Wunderkind - Stanisław Cat-Mackiewicz - ebook + książka

Wunderkind ebook

Stanisław Cat-Mackiewicz

0,0

Opis

Jednym z centralnych problemów Polski, którą znałem, był problem personalny, była selekcja ludzi, a ściślej: źle działający system selekcji materiału ludzkiego dobieranego do kierowania narodem. Adolf Bocheński był człowiekiem niewątpliwie genialnym. Wpływ jego na ludzi w Polsce ograniczał się do stosunkowo bardzo małego koła osób, wpływ na wypadki, na politykę polską – był żaden. Chcielibyśmy zawołać: gdyby selekcja ludzi działała w Polsce tak, jak działać powinna, ten młody człowiek winien był być naszym ministrem spraw zagranicznych, a nie ginąć jako podporucznik pod Ankoną.
Stanisław Cat-Mackiewicz
 
W dobie polityki zdominowanej przez marketing trudno zrozumieć, jak potężne znaczenie miało w przeszłości pisarstwo polityczne. Prasa, będąca w okresie międzywojennym zasadniczym miejscem debaty publicznej, wywierała potężny wpływ na polityczną praktykę. Partie i ośrodki polityczne formowały się wokół tytułów prasowych. Tych, którzy wracają do lektury przedwojennej prasy, zaskoczyć może nie tylko bogactwo publicystycznych talentów, ale także precyzja myśli, zdolność programowania konkretnych rozwiązań politycznych.
Kazimierz M. Ujazdowski

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 291

Rok wydania: 2018

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kazimierz Michał Ujazdowski

Wstęp

W dobie polityki zdominowanej przez marketing trudno zrozumieć, jak potężne znaczenie miało w przeszłości ­pisarstwo polityczne. Prasa, będąca w okresie międzywojennym zasadniczym miejscem debaty publicznej, wywierała potężny wpływ na polityczną praktykę. Partie i ośrodki polityczne formowały się wokół tytułów prasowych. Tych, którzy wracają do lektury przedwojennej prasy, zaskoczyć może nie tylko bogactwo publicystycznych talentów, ale także precyzja myśli, zdolność programowania konkretnych rozwiązań politycznych. Tylko na tym tle można zrozumieć próbę biografii Adolfa Bocheńskiego napisaną przez Cata-Mackiewicza.
Cat-Mackiewicz, sam znakomity i błyskotliwy publicysta, nie krył fascynacji talentem Adolfa Bocheńskiego i oryginalnością jego myśli. Podobnie jak Józef Czapski uważał go za najwybitniejszego pisarza politycznego generacji, która weszła do życia publicznego na początku lat 30. XX wieku. Przypomnieć wypada, że było to pokolenie szczególnie obfite w talenty. Ci, którym dane było przeżyć drugą wojnę światową – Stefan Kisielewski, Wojciech Wasiutyński i inni – odnowili polską myśl polityczną w konfrontacji z komunizmem i zdołali jeszcze inspirować działania opozycji. Jerzy Giedroyc stworzył najsilniejszy ośrodek intelektualny powojennej emigracji – paryską „Kulturę”.
Adolf Bocheński przyszedł na świat w kresowej Ponikwie, w rodzinie ziemiańskiej o długiej tradycji zaangażowania w sprawy publiczne. Jego rodzeństwo również odegrało istotną rolę w polskiej kulturze. Brat Józef był wybitnym filozofem i sowietologiem, po wstąpieniu do zakonu dominikanów przybrał imię Innocenty. Aleksander, podobnie jak Adolf, zajmował się publicystyką polityczną, po wojnie stał się rzecznikiem ugody z komunistami i związał się z Pax-em. Siostra Olga niosła pomoc Żydom, za co została uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.
Jako publicysta Adolf zadebiutował w wieku lat szesnastu, wydając wraz z bratem Aleksandrem książeczkę pod dramatycznym tytułem Tendencje samobójcze narodu polskiego1. Wzywał w niej do wzmocnienia państwa i aktywnej polityki wobec Rosji. Po studiach politycznych w paryskiej École libre des sciences politiques i prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim skoncentrował się na twórczości publicystycznej. W roku 1928 wydał pierwszą poważną pozycję książkową Ustrój a racja stanu2, świadczącą o jego erudycji i znakomitej orientacji w rozwią­za­niach konstytucyjnych państw naszego kręgu cy­wiliza­cyj­nego. Ta książka zachwyciła Cata i została zrecenzowana w „Słowie” wileńskim. Kilka lat później Bocheński związał się z Jerzym Giedroyciem, stając się pierwszoplanowym publicystą wydawanych przez niego periodyków: „Buntu Młodych” i „Polityki”. Bocheński miał też kluczowy wpływ na wydaną w 1937 roku deklarację ideową środowiska pod nazwą Polska idea imperialna3. W Autobiografii na cztery ręce Giedroyc nazwał go przodującym członkiem redakcji „Buntu Młodych”, człowiekiem „kolosalnej erudycji i wielkiej bezkompromisowości” oraz „legendarnej odwagi”4. Bocheński z kolei widział w Gied­royciu największy talent polityczny swego pokolenia i przyszłego premiera Polski5.
Zasadniczym przedmiotem jego zainteresowania były zagadnienia ustrojowe i planowanie strategii polskiej polityki zagranicznej. Bocheński uważał, że w żywotnym interesie Rzeczypospolitej jest stabilna i efektywna władza wykonawcza, bez której Polska nie będzie w stanie zadbać o swoje bezpieczeństwo i prowadzić długofalowej polityki w dziedzinie obrony i spraw zagranicznych. W połowie lat 30. wypracował oryginalną koncepcję łączącą sprawność państwa z wolnością polityczną. Używając współczesnych kategorii, moglibyśmy zakwalifikować ją jako projekt demokracji prezydencko-parlamentarnej. Bocheński był państwowcem nietypowym. Postulował rekonstrukcję silnej władzy wykonawczej, ale zwalczał centralizm. Już w młodzieńczych tekstach propagował prawa samorządu terytorialnego i decentralizację kulturalną Polski6.
Jednak opus magnum Bocheńskiego dotyczyło nie problematyki konstytucyjnej, lecz polityki zagranicznej. Napisana z inspiracji Giedroycia książka Między Niem­cami a Rosją była bez wątpienia jedną z najciekawszych rozpraw na tematy geopolityczne okresu międzywojennego7. Literalna interpretacja Między Niemcami a Rosją eksponuje kwestię sojuszu Polski z Niemcami przeciw Rosji Sowieckiej, nie zauważając, że najbardziej wartościowa i pouczająca jest sama metoda myślenia o polityce zagranicznej i stosunkach międzynarodowych. Publi­cystyka Adolfa Bocheńskiego wzywała do porzucenia myślenia życzeniowego i do realizmu w ocenie pozycji między­narodowej Polski. Przestroga przed ideologizacją polityki zagranicznej, przed przyznawaniem zbyt dużej wartości sympatiom ideologicznym nie była wyrazem aprobaty dla politycznego cynizmu, lecz ukazaniem praw rządzących polityką zagraniczną. Bocheński uważał, że nieodzowną cechą stosunków międzynarodowych jest zmienność, nie ma zatem sojuszników definitywnie dobrych lub złych. Jego zdaniem Polska była krajem rewizjonistycznym, zainteresowanym podtrzymaniem antagonizmu niemiecko-rosyjskiego i zasadniczym osłabieniem Rosji. Stąd zainteresowanie aspiracjami niepodległościowymi Ukrainy. W Między Niemcami a Rosją wątek ukraiński zajmuje istotne miejs­ce. Dostrzec można w nim pierwotny wyraz koncepcji polityki wschodniej głoszonej przez Jerzego Giedroycia po drugiej wojnie światowej, a zatem przekonanie, że ­niepodległa Ukraina jest czynnikiem wspomagającym niepodległość Polski i że w naszym interesie jest ukształtowanie z nią partnerskich relacji. Bocheński proponował więc formułę, którą można określić mianem „neo­federalizmu”. Zakładała ona dobrowolny i partnerski charakter relacji polsko-ukraińskich, a więc świadome odstąpienie od demonstrowania kulturowej i politycznej przewagi Polski w tym związku.
Dla Bocheńskiego kwestią podstawową była spójność myśli i czynu. Kiedyś Jan Paweł II w poruszającym Liście do artystów napisał, że życie każdego człowieka powinno być dziełem8. Z pewnością można to powiedzieć o życiu Adolfa Bocheńskiego. Był człowiekiem słabego zdrowia i we wrześniu 1939 roku wkupił się do wojska, ofiarując armii własny samochód. Uważał, że pisarz poli­tyczny w czasie wojny powinien potwierdzić swoje poglądy czynem i walczyć na froncie. Z tego względu odmawiał pracy w prasie, która dawała bezpieczeństwo. Poruszający był jego stosunek do zwykłych żołnierzy. Przed wojną żył w ziemiańskiej enklawie w zasadzie bez kontaktu z innymi grupami społecznymi. W czasie wojny zasłynął jako żołnierz szaleńczej odwagi, pełen odda­nia dla swoich podkomendnych. Poświęcał im wiele czasu, pomagając w sprawach prywatnych. Dowiedzieć się można tego z licznych wspomnień9 i książki Adama Majewskiego Zaczęło się w Tobruku10. Bocheński zginął pod Ankoną 18 lipca 1944 roku, w trakcie rozbrajania miny.
Na rozwój myśli politycznej można spoglądać z perspektywy dialogu pokoleń. Mackiewicz był przy naro­dzinach „Buntu Młodych” i „Polityki”. Jerzy Giedroyc wspomina, że poznał Adolfa Bocheńskiego właśnie dzięki Catowi11. Młodzi konserwatyści szanowali Cata za odwagę i niekonwencjonalność myślenia. Giedroyc wspominał, że podziwiał go za kampanię na rzecz mo­dernizacji armii, wymierzoną w bezczynność polityki sanacji12. Wielki admirator Piłsudskiego został ukarany przez jego następców uwięzieniem w Berezie. Bocheński okazał mu wyjątkową solidarność, udał się do Berezy, by zaprotestować przeciwko sankcjom dla redaktora „Słowa”. Publicyści „Buntu Młodych” podziwiali Cata, lecz nie brali pod uwagę dołączenia do wileńskiego „Słowa”. Dzięki talentom organizacyjnym Giedroycia zachowali niezależność, wydając własne periodyki. Po wojnie to Giedroyc dysponował własnym pismem i wydawnictwem i mógł zaprosić do współpracy wybitnego publicystę. Cat publikował w „Kulturze” pod własnym nazwiskiem, a gdy w latach 60. zdecydował się w kraju na krytykę władz, używał pseudonimu Gaston de Cerizay13.
Relacje Cat–Bocheński ulegały zmianie i prześledzenie tej ewolucji może być interesujące z punktu widzenia rozwoju polskiego konserwatyzmu. Z pewnością wpływ Cata był najsilniejszy w młodzieńczym okresie twórczości Bocheńskiego. Dla młodego publicysty Cat był współtwórcą szkoły polskiego konserwatyzmu, niemal tak znaczącym jak Michał Bobrzyński. W tekście Imperializm państwowy a imperializm nacjonalistyczny Bocheński zestawia nacjonalizm Dmowskiego z konserwatyzmem Cata i oczywiście jednoznacznie opowiada się za tym drugim14. Obu publicystów łączył wielki szacunek dla Piłsudskiego, wola odbudowy silnej wielonarodowej Rzeczypospolitej i przekonanie, że w dłuższej perspektywie jedynie osłabienie Rosji ochroni niepodległość i bezpieczeństwo Polski. Obaj byli także krytykami Konstytucji marcowej i domagali się głębokich reform ustrojowych wzmacniających władzę wykonawczą. Cat, jak wspomniałem, przyjął z entuzjazmem książkę Adolfa Bocheńskiego Ustrój a racja stanu. W 1928 roku po raz pierwszy odwiedził Bocheńskich w Ponikwie. Czytelnik znajdzie na kartach książki wspomnienie o tych odwiedzinach. W latach 30. wiele łączyło ich myślenie o polityce za­granicznej. Krytykowali sojusz z Francją i żywili prze­konanie, że Polska może skorzystać na zaostrzeniu an­tagonizmu niemiecko-sowieckiego. Bocheński nawet domagał się od Mackiewicza precyzyjnego wyklarowania tez geopolitycznych i jednoznacznej opcji na rzecz osłabienia Rosji15. W czasie wojny odnosili się krytycznie do polityki rządu emigracyjnego, zdającej się całkowicie na aliantów i rezygnującej z podmiotowości. Obaj byli krytykami polityki Sikorskiego i zawartego w 1941 roku układu Sikorski–Majski, który wprowadzał niepewność co do statusu Kresów Wschodnich.
Jednakże już przed wojną pojawiały się między nimi znaczące różnice. W okresie Brześcia Cat pozostał wierny polityce ­sanacji, Bocheński zaś reagował niezwykle krytycznie na policyjne i administracyjne metody walki z opozycją polityczną. Młody konserwatysta widział w polityce „brzeskiej” wyraz obcego kulturze Zachodu despotyzmu. Ten zdeklarowany państwowiec uważał, że działania pułkowników kłócą się z podstawami zachodniej kultury politycznej i w rezultacie osłabiają państwo polskie16. Odtąd szukał rozwiązań ustrojowych godzących siłę i sprawność państwa z wolnością polityczną. W liście do Mieczysława Pruszyńskiego napisał:
Najniebezpieczniejszą cechą młodego pokolenia, i to całego, tak endecji, jak i lewicy, jest wrogie ustosunkowanie się do A) kapitalizmu, B) wolności politycznej, czyli tej czy innej formy parlamentaryzmu. Jest to potężny prąd, który zagraża w ogóle podstawom cywilizacji w Polsce i w Europie. Za nasz obowiązek uważam stworzenie potężnego ruchu umysłów w przeciwnym kierunku.17
Druga poważna różnica dotyczyła stosunku do aspiracji niepodległościowych Ukrainy. Cat nie wierzył w istnienie pełnowymiarowego narodu ukraińskiego i w jego zdolności państwowe. Bocheński przeciwnie: twierdził, że dążenie Ukraińców do posiadania własnego państwa jest zbieżne z interesem Rzeczypospolitej, wobec czego oba narody powinny działać w tym samym kierunku. Wnikliwy opis tej kontrowersji znajdziemy właśnie w książce Cata.
Cat pracował nad książką o Bocheńskim w drugiej połowie lat 40. na emigracji w Londynie. W tym czasie w kraju spisane zostały wspomnienia nauczyciela Bocheńskiego, Romana Kamińskiego, i jego przyjaciela z okresu studiów w Paryżu, Romana Czartoryskiego18. Wolno przypuszczać, że Cat mógł skorzystać z tych wspomnień dzięki Aleksandrowi Bocheńskiemu, z którym utrzymywał kontakt19. Część pracy ukazała się w emigracyjnym piśmie „Lwów i Wilno” i później weszła w skład wydanego w kraju zbioru Kto mnie wołał, czego chciał20. Całość znajdowała się w archiwum Aleksandra Bocheńskiego i po blisko 60 latach została właśnie udostępniona czytelnikom.
Catowi zawdzięczamy kapitalny opis domu rodzinnego w Ponikwie i sugestywne ujęcie sylwetek rodziców, Marii i Adolfa Bocheńskich. Myślę, że czytelnicy zwrócą także uwagę na te fragmenty tekstu, które dotyczą studiów paryskich Adolfa. W tekście znaleźć można fantastyczny opis atmosfery panującej w „Sciences Po”, przedstawienie galerii jej wybitnych wykładowców i surową ocenę pacyfizmu, który zapowiadał upadek Francji w 1940 roku. W książkach Cata wybitne jednostki zawsze ukazywane są w szerokim kontekście społecznym i politycznym. Ziemiaństwo, środowisko społeczne Bocheńskiego, opisane jest z mieszaniną sympatii i krytyki. Cat nie kryje, że odrzucenie reguł nowoczesnej ekonomii skazywało tę warstwę na nieuchronny regres. W ogóle jest to książka krytycznie odnosząca się do II Rzeczypospolitej. Dziś, gdy prawica ma tendencje do idealizowania narodu i przeszłości, może to zaskakiwać, ale w tamtym czasie to myśl prawicowa w wersji konserwatywnej i endeckiej ostro piętnowała narodowe wady i społeczne zapóźnienie Polski. Zgodnie z tą tradycją Cat uprawiał pisarstwo krytyczne. Polecam szczególnie te fragmenty książki, które dotyczą negatywnej roli warstwy urzędniczej, odpowiedzialnej za etatyzację Polski.
Cat w pierwszym akapicie książki nazywa Bocheńskiego człowiekiem genialnym i ubolewa nad tym, że wpływ ludzi tak utalentowanych na politykę polską był niewielki. Chciał, żeby książka odpowiedziała na pytanie o negatywną selekcję ludzi w Polsce. Co zdecydowało o marginalizacji Adolfa Bocheńskiego: emocjonalność wroga logicznym argumentom w polityce, zmowa miernot czy może same właściwości jego myśli? Ten ostatni czynnik nie może tłumaczyć marginalizacji Bocheńskiego. Autor Między Niemcami a Rosją w połowie lat 30. wyrażał przekonanie, że idee konserwatywne mogą odzyskać znaczenie pod warunkiem zerwania z egoizmem społecznym starszego pokolenia zachowawców. W tekś­cie Konserwatyzm polski. Czym był, czym jest i czym być powinien szukał dla niego szerszej bazy społecznej i nowych form organizacyjnych21. W czasie wojny poglądy Bocheńskiego jeszcze się wyostrzyły. Formułował surową ocenę stosunków społecznych w Polsce i krytykował brak możliwości równego startu życiowego, który skazuje wiele wybitnych jednostek z ludu na zmarnowanie ­swoich talentów. W jednym z artykułów pisał: „kwestia ­przedziału istniejącego między poszczególnymi klasami w Polsce, ściślej biorąc między inteligencją a ludem, odróżnia Polskę od innych krajów i stanowi źródło sądów o naszym kraju jako twierdzy reakcji”22.
Cat nie zdołał dokończyć książki i nie udzielił wyczerpującej odpowiedzi na postawione przez siebie pytania. Z pewnością z największym zainteresowaniem przeczytalibyśmy jego rozważania o tezach geopolitycznych Bocheńskiego w świetle upadku Rzeczypospolitej, przebiegu drugiej wojny światowej i instalacji komuniz­mu w Polsce. Jednak uczucie niedosytu wynagrodzi nam porcja znakomitej literatury, ukazującej kształtowanie się jednego z największych talentów polskiej publicystyki politycznej.
1 A. Bocheński, A.M. Bocheński, Tendencje samobójcze narodu polskiego, Lwów 1925.
2 A.M. Bocheński, Ustrój a racja stanu, Lwów–Warszawa 1928.
3 Zespół „Polityki”, Polska idea imperialna, Warszawa 1938.
4 J. Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, Warszawa 1994, s. 66–67.
5 Tamże, s. 91.
6 A.M. Bocheński, O decentralizację kulturalną, w: tegoż, Imperializm państwowy, Kraków 2014.
7 Tenże, Między Niemcami a Rosją, Kraków 2009.
8 Jan Paweł II, List do artystów, Watykan 1999, http://www.opoka.org. pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/listy/do_artystow_04041999.html (dostęp: 29 listopada 2016).
9 J. Czapski, Ppor. Adolf Bocheński, w: A.M. Bocheński, Artykuły zebrane, Włochy 1944; J. Meysztowicz, Saga Brygady Podhalańskiej, Warszawa 1987; A. Tarnowski, Śp. Por. Adolf Bocheński, kawaler maltański, „Ułan Karpacki”, styczeń–czerwiec 1945, nr 64.
10 A. Majewski, Zaczęło się w Tobruku, Lublin 1974.
11 „Środowisko »Buntu Młodych« skleiło się z grup skupionych wokół rozmaitych pism. W Krakowie wychodziło pismo, gdzie pisywali ­Pruszyńscy i Łubieński, którzy przyszli do nas. Doszli Bocheńscy. Kontakty zawierały się w świecie akademickim, głównie przez Mieczysława Pruszyńskiego i przez Konstantego Łubieńskiego, których znałem już przedtem z gruntu towarzyskiego. Przez Mieczysława Pruszyńskiego poznałem jego brata, Ksawerego. Bocheńskich poznałem przez Pruszyńskich, ale Adzia – głównie przez Stanisława Cata-Mackiewicza, którego poznałem w Sejmie. Cat wtedy adiutantował ­Sławkowi i był członkiem Komisji Konstytucyjnej. Mieliśmy przyjazne stosunki, a poza tym było kilka osób z jego redakcji, takich jak Wyszomirski i Charkiewicz, które mnie interesowały” – J. Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, Warszawa1994, s. 64–65.
12 Tamże, s. 147.
13 S. Mackiewicz, Kraj i Berg, „Kultura” 1954, nr 7/91–8/82, s. 93–98; tenże, Un travail raté, „Kultura” 1955, nr 11/97, s. 86–118; tenże, Prof. Wł. Jaworski, St. Car i… de Gaulle, „Kultura” 1961, nr 9/167, s. 49–55; tenże, Poprawki, „Kultura” 1963, nr 3/185, s. 143–148; tenże, Egzegeza „Piłsudskiego” Lechonia, „Kultura” 1963, nr 7/189–8/190, s. 198–203; tenże, Zapiski z kraju niewoli, „Kultura” 1966, nr 3/221, s. 13–18; tenże, Stulecie urodzin Władysława Studnickiego, „Zeszyty Historyczne” 1966, nr 9, s. 188–196.
14 A.M. Bocheński, Imperializm państwowy a imperializm nacjonalistyczny, „Myśl Mocarstwowa” 1928, nr 1.
15 Trzy lata przed wybuchem wojny w wileńskim „Słowie” ukazał się tekst, w którym Bocheński zestawia jakość i wpływy publicystyki Dmowskiego i Mackiewicza. Ceniąc Mackiewicza za erudycję i styl operujący paradoksem, przyznawał, że to Dmowski górował jednoznacznością sądów i wyciąganiem wszystkich konsekwencji ze swoich tez. Wedle Bocheńskiego publicystyka Mackiewicza była skrępowana przez chęć oddziaływania na czynniki rządzące, nie zaś na opinię publiczną. Bocheński nie ukrywał, że liczył na wyklarowanie tez geopolitycznych. Zob. A.M. Bocheński, Roman Dmowski i Stanisław Mackiewicz, „Słowo”, nr 25 z 26 stycznia 1936.
16 Tenże, Rusyfikacja Polski współczesnej, „Problemy”, nr 1 z 15 grudnia 1934.
17 List A.M. Bocheńskiego do M. Pruszyńskiego z 17 września 1933 (w posiadaniu autora).
18 R. Kamiński, Odpowiedź na kwestionariusz do biografii Adolfa Bocheńskiego, Łódź 1948 (maszynopis w posiadaniu autora); R.W. Czartoryski, Krótkie wspomnienie o Adolfie Bocheńskim z Paryża 1928–1930, Nowy Sącz 1948 (maszynopis w posiadaniu autora).
19 Wspomina o tym Krzysztof Tarka w tekście Stanisław Mackiewicz: lata emigracji (1939–1956), w: Stanisław Mackiewicz.Pisarz polityczny, red. R. Habielski, K. Kamińska-Chełminiak, Warszawa 2015, s. 132.
20 S. Cat-Mackiewicz, Wunderkind, w: tegoż, Kto mnie wołał, czego chciał, Warszawa 1972.
21 „Jeżeli więc obóz prawicowo-imperialistyczny jest w Polsce potrzebny, to należy wątpić, czy może być odbudowany w związku ze skorumpowaną bezideowością firmą starego konserwatyzmu. Wytworzy się on samorzutnie na podstawie sojuszu pewnej ilości elementu ziemiańskiego, umiejącego podporządkować, kiedy trzeba, interes klasowy interesowi narodowemu, z przeważającą masą inteligencji polskiej. Jeżeliby takie ugrupowanie nazywało się konserwatyzmem, to wtedy należałoby powiedzieć, że konserwatyzm powinien istnieć w Polsce” – A.M. Bocheński, Konserwatyzm polski. Czym był, czym jest i czym być powinien, „Pax” 1938, nr 2.
22 Tenże, Khanaquin i Coetquidan, „Orzeł Biały” z 24 października 1943.
Adolf Bocheński w stroju
kawalera maltańskiego, 1938.
Stanisław Cat-Mackiewicz

Wunderkind

Rzecz o Adolfie Bocheńskim

Anno Domini 1944

Dnia 18 lipca 1944 roku poległ we Włoszech Adolf Bocheński w sposób bohaterski.
Wśród ulubionych przez niego wierszy był i ten Norwidowski:
Gdy życia koniec szepce do początku:„Nie stargam Cię ja – nie! – Ja… u-wydatnię!…”

Dlaczego tak się stało

Sądzę, że przestudiowanie życia i działalności Adolfa Bocheńskiego wniesie dużo do zrozumienia dziejów Polski pomiędzy dwoma wojnami. Właśnie w takim porządku, w jakim to piszę: „życia i działalności”. Bo jednym z centralnych problemów Polski, którą znałem, był problem personalny, była selekcja ludzi, a ściślej: źle działający system selekcji materiału ludzkiego dobieranego do kie­rowania narodem. Adolf Bocheński był człowiekiem ­niewątpliwie genialnym. Wpływ jego na ludzi w Polsce ograniczał się do stosunkowo bardzo małego koła osób, wpływ na wypadki, na politykę polską – był żaden. Chcielibyśmy zawołać: gdyby selekcja ludzi działała w Polsce tak, jak działać powinna, ten młody człowiek winien był być naszym ministrem spraw zagranicznych, a nie ginąć jako podporucznik pod Ankoną. W tym studium będziemy się starali rozwikłać splot różnych okoliczności, które sprawiły, że było tak, jak było, będziemy się starali wyjaśnić, dlaczego było tak, jak było. Kto za to winę ponosi? – Czy Polska, czy nasza polityczna kobieca emocjonalność, nieznosząca logicznego rozumowania, które reprezentował Bocheński w swojej publicystyce? Czy tajemnice tych labiryntów, tych kretowisk, którymi ludzie ryli się u nas do władzy, dochodzili do kierującego centrum, dociskali się do głównego koryta? Czy przeciwnie – winne były nie warunki, a sam człowiek, czy może sam Bocheński miał w swoim charakterze, swoim rodzaju inteligencji jakieś cechy, które uniemożliwiały mu odegranie większej roli? A może wreszcie środowisko, do którego należał, teorie, które głosił, były tego rodzaju, że odpychała je Polska?
Wszystko to jest bardzo dramatyczne. Przedmiotem naszej analizy będą: zryw państwa i narodu do niepod­ległego bytu, który załamuje się w jakiejś nieudolności, a po części w tych labiryntach podziemnych i kretowiskach, o których mówiłem. Ambicje człowieka genialnego, chcącego służyć swemu krajowi, a którego charakter zjadany jest niemożnością wykonywania czynów politycznych. W jakiejś powieści fantastyczno-kryminalnej czytałem opis człowieka, który będąc przejazdem w obcym mieście, miał tam straszną przygodę. Został opojony belladonną, stąd widział i rozumiał, co się naokoło niego dzieje, ale ruchy miał sparaliżowane, nie mógł ani się ruszyć, ani krzyknąć. I oto leżał w pokoju, gdzie jakieś okropne wiedźmy podpalaczki zaczęły podpalać dom. Podobne przeżycia miał Bocheński, obserwując naszą politykę przedwojenną, której wstrzymać, zahamować, odwrócić nie był w stanie. Ten dramat zrywu do czynu z poczuciem plugawej impotencji, przeciągając się latami, wyłamywał i wydziwiał mu charakter, sposób zachowania się, nawet poglądy. Wreszcie wszystko: bohaterskie sny dzieciństwa, sentymenty, wszystkie piękne uczucia plus beznadziejność wyżyły się w monotoniach życia w plutonie i dreszczach boju, i w tym frazesie ­smutnym, wiele razy wypowiadanym przed śmiercią: „Uczciwy człowiek nie powinien przeżyć tej wojny”.

Ponikwa

Bocheński urodził się 13 kwietnia 1909 roku w Ponikwie, majątku jego matki.
Moja znajoma, właścicielka wielkiego majątku ziemskiego w Australii, opowiadała mi o sposobie gospo­darowania w dobrach ziemskich w tym kraju. Czytelnik zobaczy zaraz, że wyrazów „wielki majątek ziemski w Australii” i „dobra ziemskie w Australii” używam tylko przez ironię. Na tysiąc hektarów takich dóbr australijskich wypada zaledwie dwóch robotników rolnych, ale za to bardzo wyspecjalizowanych. Każdy z takich majątków wytwarza tylko jeden towar, na przykład strzyże barany albo produkuje ogórki, albo jaja. Ten majątek, który, dajmy na to, produkuje ogórki, już jaja na śniadanie, żywność i wszystko inne kupuje w sklepie, przy tym w tym kraju, o którym mi opowiadano, centralą dys­trybucji jest tylko Sydney i w ten sposób, mieszkając o 300 km od Sydney, pija się co dzień mleko sterylizowane poprzedniego dnia w Sydney. Taki majątek produkujący jeden tylko towar niczym się oczywiście od fabryki nie różni. Nie ma w nim tej pełni życia wiejskiego, którą sprawia różnorodność naszych gospodarstw.
Pomiędzy taką wiejską fabryką a „majątkiem” w naszym staroświeckim pojęciu zachodzi oczywiście różnica zasadnicza. Mówiło się u nas przed wojną tak dużo o gospodarce rolnej większej własności, o gospodarczych zadaniach, obowiązkach, projektach, trudnościach itd., itd. Zajmował się taką publicystyką gospodarczo-rolną także starszy brat Adolfa Bocheńskiego, Aleksander, którego tak często wspominać będziemy na stronicach tej książki.
O ile wiem, wydajność z hektara w Poznańskiem zajmowała bodajże pierwsze miejsce w Europie. Dziś cała ta gospodarcza dyskusja związana z większą własnością nie ma już żadnego znaczenia, należy do przeszłości. Są to już czasy tak szybko oddalające się od nas, że choć je wszyscy jeszcze pamiętamy, prędko już będą tak odległe jak ten Długosz, którego teraz studiuję i do którego epo­ki zaraz nawiążę. Otóż za czasów Długosza probostwa i inne beneficja kościelne miały także wielkie gospodarcze znaczenie. Przydzielano je dziesiątkami wybrańcom losu, odbierano jednym, nadawano innym, sumowano ich dochody w jakiejś jednej grubej kabzie. Gorzej, oto studiując czasy Długosza, stwierdzam z przykrością, że klątwy kościelne rzucane były przez biskupów przeważnie z powodów gospodarczych. Tak na przykład Długosz w swej kronice z roku 1381 zapisuje, że Wrocław zabronił przywozić piwa do miasta, ponieważ wszyscy mieli pić piwo miejskie. Ale dziekan wrocławski przywiózł kilka beczek piwa od księcia Henryka legnickie­go1. Rajcy miejscy kazali piwo dziekanowi zabrać. Biskup lubuski, który wobec osierocenia biskupstwa wrocławskiego sprawował rządy w tej diecezji, ujął się za dziekanem i rzucił klątwę na miasto. Król Wacław czeski stanął po stronie rajców miejskich i Długosz pisze:
Trwało takie wydzierstwo przez czas długi, a król Wacław ze swymi Czechami spożywali samowolnie dochody kościołów i klasztorów, łupili folwarki i spichrze zapaśne, i dziedzictwem Jezusa Chrystusa, dostatkiem czci Bożej poświęconym, karmili swoje łakomstwo, wyprawiali świetne biesiady, ucztowali i brodzili w marnotrawnych zbytkach…2
Dużo takich przykładów znalazłby dialektyk marksistowski w życiu kościołów i diecezji za czasów średniowiecza. Czy to jednak ma znaczyć, że probostwo w średniowieczu spełniało funkcje gospodarcze i żadnej innej?
Czy przez to chcę powiedzieć, że większa własność ziemska w Polsce nie była warsztatem gospodarczym, ale jakimś Kościołem?
Nie! – Nie mam bynajmniej zamiaru ośmieszać się jakąkolwiek jednostronnością ujęcia, które są tak miłe i tak wygodne we wszelkiego rodzaju polemikach, ale tak utrudniają zrozumienie jakiegokolwiek stanu faktycznego. Chcę tylko powiedzieć, że pomiędzy taką postępową czy barbarzyńską fabryką rolną, jakie istnieją w Australii, a naszym majątkiem ziemskim istnieje, a raczej istniała, różnica zasadnicza. Tam, w Australii, chodzi naprawdę wyłącznie o sprawy gospodarcze. U nas było to o wiele bardziej skomplikowane. Oto jest wieczór, grobla, tam jest młyn, tam krowy wracają z pastwiska do obory, tam pasą się już konie, które będą paść się na łące przez całą noc. Tu są stawy rybne, tam pasieka, tam gniazdo bocianie. Dalej widać las, a tutaj się zaczyna aleja z topoli zasadzona jeszcze za czasów Sobieskiego, a oto wzdłuż ogrodu są kasztany, a kasztany sadzono u nas za Stanisława Augusta, bo ten król kochał te drzewa. Tu już nie chodzi o to, że życie takiego majątku, poszczególne jego motywy albo są związane z historią, albo przez długie lata były wysentymentalniane przez literaturę. Nawet nie o to, że te wszystkie czynności gospodarcze, od tych kaczek pływających po stawie do koszenia siana, stworzyły przez wieki jakąś harmonię życiową, jakąś potrzebę istnienia jednego obok drugiego; tu chodzi o to, że majątek posiadał swój mit, swoje bóstwo wstydliwe, które wyrażało się w pojęciu: majątek rodzinny.
Było to bóstwo bardzo wstydliwe. Jeśli się ogląda ster­ty prasy wydawanej przez większą własność ziemską, sterty różnych tygodników i miesięczników wydawanych przez różne towarzystwa rolnicze, służące większej własności ziemskiej, to nigdzie się tego pojęcia „majątek rodzinny” nie znajdzie. Kiedy w roku 1931 – o ile się nie mylę – w komisji prawnej sejmu referowano wyrzucenie z tomu X praw cywilnych, który jeszcze na ziemiach naszych obowiązywał3, podziału własności na własność rodzinną i własność nabytą, to, będąc członkiem tej komisji, zachowałem się tak, jak zachował się w Izbie Gmin Churchill, kiedy Chamberlain zdawał sprawę z Monachium4. Churchill wtedy wstał, chciał coś powiedzieć, spojrzał na Izbę, zrozumiał, że znikąd nie będzie miał poparcia, i siadł z powrotem. A jednak twierdzę, że pojęcie „mająt­ku rodzinnego” było w Polsce przedwrześniowej o wiele silniejsze niż może gdziekolwiek indziej. Było tylko całkiem wstydliwie zatajone. Nie wypowiadało się go właściwie nigdy i nigdzie. Dawniej, przed pierwszą wojną światową, taka Maria Rodziewiczówna pisała tuzinami powieści o obronie majątków na wsi. To broni tego majątku jakaś szorstka panna, do której zaleca się delikatny fircyk, którego ona nawraca do pracy, to znów szorstki i schłopiały młodzian broniący majątku przyciąga ku sobie rozpieszczoną pannę. Ale Rodziewiczówna, broniąca swoich drzew, chociaż niewątpliwie działa podświadomie pod ukrytym wpływem majątku rodzinnego, przecież sama przekonana jest, że broni ideałów całkowicie innych. Szept: „majątek rodzinny” ma w sobie coś mogilnego, trumiennego, w każdym razie konserwatywnego, a Rodziewiczówna to przecież we własnym swoim przekonaniu najczerwieńsza radykałka, postępówka. Jej się zdaje, że broni tylko rzeczy tak postępowej jak praca, która jest przeciwstawieniem próżniactwa arystokracji, oraz służy obronie majątku polskiego przed przejściem w ręce rosyjskie, a więc ideałowi posiadania narodowego. A inni pisarze XIX i XX wieku? – Nawet najbardziej konserwatywni z nich rzadko dopuszczają pojęcie „majątku rodzinnego” jako celu samego w sobie. Zwykle pokrywają go, jak bluszczem, innymi ideałami: społeczeństwo, narodowy stan posiadania. Rozkochanie się w życiu wiejskim, w polowaniach – a, pomimo istnienia Turgieniewa i Lwa Tołstoja, mamy w Polsce najpiękniejszą na całym świecie literaturę myśliwską – także służy raczej do zamaskowania mitu majątku rodzinnego aniżeli do przyznania się, że się uznaje ten mit jako obowiązującą kategorię moralną.
Ale to, że moralnego obowiązku bronienia majątku rodzinnego nikt u nas nie bronił, nawet w XIX wieku, i nikt właściwie jasno nie formułował, nie oznacza wcale, aby to pojęcie moralne nie było u nas ugruntowane. Moralność społeczna ma takie swoje wody podziemne, które niby to nie są obowiązujące, które niby to są nawet potępiane. Największy konserwatysta wśród naszych pisarzy, Sienkiewicz, wstydzi się i boi otwarcie przyznać, że kult majątku rodzinnego uznaje za słuszny, i oto najbardziej rewolucyjny i postępowy z naszych pisarzy za przedniepodległościowych czasów, Stefan Żeromski, nie tylko rozumie kult majątku rodzinnego, ale też go nigdy wyraźnie nie potępia. Przeciwnie…
I w innych społeczeństwach są także takie wody podziemne moralności społecznej. Oto znienawidzeni przeze mnie Anglicy są w głębi duszy najzawziętszymi rasistami. Rasizm mają głęboko we krwi – oczywiście nie mówię tu o rasizmie antyżydowskim, lecz o rasizmie wobec ludów kolorowych. A jednak żaden Anglik do tego rasizmu nigdy się nie przyzna i każdy Anglik zawsze oficjalnie go potępi.
A przecież bywały wypadki przegrania majątku rodzinnego w karty w tejże Polsce i to dość często – powie ktoś. Oczywiście, że bywały. Wszystko się zdarzało. Na­wet żony ludzie w karty przegrywali, nie tylko majątki. W domu, który stał na jednym miejscu przez kilkadziesiąt lat – już nie mówiąc o takich domach, które stały na jednym miejscu przez kilkaset lat – i był wciąż zamieszkany przez jedną rodzinę, kryją się po kątach zwykle najrozmaitsze wspomnienia i na tym polega jego patos. Śmierci, katafalki, połogi, pierwsze naiwne uściśnięcia rączki jakiejś dziewczyny-dziecka i obrzydliwe zboczenia seksualne, szaleństwa rozrzutności, marnotrawstwa i sadystyczne skąpstwa. Zbrodnie. Ileż się w ciągu pokoleń popełnia zbrodni karalnych przez kodeksy prawne, nie mówiąc już o zbrodniach niekaralnych.
Sądzę więc, że sprzedaże, przegrywanie w karty majątków rodzinnych w Polsce nie obalają mniemania, że żyły u nas bóstwa, które chroniły kult i szerzyły poczucie obowiązku obrony majątków rodzinnych. Były to, jak już powiedziałem wiele razy, bóstwa wstydliwe i sądzę, że mieszkały po drzewach, jak gatunek jakichś wymierających wiewiórek lub jak sowy. Przynajmniej kiedy się wyszło późnym wieczorem lub w nocy z domu na wsi i podeszło do ciemnych drzew, to niezależnie od tego, czy były one milczące, czy szeleściły, czy spadały z nich liście jak jesienią, czy tylko pachniały jak wiosną – zawsze czuło się w nich obecność jakiegoś bóstwa.
A naokoło pałacu w Ponikwie był piękny park i piękne drzewa.
Przypisy
1 Piwo wiezione było nie od, ale do Henryka, dziekana wrocławskiego, w darze od jego brata, księcia legnickiego Ruprechta.
2 Por. Jana Długosza Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, t. 6, ks. 10, 1370–1405, kom. red. S. Gawęda i in., Warszawa 1981, s. 112.
3 Tom X (cz. I) Zwodu praw cesarstwa rosyjskiego, zawierający prawo cywilne, obowiązywał w Polsce w okresie międzywojennym na Kresach.
4 Chodzi o układ zawarty 30 września 1938 w Monachium przez szefów rządów Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Francji, upoważniający Niemcy do aneksji części Czechosłowacji.

Wunderkind

Adolf Bocheński, urodzony w 1909 roku, był najmłodszym z czworga rodzeństwa. Najstarszym bratem był Franciszek, obecnie dominikanin i profesor filozofii Uniwersytetu Papieskiego1, urodzony w roku 1902, potem Aleksander, obecny poseł na sejm, wybrany podczas wyborów w styczniu 1947 roku, urodzony w roku 1904, potem siostra Olga, urodzona w roku 1905. W domu nazywano dzieci: Runio, Olo, Olusia, a najmłodszego – Adzio.
Adzio był typowym „wunderkindem”, czyli dzieckiem o inteligencji rozwiniętej ponadnormalnie, dzieckiem o inteligencji dorosłego człowieka. Nie raziło to ­jednak w tej rodzinie, w której wszystkie dzieci były ponadprzeciętnie umysłowo rozwinięte.
Nasz najstarszy brat, Runio, był o siedem lat starszy od Adzia, ja o pięć, nasza siostra, Olga, o cztery – pisze Aleksander Bocheński w swych niedrukowanych wspomnieniach. – Ponieważ właściwe życie rodzinne trwało tylko do wybuchu pierwszej wojny światowej, Adzio nie brał w nim udziału. Było ono niesłychanie bujne. Przeżywaliśmy fazy zainteresowań, w których dochodziliśmy do ostatnich granic zapamiętania. Była faza religijna, kiedy każdy mebel był zamieniony w kap­licę i ozdobiony krzyżami. Faza techniki (tę przeżywał Runio sam), w której wynalazł telegraf bez drutu czy telefon bez drutu i zmontował mnóstwo aparatów; faza handlu i faza bankowości, kiedy krzemienie były monetą, prowadzona była księgowość. Wreszcie faza wojenna, gdy Runio miał już dziesięć lat, kiedy mieliśmy regulaminy strzeleckie i żołnierze kartonowi i ołowiani leżeli ogromnymi kupami w dziesiątkach i setkach. Była też faza prawnicza, pamiętam nawet jej okres – było to podczas pobytu naszego w Brodach, a więc w 1916 roku. Runio pisał wtedy „Kodeks praw Mamu­si”, aby ująć wreszcie w reguły stałe i znane wszystkim to, co jest zakazane i nakazane dzieciom. Wreszcie ­polityka, sejmik. Przewracało się do góry podwójną ­ławeczkę kwadratową, przykrywało jakąś popielatą ­firanką i odbywało się narady. Runio reprezentował rząd, a nas troje, pod moim przywództwem, opozycję (…).
Runio był poetą, gdy miał lat dziesięć. Ja pisywałem wiersze całą młodość. Poemat Runia, pisany trzynasto­zgłoskowcem, opiewał wojnę światową, został napisany w dwa miesiące po jej wybuchu, pamiętam, jak przepi­sywałem go i uczyłem się na pamięć, by zachować, na wypadek gdyby egzemplarze przepisywane przepadły. W roku 1912 pisaliśmy pisemko pt. „Głos Domu”, wypełnione całkowicie przez Runia. Potem kilka razy ja znowu wydawałem pisemka domowe. Nasza siostra wierszy nie pisywała, ale władała bardzo ładną poetyczną prozą. Runio, mając lat dwanaście, napisał komedyjkę wierszem. Ostatnie jej wersety brzmiały:
Profesor: O tempora! O mores!Uczeń: O głupie profesores.2
Już z tych kilku zdań Aleksandra Bocheńskiego widzimy, że rodzeństwo Adzia było inteligentne, pełne inicjatywy, myślowo niezależne, zawadiackie…
Tutaj dygresja wspominkowa. Korepetytorem Runia Bocheńskiego był niejaki Ludwik Stolarzewicz, który potem zyskał w Polsce tragikomiczną sławę. Oto kiedy powstała w Polsce, powołana przez premiera Janusza Jędrzejewicza, Akademia Literatury3 i zaczęła rozdawać swoje złote i srebrne wawrzyny, to ludzi zaczęła krew zalewać ze złości. Każda seria tych wawrzynów wściekała wprost publiczność, ponieważ uważano, iż rozdawane są tak głupio.
Nieszczęsny Ludwik Stolarzewicz także za coś dostał taki srebrny wawrzyn, wobec czego mój współpracownik w „Słowie”, doktor Charkiewicz, mający zawsze gust do donosików w imię czystości życia publicznego, wynalazł, że ten Stolarzewicz ukradł czy nie oddał, czy przywłaszczył sobie jakieś książki z jednej z bibliotek wileńskich. Wszyscy zaryczeli z radości z powodu tej informacji. Oto komu Akademia nadaje swoje obrzydliwe wawrzyny! A krakowski „Ikac”4 zamieścił zgrabny wierszyk:
Od rzemyczka do sandału,Od książeczki do foliału,Kradnąc wciąż, mój synu,Wnet dokradniesz się wawrzynu.
Stolarzewicz także z Ponikwy pozabierał jakieś książki i dokumenty. Musiał więc być maniakiem-zbieraczem książek, jacy dość często się zdarzają. Ale chłopców Bo­cheń­skich uczył patriotycznych piosenek i Adzio oburzał się na nagonkę na niego, uważając, że jest nieszlachetna.
Adzio był „wunderkindem” zgoła wyjątkowym. Ma­jąc lat pięć, uczy się czytać jak wszystkie dzieci, ale uczy się czytać na dziele prof. Mariana Kukiela Dzieje oręża polskiego w dobie napoleońskiej5 i prędko umie tę książkę prawie na pamięć. Rozprawia z rodzicami o przebiegach różnych bitew, sypie nazwiskami oficerów, żyje wprost epoką Napoleona. W bibliotece w Ponikwie była jeszcze za czasów wojny książka z nadpisem ręką Adzia: „Kupiłem tę książkę u Tuleji 15 września 1922 za 5 franków szwajcarskich”. Tuleja był to antykwariusz we Lwowie, książką kupioną przez trzynastoletniego wówczas Adzia był Clausewitz, słynny teoretyk strategii i sztuki wojennej6. Ale jest jeszcze wcześniejsze wspomnienie o Adziu, jako o dziecku czteroletnim. Raz w nocy matka zobaczyła, że nie śpi i klęczy w swoim łóżeczku:
– Co ty robisz? – zapytała.
– Modlę się za księcia Józefa – odpowiedział Adzio.
Czyż w tej anegdocie o czteroletnim dziecku nie ma już czegoś podobnego do śmierci pod Ankoną? Adolf Bocheński zginął, ponieważ ranny i niewyleczony rozbrajał miny z taką pogardą śmierci, że wreszcie musiał zginąć. I czy znów nie przyjdzie nam do głowy Norwid:
Gdy życia koniec szepce do początku…
Wunderkindowstwo, jak każda rzecz niezwyczajna, ludziom albo imponuje, albo ich śmieszy i drażni.
Korepetytorem Adzia był p. Roman Kamiński, od którego otrzymałem szereg cennych dla biografa wiadomości. Lekcje z Adziem rozpoczął w 1922 roku, kiedy ten miał lat trzynaście.
Nie znając systemu nauki Adzia – pisze o swym uczniu – wyznaczyłem mu tygodniowy rozkład zajęć przewidujący dziennie od dwóch do pięciu godzin pracy ze mną oraz pewną ilość godzin nauki samodzielnej. Obliczenia te okazały się niemożliwe do urzeczywistnienia. W tym czasie Adzio studiował wojnę rosyjsko-japońską i kiedy przyszedłem do niego po raz pierwszy, mój uczeń leżał na kocu na ziemi z rozłożonymi przed sobą mapami i kreślił szkice różnych faz operacji pod Laojanem [Liaoyangiem]. Okrągłym ruchem wskazał mi głęboki fotel i gazety, i książki na stole rozłożone, sam jednak nie odrywał się od swojej lektury. Udzielił mi chętnie wyjaśnień co do zasad strategii, która go wówczas pasjonowała, ale nie chciał się zajmować bieżącą nauką szkolną. (…)
Miał się uczyć w domu, ale zdawać egzaminy w szkole. Istotnie, na trzy miesiące przed egzaminami zabierał się do szkolnej pracy i zdawał egzaminy z odznaczeniem, przy tym wykładowcy z historii zabiegali u wykładowców matematyki, fizyki i przyrody o podwyższenie stopni, aby świadectwo lepiej wyglądało.
Nauczyciele historii byli Adziem zachwyceni. Przy­słu­chiwałem się tym egzaminom z historii. Od pierwszego pytania Adzio opanowywał sytuację, sam zamieniał się w wykładowcę, perorował, wypowiadał teorie, polemizował sam z sobą, sypał analogiami z innych epok dziejowych, a wykładowca, zdziwiony, nie przerywał mu, lecz słuchał z zainteresowaniem.
W połowie roku 1924 matka Adzia w „ostrej formie” oświadczyła p. Kamińskiemu, że Adzio się nie uczy, a to, że zdaje z dobrymi wynikami, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ w gimnazjum w Brodach są dla niego wzglę­dni. Było to bardzo niesprawiedliwe i p. Kamiński idzie do swego ucznia z pytaniem, co teraz robić. Adzio zdecy­do­­wał: „Wobec tego będę zdawał we Lwowie”. Rodzice wybrali mu IV Gimnazjum Klasyczne, które uważane było za najbardziej surowe. W czasie egzaminów Adzio wyszedł z sali konferencyjnej trochę podniecony: „Bardzo nieprzyjemna historia, ma być egzamin z geografii, której nie przygotowywaliśmy”. W ciągu godziny przeglądali podręcznik Geografia Polski Pawłowskiego7. Egzamin trwał niewiele krócej, Adzio zdał go z postępem „dobry”.
Był to egzamin z klasy piątej. Z klasy szóstej Adzio znów zdawał w Brodach, ponieważ wynik egzaminu lwowskiego niczym nie różnił się od poprzednich.
Rodzice Adzia wymogli jednak, aby zaczął uczęszczać do klasy siódmej, uważając, że potrzebny jest mu kontakt z rówieśnikami itd. Był to pomysł nieudany. Adzio, jako uczeń w klasie, był krnąbrny, niezdyscyplinowany, nudził się na lekcjach, zadawał impertynenckie pytania. Cenzura8 była o wiele gorsza od stopni uzyskiwanych na egzaminach, Adzio uznał, że sprawdza się jego zdanie, że na naukę w szkole szkoda czasu i po prostu przestał chodzić do gimnazjum.
Rodzice ustąpili.
Jesienią 1927 roku Adzio zdał maturę.