Władza i sława - Kimberly Lang - ebook
Opis

Działaczka na rzecz ochrony środowiska Aspyn Breedlove podczas demonstracji zostaje przykuta kajdankami do Brady’ego Marshalla. Ma to zmusić Brady’ego, syna senatora organizującego kampanię wyborczą, aby wysłuchał jej postulatów. W mediach aż huczy o tym wydarzeniu. Marshall postanawia wykorzystać sensację i zatrudnia Aspyn do pracy przy kampanii. Aspyn wierzy, że teraz naprawdę będzie mogła coś zdziałać w słusznej sprawie. Nie podejrzewa, jakie cele przyświecają Brady’emu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kimberly Lang

Władza i sława

Tłumaczenie: Katarzyna Berger-Kuźniar

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Niech żyje rewolucja! Znów to samo!

Brady Marshall zerknął znad wysyłanego esemesa i zobaczył szefa kancelarii ojca śledzącego przez okno przebieg zdarzeń na Constitution Avenue.

– Co tym razem?

– Protest. Ale przynajmniej niewielki. Może z pięćdziesiąt osób. – Natan pokręcił głową. – Czy oni naprawdę nie mają nic lepszego do roboty w piątek rano?

Natan był pesymistą, ofiarą zbyt wielu lat spędzonych w polityce. Sprawdzał się jako szef sztabu, biuro senatora funkcjonowało bez większych zarzutów, ale dawno już stracił serce do tego, co robił. Po tych wyborach Brady będzie musiał się zdobyć na rozmowę z ojcem o konieczności „dopuszczenia świeżej krwi”.

– Może potraktowali na serio pogadankę na WOS-ie o potrzebie angażowania się obywateli i postanowili właśnie w ten piękny jesienny dzień skorzystać z przysługujących im praw i okazać niezadowolenie wywołane… – wieloma rzeczami, pomyślał. – Przeciw czemu właściwie protestują?

– Czy to ważne?

– Owszem. – Brady również podszedł do okna. Nie słyszał okrzyków, ale widział autentyczne ożywienie demonstrantów. – Jeśli mam przyjąć wyzwanie, to wolałbym wiedzieć, czy są wzburzeni z powodów politycznych, czy może nie podobają im się moje buty.

– Czemu miałbyś tam iść?

– Tak się składa, że mam spotkanie dokładnie po przeciwnej stronie ulicy.

Natan sięgnął do biurka po małą lornetkę i zaczął uważnie śledzić protestujących.

– Nie jestem pewien, ale sądząc po oznakowaniu obstawiam, że to nawiedzeni ekolodzy.

– Trzymasz w szufladzie lornetkę?

Natan wzruszył ramionami.

– A co? Nie przydaje się czasem?

Brady nie wiedział i nie chciał wiedzieć. W tym wypadku ignorancja mogła się okazać zbawienna.

– To jest tak: senator musi zapanować nad tym wszystkim przed środowym spotkaniem z nowym konsultantem. Oczywiście, jeśli chce się zaangażować. Jeśli nie, to ja się tym zajmę.

Chociaż po raz pierwszy oficjalnie stał na czele kampanii, wydawało mu się, że całe życie zajmował się ich prowadzeniem. Nie lubił codziennej politycznej harówki i nieważne, co spekulowano – sam nie zamierzał się ubiegać o fotel senatora pomimo czterdziestoletniej tradycji rodzinnej. Ale kampanie… to było co innego. To się nazywało wyzwanie!

Brady wyszedł z gabinetu. Minął resztę pomieszczeń biurowych, w których uwijał się personel i stażyści senatora. Pod recepcją parę osób czekało na wyznaczone spotkania. Wszyscy przypatrywali się młodej kobiecie prowadzącej ożywioną dyskusję z recepcjonistką.

– Proszę pani, nie była pani umówiona! – Ton Louise cechowała cierpliwość, chęć pomocy i niewzruszony profesjonalizm.

– Wiem i właśnie dlatego tak bardzo chciałabym się umówić. Jestem do dyspozycji pana senatora.

Dziewczyna musiała chyba występować w swojej roli po raz pierwszy. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że nie ma najmniejszej szansy na rozmowę bezpośrednio z samym senatorem. Nie rozumiała też, że w stroju, w którym przyszła, nie zostanie przez nikogo potraktowana poważnie. Obcisły podkoszulek, rozkloszowana spódnica, egzotycznie wyglądająca biżuteria, burza ciemnych loków uwięziona w wielobarwnej elastycznej opasce… Brady mógł się założyć, że należała do protestujących na zewnątrz ekologów. Ale jeśli komuś miał służyć wygląd hipiski, ta kobieta była do niego stworzona. Delikatnej budowy, ale nie wątła, o bardzo eleganckich rysach. Zdrowa, apetyczna, świeża, aż po czubki klapek Birkenstock, które miała na nogach.

Bransoletki na jej przedramieniu podzwaniały rytmicznie, gdy wtórowała sobie gestem, wygłaszając małe przemówienie:

– Jako członek i rzecznik naszej organizacji, Inicjatywy Ludzi na Rzecz Naszej Planety, chciałabym zaproponować panu senatorowi możliwość współpracy. To idealny moment na zajęcie bardziej zdecydowanego stanowiska w kwestiach ochrony środowiska…

Wtedy Louise przerwała jej gestem dłoni:

– Pani godność?

– Breedlove.

Brady osłupiał, słysząc tak pospolite nazwisko w zestawieniu z kimś tak niepospolitym. Podświadomie spodziewał się czegoś nieziemskiego…

– Pani Breedlove, nadchodzą ciężkie dni dla senatora i jego personelu. Nie ma czasu na takie spotkania, nie ujmując zasadności państwa organizacji. Jeśli skontaktuję się pani z nami, powiedzmy, za tydzień w sposób zgodny z regulaminem, postaramy się wskazać odpowiednią do takiej rozmowy osobę.

Pani Breedlove ostatecznie pojęła, że chcą ją spławić. Brady’emu zrobiło się przykro. Takie zderzenie z rzeczywistością boli, zwłaszcza gdy ktoś jest młody i dopiero zaczyna.

– Czy mogę zostawić dla senatora nasze materiały?

– Oczywiście. – Louise ze zwycięskim uśmiechem przeniosła swą uwagę na Brady’ego. – Brady, przepraszam, ale wszystko, o co prosiłeś, musi zaczekać do jutra.

– Nie ma sprawy. Oboje wiemy, że jeśli w ogóle do tego zajrzy, zrobi to parę minut przed spotkaniem.

– To prawda – przytaknęła Louise, jednocześnie odbierając naręcze papierów od pani Breedlove.

Louise pracowała jeszcze dla dziadka Brady’ego i została, kiedy ojciec zdobył fotel senatora. Jej decyzja była wielkim zaskoczeniem, bo będąc tyle lat przy rodzinie, chcąc nie chcąc, poznała wiele niemiłych sekretów. Widać potrafiła jednak – w imię wyższego dobra – oddzielić niechęć do Douglasa Marshalla jako człowieka od lojalności wobec senatora Douglasa Marshalla.

Brady postępował tak samo.

Z zamyślenia wyrwał go czyjś krzyk. Ujrzał pędzącą w jego kierunku panią Breedlove. Właśnie otworzyły się drzwi windy. Dobre maniery wpojone w dzieciństwie nie pozwoliły mu uciec. Wpadła do środka zaczerwieniona i potargana od biegu. Patrzyła na niego swymi wielkimi zielonymi oczami.

– Panie Marshall! Należę do Inicjatywy…

– Przepraszam, że przerywam, ale zwraca się pani do niewłaściwej osoby.

– Jak to? A nie jest pan synem senatora?

– Jestem. Ale nie pracuję w kancelarii.

– Wiem. Jest pan szefem jego kampanii.

Pani Breedlove odrobiła bezbłędnie pracę domową… Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.

– Tak, i dlatego nie zajmuję się jego grafikiem ani nie umawiam mu spotkań.

– Ale mógłby pan mnie przynajmniej posłuchać.

Dobre maniery nadal nie pozwalały mu na żaden ruch. Zresztą działaczka inicjatywy była nieugięta.

– Gdyby senator poparł nasze działania, moglibyśmy stać się cennym dodatkiem do jego starań w kampanii przed reelekcją. Nasi członkowie aktywnie działają wśród mieszkańców całej Wirginii. Jesteśmy bardzo widoczni w internecie. Wie pan, ile znaczy popularność szeregowych działaczy…

Na szczęście w tym momencie ponownie otworzyły się drzwi windy i Brady’emu udało się przerwać potok jej słów.

– Louise ma pani materiały, teraz trzeba tylko sprawdzić wasz grafik…

– My nie mamy żadnego grafiku! Mamy jedynie misję do spełnienia, musimy uczynić tę planetę lepszym miejscem do życia dla jej mieszkańców!

– To godne podziwu!

Wytrzymaj! Trzeba to wytrzymać!

Wyszli na zewnątrz, oślepił ich blask słońca. Pani Breedlove nie odstępowała go na krok i nie przestawała mówić.

– Gdyby senator zechciał nam pomóc…

Niech to wszystko szlag trafi!

Brady ruszył prosto w kierunku protestujących. Kobieta trzymała się tuż za nim, mówiąc z prędkością karabinu maszynowego. Tłum szybko ich zauważył, oderwały się od niego trzy osoby i otoczyły jeszcze na schodach.

Dobry Boże, jak bardzo nie chciał się tym zajmować właśnie dziś!

– Panie Marshall, gdyby poświęcił mi pan dwadzieścia minut, na pewno przyznałby pan, że cele naszej organizacji… – Pani Breedlove była niezłomna, lecz nieoczekiwanie przerwał jej jeden z ekologów:

– Naszej planety nie mogą nadal wyzyskiwać kolejne rządy! – zagrzmiał mężczyzna w zielonym podkoszulku.

– Nie możemy się temu bezczynnie przyglądać! – zawtórowała mu jego towarzyszka.

Brady starał się pohamować, ale postanowił ich uciszyć.

– Doceniam wasze zaangażowanie. Jak z pewnością wiecie, senator Marshall od dawna cieszy się poparciem kilku znaczących grup działających na rzecz ochrony środowiska dzięki wspieraniu różnych „zielonych” inicjatyw. Ale, jak już wspomniałem pani Breedlove, ja nie jestem właściwą osobą do kontaktu.

– A ja myślę, że jest pan… – odpowiedziała po cichu, kładąc mu rękę na ramieniu. Miała coś tak żarliwego w swych wielkich zielonych oczach, że poczuł się zagrożony. – Pana rodzina jest bardzo wpływowa i to miałoby wielkie znaczenie.

Wpływowa. Taaak… Dopiero wtedy oderwał się od studiowania głębi jej spojrzenia.

– A teraz, przykro mi bardzo, ale jestem już spóźniony.

– Mnie też jest przykro… – oznajmił nagle mężczyzna w zielonym podkoszulku, stojący bardzo blisko Brady’ego.

Nim Brady zdążył zrozumieć znaczenie tych słów, poczuł, jak coś zimnego zaciska mu się wokół nadgarstka. Towarzyszył temu głośny szczęk metalu.

– Co, do cholery…? – krzyknął i podniósł rękę. Okazało się, że pociągnął za sobą rękę pani Breedlove. „Zielony podkoszulek” zakuł ich w kajdanki, po czym uciekł, przeskakując po parę stopni, i wmieszał się w tłum.

– Kirby! Wracaj! Otwórz to! – zaczęła się wydzierać kobieta, szarpiąc niemiłosiernie kajdankami i jego ręką.

Tłum oszalał. Ludzie nakręceni widokiem swej rzeczniczki przykutej do syna senatora, skandowali i śpiewali.

Ależ to żałosne.

Szczęśliwie bardzo szybko zjawiła się ochrona. Rozwrzeszczani demonstranci zbliżyli się niebezpiecznie do budynku i należało ich przywołać do porządku. Jeden z oficerów, którego Brady znał od lat, wybuchnął śmiechem na widok nietypowego problemu…

– Czy chciałeś zostać przykuty do tej damy? Czy mam was gdzieś odeskortować?

– Daruj sobie, Robert. Po prostu otwórz kajdanki.

Robert posłał pani Breedlove surowe spojrzenie.

– Pani zdaje sobie sprawę, że ograniczanie czyjejś swobody wbrew woli tej osoby jest poważnym wykroczeniem?

Kobieta wytrzeszczyła oczy, nie przestając się szarpać.

– Ja jestem tak samo jak ten pan ofiarą zajścia. To nie ja nas skułam.

– Możemy się zająć winą nieco później? – Brady podniósł ich połączone ręce w stronę Roberta i opuścił je czym prędzej, widząc zgromadzony tłum z aparatami, kamerami i komórkami gotowymi do akcji. – Może w środku?

Robert ruszył w kierunku wejścia.

Niedorzeczność i śmieszność sytuacji pogarszał jeszcze sposób, w jaki pani Breedlove usiłowała utrzymać dystans między nimi. Szła z nienaturalnie wykręconą ręką, starając się nie dotykać ręki Brady’ego, co oczywiście było niewykonalne.

Bycie przykutym do tej kobiety miało jednak pewną zaletę: wreszcie przestała się odzywać…

Aspyn, bo tak miała na imię pani Breedlove, szła z zaciśniętymi ustami za Bradym Marshallem i oficerem ochrony z powrotem do Russell Building. Nie miała zresztą specjalnie wyboru – dzięki głupocie Kirby’ego. Mogłaby go za to zabić! Nie chodziło już nawet o samo upokorzenie, lecz o dobrą wolę Brady’ego, który z pewnością straci w tym momencie wszelką chęć do pomocy przy umawianiu ich „Inicjatywy” na spotkanie z senatorem.

Jest czas na wyskoki i na spokojną prezentację sił. Wie o tym każdy działacz, który zajmuje się tą robotą nie od dziś. Ale nie Kirby, zbyt świeży i narwany, żeby pojąć tę subtelną różnicę. A teraz przyjdzie im za to słono zapłacić – i jej, i całej organizacji.

Szła dumnie wyprostowana i próbowała zachować dystans do pana Marshalla, który na szczęście nie wyglądał na wściekłego, a raczej zniecierpliwionego. Uganianie się za nim to był głupi kaprys, ale przez chwilę wierzyła, że może się udać. Obecnie chciała już tylko pozbyć się kajdanek i sprawdzić, czy da się cokolwiek uratować.

Na drzwiach, przed którymi się zatrzymali, widniało godło policyjne Capitol Hill. Prowadziły one do małego pomieszczenia bez okien, które mogło służyć do przesłuchiwania podejrzanych. Aspyn zastanawiała się, czy to właśnie tu zostanie po raz pierwszy w życiu aresztowana.

Oficer Robert Richards, jak głosił znaczek identyfikacyjny, przypatrywał się bacznie kajdankom.

– Mamy problem. Nie są standardowe.

Marshall tylko westchnął, lecz do Aspyn nie dotarła powaga komunikatu.

– I co z tego? – zapytała.

– To z tego, że nie otworzę ich standardowym kluczem. A może pani ma właściwy?

– Nie – wysyczała. – Nie są moje i to nie był mój pomysł.

– No to trzeba je będzie rozciąć.

– A ile to potrwa? – z pewnym zaciekawieniem zapytał współwięzień.

– Parę minut, jak znajdę nożyce do śrub. Ale znalezienie nożyc potrwa zdecydowanie dłużej…

Brady popatrzył przeciągle na Aspen, co podziałało na nią w sposób, którego w ogóle się nie spodziewała, po czym zwrócił się do oficera:

– No to chyba nie mamy wyboru. Leć po te nożyce!

Robert skinął głową w stronę aktywistki:

– Czy jesteś pewien, że możesz tu z nią na trochę zostać?

Brady parsknął śmiechem.

– Myślę, że nic mi nie grozi.

Aspen hamowała się. Gdy oficer znalazł się w drzwiach, zapytała:

– Przepraszam, a czy nikogo nie ciekawi, czy ja mogę tu zostać w pokoju bez okien, przykuta do nieznajomego mężczyzny?

– Ręczę za Brady’ego. Nic się pani nie stanie.

Zostali sami. I chociaż żartowała, mówiąc o zagrożeniu, wszystko było dość dwuznaczne. Malutkie pomieszczenie, na wyciągnięcie ręki – dosłownie i w przenośni – olbrzymi, przynajmniej o trzydzieści centymetrów wyższy od niej facet w marynarce, która musiała być szyta na miarę, prawie pękającej w szwach od jego muskulatury, bardzo wyszukany zapach wody po goleniu, męskie silne rysy, piękne wzburzone włosy o odcieniu miodu, głębokie spojrzenie intensywnie zielonych oczu… Najgorsze, że właściwie nie miała nic przeciwko sytuacji, w jakiej się znaleźli, choć na pierwszy rzut oka Brady nie był w jej typie. Mało tego – gdy zerkała na kajdanki, jej myśli wędrowały w bardzo dziwnym kierunku.

Tkwili w kompletnej ciszy. Aspen usiadła na stole, żeby się zrelaksować. Nieoczekiwanie Brady przysiadł koło niej.

– Skąd ta pewność, że jest pan bezpieczny? A może mam czarny pas lub coś w tym stylu?

Zmierzył ją badawczym wzrokiem od stóp do głów.

– A tak jest?

– Nie, ale skąd to wiadomo?

– Okej, zaryzykowałem. Zapewniam też, że z mojej strony nic pani nie grozi.

Czemu, na Boga, zrobiło jej się przykro, gdy to usłyszała?

– Pani Breedlove…

– Aspyn…

– Słucham?

– Mam na imię Aspyn.

Roześmiał się nagle rozbawiony. Śmiech całkowicie go odmieniał. Przestawał wyglądać jak biurokrata, był wyluzowany i naturalny.

– Teraz rozumiem, co mamrotał twój kolega, jak zakuwał nas w kajdanki. Twoje imię! Jest bardzo rzadkie. A ja pomyślałem, że facet jest kompletnie stuknięty i mamrocze jakieś zaklęcie…

– Kirby nie jest moim kolegą. Nie jest oficjalnie stuknięty, ale może trochę nadgorliwy. – Też zdobyła się na uśmiech. – Jeszcze raz przepraszam za to wszystko, panie Marshall!

– No, w tej sytuacji, powinnaś mi mówić Brady. – Jego nastrój wyraźnie się poprawił, był teraz zupełnie innym człowiekiem.

– W porządku, Brady. – Odruchowo wyciągnęła do niego rękę, lecz szybko się wycofała, uświadamiając sobie od razu, że nie odwzajemni gestu. – Miło cię było poznać…

– Ciebie też. Tylko szkoda, że w takich okolicznościach. Posłuchaj, muszę zadzwonić do kogoś, kto czeka na mnie z lunchem. I potrzebny mi telefon. – W jego głosie czaił się trudno wstrzymywany śmiech, ale kobieta w ogóle nie zauważyła dwuznaczności.

– Jestem praworęczny. Mam go w prawej kieszeni spodni.

Wtedy zrozumiała. Nie mógł tam sięgnąć lewą ręką, będzie to musiał zrobić prawą, a zatem jej dłoń też powędruje do jego kieszeni.

– Hm… Robi się goręcej, niż myślałam…

– To chyba dobrze, że jesteśmy już ze sobą po imieniu…

Zanurkowali po komórkę. Odwróciła się, żeby nie widział jej zakłopotania. Kieszeń okazała się za głęboka. Utknęli i Brady przeklął pod nosem.

– A mogłabyś sama po niego sięgnąć?

Czy on oszalał? – pomyślała. Chce, żebym mu włożyła rękę do spodni? Spokojnie. Nie do spodni przecież, tylko do kieszeni… Nic wielkiego. Jesteśmy dorośli. Wyjątkowa sytuacja i trzeba współpracować…

Na domiar złego w tej samej chwili telefon zaczął dzwonić.

Brady odchrząknął i wygiął się nienaturalnie w jej stronę. Przylgnęła do niego równie pokracznie i zaczęła poszukiwania. Wyglądali jak para cyrkowych klaunów. Na szczęście od razu natrafiła na dzwoniącą nadal komórkę. Nie mogła jednak uniknąć całkowicie kontaktu z jego muskularnym ciałem. Boże, co ten człowiek robi w wolnym czasie, żeby mieć takie mięśnie?!

Brady obdarzył ją promiennym uśmiechem, co na niewiele się zdało. Aspen odwróciła się, udając, że chce mu zapewnić odrobinę prywatności w trakcie rozmowy. Naprawdę potrzebowała chwili, żeby się opanować.

– I jak tam? – zapytał, gdy skończył wyjaśniać rozmówcy powody swego spóźnienia.

– W porządku – skłamała. – Jeszcze raz przepraszam za zrujnowanie planów na lunch.

– Wierzę, że to nie był twój pomysł. Ale przekaż Kirby’emu, że następnym razem może trafić na kogoś bardziej nerwowego.

– To znaczy, że nie założysz nam sprawy?

Aktywiści zawsze liczyli się z pomniejszymi zarzutami o zakłócenie porządku, ale uwięzienie syna senatora było wydarzeniem innego kalibru. Żaden sędzia nie uwierzyłby jej w niewinność.

– Nawet o tym nie pomyślałem.

– Dzięki. Obiecuję ci, że osobiście złamię kark Kirby’emu.

– Nie wiem tylko, co on chciał osiągnąć?

– Zwrócić twoją uwagę. – Brady popatrzył na nią zdumiony. – Czy wiesz, jak ciężko zwrócić czyjąś uwagę w tym mieście? Zwłaszcza jak samemu nie jest się nikim ważnym?

– No dobrze. I to usprawiedliwia zakuwanie ludzi w kajdanki?

Aspyn przestała słuchać. Nagle wylała na niego całą swoją frustrację.

– Całe życie słyszymy, że trzeba się angażować. Potem okazuje się, że nikt sobie tego nie życzy. Mamy mówić, co leży nam na sercu, ale nikt nie chce słuchać! Nie chodzi tylko o nas i naszą inicjatywę. Tak naprawdę dotyczy to wszystkiego.

– Rozumiem, że to frustrujące.

– Owszem, nawet bardzo.

– Ale protest nie wspiera porozumienia. Sprowadza się do tego, która strona potrafi krzyczeć głośniej.

– Ale w ten sposób mamy wciąż nadzieję, że ktoś usłyszy! A warto by było! Widziałeś kiedykolwiek, co robi górnictwo z regionem Appalachów? Co zostaje po wykarczowaniu lasu tropikalnego? Czyściłeś kiedyś ptaki morskie z ropy?

Brady w milczeniu pokręcił głową.

– A ja tak. Wiem, że to nie usprawiedliwia Kirby’ego, nie aprobuję takich metod, ale rozumiem, co nim powodowało.

Aspyn zlękła się, że posunęła się za daleko, ale Brady przerwał milczenie.

– Zagadam z Louise. Nie załatwię ci spotkania z senatorem, ale może uda mi się doprowadzić do spotkania z kimś innym. Może.

– Zrobiłbyś to?

– Jasne. Ale nie z powodu kajdanek. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że to świetny sposób.

– Pewnie, że nie. Dzięki.

Jego twarz nagle pojaśniała, a spojrzenie stało się nieoczekiwanie ciepłe.

– Nie mogę niczego obiecać, ale ktoś tak szczery i zaangażowany jak ty zasługuje na szansę.

O Boże! Ten komplement poraził ją. Nie wiedziała, co bardziej: czy sam fakt, że udało jej się coś zacząć, czy to, że Brady uwierzył w jej szczerość i zaangażowanie. Widziała go niejednokrotnie w telewizji. Sprawiał tam wrażenie człowieka powściągliwego i niedostępnego. Ten Brady tutaj był kimś zupełnie innym. Dodatkowo, gdy się do niej uśmiechał, przechodziły ją ciarki. Nagle w pełni dotarła do niej świadomość, że nadal jest do niego przykuta kajdankami. Odchrząknęła nerwowo…

W tym momencie zjawił się oficer Richards i uratował sytuację. Przynajmniej nie zdążyła powiedzieć nic głupiego.

– Częściej mamy problem ze strajkami okupacyjnymi. Nie trzeba więc zakładać kajdanek – zaśmiał się, wypróbowując w powietrzu przyniesione gigantyczne nożyce.

Brady wstał, podciągnął rękaw i rozpiął mankiet.

– Droga wolna, ale chciałbym zachować swój nadgarstek…

Richards wyszczerzył tylko zęby w uśmiechu.

– Kto pierwszy?

– Damy mają pierwszeństwo.

Aspyn nieufnie podwinęła rękaw i odsunęła bransoletki.

Pomimo dalszej wymiany żarcików pomiędzy panami, oficer sprawnie i bez szwanku uwolnił oboje współwięźniów. Brady natychmiast doprowadził do porządku swój strój i uścisnął dłoń Roberta. Był znów Bradym Marshallem, medialnym biurokratą. Cokolwiek zdarzyło się między nim a Aspen, już minęło. Nieodżałowana strata.

– Do widzenia, Robert. Aspyn, było mi miło i… ciekawie cię poznać.

– O, mnie też. Mam nadzieję, że reszta dnia upłynie ci spokojnie.

I już go nie było. Pomieszczenie nagle wydało jej się duże i puste. Sięgnęła po torbę i ruszyła do drzwi.

– Nie tak prędko, proszę pani.

Wyszła dopiero pół godziny później zmaltretowana przykazaniami oficera Richardsa, który nie miał żadnego zrozumienia dla tego typu historii na swoim terenie. Większość protestujących zdążyła się już rozpierzchnąć, zostali tylko najbardziej wytrwali i szefowa ruchu, Jackie. Jednak i oni wyglądali na mocno zmarnowanych. Zbiegając po schodach, pomachała im. Jackie wyszła jej na spotkanie.

– Nakręciłam wszystko. Świetne. Twoi rodzice będą z ciebie dumni.

Aspyn zaśmiała się. Ostatecznie spełnienie oczekiwań rodziców nie było niczym strasznym!

– Już wiem! Wrzucę to na stronę i podeślesz im link.

– Wiesz, oni nadal dochodzą do siebie na Haiti. Nie sądzę, żeby mieli bezprzewodowy dostęp do internetu!

– No ale kiedyś im pokażesz! Pierwszy raz ich ukochanej córeczki! – Jackie podniosła małą kamerkę. – Aspyn Breedlove, co czułaś, opuszczając nasz protest w kajdankach?

Aspyn zachmurzyła się.

– Jackie, to wcale nie tak! Kirby przesadził, zachował się w sposób niemożliwy do przyjęcia.

– Ale zwróciłaś czyjąś uwagę! To pierwszy krok i wielka sprawa!

– Może tak, może nie. Ale dało mi to nadzieję. Może w końcu ktoś nas usłyszy. A mnie naprawdę tylko o to chodzi.

Jackie uniosła brwi na znak zdziwienia.

– To znaczy, to sam początek tego, o co mi w ogóle chodzi… o co nam chodzi… żeby ktoś nas posłuchał…

Jackie odłożyła kamerę.

– Idź do domu, na dziś wystarczy. Już i tak dużo tu zrobiłaś.

– Zobaczymy, zobaczymy – powiedziała, myśląc o obietnicach Brady’ego. Mimo pytającego spojrzenia Jackie, nie wyjaśniła nic więcej. Po co robić płonne nadzieje? Samo się okaże.

Kiedy szła w stronę stacji metra, powoli docierała do niej absurdalność wydarzeń tego dnia. Nie było się w sumie nad czym zastanawiać. Poza tym, że Brady Marshall zrobił na niej wielkie wrażenie, ale tą informacją nie będzie się z nikim dzielić. Nawet jeśli uda jej się dotrzeć do kogokolwiek z kancelarii senatora, na pewno nie zdradzi, jak to się stało. Poza tym i tak nikt by nie uwierzył…

Usiadła wygodnie gotowa do dłuższej podróży za miasto. Była z siebie dumna z powodu tego, co osiągnęła. Może nie było to za wiele, ale dobre i to na początek.

Znajomy odgłos pędzącego wagonu uśpił ją szybciej niż zwykle. Natychmiast zaczęła śnić o Bradym Marshallu. Zalała ją fala ciepła. Była przecież zaangażowana… Była uczciwa…

A po czterdziestu ośmiu godzinach okazało się, że stała się fenomenem w internecie.

Tytuł oryginału: The Power and the Glory

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2011

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2011 by Kimberly Lang

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3262-3

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.