Wiadomość - Tove Jannson - ebook + książka

Wiadomość ebook

Jansson Tove

3,6

Opis

Wiadomość to wybór najlepszych opowiadań Tove Jansson, którego dokonała sama Autorka. Tworzą one portret jednej z najbardziej twórczych artystek XX wieku.

Książka (wydana po raz pierwszy w oryginale w 1997 roku) była pożegnaniem Tove z twórczością pisarską, ostatnią wiadomością wysłaną do czytelników.
Opowiadanie to forma, której Tove Jansson najchętniej używała, a pisząc dla dorosłych, opanowała ją do perfekcji. Sławę przyniosły jej jednak głównie książki pisane dla dzieci, z kultowymi, tłumaczonymi na wiele języków, wielokrotnie wznawianymi opowieściami o Dolinie Muminków na czele. Tym razem widzimy inną Tove – która tworzy przejmującą, doskonale skomponowaną prozę dla dorosłych.
Prezentowane w tomie opowiadania, wybrane przez Tove Jansson do jej ostatniej książki, pochodzą ze zbiorów opublikowanych w ciągu dwudziestu lat (znalazły się tu między innymi stanowiące klasykę gatunku Wiewiórka i Dom dla lalek).

Pięć utworów (w przekładzie Teresy Chłapowskiej), które znalazły się w Wiadomości, są znane polskiemu czytelnikowi z książki Podróż z małym bagażem. Pozostałe, przetłumaczone przez Justynę Czechowską, będą pierwszym spotkaniem z Tove Jansson, jakiej nie znamy.

We wstępie do książki Philip Teir pisze: „Szkoda mi ludzi, którzy znają Tove Jansson tylko jako autorkę Muminków. Oczywiście chronologicznie trolle pojawiły się przed książkami dla dorosłych. Ale jeśli nie czytało się jej powieści i opowiadań, to jakby nie znało się Tove Jansson. Naprawdę. Z drugiej strony – jak miło pomyśleć, że ma się jeszcze tyle do odkrycia”.

Z Tove Jansson się nie wyrasta, wręcz przeciwnie: z czasem dorasta się do jej pisarstwa, o którym wciąż za mało wiemy – do książek adresowanych do dojrzałych odbiorców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (11 ocen)
1
6
3
1
0

Popularność




Tytuł oryginału: MEDDELANDE
Copyright © Tove Jansson 1998 First published by Schildts Förlags Ab, Finland. All rights reserved Copyright © for the translation by Teresa Chłapowska Copyright © for the translation by Justyna Czechowska Copyright © for the polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
Przekład: TERESA CHŁAPOWSKA, JUSTYNA CZECHOWSKA
Redaktor prowadzący: DOROTA KOMAN
Redakcja: DOROTA KOMAN
Korekta: IRMA IWASZKO, DOROTA KOMAN
Projekt okładki, opracowanie typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: Agencja Poligraficzna Sławomir Zych
Zdjęcie na okładce © Per Olov Jansson
Warszawa 2015 Wydanie pierwsze
Książka ukazała się dzięki dofinansowaniu Finnish Literature Exchange FILI
ISBN 978-83-64700-94-1
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Non nobis solum nati sumus.[1]

Philip TeirPrzedmowa

Szkoda mi ludzi, którzy znają Tove Jansson tylko jako autorkę Muminków. Jasne, chronologicznie trolle pojawiły się przed książkami dla dorosłych. Ale jeśli nie czytało się jej powieści i opowiadań, to jakby nie znało się Tove Jansson. Nie naprawdę.

Z drugiej strony – jak miło pomyśleć, że ma się jeszcze do odkrycia całą jej twórczość!

Jako licealista przez cały tydzień nosiłem w kieszeni płaszcza zbiór opowiadań Lyssnerskan (1971), egzemplarz wypożyczony z biblioteki miejskiej w Jakobstadzie. Pamiętam, że wyciągnąłem książkę na imprezie i przeczytałem jedno z opowiadań przyjacielowi, stojąc na schodach; padał śnieg. Musiałem natychmiast podzielić się z nim tekstami, które były jak sceny wzięte prosto z życia. To nie realistyczny poziom tekstów tak mnie ujął, wręcz przeciwnie: dziwnym sposobem Tove Jansson zdawała się mieć dostęp do naszych najskrytszych marzeń i nadziei. Nie znałem innego podobnego pisarza.

Jej twórczość kształtowała mnie jednocześnie ze sztuką, która stanowi część świata nastolatka: płytami Velvet Underground i Davida Bowie, filmami Woody’ego Allena, lekturą Kafki i Dostojewskiego.

Ale w Tove Jansson było coś szczególnego. Pochodziła z Finlandii. Zimowy smutek Högholmu w opowiadaniu Wilk był moim zimowym smutkiem. Artysta, który zakochał się w marmurowym tyłku w zabawnej Historii miłosnej, był fińskim artystą. Dziecko wyruszające ku przygodzie w opowiadaniu Łódka i ja opisywało morze i skały, które także ja widziałem.

Gdy w 1998 roku ukazał się zbiór opowiadań Wiadomość, gazeta „Hufvudstadsbladet” opublikowała tekst Łódka i ja jako niedzielną nowelę; wyciąłem go i powiesiłem nad łóżkiem. Jeszcze do niedawna tam była.

* * *

Tove Jansson przez całe życie malowała autoportrety. Zbiór opowiadań Wiadomość, który stworzyła na prośbę wydawcy, jest także swoistym autoportretem, prawdopodobnie ostatnim. Miała wówczas osiemdziesiąt cztery lata, zmarła dwa lata później.

Można powiedzieć, że Tove Jansson jako prozaiczka dla dorosłych dojrzała późno. Zajęcia Tove można by rozdzielić między kilka osób, a i tak wszyscy mieliby mnóstwo pracy. Była malarką, bajarką, rysowniczką komiksów, autorką książek dla dzieci, ilustratorką. Ilu jest szwedzkich autorów o podobnym spektrum działalności? Którzy z nich inspirują ilustracje na kubkach, japońskie komiksy, maskotki, którzy mają cały katalog imponującej sztuki współczesnej, a do tego są wartościowymi pisarzami? Nie potrafię wymienić ani jednego nazwiska.

Dzięki niezwykłej dyscyplinie udało jej się połączyć wszystkie te role, musiała jednak sporo poświęcić.

Do zbioru Wiadomość napisała osiem nowych opowiadań. O ile na początku spotykamy młodego twórcę, który pisze pełne tęsknoty listy do przyjaciółki w Listach do Konikovej, na końcu pojawia się bardzo stary artysta, który sam jest przedmiotem nostalgicznych wiadomości i oskarżeń („To Pani zamordowała Karin Boye”, „Oczekujemy jak najszybciej pani odpowiedzi dotyczącej motywu Muminków na papierze toaletowym w pastelach”).

A pomiędzy nimi znajdują się jej najmocniejsze historie. Niektóre z nich są tak wspaniałe, że chce je się pochłonąć od razu. Zauważyłem, że nadal, czytając Wilka, wstrzymuję oddech; wciąż jest tak dobry.

Richard Ford powiedział o opowiadaniach Alice Munro, że są mistrzowskie, ale niczego z nich nie pamięta. Podobne sądy wygłaszano na temat opowiadań Tove Jansson: że liczy się w nich atmosfera, a nie intryga, język, a nie wydarzenia.

Być może coś w tym jest. Ale jakże mogłoby być inaczej? Sztuka opowiadania właśnie na tym polega, by cały czas znajdować się na poziomie tekstu, nie gubiąc skupienia, pozostawić po sobie sformułowania, które kolejne pokolenia będą mogły badać z uwagą, nie niszcząc tekstu. Zdaje się, że Tove Jansson pisała swe nowele z tą samą ambicją i upartym skupieniem, z jakim tworzy chiński malarz z opowiadania Wpaść na pomysł, który w kółko maluje to samo drzewo, aż do skutku.

Nie czyta się Tove Jansson tylko dla języka, lecz także dla otoczenia, dla obrazów z Helsinek, dla ilustracji czasu. Prosta historia – jak Zakończenie roku – jest jak niewielka pocztówka z kręgu studenckiego lat trzydziestych, tuż przed wybuchem wojny. Gęsty emocjonalnie Dom dla lalek to wkład w literaturę gejowską w Finlandii, pierwsze tego typu opowiadanie.

Przede wszystkim wydaje się oczywiste, że Tove Jansson zarówno w serii książek o Muminkach, jak i tutaj przede wszystkim portretowała ludzi. Jej historie przypominają freski, które wykonała dla ratusza w Helsinkach w latach czterdziestych. Potrafi opisać wszystkie ludzkie typy: śmiesznych, zranionych, przyjaznych, zarozumiałych, wystraszonych i próżnych. Zawsze z tą samą czułością i humorem. Jej opowiadania są mniej kolektywne niż Muminki – bycie we dwoje pozostaje tu w centrum uwagi. A przede wszystkim twórczość artystyczna jako idea.

Kiedy teraz, po latach, czytam ten zbiór, dostrzegam to, co umknęło mi podczas pierwszej lektury. Na przykład epistolarna nowela Listy do Konikovej – na pierwszy rzut oka historia o młodzieńczej oddanej przyjaźni, o komunikowaniu się na wielką odległość – teraz wydaje mi najbardziej interesująca ze względu na to, co wydaje się ukryte między wersami.

Jest rok 1941. Eva wyjechała do Ameryki. Pisząca list Tove zarzuca przyjaciółce: „A zresztą, przemyśl dokładnie, dlaczego wyjechałaś, czy jesteś pewna powodu? Wydaje mi się, że tylko zganiasz wszystko na zbliżającą się wojnę, chcesz po prostu jeszcze raz wyruszyć, to Twoje odwieczne pragnienie, by iść dalej – i oczywiście bez umiaru ubolewać nad tym, czego sobie odmawiasz i czego chcesz się pozbyć. Nieprawdaż?”.

Czy młoda Tove Jansson rozumiała do końca powagę tej sytuacji?

Podstawą tekstu są prawdziwe listy do Evy Konikoff, jednej z kilkorga żydowskich przyjaciół Tove Jansson, do których pisała przez większą część życia. Nowela powstała dużo później, dopiero na potrzeby tego zbioru. Starzejąca się pisarka stawia naiwność młodzieńczych lat ponad polityczną sytuację otaczającego świata.

To w Listach do Konikovej Tove Jansson formułuje swój artystyczny manifest.

Jansson była śmiałą i przełomową artystką. Już w latach trzydziestych silnie sprzeciwiała się Hitlerowi i faszyzmowi; zbuntowała się wówczas przeciw niemieckim sympatiom i patriotyzmowi ojca. Nienawidziła wojny, była pacyfistką, ale nigdy nie chciała być uważana za artystkę polityczną, o ile „polityczną” nazywano sztukę tworzoną podług ideologicznych zasad.

„Wierzę w l’art pour l’art i to wystarczy!”, pisze do Evy. A zatem sztuka wyłącznie dla sztuki. Dalej w tym samym tekście czytamy: „Uważam, że każde płótno, nature morte, pejzaż, cokolwiek, tak naprawdę jest autoportretem!”. Widać to również w jej tekstach. Jej artyści są skupieni na tym, by znaleźć idealny środek ekspresji, jak ilustrator w Czarno-białym, którego myśli zajmują światło, cienie i techniczne sprawy, a nie społeczeństwo czy otaczające „izmy”.

Tej zimy, gdy ukazała się książka, napisałem wiadomość do Tove Jansson. Nie wiem, czy zdążyłem wówczas przeczytać ostatnią nowelę – wydaje mi się, że jednak nie, w przeciwnym razie pewnie bym się powstrzymał. Pod koniec życia Tove Jansson odpowiadała na blisko dwa tysiące listów rocznie, o czym przypomina nam ostatni tekst w książce, pokazując, jak irracjonalne stały się oczekiwania wobec niej. Wytłumaczeniem był szał na Muminki, będący konsekwencją japońskiej serii animowanej z lat dziewięćdziesiątych.

Czułem potrzebę kontaktu z nią, podobnie jak wielu czytelników Tove Jansson, szczególnie tych młodszych.

Zastanawiałem się, co robi autor, który pisze w ten sposób?

Jak udaje się zbudować takie zaufanie, że wydaje ci się, że mówi właśnie do ciebie?

Jakby Tove Jansson wyciągała do czytelników rękę ze słowami: Oczywiście, że tak jest, wiecie przecież, o czym mówię.

Niewielu pisarzy potrafi utrzymać taki bezpośredni kontakt. Oto fikcja, która przestaje być fikcją niemal po pierwszym zdaniu – to dlatego chcemy, by to zaufanie rozciągało się poza uniwersum tekstu. Dlatego wystawiamy się na pośmiewisko, jak Muminek goniący po plaży znikające koniki morskie w tomie Tatuś Muminka i morze.

Kilka tygodni po tym, jak wysłałem list do Tove Jansson, nadeszła odpowiedź. Wiadomość do mnie, którą przez długi czas ukrywałem, bo mimo wszystko trochę wstydziłem się, że napisałem do bardzo starego człowieka, który raczej nie miał czasu na pisanie do siedemnastoletniego mieszkańca Jakobstadu. Pisałem o tym, co mnie wtedy zajmowało: o Bogu, melancholii, moich własnych próbach malarskich, słowach w jej książkach, które mi się podobały – między innymi o słówku „jowialny” w prześmiesznych Listach od Klary.

Gdy czytam odpowiedź Tove Jansson, cieszę się jednak, że do niej napisałem.

11.3.98

Drogi Philipie,

Dziękuję za Twój osobisty list. Tak pięknie mówisz o moich opowiadaniach – ucieszyłam się, że włączasz w to nowele, to rzadkie. Zdaje się, że jesteśmy kolegami po fachu – choć od dawna niczego nie namalowałam.

Owszem, mnie również, na swój sposób, interesowała kwestia melancholii, w zasadzie to bardzo trudny do oddania motyw; łatwo stracić równowagę.

Ale „jowialny” – naprawdę uważasz, że to, co piszę, jest jowialne?

To straszne...

Masz rację, że czasem większość rzeczy zamienia się w chaotyczne dążenie do czegoś, o czym nie do końca wiadomo, czy istnieje.

Znam to. Ale człowiek i tak pracuje dalej, kiedyś może się to wyjaśni.

Oczywiście, mam nadzieję na mnóstwo rzeczy!

Życzę Ci udanej pracowitej wiosny.

Tove J.

Dla Helen Svensson, przyjaciółki z pracy

Moi kochani wujowie

Choć od czasu do czasu musieli być sobą potwornie zmęczeni, to między dziećmi kaznodziei Fredrika Hammarstena, czterema chłopcami i dwiema dziewczynkami, istniała silna więź. Dziewczęta wcześnie wyszły za mąż, za granicą, znalazły się na tyle daleko, że można było o nich myśleć bez zmartwień czy złości. Ale Torsten, Einar, Olov i Harald zostali w Sztokholmie, gdzie w kościele Jakoba Dziadek wygłaszał kazania. Być może żyli zbyt blisko siebie, by znieść swoje towarzystwo, ale nie potrafili nie wiedzieć o wszelkich sprawach dotyczących pozostałych braci oraz o ich mniej lub bardziej bezmyślnych poglądach.

Siostra Elsa poślubiła pastora i wyjechała do Niemiec, a mama poślubiła rzeźbiarza i wyjechała do Finlandii. Podpisywała swoje obrazki Ham, ale wuj Einar mówił do niej Signe.

Wiedziałam, że gdy byli młodzi, a wuj Einar oddawał się studiom, Ham trzymała pieczę nad jego pracą i dbała, by nie zmarnował sił i zapału; robiła to niestrudzenie z rozwagą i ambicją.

Potem wyjechała. Jakże musiała się ucieszyć, gdy dowiedziała się, że wuj Einar został profesorem chemii medycznej w Instytucie Karolińskim! Pewnie o tym opowiedział w liście, bo nie mieliśmy wówczas telefonu.

Mama nigdy nie mówiła, że tęskni za domem, ale gdy tylko nadarzała się okazja, zwalniała mnie ze szkoły i wysyłała do wujów, żebym dowiedziała się, co u nich słychać, i opowiedziała im, co u nas, a przede wszystkim żebym spotkała wuja Einara i spróbowała zobaczyć, jak mu idzie praca naukowa.

– Idzie – mawiał. – Powiedz Signe, że, jak sądzę, wszystko jest na dobrej drodze, ale idzie powoli.

– Jak to? – dopytywałam się, cała gotowa, z ołówkiem i kartką w ręce.

Wuj Einar przyglądał mi się przez chwilę, a potem w przyjazny sposób tłumaczył, że rak jest jak naszyjnik z pereł, nie można wyjąć jednego elementu tak, by nie posypały się wszystkie.

Byłam zawiedziona, pewnie uważał, że jestem dziecinna. Ale następnego dnia wuj Einar wszystko mi narysował.

Gdy skończyłam piętnaście lat, nastąpiła wielka zmiana. Opuściłam mury szkoły i zamieszkałam u wuja Einara i ciotki Anny Lisy, miałam uczyć się przyszłego zawodu. Statkiem „Oihonna” płynęłam ku nowemu życiu. Wkrótce tęsknota za domem stała się wręcz namacalna, ale nie przeszkadzało mi to w byciu szczęśliwą jak balon, od którego oderwał się sznurek.

Wuja Einara spowijał nimb, który nazywałam glorią. Potrafił promienieć aprobatą lub dezaprobatą, błyszczał albo rzucał cień, i robił to bez słowa. Dla niego liczyło się tylko jedno: należało dbać o swoją pracę na wszelkie dostępne sposoby, oddać pracy wszystkie swoje siły, cały swój czas i uwagę, a poza tym pragnienie, które zdawało się być tylko jego. Wuj Einar umiał wrócić z Instytutu Karolińskiego całkowicie zawiedziony; ktoś znów źle się zachował, wykazując żądzę sławy, starając się zwrócić na siebie uwagę, gdziekolwiek i jakkolwiek, oraz, co gorsza, chwytając się popularnej pisaniny tylko dla honorarium. Nie usprawiedliwiało ich to, że byli młodzi, ci nieszczęśnicy, którzy tak podziwiali wuja Einara! Gdyby tylko pomyśleli, że miał on odwagę sarkać na Nagrodę Nobla, chociaż zasiadał w komitecie, który ją przyznawał.

Pracowałam dalej. Za każdym razem, gdy coś było gotowe, biegłam do wuja Einara, by mu to pokazać.

– Dobrze – mówił. – Oby tak dalej. Wiesz, jak jest, masz dalej pracować niczym małe zwierzątko, tak byś mogła wrócić do domu i pomóc Signe.

Pracowałam zatem więcej, więcej i więcej, zdawało się, że praca nie ma końca.

Wuj Einar i ciotka Anna Lisa mieszkali przy bardzo eleganckiej ulicy Norr Mälarstrand. W każdym pokoju było tylko kilka mebli. To nowe piękne życie szybko wywołało we mnie poczucie wyższości, ale trzymano mnie krótko, nie dając mi zapomnieć, że tego, czego wprawdzie można się spodziewać po talencie, nie można talentem usprawiedliwiać.

Czasami jechałam pociągiem do Vällingby, gdzie mieszkał wuj Torsten ze swoją wielką rodziną. W przedsionku pełnym nart i kozaków strzepywało się śnieg z ubrania, było tam ciepło, radio grało głośno, a wuj Torsten wołał:

– Dzień dobry, droga siostrzenico, co słychać w wyższych sferach? Wejdź i postaraj się być sobą, o ile to możliwe. A co słychać u mamy?

Uważał, że nie powinnam zamartwiać się swoją przyszłością, bo to może się źle skończyć, przyszłość bowiem zależy od zupełnie innych rzeczy, o których nie myślało się od początku. Zresztą człowiek powinien bać się nieczystego sumienia jak ognia, bo to wgryza się w niego i rośnie, aż człowiek zapomina, dlaczego zaczął się źle czuć. Zapisałam wszystko, co mówił.

Próba upodobnienia się do kogoś, kogo się podziwia, może ściągnąć kłopoty, ale nikt nawet nie miał odwagi upodobnić się do wuja Torstena, bo jest on niezrównany! Już za młodu było jasne, że zostanie inżynierem górnictwa. Uwielbiał detonacje. Chciał sprawiać, by ludzie podskakiwali ze strachu, i udawało mu się to znakomicie. Opowiadał, jak to wiercił otwory w toczaku i wypełniał je prochem, po czym podpalał to koło na piecu dziadka, aż frunęło przez okno do szklarni sąsiadów! Mogłabym przytoczyć jeszcze sporo podobnych historii.

Ciotka Lisa mówi, że wuj straszył, że spisze kiedyś swoje wspomnienia, ale nie sądzę, żeby coś z tego wyszło.

Podobno jedną z najbardziej udanych przygód była wyprawa do Ameryki, dokąd został wysłany jako syn marnotrawny; pracował między innymi jako strażnik ryb na Alasce i robił interesy z Indianami; niezwykle ciekawy czas.

Pewnego razu, zanim dorosłam, dostałam od wuja Torstena pierścionek z maleńkim prawdziwym diamentem. Przemycił go do Helsinek (chociaż wtedy nie było u nas wojny) – bardzo zręcznie wywiercił skrytkę w jednej z rodzinnych ksiąg z psalmami.

Nie sądźcie jednak, że wuj Torsten jest jedynym żądnym przygód typem w rodzinie! Wuj Einar, zaprzeczając wszelkim swym zasadom, potrafił w całkiem zwyczajny wieczór zastukać do moich drzwi na poddaszu, wołając:

– Zostaw robotę, jedziemy do cyrku, taksówka już czeka!

Towarzyszyła nam ciotka Anna Lisa, ale nigdy nie dowiedziałam się, czy rzeczywiście lubiła cyrk. Biła brawo bardzo powoli, nie zdjąwszy rękawiczek, a ja starałam się ją naśladować.

Trudno mi wyjaśnić, w jaki sposób kochałam ciotkę Annę Lisę, możliwe, że była to mniej miłość, a bardziej podziw i szacunek. Naprawdę nazywała się Lilliehöök, ale żartowała i mówiła o sobie Lergök[2]; wuj Einar śmiał się z tego, a mnie wydało się to głupie.

W każdym razie ciotka Anna Lisa była damą. W niczym nie przesadzała, ani w doborze słów, ani w tonie głosu czy w ubiorze. Jej perły były małe, ale prawdziwe.

Wyobrażałam sobie, że za każdym razem, gdy używam niewłaściwego słowa, w niewłaściwym miejscu i czasie, musi ją to potwornie boleć, bo przymykała wtedy oczy i krzywiła usta w nieznacznym zmęczonym uśmiechu, ale nic nie mówiła, nigdy.

Bycie damą musi być niemożliwie trudne, trzeba nią być od urodzenia. Gdy coś zbroiłam, kupowałam wielką azalię, najlepiej białą lub jasnoróżową, i stawiałam ją na środku salonu. Raz ukryłam się za zasłoną i czekałam, aż wuj Einar wróci do domu. Przystanął, złapał się za głowę i wyszeptał:

– Nie, nie tym razem...

Działo się to, zanim przerobił salon na wielkie akwarium z tropikalnymi rybami, absolutnie piękne, zwłaszcza wtedy, gdy malowałam dekoracje teatralne; pękło, gdy nikogo nie było w domu. Doprawdy trudno mi zgadnąć, dlaczego wuj Torsten dzwonił do nas i pytał, czy jemy ryby – to głupie.

Zresztą wuj Einar przerobił salon w całkowicie inny sposób: stał się on fantastyczną przestrzenią dla kolejki elektrycznej, był tam nawet prawdziwy wodospad, działający w dzień i w nocy! Zrobił to wtedy, gdy miała urodzić się kuzynka Ulla, a gdy już przyszła na świat, wysłał do szpitala całą kwiaciarnię – po prostu wpadł do sklepu i wykrzyknął:

– Wyślijcie wszystko, co macie, a najwięcej orchidei!

A potem była już tylko Ulla, od rana do wieczora tylko Kusinulla. Rosła i w końcu stała się całkiem znośna, ale wcześniej była strasznie marudnym dzieckiem i nie lubiła ani elektrycznych kolejek, ani cyrku, chociaż nauczyła się bić brawo.

Zanim zaczęłam się niepokoić tym, że jestem niesprawiedliwa, kochałam jak zwykle nie tylko wujów, ale w pewnym stopniu również ich żony – a potem nagle stało się coś, co podzieliło rodzinę na „za” i „przeciw”, i oczywiście musiałam znielubić wszystkich, którzy nie lubili wuja Einara. Zaczęło się od tego, że postanowił spędzić Boże Narodzenie w Afryce Południowej z żoną i dzieckiem, ale bez choinki i innych tradycji.

Niektóre żony miały sporo do powiedzenia w tej kwestii; że była to nieszwedzka pokazówka, czysta kokieteria; ale czego spodziewać się po kimś, kto uważa, że szwedzka flaga jest brzydka?

– To nie on to powiedział – oznajmił wuj Torsten – tylko ja! A Afryka Południowa brzmi genialnie. Nie ma lepszego sposobu, by uniknąć tego całego jęczenia aniołków i tej wymiany towarów, niech jedzie z Bogiem!

Wuj Olov nie interesował się tym, a wuj Harald był gdzieś na nartach. Nie musiałoby się to aż tak źle skończyć, gdyby nie ośmiomilimetrowy film, który wuj Einar przywiózł ze sobą z Afryki i chciał go pokazać rodzinie. Nie wyszło; nie byli szczególnie wrażliwi. Naprawdę się za nich wstydziłam. Między patrzeć a widzieć jest ogromna różnica (przyglądać się to jeszcze inna sprawa, której nie przemyślałam do końca), więc patrzyli jak na cudze zdjęcia, chociaż mieli przed sobą autentyczny afrykański film!

Wuj Einar kręcił korbką i opowiadał, ale oni wcale nie widzieli przez to lepiej, to znaczy, nie mogli zobaczyć tego, co niewidoczne, na przykład jak wuja Einara prawie zjadł rekin, podczas gdy ciotka Anna Lisa stała bezradna na plaży, albo jak kruszynka Kusinulla dostała na pustyni udaru słonecznego i prawie skurczyła się do wielkości popcornu!

Poza tym warto napomknąć, że filmowanie wuja Einara było bardzo zaawansowane jak na możliwości techniczne owych czasów.

W każdym razie wuj Olov wyraził zainteresowanie sposobem, w jaki galopuje żyrafa. Po pokazie wyszedł z wujem Einarem do przedpokoju, gdzie przez dłuższą chwilę rozmawiali.

Wuj Olov przez znaczną część swojego życia poszukiwał robaka, który, jak rozumiem, miał potwierdzić ważne tezy jego rozprawy. Jest nauczycielem biologii i mieszka z rodziną w Äppelviken. Willa posiada dużą, głęboką piwnicę, która stanowi warsztat; wuj chodzi tam zaraz po szkole i buduje łódź. Albo toczy i struga małe zwierzątka z drewna. W pewne Boże Narodzenie wystrugał świętą rodzinę, chociaż jest ateistą (to zazwyczaj nie stanowi przeszkody).

Człowiek nigdy nie dojdzie, czy wuj Olov rzeczywiście nie lubi pochwał; być może lubi je potajemnie. Unika mocnych słów; jeśli coś jest fantastycznie cudowne, mawia, że jest miłe, a o rzeczach okropnych mówi „dość niemiłe”.

Potrafiło mnie to rozzłościć. Czasami starałam się go naśladować, ale nigdy mi nie wychodziło.

Jeśli udało mu się odpalić motorówkę, jechaliśmy w niedzielę na mokradła w pobliżu Äppelviken. Tam poszukiwał tego ważnego robaka. Nigdy nie dowiedziałam się, czy go znalazł. Czasami wydawało mi się, że spotkałam wuja Olova za wcześnie, i trochę mi się robiło z tego powodu żal.

Jedynym zmartwieniem było to, że nie potrafił wierzyć w Boga. Ze wszystkich synów dziadka on jeden po prostu nie przejmował się tą kwestią. Pozostali potrafili prowadzić zażarte dyskusje za i przeciw; wuj Einar robił się ironiczny, a wuj Torsten bluźnił, albo na odwrót, a wuj Olov czuł tylko zakłopotanie i usuwał się w cień.

Czytałam wówczas Biblię po raz drugi, by mieć całkowitą pewność; słabo szło mi w szkole i nie wiedziałam, w co wierzyć. Wuj Einar odkrył Biblię pod materacem i kazał mi poczekać, to niebezpieczne sprawy. Poczułam wielką ulgę, ale i tak zamknęłam się w łazience i rozpłakałam się. Ciotka Anna Lisa stała przy drzwiach i obiecywała, że kupi mi nowy skórzany płaszcz na zimę, więc w końcu wyszłam.

Był to wspaniały płaszcz z kołnierzem z królika.

Ciekawe, czy wujowie rozmawiali o Bogu podczas wakacji na Ängsmarn; nie sądzę. Raczej mówili o tym, co ich łączyło, o pomoście, studni, o porzeczkach, kupie gnoju i tak dalej.

To dziadek odkrył Ängsmarn pewnego razu w XIX wieku – długą zieloną łąkę, schodzącą prosto do morza i kąpieliska, otoczoną górami i lasem, to tam zbudowano pokaźny dom rodzinny i tam dorastali Hammarstenowie. Szybko ich przybywało, więc budowali nadal dla swoich potomków, gdzie tylko znaleźli miejsce, w każdej zatoce i na każdym cyplu czy skałce, każdy budował po swojemu, absolutnie nieprzejednanie i jak najdalej od rodzinnego domu. Przykro mi, nie mieli nawet muszelek wokół rabatek.

Wuj Torsten budował sam. Wyszło z tego coś przypadkowego, ponieważ cały czas przybudowywał i dobudowywał, pozwalał też, by jego dzieci budowały najlepiej jak potrafią.

Natomiast dom wuja Olova postawił Anderson, była to porządnie przemyślana chata z belek, wybudowana według tradycyjnego szwedzkiego modelu. Urządzono ją dyskretnie z pomocą Najpiękniejszych Przedmiotów Użytkowych oraz Svenskt Tenn; nie było tam prawie żadnych misek i skrzyń jego własnego wyrobu.

Wuj Harald w ogóle nie chciał budować, lubił nocować w starej Chatce nad wodą, która służyła za pralnię, było tam w przedsionku miejsce na śpiwór, dokładnie na styku z błękitem Atlantyku i tak dalej – Harald znał na pamięć wszystkie piosenki Everta Taubego i potrafił śpiewać. Kiedy mył się w pralni, siedziałam na zewnątrz i podsłuchiwałam, pilnie notując.

Willa wuja Einara wymaga pewnych komentarzy. Nie chodziło bowiem o to, żeby stała się taka, jaka się stała. Mówi się, że gdy się coś nie udaje, nie należy nikogo winić, ale to nie zmienia sytuacji. To Anderson budował, ciesząc się wielkim zaufaniem wuja Einara. Budował i budował, jednak wuj Einar nigdy nie przyjechał, żeby zobaczyć czy zainteresować się, i potem okazało się, że okna są za wąskie, a stopnie schodów za wysokie; w ogóle dom był za duży i w dodatku chwiał się na wzgórzu.

Sądzę, że wuj Einar nie zdążył zauważyć, że coś jest nie tak, interesowało go wówczas tylko to, żeby wszystkie drogi i ścieżki w Ängsmarn pokryto wiórami marmuru aż do Krowiej Łąki. Anderson bardzo dobrze wykonywał swą pracę, chociaż wióry prawie od razu wciskały się w ziemię i ginęły. Białe marmurowe drogi musiały budzić podziw i zdziwienie. Szkoda, że wuj Einar nie zdążył ich zobaczyć, zanim zniknęły.

Zazwyczaj jechał do Ängsmarn wczesną wiosną, kiedy było jeszcze całkiem pusto, lub też tak późno jesienią, że wszystko było już pozamykane. Mówił na to safari. Najpierw kupował homara i bażanta, wkładał je do lodówki patologa. Załatwiał wszystkie rzeczy niezbędne do przetrwania na pustkowiu, a potem rozpoczynało się wielkie pakowanie, systematyczne i bardzo szybkie. Nikomu nie wolno było pomagać. Wszystko ładowano do samochodu, a potem wuj Einar wołał:

– Możecie już przyjść. Safari!

Otulał ciotkę Annę Lisę w norki, Kusinulla darła się w niebogłosy i ruszaliśmy.

Siedziałam z przodu obok niego. Prowadził pewnie i beztrosko, utrzymując w miarę dużą prędkość.

Nie rozmawialiśmy aż do samej Krowiej Łąki, gdzie wuj Einar spytał, co mam do roboty tego dnia, na co raz odparłam, że mam egzamin z perspektywy, spytał więc, czy egzamin jest ważny dla mojej pracy, czy liczy się tylko ocena; powiedziałam, że to drugie, i tym samym sprawa była załatwiona.

Ale teraz mieliśmy kłopot; dom wuja Einara był całkowicie zamarznięty, zimny jak lód, Anderson nie pociął drewna i nie ułożył go, jak obiecał.

– Siedźcie w samochodzie – powiedział wuj Einar.

Poszedł do drewutni, za moment usłyszałam, jak rąbie drewno. Wiedziałam, że to uwielbia.

To było bardzo dobre safari.

Wuj Einar ułożył drewno w kominku i rozpalił je. Dał nam gorący rum z imbirem i masłem (Kusinulla dostała sok), a potem poszedł do kuchni przyrządzać bażanta.

Ale cały czas martwiło mnie, że Anderson spartaczył robotę. Czy Anderson rozumie, co zrobił, i że raz na zawsze stracił szacunek wuja Einara? Z drugiej strony, o ile wuj Einar zrozumiał, że dzięki zawodowi, jaki sprawił mu Anderson, jego safari było bardzo przekonujące – czy to pomogło mu pokonać pogardę i zachować szacunek wobec siebie? W każdym razie staram się wierzyć, że nie należy łamać zasad, nawet jeśli to niepraktyczne. Jeśli spojrzeć na to od strony moralnej, to znaczy naturalnej, zawód sprawiony przez Andersona nie przestał być zawodem tylko dlatego, że wuj Einar lubił rąbać drewno.

Dużo myślę.

To był piękny wiosenny dzień, absolutnie cichy, tylko kaczki lodówki kwakały w oddali. Postanowiłam, że będę spać na zewnątrz. Blisko zbocza jest duża sosna, która odpowiednio się rozgałęzia. Wuj Einar uznał, że to dobry pomysł.

– Zrób to – powiedział. – Wszyscy zazwyczaj wracają do domu koło czwartej.

Gdy wróciłam do ciepłego wnętrza, okazało się, że mi nie pościelili, więc zasnęłam w przypadkowym miejscu, rano też nic nie powiedzieli. Cały czas świeciło słońce i było cholernie zimno. Pływałam pośród kawałków kry w zatoczce, wuj Einar widział to, ale udawał, że nic nie wie.

Poza tym był to bardzo zły czas, w szkole nie było najlepiej i zaczęłam myśleć o niepotrzebnych rzeczach, bez powodu stając się melancholijna.

Tej wiosny wuj Harald mieszkał ze mną na poddaszu, ścianę w ścianę. Gdy spotykaliśmy się na schodach, mówił:

– Cześć, uwielbiana siostrzenico. Jak leci?

Na co odpowiadałam:

– Gówno i imbir (cytat z wuja Torstena).

Na co Harald:

– Spotkanie w monsunie.

I schodził dalej, pogwizdując, na Norr Mälarstrand.

W pewnym sensie był najsławniejszy ze wszystkich moich wujów, może nie jako nauczyciel matematyki, ale jako wspaniały żeglarz, slalomista, zdobywca szczytów – w ogóle daredevil. Harald był ostatnim dzieckiem babci, pojawił się na świecie, gdy jego bracia już dawno poszli swoimi drogami, więc oczywiście czuł się mały, bał się wszystkiego, no i do tego kłamał!

Dostałam za zadanie zilustrowanie notatników Haralda. Zaprojektowałam jego podpis w kolorze, z żaglem i motylem. A.M. to skrót od alpinizmu morskiego.

Załogi Haralda uwielbiały go, były równie młode jak on; ale chłopcy z czasem starzeli się, żenili i nie mieli już na to czasu. Pewnego dnia tej melancholijnej wiosny wuj Harald zapytał jakby od niechcenia, co w zasadzie myślę na przykład o alpinizmie morskim.

Chciał mnie w to wciągnąć. Mimo że wiedział, że nie jestem najlepsza w żeglowaniu i slalomie i że boję się gór jak śmierci, chciał mnie wciągnąć! Odmówiłam. Moje serce prawie pękło z dumy i żalu.

Ostatniej wiosny dostałam stypendium.

Pobiegłam do wuja Einara, krzycząc:

– Zobacz, ile tego.

– Bardzo dobrze – odparł.

Nic innego, tylko bardzo dobrze.

Wypłaciłam całe stypendium aż do ostatniego banknotu, poszłam do domu i podrzuciłam pieniądze pod sam sufit – spadały na mnie jak złoty deszcz Danae, aż poczułam, że to głupie, i znów pobiegłam do wuja Einara, i zawołałam do niego:

– A ty co zrobiłeś, gdy pierwszy raz dostałeś własne pieniądze!

– Paliły mnie w kieszeni – powiedział – musiałem więc pozbyć się ich jak najprędzej i kupić wszystko, co najważniejsze.

Kupił nieprawdopodobnie małą buteleczkę olejku różanego.

Wydaje mi się, że słusznie postąpił.

Są tacy, którzy uważają, że wuj Einar jest snobem, ale ja mam nadzieję rozwinąć się w tym właśnie kierunku.

Wpaść na pomysł

Tata nie rozmawia o rzeźbach, są zbyt ważne, by o nich rozmawiać. Tylko raz, gdy wrócił do domu od Gambriniego i mijaliśmy się w drzwiach, powiedział, że teraz, teraz to on zrobi coś zupełnie nowego – nie będzie siedziała ani leżała, nie będzie stała ani nawet szła!

Zdradził mi wielki sekret, więc bez namysłu wykrzyknęłam:

– Raczkuje!

Oczywiście nigdy nie zrobił tej figurki.

Pomysły są czymś bardzo szczególnym, mniej więcej jak szkice. Malarz robi szkic, który jest tak nieskrępowany i piękny, że nie może się powstrzymać i pokazuje go, by usłyszeć pochwały, a gdy już pochwalą ten rysunek, malarz zaczyna się bać o swój szkic, nie może pozwolić mu rosnąć w procesie żmudnej pracy, jest gotowy do włożenia go w ramy – i oto spoczywa szkic.

To samo dotyczy pisania; nie można się powstrzymać od pokazywania albo, co gorsza, od przeczytania – człowiek nie potrafi zachować dla siebie tego, co stworzył, do momentu gdy będzie wiedział, co się nadaje, a co powinno jeszcze odleżeć i się uformować – bez niczyjej wiedzy.

Być może tak samo jest z zakochaniem; że nie można się powstrzymać przed wykrzyczeniem ponad dachami, że oto zdarzył się cud! Szkoda, że nie da się zachować choć trochę tej cudowności; choć przez tydzień, w tajemnicy, podziwiać tego szkicu w tworzeniu, nie do ruszenia.

Czasami myślę o tym malarzu w Chinach, który malował jedno drzewo, wciąż to samo, nie udawało mu się, ale nie rozpaczał, aż wreszcie pewnego pięknego ranka, gdy jego broda zdążyła posiwieć, zobaczył swoje drzewo, nareszcie, i teraz mógł w nieskończoność malować najpiękniejsze i najbardziej przekonujące drzewo, jakie kiedykolwiek namalowano w Chinach.

Zastanawiam się, czy nadal malował drzewo, czy próbował namalować coś zupełnie innego.

Czasami myślę o innym malarzu, do którego przychodzi natchnienie, ten błogosławiony moment widzenia – może się to wydarzyć byle jak, na przykład w postaci pioruna, który wpada przez okno pociągu, chcę tylko powiedzieć, że to potwornie niesprawiedliwe!

Spytałam tatę, co sądzi.

Ale on odparł tylko coś w stylu, że to w końcu żadna różnica.

Listy do Konikovej

1941, piątek

Evo, wyjechałaś.

Jak pokój może być tak pusty, chociaż pełno w nim rupieci, Evo Konikova, tak szczerze mówiąc, zostawiłaś po sobie chaos, skąd mam wiedzieć, co kto ma zabrać, Boris czy Abrascha, Twoja mama czy Ada Indursky? Czy klucze należy oddać stróżowi, czy mam je na razie zatrzymać, i co zrobić z papierami z najniższej szuflady, a zielona walizka, zapomniałaś jej czy chcesz się jej pozbyć – jest zamknięta! Nie zdążyłaś wydać żadnych rozsądnych rozporządzeń, bo ciągle tylko te nieskończone imprezy pożegnalne, gdy śpiewałaś rosyjskie pieśni romantyczne, a przyjaciele płakali, o ile nie sprzeczali się o politykę, a wszystko to, ach, jakie żydowskie i patetyczne...

Przepraszam, wiesz, że jestem Twoją przyjaciółką, ale jestem zła, i po co cała kolonia odprowadzała Cię na pociąg, ostatni dramatyczny pociąg do Petsamo, niech Bóg zachowa, nie zdążyłam pokazać ci listy z pytaniami, Twoi wielbiciele nie mają o tym bladego pojęcia, gdyż są niepraktyczni!

Słyszałaś, jak bredzili, jakie to straszne, gdy pociąg ma już odjeżdżać, a jednak jeszcze nie jedzie, powiedziało się już wszystko, a jednak nic, akurat to zauważyli, ale nie potrafią tego sformułować!

Ciągle dzwoni Twoja mama. Chyba jest dotknięta.

Myślisz, że w Ameryce będzie dużo lepiej, Twój angielski nie jest nawet słaby.

Stróż przyniósł Twoje pranie, chyba go już nie potrzebujesz?

Ani jedna osoba na stacji kolejowej nie zachowała się naturalnie, w tym ja; po prostu milczałam.

Gdy Eva Konikova opuszcza kontynent, człowiek nie ma już nic do powiedzenia, ha, ha. Pewnie za mną tęsknisz.

Twoja ukochana przyjaciółka

PS A zresztą, przemyśl dokładnie, dlaczego wyjechałaś, czy jesteś pewna powodu? Wydaje mi się, że tylko zganiasz wszystko na zbliżającą się wojnę, chcesz po prostu jeszcze raz wyruszyć, to Twoje wieczne pragnienie, by iść dalej – i oczywiście bez umiaru ubolewać nad tym, czego sobie odmawiasz i czego chcesz się pozbyć. Nieprawdaż?

Tymczasem grasz rolę Odważnego Pioniera. Przepraszam. Wkrótce napiszę mój pierwszy list do Ciebie.

Czujesz się wolna, tak?

W przeciwnym razie nigdy Ci nie wybaczę.

Innego dnia.

Jesteś teraz pewnie na statku.

Kiedyś powiedziałaś, że czujesz się jak albatros, wydało mi się to przesadnie wystylizowane, ale teraz rozumiem. To pewnie tak jak z szybownikami; po prostu rzucają się z krawędzi i suną, widzą pod sobą świat; wiesz, co napisał Nietzsche: widzę świat pod sobą, tutaj powietrze jest wolne i czyste, a serce wypełnione radosnym złem – czy coś takiego, totalne, nieprawdaż!

Twoja trzydziestka była wielka, bardzo udana. Ale czemu tak strasznie po niej płakałaś, nie jesteś jeszcze aż taka stara? I to, że niczego nie osiągnęłaś – a jak miałabyś zdążyć, przecież żyjesz z całych sił! Czy nie czułaś się dumna z faktu, że zawsze jesteś w centrum wszystkiego, co nam się przytrafia, wyrazisty środek? Wszystko, co wydarzyło się wokół Ciebie, było albo fantastyczne, albo tragiczne, nasze troski i zmartwienia były takie małe w porównaniu z Twoimi, człowiek nie miał odwagi brać ich na serio – ale ty niczego nie tłumaczyłaś, trzymałaś styl i frunęłaś przez...

Kiedyś, gdy skończę trzydzieści lat, odpocznę na dobre, uznam to za słup milowy. Pewnie będzie ich więcej. Najważniejsza jest indywidualna wystawa.

Teraz jesteś pewnie na Atlantyku.

Gdybyś była tutaj, zapytałabym wprost: co jest najważniejsze, gdy człowiek starzeje się i próbuje żyć uczciwie, praca czy miłość? O co w tym wszystkim chodzi? Najpierw pomyślałam, że praca, a więc tworzenie sztuki, tylko to może dać człowiekowi podstawę istnienia (choć wydaje się to aż za bardzo totalne