107 osób interesuje się tą książką

Opis

Nina ma wiele szczęścia i robi w życiu to, co naprawdę kocha. Zamiłowanie do piękna i harmonii, wrodzony talent organizacyjny oraz dyplom z zarządzania pozwalają jej unikać monotonii i nudy. Kobieta prowadzi własną firmę, organizując przyjęcia weselne, jednak obowiązki i pośpiech potwierdzają pewną zasadę – szewc bez butów chodzi. Zapracowana Nina nie ma nawet głowy do tego, by zaplanować swój własny ślub!
Na szczęście u jej boku trwa wierny narzeczony. Nina marzy o tym, by przeżyć z ukochanym ten jeden wyjątkowy dzień, lecz codzienność skutecznie odciąga ją od snucia planów o delikatnej, koronkowej sukience czy małym przyjęciu w bajecznie przystrojonym ogrodzie. Choć są z Mateuszem zgodni, że nie należy specjalnie się spieszyć, komuś zabraknie wreszcie cierpliwości…
Czy prawdą jest, że jeśli człowiek kocha, to zawsze poczeka?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 280

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 24 min

Lektor: Weronika Nockowska

Popularność


Copyright © Natalia Sońska-Serafin, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel, Aleksandra Wolska

Redakcja: Marta Buczek

Korekta: Paulina Jeske-Choińska

Projekt layoutu i skład: Teodor Jeske-Choiński

Elementy kwiatowe layoutu: pikisuperstar / Freepik

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcie na okładce: © Ola Foryś / Wild Rocks

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-41-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Budzik jak zwykle zadzwonił zbyt wcześnie. Zaspana Nina rzuciła okiem na zegarek, mruknęła niezadowolona i przeciągnęła się powoli, myśląc o tym, jak wydostać się spod miękkiej pościeli w kwiatki. Pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem – Nina chwyciła małą poduszkę leżącą obok jej głowy i rozżalona przykryła nią twarz.

– Sama jesteś sobie szefem, a marudzisz tak samo każdego ranka. Możesz chyba raz się spóźnić, nikt cię za to nie zwolni, to twoja firma… – usłyszała zaspany głos Mateusza, który obrócił się właśnie na drugi bok.

– Jeśli chcę, żeby pracownicy mnie szanowali, muszę im dawać dobry przykład… – odparła ponuro.

– Więc nie jęcz, tylko wstań i daj spać tym, którzy mają wolny dzień – odgryzł się Mateusz, chowając głowę pod kołdrę.

Nina, nie zastanawiając się długo, przyłożyła mu poduszką i podjęła kolejną próbę zwalczenia siły przyciągania wygodnego łóżka. Tym razem jednak silniejszy od grawitacji okazał się jej narzeczony, który – rozbudzony wątpliwą poduszkową pieszczotą – szybkim ruchem z powrotem położył ją na łóżku i zaczął łaskotać bez litości. Nina śmiała się szaleńczo, próbując wyswobodzić się z jego objęć, ale Mateusz był silniejszy i zdecydowanie bardziej zdeterminowany. Przestał, dopiero gdy zaczęło brakować jej tchu.

– No. – Pogroził jej teatralnie palcem, po czym szybko ją pocałował, a gdy wstawała, odgarniając włosy z twarzy, klepnął zaczepnie w pośladek.

Całkowicie rozbudzona, przeciągnąwszy się jeszcze raz w drodze do łazienki, włączyła stojące na kuchennym blacie radio i rozpoczęła poranną toaletę. Myjąc zęby, kołysała się lekko w rytm muzyki, śpiewała do dezodorantu, stroiła miny, malując rzęsy. Dopiero gdy ubrała się w białe, dopasowane spodnie i błękitną, zwiewną bluzeczkę, wyszła z łazienki. Spakowała jogurt z musli i mrożoną zieloną herbatę, które przygotowała sobie wczorajszego wieczora, po czym trzymając pod pachą stos teczek, z torebką w jednej, a aktówką w drugiej ręce, wyszła z mieszkania.

Słońce przyjemnie grzało od samego rana, a reporterka z jej ulubionej stacji radiowej, której głos zawsze pozytywnie ją nastrajał, właśnie czytała poranne wiadomości. Nina pogłośniła radio, odsunęła szybę w samochodzie i wdychając cudowny zapach zaczynających kwitnąć magnolii, ruszyła do pracy.

Pogodny nastrój panował także w biurze. W progu powitał ją ogromny bukiet kolorowych goździków starannie ułożonych w ozdobnym wazonie stojącym na stoliku tuż przy drzwiach.

– Pomyślałam, że będzie wywoływał uśmiech na twarzy każdego, kto wchodzi, i nie pomyliłam się! – powiedziała Eliza, podchodząc do Niny, by się z nią przywitać.

– Świetny pomysł! – powiedziała ta wesoło i odwzajemniła serdeczny uścisk. – Jakie plany na dziś?

– Proszę, tu masz wszystko. Dwie nowe klientki, które umówiły się na spotkania w przyszłym miesiącu – Eliza podała Ninie formularze zgłoszeniowe – klientka na dziś – dorzuciła teczkę – a o dwunastej masz spotkanie z managerem nowej restauracji.

– Zielonej Werandy?

– Tak, właśnie tej. Chce negocjować umowę współpracy.

– Jestem otwarta na negocjacje – uśmiechnęła się promiennie Nina i rozłożyła dokumenty na szklanym blacie swojego biurka.

Eliza spojrzała na nią ze zdziwieniem.

– Oj, nie martw się, nie podpiszę umowy na wyłączność! Co najwyżej umowa na reklamę jak z każdą inną restauracją, salą, kwiaciarnią, kawiarnią, cukiernią, dekoratorami i tak dalej. Może chciałabyś pójść za mnie na to spotkanie? Nauczyłabyś się czegoś nowego…

– O nie, nie, ja nie potrafię rozmawiać o interesach! – Eliza nerwowo zamachała rękami.

– W takim razie weź tę klientkę z dzisiaj, bo ja się ze wszystkim nie wyrobię. Mam poza tym trzy degustacje ciast i dwa spotkania w sprawie menu.

– Ale ona nalegała, byś to ty obsługiwała jej zamówienie. Ktoś cię jej polecił i mocno zachwalał, nie chciała nawet słyszeć o żadnej z nas. Zaznaczam, że czekała na spotkanie prawie miesiąc…

– Co to za pani?

– Tu masz jej dane. – Eliza wskazała teczkę, którą podała Ninie na początku rozmowy.

– Rejestrowała się przez Internet?

– Nie, telefonicznie, ja wypełniłam za nią formularz.

– No dobrze, o której to spotkanie?

– Za… piętnaście minut.

Nina spojrzała na Elizę złowrogo, na co ta tylko wzruszyła ramionami, po czym szybko ruszyła w stronę wyjścia z z gabinetu.

Planowanie i organizowanie ślubów przynosiło Ninie nie tylko dużo radości, ale też – a może przede wszystkim – dawało jej satysfakcję zawodową. Czuła się potrzebna i doceniana, robiła to, co kocha. Gdy kończyła zarządzanie na politechnice, nie sądziła, że właśnie tak potoczy się jej życie. Wyobrażała sobie pracę w ogromnej korporacji, pełną tabelek, stosów dokumentów, narad i dużych projektów, gdzie siedziałaby w jednym z kilkunastu boksów w ogromnej sali, a jej współpracownicy przekrzykiwaliby się, odbierając telefony od natarczywych klientów. Tymczasem rzeczywistość wyglądała nieco inaczej – po półrocznej praktyce w dużej firmie z branży IT, załamana widmem monotonii i brakiem wpływu na to, jak wygląda jej dzień pracy, postanowiła zaryzykować i zbudować coś swojego od podstaw. Coś, co będzie całkowicie odpowiadało jej upodobaniom. Eliza, która znała jej zamiłowanie do piękna i harmonii, podsunęła pomysł z organizacją ślubów.

– Daj mi jeszcze pięć minut na zjedzenie śniadania i dopicie herbaty – rzuciła za wychodzącą przyjaciółką, na co ta zaśmiała się krótko, po czym puściła do niej oko i zamknęła za sobą drzwi.

Nina nie zdążyła jednak nawet otworzyć kubka z przygotowanym jogurtem, gdy rozdzwonił się jej telefon komórkowy. Na ekranie wyświetliła się uśmiechnięta twarz Mateusza. Odebrała i włączywszy tryb głośnomówiący, zabrała się za śniadanie. W międzyczasie włączyła też laptopa – była mistrzynią w robieniu kilku rzeczy jednocześnie.

– Cześć, skarbie, coś się stało? – zapytała, zanim włożyła łyżkę do ust.

– A czy musiało się coś stać? Chciałem ci tylko powiedzieć dzień dobry – odparł Mateusz. – O której wrócisz?

– Postaram się być na szóstą, ale mam dziś kilka spotkań i nie jestem pewna, czy się nie przeciągną… – westchnęła.

– Aż tyle zainteresowanych?

– Klientki, spotkanie w sprawie nowej współpracy, degustacje… Dzień jak co dzień.

– Jakieś ciekawe śluby się szykują?

– Naprawdę chcesz o tym słuchać? – zaśmiała się.

– A czemu tak cię to dziwi?

– Bo nigdy jakoś szczególnie nie interesowała cię moja praca.

– Kochanie, interesuje mnie wszystko, co dotyczy ciebie. Twoja praca również.

– Przyznaj, że po prostu potwornie się nudzisz, bo Internet w domu przestał działać – odparła wesoło.

– Internet hula bez zarzutu – oburzył się lekko – ale skoro nie chcesz ze mną rozmawiać, to nie przeszkadzam.

– No już, już. Miło, że zadzwoniłeś. Jeśli chcesz, to… – Przerwało jej pukanie do drzwi. – Mateusz, muszę kończyć, mam klientkę. Odezwę się w wolnej chwili. Kocham cię!

Nina, nie czekając na odpowiedź, rozłączyła się, i w tej samej chwili zza uchylonych drzwi wyłoniła się sylwetka szczupłej blondynki. Kobieta uśmiechnęła się, lecz na widok kończącej posiłek Niny chciała się wycofać z powrotem na korytarz.

– Ja może poczekam…

– Nie, nie, zapraszam! – zawołała za nią Nina i szybko schowała do szuflady kubek po jogurcie, przełykając ostatnią łyżkę. – Proszę. – Wskazała fotel przy stoliku kawowym i wstała zza biurka.

– Nina Stępień, miło mi. – Wyciągnęła dłoń w kierunku klientki.

– Sylwia Drzewicka.

– Słyszałam od mojej współpracowniczki, że bardzo pani zależało, bym to ja organizowała ślub. Czemu zawdzięczam takie zaufanie, jeśli można wiedzieć?

– Czytałam o pani same pochlebne opinie w Internecie, znajoma znajomej, której organizowała pani ślub, również była bardzo zadowolona i bardzo polecała właśnie panią. A sama pani rozumie, to ma być najpiękniejszy dzień w moim życiu, chciałabym, aby ktoś porządnie się przyłożył.

– Bardzo mi miło to słyszeć. – Nina uśmiechnęła się uprzejmie, po czym zaczęła standardowy wywiad, pytając, czego klientka oczekuje, jaką ma wizję i czym dokładnie jej firma miałaby się zająć.

Podczas rozmowy, jak zawsze, przedstawiła swój sposób pracy, opowiedziała o doborze wszystkich elementów ślubu i wesela. Okazało się, że Sylwia nastawia się na skromny ślub cywilny z przyjęciem w restauracji zamiast hucznego wesela. Zgadzała się ze wszystkimi sugestiami Niny, która z kolei była zdumiona, jak podobne mają upodobania. Niemal wszystko, co zaproponowała, klientka przyjmowała z aprobatą, a gdy sama podsuwała jakieś pomysły, Nina przyznawała w duchu, że ma wyjątkowo dobry gust.

– A czy myślała już pani o dacie? – zapytała w końcu, gdy nadszedł czas, by przejść do konkretów.

– Wiem, że może być z tym problem, ale… Myślałam o sierpniu.

– Tego roku?

– Tak.

Nina zamrugała szybko, wzięła głęboki wdech, po czym uznała, siląc się na uśmiech, że skoro ma to być małe przyjęcie w restauracji, można spróbować. W ostatnim czasie zajmowała się głównie organizacją większych wesel i nierzadko czas oczekiwania na salę wydłużał się nawet do dwóch lat. Obiecała jednak zrobić, co w jej mocy, by sprostać wymaganiom panny młodej. Po prostu musi zacząć już dziś, jeśli ma zdążyć na czas.

– Bardzo chcielibyśmy się pobrać jeszcze latem. Już dość długo jesteśmy parą i trzeba w końcu zrobić kolejny krok.

– Oczywiście, rozumiem. A czy narzeczony będzie brał udział w przygotowaniach?

– Cóż, szczerze, on zupełnie się na tym nie zna – szepnęła Sylwia konspiracyjnie. – Prawdę mówiąc, nawet odetchnął z ulgą, gdy zaproponowałam, że się tym zajmę. Dał mi wolną rękę. I… Nie mówiłam mu, że zdecydowałam się skorzystać z usług pani biura. Ja też nie czuję się dość mocna, jeśli chodzi o ogarnięcie tych wszystkich szczegółów… Przecież nie musi o tym wiedzieć. – Puściła do Niny oko.

Nina zaśmiała się cicho, po czym wymieniwszy z nią porozumiewawcze spojrzenie, odparła:

– Postaram się jeszcze dziś zadzwonić do kilku miejsc. Tutaj ma pani katalog z restauracjami, gdyby spodobała się pani jakaś konkretna, proszę o informację. – Podała klientce segregator.

– Zdam się w zupełności na panią. Powiedziałam, co mniej więcej mnie interesuje, jaki styl mi odpowiada, myślę, że wybierze pani odpowiednio. Szczególnie że najwyraźniej mamy podobny gust… – Sylwia uśmiechnęła się pogodnie, a Nina ujrzała cień ulgi na jej twarzy.

– Dobrze, w ciągu dwóch najbliższych dni postaram się wybrać miejsce. Co do organizacji ceremonii i całej reszty, będziemy potrzebowały kolejnego spotkania. Przygotuję kilka konspektów, zbiorę pomysły.

Sylwia z wdzięcznością spojrzała na Ninę, po czym umówiwszy się z nią na kolejne spotkanie jeszcze w tym tygodniu, pożegnała się i wyszła z biura.

Nina uśmiechnęła się pod nosem, kiedy spojrzała na zegarek, a później do kalendarza – okazało się, że ma jeszcze sporo czasu do kolejnego spotkania. Mogła więc od razu zabrać się za przygotowywanie propozycji.

– I jak spotkanie? – zapytała Eliza, która chwilę później weszła do jej gabinetu z kilkoma dokumentami do podpisu.

– W porządku. To nie będzie wybredna panna młoda.

– O, to coś nowego.

– Pani Sylwia po prostu chce mieć z głowy całą organizację ślubu i nie do końca zależy jej na autorskiej wizji. Odniosłam wrażenie, że na rękę będzie jej, gdy zaakceptuje nasze pomysły.

– Jakby nie miała do tego głowy?

– Podrzuciła kilka inspiracji, zaznaczyła, czego się absolutnie wystrzegać, ale w większości spraw dała mi wolną rękę.

– To chyba lubisz najbardziej?

– Tak i nie. To trochę błądzenie po omacku, nie chciałabym zrobić czegoś, co ostatecznie wcale jej się nie spodoba.

– Jeszcze nie miałaś takiego przypadku, więc nie musisz się o to martwić. Czyje jak czyje, ale akurat twoje projekty są zawsze perfekcyjne.

– Czy ty się starasz o premię? – Nina teatralnie zmrużyła oczy.

Eliza tylko z uśmiechem pokręciła głową, po czym zabrała podpisane w międzyczasie przez Ninę dokumenty i przypomniawszy jej jeszcze o spotkaniu z managerem Zielonej Werandy, wróciła do siebie.

Nina lubiła swoją pracę. Od kiedy miała biuro z prawdziwego zdarzenia i zatrudniła inne konsultantki, praca wypełniała jej całe dnie, nieraz również weekendy. Jej myśli ciągle krążyły wokół nowych projektów, a wrodzony perfekcjonizm sprawiał, że nie była w stanie pozwolić sobie nawet na najmniejsze niedociągnięcie. W związku z tym nawet nocami ślęczała nad konspektami dla klientów, zapominając o całym świecie. Była też wymagającą szefową – zaglądała w projekty swoich pracowników i nanosiła szczegółowe uwagi, co zresztą nieraz prowadziło do tarć z niektórymi z konsultantek – miały przez to poczucie, że im nie ufa, bo nigdy nic nie było wystarczająco dobre. Nina jednak nie mogła się powstrzymać. Pomoc pannom młodym sprawiała jej ogromną radość – dzięki tej pracy brała udział w podejmowaniu wielu, bądź co bądź, trudnych decyzji. Ciągła presja czasu i kołowrotek niekończących się zadań dawały jej regularnie takie skoki adrenaliny, o jakich mogła tylko pomarzyć, tkwiąc za biurkiem w korporacji, między jednym nikomu niepotrzebnym sprawozdaniem a drugim. Lubiła też spotykać się z nowymi ludźmi, zawierać znajomości, pozyskiwać kontakty. Nigdy nie czuła, mimo wielu komentarzy również ze strony bliskich, że to, co robi, jest błahe.

Zgodnie z planem, przed południem wyruszyła na spotkanie z managerem nowej restauracji. Choć dopiero od niedawna odbywały się tam imprezy okolicznościowe, Nina zdążyła już usłyszeć kilka bardzo dobrych opinii na temat zarówno Zielonej Werandy, jak i jej kierownika, który podobno skrupulatnie dbał o każdy szczegół. Potraktowała więc zawarcie z nim umowy jako swoiste wyzwanie. Kiedy dojechała na miejsce, z uśmiechem wysiadła z samochodu i… od razu się zakochała. Już wiedziała, skąd wzięła się nazwa restauracji. Zielony ogród jak z bajki zaczynał się tuż za bramą wjazdową na ogromną posesję, a pachnące magnolie zdobiły swoją bielą podjazd. Jak to się stało, że nie dotarła tu wcześniej? A już zupełnie odpłynęła, gdy ujrzała przepiękną werandę rozciągającą się na całą szerokość budynku. Drewniane pergole były przystrojone soczyście zielonymi powojami i drobnymi, bielutkimi kwiatuszkami. Nie sądziła, że to miejsce jest aż tak piękne, zdjęcia umieszczone na stronie internetowej lokalu w ogóle nie oddawały jego uroku.

Wysiadłszy z samochodu, przez długą chwilę stała z uśmiechem na twarzy, podziwiając bryłę budynku i ogród. Serce zabiło jej mocniej, gdy pomyślała, że będzie organizować tutaj przyjęcia weselne i śluby. W końcu weszła do środka, z rosnącym zachwytem rozglądając się dookoła.

– Dzień dobry – usłyszała uprzejmy głos kelnerki. – Mogę zaprosić panią do stolika? Na ile osób?

– Dzień dobry! Jestem umówiona z panem Adamem Kalickim.

– Oczywiście, zapraszam w takim razie tutaj. Już proszę szefa.

Zaprowadziła Ninę do jednego ze stolików, po czym zniknęła za drzwiami prowadzącymi prawdopodobnie do kuchni, a druga kelnerka podeszła do Niny, by przyjąć zamówienie. Obsługa zachowywała się więc nienagannie, a wnętrze… Cóż, było równie uroczo jak na zewnątrz. Nowocześnie, ale klasycznie, romantycznie, ale nie pretensjonalnie. Wszystkie detale dopracowane ze smakiem, idealnie dobrane dodatki. W kryształowych, subtelnych żyrandolach i ściennych lustrach cudnie mieniły się promienie słońca, a biało-zielone bukiety na stołach dopełniały całości. Nina z uśmiechem rozglądała się po pomieszczeniu i wiedziała, że musi, po prostu musi rozpocząć współpracę z Zieloną Werandą. Wesela tutaj będą wspaniałe, a śluby… Zerknęła za siebie, by upewnić się, czy w ogrodzie jest wystarczająco dużo miejsca. I nie pomyliła się. Podeszła do dużych, balkonowych drzwi, za którymi znajdował się urządzony podobnie do werandy taras oraz bajeczny ogród. To było miejsce jak z katalogu z wizualizacjami.

– Dzień dobry. Pani Nina Stępień? – usłyszała za plecami.

Odwróciła się gwałtownie i uśmiechnęła, po czym wyciągnąwszy dłoń w kierunku stojącego przed nią mężczyzny, powiedziała:

– Zgadza się. Miło mi.

– Adam Kalicki. Jak się pani podoba? – Omiótł wzrokiem wnętrze.

– Jest… przepięknie. Naprawdę, jestem oczarowana. Choć może przed naszymi pertraktacjami nie powinnam ujawniać, jak bardzo – zaśmiała się.

– Proszę się nie obawiać, mam wrażenie, że się dogadamy – odpowiedział grzecznie, po czym zaprosił ją z powrotem do stolika.

Kiedy usiedli, Nina jasno określiła swoje oczekiwania. Zaproponowała reklamę w broszurach w zamian za atrakcyjne ceny dla klientów podczas rezerwacji za pośrednictwem jej biura. Przez dłuższą chwilę omawiali szczegóły współpracy, a kiedy w końcu doszli do porozumienia, nie posiadała się ze szczęścia, czego jednak starała się nie okazywać zbyt wylewnie. Restauracja nie była duża, odpadały więc huczne wesela, ale kameralne przyjęcia i śluby w ogrodzie były tu mile widziane. Na piętrze znajdowały się pokoje hotelowe, co stanowiło dodatkowe udogodnienie dla młodych par. Po ustaleniu warunków współpracy Nina od razu zapytała o najbliższe wolne terminy, a kiedy okazało się, że jakimś cudem jest jeszcze kilka w tym roku, a jeden nawet na koniec sierpnia, nie posiadała się z radości. Od razu zarezerwowała tę datę. Nie mogła przegapić takiej okazji, czuła zresztą, że jej nowej klientce to miejsce też się spodoba.

– Czy mogłabym jeszcze przejść się po ogrodzie? – zapytała nieśmiało, gdy dopiła ostatni łyk kawy.

– Oczywiście! Bardzo proszę, oprowadzę panią – odparł jej rozmówca z uśmiechem, po czym wskazał dłonią wyjście na taras.

Nina znów westchnęła zachwycona, kiedy stanęła na drewnianej podłodze na zewnątrz. Liczne alejki, porośnięte po obu stronach niewielkimi jeszcze krzewami, i świeżo posadzone drzewka tuż przy budynku były bardzo zadbane. W oddali zaś dumnie prężyły się wysokie brzozy i inne drzewa liściaste, delikatnie szumiąc na wietrze. Po lewej stronie część terenu prawdopodobnie przygotowano pod kolejną budowlę.

– Tam ma stanąć altana, niestety wykonawca trochę spóźnia się z realizacją – wyjaśnił Adam.

– Czy będzie można w niej organizować ceremonie zaślubin?

– Jak najbardziej, głównie w tym celu ją budujemy. Mogę pokazać pani wizualizacje. – Wyciągnął telefon i nachylił się nieco w stronę Niny.

– Wygląda pięknie. Jak zresztą wszystko tutaj. – Uśmiechnęła się łagodnie.

– Bardzo się cieszę, że się pani podoba – odparł dumnie.

– A ja niezmiernie się cieszę na naszą współpracę. Już mam kilka pomysłów. Szkoda tylko, że wciąż niewiele par decyduje się na małe przyjęcia. Na topie cały czas są huczne weseliska. – Nina wzruszyła ramionami.

– Tak, to jedyny minus tego miejsca, ale z drugiej strony właśnie taki był zamysł właścicieli. Kameralnie, spokojnie, w gronie najbliższych.

– Powiem panu szczerze, że mnie też bardziej odpowiadają właśnie takie uroczystości. Gdybym planowała swój ślub, to też tylko przyjęcie, grono najbliższych, bez przepychu i tak zwanej pompy – powiedziała szczerze.

– Przepraszam, że sobie pozwolę, ale tak też pomyślałem, gdy panią zobaczyłem.

– Naprawdę? – zaśmiała się.

– Tak. Sprawia pani wrażenie skromnej, bardzo uczuciowej osoby, dla której najważniejsze są emocje, a nie cała ta otoczka.

– Skąd taka umiejętność odczytywania ludzkich charakterów? – znów się uśmiechnęła, przyznając w duchu, że mężczyzna ma sporo racji.

– Taka branża. – Wzruszył z uśmiechem ramionami. – Trzeba dobrze rozpoznać swojego klienta i idealnie się do niego dopasować. Powinna pani coś o tym wiedzieć.

– Zgadza się, ale ja jeszcze nie potrafię oceniać ludzi aż tak trafnie.

– To raczej luźne spostrzeżenie, nie ocena. Zawsze mogę się mylić. – Uśmiechnął się do niej wymownie.

Nina spuściła na chwilę wzrok, lecz nic nie odpowiedziała. Ruszyła przed siebie, nie kontynuując już tematu. Wypytywała za to o inne szczegóły dotyczące restauracji, wymienili kilka istotnych uwag, kiedy zaś zakończyli spotkanie, była zadowolona z jego przebiegu.

Do biura wróciła bardzo usatysfakcjonowana.

– Jak poszło? To rzeczywiście takie ładne miejsce? – zapytała Eliza.

– Ładne? Tam jest po prostu bajecznie! Musisz pojechać i sama się przekonać, bo zdjęcia w najmniejszym stopniu nie oddają uroku tej restauracji.

– Czyli współpraca załatwiona?

– Tak jest. Starałam się nie ekscytować za bardzo, ale poszłabym tam naprawdę na duże ustępstwa. I myślę, że nasze panny młode będą walczyć o to miejsce. Jedyny mankament to wielkość sali, pomieści maksymalnie osiemdziesiąt osób.

– Takie klientki też się znajdą, na przykład pani Sylwia. Przejrzałam jej teczkę, tak jak prosiłaś.

– Uwaga, zarezerwowałam dla niej termin! Myślę, że będzie zadowolona. Sama bym była zachwycona, gdybym mogła tam urządzić swoje wesele.

– Może czas najwyższy się nad tym zastanowić? Nie myślicie z Mateuszem o ślubie? Jesteście narzeczeństwem już dość długo.

– I jest nam tak bardzo dobrze – powiedziała szybko. – Nie mam głowy do ślubu, organizacji tego wszystkiego. Wiesz, jak jest, szewc bez butów chodzi. Może kiedyś pojedziemy na jakąś egzotyczną wycieczkę i pobierzemy się w konsulacie. Ewentualnie, gdyby ktoś postawił mnie przed faktem dokonanym, mogłabym się zastanowić. – Zaśmiała się nerwowo, po czym szybko zbyła Elizę koniecznością wykonania pilnego telefonu i zamknęła się w swoim biurze.

Nie lubiła tematu własnego ślubu, to ją przerastało. Napatrzyła się na stres u swoich klientek i chciała tego zwyczajnie uniknąć. Nie wiedziała do końca dlaczego, ale przerażała ją wizja podejmowania tych wszystkich decyzji dla samej siebie. Organizacja ślubu i wesela dla kogoś innego to było… zupełnie coś innego. Inna odpowiedzialność, inny rodzaj napięcia… Nie, nie potrafiłaby organizować swojego ślubu, a jednocześnie… Czy mogłaby zaufać komuś innemu, choćby jednej ze swoich pracownic? Też nie. Unikała więc jak ognia tej kwestii, a Mateusz nie naciskał. Co prawda kilka razy próbowali porozmawiać na ten temat, za każdym razem jednak rozmowa kończyła się sprzeczką, w związku z czym w końcu odpuścili. Mieszkali razem, we wspólnie zakupionym mieszkaniu, żyli niemal jak małżeństwo, czy więc ślub był im potrzebny? W tej sytuacji to bardziej zbędna formalność… Nina w głębi duszy pragnęła przeżyć jako panna młoda ten wyjątkowy dzień, ale jej lęki były silniejsze. Poza tym, umówmy się, nie miała na to czasu, prowadzenie firmy było na razie jej priorytetem.

Potrząsnęła głową, by odgonić te myśli, i zajęła się pracą. Chwilę później wyszła na kolejne spotkania, przy czym tym razem uprzedziła Elizę, że pewnie dziś już nie wróci do biura. Lubiła fakt, że nie musiała spędzać całych dni za biurkiem, wśród dokumentów i tabelek. Znacznie lepiej czuła się między ludźmi, a dzięki swojej pracy niemal codziennie miała co najmniej jedno spotkanie na mieście. Życie w ciągłym biegu w dziwny sposób ją uspokajało, pomagało jej unikać podejmowania życiowych decyzji i odpowiadania na tak trudne pytania jak: co zrobić z ciągnącym się latami narzeczeństwem?

Sezon ślubny rozpoczął się na dobre. W każdy niemal weekend Nina miała pełne ręce roboty, a liczba zleceń rosła w szaleńczym tempie, w związku z czym zaczynała zastanawiać się nad zatrudnieniem kolejnej osoby. Mateusz cały czas narzekał, że nie mogą nigdzie wyjechać choćby na sobotę i niedzielę, a Nina musiała przyznać mu rację. Obiecywała sobie wiele razy, że trochę zwolni, że przynajmniej jeden weekend w miesiącu będzie miała wolny; uporczywie odsuwała od siebie myśl, że popada w pracoholizm. Z drugiej strony jednak, prowadząc własną działalność, musiała trzymać rękę na pulsie. Była odpowiedzialna za firmę i pracowników, to od niej zależało, czy biuro prosperuje dobrze.

Tego dnia również działała na pełnych obrotach. Mateusz jeszcze spał, gdy wychodziła z mieszkania. Tym razem, z bólem zwlókłszy się z łóżka pół godziny wcześniej niż zwykle, zostawiła mu własnoręcznie przygotowane śniadanie i karteczkę z czułym, porannym powitaniem. Sama przełknęła jedynie kilka łyżek owsianki pomiędzy poranną toaletą a prasowaniem sukienki. Musiała przed dziewiątą odebrać bukiety dla panny młodej i druhen, upewnić się, czy dekoratorka odpowiednio przystroiła salę weselną oraz kościół, zadzwonić do muzyków z kwartetu smyczkowego, by przypomnieć im adres parafii, w której dziś grali. Wszystko miała zaplanowane co do minuty, niemniej jak za każdym razem towarzyszyła jej nutka niepewności, czy na pewno zdąży na czas. Na szczęście mało kiedy zdarzały się niespodziewane zwroty akcji, a nawet jeśli już miały miejsce, Nina zawsze wychodziła z opresji obronną ręką.

Tym razem wszystko przebiegło zgodnie z planem, a więc tak, że para młoda była w pełni zadowolona. Nina z lekkim sercem wyjeżdżała przed północą z sali weselnej, pozostawiając młodych w gorączce zabawy, cieszących się swoim wielkim dniem. Kiedy weszła do mieszkania i z ulgą zsunęła szpiki, które od siódmej rano miała na nogach, w końcu odetchnęła.

Mateusz oglądał telewizję w salonie, popijając drinka. Opadła obok niego na kanapę i położyła mu głowę na ramieniu.

– Co oglądasz? – zapytała.

– Powtórkę Wojewódzkiego. Jak wesele?

– Bez zarzutu. Kolejna owieczka wydana szczęśliwie za mąż. Rodzice wzruszeni, goście rozbawieni, młodzi zadowoleni.

– A ty?

– Padam na twarz.

– Jutro wolne czy kolejna impreza?

– Wolne. – Westchnęła z ulgą.

– Niemożliwe – zaśmiał się.

– A jednak – powiedziała cicho. – Wiem, że ostatnio za dużo pracuję… Ale obiecuję, to się zmieni. Zastanawiam się nad zatrudnieniem jeszcze jednego pracownika. Chciałabym w końcu mieć trochę więcej czasu dla nas. – Popatrzyła czule na narzeczonego.

Mateusz spojrzał na nią uważnie, zamrugał szybko, po czym teatralnie zapytał:

– Kim jesteś i co zrobiłaś z moją narzeczoną-pracoholiczką?

– Postanowiłam przywołać ją do porządku i przypomnieć jej, że ma wspaniałego mężczyznę, którym musi się zająć od czasu do czasu, by jej w końcu nie zwiał.

– Mądra z ciebie nieznajoma.

Nina zaśmiała się cicho, po czym pocałowała Mateusza delikatnie i wtuliła się w niego, gdy objął ją ramieniem.

– A jak twoja praca? Dziś coś projektowałeś czy odpoczywałeś?

– Skończyłem projekt parterówki, byłem na siłowni, zrobiłem zakupy, umyłem samochód i…

– Nie mów, że posprzątałeś mieszkanie? – Nina aż poderwała się z miejsca.

– Aż takim ideałem nie jestem, wybacz, kochanie.

Westchnęła teatralnie, po czym znów się do niego przytuliła. Dla niej był ideałem, mimo wszelkich jego wad. Czuła się przy nim bezpiecznie i swobodnie, kochała go nad życie i była pewna, że on darzy ją takim samym uczuciem. Pomijając częste sprzeczki, tworzyli całkiem dobraną parę.

Poznała Mateusza podczas studenckich praktyk. Pracował w biurze projektowym, w którym Nina przez chwilę była sekretarką, wtedy jednak w ogóle nie zwracali na siebie uwagi. Gdy po studiach rozpoczęła pracę w firmie IT, z którą współpracowało biuro Mateusza, a ich drogi na nowo się przecięły, zaczęło między nimi iskrzyć. Zaprosił ją na kawę, później zaproponował podwózkę do domu, a w końcu tak zawrócił jej w głowie, że zakochała się bez pamięci. I z wzajemnością! Od tamtej pory byli niemal nierozłączni, a kiedy dwa lata później, podczas wspólnych wakacji w Rzymie, oświadczył się jej przy fontannie Di Trevi, wiedziała, że szczęśliwsza z nikim innym być nie może. I choć wcale nie zależało jej na pierścionku, to była poważna deklaracja cementująca ich związek. Od tamtej pory miała wrażenie, że są ze sobą jeszcze szczęśliwsi. Mateusz wspierał ją na każdym kroku, przede wszystkim w tym trudnym okresie, kiedy rozwijała swoją firmę, ona zaś kibicowała mu przy każdym kolejnym projekcie. Nieraz zachęcała go do założenia własnego biura, ale gdy postanowił, że woli pracować na etacie, zaakceptowała jego wybór bez żadnych wyrzutów. Oczywiście miewali gorsze chwile, ciche dni, zdarzyły się nawet karczemne awantury, po których któreś z nich pakowało walizki, nigdy jednak te konflikty nie trwały długo, po prostu nie potrafili bez siebie żyć. Nina wiedziała, że nie powinna zaniedbywać tej miłości, a jednocześnie coraz częściej to praca była u niej na pierwszym miejscu. Brakowało jej czasu na wspólny obiad, nie mówiąc już o weekendach czy kilkudniowych wyjazdach. Musiała się więc opamiętać i dała sobie na to najbliższe kilka tygodni.

– To może jutro gdzieś się wybierzemy? – zaproponował Mateusz, wyrywając ją z zamyślenia, a w zasadzie to z drzemki, w którą właśnie odpływała.

– Bardzo chętnie. Co proponujesz?

– Może jakaś wycieczka za miasto? Fajnie byłoby odwiedzić naszą ulubioną winiarnię, zjedlibyśmy tam jakiś obiad, poszlibyśmy na spacer do parku… Co ty na to?

– Jestem jak najbardziej za! Tylko czy możemy jutro pospać trochę dłużej? – Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

Mateusz tylko się zaśmiał, po czym pocałował ją w czoło i znów przyciągnął do siebie. Nie musiał odpowiadać, dla Niny wszystko było jasne. Miała najlepszego narzeczonego pod słońcem!

Następnego dnia rano, kiedy się obudziła, o dziwo czuła się wypoczęta. Po raz pierwszy od dawna ze snu nie wyrwał jej przeraźliwy dźwięk budzika. Przeciągnęła się, po czym spojrzała na zegarek i aż zamrugała, nie wierząc własnym oczom. Dochodziła dwunasta! Jak to się stało? I czemu Mateusz nie obudził jej wcześniej?! Przecież… Usiadła gwałtownie, po czym uświadomiła sobie, że dziś nie musi biec do pracy. Miała wolny dzień! Przypomniała sobie wtedy wczorajszą propozycję Mateusza i uśmiechnęła się na samą myśl o wycieczce za miasto, po czym znów leniwie opadła na poduszkę.

Po chwili usłyszała dźwięki dobiegające z kuchni, co bardzo ją zdziwiło. Przecież dla Mateusza kuchnia była wrogiem numer jeden, gdy tylko mógł, stronił od przygotowywania posiłków. Nie lubił tego, choć Nina twierdziła, że ma naturalny talent. Gotowanie go nudziło, denerwowało, nie miał cierpliwości do pilnowania gotującej się zupy czy doglądania pieczeni. Kiedy jednak od czasu do czasu zachciało mu się zrobić jajecznicę czy omlet na śniadanie, były tak dobre, że Nina zawsze prosiła o dokładkę. Czasem nawet robiła małe podchody, próbując wymusić na nim domowy obiad czy kolację. Nigdy jednak nie udało jej się osiągnąć niczego więcej poza śniadaniem w jakiejś naprawdę wyjątkowej sytuacji. Tym razem jednak o nic nie prosiła, nie proponowała, nie zachęcała, nie użyła żadnej ze swoich sztuczek… Chyba że Mateusz po prostu szukał czegoś w szafkach, a nie przestawiał naczynia z parującymi daniami na kuchence.

Ciekawość wygrała z lenistwem – Nina zwlekła się w końcu z łóżka i poczłapała do kuchni, by sprawdzić, co się dzieje. Aż przetarła oczy, gdy ujrzała na stole jajka na miękko i świeże pieczywo. Na patelni przyjemnie skwierczały grzanki, a aromatyczna herbata już parzyła się w dzbanku.

– Teraz chyba ja powinnam zapytać: „Kim jesteś i co zrobiłeś z moim narzeczonym?” – powiedziała powoli, nie mogąc się otrząsnąć ze zdumienia.

Mateusz odwrócił się w jej stronę, błysnął zębami w szelmowskim uśmiechu, i wrócił do obracania chleba na patelni.

– Pomyślałem, że będzie ci miło, jeśli przygotuję śniadanie.

– Jest mi bardzo miło, ale też jestem w szoku, rzadko sam z siebie…

– Właśnie dlatego. Skoro spędzasz niedzielę w domu, to właściwie mamy święto i musimy je odpowiednio uczcić. – Ponownie wyszczerzył się łobuzersko.

– Wyczuwam nutkę ironii… – Nina wzięła się pod boki.

– Żadnej ironii. Mamy trochę czasu dla siebie, należy go wykorzystać, to wszystko. A ponieważ ty musiałaś odespać miniony tydzień, ja zająłem się śniadaniem.

– Jestem bardzo mile zaskoczona. – Nina podeszła w końcu do Mateusza i objęła go ramionami w pasie. – A jeśli chodzi o sen, to tak, wyspałam się za wszystkie czasy. Aż mam wyrzuty sumienia, że zmarnowałam połowę dnia.

– Należało ci się. Resztę wykorzystamy za to bardzo aktywnie. – Cmoknął ją w usta.

Nina wtuliła się weń jeszcze bardziej. Puściła go, dopiero gdy zaczął przekładać rumiane grzanki na duży talerz. Zaprosił ją wtedy do stołu, położył jej na talerzyku jeden tost, nalał do filiżanki herbaty i w końcu usiadł naprzeciwko. Tęskniła za takimi leniwymi, cóż, już przedpołudniami. Odruchowo włączyła radio i zabrała się za jedzenie. Grzanki były przepyszne, niczego innego się zresztą nie spodziewała.

– Wiesz, pomyślałem, że moglibyśmy dziś zaplanować jakiś dłuższy wyjazd – rzucił nagle. – Już dawno nie byliśmy na wakacjach za granicą, może udałoby ci się wziąć kilka dni wolnego? Końcówka sierpnia, początek września? Jest jeszcze trochę czasu, powinnaś zdążyć wszystko poukładać.

Nina spojrzała na niego zaskoczona, po czym wzięła głęboki wdech. Serce aż ją zabolało na samą myśl, że będzie musiała znów go rozczarować. Może jednak mogłaby jakoś poprzekładać pewne spotkania… Ale końcówka sierpnia zdecydowanie odpadała…

– Kochanie… W ostatnią niedzielę sierpnia będę mieć ślub, a klientka, dla której go organizuję, wręcz uparła się, bym to ja ją poprowadziła… Już mi potwierdziła, że zgadza się na ten termin, nie mogę teraz odmówić ani oddać jej komuś innemu… – powiedziała zawstydzona.

– Rozumiem – odparł krótko Mateusz i posłał w jej stronę lekko wymuszony uśmiech.

– Na pewno? Może postaram się bardziej podziałać z tym początkiem września? – dodała speszona, widząc, że zmarkotniał. – We wrześniu powinno udać mi się wygospodarować więcej czasu. Może tak być?

– Jak najbardziej. Tylko daj mi, proszę, znać najpóźniej w przyszłym tygodniu, bo muszę złożyć wniosek w pracy.

– Oczywiście – powiedziała szybko. – Mati? – Po chwili dotknęła jego dłoni. – Na pewno się nie gniewasz? Wiesz, że…

– Na pewno – przerwał jej i w końcu uśmiechnął się pogodnie. – Jeśli uda ci się zorganizować jakieś wolne z początkiem września, to też będzie świetnie. Jeszcze znajdziemy jakąś fajną ofertę. Wiem, jaką masz pracę, po prostu myślałem, że do tego czasu wdrożysz nową osobę – dodał.

Nina uśmiechnęła się w końcu swobodnie, niemniej kłuły ją trochę wyrzuty sumienia. Przecież obiecała sobie, że w końcu zwolni, zacznie myśleć o ich związku, poświęci mu więcej czasu… Ale ślub Sylwii, która tak jej zaufała… Kiedy dowiedziała się, że Nina zaklepała termin w jednym z najpiękniejszych miejsc w okolicy, dziękowała chyba z dziesięć razy. To było priorytetowe zlecenie, nie tylko ze względów finansowych (chociaż trzeba przyznać, że ta klientka planowała wydać na swój ślub pokaźną sumę), ale przede wszystkim dlatego, że jak nigdy Nina miała niemal wolną rękę, Sylwia powierzyła jej prawie wszystko, co związane z tym pięknym dniem. Eliza śmiała się nawet, że nie zdziwiłaby się, gdyby poprosiła Ninę o wyjście za nią za mąż! Miała więc nadzieję, że pokłady cierpliwości, którymi dysponuje Mateusz, nie są jeszcze na wyczerpaniu. Postanowiła zresztą pokazać mu, jak bardzo to docenia – wyłączyła służbowy telefon. Choćby się paliło i waliło, dziewczyny muszą poradzić sobie same. Mateusz, widząc ten gest, uśmiechnął się do niej promiennie.

Niedługo po śniadaniu zebrali się i ruszyli za miasto. Słońce przyjemnie przygrzewało, ptaki śpiewały, zieleniły się krzewy i drzewa. Kiedy dojechali do winnicy, Nina od razu pożałowała, że mogą tu spędzić tylko popołudnie. Już prawie zapomniała o ich dawnych eskapadach, kiedy to przyjeżdżali tu i zostawali na noc w pensjonacie prowadzonym przez właścicieli winiarni. Spędzali wieczory przy winie i nastrojowej muzyce, spacerowali w blasku księżyca, a później zatracali się w miłości w zaciszu hotelowego pokoju. Bała się do tego przyznać, ale miała wrażenie, że w ich życie wkradła się jakaś posępna rutyna, która w połączeniu z nawałem pracy zamazywała najpiękniejsze wspomnienia i ograniczała ich dawną spontaniczność. Czy to było naturalne w przypadku wieloletniego związku? Czy po prostu poszli na łatwiznę?

– O czym tak rozmyślasz? – zapytał nagle Mateusz, zatrzymując samochód na parkingu.

– Jakoś tak odpłynęłam… Wspominam sobie nasze wizyty w tym miejscu.

– To widzę, że myślimy dokładnie o tym samym – mruknął i pochylił się, by ją pocałować. – Jeśli chcesz, możemy zostać do jutra i z samego rana wrócić do miasta.

– Kusząca propozycja… – Nina przygryzła dolną wargę. – A nie przeszkadza ci brak szczoteczki do zębów i jakichkolwiek kosmetyków?

– Mnie ani trochę – zaśmiał się. – A tobie? Poza tym z tego, co pamiętam, w pokojach zawsze był jakiś mały zestaw higieniczny.

– Warto zapytać o wolny pokój – odparła po chwili wahania.

Mateusz uśmiechnął się szeroko, po czym wysiadł, by otworzyć jej drzwi. Tego też już bardzo dawno nie robił. Spojrzała na niego wymownie i podała mu dłoń.

– Podoba mi się ta randka – stwierdziła.

– A to jeszcze nie koniec niespodzianek – odparł dumnie i trochę tajemniczo.

– Co takiego? Jakich niespodzianek?

– Wszystko w swoim czasie.

– Mati, co ty wymyśliłeś?

– Skąd ten twój niepokój? Czyżbyś przestała lubić niespodzianki?

– Nie, ale…

– Więc odpręż się i nie zaprzątaj sobie niczym głowy. Dzisiaj jesteśmy tylko ty i ja, pamiętasz? – objął ją w talii, przyciągnął do siebie i ostentacyjnie cmoknął w usta.

Nina w końcu się rozluźniła i uśmiechając szeroko, podążyła za Mateuszem, który prowadził ją teraz w stronę restauracji na wzgórzu. Tam było jeszcze bardziej urokliwie. Przepiękny taras oraz altanka w ogrodzie odpowiadały upodobaniom Niny, co zresztą Mateusz doskonale wiedział. To było idealne miejsce na romantyczny obiad. Wybrali nawet ten sam stolik, co kiedyś, ze wspaniałym widokiem na okolicę. W dole rosły powoje winorośli, w równych rzędach pnąc się po specjalnych stelażach ku słońcu. Porośnięte nimi pola zajmowały znaczną część posesji, większą niż restauracja, destylarnia oraz pensjonat razem wzięte. To miejsce, poza swym urokiem, miało też niezwykłą, domową atmosferę. Ze względu na to, że Nina dwa razy organizowała tu przyjęcia weselne, była zaprzyjaźniona z właścicielami i czuła się niemal jak u siebie w domu.