Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Miłość silniejsza niż rozsądek. Namiętność, która nie zna granic. I krajobraz, w którym wiatr niesie echo dawnych krzywd.
Wichrowe Wzgórza autorstwa Emily Brontë** to jedna z najbardziej przejmujących historii w literaturze światowej — opowieść o uczuciu, które potrafi budować i niszczyć jednocześnie.
W tej wyjątkowej wersji audiobooka historię Cathy i Heathcliffa ożywiają głosy Barbary Garstki-Puciaty i Wiktora Piechowskiego. Ich interpretacja wydobywa z powieści mrok, emocjonalne napięcie i dramatyzm, które czynią tę opowieść tak poruszającą i ponadczasową.
Szum wiatru nad wrzosowiskami, milczenie pełne niedopowiedzeń, słowa wypowiadane z bólem i tęsknotą — w formie audio „Wichrowe Wzgórza” nabierają niezwykłej intensywności.
To historia dla tych, którzy nie boją się silnych emocji i literatury, która zostaje w sercu na długo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 202
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© 2026 4P Acoustic sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 978-83-68669-22-0
Wydanie IWarszawa 2026
Wydanie elektroniczne (EPUB)
Wydawca:4P Acoustic sp. z o.o.
Tytuł: Wichrowe wzgórza: Część II
Autor: Emily Bronte
Opracowanie redakcyjne: Aleksandra Szatkowska
Skład i opracowanie edytorskie: Wiktor Piechowski
Wszelkie znaki towarowe, nazwy własne i marki użyte w publikacji należą do ich prawnych właścicieli.
Aby uprzedzić wykonanie tej groźby, pan Linton zlecił mi zawieźć chłopca o wczesnej porze, na kucu Catherine.
— Ponieważ nie będziemy teraz mieli wpływu, dobrego czy złego, na jego losy, nie wolno ci zdradzić mojej córce, gdzie on jest. Nie będzie go więcej widywała, więc lepiej dla niej, żeby nie wiedziała, jak blisko mieszka. Z pewnością chciałaby wtedy odwiedzić Wichrowe Wzgórza. Powiedz jej tylko, że ojciec Lintona nagle przysłał po niego, więc musiał nas opuścić.
Linton nie chciał się ruszyć z łóżka o piątej godzinie i zdziwiła go wiadomość, że musi się przygotować do dalszej drogi. Osłodziłam mu jednak te widoki, mówiąc, że spędzi trochę czasu ze swym ojcem, panem Heathcliffem, który tak bardzo chce się z nim zobaczyć, że nie ma cierpliwości czekać, aż jego syn odpocznie po podróży.
— Mój ojciec! — zawołał dziwnie poruszony. — Mamusia nigdy mi nie mówiła, że mam ojca. Gdzie on mieszka? Wolałbym zostać u wuja.
— Mieszka niedaleko Drozdowego Gniazda — odparłam — zaraz za tymi wzgórzami. Kiedy nabierzesz sił, będziesz mógł do nas przychodzić na spacery. Powinieneś się cieszyć, że idziesz do domu i zobaczysz ojca. Musisz się starać go pokochać, tak jak kochałeś matkę, a wtedy on pokocha ciebie.
— Ale dlaczego nigdy o nim wcześniej nie słyszałem? — spytał Linton. — Dlaczego mamusia i on nie mieszkali razem, tak jak inni ludzie?
— Interesy trzymały go na północy — odparłam — a zdrowie twojej matki wymagało, żeby mieszkała na południu.
— Ale dlaczego mamusia mi o nim nie mówiła?—nalegał. — Często mówiła o wuju i już dawno nauczyłem się go kochać. Jak mam pokochać tatusia? Nie znam go.
— Wszystkie dzieci kochają swoich rodziców — powiedziałam. — Może twoja matka bała się, że zapragniesz być z nim, jeśli będzie go za często wspominała. Pośpieszmy się. W tak piękny poranek dużo przyjemniej jest wybrać się na przejażdżkę, niż wylegiwać się godzinę dłużej w łóżku.
— A czy ona z nami jedzie? — spytał. — Ta mała dziewczynka, którą wczoraj widziałem?
— Na razie nie — odparłam.
— A wuj?
— Nie, pojedziesz ze mną.
Linton opadł z powrotem na poduszkę i pogrążał się w głębokim namyśle.
— Bez wuja nie pojadę! — zawyrokował wreszcie. — Ja nie wiem, dokąd ty mnie chcesz zabrać!
Próbowałam go przekonać, że to bardzo nieładnie nie chcieć spotkać się z ojcem. Wciąż jednak uparcie odmawiał wstania i musiałam wezwać pana, żeby pomógł mi ściągnąć go z łóżka. W końcu namówiliśmy nieboraka złudnymi zapewnieniami, że jego pobyt w Wichrowych Wzgórzach nie potrwa długo oraz że pan Edgar i Cathy będą go odwiedzali. Przez całą drogę powtarzałam mu te i inne obietnice, równie fałszywe. Balsamiczne, pachnące wrzosem powietrze, jasne słońce i łagodny trucht Minny wkrótce trochę go udobruchały. Zaczął się dowiadywać o swój nowy dom i jego mieszkańców, bardziej zaciekawiony i ożywiony.
— Czy Wichrowe Wzgórza są tak samo ładne jak Drozdowe Gniazdo? —zapytał, rzuciwszy za siebie ostatnie spojrzenie na dolinę, gdzie wzeszła lekka mgła, tworząc wełnisty obłok na granicy błękitu.
— Nie stoją pośród tylu drzew — odparłam — i nie są tak duże, ale pięknie widać z nich całą okolicę. I powietrze jest dla ciebie zdrowsze — czystsze i mniej wilgotne. Z początku budynek może ci się wydać stary i ciemny, ale to wspaniały dom, drugi w tych stronach po Drozdowym Gnieździe. Będziesz mógł sobie hasać po wrzosowiskach. Hareton Earnshaw—kuzyn Cathy, a więc jakby i twój—pokaże ci wszystkie cudowne miejsca. Przy ładnej pogodzie możesz zabrać książkę i przenieść swój pokój do nauki w jakiś zielony zakątek. Wuj wybierze się z tobą czasem na spacer. On często chodzi po wzgórzach.
— A jaki jest mój ojciec? — spytał. — Czy jest tak samo młody i przystojny jak wuj?
— Tak samo młody — odparłam — ale ma ciemne włosy i oczy, wygląda bardziej srogo. Jest roślejszy i silniejszy. Z początku może ci się wydać niezbyt łagodny i sympatyczny, bo jest dosyć szorstki w obejściu. Ale pamiętaj, żebyś był wobec niego szczery i serdeczny, a on pokocha cię bardziej niż jakikolwiek wuj, bo jesteś jego dzieckiem.
— Czarne włosy i oczy! — zadumał się Linton. — Nie umiem go sobie wyobrazić. Czyli nie jestem do niego podobny?
— Nie bardzo — odparłam.
"Ani odrobiny"; pomyślałam, przyglądając się z żalem bladej cerze i wątłej posturze mojego towarzysza, jak również jego dużym, ospałym oczom. Były to oczy jego matki, lecz bez ich blasku i ognia, chyba że rozpalała je jego chorobliwa drażliwość.
— Jakie to dziwne, że nigdy nie przyjechał zobaczyć się z mamusią i ze mną! — mruknął. — Czy on mnie kiedykolwiek widział? Musiałem być wtedy bardzo mały... Ani trochę go nie pamiętam!
— Ależ Lintonie — powiedziałam — trzysta mil to kawał drogi, dziesięć lat zaś to dla dorosłej osoby znacznie krócej, niż ci się wydaje. Przypuszczam, że pan Heathctiff wybierał się do was każdego lata, ale nigdy nie znalazł okazji. Teraz już nie ma sensu do tego wracać. Nie dręcz go pytaniami na ten temat, to go tylko niepotrzebnie zmartwi.
Przez resztę podróży chłopiec był całkowicie zajęty swymi myślami. Kiedy stanęliśmy pod bramą, obserwowałem jego minę. W powadze i skupieniu przyglądał się rzeźbieniom frontonu, nisko osadzonym oknom, rozrośniętym krzewom agrestu i pokrzywionym jodłom, po czym potrząsnął głową: nowe domostwo od zewnątrz nie zyskało jego aprobaty. Starczyło mu jednak rozsądku, by na razie odroczyć werdykt: może środek zatrze złe wrażenie. Zanim zsiadł z kuca, podeszłam pod próg i otworzyłam drzwi. Było wpół do siódmej, właśnie skończono śniadanie, służąca sprzątała naczynia i wycierała stół. Joseph stał obok krzesła swego pana i bajał coś o kulawym koniu, a Hareton zbierał się do wyjścia na sianokosy.
— Jak się masz, Nelly! — powiedział pan Heathcliff, kiedy mnie zobaczył. — Obawiałem się, że będę musiał odebrać swoją własność osobiście. Masz toto ze sobą, tak? Zobaczmy, co się z nim da zrobić.
Wstał i wielkimi krokami podszedł do drzwi. Hareton i Joseph ruszyli za nim, pełni ciekawości. Biedny Linton przebiegł wystraszonym wzrokiem po ich twarzach.
— Jak dwa a dwa cztery — powiedział Joseph po skrupulatnych oględzinach — podmienili go panu. Przecież to dziewucha!
Heathcliff, onieśmieliwszy syna swym spojrzeniem, zaśmiał się pogardliwie.
— Boże! Co za piękność! — wykrzyknął. — Co za cudna, urocza istota! Pewnie karmili go ptasim mlekiem i ślimakami, prawda, Nelly? Diabli nadali! Jest gorzej, niż myślałem, a bynajmniej nie robiłem sobie wielkich nadziei!
Powiedziałam drżącemu i oszołomionemu Lintonowi, żeby zsiadł z konia i wszedł do środka. Nie bardzo zrozumiał przemowę swego ojca i nie wiedział, czy była adresowana do niego. Nie miał nawet pewności, czy ten posępny, obcy szyderca to jego ojciec. Uczepił się mnie z rosnącym przerażeniem, a kiedy pan Heathcliff usiadł i rozkazał: „Podejdź tutaj!", wtulił twarz w moje ramię i rozpłakał się.
— Dosyć!—powiedział Heathcliff, wyciągnął ręce, brutalnie wstawił sobie chłopca między kolana i ujął go za podbródek. — Bez tych błazeństw! Nie zrobimy ci krzywdy, Lintonie... tak ci na imię, prawda? Wykapana matka, jakbym ją widział. A po mnie nic nie wziąłeś, płaczliwy zdechlaku?
Zdjął chłopcu czapkę i odgarnął do tyłu gęste blond włosy, pomacał jego szczupłe ramiona i drobne palce. Podczas tej inspekcji Linton przestał płakać i uniósł swe wielkie błękitne oczy, aby również dokonać oględzin.
— Znasz mnie? — spytał Heathcliff, sprawdziwszy, że wszystkie członki są jednakowo kruche i słabe.
— Nie — odparł Linton z nieokreślonym lękiem w oczach.
— Ale chyba o mnie słyszałeś?
— Nie — powtórzył chłopiec.
— Nie? Ta twoja matka wstydu nie miała: żeby nie rozbudzić w dziecku synowskich uczuć! Mówię ci w takim razie, że jesteś moim synem. Twoja matka zachowała się podle, nie wspominając ci nic o ojcu. A teraz nie trzęś się tak i nie rumień! Chociaż dobrze widzieć, że przynajmniej twoja krew nie jest biała. Bądź grzeczny, to jakoś się dogadamy. Nelly, jeśli jesteś zmęczona, możesz usiąść; jeśli nie, wracaj do domu. Domyślam się, że chcesz przekazać temu łamadze z Drozdowego Gniazda, co tu słyszałaś i widziałaś. Poza tym to stworzenie się nie uspokoi, dopóki tu jesteś.
— Zgoda — odparłam. — Mam nadzieję, że będzie pan dla chłopca dobry, panie Heathcliff, bo inaczej długo panu nie pożyje. I niech pan pamięta, że jest jedyną rodziną, jaka panu została na tym świecie.
— Będę dla niego bardzo dobry, nie obawiaj się — powiedział ze śmiechem. — Ale nikt inny nie może być dla niego dobry: jestem zazdrosny i chcę mieć wyłączność na jego uczucia. Żeby już zacząć z tą dobrocią: Josephie, przynieś chłopcu śniadanie! Haretonie, ty przeklęte cielę, wynoś się do pracy. Tak, Nell — dodał, kiedy poszli — mój syn odziedziczy w przyszłości Drozdowe Gniazdo i nie chciałbym, żeby mi umarł, zanim zapewnię sobie prawa do spadku po nim. Poza tym jest mój: jakiż to będzie triumf widzieć mojego potomka władającego ich majątkiem, najmującego ich dzieci do uprawiania za pieniądze ziemi jego ojca. Tylko ta perspektywa pozwoli mi ścierpieć tego smarkacza. Gardzę nim za to, jaki jest, i nienawidzę go za wspomnienia, które we mnie ożywia! Ale to jedno wystarczy: będzie miał u mnie równie troskliwą opiekę jak córka twojego pana w Drozdowym Gnieździe. Urządziłem mu pokój na górze, bardzo gustownie. Wynająłem też nauczyciela, mieszka dwadzieścia mil stąd i będzie dojeżdżał trzy razy w tygodniu i uczył chłopca wszystkiego, czego ten zapragnie. Poleciłem Haretonowi, żeby był na jego rozkazy, i w ogóle wszystko tak załatwiłem, żeby chłopiec pielęgnował w sobie poczucie wyższości i szlachectwa. Żałuję jednak, że tak mało zasługuje na te starania. Jeżeli czegokolwiek sobie na tym świecie życzyłem, to żeby okazał się dzieckiem, z którego mógłbym być dumny. Ten blady wymoczek sprawił mi wielki zawód!
Tymczasem wrócił Joseph i postawił przed Lintonem miskę owsianki. Chłopiec z odrazą odwrócił głowę od mamałygi i oświadczył, że nie będzie tego jadł. Zauważyłam, że Joseph mniej więcej podziela wzgardliwą opinię swego pana o dziecku, lecz musi zachować to uczucie dla siebie, ponieważ Heathcliff wyraźnie sobie zażyczył, żeby służba traktowała chłopca z szacunkiem.
— Nie będzie jadł? — powtórzył, zaglądając Lintonowi w twarz i zniżając głos do szeptu, żeby pan go nie usłyszał. — Ale panicz Hareton nie jadł nic innego, jak był mały. Było dobre dla niego, będzie dobre i dla panicza.
— Nie będę jadł! — odpowiedział ze złością Linton. — Zabierz to. Oburzony Joseph złapał miskę i przyniósł ją do nas.
— Czy z tym jedzeniem jest coś nie tak?— spytał, podsuwając ją pod nos Heathcliffowi.
— Niby co?
— Ano właśnie! Wasz delikacik mówi, że nie zje. Ale czemu się tu dziwić! Z jego matką było tak samo... Mało co, a nie jadłaby chleba ze zboża wysianego naszymi brudnymi rękami.
— Nie wspominaj przy mnie o jego matce — powiedział pan z gniewem. —Po prostu przynieś mu coś, co będzie w stanie zjeść. Co on zwykle jadał, Nelly?
Zasugerowałam przegotowane mleko lub herbatę i wydane zostały odpowiednie dyspozycje. „Bardzo dobrze—pomyślałam — egoizm ojca przyczyni się zapewne do jego wygody. Heathcliff ma świadomość jego kruchego zdrowia i rozumie, że trzeba się z nim obchodzić delikatnie. Pan Edgar ucieszy się, gdy mu powiem o zmianach, jakie zaszły w usposobieniu pana Heathcliffa".
Nie mając już pretekstu, by zostać dłużej, wymknęłam się, kiedy Linton strachliwie odtrącał przyjazne zaloty dużego owczarka. Był jednak zbyt czujny i nie dał się wyprowadzić w pole. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, usłyszałam płacz i rozpaczliwe okrzyki:
— Nie zostawiaj mnie! Nie chcę tu zostać! Nie chcę tu zostać!
Potem usłyszałam zgrzytnięcie klucza w zamku. Nie pozwolili mu wyjść na zewnątrz. Dosiadłam Minny i ruszyłam kłusem. Tak zakończyła się moja krótka kuratela nad Lintonem Heathcliffem.
Tego dnia mieliśmy z małą Cathy urwanie głowy. Wstała wesoła, nie mogąc się doczekać spotkania z kuzynem. Wiadomość o jego wyjeździe przyjęła tak gwałtownymi łzami i rozpaczą, że sam Edgar musiał dodawać jej otuchy, zapewniając, że kuzyn wkrótce wróci. Dodał jednak: „Jeśli mi go oddadzą", a na to nie było nadziei.
Obietnica ta niezbyt dziecko pocieszyła, lecz skuteczniejszym lekarstwem okazał się czas. Jakkolwiek nadal raz po raz pytała ojca, kiedy wróci Linton, to zanim go ponownie zobaczyła, jego rysy na tyle zatarły się w jej pamięci, że go nie poznała.
Bywając w interesach w Gimmerton, spotykałam czasami gospodynię z Wichrowych Wzgórz i zawsze ją pytałam, jak miewa się młody panicz. Żył bowiem niemal równie pustelniczo jak Catherine i nigdzie się nie pokazywał. Dowiedziałam się, że Linton wciąż niedomaga, a usługiwanie mu nie należy do przyjemności. Powiedziała, że pan Heathcliff najwyraźniej żywi do niego coraz większą odrazę, chociaż stara się tego nie okazywać. Jego głos budził w nim niechęć i nie potrafił długo wytrzymać z nim w małym pomieszczeniu. Rzadko nawiązywali rozmowę. Linton pobierał lekcje i spędzał wieczory w tym samym pokoju, który nazywali salonikiem, bądź też leżał cały dzień w łóżku, bo nieustannie dokuczały mu kaszel, przeziębienia i najrozmaitsze bóle.
— Jeszcze nigdy nie widziałam tak strachliwego i uważającego na siebie stworzenia — dodała kobieta. — Niech no tylko zostawię wieczorem okno otwarte trochę za długo, a on zaraz: „Zabijesz mnie, nocne powietrze mnie zabije!" W środku lata musi być napalone w piecu, dym z fajki Josepha to trucizna, musimy mu stale znosić cukierki i smakołyki, i wciąż tylko mleko i mleko — zupełnie go nie obchodzi, że jest zima i dla nas zostaje tylko woda. Siedzi przy ogniu owinięty w futrzany płaszcz, z grzanką, mlekiem albo jakąś miksturą na kracie kominka. Kiedy Hareton, z litości, przyjdzie go zabawić — Hareton to w głębi serca dobry chłopak, choć trochę nieokrzesany—można być pewnym, że się poróżnia i zawsze kończy się na tym, że jeden klnie, a drugi płacze. Myślę, że pan życzyłby sobie, aby Earnshaw sprał go na kwaśnie jabłko, gdyby to nie był jego syn. Jestem pewna, że wyrzuciłby go z domu, gdyby choć w połowie wiedział, jak on się ze sobą pieści. Ale unika pokusy: nigdy nie wchodzi do saloniku, a gdy Linton pokaże się tam, gdzie on bywa, natychmiast wygania go na górę.
Wywnioskowałam z tej opowieści, że wychowany bez miłości Linton wyrósł na chłopca samolubnego i przykrego, o ile nie był taki z natury. Moje zainteresowanie nim zmniejszyło się, chociaż wzruszał mnie i zasmucał jego los, i żałowałam, że nie został u nas. Pan Edgar prosił mnie, bym zasięgała języka. Jak mi się wydaje, często myślał o dziecku i gotów byłby narazić się na znaczne ryzyko, byleby go zobaczyć. Pewnego dnia kazał mi zapytać gospodynię, czy Linton kiedykolwiek pojawia się w miasteczku. Odparła, że przyjechał dwa razy, konno, towarzysząc ojcu, po czym przez trzy lub cztery dni dawał do zrozumienia, że jest prawie umierający. Gospodyni wymówiła służbę dwa lata po jego przybyciu, o ile sobie dobrze przypominam. Jej następczyni, której nie znam, mieszka tam do dziś.
W Drozdowym Gnieździe czas upływał bardzo szczęśliwie, dopóki panna Cathy nie ukończyła szesnastu lat. Nigdy nie obchodziliśmy hucznie jej urodzin, ponieważ była to zarazem rocznica śmierci mojej pani. Ojciec dziewczynki nieodmiennie spędzał ten dzień samotnie w bibliotece, a po zapadnięciu zmierzchu szedł na cmentarz w Gimmerton, gdzie nierzadko zastawała go północ. Catherine musiała więc bawić się sama. Tym razem dwudziestego marca wypadło w piękny wiosenny dzień. Kiedy ojciec schronił się w swej samotni, moja młoda pani zeszła na dół ubrana do wyjścia i poprosiła, bym towarzyszyła jej w przechadzce na skraj wrzosowiska. Pan Linton wyraził na to zgodę, pod warunkiem, że się za bardzo nie oddalimy i wrócimy w ciągu godziny.
— Więc pośpiesz się, Ellen! — zawołała. — Wiem, gdzie chcę pójść, tam, gdzie głuszce przyleciały na lęg. Chcę zobaczyć, czy już zbudowały gniazda.
— To musi być dosyć daleko — odparłam—bo głuszce nie zakładają kolonii lęgowych na wrzosowisku.
— Nie, to niedaleko — powiedziała. — Na spacerze z tatusiem podeszliśmy prawie pod samą kolonię.
Włożyłam czepek i wyszłam, więcej się już nad tym nie zastanawiając. Catherine wybiegała do przodu, wracała do mnie, po czym znów uciekała, jak młody chart. Z początku czułam się bardzo szczęśliwa, słuchając śpiewu skowronków, pławiąc się w łagodnym cieple słońca i patrząc na nią, moje oczko w głowie. Jej złociste pukle powiewały w biegu, policzki rumieniły się delikatnym i czystym odcieniem dzikiej róży w rozkwicie, a oczy błyszczały niezmąconą radością. Była w tych czasach szczęśliwym i anielskim stworzeniem. Wielka szkoda, że nie wystarczało jej to, co miała!
— No i gdzie te twoje głuszce, panienko? — spytałam. — Powinnyśmy już być na miejscu. Ogrodzenie parku zostało daleko w tyle!
— Już tylko kawałeczek, Ellen — odpowiadała niezmiennie. — Wejdź na ten pagórek, obejdź to zbocze i zanim znajdziesz się po drugiej stronie, ja spłoszę ptaki.
Trzeba było jednak wejść na tyle pagórków i obejść tyle zboczy, że poczułam zmęczenie i powiedziałam jej, że musimy zawrócić. Wysforowała się daleko do przodu, więc musiałam krzyczeć. Albo mnie nie słyszała, albo udawała, że nie słyszy, bo pędziła dalej, a ja, chcąc nie chcąc, musiałam iść za nią. Wreszcie zniknęła mi za wzniesieniem, a kiedy znów się wyłoniła, była dwie mile bliżej Wichrowych Wzgórz niż swojego domu. Zobaczyłam, że zatrzymują ją dwie osoby. Jedną z nich był nie kto inny, jak pan Heathcliff.
Cathy została złapana na gorącym uczynku okradania z jajek, a przynajmniej wyszukiwania gniazd głuszców. Ziemia wokół Wichrowych Wzgórz należała do Heathcliffa, więc skrzyczał kłusowniczkę.
— Żadnego nie wzięłam ani nie znalazłam — powiedziała, rozkładając ręce na potwierdzenie, gdy nadbiegłam zdyszana. — Nie zamierzałam zabierać, tatuś mi powiedział, że jest ich tu całe mnóstwo, i chciałam zobaczyć, jak wyglądają.
Heathcliff zerknął ku mnie z uśmieszkiem, który mówił, że wie, z kim ma do czynienia, i nie jest zbyt przychylnie usposobiony. Spytał, kto to jest „tatuś"?
— Pan Linton z Drozdowego Gniazda — odparła. — Domyślałam się, że pan mnie nie zna, bo inaczej nie ośmieliłby się pan mówić do mnie w ten sposób.
— Więc sądzisz, że tatuś cieszy się wielkim poważaniem? — zapytał z sarkazmem.
— A pan kim jest? — spytała Catherine, przyglądając się z zaciekawieniem swemu rozmówcy. — Tego człowieka już wcześniej widziałam. To pański syn?
Wskazała na Haretona, drugiego osobnika, który przez dwa lata stał się masywniejszy, ale poza tym sprawiał wrażenie równie niezgrabnego i nieokrzesanego jak zawsze.
— Musimy wracać, panienko — przerwałam — bo z jednej godziny zrobiły się trzy.
— Nie, ten człowiek nie jest moim synem — odparł Heathcliff, odsuwając mnie. — Ale mam syna, i jego też już widziałaś. Choć twojej opiekunce bardzo się spieszy, myślę, że dobrze wam zrobi, jeśli trochę odsapniecie. Mój dom jest zaraz za tym pagórkiem, zaglądniecie na chwilę? Wypoczęte szybciej zajdziecie do siebie. Naprawdę serdecznie zapraszam.
Szepnęłam Catherine, że pod żadnym pozorem nie wolno jej przyjąć tej propozycji, to absolutnie wykluczone.
— Dlaczego? — spytała na głos. — Bolą mnie nogi od biegania, a ziemia jest wilgotna i nie mogę usiąść. Chodźmy, Ellen. Poza tym on mówi, że widziałam jego syna. Sądzę, że się myli, ale zgaduję, gdzie mieszka: na tej farmie, którą odwiedziłam, wracając spod Penninstońskich Turni. Prawda, proszę pana?
— Tak, dobrze zgadujesz. Daj spokój, Nelly, idziemy... To będzie dla niej wielka gratka. Haretonie, idź przodem z dziewczyną. Ty pójdziesz ze mną, Nelly.
— Nie, ona nie pójdzie do tego domu! — zawołałam, usiłując wyrwać ramię, za które mnie chwycił.
Catherine była już jednak prawie pod bramą, pełnym biegiem okrążywszy pagórek. Wyznaczony jej do asysty chłopak nie zachował się zbyt po rycersku: zboczył z drogi i zniknął.
— Panie Heathcliff, bardzo źle pan postępuje — podjęłam. — Pan doskonale wie, że nie ma pan dobrych intencji. Dziewczyna zobaczy Lintona, zaraz powtórzy wszystko ojcu, a wina spadnie na mnie.
— Chcę, żeby zobaczyła Lintona — odparł. — Od kilku dni wygląda lepiej, a rzadko się zdarza, żeby nadawał się do pokazania ludziom. Zaraz ją przekonamy, żeby zachowała tę wizytę w tajemnicy. Co w tym złego?
— Jej ojciec znienawidziłby mnie, gdyby się dowiedział, że pozwoliłam jej wejść do tego domu. Poza tym jestem przekonana, że ma pan jakieś niecne zamiary.
— Moje zamiary są jak najuczciwsze. Nie będę ich przed tobą ukrywał. Chcę, żeby kuzyni zakochali się w sobie i pobrali. Wyrządzam twemu panu przysługę: ta jego gąska nie ma żadnych widoków na spadek, a gdyby spełniła moje życzenia, jej los byłby automatycznie zabezpieczony, gdyż dziedziczyłaby wspólnie z Lintonem.
— Ale gdyby Linton umarł, a jego życie jest bardzo niepewne, spadkobierczynią byłaby Catherine.
— Nie. Testament tego nie stanowi. Jego własność przeszłaby na mnie. Jednak, dla uniknięcia sporów, pragnę ich związku i jestem zdecydowany do niego doprowadzić.
— A ja jestem zdecydowana, że Catherine już nigdy nie zbliży się ze mną do tego domu — odparłam, gdy dochodziliśmy do bramy, gdzie czekała na nas panienka.
Heathcliff kazał mi milczeć i pośpieszył przodem, żeby otworzyć drzwi. Moja młoda pani zerkała na niego raz po raz, jakby nie była do końca przekonana, co ma o nim sądzić. Kiedy napotykał jej spojrzenie, uśmiechał się i łagodził głos. Ja głupia myślałam wtedy, że pamięć o jej matce nie pozwoli mu wyrządzić jej nic złego.
Linton stał koło kominka. Właśnie wrócił ze spaceru, bo miał na głowie czapkę i wołał na Josepha, żeby mu przyniósł suche buty. Był wysoki, choć nie skończył jeszcze szesnastu łat. Twarz miał wciąż ładną, a oczy i cerę żywsze niż zapamiętałam, lecz był to tylko chwilowy skutek pobytu na powietrzu i słońcu.
— A teraz powiedz mi, kto to jest? — spytał pan Heathcliff, zwracając się do Cathy. — Domyślasz się?
— Pański syn? — powiedziała, przyjrzawszy się z powątpiewaniem najpierw jednemu, potem drugiemu.
— Tak, tak; ale czy naprawdę widzisz go po raz pierwszy? Zastanów się! Krótką masz pamięć. Lintonie, przypominasz sobie swoją kuzynkę? Zamęczałeś nas, że chcesz się z nią zobaczyć!
— Co, Linton?! — zawołała Cathy z radosnym zdumieniem. — To ma być mały Linton? Jest wyższy ode mnie! To naprawdę ty?
Młodzieniec przystąpił do niej i potwierdził jej domysł. Ucałowała go gorąco, po czym oboje nie mogli się nadziwić, jak bardzo się zmienili. Catherine osiągnęła swój pełny wzrost, jej kształty były zarazem krągłe i smukłe, jej mięśnie prężne jak stal, cała promieniowała zdrowiem i werwą. Linton był bardzo ociężały w wyrazie i ruchach, a ciało miał wątłe. Niedostatki te łagodził jednak pewien wdzięk w zachowaniu i chłopiec nie był odpychający.
Obsypawszy go czułościami, jego kuzynka podeszła do pana Heathcliffa, który przystanął w drzwiach i dzielił uwagę między to, co działo się wewnątrz i na zewnątrz, a raczej udawał, że patrzy na zewnątrz, w rzeczywistości nie spuszczając wzroku z młodej pary.
— Czyli ty jesteś moim wujkiem! — spoufaliła się natychmiast, zarzucając mu ręce na szyję.—Czułam, że cię polubię, chociaż z początku złościłeś się na mnie. Czemu nie odwiedzasz z Lintonem Drozdowego Gniazda? To dziwne, tyle lat mieszkać tak blisko i nie widywać się. Dlaczego?
— Odwiedzałem was trochę za często, zanim przyszłaś na świat. No już... do diabła! Jeśli masz na zbyciu więcej pocałunków, idź z nimi do Lintona, nie marnuj ich dla mnie.
— Niedobra Ellen! — zawołała Catherine i podskoczyła ku mnie, by z kolei mnie zalać powodzią pieszczot. — Niedobra Ellen! Chciałaś mi zabronić przyjść tutaj! Będę chodziła tutaj na spacer co rano, mogę, wujku? Czasem przyprowadzę tatę. Ucieszysz się?
— Naturalnie! — odparł wujek z grymasem, który ledwo skrywał jego niechęć do obojga proponowanych gości. — Ale zaczekaj, chyba lepiej będzie, jeżeli ci wszystko wyjaśnię. Pan Linton jest do mnie uprzedzony. Był czas, że kłóciliśmy się ze sobą, z niegodną chrześcijan zawziętością. Jeżeli mu wspomnisz, że tu byłaś, zabroni ci przychodzić. Nie wolno ci więc mówić o tym ojcu, chyba że wszystko ci jedno, czy jeszcze zobaczysz kuzyna. Możesz przychodzić, jeśli chcesz, ale on nie może o tym wiedzieć.
— Dlaczego się kłóciliście? — spytała Catherine, zbita z tropu.
— Uważał, że jestem zbyt ubogi, żeby poślubić jego siostrę—odparł Heathcliff. — Poczuł się urażony, zraniony w swej dumie, kiedy to zrobiłem, i nigdy mi tego nie wybaczy.
— To źle! — powiedziała młoda dama. — Prędzej czy później mu to powiem. Ale Linton i ja nie mamy nic wspólnego z waszą kłótnią. Nie będę go więc odwiedzała; niech on przychodzi do nas.
— Dla mnie to za daleko — mruknął kuzyn. — Cztery mile na piechotę, to by mnie zabiło. Nie, ty przychodź czasem tutaj, panno Catherine. Nie co rano, ale dwa, trzy razy w tygodniu.
Ojciec spojrzał na syna z goryczą i pogardą.
— Obawiam się, Nelly, że moje starania pójdą na marne—powiedział do mnie półgłosem. — Panna Catherine, jak ten dureń ją nazywa, odkryje, ile jest wart, i pośle go do diabła. Gdyby to chodziło o Haretona! Wiesz, że mimo całego jego prostactwa, dwadzieścia razy na dzień żałuję, że Hareton nie jest moim synem? Kochałbym tego chłopaka, gdyby nie był tym, kim jest. Myślę jednak, że nie ma szans, aby ona się w nim zakochała. Ale jeśli ten zdechlak nie rozrusza się trochę, podsunę mu Haretona jako rywala. Przewiduję, że Linton w najlepszym razie dożyje osiemnastu lat. A niech go, zajął się suszeniem nóg i nawet na nią nie patrzy... Linton!
— Tak, ojcze? — odparł chłopiec.
— Nie masz nic do pokazania kuzynce koło domu? Jakiegoś królika albo nory łasicy? Zabierz ją do ogrodu, zanim zmienisz buty. I do stajni, niech zobaczy twojego konia.
— Nie wolałabyś raczej zostać tutaj ?—spytał Linton tonem, z którego przebijała niechęć do ponownego ruszenia się z miejsca.
— Nie wiem — odparła, patrząc tęsknym wzrokiem na drzwi i najwyraźniej paląc się do czynu.
