Wysokie progi - Tadeusz Dołęga Mostowicz - ebook

Wysokie progi ebook

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

0,0

Opis

[PK]

ISBN 83-03-02472-8

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 297

Rok wydania: 1988

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TADEUSZ

DOŁĘGA MOSTOWICZ

wiokiiE ikn.1

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDIAŁ VII.

ROZDZIAŁ VIII

wiokiiE ikn.1

%

TADEUSZ

DOŁĘGA MOSTOWICZ

WYfOklE PROGI

KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA BIAŁYSTOK 1988

Tekst oparto na pierwodruku wydanym przez Towarzystwo Wydawnicze „Rój", Warszawa 1936 rok

Przedmowa JÓZEF RURAWSKI

Opracowanie graficzne KRZYSZTOF TUR

Redaktor

ELŻBIETA KOZŁOWSKA-ŚWIĄTKOWSKA

Redaktor techniczny BOGDAN RAJEWSKI

Korekta IWONA KAPUŚCIŃSKA ELŻBIETA RAJEWSKA

© Copyright by Krajowa Agencja Wydawnicza, Białystok 1988

ISBN 83-03-02472-8

Krajowa Agencja Wydawnicza, Białystok 1988 Wydanie I. Nakład 150 tys. + 350 egz. Ark. wyd. 12. Ark. druk. 14 Oddano do składania w kwietniu 1988 r. Podpisano do druku w październiku 1988 r.

Skład i druk: Z.G. „Dom Słowa Polskiego" w Warszawie

Zam. 209/K E-5 Cena t. I/II zł 1H|-

SŁOWO WSTĘPNE

Drukowana w odcinku gazety ,,Wieczór Warszawski" — „Złota Maska" skończyła się w numerze piątym z 1935 roku. Już jednak następnego dnia, w numerze szóstym zaczął się druk ,, Wysokich Progów".

Przypomnijmy więc teraz jedną ze scen ze ,,Złotej Maski": oto Magda po swym wielkim sukcesie, po owej ,,lansowanej" premierze udaje się z przyjaciółmi na kolację do ,,Bristolu". Tam po raz pierwszy w życiu styka się z objawami popularności i uznania. Jednocześnie obserwuje jednego z gości:

„Z brzegu siedział uderzająco przystojny młody brunet i dosłownie nie spuszczał z Magdy oka. Szykowne ubranie, sygnet i wielki brylant na ręku, szpilka z oprawną perłą w krawacie i złota papierośnica, z której co chwila wyjmował nowego papierosa, wskazywały, że musi to być jakiś arystokrata".

Ten ogólnikowy opis postaci jest całkowicie zgodny ze stereotypami pojęć rozpowszechnionych wśród odbiorców powieści odcinkowej. Osiągnięcie wyliczonych wyżej atrybutów wyglądu i Sposobu bycia ,,wyższych sfer" stawało się celem, jeśli nie życia, to przynajmniej marzeń wielu czytelników i czytelniczek powieści popularnych. Szykowne ubranie, sygnet, brylant, złota papierośnica i szpilka z perłą: to musi być hrabia. W dodatku jest ,,uderzająco przystojny". To już może sygnalizować ową wykpiwaną przez Gombrowicza ,,Miłość czystą i świętą". Może, ale nie musi.

A oto dalszy ciąg cytatu ze „Złotej Maski":

„Przy stoliku zjawił się dyrektor restauracji i położył na stoliku wiązankę pięknych purpurowych róż.

— To dla mnie? — zaczerwieniła się Magda.

— Tak, proszę pani.

U dołu była kartka z lakonicznym napisem: ,,Hołd i podziw dla Królowej Pereł — Ksawery Runicki".

Czytelnicy ,,Złotej Maski" pamiętają także, iż w zakończeniu powieści Magda wygrywa nagrodę jednego z czasopism i udaje się w podróż parostatkiem.

Od czasu, gdy otrzymała bukiet róż od Runickiego minęło już kilka lat. I oto bliski bankructwa hrabia, zamiast zająć się ratowaniem majątku, ucieka od rzeczywistości udając się w podróż tym samym, co Magda statkiem. Musi dojść do spotkania bohaterów. Magda nie ujawniła, że wie, iż perła była jedynie imitacją. Runicki zaś chce zdobyć atrakcyjną kochankę. Opór Magdy (tradycje wiktoriańskie) powoduje narastanie uczucia. Piękny Ksawery nie jest także obojętny byłej, czy raczej aktualnie bezrobotnej aktorce. Przy końcu podróży Ksawery ujawnia katastrofalną sytuację majątkową, przynaglany zaś umiejętnie przez Magdę, oświadcza się. Córka rzeźnika z Tamki, była aktorka, zostaje narzeczoną hrabiego Runickiego.

Łaskawy Czytelnik wybaczy mi, że ujawniłem treść pierwszego rozdziału powieści. Było to jednak niezbędne dla pewnych refleksji. W dodatku, nie będzie przeszkadzało w śledzeniu losów bohaterów. Rzecz bowiem w tym, że owo streszczenie wyraźnie sugeruje swoiste analogie z „Trędowatą". Mamy tu więc do czynienia z dwiema bardzo istotnymi dla zrozumienia całej właściwie twórczości Mostowicza, a i samych ,, Wysokich Progów" sprawami. Pierwsza z nich dotyczy faktu całkowitej odmiany sytuacji i losów bohaterki. Skończyła się powieść o środowisku aktorskim, o karierze artystycznej stanowiącej, jak pamiętamy nie cel, a środek do zmiany dotychczasowego trybu życia w jatce na ulicy Tamka. Bohaterka wprowadzona zostaje w środowisko całkiem odmienne: w środowisko arystokratyczno-ziemiańskie. Znikła Magda Nieczajówna, znikła Królowa Pereł (tak się nazywał główny numer Magdy w teatrze ,,Złota Maska") pojawiła się narzeczona, a później żona Runickiego: Magda de domo Nieczaj, Ksawerowa hrabina Runicka. Nowe wcielenie, nowa sytuacja. Drugą więc sprawą jest owa swoista kontynuacja problematyki ujętej przez Mniszkównę w ,,Trędowatej

Ale sytuacja lat trzydziestych różni się zasadniczo od sytuacji końca XIX wieku, gdy rozgrywała się akcja „Trędowatej". Magda, po chwilowych oporach, zostaje aprobowana przez rodzinę Runickiego. Nie musi wdzięcznie umierać, jak Stefcia Rudecka.

Emancypacja Magdy to wynik zderzenia naiwnych, kształtowanych przez film i lektury wyobrażeń o ,, wyższym świecie" z tym właśnie światem. A skoro tak, skoro Magda pnie się w górę i chce kontaktów z wyższymi sferami, to autor musi przeprowadzić ją także przez doświadczenia wynikające z życia w sferze arystokracji i ziemiaństwa. Ale, jak wspomniałem, sytuacja społeczna i obyczajowa arystokracji lat trzydziestych XX wieku, różniła się zasadniczo od sytuacji w jakiej żyła i umierała bohaterka „Trędowatej". Mniszkówna w swej powieści uwznioślała mity. Głównie mit miłości tragicznej. To wyciskało łzy z oczu czytelniczek. W dodatku była to miłość nie do końca zrealizowana.

Mostowicz podchodzi do sprawy inaczej, bo inne ma doświadczenia społeczne. Istnieje obiegowe powiedzenie: miłość, kończy się albo małżeństwem albo szczęśliwie — rozłączeniem kochanków. Tak właśnie jest u Mostowicza. Magda zostaje hrabiną Runicką. Ale jej małżeństwo nie jest szczęśliwe. Ksawery odczuwa znużenie małżeństwem. W dodatku zapobiegliwość Magdy, jej gospodarność i energia, z jaką ratuje upadający majątek, są przez rodzinę Runickiego odbierane jako przejaw niższości społecznej Magdy, jej pochodzenia społecznego i zmysłu do interesów odziedziczonego po ojcu.

Dopiero więc po ślubie ujawnia się jej obecność w klanie rodzinnym, jej sytuacja „trędowatej". Oto, co mówi ciotka Ksawerego, panna Klementyna:

„Czuje pani doskonale, że ambicja, która kazała pani poszukać męża ziemianina, wynikała z faktu, że dostrzegała pani jednak w tym środowisku wartości wyższego rzędu. I tak będzie zawsze, przynajmniej w Polsce. Tysiące dziewcząt z warstw mieszczańskich marzą i będą marzyły o zbliżeniu się do warstwy ziemiańskiej. Można to nazwać snobizmem, ale snobizm musi zawsze pociągać ku czemuś, co uważamy za lepsze, cenniejsze, za wyższe".

To bardzo ważne zdania, wyjaśniające intencje autorskie. Oto bowiem „Wysokie Progi" są powieścią — ostrzeżeniem dla młodych marzycielek. Pisze w posłowiu do „Trędowatej" Teresa Wallas: ,,Przyrównana bezpośrednio do życia „Trędowata" mogła budzić podejrzenia — przyrównana do doświadczenia literackiego przeciętnego czytelnika zyskiwała jego zaufanie"-1

To oczywiście prawda. U Mostowicza jednak jest dokładnie odwrotnie! To właśnie w życiu, na pierwszych stronach gazet, znajdował czytelnik informacje o małżeństwach głośnych gwiazd", znakomitych artystek, z ludźmi z arystokracji, ze środowisk ziemiańskich. Głośnym, a znanym powszechnie przykładem może być małżeństwo Hanki Ordonówny z hrabią Tyszkiwiczem. Przyrównana więc do życia historia kariery i małżeństwa Magdy nie wzbudzała podejrzeń. Ale, skoro celem pisarza było ostrzeżenie czytelniczek, to jest sprawą oczywistą, że musiał on naruszać właśnie ich doświadczenia, wzbudzać nieufność wobec modelowanych przez literaturę sytuacji. Dlatego musiał przeprowadzić Magdę przez doświadczenia małżeństwa z arystokratą -ziemianinem.

Najlepiej chyba, choć dosadnie, określił sytuację ojciec Magdy, prostaczek boży, nieufny wobec arystokracji:

,,Tatko wie, że wyszłam za mąż? ...

— Wiem — skinął głową.

— A teraz spodziewam się dziecka — dodała z odcieniem dumy. Była pewna, że w oczach ojca to ją jeszcze bardziej zrehabilituje niż małżeństwo. Ale pan Nieczaj podniósł brwi:

— Niby czyjego dziecka?

— Jak to czyjego, no mojego — zdziwiła się.

Potrząśnął głową:

— Nie. To nie będzie twoje dziecko, choćbyś je w największym bólu urodziła. To będzie ich dziecko.

— Jak to ich ?

— Ich, tych panów, tych arystokratów. Ty im tylko wysługę robisz. Głupia jesteś, to tego nie rozumiesz. Ale jak to dziecko podrośnie, ano sama zobaczysz.

Wstydzić się będzie przed swoimi, że jego matka rzeżnicka córka. Wtedy dowiesz się, czyje to dziecko...

Zniżył głos i dodał:

— Taka dla ciebie będzie kara, żeś się tej jatki wstydziła i ojca rze znika

Takiej rozmowy, takiego ujęcia sprawy ,,awansu społecznego" przez małżeństwo z arystokratą, nie było w tradycjach naszej literatury. Tak właśnie, wprost, bezpośrednio ostrzegał swoje młode czytelniczki autor przed bezpłodnymi marzeniami. Tak rozbijał mit ,,Trędowatej" i rzewnej, a modnej wówczas piosenki o Rebece, co „w zamyśleniu czeka, aż przyjedziesz po nią tam".

Mostowicz pokazuje wyraźnie: drobnomieszczański przeszczep nie przyjął się w arystokratycznej rodzinie. Wysokie Progi okazały się istotnie za wysokie dla nóg Magdy.

Z tych ostrzegawczych zamierzeń autora wynika także fakt, iż powieść zawiera niespotykany wcześniej zarówno w twórczości samego Mostowicza jak i w obiegu popularnym w ogóle, ładunek satyry i niechęci wobec ziemiaństwa i arystokracji.

Przedwojenny krytyk pisał o ,, Wysokich Progach": ,,Powieść jest jedną z najostrzejszych w polskiej literaturze satyr na ziemiaństwo". I dodawał: „Autor

nie zna środowiska w tym stopniu, co ludzi,,Złotej Maski" i dlatego satyra nie wypełnia powieści dostatecznie".2

Wydaje się, że sąd ten jest słuszny i sprawiedliwy. Istotnie, w porównaniu z ostrymi i malowniczymi scenami z życia aktorów, sceny w Wysokich Progach i okolicznych dworkach są mniej precyzyjne. Znajduje to wyraz w samej konstrukcji powieści. ,,Złota Maska", objętościowo równa ,, Wysokim Progom", podzielona jest tylko na cztery rozdziały, w których Magda jest bohaterem prowadzącym. Z rzadka widzimy sytuacje ukazywane przez zobiektywizowanego narratora.,, Wysokie Progi"składają się z dziewięciu rozdziałów, co wzmacnia dynamikę akcji, ale też pozwala częściej interweniować owemu zobiektywizowanemu narratorowi.

Ostrze antyziemiańskie znajduje także wyraz w szczególnym ujęciu sytuacji Magdy i jej ,,kariery". Zauważmy bowiem: w ,,Złotej Masce" Magda jest zwyczajną dziewczyną z jatki na Powiślu. Robi karierę jako aktorka. Staje się więc ważna i inna niż była dotychczas. Taką poznaje ją Ksawery Runicki. Ale w ,, Wysokich Progach" jej pozycja jako narzeczonej wraca wobec rodziny Ru-nickich znowu do sytuacji wyjściowej.

Jej sukcesy aktorskie w tej sferze się nie liczą. Dopiero małżeństwo z Ksawerym nobilituje ją. Zerwanie zaś małżeństwa i odejście z Wysokich Progów powodują, że w oczach Runickich Magda jest znowu nikim. Jedynie fakt, iż jest matką dziecka hrabiego każe traktować ją godnie. Tak oto poplątało się życie bohaterki dylogii. Do domu ojcowskiego powrócić nie może. Zresztą powrót „na dół" oznaczałby całkowitą klęskę bohaterki. A tego nie przyjęliby odbiorcy powieści. Czekali oni bowiem na moment pocieszenia. Trzeba więc było ów moment konsolacji wprowadzić. Takie zakończenie powieści, a właściwie o-twarcie perspektyw dla Magdy było po prostu spłaceniem długu wobec schematów powieści obiegu popularnego, które wymagały ,,happy endu"

Myślę jednak, że mimo owych zauważalnych niedociągnięć zakończenia książki, dzisiejsi odbiorcy przeczytają obydwie powieści z zainteresowaniem. I to tylko dlatego, że w sumie losy Magdy Nieczajówny pokazane są interesująco i dynamicznie.

Dzisiejszy czytelnik znajdzie w powieści znakomicie zarysowane tło obyczajowe lat trzydziestych. Ówczesny sposób myślenia, wartościowania a także świetne sceny rodzajowe zarówno zza kulis teatrzyku rewiowego jak i dworków ziemiańskich.

I jeszcze jedna ważna chyba sprawa: Mostowicz był pisarzem — realistą, tkwił głęboko w swej rzeczywistości. Pokazywał sprawy nurtujące ówczesnych ludzi. Ale pokazywał je i opisywał na tle ówczesnego pejzażu stołecznego, utrwalał wygląd ulic i sklepów, domów i mieszkań. Malował więc to, co można by nazwać kulturą realiów życia: owe jakże trudno dziś dostępne drobiazgi, potwierdzające sposób życia w latach trzydziestych. Ta kultura materialna tamtego czasu, utrwalona na kartach dylogii to także jeden z powodów, dla których warto sięgnąć do owych powieści.

Józef Rurawski

2 A. Mikułowski, Wysokie Progi „Prosto z Mostu" 1935, nr 23

ROZDZIAŁ I

sawery Runicki przygryzł wargi i umilkł. Rozłożone

łaskawym i bezradnym gestem ręce prezesa Niesio

łowskiego i jego twarz, niemal kwadratowa w obwisłych fałdach policzków, wyrażały zawziętą kamienną stanowczość zaledwie maskowaną konwencjonalnym ubolewaniem.

Runicki wstał. Jakże chętnie rzuciłby mu teraz wprost w oczy, że niczego innego nie spodziewał się w ogóle ani po Towarzystwie Kredytowym Ziemskim, które zamiast służyć interesom ziemiaństwa, tylko je gnębi, ani po jego prezesie, nadętym synekurzyście, który nie może współżyć z ziemianami, bo jest wnukiem zwykłego karczmarza. Byłby to policzek mocny i celnie wymierzony. Nie przydałby się jednak na nic. I tak Wysokie Progi za półtora miesiąca pójdą na licytację. Jedynym ratunkiem byłoby wpłacenie Towarzystwu zaległej raty z odsetkami w kwocie trzydziestu dwóch tysięcy. Na pokrycie tej sumy Runicki miał w kieszeni zaledwie osiem, a o zdobyciu skąd-kolwiek bodaj jeszcze kilku tysięcy nie było co marzyć.

— Bardzo żałuję — mówił Niesiołowski, ściskając na pożegnanie rękę Runickiego — ale i tak zrobiliśmy maksimum ustępstwa.

Chciał jeszcze dodać jakąś zdawkową radę czy pociechę, lecz Runicki skłonił się i wyszedł. W ogromnym hallu było kilkadziesiąt osób, oczekujących na podobne wyroki, lub mających nadzieję coś wytargować. Zapewne spotkałby tu znajomych, narażając się na wypytywania i wyrazy współczucia. Przecież każdy mógł zajrzeć do zwisających na łańcuszkach książek powiatowych, gdzie wypisywano z jakąś idiotyczną dokładnością terminy wszystkich licytacji, jakby Towarzystwu zależało na kompromitowaniu własnych członków. Że zaś zaglądał każdy przez głupią ciekawość i chęć nacieszenia się kłopotami innych, to było pewne. Sam Runicki za każdej swej bytności w ,,Tekazecie" robił to zawsze.

Nie chcąc witać się z nikim, wysoko podniósł głowę i przeszedł szybko do wyjścia z miną niemal wesołą. Zbiegł po szerokich marmurowych schodach i portierowi, który podał mu palto, demonstracyjnie rzucił srebrną dwuzłotówkę.

Pomimo pierwszych dni kwietnia na dworze padał śnieg, zmieszany z deszczem. Asfalt ulicy Kredytowej pokryty był gęstą maźliwą kaszą. Zza nagich gałęzi drzew sterczała kopuła ewangelickiego kościoła. Jak na złość nie było ani jednej taksówki, a nie cierpiał przychodzenia do Bristolu piechotą i chociaż było stąd do hotelu kilka tylko minut drogi, zawrócił w przeciwną stronę i wsiadł do samochodu na rogu Jasnej.

W hotelu służba, jak zawsze, powitała go entuzjastycznie. Portier raportował, że neseser przywieziono z dworca przed godziną, że numer na pierwszym piętrze jest przygotowany, w ciągu ostatnich kilku dni dopytywał się o pana dziedzica pan hrabia Komorowski, że przed tygodniem telefonował antyk-wariusz z Wierzbowej z zawiadomieniem, że wyszukał renesansowy ekran do kominka, że...

— Dobrze, dobrze... — przerwał Runicki. — Proszę mnie teraz połączyć z Wysokimi Progami. Będę u fryzjera.

— Słucham pana dziedzica.

Skinął głową i poszedł do fryzjera. Pan Ryszard, który zawsze osobiście obsługiwał Runickiego, golił właśnie kogoś mi-norum gentium, z kim widocznie w zakładzie nie liczono się zbytnio, gdyż pan Ryszard kazał się zastąpić któremuś z pomocników, a sam już był na usługi ,,szanpana dziedzica". Wiedział spryciarz, że pachnie to grubym napiwkiem.

Po niemal dwutygodniowej niebytności w Warszawie włosy Runickiego wymagały wielu zabiegów. W domu, w Wysokich Progach, golił się sam, w Grójcu zaś fryzjerom nie dowierzał.

Mycie głowy, strzyżenie, golenie, podcięcie wąsików, by na całej długości górnej wargi wyciągnęły się równiuteńką linią, lecz ani o jeden milimetr nie wysunęły się poza kąciki ust, co psułoby cały styl uśmiechu. Poza tym nikt nie umiał podczernić wąsów i brwi z taką dyskrecją, jak Ryszard, ani tak zręcznie ostrzyc, by podkreślić tę niewielką ilość siwizny na skroniach. Zresztą nie tylko dlatego lubił go Runicki. Pan Ryszard w każdym zwrocie, w każdym ruchu czy ukłonie miał ten doskonały ton czci, podziwu i famulusowskiej poufałości, których przede wszystkim należało wymagać od służby. A że bynajmniej nie dla wszystkich był taki, zasługiwało to na tym większe napiwki.

Włosy zostały uczesane z niezmiennym, chociaż na wsi z trudem dającym się utrzymać na poziomie doskonałości roz-działkiem, sięgającym niemal do karku, wypomadowanym najlepszą brylantyną i przyprasowanym rurkami. Podczas masażu twarzy panna Nelly szybko i sprawnie robiła manicure, Właśnie operacja była skończona, gdy wpadł boy:

— Wysokie Progi, panie dziedzicu. Czy pan dziedzic rozkaże przełączyć do kabiny?

— Nie, nie trzeba, pomówię z recepcji.

Nie spiesząc się zbytnio, by nie posądzono go o obawę zapłacenia za kilka zmarnowanych minut połączenia telefonicznego, uregulował należność, zostawił resztę na kontuarze kasy dla pana Ryszarda i, żegnany „uszanowaniami" całego personelu, poszedł do portierni. Zawsze z domem stąd rozmawiał. Po pierwsze, przy służbie mówił po francusku (chociaż służba hotelowa wybornie znała ten język), ale swego akcentu nie miał się co wstydzić. Mówił jak rodowity Paryżanin. Po wtóre, umiał w ten sposób pokierować rozmową, by nikt obecny z jego odpowiedzi nie mógł się zorientować w*temacie.

Tym razem wyjątkowo trudno było wytłumaczyć matce tak spreparowanymi zdaniami, że nie ma żadnej nadziei, że Towarzystwo na dalsze ustępstwa nie pójdzie i że licytacja jest nieunikniona. Jak na złość matka była tego dnia wyjątkowo niepojętna. Gdy wreszcie zrozumiała, krzyknęła na całe gardło:

— To znaczy, że pójdziemy z torbami!

I krzyknęła tak głośno, że Runicki musiał zakaszlać się, by portier tego horrendum nie usłyszał. Potem zaczęła biadolić i rozczulać się nad synem.

— Jak ty, biedaku, musisz się tym denerwować! No, nie przejmuj się, proszę. Zabaw się, rozerwij się, moje ty życie.

Próbował jeszcze wyłożyć matce, by pojechała do wuja Tomasza i postarała się wycisnąć zeń potrzebne pieniądze, lecz pani Runicka co kilka zdań powtarzała:

— A po cóż ja mam do tego gbura jeździć?...

— Zatelefonuję jeszcze raz wieczorem — wściekły, chociaż wciąż uśmiechnięty, zakończył Ksawery.

Położył słuchawkę i spojrzawszy na zegarek, wydał dyspozycję portierowi. Kazał przynieść do swego numeru te rzeczy, które stale trzymał w Warszawie, to jest miejskie futro, frak, smoking, żakiet, wizytowe ubranie, odpowiednią bieliznę, obuwie, słowem wszystkie części garderoby, potrzebne w mieście podczas ciągłych przyjazdów i nieraz kilkudniowych pobytów.

Apartamencik na pierwszym piętrze składał się z salonu, alkowy i łazienki. Runicki przede wszystkim rozebrał się i wziął kąpiel. W Wysokich Progach już od dwóch dni wodociąg był zepsuty i do kąpieli trzeba było grzać wodę W pralni.

Właściwie mówiąc, niepotrzebnie kazał przygotować swoje rzeczy. Po wiadomości otrzymanej w Towarzystwie Kredytowym stracił ochotę do wszystkiego. Zamierza} złożyć kilka wizyt w Warszawie i zaprosić kogoś ze znajomych na obiad do Bristolu, ale teraz wolał być sam.

Wyciągnął się w szlafroku na kanapie i zaczął rozmyślać.

Sytuacja była bez wyjścia. Na dwóch tysiącach morgów Wysokich Progów wisiało więcej długów niż sam majątek przy dzisiejszych skandalicznie niskich cenach ziemi był wart. Dotychczas, a ściślej mówiąc, do ubiegłej jesieni, spychało się najpilniejsze rzeczy drobnymi pożyczkami, jakie jeszcze skądkol-wiek, od znajomych, krewnych, od Żydów z Grójca, dały się wyciągnąć.

Wszyscy oni w razie licytacji oczywiście grosza nie dostaną. Po Towarzystwie i należnościach podatkowych, na hipotece figuruje prawie milion Banku Gospodarstwa Krajowego. Wszyscy drobni wierzyciele, a tych będzie pewno na drugi milion, odejdą z kwitkiem.

Nie tylko własna ruina, ale i kompromitacja. Wprawdzie wylatują z majątków nie jedni Runiccy, ale zerwanie niektórych osób jest wprost nieznośnie upokarzające. Zwłaszcza tych znajomych, od których on sam, Ksawery Runicki, brał gotówkę i ręczył słowem za zwrot.

— Właściwie należałoby sobie palnąć w łeb — pomyślał, a po chwili powiedział głośno: — palnąć w łeb.

Zirytowała go ta myśl. Przecież to nie sztuka uciec od życia. Sztuką... sztuką jest... Sztuką, tak, nielada sztuką byłoby znalezienie w przeciągu czterdziestu kilku dni panny z takim posagiem, by można było — spłacić połowę długów. Chodzi przecież o gotówkę. Kto dziś ma taką gotówkę!?

Zaczął w pamięci wyliczać znane i zasłyszane nazwiska. Nie może przecież ożenić się tak, jak wuj Tomasz, z Żydówką. Chociaż i Żydzi teraz nie mają pieniędzy. Jeżeli by jednak znalazła się taka?... Kazio Laszkowski bywa w takich domach, zna ich wszystkich. Przecież muszą jeszcze być bogaci ludzie.

Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju. Oczywiście może kiedyś ożenić się dobrze, ale na ratowanie Wysokich Progów będzie już wówczas za późno.

— Sprzedadzą. Na pewno rozparcelują...

Zresztą i o partię będzie trudniej. Pan Ksawery Runicki z Wysokich Progów, to zawsze więcej niż po prostu Ksawery Runicki... Zupełnie inne kwalifikacje. Rzucił okiem na paczkę pieniędzy, którą położył na stole. Osiem tysięcy kilkaset złotych. Resztki. W domu zostało zaledwie dwieście. Osiem tysięcy to nic. Wpłacenie ich do Towarzystwa byłoby zwykłym głupstwem. Zastanowił się: ładnym i prawdziwie pańskim gestem byłoby urządzenie ogromnego pijaństwa, na cały Bristol, na całą Warszawę. Sprosić wszystkich znajomych, pokazać im, jak się robi przyjęcia, potem co do grosza uregulować rachunek i zastrzelić się przy stole. To byłaby klasa! Jakiś grecki patrycjusz przecież przy uczcie przeciął sobie żyły.

Runicki wzruszył ramionami:

— Tylko nie grajmy przed sobą komedii.

Przeliczył pieniądze i zabrał się do ubierania. Dochodziła czwarta. Przede wszystkim należało zjeść obiad.

O małżeństwie zresztą niepodobna było myśleć teraz, chociażby przez wzgląd na Mirę. Wdał się w ten romans najnie-potrzebniej w świecie. Właściwie mówiąc, nigdy nie podobała mu się zbytnio, a po dwóch latach stała się wręcz ciężarem, kulą u nogi. Gdyby była bogata, gdyby wreszcie diabli wzięli tego jej stryja, wszystko by ułożyło się prosto i jasno. Niestety nie zanosiło się na to wcale. Przeciwnie. Stryj Miry zamyślał sam o małżeństwie, a dla bratanicy nie zrobi nic, zwłaszcza po tym jej niedorzecznym rozwodzie z Pawłem.

Runicki przy każdej sposobności podkreślał w okolicy i wobec wszystkich znajomych, że Mira rozwiodła się bynajmniej nie dla niego. Po prostu niezgodność charakterów. Dla zaakcentowania tej sytuacji wyrażał się nawet o Pawle, którego w gruncie nie cierpiał, z najwyższym uznaniem. Ile razy spotkali się, umyślnie i demonstracyjnie prowadził z nim długie rozmowy. Pomimo to nie należało się łudzić. W powiecie nikt w to nie wierzył, i nie wierzył przede wszystkim Paweł.

Nie dalej, jak przed tygodniem Mira powiedziała głośno na imieninach u Mańkiewiczów:

— Nie po to rozwiodłam się, by znowu wyjść za mąż. Nie ma na świecie takiego mężczyzny, któremu mogłabym zaufać, a zresztą najbardziej mi odpowiada samotność.

Formalnie zatem wszystko było w porządku. Widywali się po dawnemu z tą różnicą, że teraz nie trzeba było kryć się przed Pawłem. Formalnie nikt nic nie mógł zarzucić. Jednak, żeniąc się z kimś innym, Runicki naraziłby się na całkiem niedwuznaczny osąd swego postępowania, i to osąd powszechny.

Przeklinał teraz w duchu ten swój najgłupszy krok w życiu, kiedy przez chęć zaimponowania sąsiadom zaczął zabiegać o względy Miry. Okrzyczano ją jako najładniejszą. Poza tym była jedyną kobietą wykształconą naprawdę, jedyną w okolicy, posiadającą tytuł doktora filozofii. Ambicje Ksawere-go podniecał i fakt, że Paweł był naprawdę pięknym mężczyzną. A że Wysokie Progi sąsiadowały o miedzę z Borychówką, zabiegi o względy młodej mężatki poszły, psiakrew, łatwiej, niż tego by pragnął.

Pozory były nadal po jego stronie, ale czuł, rozumiał, wiedział, że pozory tu nie wystarczyłyby.

Przez chwilę zaczął obliczać wartość Borychówki. Nie była zadłużona zbyt wysoko. W ciągu trzyletniego gospodarowania na majątku posażnym Paweł, naprawdę dzielny rolnik, zdołał zrobić niejedno. W najlepszym wszakże wypadku wyciągnęłoby się przy sprzedaży Borychówki śmieszną kwotę stu pięćdziesięciu do dwustu tysięcy.

— Absurd — wzruszył ramionami z najwyższą irytacją.

Zresztą ona sama musi to zrozumieć. Najlepiej byłoby pogadać z nią otwarcie. Powiedzieć coś o ratowaniu ojcowizny, o obowiązku spadkobiercy nazwiska, o tym, że Wysokie Progi już od trzystu lat są w rodzinie Runickich. Musi zrozumieć!..'. Przecież nie przestaną się kochać, przecież ożeni się tylko dla pieniędzy... Jest dość inteligentna, by właściwie to ocenić. Kwestia prostej logiki! A jednak — był pewien, że Mira nie potrafi pogodzić się nawet z oczywistą słusznością.

— Więc niech się nie godzi! — wybuchnął.

Cóż mu może zrobić? Nic, absolutnie nic!... Ale nie o to mu chodziło. Żadnych formalnych zobowiązań wobec Miry nie miał. Nigdy nie przyrzekał jej małżeństwa, od rozwodu starał się ją odwieść. Jest w zupełnym porządku... Do niczego przyczepić się nie może, nie ma prawa i zresztą na pewno się nie przyczepi. Jeżeli też bał się podobnej rozmowy, to dlatego, że wiedział, jak nań wówczas spojrzy. Owo ,jak" już w samej wyobraźni było dotkliwsze od policzka.

— Niech to wszyscy diabli! — zaklął. — Nie mogę myśleć o tych wszystkich rzeczach, nie mogę!...

Z wściekłością zaczął się ubierać i dopiero przy głębszym zastanowieniu się nad wyborem odpowiedniego krawata poczuł jakąś ulgę. Pomimo to postanowił samotnie zjeść obiad i wypić przy nim dużo alkoholu. Na dole w restauracji umyślnie usiadł w kącie, chociaż dostrzegł przy dwóch stolikach znajomych: Płaszowskich z Pomiechowa i Taraszkiewicza zajmującego w Warszawie jakieś intratne stanowisko w liniach okrętowych, czy w czymś takim. Ukłonił się z daleka i usiadł sam. Dyrektor sali i dwaj kelnerzy podbiegli natychmiast. Od innych stolików wszystkie oczy zwróciły się ku Runickiemu. Wiedział, że ci i owi informują się u służby o nim. Każdy kelner z szacunkiem wyjaśniał tonem podkreślającym pozycję nowego gościa:

— To pan Runicki z Wysokich Progów.

Ksawery, ile razy dobiegała jego uszu nazwa rodzinnego majątku, cieszył się już samym brzmieniem tej nazwy. Po-cieszki liczyły aż cztery tysiące morgów, Michałówka jeszcze więcej, ale nie zamieniłby się na nie przez wzgląd na ten wiel-kopański akcent, jaki tkwił w Wysokich Progach.

I teraz wystawiono na licytację! Była w tym oburzająca niewspółmierność i Runickiego dręczyła myśl, że wszyscy spoglądający ku niemu, a już na pewno Płaszowscy i Tarasz-kiewicz, wiedzą o tym. Dlatego zamiast koniaku kazał podać czystą wódkę, k;tórą zresztą wolał zawsze, a także siedział z miną kamienną, by nie zachęcić nikogo z nich do rozmowy.

Jednak po pewnym czasie Taraszkiewicz, który jadł obiad z kilkoma paliami i paniami, wstał i skierował się ku Runickiemu. Lubili się wzajemnie, kolegowali kiedyś w gimnazjum. Ojciec Taraszkiewicza miał kiedyś duże dobra pod Kozienicami. Od szeregu lat spotykali się wyłącznie na terenie Warszawy i nieraz bawili się razem, oczywiście, na koszt Runickiego.

Sytuacja finansowa Tolka Taraszkiewicza była niezła, pozwalała mu utrzymać się na powierzchni życia towarzyskiego i życia w ogóle, jednakże umiał za każdym razem akurat o tyle zwlekać z sięgnięciem do kieszeni, by Ksawery zdążył naprzód sięgnąć do swojej. Sięgał zaś z prawdziwą przyjemnością. Bynajmniej nie przez rozrzutność, tylko po prostu dlatego, że kosztem tych kilkuset złotych zapewniał sobie ów mały, ale wyraźny dystansik między nimi, między tymi wszystkimi, za których płacił a sobą. On wyznaczał knajpę, na niego czekano, do niego zwracała się służba o dyspozycje i z rachunkami. Chociażby towarzystwo miało być największe, stolik zawsze rezerwowano na jego nazwisko. Nawet jeżeli siadał przy cudzym — od razu stawał się gospodarzem. Nie pieniądze odgrywały w tym wyłączną rolę, lecz i sposób bycia, ale na taki właśnie sposób bycia pozwala możność wydawania pieniędzy.

Zaraz po pierwszych ,,jaksięmaszach" okazało się, że Ta-raszkiewicz wie już o licytacji.

— Zresztą, komu dziś to nie grozi — machnął ręką — u ciebie, stary, jeszcze chyba najlepiej. Familia czcigodna ruszy kabzą i już. Prawda?

— Jakoś się to zrobi — skrzywił się Runicki.

— Zapewne. Mówiono mi, żeś był dziś w Tekazecie. Na długo przyjechałeś?

— Jeszcze nie wiem. Psują mi humor te idiotyczne sprawy.

— A jakże tam stary?... Wciąż siedzi w rewolucji francuskiej?... Szczęśliwy człowiek... Maman zdrowa?

— Dziękuję ci.

— Nie jesteś rzeczywiście w najlepszym humorze. Napijmy się. Pozwolisz?... Jestem wprawdzie po obiedzie, ale... kieliszek czystej nigdy nie zawadzi.

Kelner uprzedził go i napełnił kieliszki.

— Sam przyjechałeś? — znacząco zapytał Taraszkiewicz.

— Przecież zawsze sam przyjeżdżam — z przymusem uśmiechnął się Runicki.

— No tak, tak... Twoje zdrowie... Cóż porabia pani Mira?

— Nie wiem. Dawno jej nie widziałem — skłamał Runic-ki. — Zresztą, tak mi już obrzydły stosunki na wsi...

— Hm... Więc posiedź w Warszawie...

— I Warszawa znudziła mi się ostatecznie. Ten klimat, ten obrzydliwy klimat!

Taraszkiewicz strzelił palcami:

— Wiesz! Mam dla ciebie pomysł!

— No?

— Nie musisz teraz wracać do Wysokich Progów?

— No... niekoniecznie...

— Machnij się zatem na naszą wycieczkę morską. Będziesz miał wszystko: inny klimat, zmianę wrażeń, miesiąc beztroskiego życia. Jak Boga kocham. Szczerze cię namawiam. Sam pojechałbym z przyjemnością, gdybym mógł. Prawie trzy tygodnie na morzu, tydzień w Paryżu, poza tym Londyn, Sewilla, Paryżanki, Hiszpanki... Jak Boga kocham warto!

Runicki zainteresował się i Taraszkiewicz obszernie musiał poinformować go o szczegółach. Wycieczka pojutrze odjeżdża z Gdyni wielkim okrętem ,,Sarmatia". Morzem do Londynu, trzy dni pobytu, zwiedzanie albo w grupach, w ogólnym koszcie, albo na własną rękę. Później do Marsylii, stamtąd koleją na tydzień do Paryża, przejazdy i hotele opłacone, wycieczki, zwiedzanie, utrzymanie — wszystko. Ale ma się rozumieć można zupełnie odseparować się od całej bandy rodaków. W powrotnej drodze Hiszpania, Sewilla, Kordoba, ewentualnie Grenada, walki byków. I znowu wypoczynek na morzu aż do Gdyni.

— W tym wszystkim trzy przewagi nad indywidualną podróżą. Po pierwsze znacznie taniej, po drugie, żadnych kłopotów, ani tu na miejscu z paszportem i wizami, ani w drodze, bo wszystko jest świetnie zorganizowane, a poza tym przymus oderwania się od wszelkich trosk i boskie morze. Miesiąc błogiego farniente...

Runicki zapalił się do tego pomysłu. Perspektywa oderwania się od rozpaczliwej rzeczywistości, od beznadziejnych i bezpłodnych biadań nad sytuacją materialną, od dręczącego stosunku z Mirą Czerską — pociągała go silnie. Ostatecznie matka z rządcą dadzą sobie radę w bieżących sprawach, co zaś dotyczy kwestii utrzymania się przy Wysokich Progach — na to nikt nie poradzi. Poza tym Runicki nigdy nie podróżował okrętem i to zachęcało go bodaj jeszcze bardziej, niż możność poznania Hiszpanii i Anglii.

Rozmowa skończyła się tym, że Taraszkiewicz pożegnał się ze swoim towarzystwem i obaj z Runickim pojechali do biura linii okrętowej. Tutaj, po obejrzeniu fotografii okrętu i kabin, po wyłowieniu z listy pasażerów kilkunastu bardzo dobrych nazwisk i po oświadczeniu Taraszkiewicza, że może staremu przyjacielowi służyć znaczną zniżką ceny — rzecz została załatwiona.

Runicki ani się opatrzył, gdy znalazł się przy kasie i zapłacił za bilet. Zawartość portfela poważnie zeszczuplała, za to kieszeń wypełniła się prospektami, mapami, rozkładami jazdy itp. Wszystkie formalności tego jeszcze dnia miał załatwić Taraszkiewicz.

Dopiero znalazłszy się na ulicy Runicki zastanowił się nad tym, że właściwie popełnił głupstwo. I to znowu przez tę swoją manierę przeprowadzania spraw od ręki, bez głębszego namysłu, bez rozważenia wszystkich stron projektu.

Wyjazd na cały miesiąc, ba, na miesiąc i kilka dni w takim okresie był co najmniej świadectwem lekkomyślności. Zapewne niektórzy mogą to ocenić jako gest dobrej klasy. Ale większość zrobi z tego nowy zarzut. Powiedzą jeszcze, że pojechał puścić resztki... A cóż u licha ma zrobić z tymi resztkami?!

Zły na siebie poszedł na pocztę. Wolał stąd mówić z Wysokimi Progami. W hotelu zawsze zachodziła obawa, że panienka z centrali może rozmowę usłyszeć, a teraz należało z matką i z rządcą Pieczyngą pogadać wyczerpująco i otwarcie.

Pani Runicka zapłakana i piorunująca na wierzycieli przyjęła szczegółową relację syna z pełnią wiary, że przecież wuj Tomasz, do którego zaraz jutro pójdzie, nie pozwoli im zginąć. Natomiast ucieszyła się z zamiaru Ksawerego.

— Jedź synku, oczywiście, jedź!... Doskonale ci to zrobi — odpowiadała na jego tłumaczenia.

Obiecała też najbliższym pociągiem wysłać walizkę z letnią garderobą i z wszelkimi niezbędnymi do dłuższej podróży rzeczami.

Pan Pieczynga natomiast przeraził się i zaczął odwodzić Ksawerego od zamiaru. Argumentów mu nie brakowało — zatargi z nieopłaconymi ludźmi, szereg terminów na licytację bydła, uprzęży, koni, a nawet mebli.

— Ja tu chyba się powieszę, proszę pana!

— Cóż ja panu pomogę? — bronił się Ksawery.

— Nie będziemy mieli co, czym, ani kim siać! — ryczał w telefonie Pieczynga.

— O, Boże! Więc niech pan nie sieje, niech pan nic nie robi. A co do licytacji ruchomości, to najlepiej przepędzić krowy do Borychówki. Meble i maszyny może pan też gdzieś po sąsiadach polokować. No, panie Stefanie, już jakoś pan to zrobi. Ja doprawdy do tego wszystkiego nie mam już nerwów, ni zdrowia. No, do widzenia. A niech pan przypomni mojej matce, by zapakowano ze trzy pary tenisowych spodni. Napiszę z podróży. Tylko dajcie mi wytchnąć.

Odłożył słuchawkę, rzeczywiście wyczerpany tą rozmową do reszty.

Pieczynga miał prawdziwy talent w psuciu humoru Ru-nickiemu. Gdyby nie to, że rzeczywiście był doskonałym rolnikiem i że w rodzinie Runickich pracował już od lat przeszło trzydziestu, a na Wysokich Progach od dziesięciu, Ksawery rozstałby się z nim od dawna. Właściwie mówiąc w całym domu jedyną osobą, z którą należałoby się naprawdę liczyć, był właśnie ten rządca, czy raczej administrator.

Ojciec, istotny winowajca fatalnej sytuacji całej rodziny, nie liczył się wcale. Zresztą nie chciał mieć żadnego wpływu ani na dom, ani na syna. Zagrzebany w starych szpargałach, obłożony stertami książek, interesował się tylko tą • swoją anegdotyczną w okolicy rewolucją francuską.

Matka, najlepsza w świecie kobieta, którą trzeba było znać tak, jak znał ją Ksawery, by wybaczyć jej wszystkie ekstrawagancje i ten sposób bycia, nie umiała jednak rzeczowo i systematycznie zajmować się sprawami majątku, ani prowadzeniem gospodarstwa kobiecego, chociaż przy nim się upierała.

W tych warunkach największe wysiłki Pieczyngi rozpeł-zały się wniwecz. Wszyscy w domu czuli w nim jakby nieuprawnionego a wiecznie niezadowolonyego kontrolera. Zdawał się mścić na Runickich za to, że sam nic nie posiadał. Wszystko, cokolwiek miało służyć wygodzie, co stanowiło o lepszym poziomie egzystencji, o zaspokojeniu zamiłowań Runickich, lub o reprezentacji Wysokich Progów — uważał za zbytki, za luksus, za rozrzutność. O każdy grosz trzeba było z nim walczyć, pilnować, by zainkasowanymi za sprzedaż zboża pieniędzmi nie pokrywał jakichś zobowiązań, które mogły czekać, by nie odwoływał wydanych zamówień i nie targował się tam, gdzie nie wypadało.

Taki stan rzeczy zastał Ksawery już przed sześciu laty, kiedy zrezygnowawszy z przeciągających się i w gruncie zbędnych studiów w Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego w Poznaniu, za namową stryja Marka osiadł na wsi i przejął z rąk matki zarząd Wysokich Progów.

W początkowym zapale przyznawał nawet rację panu Pie-czyndze i współpracowali zgodnie. Był to okres gwałtownej poprawy w koniunkturze rolniczej. Ceny zboża zwyżkowały, kredyty były niemal nieograniczone. Kto żyw napraszał się i lokował kapitał w majątkach ziemskich. I tu między rządcą a Ksawerym zaczęła się różnica poglądów. Podczas studiów poznańskich Ksawery zapoznał się z bliska z wielkopolskim ziemiaństwem i z tamtejszymi sposobami prowadzenia gospodarki. Były to sposoby nowoczesne polegające na wielkich wkładach i wielkim zysku. Melioracje, sztuczne nawozy, najwyższe gatunki zbóż, kosztowna uprawa, maszyny, traktory, naukowa hodowla bydła, nierogacizny, drobiu, ryb. Skuteczność tej metody widział na własne przecież oczy. Właściciele obszarów o połowę, ba, trzykrotnie mniejszych od Wysokich

Progów mieszkali w pałacach, utrzymanych na bardzo wysokim poziomie, otoczonych wspaniałymi parkami. W majątkach posiadano wodociągi, kanalizację, elektryczność, centralne ogrzewanie, trzymano samochody.

Dlatego po rozejrzeniu się w rodzinnych Wysokich Progach Ksawery orzekł, że wszystko należy zmienić. Zaczął od gruntownego wyremontowania pałacu z nadbudowaniem drugiego piętra, od elektryfikacji, wodociągów, centralnego ogrzewania, przebudowy stajni, cugowej, obór i chlewów. Jednocześnie sprowadził najnowsze maszyny rolnicze, przeplanował ogród i parki według projektów sprowadzonego z Anglii specjalisty, wyszlamował i wybetonował oba stawy dawne i wykopał trzy nowe, gdzie rozpoczął racjonalną hodowlę ryb i raków.

Olbrzymie te inwestycje pochłaniały równie olbrzymie kwoty. Pieniędzy jednak nie brakowało. Ceny wciąż szły w górę, wartość ziemi rosła.

Pan Pieczynga, rolnik starej daty, walczył z każdą innowacją. Ostrzegał przed przesadnymi, jego zdaniem, inwestycjami, krakał, że zbyt intensywna gospodarka w razie zmiany koniunktury musi przynieść nieproporcjonalnie ciężkie deficyty.

Najlepszym dowodem, że nie miał racji, były trzy następne lata. Dochodowość Wysokich Progów wprawdzie jeszcze nie mogła wzrosnąć nadmiernie, ale sama ich wartość właśnie dzięki poczynionym wkładom podniosła się bardzo. Widomym wyrazem tego była wzrastająca łatwość w uzyskaniu pożyczek na dalsze numery hipoteki, lub po prostu na weksle.

Pan Pieczynga musiał siedzieć cicho. Nie przyznawał, przez upór, że woli gospodarować w Wysokich Progach w nowych warunkach, lecz wdrożył się w nie i wszystko szło o tyle sprawnie, że sam Ksawery mógł więcej czasu poświęcić życiu osobistemu i towarzyskiemu.

W owym czasie grał sporo i szczęśliwie na wyścigach, a to zachęciło go do zafundowania sobie własnej stajni wyścigowej. Wprawdzie zbytnio na koniach się nie znał, lecz jakoś szło, stajnia zaś dawała w stolicy swego typu pozycję właścicielowi.

Zresztą i w okolicy wielki rozmach gospodarki Ksawerego zapewnił mu stanowisko poważne. Został wiceprezesem powiatowego związku ziemian, sąsiedzi nieraz zasięgali jego opinii w różnych sprawach. Wprawdzie po cichu i za plecami pokpiwano też podobno z wielkopańskich innowacji w Wysokich Progach, ale na to nie zwracał uwagi.

W każdym razie stopa życiowa domu podniesiona została znacznie. Zamiast starej Klemensowej w kuchni zainstalował się kucharz, doskonały kucharz, dawniejszy zastępca szefa kuchni w Bristolu, dwaj lokaje, stangreci, szoferzy, wszyscy w liberiach.

W duchu Ksawery przyznawał rację panu Pieczyndze, że może istotnie zbyt wiele szło na wyjazdy do Warszawy, na urządzanie polowań i przyjęć w Wysokich Progach. Ale wymagały tego stosunki, trudno zaś było odmawiać sobie najzwyklejszych przyjemności, które po prostu były potrzebą.

I gdyby nie kryzys... Gdyby nie kryzys... Tego nikt nie umiał przecież przewidzieć. Taki stryj Marek, czy inni jemu podobni, którzy jeszcze mocno trzymają się ziemi, a teraz chwalą się swoją ostrożnością i oszczędnością, nie dlatego prowadzili i do śmierci prowadzić będą gospodarkę ekstensywną, że umieją przewidywać, tylko z powodu braku inicjatywy, braku aspiracji, z powodu lenistwa, no, i prymitywnych potrzeb.

Łatwo im teraz krytykować. Ale, jakby wyglądali, gdyby nie popsuła się koniunktura?.

— Teraz będą psy wieszać na mnie — gryzł się Ksawery. — Niech ich wszyscy diabli!

Ponieważ po prostu bał się jakiejkolwiek rozmowy na temat licytacji Wysokich Progów i głupich pytań na temat, co zamierza zrobić, od kilku tygodni unikał już sąsiadów i znajomych, naturalnie o tyle tylko, o ile to było możliwe.

I obecnie ta niechęć do spotkania kogokolwiek była powodem zrezygnowania z odwiedzania znajomych. Umyślnie na kolację wstąpił do niedużej restauracji, tuż przy bocznej ulicy, w przekonaniu, że nie zastanie tu nikogo.

Toteż cofnąłby się od drzwi, gdyby już nie było za późno: w sali, w samym środku, ucztowało towarzystwo, coś z siedem osób, sami znajomi.

Wejście Runickiego powitali głośnymi wiwatami.

— Wery! Patrzcie, Wery!

— Witaj, złotko! — krzyczał pan Trelicki.

— Cóż za dobre bogi przyniosły cię do nas?

— Przyjechałeś?

— Niech pan tu siada!

— Służba! Nakrycie!

— Gdzieś się podziewał, kuzynku? — zataczał się pan Ru-nicki, jakiś podobno daleki krewny Ksawerego.

Zresztą wszyscy byli mocno pod gazem. Okazało się, że były to imieniny Franka Lupowskiego, który w dodatku miał oblać swój awans, gdyż został adiutantem dowódcy brygady.

Na szczęście humory już były w tym stadium, kiedy zamiłowanie plotkarskie i wścibianie nosa w cudze sprawy nikogo nie dręczy.

Po dłuższym pobycie w restauracji uchwalono przenieść się ,,do innego Żyda". Całe towarzystwo ulokowało się w dwóch samochodach i pojechało do Wilanowa, stamtąd do nocnego dancingu, potem do drugiego.

Gdy Ksawery nad ranem znalazł się w hotelu i przeliczył pozostałą gotówkę, okazało się, że wydał coś ponad tysiąc złotych.

Próbował robić sobie z tej racji wyrzuty, lecz senność przemogła. Spał do czwartej po południu i obudził się z nieznośnym bólem głowy.

— Czy nadeszły moje rzeczy? — zapytał służącego, który przyniósł mu tacę z wodą sodową i cytrynami.

— Tak jest, proszę pana dziedzica.

— Więc przynieście tu i będziecie pakować resztę. O której jest pociąg do Gdyni?

— O dziesiątej piętnaście.

— No, dobrze.

Dwa proszki od bólu głowy i coś dziesięć cytryn wraz z morzem czarnej kawy zrobiły swoje.

Zdołał skupić tyle uwagi, by wydawać z łóżka dyspozycje pakującemu walizy służącemu. Nie wychodząc z numeru zjadł kolację, wysłał na dworzec chłopca hotelowego celem zdobycia wolnego miejsca w sleepingu (o czym zapomniał pomyśleć wcześniej), uregulował należność i przed samym odjazdem pociągu był na dworcu.

Na szczęście w ostatniej chwili znalazł się wolny przedział sypialny.

Runicki natychmiast położył się i spał znowu, jak zabity, aż do rana.

ROZDZIAŁ II

ył to dość duży dwukominowy okręt pasażerski, utrzy

mujący stałą komunikację między Gdynią a Nowym

Jorkiem i Halifaxem po drugiej stronie Atlantyku. Jak wszystkie statki, które ujrzały światło dzienne w stoczniach holenderskich, duńskich czy angielskich, wraz z początkiem bieżącego stulecia, nie mógł się poszczycić ani zbyt wysmukłą linią, ani szczególniejszymi wygodami. Wyglądał jednak korpulentnie i bezpiecznie, a odnawiany i przerabiany niemal co roku wywierał wrażenie schludności, a nawet miejscami młodzieńczej świeżości.

— Okręty są jak kobiety — mówił drugi oficer, porucznik Hurny — po trzydziestce, nieprawdaż, wymagają makijażu, ale cieszą się jeszcze powodzeniem tam, gdzie nieprawdaż, nie mają młodszej konkurencji. Za to nie robią niespodzianek i wiadomo już czego trzymać się w postępowaniu z nimi.

Jak na swój dojrzały wiek S.S.,,Sarmatia" poruszała się dość żwawo, robiąc przeciętnie trzynaście węzłów, co w tłumaczeniu na język lądowców rówTna się dwudziestu kilometrom na godzinę. O ile szybkość ta mogła nie zadawalać pasażerów spieszących w ważnych sprawach do Ameryki, lub z powrotem, o tyle wycieczkowej publiczności wystarczała zupełnie.

Ciężka i wysilona praca maszyn na dole okrętu, im było wyżej w jego pokładach i w hierarchii cen biletów, tym mniej dawała się odczuć. Hałas cichł już całkowicie na spacerowym, do kabin zaś pierwszej klasy nie docierało nawet drżenie najniższych, zanurzonych na dobre sześć metrów w wodzie części kadłubu.

Tonaż „Sarmatii" wynosił piętnaście tysięcy przy pełnym obciążeniu, którego nie pamiętała już jednak od dobrych lat dwudziestu, to jest od czasu, gdy pod swą pierwotną nazwą „Dagmary" kursowała między Bałtykiem a portami Dalekiego Wschodu z ładunkiem drobnicy w jedną, a z ryżem i herbatą w drugą stronę. Wtedy i wnętrze jej nie było jeszcze zabudowane w obecny sposób, nie było tam małych, biało lakierowanych kabin, wyłożonych czerwonymi chodnikami, lecz tylko ogromne magazyny, gdzie piętrzyły się worki i skrzynie, skrzynie i worki. Kajuty istniały tylko na głównym pokładzie, no i dla rzadko trafiających się bogatych podróżnych na pokładzie mostowym. „Dagmara" była bowiem statkiem towarowym.

Odkąd zmieniła imię i zaczęła pływać pod polską banderą, przewoziła przeważnie emigrantów do Ameryki i reemigrantów do kraju. W okresie jednak najmniejszego ruchu wychodźczego służyła jako okręt wycieczkowy i wypoczynkowy, a w związku z tym przyozdabiała się nowymi lakierami, nowym urządzeniem kabin i dywanami w salonach, a przede wszystkim odświętnym nastrojem trzepoczących girland, chorągiewek i sznurami wielobarwnych żarówek, rozbawionym tłumem pasażerów, hałasem śmiechów i dźwiękiem dwóch orkiestr: jednej marynarskiej, drugiej cywilnej.