Wojna światów - H.G Wells - ebook

Wojna światów ebook

H G Wells

4,3

Opis

Należąca do kanonu literatury światowej Wojna światów jest bodaj najsławniejszą powieścią z gatunku science fiction. Kreujące apokaliptyczną wizję przyszłości dzieło angielskiego pisarza Herberta George'a Wellsa wywarło ogromny wpływ na rozwój literatury fantastycznej. Powieść opisuje inwazję wrogich przybyszów z kosmosu na Ziemię. Marsjanie pragną przejąć wszelką władzę nad ludźmi i przemienić ich w źródło swojego pożywienia. Autor w mistrzowskim stylu opisuje emocjonujący przebieg wydarzeń, a równocześnie w niezwykle głęboki i zaskakująco aktualny sposób ukazuje rożne postawy – zarówno indywidualne, jak i społeczne, w obliczu globalnego zagrożenia zagładą.

Wojna światów jest uważana za jedną z najważniejszych książek XX wieku. Stała się przedmiotem licznych adaptacji filmowych, inspiracją dla wielu dzieł literackich, malarskich, a nawet muzycznych.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 216

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (9 ocen)
5
2
2
0
0

Popularność




Przedmowa

Autor, którego dzieło prezentujemy tutaj w przekładzie, jest bardzo popularnym pisarzem amerykańskim,znanym publiczności naszej z dwóch tłumaczonych już na język polski utworów w „Słowie” i „Kurierze Codziennym”.

H.G. Wells wybrał formę powieści fantastycznej jako ilustrację pewnych tez filozoficznych, społecznych lub ekonomicznych, a opowiadania budzą duże zainteresowanie czytelników amerykańskich i angielskich dzięki bogactwu fantazji pisarza i satyrycznej wymowie, jakich nadaje swoim utworom.

Jeden z angielskich krytyków porównuje rodzaj satyry Wellsa do humoru Swifta. Jest to uwaga niezmiernie trafna; ironia ukryta bywa w jego powieściach równie starannie jak u autora Przygód Guliwera.

* H.G. Wells, chociaż publikował także w USA, był jednak przede wszystkim pisarzem angielskim.

Memu bratu Franciszkowi Wellsowi –

powstanie tej historii zawdzięczam jego idei

„Lecz kto zamieszka te światy, jeżeli są zamieszkanymi?

...Czy my, czy oni są panami świata?...

...Jakże to wszystko stworzone zostało dla człowieka?”

Kepler (cytowany w Anatomii Melancholii*)

*Anatomia Melancholii – XVII-wieczne dzieło Roberta Burtona, książka legenda, tekst wzorcowo bezkompromisowy, który chciał zmieścić w sobie całą dostępną wówczas bibliotekę, opisać melancholijną przypadłość, a także zdiagnozować depresyjną cywilizację.

Księga I

Przybycie mieszkańców Marsa

I

W przeddzień wojny

W ostatnich latach dziewiętnastego wieku nikt z mieszkańców Ziemi nie przypuszczał, że sprawy ludzkie śledzone są uważnie przez inteligencje o wiele bardziej rozwinięte od ludzkich, ale nie mniej śmiertelne jak one. Nikomu nawet nie przyszło na myśl, że podczas gdy ludzie zajęci byli swoimi sprawami, ich działania były obserwowane i analizowane prawie tak uważnie, jak człowiek uzbrojony w mikroskop studiuje i bada tajemnicze mikroorganizmy, które roją się i mnożą w kropli wody. Ludzie z niczym niezakłóconym spokojem poruszali się na powierzchni tego globu, zaprzątnięci swoimi drobnymi zajęciami, przekonani o swoim panowaniu nad materią.

Kolonie pod mikroskopem zapewne czynią to samo. Nikomu na myśl nie przyszło martwić się choćby przez chwilę o to, że starsze światy w kosmosie mogłyby się stać źródłem niebezpieczeństwa dla mieszkańców naszej planety, lub też jeżeli ktoś o nich myślał, to tylko po to, aby czym prędzej oddalić od siebie możliwość istnienia na nich życia. Dobrze przypomnieć sobie niektóre nasze utarte schematy myślowe. Na przykład mieszkańcy Ziemi sądzili, że na Marsie mogą być ludzie, lecz pod każdym względem o wiele bardziej od nas zacofani i gotowi z wdzięcznością przyjąć od nas pierwsze próby ucywilizowania. A jednak w niezmierzonej przestrzeni umysły, które mają się do naszych tak, jak umysł ludzi ma się do umysłu zwierząt, potężne inteligencje, pewne siebie i bezwzględne, przypatrywały się naszej Ziemi zazdrosnym wzrokiem i powoli, i konsekwentnie układały plan działania. Na początku dwudziestego wieku – zaczęło się.

Planeta Mars, jak wiadomo, krąży w odległości stu czterdziestu milionów mil od Słońca, a światło i ciepło, które od niego odbiera, jest o połowę od naszego mniejsze. Jeżeli hipoteza o mgławicach jest jakkolwiek prawdopodobna, Mars jest znacznie starszy od Ziemi i życie na nim rozpoczęło się dawno przed powstaniem naszej planety. Fakt zaś, że jego powierzchnia stanowi zaledwie siódmą część powierzchni Ziemi, sprawił zapewne, iż Mars ostygł o wiele szybciej i życie na nim również wcześniej musiało się rozpocząć. Jest na nim i powietrze, i woda, i wszystko, co jest potrzebne do życia organicznego.

A jednak człowiek okazał się tak próżny i tak zaślepiony swoją próżnością, że żaden z naukowców aż do końca dziewiętnastego wieku nie miał pojęcia, że mogła się tam rozwinąć inteligencja, która daleko prześcignęła granice ziemskiego poznania. Nikt też nie przypuszczał, że ponieważ Mars jest starszy od Ziemi i leży dalej od Słońca, to naturalne jest też, że musi być dalej od początków życia, a bliżej jego końca.

Wiekowe zastyganie, które kiedyś ogarnie także naszą planetę, tam zaszło już bardzo daleko. Fizyczny stan Marsa jest nam jeszcze bardzo mało znany, lecz wiemy już, że nawet pod równikiem jego południowa temperatura równa się naszej najtęższej zimie. Powietrze tam jest rzadsze niż nasze, oceany skurczyły się do tego stopnia, że zajmują zaledwie jedną trzecią całej powierzchni, a w miarę powolnego zmieniania się pór roku olbrzymie czapy śniegowe zbierają się u północnego i południowego bieguna lub topniejąc, zalewają strefy umiarkowane. Ten ostateczny stopień wyczerpania, który dla nas jest jeszcze nieprawdopodobnie daleki, stał się kwestią jednego dnia dla mieszkańców Marsa. Bezpośredni nacisk konieczności zaostrzył ich umysły, wytężył siły i zahartował serca, a patrząc w przestrzeń przez przyrządy, o jakich się nam nie śniło, z pomocą wyższej niż nasza inteligencji widzą w najbliższej od siebie odległości tylko o trzydzieści pięć milionów mil w kierunku Słońca jutrzenkę nadziei, naszą cieplejszą planetę zieleniącą się roślinnością i srebrzącą się wodą, spowitą w atmosferę chmur, wymownie świadczącą o jej urodzajności, z przebłyskującymi czasem w przerwach chmur widokami gęsto zaludnionych krajów i pokrytych okrętami mórz.

A my, ludzie, stworzenia, które tę Ziemię zamieszkują, musimy wydawać się im przynajmniej tak obcy, nieprzyjaźni i dzicy, jak są nimi małpy i lemury dla nas. Inteligentna połowa ludzkości przyznaje już, że życie jest nieustanną walką o byt i zdaje się, że tak również myślą mieszkańcy Marsa. Ich świat ostygł już bardzo, nasz zaś jeszcze drga życiem, lecz zaludniony jest tylko przez istoty, które oni uważają za nieskończenie niższe od siebie. Jedyną ucieczką przed zagładą, która z pokolenia na pokolenie coraz bardziej staje się realna, jest dla nich przenieść tę walkę w kierunku bliżej Słońca.

Zanim więc zbyt surowo ich osądzimy, przypomnijmy sobie, jak nasz ród ludzki niemiłosiernie i całkowicie wytępił nie tylko niektóre gatunki zwierząt, takie jak bizon czy dodo, lecz także niektóre rasy ludzi.

Tasmańczycy, pomimo swego podobieństwa do człowieka, całkowicie zniknęli z powierzchni ziemi w eksterminacyjnej walce prowadzonej z nimi przez europejskich przybyszów, w ciągu jakichś pięćdziesięciu lat. Czy jesteśmy więc my takimi apostołami miłosierdzia, aby mieć prawo uskarżać się, że mieszkańcy Marsa walczyli w tym samym duchu?

Istoty te z zadziwiającą dokładnością obliczyły swoje przybycie na Ziemię i wykonały je z wielką precyzją – co pozwala się domyślać, że naukowymi obliczeniami o wiele nas wyprzedziły. Przygotowania do tego wydarzenia przeprowadzili, zdaje się, prawie jednomyślnie. Gdybyśmy posiadali odpowiednie instrumenty optyczne, zauważylibyśmy grożące nam niebezpieczeństwo już w połowie dziewiętnastego wieku. Wprawdzie ludzie tacy jak Schiaparelli1 obserwowali Czerwoną Planetę (co ciekawe, od wieków Mars uważany był za gwiazdę wojny), lecz nie umieli wyjaśnić fluktuacji i plam, które na jego mapach zaznaczono. Tymczasem przez cały ten czas Marsjanie szykowali się do inwazji.

Podczas opozycji w 1894 roku zauważono duże światło na jasnej stronie tarczy Marsa najpierw w obserwatorium w Lick, następnie dostrzegł je Perrotin2 w Nicei, a wreszcie wielu innych obserwatorów. Anglicy przeczytali o tym pierwszy raz w numerze pisma „Nature” 2 sierpnia. Przypuszczam, że zjawisko to musiało właśnie być odlewaniem olbrzymiego działa, wielką przepaścią utworzoną w samej planecie, przepaścią, z której wymierzyli przeciw nam strzały. Podczas dwóch następnych opozycji zauważono obok miejsca wybuchu jakieś niespotykane plamy, których natury nie potrafiono wyjaśnić.

Burza rozpętała się jednak nad naszymi głowami dopiero sześć lat temu. Mars miał stanąć w opozycji. Astronom Lavelle3 z Jawy telegrafował nieustannie o olbrzymim wybuchu gazów świetlnych na wspomnianej planecie. Zdarzyło się to około północy 12 sierpnia, a spektroskop, którym Lavelle natychmiast zaczął obserwację, wskazywał wielką masę palących się gazów, głównie wodoru, poruszających się z zadziwiającą szybkością w kierunku Ziemi.

Ten słup światła znikł mniej więcej kwadrans po dwunastej. Lavelle porównywał go do olbrzymiego płomienia, który wybuchł i oddzielił się nagle od planety „na kształt palącego się gazu, który wybucha z armaty”.

Zdanie to okazało się później zadziwiająco trafne. Mimo to w gazetach następnego dnia nie było na ten temat żadnej wzmianki, prócz małej notki w „Daily Telegraph”. Życie toczyło się dalej, nieświadome jednego z największych niebezpieczeństw, jakie kiedykolwiek groziło rodzajowi ludzkiemu.

Jeśli o mnie chodzi, mogłem nawet wcale nie wiedzieć o wybuchu na Marsie, gdyby nie to, że spotkałem Ogilvy’ego, znanego astronoma z Ottershaw, który był dnia tego nadzwyczaj poruszony i poprosił mnie, żebym tej nocy wraz z nim obserwował Czerwoną Planetę.

Pomimo tego, co się potem stało, pamiętam tę noc doskonale. Ciemne, pełne nocnych cieniów obserwatorium, przyćmiona lampa rzucająca słabe światło na podłogę, stałe tykanie przyrządu zegarowego w teleskopie i wąska szpara w sklepieniu odkrywająca łukowatą głębię usianą gwiazdami. Ogilvy’ego nie widziałem, słyszałem tylko jego ruchy. Przez teleskop widać było modry łuk i małą okrągłą planetę pływającą w przestrzeni. Zdawała się taką odrobiną, jasną, małą i cichą, lekko prążkowaną poprzecznymi pasami i nieco spłaszczoną przy biegunach. Taka niepozorna, srebrno połyskująca niby świecący się łebek szpilki! Wydawało się, że trochę drga, ale było to tylko wrażenie spowodowane niewielkim ruchem zegarowego teleskopu, który utrzymywał planetę wciąż na widoku.

Kiedy się przyglądałem, mała gwiazda zdawała się to większa, to mniejsza, to bliższa, to znów dalsza, ale to tylko skutek zmęczenia oka. Czterdzieści milionów mil od nas – więcej niż czterdzieści milionów mil próżni. Mało kto może sobie wyobrazić tę niezmierzoną przestrzeń, w której unosi się kosmiczny pył wszechświata.

Niedaleko Marsa, w przestrzeni objętej teleskopem, znajdowały się trzy małe punkty świetlne, trzy teleskopowe gwiazdki nieskończenie dalekie, a wokół niezgłębiona ciemność pustki. Wiecie, jak ta ciemność wygląda w gwiaździstą zimową noc. W teleskopie wydaje się jeszcze głębsza, a z niej niewidzialne dla mnie, dalekie i małe, lecące szybko i stale przez tę niepojętą przestrzeń, zbliżające się co minuta coraz bliżej i bliżej o tysiące mil, posuwało się ku mnie owo Coś, co ku nam wysłano, Coś, co miało sprowadzić na Ziemię tyle nieszczęść i śmierci. Wtedy nie myślałem nawet o istnieniu czegoś podobnego, nikomu nie śniło się nawet o tym niezmiernie celnym, a groźnym wysłańcu.

Tej nocy również dał się zauważyć drugi wybuch gazów z dalekiej planety. Widziałem go, kiedy zegar wybił północ. Był to czerwonawy błysk, małe nabrzmienie świetlnej powierzchni, o czym natychmiast zawiadomiłem Ogilvy’ego, a on zajął moje miejsce przy teleskopie. Noc była ciepła, chciało mi się pić, poszedłem więc po wodę, niezręcznie wyciągając trochę zdrętwiałe nogi, podczas kiedy Ogilvy wydawał okrzyki podziwu nad obserwowanym strumieniem gazu, który się do nas zbliżał.

Tej samej nocy drugi niewidzialny pocisk wyruszył z Marsa w kierunku Ziemi sekundę przed upływem dwudziestu czterech godzin po pierwszym. Przypominam sobie,jak siedziałem tam w ciemności, a przed oczami latały mi zielone i czerwone płatki. Żałowałem, że nie mogę zapalić papierosa, nie domyślając się, jakie znaczenie miało nikłe światełko, które przed chwilą obserwowałem, i co ono niebawem przyniesie. Ogilvy prowadził obserwacje do pierwszej, potem wstał, zapalił lampę i przeszliśmy do jego mieszkania. Tam, niżej, pod nami leżało Ottershaw i Chertsey, a w nich setki spokojnie śpiących ludzi.

Tego dnia Ogilvy snuł najróżniejsze domysły co do stanu Marsa i drwił z pospolitego przekonania, że na Czerwonej Planecie żyją jakieś istoty, które wysyłają nam niezrozumiałe znaki. Przypuszczał, że to deszcz meteorytów spadł na Czerwoną Planetę lub odbywał się tam jakiś olbrzymi wulkaniczny wybuch. Przekonywał mnie, jak dalece niemożliwe byłoby, by jakiś organiczny rozwój przybrał ten sam kierunek na dwóch sąsiednich planetach.

– Prawdopodobieństwo czegokolwiek zbliżonego do organizmów ludzkich na Marsie ma się jak milion do jednego – rzekł.

Setki obserwatorów widziało tej i następnych nocy płomień, lecz dlaczego wybuchy ustały za dziesiątym razem – nikt wytłumaczyć nie potrafił. Być może gazy wydzielające się przy strzelaniu niepokoiły mieszkańców Marsa; gęste chmury dymu czy pyłu, dające się obserwować przez nader potężny teleskop, zaciemniły zwykle jasną atmosferę planety i przysłoniły jej dobrze znane kształty.

Wreszcie nawet dzienniki przebudziły się z uśpienia i artykuły o wulkanach na Marsie zaczęły się pojawiać tu i ówdzie. Humorystyczne czasopismo „Punch” wykorzystało dość trafnie tę informację, o ile sobie przypominam, w jakiejś politycznej karykaturze, a tymczasem bez niczyjej wiedzy zbliżały się w naszą stronę pociski, które Marsjanie w nas wymierzyli, pociski biegnące z szybkością wielu mil na sekundę poprzez pustą przepaść przestrzeni, godzina po godzinie, dzień po dniu, coraz bliżej i bliżej. Dziś wydaje mi się to prawie nierealne, że ludzie mogli wówczas spokojnie zajmować się swoimi sprawami z tym mieczem Damoklesa wiszącym nad ich głowami. Przypominam sobie, jak wesoły był mój znajomy Markham i jak się cieszył, że udało mu się zrobić nowe zdjęcie planety dla jednego z ilustrowanych magazynów, które wtedy wydawał. Ludzie naszych czasów nie mają nawet przybliżonego pojęcia o obfitości i przedsiębiorczości pism periodycznych dziewiętnastego wieku. Co do mnie, to byłem w tym czasie bardzo zajęty nauką jazdy na rowerze i pisaniem całej serii artykułów o prawdopodobnym rozwoju pojęć moralnych w miarę postępu cywilizacji.

Pewnego wieczora (kiedy pierwszy pocisk wyrzucony z Marsa mógł być już od nas w odległości jakichś 10 milionów mil) wyszedłem z żoną na spacer. Noc była gwiaździsta, objaśniałem ukochanej znaki zodiaku i wskazałem Marsa, mały punkt w kierunku zenitu, w stronę którego w danej chwili było skierowanych wiele teleskopów. Wieczór był bardzo ciepły. Koło nas przeszła jakaś powracająca do domu gromadka majówkowiczów z muzyką i śpiewami na ustach, w oknach sąsiednich domów powoli gasły światła, od strony kolei żelaznej dochodziły odgłosy przestawianych na inne tory pociągów, a żona zwracała mi uwagę na czerwone i zielone światła stacji, odbijające się na ciemnym tle nieba. Dokoła panowały cisza i spokój.

II

Spadająca gwiazda

Wreszcie nadeszła noc, kiedy spadła pierwsza gwiazda. Spostrzeżono ją nad ranem, przelatującą w kierunku wschodnim ponad Winchester jako smugę światła unoszącą się wysoko w atmosferze. Setki ludzi musiały widzieć to zjawisko i brały je zapewne za zwykłą spadającą gwiazdę. Albin mówił, że zostawiała za sobą zielonawy odbłysk, który świecił jeszcze parę sekund po jej przejściu, a Denning, nasz największy autorytet w kwestii meteorytów, utrzymywał, że wysokość, na której ją najpierw zauważono, wynosiła około dziewięćdziesięciu do stu mil. Sądził też, że musiała spaść jakieś sto mil dalej na wschód.

W tym czasie byłem w domu i pisałem, a chociaż okna mojego gabinetu mają widok na Ottershaw i wówczas jeszcze lubiłem trzymać je otwarte, by spoglądać na wieczorne niebo, jednak nic nie widziałem. Że też najdziwniejsze ze wszystkich zjawisk, widzianych kiedykolwiek na Ziemi, musiało ukazać się właśnie w owej chwili! I ujrzałbym je, gdybym tylko oderwał wzrok od pracy. Niektórzy mówili potem, że lecąc, gwiazda wydawała rodzaj syku, lecz ja tego nie słyszałem. Wiele osób w Berkshire, Surrey i Middlesex musiało ją widzieć i wziąć za kolejny meteoryt. Nikomu nawet na myśl nie przyszło szukać jej jeszcze tej samej nocy na Ziemi.

Nad samym ranem jednak poczciwy Ogilvy, który widział lecącą gwiazdę i był pewny, że nowy meteoryt leży gdzieś na polach pomiędzy Horsell, Ottershaw i Woking, wstał pospiesznie, aby go odszukać. Znalazł go zaraz o świcie niedaleko od kopalni piasku. Zaostrzony koniec znalezionej materii wyorał olbrzymią jamę, szeroko rozrzucając piasek i żwir na otaczające wrzosowiska i tworząc pagórki widoczne już z odległości ponad sześciu stóp. Wrzosy paliły się po stronie wschodniej, a wąski pasek dymu unosił się na horyzoncie.

Sam przedmiot leżał prawie cały zagrzebany w piasku pośród drzazg i odłamków świerku, który spadając, roztrzaskał. Jego część wystająca ponad powierzchnię miała kształt olbrzymiego cylindra pokrytego warstwą jakiejś brunatnej rdzy czy czegoś podobnego, a jego średnica wynosiła około dziewięćdziesięciu stóp. Ogilvy zbliżył się do leżącej przed nim masy, zdziwiony jej wielkością i kształtem, bo prawie wszystkie meteoryty są mniej więcej zaokrąglone. Była jeszcze tak rozgrzana wskutek tarcia, że niepodobna było się do niej przysunąć. Jakiś stały odgłos w jej wnętrzu uczony przypisywał procesowi nierównego stygnięcia powierzchni – bo wówczas jeszcze wcale mu nie przyszło na myśl, że ten przedmiot mógł być wewnątrz pusty.

Stanął na brzegu zagłębienia, które to szczególne ciało wyżłobiło, i przypatrywał się jego dziwnym kształtom i barwie, trochę już przeczuwając nawet pewną celowość tego zjawiska. Ranek był bardzo ciepły i spokojny, słońce złociło brzegi lasu w Weybridge, nie słychać było ani ptaków, ani najlżejszego szmeru, tylko koniec cylindra zaczynał się powoli obracać naokoło swej osi. Działo się to bardzo wolno, a ruch można było zauważyć jedynie w ten sposób, że pewien czarny punkt, który Ogilvy widział początkowo obok swoich stóp, znalazł się niebawem nad jego głową. Nawet wówczas jeszcze nie rozumiał dokładnie, co to mogło znaczyć. Nagle usłyszał jakiś stłumiony odgłos zgrzytu i spostrzegł, że ów czarny punkt wysunął się o parę cali naprzód. Wtedy jak błyskawica przebiegła mu przez głowę myśl: Cylinder jest sztuczny – pustym wewnątrz – z odkręcającym się końcem! A coś od środka otwiera jego pokrywę!

– Na Boga! – zawołał Ogilvy. – Tam jest człowiek – wewnątrz są ludzie! Na wpół uduszeni! Próbują wyjść!

I jednocześnie połączył to w głowie z ową błyskawicą, jaką obserwował na Marsie.

Myśl o zamkniętej tam istocie wydała mu się teraz tak nieznośna, że pomimo gorąca zbliżył się do cylindra, by pomóc go kręcić. Na szczęście lekkie promieniowanie ostrzegło go dość wcześnie, zanim przyłożył rękę do rozpalonego metalu. Potem stał przez chwilę niezdecydowany, aż wreszcie zerwał się i zaczął szybko biec ku Woking. Musiała być wtedy szósta rano. Spotkał jakiegoś woźnicę i usiłował mu o wszystkim opowiedzieć, ale jego zachowanie i wygląd (kapelusz zostawił w dole) były tak dziwne, że spotkany mężczyzna zaciął konie i pojechał dalej. To samo spotkało go u oberżysty, który właśnie otwierał swój sklep na Horsell Bridge. Człowiek ten wziął go za zbiegłego wariata i próbował nawet zamknąć go chwilowo w karczmie. To otrzeźwiło trochę biednego Ogilvy’ego, aż wreszcie spostrzegł Hendersona, londyńskiego dziennikarza pracującego w swoim ogrodzie, i zawołał do niego przez parkan, chcąc poinformować go, co się stało.

– Henderson, widziałeś tę spadającą gwiazdę wczorajszego wieczora?

– Bo co? – odparł Henderson.

– Leży tam, na błoniach Horsell.

– No, no! – rzekł Henderson. – Aerolit! To dobrze.

– Ale to coś więcej niż meteoryt. To cylinder – sztuczny cylinder, człowieku! A w środku coś się porusza!

Henderson stanął jak wryty ze szpadlem w ręku.

– Co takiego? – spytał, bo trochę nie dosłyszał.

Ogilvy opowiedział mu wszystko, co widział. Henderson pomyślał chwilę, potem rzucił szpadel, włożył marynarkę i wyszedł na drogę. Obaj wrócili natychmiast na błonia i znaleźli cylinder leżący wciąż w tej samej pozycji. Powietrze wydostawało się czy też wchodziło przez szparę otworu, wydając lekki syczący odgłos.

Nasłuchiwali, stukali laskami w spopieloną łuskę, lecz nie mając żadnej odpowiedzi, sądzili, że człowiek czy też ludzie znajdujący się wewnątrz muszą być nieprzytomni lub nieżywi.

Oczywiście nic nie mogli zrobić. Krzyczeli tylko z całych sił, usiłując dodać odwagi uwięzionym, obiecując szybką pomoc, po czym wrócili do miasta. Można sobie wyobrazić, jakie sprawiali wrażenie – podnieceni, ubrudzeni piaskiem, z ubraniem w nieładzie, biegnący środkiem ulicy właśnie w chwili, kiedy otwierano sklepy, a ludzie podnosili rolety w oknach swoich sypialni. Henderson pobiegł natychmiast do telegrafu, by przesłać wiadomość do Londynu. Artykuły w gazetach przygotowały już umysły ogółu do tego, co się wydarzyło.

Około ósmej znaczna liczba chłopców i niemających zajęcia ludzi wyruszyła na błonia, aby zobaczyć „nieżywych ludzi z Marsa”. Taką bowiem formę przybrało całe opowiadanie. Najpierw usłyszałem to od chłopca przynoszącego mi gazetę mniej więcej kwadrans po ósmej, kiedy posłałem po „Daily Chronicle”. Byłem, ma się rozumieć, bardzo zdziwiony i natychmiast poszedłem do kopalni piasku przez most Ottershaw.

III

Na błoniach Horsell

Stała tam gromada około czterdziestu ludzi otaczających wielką jamę, w której leżał cylinder. Trawa i żwir naokoło powyrywane były jakby pod wpływem nagłej eksplozji. Hendersona i Ogilvy’ego nie było. Zapewne widząc, że na razie nie było nic do zrobienia, poszli razem na śniadanie.

Kilku chłopców siedziało na skraju dołu, kiwając nogami i bawiąc się. Dopóki ich nie powstrzymałem, rzucali kamykami w olbrzymią masę. Pomiędzy przypatrującymi się ludźmi zauważyłem dwóch rowerzystów, jakiegoś ogrodnika, rzeźnika Gregga z synkiem i kilku innych gapiów i próżniaków, których widywałem zazwyczaj około stacji kolei żelaznej. Komentowano bardzo mało, bo wówczas bardzo niewielu ludzi w Anglii miało jako taką wiedzę astronomiczną. Większość obecnych wpatrywała się bezmyślnie w szeroki, podobny do okrągłego stołu koniec cylindra, który wciąż jeszcze znajdował się w tej samej pozycji, w jakiej go zostawili Henderson i Ogilvy. Prawie wszyscy spodziewali się zapewne ujrzeć stos zwęglonych ciał i dlatego z pewnym rozczarowaniem patrzyli na tę nieruchomą masę. Niektórzy, w czasie gdy tam byłem, odeszli, inni dopiero przychodzili. Zszedłem w dół i zdawało mi się, że czuję jakiś ruch pod stopami. Wierzchnia część cylindra przestała się obracać.

Dopiero z bliska cała dziwaczność tego niezwykłego przedmiotu objawiła mi się w całości. Na pierwszy rzut oka podobne to było do przewróconego powozu lub pnia leżącego w poprzek drogi, albo raczej do zardzewiałej rury gazowej na wpół zakopanej w ziemi. Trzeba było pewnego naukowego wykształcenia, by zauważyć, że materia, którą cylinder był pokryty, nie była zwykłym oksydem, i że żółtobiały metal prześwitujący w szparze pomiędzy pokrywą a cylindrem miał niezwykły kolor.

Wyraz „nadziemski” nie miał znaczenia dla większości zgromadzonych tam widzów.

Byłem wówczas pewny, że przedmiot ten pochodzi z Marsa, lecz bardzo wątpiłem, by w jego wnętrzu znajdowały się żyjące istoty. Myślałem, że otwieranie odbywa się automatycznie. Mimo tego, co mówił Ogilvy, wciąż jeszcze wierzyłem, że na Marsie mogą być ludzie, a moja myśl galopowała już naprzód, wyobrażając sobie, że cylinder może zawierać jakieś spisane informacje, i jakie trudności powstaną z przetłumaczeniem i zrozumieniem ich. Jednak był on stanowczo na to za duży. Chciałbym, żeby był już otwarty. Około jedenastej, pełen tego rodzaju myśli, poszedłem do mojego domu na Maybury, lecz trudno mi się już było zabrać dnia tego do pracy.

Po południu wygląd błoni znacznie się zmienił, a wczesne wydania wieczornych gazet poruszyły cały Londyn wielkimi nagłówkami:

Wiadomości otrzymane z Marsa

Dziwne zdarzenie w Woking

I tym podobnymi.

W dodatku telegram Ogilvy’ego do centralnej stacji astronomicznej wprawił w ruch wszystkie obserwatoria w całym Zjednoczonym Królestwie.

Kilka dorożek ze stacji w Woking stało na drodze do kopalni piasku, znajdował się tam też jakiś kabriolet z Chobdam, wspaniały arystokratyczny powóz, a oprócz tego mnóstwo rowerów. Wiele osób przyszło po prostu pieszo z Woking i Chertsey. Zebrał się pokaźny tłum, wśród którego jaskrawo wybijało parę jasnych damskich kostiumów.

Było przeraźliwe gorąco, ani jednego podmuchu powietrza, a jedyny cień rzucało kilka rozproszonych sosen. Palące się wrzosowisko ugaszono, lecz znaczna płaszczyzna w stronę Ottershaw była jak okiem sięgnąć sczerniała.

Jakiś przedsiębiorczy sprzedawca z Chobham Road przysłał nawet swojego syna z wózkiem zielonych jabłek i wina imbirowego.

Zbliżywszy się do dołu, spostrzegłem w nim kilka osób: Hendersona, Ogilvy’ego i jakiegoś wysokiego blondyna, którym – jak się potem przekonałem – był Stent, nadworny astronom Jego Królewskiej Mości, oraz kilku robotników. Stent wydawał rozkazy donośnym głosem, stojąc na cylindrze, który teraz musiał być znacznie chłodniejszy. Twarz miał czerwoną, pot spływał po niej kroplami – coś widocznie mocno go zirytowało.

Większą część cylindra już odkopano, choć dolny jego koniec wciąż jeszcze tkwił zaryty w ziemi. Jak tylko Ogilvy zobaczył mnie przypatrującego się wśród tłumu nad brzegiem dołu, zaraz zawołał, bym zszedł, i spytał, czy nie zechciałbym przejść się do lorda Hiltona, właściciela gruntów, na których się znajdowaliśmy.

Zwiększające się wciąż tłumy stawały się coraz poważniejszą przeszkodą w odkopywaniu cylindra, a najbardziej dawali się we znaki mali chłopcy. Trzeba było zrobić jakiś rodzaj ogrodzenia, by powstrzymać gęstniejący tłumu. Ogilvy mówił też, że słychać jeszcze od czasu do czasu lekki odgłos jakiegoś ruchu wewnątrz cylindra, lecz robotnicy nie mogli odkręcić wierzchu, ponieważ na zewnątrz nie ma za co chwycić. Rura musi być nadzwyczaj gruba i to, co wydaje się nam zaledwie dosłyszalnym szmerem, może być wewnątrz porządnym hałasem.

Byłem bardzo zadowolony z wydanego mi polecenia, ponieważ dzięki temu stałem się jednym z uprzywilejowanych widzów. Lorda Hiltona nie zastałem w domu. Powiedziano mi, że spodziewają się go o szóstej po południu, a ponieważ było dopiero około piątej, wstąpiłem jeszcze do domu i napiłem się herbaty. Dopiero wtedy wyszedłem mu na spotkanie, kierując się w stronę stacji.

IV

Cylinder się otwiera

Kiedy wróciłem na błonia, słońce już zachodziło. Pojedyncze gromadki ludzi nadciągały z Woking, inne wracały do domu. Tłum wokół otworu zwiększył się jeszcze i zarysowywał się ciemną plamą na żółtym tle widnokręgu – zgromadziło się tam jakieś parę setek ludzi.

Słychać było podniesione głosy i coś na kształt walki czy sprzeczki. Różne dziwaczne myśli przelatywały mi przez głowę. Gdy się zbliżyłem, usłyszałem głos Stenta:

– Na bok, na bok!

Jakiś chłopak przebiegł mi drogę.

– Rusza się! – zawołał – odkręca się coraz bardziej! To coś źle wygląda, idę do domu.

Podszedłem bliżej. Było tam naprawdę chyba dwieście do trzystu osób, popychających się wzajemnie, a pomiędzy walczącymi o lepsze miejsce było też kilka kobiet.

– Wpadł do dołu! – zawołał ktoś z tłumu.

– Na bok! – wołano ze wszystkich stron.

Tłum się zachwiał, a ja przepychając się łokciami, przedostałem się do przodu. Wszyscy byli bardzo poruszeni. Z otworu dochodziło jakieś dziwne brzęczenie.

– Pomóż tam powstrzymać trochę ten tłum. Nie wiemy przecież, co tam w tym przeklętym przedmiocie może być!

Spostrzegłem jakiegoś człowieka, sprzedawcę z Woking, który stojąc na cylindrze, usiłował wydostać się na brzeg otworu, lecz tłum wepchnął go tam z powrotem.

Koniec cylindra wciąż się odkręcał, widać już było prawie dwie stopy świecącego gwintu. Obróciłem się i wtedy śruba musiała wyjść cała, a pokrywa cylindra spadła z brzękiem na ziemię. Wpakowałem komuś w bok łokieć, obróciłem się znowu twarzą do tajemniczego przedmiotu, którego otwór świecił teraz przez jakiś czas ciemną pustką. Zachodzące słońce oślepiało mnie, świecąc mi prosto w oczy.

Myślę, że wszyscy spodziewali się ujrzeć wychodzącego stamtąd człowieka. Trochę może innego od nas, synów Ziemi, lecz w każdym razie człowieka. Ja przynajmniej miałem taką nadzieję. Lecz, o dziwo, ujrzałem niebawem coś szarego, falistego, jedno nad drugim, a potem dwie świecące tarcze podobne do oczu. Potem coś podobnego do małego szarego węża grubości zwykłej laski zwinęło się, zakręciło w powietrzu...

Zrobiło mi się zimno. Jakaś kobieta za nami przeraźliwie krzyknęła. Odwróciłem się, nie spuszczając z oczu cylindra, z którego wydobywało się coraz więcej owych płazów. Zacząłem się cofać, widząc na twarzach obecnych zdziwienie zamieniające się w przerażenie. Wkoło słychać było stłumione okrzyki, wszyscy się cofali, wspomniany sprzedawca wciąż jeszcze usiłował wydostać się z dołu. Nagle zobaczyłem, że zostałem sam. Ludzie z przeciwległej strony uciekali, a Stent wśród nich. Spojrzałem znów na cylinder i opanował mnie niepohamowany strach. Wrosłem w ziemię i wytrzeszczyłem oczy.

Duże, szare okrągławe ciało wielkości niedźwiedzia dźwigało się z trudnością z wnętrza cylindra. Wysunęło się na tyle, by padły na niego promienie światła, zmieniło kolor i lśniło jak mokra skóra. Dwoje wielkich, ciemnych oczu wpatrywało się we mnie. Stworzenie było okrągławe i miało coś podobnego do twarzy. Pod oczami znajdowały się usta bez warg, z których ciekła ślina. Ciało podnosiło się i dyszało konwulsyjnie. Jedna długa wężowata narośl chwytała za brzeg cylindra, druga poruszała się w powietrzu.