Wojna w niebie - Charles Williams - ebook
Opis

Kiedy zło wyłazi z zakamarków ludzkiego umysłu…

Pracownikami pewnego londyńskiego wydawnictwa wstrząsa okrutne morderstwo dokonane w jednym z pokojów jego siedziby. W dodatku okazuje się, ze z przygotowywanej do wydania książki niespodziewanie znika akapit dotyczący miejsca ukrycia mitycznego Świętego Graala. Za tym dziwnym „zbiegiem okoliczności” stoi niezwykle niebezpieczna grupa oddanych złu magów, która uwalnia potężne mroczne siły.

Wojna w niebie to najgłośniejszy thriller metafizyczny Charlesa Williamsa, jednego z najwybitniejszych Inklingów_– obok C.S. Lewisa oraz J.R.R.Tolkiena. W swojej powieści Williams sugestywnie przedstawia walkę między dobrem a pozornie niezwyciężonymi siłami zła.

Wojna w niebie to thriller metafizyczny, w którym Dobro walczy ze Złem, a chrześcijaństwo z magia. Fantastyka? A może nasza codzienność, której nie potrafi my rozpoznać, ponieważ nie zastanawiamy się już nad sprawami ostatecznymi?

Filip Memches, „Rzeczpospolita”, „Plus Minus”

Charles Williams żenił popkulturę z religia zanim stało się to modne. Może w końcu i jego odkryje Hollywood, tak jak kiedyś Lewisa i Tolkiena? Williams zasługuje na to w równym stopniu.

Łukasz Adamski, „W Sieci”

Morderstwo, dreszcz zagadki i tajemnica świętego Graala. Plus szczypta duchowości i angielskiego humoru. Czego chcieć więcej?

Marek Zajac, TVP

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 384

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Originally published in 1930 under the title: War in Heaven

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit and Magda Sobolewska 2016

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2016

All rights reserved

Na okładce: King Pelles’ Daughter bearing the Sancgraal, 1861 (oil on panel), Sandys, Anthony Frederick Augustus (1829 –1904) / Private Collection / Photo

© Peter Nahum at The Leicester Galleries, London / Bridgeman Images

Okładka na postawie autorskiej serii graficznej stworzonej do dzieł C.S. Lewisa przez Jana Krzysztofiaka

Redakcja: Krzysztof Zadros, Aleksandra Smoleń, Monika Nowecka

ISBN 978-83-65349-86-6

Wydanie I, Kraków 2016

Wydawnictwo Esprit Sp. z o.o.

ul. Przewóz 34, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: [email protected]

[email protected]

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1PRELUDIUM

Telefon dzwonił przeraźliwie, ale bez skutku, jako że w pokoju nie było nikogo prócz zwłok.

Kilka chwil później już ktoś był. Lionel Rackstraw, niespiesznie wracając z obiadu, jeszcze na korytarzu usłyszał dźwięk dzwonka w swoim pokoju i wpadłszy tam biegiem, podniósł słuchawkę. Zauważył przy tym buty i nogawki wystające spod dużego biurka, przy którym pracował, ale z początku telefon całkowicie zaprzątnął jego uwagę.

– Tak – powiedział – tak… Nie, nie wcześniej niż siedemnastego… Nie, kto by się przejmował jego życzeniami?… Nie, a kto pyta?… Ach, pan Persimmons. Proszę mu powiedzieć, że siedemnastego… Tak… Tak, poślę egzemplarz na dół.

Odłożył słuchawkę i znów spojrzał na buty. Przyszło mu do głowy, że pewnie chodzi o coś z telefonami – ludzie zjawiali się u niego w tej sprawie niespodziewanie o różnych porach dnia. Ale zwykle odwracali się od swojego zajęcia i jakoś zagadywali, a ten gość musiał przecież słyszeć jego rozmowę. Pochylił się nad butami.

– Długo to potrwa? – rzucił w przestrzeń między nogami a szufladą biurka, a nie otrzymawszy odpowiedzi, odszedł kilka kroków, odłożył rękawiczki, kapelusz i książkę na półkę, znów podszedł do biurka, podniósł jakieś papiery, przeczytał je i odłożył, a następnie, znowu zaglądając w czarny otwór, powtórzył z większym zniecierpliwieniem:

– Długo to potrwa?

Chociaż dotknął butem wystającej stopy i kolejny raz powtórzył pytanie, odpowiedzi wciąż nie było. Niechętnie okrążył biurko i próbując wypatrzyć w cieniu z drugiej strony mebla głowę nieproszonego gościa, powiedział prawie podniesionym głosem:

– Halo! Halo! Co tu się dzieje?! – A potem, ponieważ nic się nie stało, wyprostował się i powiedział do siebie: – Do diabła, umarł czy co? – I od razu pomyślał, że to możliwe.

Przekonanie, że martwe ciała zwykle nie zalegają w biurach londyńskich wydawnictw o wpół do trzeciej po południu, stało się nagle rozległym, cynicznym tłem tej fantastycznej możliwości. Lionel rzucił okiem na drzwi, które za sobą zamknął, i spróbował odzyskać wewnętrzną równowagę w ten sam sposób, w jaki często odrzucał świadomość, że jego żona pod jego nieobecność w każdej chwili  m o g ł a  ulec jakiemuś wypadkowi – pod kołami wpadającego w poślizg autobusu albo zbyt gwałtownie skręcającej ciężarówki. Takie rzeczy się zdarzają – przypominało mu małe i złośliwe, choć niewidzialne bóstwo ukryte w najdalszym kącie świadomości – takie rzeczy się zdarzają, i może właśnie  t e r a z…  Bywało, że ludzie ginęli przygwożdżeni do frontowych drzwi własnych domów, jak pewien lekarz na Gower Street. Oczywiście, te obawy nie sprawdzały się w rzeczywistości, ale zabierając się do poruszenia wystającej spod biurka stopy, Lionel zastanawiał się, czy tym razem nie jest inaczej.

Stopa, którą trącił, najwyraźniej nie przekazała żadnej informacji do mózgu nieznajomego i Lionel poddał się. Wyszedł na korytarz i zajrzał do pokoju naprzeciwko; jego użytkownik, rozciągnięty na blacie biurka, podkreślał zdania w wycinkach prasowych.

– Mornington – zagadnął go Lionel. – W moim pokoju pod biurkiem jest facet, który w ogóle nie reaguje, kiedy do niego mówię. Możesz do mnie na chwilę przyjść? Wygląda – dodał pod wpływem realistycznej oceny sytuacji, która nagle dokonała się w jego umyśle – zupełnie, jakby nie żył.

– Masz szczęście – odparł Mornington, dźwigając się zza biurka. – Gdyby żył i siedział pod biurkiem, nie reagując na to, co mówisz, można by się obawiać, że czymś go wkurzyłeś. Moim zdaniem to całkiem niezły pomysł – ciągnął, kiedy przechodzili na drugą stronę korytarza – coś w rodzaju współczesnej wersji Królewskiej siedziby1: wejść pod biurko kogoś, kto cię obraził i po prostu się tam zadekować. Głodówka raczej nie wchodzi w grę – to było dobre w bardziej romantycznych epokach – ale z walizką pełną kanapek i termosem… Jak się odmienia „termos” w liczbie mnogiej? – Przez chwilę gapił się na stopy, a potem, podszedłszy bliżej, przyklęknął na jedno kolano i położył rękę na znikającej pod biurkiem nodze. Następnie spojrzał na Lionela.

– Coś tu nie gra – powiedział gwałtownie. – Idź po Dallinga.

Opadł na oba kolana i zajrzał pod biurko.

Lionel pobiegł korytarzem i po chwili wrócił z niskim mężczyzną lat około czterdziestu pięciu, na którego twarzy malowało się więcej zaciekawienia niż niepokoju. Mornington już podjął wysiłki, by wydostać ciało spod biurka.

– Na pewno nie żyje – wypalił, gdy tamci weszli do pokoju. – Co za niewiarygodna historia! Panie Dalling, niech pan obejdzie biurko z tamtej strony. Chyba zaczepił się guzikami czy coś w tym rodzaju. Niech pan spróbuje go uwolnić.

– A nie powinniśmy zostawić tego policjantom? – spytał Dalling. – Zdawało mi się, że nie wolno ruszać zwłok.

– A skąd pan, u diabła, wie, że to zwłoki? – spytał Mornington. – Chociaż, czy ja wiem, może to i racja. – Zbadał nogę między butem a nogawką spodni leżącego, a potem dość gwałtownie się podniósł. – To raczej na pewno są zwłoki – powiedział. – Persimmons jest u siebie?

– Nie – odparł Dalling. – Nie będzie go do czwartej.

– No to musimy sami wziąć się do roboty. Zawiadomi pan policję? A ty, Rackstraw, lepiej kręć się po korytarzu i zatrzymuj ludzi, którzy będą próbowali tu wejść, bo inaczej Plumpton zarobi pół gwinei za wiadomość dla „Evening News”.

Plumpton jednak nie miał okazji dowiedzieć się, co się kryje za zamkniętymi drzwiami, o które Lionel opierał się przez następny kwadrans czy coś koło tego, z oczami utkwionymi w długim liście, który chwycił z biurka jako pretekst do zachowania milczenia, gdyby ktoś go mijał. Dalling zszedł na dół i opuścił budynek przez frontowe drzwi, skomplikowaną konstrukcję ze szkła, która odbijała się sama w sobie tyle razy, że trzeba było wielu wizyt, zanim gość mógł się zorientować, które skrzydła otwierają się na księgarnię, które na poczekalnię dla autorów i innych osób pragnących spotkać się z niższym personelem wydawnictwa, a które na korytarz prowadzący wprost na schody do biur. Przy tych właśnie drzwiach Dalling powitał policję i lekarza, którzy przybyli równocześnie, i w drodze na pierwsze piętro wyjaśnił im sytuację.

U szczytu schodów znajdował się szeroki i głęboki podest, z którego drugi ciąg schodów po lewej prowadził na drugie piętro. Naprzeciw schodów, po drugiej stronie podestu, znajdował się prywatny gabinet pana Stephena Persimmonsa, który zarządzał firmą, odkąd jego ojciec jakieś siedem lat wcześniej przeszedł na emeryturę. Po dwóch stronach podestu otwierał się dość długi, wąski korytarz prowadzący do rozmaitych pokoi, które zajmowali Rackstraw, Mornington, Dalling i inni. Po prawej stronie korytarz kończył się drzwiami do pokoju Plumptona. Część korytarza po lewej, w której pokój Lionela był ostatni na prawo, zamykały schody wiodące do piwnicy. Po drodze schody te jednak mijały boczne drzwi, które wychodziły na krótki zadaszony zaułek, biegnący wzdłuż ślepej ściany i łączący ulicę od frontu budynku z drugą, na jego tyłach. Nie było zatem trudno uzyskać dostęp do pokoju Lionela w celu, jak uprzejmie zauważył inspektor w rozmowie z Morningtonem, „bycia uduszonym”.

Denat został bowiem – co stało się oczywiste, gdy policjanci wyciągnęli zwłoki spod biurka – zamordowany właśnie w ten sposób. Lionel, posłuszny oficjalnej prośbie policjanta o zidentyfikowanie zwłok, rzucił pospieszne spojrzenie na fioletową twarz i wybałuszone oczy, wykrztusił, że nie ma pojęcia, kto to jest, i zrejterował. Mornington z refleksyjnym, a Dallington z ciekawskim zainteresowaniem po kolei przyglądali się nieznajomemu i zaprzeczyli jakiejkolwiek wiedzy na jego temat. Był to dość niski mężczyzna, w zwykłym, niezbyt czystym ubraniu, jakie nosili przedstawiciele niższej klasy średniej; jego melonik został wgnieciony pod biurko, w kieszeniach nie miał nic poza tanim zegarkiem, kilkoma miedziakami i paroma srebrnymi monetami – papierów nie znaleziono przy nim żadnych. Wokół szyi zaciśnięty miał kawałek porządnego sznura, który mocno wrzynał się w ciało.

Tyle usłyszeli pracownicy wydawnictwa, zanim policjantów i ich dalsze działania okryła mgła tajemnicy, a cywile zostali wygnani do sąsiednich pokoi. Niemal równie szybko, drogą telefoniczną czy jakąś inną, nowina o dziwnym odkryciu dotarła na Fleet Street i przez tłum zbierający się przed siedzibą wydawnictwa od chwili, gdy ujrzano wchodzącą do budynku policję, zaczęli przepychać się reporterzy. Oficjalnie przekazano im informację o znalezieniu zwłok, a co do reszty, mogli do woli wybierać spośród krążących w tłumie rozmaitych plotek, od sugestywnych opisów samego morderstwa i kilku różnych rysopisów mordercy aż po doniesienia, że cały personel wydawnictwa został aresztowany, a w piwnicy policja musiała po kostki brodzić we krwi.

Wśród tego zamieszania zjawił się pan Persimmons we własnej osobie, wracający około godziny czwartej ze spotkania Związku Wydawców, i został natychmiast zawłaszczony przez inspektora Colquhouna, który objął nadzór nad śledztwem. Stephen Persimmons był niezbyt wysokim mężczyzną o miłej twarzy, na której z byle powodu pojawiał się wyraz udręczenia i niepokoju. Teraz, kiedy siedział w swoim gabinecie naprzeciw inspektora, miał więcej niż zazwyczaj powodów, by wyglądać na zaniepokojonego. Podobnie jak jego pracownicy, nie potrafił zidentyfikować zwłok. Ale to o pracownikach, a nie o zwłokach, inspektor pragnął zebrać jak najwięcej szczegółów.

– A więc ten Rackstraw… – mówił Colquhoun. – To w jego pokoju znaleziono ciało. Od dawna u pana pracuje?

– Och, od lat – odparł Persimmons – tak jak większość. Wszyscy na tym piętrze i prawie cała reszta. Przeważnie pracują tu dłużej ode mnie. Widzi pan, ja dołączyłem do firmy dopiero trzy lata przed odejściem ojca na emeryturę, to się stało siedem lat temu, plus trzy, w sumie dziesięć.

– I Rackstraw był tu wcześniej?

– O, tak, oczywiście.

– Wie pan o nim coś więcej? – naciskał inspektor. – Zna pan na przykład jego adres?

– Dalling wie wszystko – odpowiedział Persimmons markotnie. – On ma wszystkie dane pracowników. Pamiętam, że Rackstraw parę lat temu się ożenił.

– A co robi w firmie? – pytał dalej Colquhoun.

– Hm, przygotowuje dużą część książek do druku; papier, czcionka, oprawa i tak dalej. Właściwie odpowiada za beletrystykę. Odkąd ojciec odszedł z firmy, przerzuciłem się w dużej mierze na beletrystykę. Dlatego wydawnictwo tak się rozrosło. Mamy dwoje najbardziej dziś rozchwytywanych autorów – panią Clyde i Johna Bastable’a.

– Pani Clyde – zastanowił się inspektor – czy to nie ona napisała Kometę i gwiazdę?

– Właśnie ona. Sprzedaliśmy dziewięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy – potwierdził Persimmons.

– A inne działy?

– No cóż, ojciec wydawał książki, właściwie od tego zaczął, z dziedziny, nazwijmy to, okultyzmu. Mesmeryzm i astrologia, historie wielkich magów i tego rodzaju rzeczy. Nie przynosiło to zbyt wysokich dochodów.

– I pan Rackstraw odpowiada także za to? – spytał Colquhoun.

– Po części – odparł wydawca. – Ale oczywiście w firmie takiej jak nasza obowiązki nie są porozdzielane tak… dokładnie. Mornington na przykład odpowiada za niektóre tytuły. Oczywiście pod moim nadzorem – dodał pospiesznie. – A poza tym zajmuje się dużą częścią promocji, reklamami, rozumie pan. I przygotowuje wywiady.

– Pisze je? – spytał inspektor.

– Nie, oczywiście, że nie – odparł wydawca z oburzeniem. – Czyta i wybiera fragmenty do zacytowania. Pisze! Doprawdy, panie inspektorze!

– A jak długo pan Mornington tu pracuje? – pytał dalej Colquhoun.

– Ach, od lat. Mówiłem panu, że wszyscy pracują tu dłużej ode mnie.

– Jak rozumiem, pan Rackstraw spędził dziś dłuższy czas poza biurem, na obiedzie z jednym z autorów. Zgadza się?

– Sądzę, że tak – powiedział Persimmons. – Jeśli tak mówi…

– Pan  n i e   w i e,  czy był na tym spotkaniu? – spytał Colquhoun. – Nie mówił panu o tym?

– Doprawdy, panie inspektorze – odparł zdenerwowany Persimmons. – Czy myśli pan, że kiedy pracownicy chcą się spotkać z autorem, proszą mnie o godzinę wolnego? Daję im pracę do wykonania, to ją wykonują.

– Sir Giles Tumulty – powiedział inspektor. – Zna go pan?

– Publikujemy jego najnowszą książkę, Historyczne ślady świętych naczyń w folklorze. Wie pan, to odkrywca i kolekcjoner starożytności. Rackstraw miał sporo kłopotu z ilustracjami do jego publikacji, ale powiedział mi wczoraj, że wreszcie się z tym problemem uporał. Tak, to całkiem prawdopodobne, że pojechał się z nim spotkać. Ale może pan spytać Sir Tumulty’ego, prawda?

– Chodzi mi o następującą sprawę – powiedział inspektor. – Jeśli któryś z pańskich ludzi wyjdzie, czy jest coś, co mogłoby kogokolwiek powstrzymać przed wejściem do jego pokoju? Jest wejście frontowe i tylne, oba niestrzeżone.

– W poczekalni jest dziewczyna – zaoponował Persimmons.

– Dziewczyna! – odparł inspektor. – Dziewczyna, która czyta książkę, jeśli nie jest zajęta rozmową. Wielka mi pomoc, nie ma co. Poza tym wzdłuż poczekalni biegnie korytarz prowadzący do schodów. A przy tylnych drzwiach nie ma nikogo.

– No cóż, człowiek się nie spodziewa, że ktoś obcy mógłby ot tak po prostu wejść tu z ulicy – stwierdził markotnie wydawca. – Mam wrażenie, że pracownicy zamykają czasem swoje drzwi na klucz, jeśli muszą gdzieś wyjść i zostawić na wierzchu dużo porozkładanych papierów.

– A klucze pewnie zostawiają w drzwiach? – zauważył sarkastycznie Colquhoun.

– Oczywiście – odpowiedział Persimmons. – Bo przypuśćmy, że ja bym czegoś potrzebował. Poza tym nie chodzi o to, żeby ktoś nie mógł wejść, tylko żeby nie narobił kłopotu i, że tak powiem, wchodząc, zachował ostrożność. Zdarza się to naprawdę rzadko. Poza tym…

Colquhoun przerwał mu w pół zdania.

– Naprawdę nie wiem, o co chodzi ludziom, którzy się domagają rządów fachowców – powiedział. – Od dziecka byłem konserwatystą i im więcej mam do czynienia z biznesem, tym bardziej się w tym utwierdzam. Każdy może tu wejść i nie ma nic, co by go zatrzymało.

– Ale nikt tu nie wchodzi – powiedział Persimmons.

– Jednak tym razem ktoś wszedł – odparł Colquhoun. – Najczęściej zdarzają się rzeczy nieprzewidziane. Czy jest pan człowiekiem religijnym, panie Persimmons?

– No, nie… niezupełnie religijnym – odparł wydawca z wahaniem. – To znaczy nie w nieprzyjemnym znaczeniu tego słowa. Ale co…

– Ja też nie jestem – wpadł mu w słowo inspektor. – Nie za często bywam w kościele. Ale w ciągu ostatnich miesięcy byłem z żoną dwa razy w niedzielę wieczorem na nabożeństwie w jej kościele, u metodystów, i co niezwykłe, panie Persimmons, za każdym razem czytano ten sam kawałek z Biblii. Kończył się słowami: „Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie”2. Wydało mi się to całkiem słusznie skierowane do całego społeczeństwa. „Co wam mówię” – tu chodzi o nas, policjantów – „mówię wszystkim: Czuwajcie”. Gdyby więcej ludzi tego słuchało, byłoby mniej niewyjaśnionych morderstw. No cóż, pójdę się zobaczyć z panem Dallingiem. Dobrego dnia, panie Persimmons.

Rozdział 2WIECZÓR W TRZECH DOMACH

I

Adrian Rackstraw otworzył piekarnik, ostrożnie włożył do środka kurczaka i zamknął drzwiczki. Wrócił do stołu i nagle zdał sobie sprawę, że zapomniał kupić ziemniaki, z którymi kurczak miał być podany. Z okrzykiem wzburzenia chwycił leżący w kącie koszyk, włożył czapkę i ruszył wypełnić nowe zadanie. Przy ogrodowej furtce zastanawiał się chwilę, do którego z dwóch sklepów, w których pani Rackstraw uzupełniała zapasy, powinien się udać, i wybrawszy bliższy, puścił się biegiem w dół ulicy.

– Trzy ziemniaki – powiedział niskim, zdradzającym zdenerwowanie głosem, kiedy znalazł się w sklepie.

– Służę uprzejmie – odparł sprzedawca. – Pięć szylingów proszę.

Adrian zapłacił, włożył ziemniaki do koszyka i ruszył z powrotem do domu. Ale kiedy zatrzymał się na rogu, czekając, aż tramwaje zjadą ze skrzyżowania, jego wzrok przyciągnęła stacja kolejowa po lewej. Przyglądał się jej minutę czy dwie w dużej rozterce, a potem, zmieniwszy zdanie co do ważności kwestii warzyw, wrócił do sklepu, zostawił swój koszyk z poleceniem niezwłocznego dostarczenia ziemniaków do domu i popędził z powrotem na stację. Już z okien pociągu widział mosty i tunele następujące po sobie w podniecającym korowodzie, kiedy lokomotywa, połączona jak trzeba z węglarką i wagonami, pędziła trasą do Brighton. Ale zanim dotarła do miejsca przeznaczenia, matka Adriana, zjawiwszy się z właściwą sobie szybkością, zaczepiła nogą o stację, która poleciała na drugi koniec kuchennej podłogi. Natychmiast jednak zasypała go przeprosinami, więc dał się udobruchać i zostawił pociąg kilka mil przed Brighton, żeby pomóc jej w przygotowaniu obiadu. Usiadła na chwilę na krześle, a on znów pospiesznie zaprotestował:

– Nie siadaj tu, mamo, to mój stół!

– Och, kochanie, tak mi przykro – odrzekła Barbara Rackstraw. – Miałeś coś na nim?

– No, dopiero nakrywałem do obiadu – wyjaśnił Adrian. – Zajrzę, czy kurczak jest gotowy. Tak, wygląda pięknie!

– To miło – zauważyła z roztargnieniem Barbara. – Czy to duży kurczak?

– Nie bardzo duży – stwierdził Adrian. – Wystarczy dla mnie, dla ciebie i dla mojej cioci z Bath.

– Och – powiedziała zaskoczona Barbara. – Przyjechała twoja ciocia z Bath?

– No, może przyjedzie – odpowiedział Adrian. – Mamo, dlaczego ja mam ciocię z Bath?

– Bo pewna dzidzia urosła i została twoją ciocią z Bath, kochanie – powiedziała jego matka. – Efekt niezamierzony, ale na swój sposób zadowalający. Myślisz, że tatuś zje kiełbaski na zimno? Zdaje się, że nic innego nie mamy.

– Ja nie chcę kiełbasek na zimno – odparł prędko Adrian.

– Wiem, aniołku, ale dziś jest dwudziesty siódmy, a wtedy zawsze brakuje pieniędzy – wyjaśniła Barbara. – Ale oto i tata.

1King’s Treshold (1903) – sztuka W.B. Yeatsa, oparta na tradycyjnej irlandzkiej opowieści o pokrzywdzonym przez króla bardzie, który podjął strajk głodowy na progu jego siedziby. O ile nie zaznaczono inaczej wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

2 Mk 13, 37.