie śmiejąc nigdy wyznać mych upodobań, oszukiwałem je bodaj, dając stosunkom moim formy pokrewne. Przebywać u kolan despotycznej kochanki, ulegać jej rozkazom, żebrać przebaczenia było dla mnie najsłodszą rozkoszą; im bardziej rozpalona wyobraźnia smagała mi krew, tym bardziej na zewnątrz miałem postać trwożnego wielbiciela. Łatwo zrozumieć, że ten sposób okazywania miłości nie prowadzi do zbyt szybkich postępów i nie zagraża cnocie osób będących jej przedmiotem. Posiadałem też w życiu kobiet bardzo niewiele; mimo to przeżyłem wiele na swój sposób, przez wyobraźnię. Oto jak moje zmysły, jednocząc się z nieśmiałym usposobieniem i romantyczną głową, zachowały mi czystość uczuć i skromność obyczajów dzięki tym samym skłonnościom, które przy większej śmiałości byłyby mnie zanurzyły w odmęt zezwierzęcenia.

Uczyniłem pierwszy i najtrudniejszy krok w ciemnym i bagnistym labiryncie mej spowiedzi. Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne. Odtąd jestem już pewien siebie; po tym, com ośmielił się powiedzieć, nic mnie nie powstrzyma. Ile musiało mnie kosztować podobne wyznanie, można osądzić z tego, iż przez całe życie, opanowany niekiedy, przy boku istot, które kochałem, namiętnością odejmującą mi wprost wzrok i słuch, wpół przytomny i drżący konwulsyjnie na ciele, nigdy przecież nie mogłem się zdobyć na to, aby wyznać me szaleństwo i nawet w najpoufniejszej sytuacji błagać o jedyną łaskę, której mi brakło. Zdarzyło mi się to raz tylko, w dzieciństwie, z dziewczyną w moim wieku, a i wówczas propozycja wyszła raczej od niej.

Wracając oto myślą do pierwszych śladów życia uczuciowego, odnajduję w nim składniki, które, sprzeczne niekiedy na pozór między sobą, stopiły się mimo to, wywołując z całą siłą jednolite i proste objawy; inne znowuż, na pozór jednorakie, kształtowały się przez zbieg okoliczności w kombinacje tak różnorodne, że nie można sobie wręcz wyobrazić, aby pomiędzy nimi istniał jaki związek. Kto by mniemał na przykład, iż jedna z najsilniejszych sprężyn duszy hartowała się w tym samym źródle, z którego spływały w mą krew miękkość i zmysłowość? Nie opuszczając przedmiotu, o którym mówiliśmy poprzednio, wprowadzę czytelnika w bardzo odmienną sferę wrażeń.

Siedziałem jednego dnia sam nad lekcją w pokoju przy kuchni. Służąca rozłożyła na blasze grzebienie panny Lambercier. Kiedy wróciła po nie, okazało się, iż w jednym wszystkie zęby były połamane. Kogo posądzić o tę psotę? Nikt prócz mnie nie wchodził do pokoju. Biorą mnie na spytki: zaklinam się, że nie ruszałem grzebienia. Państwo Lambercier wzywają mnie, napominają, przypierają do muru, grożą – wciąż przeczę. Poszlaki były wszelako zbyt silne i przeważyły wszystkie zaklęcia, mimo że pierwszy raz zdarzyło się spotkać u mnie z tak zuchwałym kłamstwem. Złośliwość, kłamstwo, upór, wszystko to było godne najsurowszej kary; ale tym razem nie panna Lambercier mi ją wymierzyła. Napisano do wuja: przybył. Mój biedny krewniak pozostawał pod zarzutem innego, nie mniej ciężkiego występku: objęto nas wspólną egzekucją. Była straszliwa. Gdyby, szukając lekarstwa w samym źródle złego, ktoś chciał na zawsze przytłumić me zbłąkane zmysły, nie mógłby się lepiej wziąć do dzieła. Od tego czasu zostawiły mnie długo w spokoju.

Nie było sposobu wydobyć ze mnie wyznania. Brany na kilkanaście zawodów do kaźni i doprowadzony do najopłakańszego stanu, pozostałem niewzruszony. Byłbym zniósł śmierć i byłem na nią zdecydowany. W końcu nawet siła musiała ustąpić wobec szatańskiego uporu dziecka; nie doświadczano już więcej mej stałości. Wyszed­łem z okrutnej próby poszarpany na strzępy, ale tryumfujący.

Upłynęło blisko pięćdziesiąt lat od tej przygody i nie obawiam się już, aby mnie powtórnie ukarano; otóż, oznajmiam w obliczu nieba, że byłem niewinny. Nie złamałem ani nie dotykałem grzebienia, nie zbliżyłem się do blachy, nawet mi to w myślach nie postało. Niech nikt nie pyta, w jaki sposób stała się szkoda; nie wiem i nie pojmuję: to jedno wiem, że nie ja byłem winny.

Niech sobie teraz czytelnik wyobrazi charakter nieśmiały i łatwy w życiu codziennym, ale żarliwy, hardy, niezłomny w uczuciach; dziecko zawsze prowadzone rozsądkiem, słodyczą, wyrozumiałością, uprzejmością, które nawet nie miało pojęcia o istnieniu niesprawiedliwości i które pierwszy raz doznaje jej, i to w tak straszliwej postaci, ze strony osób, dotąd będących dlań przedmiotem czci i ukochania: co za przewrót! co za zamęt uczuć! co za wstrząs w sercu, w mózgu, w całej drobnej duchowej i moralnej istotce! Powiadam, niech sobie ktoś wyobrazi, o ile możliwe, gdyż co do mnie, nie czuję się zdolny rozplątać ani pochwycić najmniejszego śladu tego, co się wówczas we mnie działo.

Nie miałem jeszcze dość zastanowienia, aby ocenić, do jakiego stopnia pozory mnie potępiały i aby się postawić na miejscu drugich osób. Czułem jedynie okrucieństwo kary za zbrodnię, której nie popełniłem. Cierpienie fizyczne, jakkolwiek bolesne, mało mnie dotykało; czułem jedynie oburzenie, wściekłość, rozpacz. Mój krewniak, w położeniu mniej więcej podobnym, gdyż ukarano go za mimowolny błąd, jak gdyby za czyn rozmyślny, wpadał we wściekłość za moim przykładem i dostrajał się do mego tonu. Leżąc w jednym łóżku, ściskaliśmy się konwulsyjnie, dławiliśmy się; i kiedy nasze młode ciałka, nieco przyszedłszy do siebie, mogły wyrazić swoje wzburzenie, podnosiliśmy się, wpół siadając na łóżku, i krzyczeliśmy po sto razy, ile tchu: „Carnifex! carnifex! carnifex!”9.

Czuję, pisząc to, dziś jeszcze, że puls wali mi jak młotem; te chwile będą mi zawsze obecne, choćbym żył sto tysięcy lat. To pierwsze zetknięcie z gwałtem i niesprawiedliwością pozostało tak głęboko wyryte w mej duszy, że sama myśl o tym wprawia mnie w dawne wzruszenie. Uczucie to, zrodzone zrazu z pobudek osobistych, takiej nabrało mocy i tak oderwało się od osobistego interesu, iż serce moje rozpala się od widoku lub opowieści niesprawiedliwego postępku, na kimkolwiek i gdziekolwiek popełnionego, tak jakbym sam był jego ofiarą. Kiedy czytam o okrucieństwach tyrana, o matactwach przewrotnego klechy, gotów bym natychmiast zasztyletować nędznika, choćbym miał po stokroć zginąć. Nieraz zdyszałem się i spociłem cały, ciskając kamieniami za kogutem, krową, psem, jakimkolwiek zwierzęciem, które w moich oczach dręczyło drugie jedynie dlatego, iż czuło się silniejsze. Ten odruch jest może u mnie wrodzony i mniemam, że tak jest; ale wspomnienie pierwszej niesprawiedliwości z pewnością przyczyniło się znacznie do jego wzmocnienia.

Tu znaczy się kres mej dziecięcej pogody. Od tej chwili przestałem cieszyć się niezmąconym szczęściem i czuję dziś jeszcze, że wspomnienie uroków dzieciństwa kończy się tutaj. Zostaliśmy w Bossey jeszcze kilka miesięcy. Żyliśmy odtąd tak, jak nam malują pierwszego człowieka, gdy jeszcze mieszka w raju, ale już pozbawiony jego słodyczy. Na pozór, sytuacja ta sama, w istocie treść zupełnie odmienna. Przywiązanie, szacunek, ufność, swoboda wobec wychowawców zgasły. Nie patrzyliśmy już na nich jak na bogów, którzy czytają w sercach; mniej wstydziliśmy się złych uczynków, a bardziej lękali posądzenia; zaczęliśmy się kryć, udawać, kłamać. Zwykłe przywary skaziły dawną niewinność i wdzięk naszych zabaw. Wieś nawet straciła w naszych oczach urok słodyczy i prostoty; opustoszała i posępna, pokryła się jak gdyby oponą przesłaniającą jej piękność. Przestaliśmy pielęgnować nasze ogródki, zioła, kwiaty. Nie spieszyliśmy już lekko rozdrapywać ziemię i krzyczeć z radości, odkrywając kiełek ziarna, któreśmy posiali. Zbrzydło nam to życie; myśmy zbrzydli wszystkim; wreszcie, wuj odebrał nas i tak rozstaliśmy się z państwem Lambercier, przesyceni sobą wzajem i niezbyt bolejąc nad rozłąką.

Przez blisko trzydzieści lat od mego rozstania się z Bossey nie zdarzyło mi się wspominać owego pobytu w sposób przyjemny i z pewnym skupieniem; ale od czasu gdy, przekroczywszy wiek dojrzały, pochyliłem się ku starości, czuję, że te właśnie wspomnienia odżywają w miarę zacierania się innych i utrwalają się w mej pamięci, zyskując na wdzięku i sile: jak gdybym, czując uciekanie życia, starał się je pochwycić u samych początków. Najmniejsze ówczesne zdarzenia radują mnie przez to jedynie, że są z tego czasu. Przypominam sobie wszystkie okoliczności tyczące miejsc, osób, godzin. Widzę pokojową albo służącego krzątających się po pokoju, jaskółkę wpadającą przez okno, muchę siadającą mi na ręce, gdy wydaję lekcje; widzę całe umeblowanie naszego pokoju: gabinet pana Lamberciera po prawej, sztych przedstawiający wszystkich papieży, barometr, kalendarz, krzaki malin pchające się do okien. Wiem, że czytelnik nie jest ciekaw tego wszystkiego, ale ja czuję potrzebę powiedzenia mu o tym. Czemuż nie śmiem opowiedzieć mu tak samo wszystkich drobnych wydarzeń tego błogiego czasu, który przyprawia mnie jeszcze o dreszcz szczęścia, kiedy go wspomnę! Kilku zwłaszcza… Ułóżmy się. Daruję wam resztę anegdot; chcę tylko jedną jedyną, byle mi wolno było opowiedzieć ją jak najobszerniej, aby przedłużyć chwile mej rozkoszy.

Gdyby mi chodziło tylko o waszą zabawę, mógłbym wybrać historię o kuperku panny Lambercier, który wskutek nieszczęśliwego koziołka w rów przydrożny ukazał się w całej okazałości królowi Sardynii w czasie jego przejazdu; ale historia orzecha na terasie zabawniejsza jest dla mnie, który byłem jej aktorem, gdy przy owym koziołku byłem jedynie widzem; a przyznaję, że wcale nie było mi do śmiechu w chwili owego wypadku, który mimo iż sam w sobie komiczny, przejął mnie niepokojem o osobę tak drogą dla mnie jak matka, a może bardziej.

O wy, ciekawi czytelnicy wspaniałych dziejów orzecha, słuchajcie jego straszliwej tragedii i jeżeli zdołacie, wstrzymajcie się od drżenia!

Za bramą, po lewej ręce przy wjeździe, znajdował się teras, na którym siadywało się często po obiedzie, ale który nie miał cienia. Aby temu zaradzić, pan Lambercier posadził tam orzech. Zasadzenie drzewa odbyło się z wielką uroczystością. Dwaj pensjonarze byli rodzicami chrzestnymi: gdy zasypywano wydrążenie w ziemi, my wśród tryumfalnych śpiewów trzymaliśmy, każdy jedną ręką, drzewo. Aby je podlewać, wyżłobiono dokoła, u jego stóp, małą sadzawkę. Mój krewniak i ja, żarliwi spektatorzy tego codziennego podlewania, umacnialiśmy się w bardzo naturalnej idei, że zasadzenie drzewa jest czynem piękniejszym zgoła niż zatknięcie sztandaru na wyłomie; postanowiliśmy dostąpić sami tego zaszczytu, nie dzieląc go z nikim.

W tym celu ucięliśmy gałąź młodej wierzby i zasadziliśmy ją na tym samym terasie, o jakie dziesięć stóp od dostojnego orzecha. Nie zapomnieliśmy również wyżłobić dołka; trudność była w tym, że nie było go czym napełnić; wodę trzeba było nosić z dość daleka, a nie pozwolono by nam biegać po nią. Bądź co bądź, woda była niezbędnie potrzebna dla naszej wierzbiny. Rozwinęliśmy wszelakie chytrości, aby jej dostarczyć drzewku przez kilka dni; powiodło nam się tak dobrze, iż wnet ujrzeliśmy, jak wypuszcza listki, których wzrost śledziliśmy z godziny na godzinę, przekonani, jakkolwiek drzewko nie miało więcej niż stopę wysokości, iż niebawem użyczy nam cienia.

Ponieważ drzewko, pochłaniając całą naszą uwagę, czyniło nas niezdolnymi do wszelkiego zajęcia, do nauki i wprawiało nas w stan jakby oszołomienia, wzięto nas jeszcze krócej niż zwykle. Ujrzeliśmy tedy nieszczęsny moment, w którym braknie nam wody, i trawiliśmy się rozpaczą w oczekiwaniu chwili, gdy drzewko obumrze z posuchy. W końcu potrzeba, matka przemyślności, podsunęła nam wynalazek mogący zabezpieczyć drzewo i nas od nieuchronnej śmierci: przyszło nam do głowy wykopać pod ziemią kanał odprowadzający tajemnie do wierzby część wody, którą podlewano orzech. To przedsięwzięcie, wykonane z zapałem, nie powiodło się zrazu. Źle obliczyliśmy spadek, tak iż woda nie spływała; ziemia odrywała się i zatykała kanał; otwór zaczopowywał się śmieciem, wszystko szło jak najgorzej. Nic nas nie zrażało: Labor omnia vincit improbus10. Pogłębiliśmy jeszcze nasz basen, aby ułatwić spadek; pokrajaliśmy pokrywki od pudełek w wąskie deseczki, z których jedne ułożone na płask rzędem, drugie zaś ustawione po dwóch stronach pod kątem stworzyły trójgraniasty kanał. Otwór zagrodziliśmy cienkimi patyczkami, ułożonymi na krzyż, tak iż tworząc rodzaj kraty, zatrzymywały muł i kamienie, a zostawiały odpływ dla wody. Pokryliśmy nasze dzieło troskliwie udeptaną ziemią i gdy wszystko było gotowe, czekaliśmy z drżeniem nadziei i obawy na godzinę podlewania. Po wiekach oczekiwania godzina ta wybiła nareszcie; pan Lambercier przyszedł, jak zwykle, asystować operacji, podczas której trzymaliśmy się za nim, aby ukryć nasze drzewko, do którego na szczęście odwrócony był plecami.

Zaledwie wlano w zagłębienie pierwsze wiadro, ujrzeliśmy, iż woda zaczyna spływać do naszego baseniku. Na ten widok ostrożność opuściła nas, zaczęliśmy wydawać okrzyki radości, które sprawiły, iż pan Lambercier się odwrócił; a szkoda: właśnie z przyjemnością stwierdzał, iż ziemia koło jego orzecha jest doskonała i bardzo chciwie pije wilgoć. Widząc ze zdumieniem, iż woda zasila aż dwa baseny, wydaje on z kolei krzyk, patrzy, spostrzega sztuczkę, każe co żywo przynieść łopatę, uderza nią w ziemię, rozbija w drzazgi parę deseczek i krzycząc wniebogłosy: „Akwedukt! Akwedukt!”, zadaje niemiłosierne ciosy, z których każdy godził nas prosto w serce. W jednej chwili deseczki, kanał, basen, wierzba – wszystko zniszczone, zaorane! Przez czas tego straszliwego dzieła pan Lambercier nie wyrzekł ani słowa, prócz owego wciąż powtarzanego wykrzyknika: „Akwedukt! – wołał, łamiąc i niszcząc wszystko – Akwedukt! Akwedukt!”.

Mógłby ktoś mniemać, iż przygoda skończyła się źle dla małych architektów. Wcale nie: wszystko ograniczyło się do tego. Pan Lambercier nie uczynił nam żadnej wymówki, nie skrzywił się nawet i nie mówił o tym więcej; słyszeliśmy nawet później, jak śmiał się na całe gardło, rozmawiając z siostrą, śmiech bowiem pana Lamberciera słychać było z daleka; a co jeszcze dziwniejsze, to iż my sami, skoro minęło pierwsze wzruszenie, nie byliśmy nadto zmartwieni. Zasadziliśmy gdzie indziej inne drzewo i przypominaliśmy sobie często katastrofę, powtarzając z emfazą: „Akwedukt! Akwedukt!”. Dotąd miewałem od czasu do czasu napady dumy, kiedy byłem Arystydesem lub Brutusem: to był u mnie pierwszy odruch wyraźnej próżności. Zbudować naszymi rękami akwedukt, przeciwstawić mizerną gałązkę prawdziwemu drzewu – zdawało mi się najwyższym szczeblem chwały. W dziesiątym roku11 życia miałem o tym lepszy sąd niż Cezar w trzydziestym.

Wspomnienie tego orzecha i historyjka z nim związana utkwiła mi tak silnie w pamięci, iż jednym z najmilszych projektów w czasie podróży do Genewy w r. 1754 było iść do Bossey odwiedzić pamiątki zabaw dziecinnych, a zwłaszcza kochany orzech, który musiał liczyć wówczas trzecią część wieku. Byłem tak oblężony, tak mało byłem panem swego czasu, że nie mogłem znaleźć chwili dla zaspokojenia swych życzeń. Mało jest nadziei, aby sposobność nadarzyła się jeszcze; mimo to nie wyzbyłem się pragnienia i jestem prawie pewny, że gdybym kiedyś, wróciwszy do tych miejsc ukochanych, znalazł drogi orzech jeszcze przy życiu, zrosiłbym go gorącymi łzami.

Wróciwszy do Genewy, spędziłem parę lat u wuja, czekając, aby ze mną coś postanowiono. Ponieważ wuj przeznaczał syna do inżynierii, kazał go kształcić po trosze w rysunku i uczyć Elementów Euklida. Przechodziłem i ja to wszystko dla towarzystwa i nabrałem zamiłowania zwłaszcza do rysunku. Tymczasem zastanawiano się, czy zrobić ze mnie zegarmistrza, adwokata czy pastora. Byłbym się zgodził na pastora, ponieważ prawienie kazań wydawało mi się rzeczą pełną powabu; ale szczupłe dziedzictwo po matce, które trzeba było dzielić między mnie i brata, nie wystarczało na podjęcie długich studiów. Ponieważ wiek mój nie naglił jeszcze do wyboru, przebywałem czasowo u wuja, tracąc czas mniej więcej na niczym i płacąc, jak sprawiedliwość kazała, wcale przyzwoitą pensyjkę za utrzymanie.

Wuj, podobnie jak mój ojciec, człowiek lubiący żyć, tak samo nie umiał sobie zadawać przymusu i nie troszczył się o nas zbyt wiele. Ciotka, pogrążona w dewocji, wolała śpiewać psalmy, niż czuwać nad naszym wychowaniem. Pozostawiono nam prawie zupełną swobodę, której nie nadużywaliśmy zresztą. Nierozłączni, wystarczaliśmy sobie wzajem; nie mając ochoty przestawać z urwisami w naszym wieku, nie nabraliśmy żadnej z przywar, które próżniactwo mogło nam było podszepnąć. Źle mówię właściwie, żeśmy próżnowali, w życiu bowiem pewno nie byliśmy bardziej czynni; a najszczęśliwsze było to, że wszystkie pochłaniające nas kolejno zabawy przykuwały nas do domu, tak że nie mieliśmy najmniejszej pokusy wychylać się na ulicę. Sporządzaliśmy klatki, flety, wolanty, bębny, domy, łodzie, proce. Psuliśmy narzędzia poczciwego dziadka, aby za jego wzorem robić zegarki. Mieliśmy zwłaszcza upodobanie w zasmarowywaniu papieru, rysowaniu, malowaniu, „iluminowaniu”, przy czym w farbach sprawialiśmy istne spustoszenie. Przybył wówczas do Genewy szarlatan włoski, zwany Gamba-Corta; poszliśmy go zobaczyć i nie byliśmy oczarowani; ale miał marionetki, zaczęliśmy tedy sporządzać marionetki. Jego marionetki odgrywały coś w rodzaju komedii – i my zaczęliśmy układać komedie. Naśladowaliśmy, jakeśmy umieli, gardlany głos Poliszynela. Dawaliśmy śliczne przedstawienia, których, w braku innej publiczności, musiała cierpliwie słuchać nieszczęśliwa rodzina. Raz znów wuj Bernard przeczytał w domu bardzo piękne kazanie własnego układu; w kąt komedie, zaczęliśmy układać kazania. Te szczegóły nie są zbyt interesujące, przyznaję, ale pokazują, jak nasze pierwsze wychowanie musiało być racjonalne, skoro teraz, zarządzając niemal swobodnie czasem i sobą, w wieku tak niebezpiecznym, tak mało sililiśmy się nadużyć tej swobody. Nie czuliśmy potrzeby dobierania sobie towarzyszy; idąc na przechadzkę, spoglądaliśmy na ich zabawy bez pożądliwości, nie myśląc nawet, że moglibyśmy wziąć w nich udział. Przyjaźń wypełniała tak doskonale nasze serca, że wystarczyło nam być razem, aby najskromniejsze uciechy stawały się rozkoszą.

Nierozdzielność ta ściągnęła w końcu na nas uwagę; tym bardziej iż wysoki wzrost krewniaka przy mojej małej figurce czynił z nas dość komiczną parę. Jego długa cienka postać, twarz podobna do gotowanego jabłka, łagodna mina, niedbały chód, wszystko to pobudzało dzieciaków do drwinek. W miejscowej gwarze dano mu przydomek Barna Bredanna; ledwie wyszliśmy z domu, wszędzie, gdzieśmy się ruszyli, słyszeliśmy natychmiast „Barna Bredanna”. On znosił to spokojniej; ja złościłem się, chciałem się bić – tego właśnie pragnęli mali hultaje. Rozdawałem kuksańce, obrywałem je wzajem. Biedny krewniak wspomagał mnie, jak mógł; ale był słaby, jedno uderzenie pięści waliło go na ziemię. Wówczas wpadałem we wściek­łość. Wprawdzie, chociaż dostawało mi się sporo guzów, drwiny te mierzyły nie we mnie, lecz w Barna Bredanna, ale moja gwałtowność tak pogarszała sprawę, iż w końcu z obawy przed napaściami i prześladowaniem odważaliśmy się wychodzić jedynie w godzinach, gdy cała dzieciarnia była w szkole.

Otóż i znalazłem się w roli mściciela krzywd. Aby się stać doskonałym rycerzem, brakło mi jedynie damy; niebawem miałem aż dwie. Od czasu do czasu udawałem się do ojca do Nion, miasteczka w Vaud. Ojca bardzo tam kochano, a życzliwość ta spływała i na syna. W czasie tych krótkich pobytów pieszczono mnie i ugaszczano na wyścigi. Zwłaszcza niejaka pani de Vulson psuła mnie dobrocią, a jako szczyt wszystkiego córka jej wzięła mnie sobie za kawalera. Łatwo sobie wyobrazić rolę kawalera jedenastolatka wobec panny liczącej lat dwadzieścia dwa. Ale wszak te hultajki zawsze rade wysuwają na pierwszy plan takie małe laleczki, aby ukryć za nimi duże, albo też znęcić je obrazem igraszek, którym umieją dać odrobinę pieprzyku! Co do mnie, nie dostrzegałem wówczas tego niestosunku i brałem rzecz poważnie: oddałem się jej całym sercem, a raczej całą głową, jedynie bowiem głową byłem zakochany, mimo iż zakochany byłem do szaleństwa, a moje uniesienia, wybuchy, gniewy wyładowywały się w scenach, na które patrząc, można było umrzeć ze śmiechu.

Znam dwa rodzaje miłości, wyraźnie zarysowane, bardzo realne i niemające ze sobą niemal nic wspólnego, jakkolwiek oba są bardzo żywe i różne od tkliwej przyjaźni. Cały bieg mego życia dzielił się między te dwie miłości tak odmiennej przyrody, a nawet zdarzyło mi się doświadczyć obu naraz. I na przykład w chwili, o której mówię, gdy zajmowałem się panną de Vulson tak publicznie i tak tyrańsko, iż nie mogłem ścierpieć zbliżenia się do niej drugiego mężczyzny, równocześnie miewałem z niejaką małą Goton sam na sam krótkie, ale dość żywe, w których ona raczyła obejmować rolę surowej mentorki. To było wszystko, co od niej uzyskałem; ale to wszystko, które w istocie było wszystkim dla mnie, zdawało mi się najwyższym szczęściem. W ten sposób, rozumiejąc już, jakkolwiek po dziecinnemu, wartość tajemnicy, odpłacałem pannie de Vulson, bez żadnego podejrzenia z jej strony, chytrość, z jaką posługiwała się mną dla pokrycia innych uczuć. Ku wielkiemu memu żalowi sekret mój albo odkryto, albo też moja mała mistrzyni mniej ściśle go strzegła ode mnie, niebawem bowiem rozdzielono nas.

Ta mała Goton była to doprawdy szczególna osóbka. Nie będąc ładną, miała w sobie coś takiego, iż trudno ją było zapomnieć; do tego stopnia, iż wspominam ją dotąd jeszcze, często o wiele żywiej, niżby staremu szaleńcowi przystało. Oczy jej, figurka, wzięcie, wszystko wyprzedzało o wiele jej lata. Miała minkę rozkazującą i dumną, bardzo właściwą dla jej roli ze mną, i to może podsunęło nam pomysł naszych igraszek. Ale co było w niej najdziwniejsze, to jakieś pomieszanie zuchwalstwa i skromności, trudne w istocie do pojęcia. Pozwalała sobie ze mną na najdalej idące poufałości, nie dopuszczając mnie do żadnej; traktowała mnie jak dziecko, co każe mi przypuszczać, że sama albo nim przestała być, albo, przeciwnie, była nim tak bardzo, iż w niebezpieczeństwie, z którym igrała, widziała tylko zabawę.

Mogę rzec, iż należałem cały do każdej z tych dwóch istot, i to tak doskonale, że przy żadnej z nich nie zdarzyło mi się pomyśleć o drugiej. Ale poza tym uczucia, jakie budziły we mnie, były najzupełniej różne.

Byłbym spędził życie całe przy pannie de Vulson bez myśli o rozstaniu; ale kiedy ją oglądałem, radość moja była spokojna i nie dochodziła do wzruszenia. Lubiłem ją zwłaszcza w większym towarzystwie: żarty, przekomarzania, wybuchy zazdrości nawet przywiązywały mnie, pochłaniały; dumny byłem z przywilejów, jakich zażywałem u niej wobec dorosłych rywali, którymi zdawała się pomiatać. Dręczyłem się, ale kochałem tę udrękę. Przyklaskiwania, zachęty, śmiechy, rozpalały mnie, podniecały. Przy ludziach byłem zdolny do uniesień, wybuchów, płonąłem miłością; sam na sam byłbym sztywny, oziębły, może znudzony. Mimo to brałem tkliwy udział we wszystkim, co jej tyczyło; cierpiałem, gdy była chora, byłbym oddał dla niej własne zdrowie; a zważcie, że wiedziałem dobrze z doświadczenia, co to choroba, a co zdrowie. Z oddali – myślałem o niej, brakowało mi jej; przy jej boku – pieszczoty dawały słodycz memu sercu, a nie zmysłom. Poufałość nasza była dla mnie bez niebezpieczeństwa: wyobraźnia moja zaspokajała się tym, na co ona sama mi pozwalała; mimo to nie umiałbym ścierpieć, gdybym widział, iż tą samą łaską obdarza kogoś drugiego. Kochałem ją jak brat, ale zazdrosny byłem jak kochanek.

O pannę Goton byłbym zazdrosny jak Turek, jak szaleniec, jak tygrys, gdyby mi nawet w myśli postało, że mogłaby innemu użyczyć względów, którymi mnie obdarzała, gdyż nawet to było łaską, o którą musiałem błagać na kolanach. Zbliżałem się do panny de Vulson z przyjemnością, ale bez niepokoju; na sam widok panny Goton w oczach mi się ćmiło, zmysły me kipiały. Czułem się swobodny z pierwszą, mimo iż trzymany na odległość; wobec drugiej, przeciwnie, nawet podczas najpoufalszych zbliżeń byłem drżący i zmieszany. Sądzę, że gdybym z nią przebywał nadal, nie pożyłbym długo; wzruszenia, jakie przechodziłem, byłyby mnie zdławiły. Lękałem się jednako popaść w niełaskę u obydwu; ale objawiało się to większą przymilnością wobec jednej, większą uległością wobec drugiej. Za nic w świecie nie byłbym chciał pogniewać panny de Vulson; ale gdyby panna Goton kazała mi się rzucić w płomienie, sądzę, iż usłuchałbym w tejże chwili.

Miłostki albo raczej schadzki nasze trwały krótko, szczęściem dla obojga. Jakkolwiek stosunki z panną de Vulson nie groziły niebezpieczeństwem i one, po dłuższym nieco trwaniu, skończyły się katastrofą. Wszystkie te finały zawsze musiały mieć coś romantycznego, patetycznego. Jakkolwiek stosunek mój z panną de Vulson był mniej żywy, głębiej może sięgał w sferę uczuć. Rozstania nasze nigdy nie obyły się bez łez, po każdym czułem przygnębiającą pustkę. Nie umiałem mówić ani myśleć o czym innym, żałość moja była żywa i szczera; ale podejrzewam, że w głębi te heroiczne żale nie wszystkie odnosiły się do niej i że, bez mej świadomości, zabawy, których ona była ośrodkiem, też grały pewną rolę. Aby złagodzić nasze cierpienia, pisywaliśmy do siebie listy, których patos byłby zdolny zmiękczyć skały. Wreszcie dożyłem tej chluby, iż nie mogła znieść dłużej rozłąki i przybyła mnie odwiedzić. Teraz zawróciło mi się w głowie do reszty: byłem pijany, oszalały przez całe dwa dni jej pobytu.

Kiedy odjechała, chciałem się rzucić za nią w wodę, długo rozdzierałem powietrze krzykami rozpaczy. Tydzień później posłała mi cukierki i rękawiczki; byłbym wzruszony tą uprzejmością i dobrocią, gdybym równocześnie nie dowiedział się, że wyszła za mąż i że ta jej podróż, którą pozwoliła mi się puszyć, miała za cel przedślubne sprawunki. Nie będę opisywał mej wściekłości, można ją sobie wyobrazić. W szlachetnym gniewie przysiągłem sobie nie oglądać na oczy przewrotnej istoty, nie mogąc wyroić straszliwszej kary. Nie zabiło jej to; dwadzieścia lat potem, bawiąc raz u ojca i pływając z nim po jeziorze, kiedy go spytałem, kto są panie, które zauważyłem opodal w łódce, ojciec rzekł z uśmiechem: „Jak to, serce ci nic nie mówi? To twoja dawna miłość: pani Cristin, z domu de Vulson”. Zadrżałem na to imię prawie zapomniane, ale kazałem skierować łódź gdzie indziej, nie uważając – mimo iż sposobność odwetu była niezła – aby warto było łamać przysięgę i wskrzeszać zwady sprzed lat dwudziestu z kobietą czterdziestoletnią.

(1723-1728). W ten sposób spływały na głupstwach najcenniejsze lata, zanim postanowiono wreszcie o mym powołaniu. Po długich naradach i dociekaniu mych naturalnych skłonności obrano karierę, do której ich miałem najmniej. Umieszczono mnie u pana Masserona, pisarza miejskiego, abym, jak powiadał wuj Bernard, wykształcił się przy nim w pożytecznym rzemiośle kauzyperdy. Ten przydomek bardzo mi się nie podobał; nadzieja ciułania talarów na tej obmierzłej drodze zbyt mało pochlebiała mej niebotycznej dumie, zatrudnienie zdało mi się nudne, nieznośne; przymus, zależność zraziły mnie do reszty. Wchodziłem do kancelarii z odrazą wzmagającą się co dzień. Pan Masseron znowuż, niezbyt zadowolony z ucznia, odnosił się do mnie z pogardą, wyrzucając wciąż, że wuj zaręczył mu, że umiem to, że umiem owo, gdy w istocie nie umiem nic; że przyrzekł mu sprytnego chłopca, a dał koronnego osła. Wreszcie przepędzono mnie sromotnie z powodu niezdarności, dependenci zaś pana Masserona orzekli, że nadaję się jedynie do władania pilnikiem.

W ten sposób rozstrzygnęło się moje powołanie. Oddano mnie do terminu; nie do zegarmistrza, ale do rytownika. Lekceważenie pana pisarza zdeptało mą dumę; poddałem się bez szemrania. Mój pryncypał, pan Ducommun, był to młody człowiek, nieokrzesany i gwałtowny. W bardzo krótkim czasie udało mu się zetrzeć cały blask mego dzieciństwa, pognębić kochający i żywy charakter i ściągnąć mnie, tak umysłem jak dolą, do stanu prawdziwego terminatora. Łacina, starożytność, historia, wszystko poszło na długo w zapomnienie: nie pamiętałem, czy w ogóle byli jacy Rzymianie na świecie. Ojciec, gdy mi się go zdarzyło odwiedzić, nie widział już we mnie przedmiotu ubóstwienia; przestałem być dla dam przymilnym Kubusiem. Czułem tak dobrze, że państwo Lambercier nie poznaliby we mnie swego ucznia, że wstyd by mi było się im pokazać: jakoż nie widziałem ich już od tego czasu. Najszpetniejsze upodobania, najniższego gatunku hultajstwo zajęło miejsce lubych igraszek, tak iż nawet pamięć ich mi nie została. Musiałem, mimo najstaranniejszego wychowania, mieć wielką skłonność do zwyrodnienia, wszystko to bowiem stało się szybko i bez cienia oporu. Nigdy chyba tak przedwczesny Cezar nie zmienił się tak szybko w Larydona12.

Zawód sam przez się nie był odpychający. Miałem zamiłowanie do rysunku, robota rylcem też dosyć mnie bawiła; że zaś kunszt rytownika w zegarmistrzostwie jest bardzo ograniczony, miałem nadzieję, iż z czasem posiądę go w całej pełni. Byłbym może do tego doszedł, gdyby brutalność majstra i straszliwa niewola nie zmierziły mi pracy. Odkradałem jej mój czas, aby go obracać na zatrudnienia tego samego rodzaju, ale mające dla mnie urok swobody. Rytowałem medale służące mnie i towarzyszom jako rodzaj odznaki rycerskiej. Pryncypał zdybał mnie przy tej kontrabandzie i oćwiczył niemiłosiernie, powiadając, że zaprawiam się do fałszerstwa, bo medale miały herby rzeczypospolitej. Mogę przysiąc, że nie miałem żadnego pojęcia o fałszywej monecie, a bardzo słabe o prawdziwej; lepiej wiedziałem, jak się wyrabia asy rzymskie niż nasze trzygroszówki.

Tyrania majstra doprowadziła mnie w końcu do znienawidzenia pracy, którą byłbym inaczej polubił, i zaszczepiła mi przywary, których byłbym nienawidził, jak kłamstwo, próżniactwo, kradzież. Nic bardziej nie ujawniło mi różnicy między synowską uległością a służalczą niewolą niż pamięć przemian, jakie sprowadziła we mnie ta epoka. Z natury byłem nieśmiały i wstydliwy; ze wszystkich wad najbardziej może było mi obce zuchwalstwo. Ale wprzód cieszyłem się godziwą swobodą, która teraz stopniowo ścieśniała się, aż w końcu zupełnie znikła. Czułem się śmiały w domu ojca, swobodny u pana Lamberciera. U wuja stałem się oględny i uważający; w terminie zastrachany; odtąd byłem straconym chłopakiem. Nawykły żyć ze zwierzchnikami na równej stopie, nie widząc przyjemności, która by mi nie była dostępna, potrawy, której bym nie skosztował, pragnienia, którego bym wraz nie objawił, gotów zawsze spowiadać się z każdego drgnienia serca, można sobie wyobrazić, czym musiałem się stać w tym domu, gdzie nie śmiałem ust otworzyć, gdzie trzeba mi było wstawać od stołu w połowie posiłku, a wychodzić z pokoju, gdy nie byłem zatrudniony; gdzie, wciąż przykuty do pracy, patrzyłem na swobodę i uciechy drugich, gdy dla mnie zostawały same wyrzeczenia. Widok swobody majstra i czeladników powiększał brzemię upodlenia i niewoli; wszystko, co ujrzałem, stawało mi się przedmiotem pożądania, bo wszystkiego byłem pozbawiony. Bywaj zdrów, dostatku i ty, wesołości, bywajcie zdrowe, dowcipne słówka, które niegdyś w razie przewinienia nieraz ratowały mnie od kary. Dotąd śmieszy mnie wspomnienie, jak jednego wieczora, u ojca, kiedy za jakąś psotę kazano mi iść spać bez wieczerzy i kiedym przechodził przez kuchnię, trzymając w ręku żałos­ny kawałek chleba, ujrzałem i poczułem pieczyste obracające się na różnie. Wszyscy siedzieli koło ognia, trzeba było się pożegnać. Kiedy już obszedłem całe koło, wówczas, zerkając spod oka na owo pieczyste, wyglądające tak apetycznie i pachnące tak smakowicie, nie mogłem się wstrzymać, aby mu się również nie pokłonić i nie powiedzieć smętnym głosikiem: „Dobranoc, pieczyste”. Ten wyskok naiwności wywołał taką uciechę, że pozwolono mi zostać. Może podobne słówko miałoby powodzenie i w domu majstra, ale to pewna, że nie przyszłoby mi na myśl i że nie ośmieliłbym się dać mu folgi.

Oto jak nauczyłem się pragnąć w milczeniu, ukrywać się, udawać, kłamać, a wreszcie i łasować: przywara, która do tego czasu była mi obcą, a z której odtąd nigdy nie mogłem się zupełnie wyleczyć. Oto czemu wszyscy lokaje są łasuchy i czemu wszyscy chłopcy w terminie powinni by nimi zostać; ale ci, przy równym i spokojnym zajęciu, nienarażeni na pokusy pożądania, wyzbywają się z wiekiem tej haniebnej skłonności. Nie zaznawszy tego szczęścia, nie mogłem odczuć i jego dobroczynnych skutków.

Pierwszy krok do złego wynika prawie zawsze u dzieci z dobrych skłonności źle pokierowanych. Mimo nieustannych wyrzeczeń i pokus, przebyłem rok w terminie, nie mogąc się zdobyć na to, aby coś ściągnąć, nawet coś do jedzenia. Pierwsza kradzież była dziełem uczynności, ale otwarła drogę innym, które nie miały tak chwalebnych pobudek.

Był u majstra czeladnik nazwiskiem Verrat, przy którego domu, w sąsiedztwie, znajdował się ogród dość rozległy, dający piękne szparagi. Otóż imćpanu Verratowi, który nie miał do zbytku pieniędzy, przyszła ochota ukraść matce nieco wczesnych szparagów, aby sprzedawszy tę nowalię, obrócić zysk na parę dobrych śniadanek. Ponieważ sam nie miał ochoty się narażać i nie był dość zwinny, wybrał na tę ekspedycję mnie. Po wstępnych uprzejmościach, które zjednały mnie tym skuteczniej, ile że nie rozumiałem ich celu, poddał mi ów pomysł, który jakoby przyszedł mu nagle do głowy. Opierałem się długo; nastawał. Nie umiałem się nigdy oprzeć prośbom i pieszczotom: uległem. Chodziłem co rano wybierać najpiękniejsze szparagi; zanosiłem je na targ, gdzie jakaś kupczycha, zgadując, że towar jest skradziony, mówiła mi to w żywe oczy, aby uzyskać tańszą cenę. W przerażeniu brałem, co mi raczyła dać i odnosiłem pieniądze imćpanu Verratowi. Przeobrażało się to szybko w śniadanko, którego ja byłem dostawcą, a które dzielił z innym czeladnikiem. Co do mnie, byłem rad, gdy przypadło mi parę ochłapów, nie mówiąc o winie, którego nie skosztowałem ani kropelki.

Ta sztuczka ciągnęła się kilka dni, w czasie których nie przyszło mi nawet na myśl okraść samego złodzieja i nałożyć panu Verratowi dziesięcinę od ceny jego szparagów. Wywiązywałem się z mego łajdactwa z wzorową uczciwością; jedyną mą pobudką było wygodzić temu, kto mnie do niego używał. Gdyby mnie odkryto, ileż kijów, obelg byłoby na mnie spadło, gdy nędznik byłby się wyparł spokojnie i uwierzono by mu na słowo: był czeladnikiem, ja tylko terminatorem! Oto jak w każdym stanie silny zbrodniarz wychodzi cało kosztem niewinnego słabeusza.

Dowiedziałem się w ten sposób, że kraść to rzecz nie tak straszna, jak dotąd myślałem; niebawem zacząłem stosować mą umiejętność tak gorliwie, że żaden łakomy przedmiot, o ile znalazł mi się pod ręką, nie był bezpieczny. Żywiono mnie u majstra nieźle; wstrzemięźliwość była mi tylko przez to tak przykra, iż on sam w moich oczach przekraczał często jej granice. Zwyczaj wyprawiania od stołu chłopców, w chwili gdy się podaje potrawy najbardziej im ponętne, jest moim zdaniem bardzo skuteczny, aby z nich zrobić łakomców i złodziei. Stałem się w krótkim czasie jednym i drugim i wcale mi się z tym dobrze działo na co dzień, bardzo źle natomiast od czasu do czasu, gdy mnie złapano na gorącym uczynku.

Jest wspomnienie, które przyprawia mnie wraz o śmiech i o dreszcze, mianowicie wyprawa na jabłka, bardzo smutna w następstwach. Te jabłka znajdowały się w spiżarni, do której za pomocą wysoko umieszczonego okienka przedostawało się światło dzienne z kuchni. Jednego dnia, znalazłszy się sam w domu, wdrapałem się na gzyms, aby obejrzeć w owym ogrodzie Hesperyd cenny owoc, do którego droga była mi zamknięta. Poszedłem po rożen, aby się przekonać, czy z jego pomocą nie można by tam sięgnąć; okazał się za krótki. Przedłużyłem go za pomocą drugiego rożenka, który służył dla drobniejszej zwierzyny: pryncypał lubił polowanie. Żgnąłem parę razy bez skutku, w końcu uczułem, iż złowiłem jabłko. Pociągnąłem ostrożnie: już, już było przy samym otworze, już miałem je pochwycić. Któż opisze mą boleść? Jabłko było za duże, nie mogło przeleźć przez dziurę. Ileż wynalazczości, aby je wydobyć! Trzeba było znaleźć podpórki, aby utrzymać rożen w niezmienionej pozycji, nóż dość długi, aby pokrajać jabłko, deszczułkę, aby je podtrzymać. Z dużym nakładem zręczności i czasu udało mi się je poćwiartować, w nadziei, iż wydobędę je po kawałku; ale ledwo rozpadło się na części, obie połówki runęły na dno spiżarki. Litościwy czytelniku, użal się mego strapienia!

Nie straciłem zapału, ale straciłem wiele czasu. Lękałem się, by mnie nie zaskoczono; odłożyłem do następnego dnia szczęśliwszą próbę i zabrałem się najspokojniej do roboty, nie myśląc o dwóch niedyskretnych świadkach, leżących jako akt oskarżenia na podłodze spiżarki.

Nazajutrz tedy, upatrzywszy sposobność, rozpoczynam nową próbę. Wchodzę na drabinkę, wsuwam rożen, celuję: już byłem bliski trafienia zdobyczy… Niestety, smok nie spał: drzwi spiżarni otwierają się nagle i wychodzi z nich pryncypał, spogląda na mnie z założonymi rękami i mówi: „Tylko śmiało!…”. Tu pióro wypada mi z ręki.

Niebawem oswoiłem się ze złym obchodzeniem i z wszelkimi karami. Stałem się na nie mniej wrażliwy: wydawały mi się po prostu rodzajem haraczu od kradzieży, który upoważnia mnie niejako do jej uprawiania. Miast obracać oczy wstecz i myśleć o karze, obracałem je wprzód i myślałem o zemście. Skoro mnie bito jak hultaja, uważałem, że mam prawo nim być. Mniemałem, że kraść i brać kije to rzeczy, które idą razem i stanowią rodzaj rzemiosła; wypełniając tedy część tego zawodu, która zależała ode mnie, zostawiałem pryncypałowi troskę o spełnienie drugiej części. Umocniony tym poglądem, uprawiałem kradzież z większym spokojem niż poprzednio. Mówiłem sobie: „Cóż mi się wreszcie stanie? Dostanę kije. Niech i tak będzie, toć moje przeznaczenie i moja rola”.

Lubię jeść, nie będąc żarłoczny: jestem więcej zmysłowcem niż smakoszem. Zbyt wiele innych zamiłowań odciąga mnie od tej namiętności. Interesowałem się mym podniebieniem jedynie wtedy, gdy serce było bezczynne, a to zdarzało mi się w życiu tak rzadko, że niewiele miałem czasu myśleć o smakołykach. Oto czemu niedługo ograniczałem moje hultajstwa do wiktuałów i rozciągnąłem je niebawem na wszystko, co mnie nęciło; jeśli nie stałem się formalnym złodziejem, to dlatego, że nigdy nie kusiły mnie pieniądze. We wspólnym warsztacie majster miał osobny warsztacik zamykany na klucz; znalazłem sposób otwierania drzwiczek i zamykania ich z powrotem tak, żeby nikt nie spostrzegł. Tam gospodarowałem sobie w jego przednich narzędziach, najlepszych rysunkach, formach, we wszystkim, co budziło we mnie pożądliwość, a co on starał się chować przede mną. W gruncie, kradzieże te były bardzo niewinne, boć rezultat ich szedł ostatecznie na dobro pryncypała; ale radość sprawiało mi mieć te drobiazgi, zdawało mi się, że kradnę sam talent wraz z jego wytworami. Poza tym, były tam skrzynki z odpadkami złota i srebra, klejnociki, rzadkie pieniądze. Jeżeli miałem kiedy parę groszaków w kieszeni, to było dużo, mimo to nie tylko nie ruszyłem nigdy tych skarbów, ale nie przypominam sobie nawet, abym je kiedy obrzucił pożądliwym spojrzeniem: widok ich budził we mnie więcej grozy niż przyjemności. Pewien jestem, że tę grozę przed kradzieżą pieniędzy i wszystkiego, co można na nie zmienić, zawdzięczałem wychowaniu. Łączyły się z tym pojęcia hańby, więzienia, kary, szubienicy, które wystarczały, aby mnie przerazić, gdybym nawet czuł pokusę; gdy zwykle moje nadużycia zdały mi się jeno psotą i w istocie nie były czym innym. Wszystko, co mi groziło za nie, to jedynie porządne wały z ręki majstra, a z tym godziłem się z góry.

Ale, jeszcze raz powtarzam, nie czułem nawet pokusy na tyle, abym się musiał wstrzymywać; nie było tu walki. Arkusik ładnego papieru do rysowania kusił mnie więcej niż pieniądz, za który mógłbym dostać całą ryzę. Ta właściwość charakteru tak wielki miała wpływ na moje postępowanie w wielu okolicznościach, że trzeba mi ją wytłumaczyć.

Podlegam namiętnościom bardzo gorącym: podczas ich działania gwałtowność moja dochodzi wręcz ostatecznych granic. Nie znam wówczas ani względów, ani szacunku, ani obawy, ani przyzwoitości; jestem cyniczny, bezczelny, brutalny, nieustraszony; nie ma hańby, która by mnie mogła wstrzymać, niebezpieczeństwa, które by mnie przestraszyło; poza jednym przedmiotem, który mnie pochłania, świat dla mnie nie istnieje. Ale to trwa tylko moment; chwilę potem popadam w bezwład i obojętność.

W stanie spokoju jestem bezgranicznie bierny, trwożliwy nawet; wszystko mnie uraża, mrozi; mucha zdolna jest mnie wystraszyć. Jedno słowo, jeden gest stanowią dla mego lenistwa nieprzeparty wysiłek; wstyd i obawa paraliżują mnie tak, że rad bym ukryć się przed całym światem. Gdy trzeba działać, nie wiem, co robić; gdy trzeba się odezwać, nie wiem, co mówić; kiedy na mnie patrzą, czuję się zbity z tropu. Porwany uniesieniem, umiem niekiedy znaleźć wyrazy; ale w zwyczajnej rozmowie nie znajduję nic, zupełnie nic i każda rozmowa jest mi nieznośna przez to samo, że zmuszony jestem mówić.

Zważcie przy tym, iż żadne z mych zasadniczych upodobań nie opiera się na rzeczach do kupienia. Trzeba mi rozkoszy czystych, a pieniądz każdą zatruwa. Lubię na przykład uciechy stołu; ale nie mogąc ścierpieć ani przymusu wykwintnego towarzystwa, ani plugastwa traktierni, umiem ich kosztować jedynie z przyjacielem; sam nie, wówczas bowiem wyobraźnię moją zaprząta co innego i nie znajduję w jedzeniu żadnej przyjemności. O ile moja wrząca krew domaga się kobiet, o tyle tkliwe serce jeszcze silniej domaga się miłości. Kobiety nabyte za pieniądze straciłyby dla mnie cały urok; wątpię nawet, czy przemógłbym na sobie to, aby z nich korzystać. Tak samo z każdą przyjemnością: jeżeli związana jest z zapłatą, wydaje mi się bez smaku. Lubię tylko te słodycze, które nie należą do nikogo, a raczej do pierwszego z brzegu umiejącego je smakować.

Nigdy pieniądz nie wydawał mi się rzeczą tak cenną, za jaką go uważają. Co więcej, nigdy nie wydał mi się przedmiotem zbyt poręcznym; nie służy do niczego sam przez się, trzeba go dopiero zmienić na coś, aby się nim cieszyć; trzeba kupować, targować się, często być oszukanym, dobrze płacić za lichą usługę. Pragnę, aby każda rzecz była w dobrym gatunku – za pieniądze mogę być pewny, że dostanę lichą. Płacę drogo za świeże jajko, okazuje się zleżałe; za piękny owoc, jest zielony; za dziewczynę, jest zarażona. Lubię dobre wino, ale gdzie go szukać? U handlarza? Co bądź bym czynił, zawsze mnie struje. Pragnę za wszelką cenę być dobrze obsłużony; co tu trudności, kłopotów! Starać się o przyjaciół, sekretarzy, dawać zlecenia, pisać, chodzić, jeździć, czekać – i często w końcu być oszukanym. Co tu utrapień za własne pieniądze! Lękam się ich jeszcze więcej, niż lubię dobre wino.

Tysiąc razy, za czasu terminatorstwa i później, zdarzyło mi się wyjść z domu w zamiarze kupienia łakoci. Zbliżam się do cukierni, spostrzegam jakieś kobiety przy ladzie; już widzę, jak się śmieją i żartują z małego łakotnisia. Przechodzę koło owocarki, zerkam na piękne gruszki, nęci mnie ich zapach; ale sterczy w pobliżu paru młodych ludzi i patrzą; ktoś, kto mnie zna, stoi przed sklepem! Widzę z daleka nadchodzącą dziewczynę; czy to nie służąca z sąsiedztwa? Krótki wzrok nastręcza mi mnóstwo sposobności do złudzeń. Każdy przechodzień wydaje mi się znajomy; wszędzie mnie coś onieśmiela, wszędzie jakaś przeszkoda; rośnie wstyd wraz z pragnieniem i bierze nad nim górę; wreszcie wracam do domu jak głupiec, trawiony pożądaniem, mając w kieszeni środki i nie śmiejąc sobie nic kupić.

Musiałbym wchodzić w najgłupsze szczegóły, gdybym chciał malować wstyd, odrazę, utrapienia, wszelakiego rodzaju ohydy, których zawsze doznawałem, gdy chodziło o wydanie własnych pieniędzy dla siebie czy dla drugich. W miarę jak zapuszczając się ze mną w moje życie, czytelnik zapozna się z mym charakterem, odczuje sam wszystko, bez potrzeby rozwodzenia się nad tym z mej strony.

To pojąwszy, każdy będzie mógł pojąć bez trudu jedną z mych rzekomych sprzeczności: połączenie brudnego niemal skąpstwa z największą pogardą pieniędzy. Jest to rzecz dla mnie tak nieporęczna, że nawet mi się nie śni pożądać pieniędzy, których nie mam; a kiedy je mam, długo je przechowuję bez użytku, w niemożności zużycia ich wedle ochoty. Ale niech tylko się nadarzy przyjemna sposobność, korzystam z niej tak sumiennie, że sakiewka opróżnia się w mgnieniu oka. Nie szukajcie też we mnie zwykłego narowu skąpców, to znaczy wydatków dla popisu; wręcz przeciwnie, wydaję potajemnie i dla przyjemności. Daleki od szukania w wydatkach chluby, kryję się z nimi. Czuję tak dobrze, że pieniądz jest nie dla mnie, że niemal wstyd mi jest go posiadać, a bardziej jeszcze zeń korzystać. Gdybym kiedy posiadał dochód wystarczający, aby żyć dostatnio, nie miałbym żadnej skłonności do skąpstwa, tego jestem pewny; wydawałbym moje dochody, nie starając się ich mnożyć. Ale moje położenie, trudne i niepewne, trzyma mnie w nieustannej obawie. Ubóstwiam swobodę; mam wstręt do skrępowania, do trudu, niewoli. Póki trwają pieniądze w sakiewce, póty trwa i niezależność: uwalniają mnie od gonienia za zarobkiem, co zawsze wstręt budziło we mnie. Lękając się tedy, iż niebawem się wyczerpią, duszę je. Pieniądz, który człowiek posiada, to swoboda; ten, za którym goni – to niewola. Oto czemu, kiedy je mam, duszę je, nie pragnąc niczego.

Moja bezinteresowność jest więc tylko lenistwem; przyjemność posiadania nie jest warta zabiegów. I rozrzutność moja płynie z lenistwa; kiedy nadarzy się sposobność przyjemnego strwonienia, korzystam z niej co żywo! Mniej kuszą mnie pieniądze niż same przedmioty, między pieniądzem bowiem a posiadaniem jest zawsze coś pośredniego; między samą rzeczą a jej użyciem – nie. Gdy widzę przedmiot, kusi mnie on; co insze, gdy widzę jedynie środek do nabycia go. Byłem tedy łasuchem i teraz jeszcze zdarza mi się przywłaszczyć sobie jakiś drobiazg, który mnie nęci i który łatwiej mi wziąć, niż o niego prosić: ale, w dzieciństwie czy później, nie przypominam sobie, abym przywłaszczył bodaj grosz cudzy, poza jednym jedynym razem, niespełna przed piętnastu laty, kiedy zdarzyło mi się ukraść siedem funtów i dziesięć su13. Przygoda warta jest, aby ją opowiedzieć, mieści bowiem tak nieocenione połączenie bezczelności i głupoty, że trudno by mi samemu w nią uwierzyć, gdyby dotyczyła kogo innego, nie mnie.

Było to w Paryżu. Przechadzałem się, około piątej, z panem de Francueil w Palais-Royal14