Wieczny odpoczynek - Aleksandra Marinina - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Mroczny kryminalny majstersztyk pióra carycy rosyjskiego kryminału

W Moskwie w tajemniczych okolicznościach ginie młody milicjant, Sasza Barsukow. W trakcie śledztwa okazuje się, że Sasza spotykał się z Lerą. Dziewczyna mieszka z dziadkiem, który dziesięć lat temu zabił jej rodziców. Dopiero niedawno wyszedł z więzienia, a na domiar złego wydaje się zamieszany w sprawę morderstwa Barsukowa.
Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że Lera nosi na palcu wystawny pierścionek z brylantem. Pierścionek ten zaś łudząco przypomina biżuterię skradzioną przed dziesięciu laty podczas zabójstwa żony wysoko postawionego rosyjskiego urzędnika.
Anastazja Kamieńska oraz jej koledzy z wydziału zabójstw odnajdują kolejne tropy i przekonują się, że muszą znaleźć klucz do rozwiązania wszystkich zagadek zanim będzie za późno…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Реквием

Copyright © Aleksandra Marinina, 1998

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Stronka, 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Fotografie na okładce: © gus-nwanya / Unsplash

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-66431-37-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Rozdział 1

Mężczyzna wyglądał na niezadowolonego i zmęczonego, ale pod maską niechęci i rozdrażnienia na młodej, ładnej twarzy Barsukow wyraźnie dostrzegał skrywany strach i silne napięcie. Nie ulegało wątpliwości, że przed chwilą ktoś znowu do niego zadzwonił.

– Co jeszcze? Dlaczego wróciłeś?

– Chciałem zapytać o numer pańskiego telefonu. Nie stacjonarnego, tylko komórkowego. – Barsukow ruchem głowy pokazał aparat leżący na ławie koło kanapy.

– Po co ci?

– Bez obaw, nie zamierzam pana rujnować i korzystać z drogiej sieci. W razie potrzeby zadzwonię na stacjonarny. Niech mi pan tylko poda numer.

Starał się mówić swobodnie, żeby nie wzbudzać niepotrzebnego niepokoju w rozmówcy. Artyści są przewrażliwieni na swoim punkcie, niczego nie dają sobie powiedzieć, na każde słowo reagują bardzo nerwowo.

Nawet nie wyciągnął notesu, żeby zapisać numer, zwyczajnie go zapamiętał, nie było w tym nic trudnego. Właśnie ten numer powtarzał w pamięci, idąc, a raczej biegnąc przez ciemne, pogrążone w zimowym mroku osiedle w stronę dużego, położonego na uboczu domu sławnego piosenkarza.

Barsukow usłyszał kroki na schodach, trzasnęły drzwi.

– To ja! – rozległ się w holu donośny męski głos.

– Zmywaj się – rzucił półgłosem poirytowany pan domu. – Chyba widzisz, że mam gościa. No dalej, jazda stąd.

Nastia Kamieńska wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego, że teraz jeździ do pracy nie na Pietrowkę, tylko gdzie indziej. Już od trzech miesięcy wysiada z metra nie na Czechowskiej, ale na innej stacji, po czym idzie nie w stronę dużego żółtego budynku Głównego Urzędu Spraw Wewnętrznych Moskwy, tylko ku odrapanej jasnozielonej dwupiętrowej willi. Teraz tutaj ma swój pokój. Szefa też ma innego. Byłaby niesprawiedliwa, mówiąc, że nowy szef jest gorszy od lubianego i swojskiego Pączka Gordiejewa. Nie jest gorszy. Jest po prostu inny. Nastia zna go od lat, to znakomity profesjonalista, a przy tym uczciwy i przyzwoity człowiek, który traktuje ją wspaniale, ale… To nie Gordiejew.

Robiła, co mogła, żeby się oswoić ze zmianami. Nie była pewna, czy postąpiła słusznie, zmieniając pracę, uległa jednak naciskowi obu szefów: poprzedniego, Wiktora Aleksiejewicza Gordiejewa, oraz nowego, Iwana Aleksiejewicza Zatocznego. Ten ostatni szukał kogoś kompetentnego do swojego nowo utworzonego wydziału informacyjno-analitycznego, Gordiejew zaś usiłował trzymać Anastazję z dala od burzliwych przetasowań kadrowych, na które zanosiło się w urzędzie. Obaj zgodnie twierdzili, że najwyższa pora, by Kamieńska otrzymała stopień podpułkownika, i dlatego musi przejść na stanowisko, które jej to umożliwi. Na Pietrowkę zawsze będzie mogła wrócić, wystarczy, że powie słowo.

Choć minęły już trzy miesiące, Nastia nie przyzwyczaiła się do tego, że sejf stoi teraz nie z lewej strony, nieopodal biurka, tylko pod przeciwległą ścianą, a także do tego, że nie da się zagotować wody na kawę, nie wstając z miejsca, bo gniazdko jest koło okna, a nie tuż za plecami. No cóż, może to i lepiej. Jeśli wziąć pod uwagę siedzący tryb życia, który prowadzi, dodatkowy ruch na pewno się przyda.

Zbliżała się już dziesiąta, więc Nastia zamierzała wstawić wodę, żeby wypić drugi kubek porannej kawy. W tej samej chwili została jednak wezwana przez Zatocznego. W pokoju prócz generała był jeszcze młody mężczyzna w mundurze z naszywkami kapitana służby wewnętrznej.

– Poznajcie się – powiedział Iwan Aleksiejewicz oschle. – Nowy pracownik Paweł Michajłowicz Diużyn. A to Anastazja Pawłowna Kamieńska – nasza najlepsza analityczka. Będzie pańskim opiekunem podczas pierwszego roku pracy. To wszystko, Pawle Michajłowiczu. Proszę się zapoznać z nowym miejscem pracy, Anastazja Pawłowna wezwie pana, gdy tylko będzie wolna.

Na twarzy kapitana odmalowało się lekkie zdziwienie, wstał jednak posłusznie i opuścił pokój. Przez jakiś czas Zatoczny siedział wpatrzony w zamknięte drzwi, potem przesunął spojrzenie na Nastię. Obojętność i powściągliwość zniknęła jak ręką odjął, teraz jego twarz wyglądała jak zwykle, tyle że była nieco zatroskana.

– Oto pani pierwszy uczeń. – Uśmiechnął się. – Spełniam złożone obietnice. Jak tylko wyszkoli pani dwóch przyzwoitych analityków, będzie pani mogła odejść, gdzie zechce, w razie gdyby tutaj się pani nie spodobało.

– Skąd on przyszedł? – zapytała Nastia. – I co w ogóle potrafi?

– No cóż, o tym, co potrafi, powie mi pani sama za parę dni. A przyszedł z wydziału kadr GUWD[1] obwodu moskiewskiego. To panią zadowala?

– W zupełności. – Nastia z ulgą skinęła głową. – Kadrowiec ma zwykle wyrobiony nawyk pracy z dokumentami, bo nie musi zawierać osobistej znajomości z figurantem. Potrafi też czytać między wierszami. Mogę odejść?

– Nie – odparł Zatoczny gwałtownie i pokazał ręką krzesło. – Proszę usiąść, Anastazjo. Chcę pani zaproponować materiał, który posłuży do edukacji Diużyna. Z góry uprzedzam, że może się okazać jałowy, więc niech pani nie próbuje za wszelką cenę wyciągnąć z niego interesujących nas przestępczych elementów. Nie przeczę, że one tam są. Faktu istnienia denata nie da się podważyć, ale może się okazać, że to nie nasza działka. I jeszcze jedno. Proszę zachować szczególną uwagę i sumiennie potraktować zadania, bo sprawa może dotyczyć mojego syna.

Nastia podniosła zdumiony wzrok na szefa.

– Maksima? Czyżby miał jakiś związek z denatem?

– Bezpośredni. Zabity mężczyzna nie był wprawdzie jego przyjacielem, ale studiowali razem i byli w tej samej grupie. Parę dni temu Maksim przybiegł do domu blady i przerażony. Opiekun roku im oznajmił, że ktoś zabił ich kolegę, Saszę Barsukowa.

– A pan podejrzewa, że Maksim wiedział o kryminalnych powiązaniach kolegi i sam też był w coś zamieszany?

– Niczego nie podejrzewam! – Głos Zatocznego znowu stał się oschły i surowy. – Nie mam podstaw do jakichkolwiek podejrzeń. Ale do tego, żeby się nie przejmować, też nie. Każdemu z nas mogą się przytrafić różne rzeczy. Nasze dzieci nie są wyjątkiem. Zbyt dużo czasu poświęcałem i poświęcam pracy, więc nie wiem, czy znam syna jak swoje pięć palców. Chłopak niebawem skończy dziewiętnaście lat, to dorosły mężczyzna, ma swoje życie. Dla mnie jest wprawdzie nadal dzieckiem, ale to nie powinno przysłonić obiektywnej rzeczywistości. Dość już o tym, Anastazjo. Wróćmy do sprawy. Syn wspominał, że Sasza Barsukow spotykał się z dziewczyną, która straciła rodziców i mieszka teraz z dziadkiem. Sytuacja jest trudna, bo dziesięć lat temu rodzice dziewczyny zostali zabici, i to nie przez kogoś obcego, tylko przez owego dziadka, który odsiedział wyrok i wrócił do wnuczki. Nasuwa się więc przypuszczenie, że Barsukow uległ wpływowi kryminalisty. To pierwsza rzecz. Poprosiłem o akta sprawy z archiwum.

Generał poderwał się lekko zza biurka, otworzył sejf i położył przed Nastią dwie opasłe teczki. Patrząc na niego, Nastia znowu poczuła ledwie zauważalne ukłucie tego, co przyjęto nazywać chorobliwą zazdrością. Ona nie potrafiłaby tak zwinnie wstać, przeważnie poruszała się ciężko i niezgrabnie, mimo że była względnie młoda (miała zaledwie trzydzieści siedem lat) i należała do osób bardzo szczupłych. W odróżnieniu od Zatocznego nigdy nie uprawiała sportu, w dodatku często bolały ją plecy i dostawała zadyszki…

– Proszę się z nimi zapoznać. W jednej teczce są materiały sprawy karnej, a w drugiej akta skazanego Niemczinowa. Nie będę pani pouczał, co i jak czytać, bo zna się pani na tym lepiej ode mnie. Teraz druga rzecz. Ma pani świetną pamięć, więc zakładam, że nie zapomniała pani sprawy Siergieja Gradowa, jesień dziewięćdziesiątego trzeciego roku.

– Pamiętam – odparła zdziwiona Nastia. – Nie sądziłam jednak, że pan ją zna.

– W tamtych czasach jeszcze się nie znaliśmy, ale wtedy po raz pierwszy o pani usłyszałem. Nie mogłem nie znać sprawy, bo Gradow, jak pani wiadomo, był deputowanym i miał duże szanse, by zostać liczącym się politykiem. Nie o niego tu jednak chodzi. Pamięta pani chłopaka, którego przysłano do pani na staż?

– Oczywiście. – Nastia kiwnęła głową, domyśliwszy się w końcu, ku czemu generał zmierza. – Chłopak studiował w Moskiewskim Instytucie Prawa MWD[2], tam gdzie pański syn. Udało nam się wtedy ustalić, że od samego początku, jeszcze zanim trafił na uczelnię, został zwerbowany przez struktury przestępcze, które umieściły go potem w naszej resortowej uczelni, żeby mieć swoje oczy i uszy w milicyjnych szeregach. Sądzi pan, że to nie był jedyny taki przypadek?

– Nie mogę nie uwzględniać tej ewentualności. Biorąc pod uwagę stanowisko, które piastuję, muszę pamiętać, że mój syn to łakomy kąsek dla zainteresowanych osób. Skoro jego kolega z uczelni jest powiązany z kryminalistami, nie wolno mi zamykać na wszystko oczu i sądzić, że Maksim mieszka w wieży z kości słoniowej, jego zamiary są czyste i niewinne, natomiast cała reszta studentów stąpa po grzesznej ziemi. Wokół jest tyle głupoty, chciwości, zdrady i brudu, że nawet bliskie nam osoby są nimi dotknięte. Wszyscy jesteśmy równi przed Bogiem. Ma pani jakieś pytania?

– Owszem. Nie jestem już oficerem operacyjnym, a to oznacza, że nie mam uprawnień, by prowadzić sprawę. Jak rozwiążemy tę sytuację?

– Nie będzie pani prowadziła sprawy zabójstwa Barsukowa. Pani zadaniem jest analiza materiałów pod kątem ujawnienia powiązań studentów ze światem przestępczym. Może zresztą chodzić nie tylko o studentów, ale też o pracowników uczelni. Wykładowców, oficerów będących opiekunami roku, kadrowców i tak dalej. W dodatku nie tylko w jednym instytucie, ale i na innych uczelniach MWD, ich zaś jest sporo.

Nastia skrzywiła się. Łatwo powiedzieć: będzie pani robiła to i to, inni zrobią co innego. A niby jak mają się podzielić? Skoro zabójstwo szeregowego milicjanta Aleksandra Barsukowa wiąże się z przeniknięciem mafii do instytutu, trudno będzie wytyczyć granicę między interesami różnych służb. Śledczy i wywiadowcy szybko pokażą właściwe miejsce jakiejś Kamieńskiej, która się wtrąca w nie swoje sprawy i plącze pod nogami. Zatoczny powinien to wiedzieć, a nie przydzielać jej zadania w tak niefrasobliwy sposób, jakby wysyłał do kiosku po papierosy.

Smętna mina Nastii nie uszła uwagi Iwana Aleksiejewicza. Po raz pierwszy tego ranka generał uśmiechnął się nagle swoim słynnym uśmiechem, kiedy to jego oczy zamieniały się w dwa małe słoneczka i ogrzewały rozmówcę niespodziewanym ciepłem, któremu mało kto potrafił się oprzeć.

– W ramach rekompensaty przekażę pani miłą wiadomość. Śledztwo w sprawie zabójstwa Barsukowa powierzono pani znajomemu, Olszańskiemu, a wywiadowców przydzielono spośród pani dawnych kolegów. Mam nadzieję, że uda się pani z nimi dogadać.

No cóż, pomyślała Nastia, teraz to co innego. Kostia Olszański nie będzie robił problemów, jeśli nikt nie naruszy reguł gry, a o chłopcach nawet nie ma co mówić.

Zabrała teczki z biurka i otwierała już drzwi pokoju, żeby wyjść, gdy zatrzymał ją kpiący głos Zatocznego.

– A Maksim?

– Co Maksim? – Odwróciła się zdziwiona.

– Nie chce pani z nim porozmawiać?

– Chcę. Ale niezręcznie mi o to prosić. Zresztą już pewnie został przesłuchany na Pietrowce. Pan zaś prosił o delikatność…

Iwan Aleksiejewicz roześmiał się, ale w jego śmiechu pobrzmiewały niewesołe nuty.

– Znam panią wystarczająco długo, Anastazjo, by wiedzieć, że nigdy nie czuje się pani niezręcznie, jeśli w grę wchodzi sprawa. Proszę nie mydlić mi oczu. Na kiedy wezwać Maksima?

– Najpierw chcę przejrzeć materiały – odparła oględnie.

– Dobrze. Po południu, od drugiej do siódmej, Maksim jest na uczelni. Przed ósmą będzie tutaj.

Nastia ruszyła do swojego pokoju, z trudem dźwigając teczki, które wyślizgiwały jej się z rąk, i zachodząc w głowę, dlaczego tak spokojnie pozwala Zatocznemu rozporządzać swoim czasem. Szef już zadecydował, że rozmowa z Maksimem odbędzie się dzisiaj o ósmej, ona nie miała nic do powiedzenia. Nie zapytał jej, jakie ma plany, co zamierza robić i w ogóle czy będzie o ósmej w pracy. Zadecydował i koniec. Gordiejew był inny. No cóż, trudno, każdy szef ma swój styl. W dodatku Iwan Aleksiejewicz Zatoczny zdobył nad nią jakąś niepojętą władzę. Nastia mogła się na niego gniewać, obrażać, chwilami czuła niemal nienawiść, mimo to nie potrafiła oprzeć się urokowi generała i czegokolwiek mu odmówić.

Rozłożywszy teczki na biurku w swoim pokoju, dokończyła przerwane zajęcie, to znaczy parzenie kawy, po czym z kubkiem w rękach zaczęła przeglądać dokumenty. Sprawa karna dotycząca zabójstwa małżeństwa Niemczinowów w 1987 roku nie była zawiła. Typowe zabójstwo na tle obyczajowym, jakich tysiące. Na letnisku odbywała się huczna impreza alkoholowa. W pewnej chwili doszło do kłótni, w trakcie której pijany Niemczinow senior zastrzelił z broni myśliwskiej syna i synową. Wystraszywszy się swojego czynu, podpalił dom, żeby zatrzeć ślady, po czym ruszył na stację, zamierzając wrócić do miasta. Pociągi podmiejskie kursowały widocznie rzadko, bo mężczyzna długo czekał na peronie. W tym czasie sąsiedzi, którzy usłyszeli odgłosy strzałów i zobaczyli, że z domu wydobywa się dym, wezwali milicję, i Wasilij Pietrowicz Niemczinow, rok urodzenia 1931, został zatrzymany na peronie, gdzie cierpliwie czekał na pociąg. Od razu przyznał się do winy, ani razu nie zmieniając zeznań podczas śledztwa i rozprawy sądowej. Skazany z artykułu 102 za umyślne zabójstwo z okolicznościami obciążającymi (zabójstwo dwóch i więcej osób) na dwanaście lat pozbawienia wolności w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, został wypuszczony warunkowo po dziewięciu latach, ponieważ „uczciwą i rzetelną pracą oraz przestrzeganiem zasad regulaminu udowodnił swoją poprawę”. I to właściwie wszystko.

W sprawie karnej nie było niczego ciekawego, ale Nastia odniosła wrażenie, że coś jest mgliście… Nie, nie znajome, raczej nielogiczne. Może to właśnie dawno niespotykana prostota sprawy sprawiła, że z akt wyzierał i kłuł w oczy pewien brak logiki. Ale na czym on polega? Gdzie? Na której stronie? Było to tylko wewnętrzne odczucie.

Nastia wiedziała, że w takiej sytuacji należy oderwać myśli i zająć się czymś innym, by potem znowu wrócić do czytania. No cóż, przejrzyjmy tymczasem akta osobowe skazanego W.P. Niemczinowa. Podczas przebywania w areszcie śledczym pobił współwięźnia. To niedobrze. Potem się jednak okazało, że ów wielokrotnie karany współwięzień dręczył i szykanował dwudziestoletniego chłopaka, anemicznego i słabowitego, więc Niemczinow pobił go, szczerze mówiąc, nie bez racji. To już lepiej. Prawo właściwie nie zezwala na umieszczanie w jednej celi recydywistów z osobami wcześniej niekaranymi, ale kto by przestrzegał przepisów? Zatrzymanych umieszcza się tam, gdzie jest miejsce. Wiele aresztów znajduje się w rozpaczliwej sytuacji, budynki od dawna nie są remontowane, cele wyglądają fatalnie, sufity przeciekają, kanalizacja nie działa, trudno więc mówić o jakimkolwiek komforcie. A tym samym o prawie.

Co jeszcze? Podczas odbywania kary Niemczinow dał się poznać wyłącznie z dobrej strony. W aktach są same podziękowania za przekroczenie norm pracy… A jednak nie, w szóstym roku odsiadki Wasilij Pietrowicz trafił do karceru, i to aż na trzydzieści dni. Ciekawe za co? Znowu za to samo, pobił współwięźnia. Oto wyjaśnienie Niemczinowa: „Przyznaję się, że dzisiaj w zakładzie numer dwa pobiłem więźnia Fiałkowa. Fiałkow regularnie poniżał nowego osadzonego, Griekowa, odbierał mu jedzenie, stosował przemoc fizyczną i groził przymusowym kontaktem homoseksualnym. Osadzony Griekow jest wątłej postury i nie potrafi się bronić. Przyznaję się do winy. Więzień W.P. Niemczinow, artykuł sto dwa, skazany na dwanaście lat”.

Bardzo ciekawy dokument. Motyw wciąż ten sam: obrona słabszego, tego, kto nie potrafi się bronić. Ale co za styl! Większość więźniów napisałaby: „odbierał żarcie i groził, że go wydyma”. Albo „wyrucha”. Tymczasem Wasilij Pietrowicz napisał wyjaśnienie normalnym językiem, nie używając gwary więziennej i bez błędów gramatycznych. Czy to jedynie poza? A może przez pięć lat pobytu w kolonii karnej nie przesiąkł specyficzną subkulturą zeków?

Sprawa wygląda jednak dziwnie. Wszystko wskazuje na to, że Niemczinow to postać złożona. Z jednej strony kłótnia po pijaku i zabójstwo syna oraz synowej, z drugiej użycie przemocy w obronie słabszych, z trzeciej sumienna praca i poprawna wypowiedź pisemna. Taki typ może się okazać bardzo mądry i niebezpieczny. Niewykluczone, że podczas dziewięciu lat odsiadki nawiązał ścisłe kontakty ze światem przestępczym, a teraz, będąc na wolności, poluje na młodych milicjantów w rodzaju Saszy Barsukowa.

Nastia była tak pochłonięta pracą, że nie zauważyła upływu czasu. Gdy zamknęła drugą teczkę, okazało się, że dochodzi czwarta. Warto by coś zjeść, tylko co? I gdzie? Na Pietrowce mogła pójść do stołówki, bar też był otwarty przez całą dobę. Tutaj, w tej niewielkiej willi, na razie są tylko pokoje służbowe. Pracownicy przynoszą ze sobą kanapki albo odwiedzają pobliską restaurację. Można w niej oczywiście smacznie zjeść, i to za niewielkie pieniądze, ale najpierw trzeba tam dotrzeć. A przedtem jeszcze się ubrać… Anastazja Kamieńska pracowała w pocie czoła, gdy nie musiała wstawać od biurka, jednakże wszelki wysiłek fizyczny napawał ją wstrętem. Wolała siedzieć głodna niż wkładać buty, ciepłą kurtkę, schodzić po schodach i wlec się śliskim chodnikiem trzysta metrów do miejsca, w którym serwowano posiłki. Gdyby miała pewność, że wyjdzie z pracy o szóstej, wolałaby oczywiście cierpieć głód, póki nie znajdzie się w domu, ale ponieważ wszystko wskazywało na to, że nie uda jej się stąd wyrwać przed dziewiątą, musiała się przemóc i wyjść z biura. No i dlaczego, ofiaro losu, nie zabrałaś rano kanapek? Przecież zamierzałaś to zrobić, doskonale pamiętam, mąż też przypominał ci parę razy, nawet wyjął z lodówki ser i szynkę. Twoje lenistwo znowu wzięło górę.

Wzdychając gorzko, Nastia wciągnęła kozaki, owinęła szyję długim, ciepłym szalem, zapięła kurtkę, zwlokła się z drugiego piętra i wyszła na zewnątrz. Płuca od razu wypełniło rześkie, mroźne powietrze, a oślepiające słońce sprawiło, że oczy zaczęły łzawić. W tym roku zima zachowywała się jak należy i surowo przestrzegała kalendarza. Do końca listopada panowała chłodna, słotna jesień, a pierwszego grudnia wieczorem chwycił mróz. Natomiast dzisiaj, drugiego grudnia, na ulicach skrzył się śnieg. Gdyby nie było tak ślisko, major milicji Anastazja Kamieńska mogłaby uznać życie za całkiem znośne.

Ostrożnie przesuwając nogi, żeby się nie poślizgnąć, wolno dotarła do restauracji o dziwnej nazwie Pragnienie, która bardziej pasowała do pawilonu Wino i Woda z dawnych radzieckich czasów. Już położyła rękę na klamce, gdy nagle się rozmyśliła, pokonała jeszcze parę metrów dzielących ją od stacji metra Krasnosielskaja, kupiła gazetę, sztangę papierosów i dopiero potem wróciła do restauracji. Zaczekała, aż kelner postawi przed nią sałatkę warzywną i solidną porcję frytek, po czym otworzyła gazetę i pogrążyła się w lekturze artykułu na temat zalet zimowego wyjazdu na narty w Alpy. Równie dobrze mogła czytać o życiu na Marsie, bo nigdy nie jeździła na nartach i nie wybierała się w Alpy, a dźwięczne nazwy różnych marek sprzętu narciarskiego zupełnie nic jej nie mówiły. Tego rodzaju lektura nie zmuszała jednak do myślenia, bo nie budziła żadnych skojarzeń, a mechaniczne składanie liter pozwalało się odprężyć. W tym czasie, jak zauważyła Nastia, mózg się oczyszczał, po czym nierzadko udawało jej się ujrzeć stary problem w nowym świetle.

Już prawie skończyła jeść frytki i czytać artykuł, gdy tuż przed jej nosem pojawił się nowy talerz, z szaszłykami. Z niezadowoleniem podniósłszy wzrok, zdążyła zwymyślać w duchu kretynów, którzy bezczelnie dosiadają się do zajętych stolików w sytuacji, gdy nie brakuje wolnych miejsc, i od razu się rozjaśniła. Przed nią siedział Jura Korotkow z wesołym uśmiechem na okrągłej twarzy.

– Jak mnie tutaj znalazłeś?

– Też mi zadanie! – prychnął, ściągając jednocześnie parę frytek z jej talerza. – Przyszedłem, pchnąłem drzwi, przekonałem się, że są zamknięte, poszedłem do Iwana i zapytałem, gdzie jesteś. Dalej wiadomo. Już od piętnastu minut siedzę przy sąsiednim stoliku i czekam, aż w końcu mnie zauważysz. Ale ty jak zwykle nie raczysz zwracać uwagi na otoczenie. Podają tu świetne frytki, muszę sobie zamówić.

– Chcesz? – Nastia podsunęła mu swój talerz. – Częstuj się, wzięłam za dużo, chyba się przeliczyłam z siłami.

Korotkow przesunął talerz z powrotem w stronę Nastii i pokręcił głową.

– Jedz, chudzino, bo aż przykro na ciebie patrzeć.

– Nieprawda – zaoponowała. – Odkąd przeniosłam się do Iwana, przytyłam dwa kilo.

– Co, spokojne życie?

– No… w sumie tak, jeśli porównać z Pietrowką.

– Pewno się nudzisz?

– Nie wiem, Jurik – wyznała szczerze. – I tak, i nie. Nie mogę się przyzwyczaić, wszystko wokół jest inne, ludzie też są inni, no i was nie ma w pobliżu. Ale praca jest ciekawa, lubię i potrafię ją wykonywać. Najważniejsze, że nie robię niczego pod biurkiem, jak u Pączka, tylko oficjalnie, dostaję za to wynagrodzenie i nikt nie posyła mi krzywych spojrzeń. Moralnie jest łatwiej, rzecz jasna.

– A za trzy miesiące zostaniesz podpułkownikiem i mnie prześcigniesz – dodał Korotkow. – Dobra, koleżanko, zostawmy te smutne tematy. Przyjechałem do ciebie z pewną sprawą.

– Barsukow?

– Zgadza się. Pączek powiedział, że dogadał się z twoim Iwanem na temat naszej współpracy. Tak?

– Owszem. – Nastia kiwnęła głową. – Mów, co wiesz.

– A co za to dostanę? – Jura chytrze zmrużył oczy.

– Przecież nie chciałeś frytek. – Nastia się uśmiechnęła. – Niczego innego nie mam.

– No oczywiście, wykorzystujesz moją bezinteresowność. W porządku, słuchaj. Aleksander Barsukow, rok urodzenia siedemdziesiąty ósmy, student drugiego roku Moskiewskiego Instytutu Prawa naszego kochanego MWD, został znaleziony martwy niedaleko własnego domu w piątkowy wieczór. Dzisiaj mamy już wtorek, ale informacji rzucających światło na sprawę praktycznie brak. Chłopak mieszkał z rodzicami, rodzina jest przyzwoita i spokojna, nikt jednak nie wie, gdzie był w piątek i skąd wracał. Nawiasem mówiąc, syn twojego ulubionego generała dobrze go znał.

– Wiem. Mów dalej.

– Maksim Zatoczny zeznał, że Barsukow był w piątek na uczelni i nie opuścił żadnych zajęć. Zajęcia drugiego roku odbywają się po południu…

– Wiem – znowu przerwała mu Nastia. – Kończą się koło siódmej wieczorem.

– A niech cię. – Korotkow machnął ręką strapiony. – Pracować z tobą to żadna przyjemność. Ja ci opowiadam wszystko jak głupiec, a ty już o tym wiesz. Po co w takim razie pytasz?

– Paru rzeczy nie wiem. Na przykład gdzie znaleziono zwłoki i jak chłopak zginął.

– Ktoś go zastrzelił. Teraz to najłatwiejszy sposób, broni jest w bród, nikomu nie żal wyrzucić pistoletu, zawszy można zdobyć nowy. Barsukow został zabity koło przystanku autobusowego między pierwszą a drugą w nocy. Przyjechał autobusem ze stacji metra, wracał do domu. Znaleźliśmy kierowcę autobusu, który go sobie przypomniał, bo pasażerów miał niewielu, dosłownie parę osób, a chłopak był w mundurze. Dziesięć po pierwszej autobus zatrzymał się na przystanku, Barsukow wysiadł, ale nie poszedł do domu. Za kwadrans druga znalazł go mężczyzna wracający samochodem. Taka to, Nastiu Pawłowna, prosta historyjka.

– Mówisz, że był w mundurze? W takim razie ktoś mógł go wziąć za milicjanta, prawda? Abstrakcyjnego, a nie konkretnego Saszę Barsukowa.

– Owszem – przyznał Korotkow, energicznie przeżuwając ostatnie kęsy szaszłyka. – Ktoś, kto ukrywa się przed milicją, mógł go zauważyć i uznać, że milicjant zjawił się po jego duszę. Niewykluczone, że Barsukow zobaczył coś, wtrącił się, uznając to za milicyjny obowiązek, i zarobił kulkę. Mógł też trafić na świra, który nienawidzi gliniarzy i marzy, żeby wybić do nogi nasze plemię. Nie ma sensu gdybać, trzeba brać się do roboty.

– To prawda. – Nastia z westchnieniem wstała, myśląc ze smutkiem, że czeka ją kolejny bohaterski wyczyn: musi dotrzeć do willi i wdrapać się na drugie piętro. – Chodźmy, mój ty słoneczny promyczku.

– Już wiesz dokąd? – Korotkow drgnął.

– Dokąd, dokąd… Do biura. Przejrzymy materiały dotyczące dziadka dziewczyny Saszy. A o ósmej powinien się zjawić Zatoczny junior.

Wyszli z restauracji i wolno ruszyli w stronę jasnozielonego budynku.

– Na co liczysz z młodym Zatocznym, Asiu? – zapytał Korotkow. – Rozmawiałem z nim dwukrotnie, w niedzielę i wczoraj, w poniedziałek. Powiedział wszystko, co wie. Spotkałem się też z dziewczyną, Lerą Niemczinową. Nie ma pojęcia, dokąd Barsukow pojechał po zajęciach na uczelni w piątek.

– A ty jej oczywiście uwierzyłeś. – Nastia uśmiechnęła się lekko.

– Ty też uwierzysz, gdy ją zobaczysz. Nawiasem mówiąc, nie rób ze mnie kretyna, który nie pomyślał o dziadku kryminaliście. Od razu poruszyłem ten temat z Lerą. I wiesz, co mi powiedziała?

– Domyślam się. Że Sasza w ogóle nie zna jej dziadka. Albo zna tylko z widzenia. W każdym razie obaj nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów. Zgadza się?

– Masz głowę nie od parady, Aśka, ale nawet ty nie zawsze wszystko przewidzisz. Jak chcesz wiedzieć, Lera powiedziała, że Sasza starał się unikać jej dziadka, rzucał tylko krótkie „dzień dobry”, „do widzenia” i w ogóle z nim nie rozmawiał. Dziadek jednak polubił młodego mężczyznę, więc na okrągło dawał wnuczce do zrozumienia, że ma dobrego i przyzwoitego chłopaka. Innymi słowy, dziadek kryminalista okazywał życzliwość Saszy i traktował go jak odpowiednią partię dla swojej ukochanej wnuczki. Czujesz, czym to pachnie? Odkąd to człowiek, którego parszywe psy zapuszkowały na dwanaście lat, marzy o tym, żeby jeden z nich wszedł do jego rodziny?

– Pewnie odkąd zaczął się interesować parszywymi psami. Rozmawiałeś z dziadkiem?

– Jeszcze nie, zostawiłem go sobie na deser. Na razie ograniczam się do wnuczki.

– Słusznie – przytaknęła Nastia. – Jeżeli dziadek nie ma z tym nic wspólnego, to nigdzie się nie ulotni, a jeżeli jest zamieszany, pośpiech może go spłoszyć. Ponieważ wnuczka zapewnia, że dziadek nie kontaktował się z Barsukowem, nie masz żadnych podstaw, by sądzić, że facet zna powody zabójstwa.

Pchnęła masywne drzwi prowadzące do willi i zaczęła wolno wspinać się po stopniach.

– Ciężko? – zapytał Korotkow z żartobliwym współczuciem. – Na Pietrowce jeździłaś windą.

Tak, jeszcze przez jakiś czas będzie musiała pomęczyć się z tą chorobą: porównywać i tęsknić. Co pięć minut pod byle pretekstem przypominała sobie, jak to było albo wyglądało na Pietrowce. W końcu dziesięć lat, a nawet trochę ponad, to nie w kij dmuchał. Wszystko tam jest swojskie i miłe sercu, a tutaj…

Każdy nowy dzień w życiu osiemnastoletniej Lery Niemczinowej do obrzydzenia przypominał poprzedni. Pobudka o siódmej, o ósmej wyjście do instytutu medycznego, o dziewiątej zaczynały się zajęcia, o czwartej Lera wracała do domu. Nie lubiła siedzieć w czytelni, więc wypożyczała książki i przygotowywała się do seminariów i egzaminów w domu. Wyjątek stanowiło prosektorium, gdzie chodziła wieczorami. Koledzy z roku uważali ją za domatorkę, która nie bierze udziału we wspólnych rozrywkach i wyprawach do barów, nie wybiera się też na imprezy do osób, które mają wolną chatę. Gdyby jednak Lerę zapytać, czy kocha swój dom, odpowiedź mogłaby się wydać dziwna. Można nawet powiedzieć, że niedorzeczna.

Lera Niemczinowa kochała swój dom, a jednocześnie go nienawidziła. Kochała, bo było to mieszkanie, w którym spędziła dzieciństwo z ubóstwianymi rodzicami. Kiedyś była tutaj szczęśliwa. W pokoju stał fortepian taty, na półkach leżały jego nuty i płyty znanych w tamtych latach piosenkarzy, którzy wykonywali jego utwory. Ściany w pokoiku dziewczyny były obwieszone starymi plakatami koncertowymi, na nich zaś olbrzymimi literami czernił się napis: GIENNADIJ NIEMCZINOW. Dopiero niedawno obok licznych portretów ojca zaczęły się pojawiać zdjęcia i plakaty innego mężczyzny. Wzeszła gwiazda piosenkarza Igora Wildanowa, którego Lera uwielbiała choćby za to, że był jedyną osobą w Rosji i w ogóle na całym świecie, która do tej pory wykonywała pieśni jej ojca. Wildanow miał bez wątpienia talent, ale Lera raczej nie potrafiła ocenić skali jego zdolności, bo widziała i wiedziała tylko jedno: Igor był nieziemsko piękny, wyglądał jak książę z jej dziecięcych snów, w dodatku pamiętał i cenił twórczość Giennadija Niemczinowa. Cała reszta się nie liczyła. Mógł nie mieć głosu, a nawet słuchu, mógł się okazać miernym wykonawcą – Lera nawet by tego nie zauważyła, bo książę dziecięcych i dziewiczych marzeń śpiewał pieśni skomponowane przez jej ojca, tym samym przenosząc ją w czasy, gdy rodzice żyli, cały świat wydawał się kolorowy i radosny, ona zaś była niesłychanie szczęśliwa. Dopiero w domu, w swoim pokoju, otoczona plakatami, zdjęciami i sączącą się z magnetofonu muzyką, mogła odciąć się od rzeczywistości i przynajmniej na jakiś czas pogrążyć się w atmosferze złudnego, iluzorycznego spokoju. Dlatego kochała swój dom.

Ale równie mocno go nienawidziła. Dlatego że był w nim dziadek. Straszny, odrażający, obleśny i prymitywny typ, który dziesięć lat temu kilkoma strzałami po pijaku pozbawił ją tamtego szczęśliwego świata, w którym żyła. Straciła wszystko. Matkę, ojca, ciepło i tkliwość, a także przyjaźń rówieśników. Miała osiem lat, piętno dziecka z rodziny alkoholików, którzy pozabijali się w pijanym widzie, przywarło do niej na dobre. Dzieci są głupie i okrutne, obraziły Lerę, więc ona też się obraziła. Została odszczepieńcem, odsunęła się od wszystkich i nawet z upływem lat przepaść między nią a resztą dzieci się nie zmniejszyła. W klasie zapomniano o powodach jej sieroctwa, ale Lera nie zapomniała zdrady kolegów. Nie zapomniała i nie wybaczyła. Aż do ukończenia szkoły, co nastąpiło w ubiegłym roku, trzymała się na uboczu. Była całkiem sama. Nie licząc oczywiście starej cioci Ziny, kuzynki nieżyjącej babci. Zaraz po śmierci rodziców ciocia Zina przyjechała z głuchej prowincji do Moskwy, żeby się zaopiekować Lerą. Chciała ją zabrać do siebie, ale dziewczynka kategorycznie odmówiła wyjazdu, krzyczała jak opętana, urządzała sceny, rozbijała naczynia i dwukrotnie uciekała z dworca, kładąc kres wszelkim próbom zmiany miejsca zamieszkania. Gdy ciocia Zina uświadomiła sobie daremność swoich wysiłków, postanowiła osiedlić się w Moskwie. Nie zostawi przecież dziecka na pastwę losu! Nie odda też do internatu, skoro żyją krewni, niechby i nie najbliżsi…

Lera spędziła z ciocią Ziną dziewięć lat, póki nie zjawił się dziadek. Nazajutrz po jego powrocie krewna wyjechała na prowincję. Nawet jej przez myśl nie przeszło, żeby zostać pod jednym dachem z zabójcą. Przed odjazdem zaproponowała Lerze, żeby jej towarzyszyła, ale dziewczyna tym razem też odmówiła.

– Nie boisz się z nim mieszkać? – zapytała płaczliwie ciocia Zina. – To przecież straszny człowiek, nie miał litości dla rodzonego syna i cię osierocił.

– Tutaj jest mój dom – odparła Lera twardo. – Nigdzie stąd nie wyjadę. Gdy dziadek zacznie podskakiwać, wsadzę go z powrotem do więzienia, nic mnie przed tym nie powstrzyma.

Jednakże dziadek się pilnował. Początkowo Lera wciąż mu się przyglądała, spodziewając się oznak „niewłaściwego zachowania”, wulgarności, skłonności do przemocy, pijaństwa czy czegoś w tym stylu. Z wielką przyjemnością poszłaby na skargę do dzielnicowego… Dzielnicowy był godny zaufania, nawiasem mówiąc, mieszkał w tym samym domu, Lera go dobrze znała. Gdy tylko pojawił się dziadek, stróż prawa zapowiedział jej, że w razie czego ma się nie wstydzić i walić do niego jak w dym. Ale nic się nie działo. Dziadek w ogóle nie pił, nie podnosił na nią głosu, był uprzejmy, spokojny i sumienny, zatrudnił się jako portier w dwóch miejscach naraz, pracował na zmiany i jeszcze dorabiał, krótko mówiąc, przynosił pieniądze, wprawdzie niewielkie, ale przynosił. Lery to jednak nie obchodziło. Regularnie dostawała tantiemy za piosenki ojca, obie z Ziną utrzymywały się z nich przez dziewięć lat. Lera świetnie poradzi sobie bez pieniędzy dziadka. Mężczyzna ma prawo tu mieszkać, to jego mieszkanie, kupione za jego pieniądze dawno temu, jeszcze przed urodzeniem Lery. Ale to prawo materialne. Co się zaś tyczy prawa moralnego, pozwalającego mu mieszkać razem z wnuczką, którą w wyniku pijackich ekscesów uczynił sierotą, to tutaj sprawa nie jest taka prosta.

Zdaniem Lery Niemczinowej dziadek nie miał prawa nie tylko do tego, żeby z nią mieszkać, ale też do tego, żeby w ogóle żyć. Gdyby był uczciwym człowiekiem, już dawno by umarł. Tacy jak on nie powinni chodzić po ziemi. Ale skoro prymitywny, odrażający dziadek tego nie rozumie i nadal zatruwa jej życie swoją obecnością, powinien przynajmniej wiedzieć, co się dzieje. Powinien czuć się wciąż winny za to, co już zrobił, a mieszkanie z Lerą musi wywoływać w nim dyskomfort.

Lera nie poszła na pogrzeb Saszy Barsukowa. Nie dlatego, że okropnie przejęła się jego śmiercią. Zwyczajnie nie miała ochoty i nie uważała tego za potrzebne. Owszem, martwiła się, ale z całkiem innego powodu. Kim był dla niej Saszka? Adoratorem, wielbicielem, nikim więcej. Na pewno nie narzeczonym! Tylko dziadek ze swoimi anachronicznymi wyobrażeniami może sądzić, że skoro chłopak odprowadza dziewczynę do domu, wstępuje na herbatę i przynosi jej kwiaty, to ona musi koniecznie za niego wyjść. Lera tak nie sądziła, co więcej, podobnie jak większość współczesnych dziewcząt, nie uważała, że intymna zażyłość stanowi podstawę do wyciągania poważnych wniosków. Fakt, że podczas nieobecności dziadka regularnie sypiała z Saszą Barsukowem, wcale nie oznaczał, że powinna zjawić się na pogrzebie chłopaka albo przynajmniej się z nim pożegnać. Dziadek na szczęście nie wiedział, jak daleko zaszły sprawy, same spotkania z Saszą wystarczyły, by odważył się zrobić uwagę wnuczce.

– Kiedy pogrzeb? – zapytał, gdy wrócił o dziesiątej rano po dwudziestoczterogodzinnej zmianie.

– Dzisiaj – odparła Lera spokojnie.

– O której?

– Już się zaczął – rzuciła obojętnie.

– A ty? Dlaczego jesteś w domu?

– Nie pójdę. Nie mam tam nic do roboty.

– Ale przecież to twój kolega i przyjaciel, Leroczko. Jak możesz?

– Zamknij się – zimno wycedziła dziewczyna. – Nie będziesz mnie uczył. Znalazł się wzór cnót i moralności.

Dziadek w milczeniu się rozebrał i zamknął w swoim pokoju. Lera westchnęła z satysfakcją. Znakomicie. Nikt jej nie będzie rozkazywał, a on w szczególności.

Wtedy, rok temu, nawet się nie spodziewała, że tak łatwo sobie z nim poradzi. Musi tylko wciąż przypominać, co zrobił, i dawać do zrozumienia, że mu nie wybaczyła. Wtedy będzie do rany przyłóż. Szczerze mówiąc, z nim jest łatwiej niż z ciocią Ziną, która miała wprawdzie poglądy tak samo zacofane jak on, ale w odróżnieniu od niego uważała, że ma prawo robić Lerze uwagi, a nawet ją pouczać. Inna sprawa, że odkąd zaczęła się litować nad nieszczęsną sierotką, robiła to przez dziewięć lat, na wiele rzeczy przymykając oczy i wybaczając dziewczynce to, za co dzieci zazwyczaj się karze. Mimo że dziadek chyba w ogóle się nad nią nie litował, Lera szybko doszła do wniosku, że może nim manipulować, wykorzystując do tego jeśli nie litość, to poczucie winy. I osiągnęła w tym mistrzostwo. Dziadek chodził jak na sznurku i nie ośmielał się pisnąć słowa. O Boże, jak ona go nienawidziła!

Dziadek wykonywał wszystkie prace domowe, sprzątał mieszkanie, robił zakupy i gotował. Już na początku Lera mu oznajmiła, że skoro nie może uniknąć mieszkania pod jednym dachem z zabójcą swoich rodziców, nie zamierza po nim sprzątać i go obsługiwać. Dziadek w milczeniu się podporządkował, tylko błysnął groźnie oczami. Ale co tam! Czy Lera miałaby się przestraszyć jego spojrzenia?! Sama też umie piorunować wzrokiem, i to nie gorzej niż on.

Dzień, w którym odbył się pogrzeb Barsukowa, spędziła w domu, nie poszła nawet do instytutu. Leżała na kanapie w swoim pokoju, słuchała cudownego głosu Igora Wildanowa, który śpiewał piosenki jej ukochanego tatusia, spoglądała na zdjęcia i plakaty na ścianach, połykała łzy i zastanawiała się, co powinna dalej robić. Jak mu pomóc?

[1]GUWD (Gławnoje uprawlenije wnutriennich dieł) – Główny Urząd Spraw Wewnętrznych (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2]MWD (Ministierstwo Wnutriennich Dieł) – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Rozdział 2

Nowa praca obok mnóstwa plusów miała też jeden istotny minus. Major Kamieńska straciła uprawnienia, by wzywać osoby, z którymi chciała porozmawiać. Wezwania mogli wysyłać śledczy, a zaproszenia oficerowie operacyjni, ona tymczasem już od trzech miesięcy była właściwie nikim. Potrzebujesz kogoś i chcesz mu zadać parę pytań? Bądź łaskawa się z nim umówić, a potem ubierz się, zejdź z drugiego piętra, wsiądź do metra i jedź, gdzie musisz. I przez cały czas na piechotę. Walcz z lenistwem, zapomnij o ćmiących plecach. Skończyło się słodkie życie. Dawniej byłaś oficerem operacyjnym z Pietrowki, już sam ten fakt pozwalał ludziom sądzić, że masz prawo zadawać im pytania. Teraz jesteś głównym ekspertem-konsultantem w wydziale informacyjno-analitycznym i nie masz żadnych praw, wyłącznie obowiązki.

Nastia Kamieńska ze spokojem przyjmowała fakt istnienia obowiązków, ale brak uprawnień nieustannie ją irytował. Dzisiaj na przykład musiała tłuc się Bóg wie gdzie na umówione spotkanie z mężczyzną, którego zeznania złożone do protokołu przed dziesięciu laty w sprawie zabójstwa małżonków Niemczinowów wprawiły ją w lekkie zdziwienie. W dodatku nie była pewna, czy miało ono jakiekolwiek podstawy. Może świadek wyrażał się inaczej, a śledczy, sporządzając protokół, sformułował jego wypowiedź w określony sposób. Niewarta skórka wyprawki. Tracić pół dnia na drogę tam i z powrotem, żeby zadać głupie pytanie i nie otrzymać ciekawej odpowiedzi… Nastia pocieszała się tylko słabą nadzieją, że pytanie nie okaże się jednak głupie.

Świadek, któremu zamierzała je zadać, miał akurat urlop i przebywał w domu wypoczynkowym pod Moskwą. Spotkanie zostało wyznaczone na pierwszą, ale ponieważ Nastia nigdy przedtem tam nie była, nie udało jej się wyliczyć co do minuty czasu przejazdu i znalazła się na miejscu o wiele wcześniej, kwadrans po dwunastej. Najgorsze przewidywania, które zazwyczaj się spełniają, tym razem też się sprawdziły i drzwi pokoju, którego numer miała zapisany na kartce, okazały się zamknięte. Usiadła więc w holu na pierwszym piętrze, czekając na pojawienie się mężczyzny, i otworzyła książkę, którą ze sobą zabrała, żeby zabić czas w pociągu podmiejskim. Książka była nudna, humor autora wydawał się naciągany, mimo to Nastia sumiennie wodziła wzrokiem po linijkach tekstu, bo już dawno doszła do wniosku, że skoro książka się sprzedaje, musieli się znaleźć czytelnicy, którzy dostrzegli w niej coś ciekawego i pociągającego. Dlaczego ona nie miałaby spróbować tego odszukać?

Gdy za kwadrans pierwsza w holu pojawił się mężczyzna w dresie i z nartami w rękach, Nastia nie miała żadnych wątpliwości, że to właśnie on, Aleksander Władimirowicz Biełkin. Nigdy nie widziała go ani na żywo, ani na zdjęciach, umówiła się na spotkanie przez telefon, jednakże głos i sposób wysławiania się pozwolił jej stworzyć obraz rozmówcy: silny, wysportowany, poruszający się sprężystym krokiem. W protokole przesłuchania sprzed dziesięciu lat znalazła się informacja, że Biełkow jest pilotem wojskowym. Ciekawe, czym teraz się zajmuje? Skoro się nie roztył i nie zdziadział, chyba nie zajął się prywacizną.

– Przepraszam, czy pan Aleksander Władimirowicz? – zawołała półgłosem.

Mężczyzna odwrócił się ku niej i zerknął na zegarek. Jego surowa twarz o twardych, grubych rysach, pokryta kropelkami potu, wyrażała niezadowolenie.

– Anastazja Pawłowna? Do umówionej godziny brakuje jeszcze kwadrans.

– Przepraszam, źle obliczyłam czas i przyjechałam nieco wcześniej.

– A ja sobie obliczyłem, że przed pani przybyciem zdążę wziąć prysznic po biegu narciarskim.

– Oczywiście – powiedziała pośpiesznie. – Mam tutaj poczekać?

Biełkin się rozchmurzył, mocno zarysowane wargi drgnęły w uśmiechu.

– Chodźmy do mojego pokoju.

Nawet nie zaczekał na jej odpowiedź, odwrócił się i szybko ruszył długim korytarzem w stronę swoich drzwi. Nastia wsunęła książkę do torby i poszła za nim.

Biełkin zajmował dwupokojowy apartament. Jeden pokój pełnił funkcję salonu (wyściełane meble, telewizor), drugi był najwyraźniej sypialnią. Mężczyzna zostawił Nastię w salonie i zniknął w łazience. Pojawił się z powrotem równo o pierwszej, tym razem w dżinsach i cienkim wełnianym swetrze. Miał starannie uczesane włosy, które nie zdążyły jeszcze wyschnąć po kąpieli.

– Słucham panią uważnie – powiedział, siadając w fotelu naprzeciwko.

– Aleksandrze Władimirowiczu, moje pytanie może się panu wydać dziwne, bo dotyczy bardzo odległych wydarzeń. Mam na myśli zabójstwo pańskich sąsiadów, Niemczinowów, na letnisku.

– Tak. I co?

– Może pan sobie przypomnieć i opowiedzieć, co się tam stało?

– Chwileczkę. – Na twarzy Biełkina znowu odmalowało się niezadowolenie, tym razem pomieszane z niepokojem. – Przecież powiedziała pani, że pracuje w MWD. Zgadza się?

– Owszem. Mogę pokazać legitymację.

– Poproszę – powiedział dobitnie, wyciągając rękę.

Uważnie przestudiował dokument i przyjrzawszy się zdjęciu, go zwrócił.

– Nie rozumiem sensu pani pytań. Skoro pracuje pani w MWD, musi mieć dostęp do akt sprawy karnej. Wszystko jest tam napisane. Co nowego chce pani ode mnie usłyszeć?

– W aktach jest informacja, że to właśnie pan wezwał wtedy milicję.

– Owszem, wezwałem.

– Dlaczego?

– Dlatego że usłyszałem strzały, a chwilę później zobaczyłem, że z okien sąsiedniego domu wydobywa się dym. Połączyłem jedno z drugim i uznałem, że to powód, by wezwać milicję. Dziwi to panią?

– Ależ nie… – Nastia się uśmiechnęła. – Chciałam zapytać, dlaczego nie wezwał pan milicji do razu po usłyszeniu strzałów. Dlaczego czekał pan, aż wybuchnie pożar?

– Bo w strzałach nie było niczego szczególnego. Na naszym osiedlu można je usłyszeć co najmniej trzy razy w ciągu godziny. Każdy ma broń myśliwską, niedaleko jest duża polana, na której urządzono coś w rodzaju strzelnicy, można tam potrenować, wypróbować sztucer. Poza tym w pobliżu znajduje się las, a wtedy akurat był środek sezonu. Strzały to nie powód. Ale strzały w połączeniu z pożarem to zupełnie co innego. Odpowiedziałem na pani pytanie?

Tak, tyle że to nie było pytanie, które najbardziej interesowało Nastię. Nie wypada jednak od razu przechodzić do rzeczy, najpierw trzeba przygotować grunt.

– Czy milicja szybko się zjawiła?

– Dość szybko. – Biełkin kiwnął głową. – Po jakichś pięciu minutach. Odległości nie są tam duże.

– Co pan powiedział milicjantom, gdy przyjechali?

– Że sąsiadów odwiedził jakiś mężczyzna. Zapytali, jak wyglądał, więc go opisałem.

– Co było potem?

– Po jakimś czasie poproszono mnie, żebym przyjechał do komisariatu, przyjrzał się pięciu mężczyznom i powiedział, czy jest wśród nich ten, którego widziałem u sąsiadów. Rozpoznałem go.

– To wszystko?

– Owszem.

No cóż, chyba tak właśnie było. W protokole okazania napisano: „Świadek A.W. Biełkin wskazał zatrzymanego W.P. Niemczinowa, twierdząc, że widział go u sąsiadów niedługo przed tragedią”. To niezrozumiałe. Zupełnie niezrozumiałe.

– Aleksandrze Władimirowiczu, od ilu lat ma pan domek letniskowy?

– Od osiemdziesiątego drugiego roku.

– Sam go pan postawił?

– Nie, kupiłem gotowy. Od spadkobierców jakiegoś profesora. Pilnie potrzebowali pieniędzy, wyjeżdżali na stałe do Kanady, więc udało mi się kupić niedrogo.

– Dobrze znał pan sąsiadów, Niemczinowów?

– Niezbyt dobrze. Oczywiście widywaliśmy się dość często. Ale nic poza tym. Nie odwiedzali mnie ani nie zapraszali do siebie.

– A co pan o nich wiedział?

– Praktycznie nic, tylko to, że Giennadij był znanym kompozytorem, pisał piosenki. Ale o tym wiedziało całe osiedle. Wszystkie panienki biegały do niego po autograf.

Nastia drgnęła. Znanym kompozytorem? Nieźle! Czy to czasem nie ten Niemczinow, który… Zgadza się, to chyba on. Wtedy, w osiemdziesiątym siódmym roku, jeszcze nie było zwyczaju, żeby podawać do publicznej wiadomości nieprzyjemną prawdę na temat gwiazd. Wiele znanych osób popełniało samobójstwa, umierało z przedawkowania narkotyków albo na skutek alkoholizmu, a gazety oględnie oznajmiały, że ten czy ów zginął tragicznie, odszedł przedwcześnie. O kompozytorze Giennadiju Niemczinowie też pojawiła się skąpa wzmianka: „Odszedł od nas w rozkwicie sił twórczych”. Ponieważ do zabójstwa doszło na letnisku, sprawą zajmowało się nie miasto, lecz obwód. To dlatego Nastia nie poznała wtedy żadnych szczegółów. Słyszała tylko, że Niemczinow został zabity i tyle.

– A do kogo należał domek Niemczinowów? Do kompozytora czy do Wasilija Pietrowicza? – W tym momencie Nastia zaatakowała. Ostrożnie, wyglądając zza węgła i nie do końca wiedząc, co chce uzyskać. Ale ów diabelski brak logiki nie dawał jej spokoju. Brwi Biełkina uniosły się lekko w geście zdziwienia.

– Wasilija Pietrowicza? A kto to taki?

– Niemczinow senior, ojciec Giennadija. Zapomniał pan, jak się nazywa?

– Przedtem też nie wiedziałem. Znałem tylko Giennadija i Swietę, no i oczywiście ich córkę Leroczkę. Była małym dzieckiem.

– Aleksandrze Władimirowiczu – powiedziała Nastia z napięciem w głosie. – To bardzo ważne, dlatego proszę, żeby się pan dobrze zastanowił, zanim udzieli odpowiedzi. Czy gdy zobaczył pan na sąsiedniej posesji gospodarzy, a z nimi mężczyznę, wiedział pan, że to ojciec Giennadija Niemczinowa?

– Nie miałem pojęcia.

– Nigdy przedtem go pan nie widział?

– Zdecydowanie. Nie widziałem.

– Jest pan tego pewien?

– Anastazjo Pawłowna, mam dobrą pamięć wzrokową. Na oczy też nie narzekam. Nie muszę chyba przypominać, kim jestem z zawodu.

– Pamiętam – wtrąciła Nastia. – Był pan pilotem wojskowym.

– W takim razie musi pani wiedzieć, że można polegać na moim wzroku. Niemczinowowie korzystali z domku przez okrągły rok, bo był duży i ciepły. Mój domek nie jest tak przystosowany do zimy, ale co niedzielę wybierałem się tam, żeby pojeździć na nartach. Robię tak do dzisiaj. Latem mieszkam tam na okrągło. Gdybym choć raz zobaczył tamtego mężczyznę, tobym go zapamiętał.

A więc na tym polegał brak logiki, który zwrócił uwagę Nastii. Czytając akta sprawy, od razu zauważyła, że sąsiad, Aleksander Władimirowicz Biełkin, mówił nie o Wasiliju Pietrowiczu Niemczinowie, ojcu właściciela posesji, tylko o mężczyźnie, który miał koło pięćdziesięciu pięciu lat, ciężko stąpał, był masywnie zbudowany, szpakowaty, ubrany w ciemne spodnie, sweter koloru bordo z dwoma białymi pasami z tyłu i z przodu. Niemczinow został zatrzymany na podstawie znaków szczególnych, przede wszystkim na podstawie opisu owego bordowego swetra w białe pasy.

– Czy dobrze się pan przyjrzał wtedy jego twarzy? – zapytała.

– Oczywiście. Zapamiętałem też głos. Rozmawiałem z nim.

– O czym?

– Chciał podlać kwiaty, wziął konewkę i zaczął szukać wody. Giennadij i jego żona byli w domku, a ja akurat doprowadzałem do porządku krzak porzeczki przy płocie. Widzę, że mężczyzna chodzi z konewką tam i z powrotem, wygląda przy tym na stropionego. Gdy mnie zauważył, przywitał się i zapytał, skąd bierzemy wodę. Pokazałem mu, gdzie na działce Gieny jest hydrant. Napełnił konewkę i zaczął podlewać kwiaty. Potem wrócił do domku.

– A potem?

– Co potem? To wszystko. Sąsiedzi byli w domku, a ja wróciłem do siebie. Usiadłem na kanapie i oglądałem telewizję, nadawano akurat serial Siedemnaście mgnień wiosny, więc starałem się nie przegapić żadnego odcinka. Gdy usłyszałem strzały, nie zwróciłem na nie uwagi. Resztę już pani mówiłem.

– Czy wtedy, dziesięć lat temu, ktoś panu zadawał podobne pytania?

– Nie. Właściwie nie rozumiem, czemu pani je zadaje. Przecież zabójca został ujęty, okazał się nim mężczyzna, którego widziałem na posesji Niemczinowów. Co tutaj może być niejasne?

– Nic. – Nastia westchnęła. – Zwłaszcza że podczas śledztwa i na rozprawie sądowej Niemczinow przyznał się do zabójstwa.

– W takim razie po co traci pani czas?

– Chce pan zapytać, dlaczego zabieram go panu?

– To też. – Biełkin się uśmiechnął. – Może sądzi pani, że czas kogoś, kto ma urlop, nie jest cenny?

– Nie, wcale tak nie sądzę. Aleksandrze Władimirowiczu, czy nie wydało się panu dziwne, że ojciec właściciela posesji nie wie, gdzie jest hydrant?

– Nie. – Biełkin zaczął się irytować, i to bardzo wyraźnie. – Widziałem tego mężczyznę po raz pierwszy, dla mnie to był zwyczajny gość, więc uznałem za naturalne, że czegoś nie wie. Nie rozumiem, do czego pani zmierza. Uważa pani, że złożyłem fałszywe zeznania?

Nastia roześmiała się serdecznie. Wreszcie do niej dotarło, dlaczego Biełkin się denerwuje. No oczywiście, jej pytania mogą sugerować, że sprawdza jego słowa i im nie dowierza.

– Bardzo przepraszam – powiedziała łagodnie. – Nie chciałam, żeby pan tak pomyślał. Chodzi o coś innego. Musi pan wiedzieć, że posesja należała nie do Giennadija, tylko do jego ojca, Wasilija Pietrowicza. Był pan ich sąsiadem przez pięć lat i przez ten czas ani razu nie widział prawdziwego właściciela. A gdy nagle się zjawił, okazało się, że nawet nie wie, gdzie na działce wykopano studnię artezyjską. To znaczy, że tam nie bywał. Nasuwa się więc pytanie: czemu?

– Pytanie jest oczywiście ciekawe, ale to nie ja powinienem być jego adresatem. Już pani mówiłem, że znałem sąsiadów tylko z widzenia, mówiliśmy sobie „dzień dobry” i pożyczaliśmy czasem różne narzędzia, nic poza tym. Nie mam pojęcia, dlaczego ojciec Giennadija nie przyjeżdżał na letnisko. Nie orientuję się w ich rodzinnych sprawach.

Głos Biełkina był nadal surowy, ale irytacja zniknęła. Nastia odniosła nawet wrażenie, że mężczyzna zaczął popatrywać na nią z ciekawością. A przynajmniej nieco życzliwiej. Zerknęła na zegarek i wstała.

– Pewnie musi pan iść na obiad. Dziękuję za poświęcony czas.

Biełkin posłał jej kpiące spojrzenie i nagle rzucił ostro:

– Proszę usiąść, pani major. Jeszcze nie skończyliśmy.

Nastia osłupiała ze zdumienia i posłusznie osunęła się z powrotem na fotel. Biełkin milczał, przypatrując jej się jak robakowi pod mikroskopem. Jego natarczywy wzrok sprawił, że poczuła się nieswojo.

–