W słońcu i w deszczu - Jan Karon - ebook + książka

W słońcu i w deszczu ebook

Jan Karon

0,0
31,00 zł

lub
Opis

Jan Karon opisuje wesele, na które czekały miliony fanów opowieści o Mitford!

Przez cały cykl dotychczasowych powieści o Mitford fani zachowali w swoich sercach specjalne

miejsce dla Dooleya Kavanagha, którego poznali w tomie zatytułowanym W moim Mitford jako

bosego chłopca w brudnych ogrodniczkach. Teraz adoptowany syn ojca Tima Kavanagha

ukończył studia weterynaryjne i otworzył własną lecznicę dla zwierząt. Ponieważ przez jakiś

czas budżet będzie napięty, on i Lace Harper, jego bratnia dusza od czasów dzieciństwa, chcą

urządzić skromne wesele.

I tak, plan przewiduje wyeliminowanie kosztów cateringu i zorganizowanie przyjęcia

składkowego. Będzie zabawnie. Stary przyjaciel oferuje zjawienie się ze swoją wiejską kapelą.

Gratis. Wysprzątana na błysk stodoła okazuje się idealnym miejscem na zorganizowanie

przyjęcia dla przyjaciół i rodziny. Bułka z masłem, zgadza się?

W W słońcu i w deszczu Jan Karon opisuje wesele, na które czekały miliony fanów opowieści o

Mitford. Jest czerwcowy dzień w górach, całkiem sporo stworzeń małych i dużych i wy także

jesteście zaproszeni – bo należycie do rodziny. Na marginesie, to dość niezobowiązująca okazja,

więc przyjdźcie tak jak jesteście i nie zapomnijcie o chusteczkach. Co by to było bowiem za

wesele, gdyby ktoś nie uronił łzy?

„Witajcie w domu, fani opowieści o Mitford… Możecie znowu cieszyć się darem Jan Karon do

portretowania w intrygujący sposób trudów codziennego życia i kreślenia wyrazistego obrazu

świata”.

                                                                                                                                                            „People” 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 264




Jan Karon W słońcu i w deszczu Tytuł oryginałuCome Rain or Come Shine ISBN   Copyright © 2015 by Jan KaronAll rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redakcja Magdalena Wójcik Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Gracie

Rozdział pierwszy

— Hej, tato. Potrzebny mi jest ściskacz.

Ściskacz, obcinak, zszywacz, metalowa łata…

Był instrumentariuszem dla doktora siatki, który naprawiał fragment wysoce odpornego na rozciąganie ogrodzenia pastwiska na farmie Meadowgate. Dwie z pięciu jałówek Dooleya wydostały się na zewnątrz ostatniej nocy i zawędrowały na podwórko sąsiada. Nic dobrego.

— Cieszę się, że przytrafiło się to jałówkom. Jak pomyślę o Choo-Choo, który przyjedzie tu za parę tygodni…

— Nie chcielibyśmy, żeby ten duży chłopiec uciekł — stwierdził.

— Jak on ucieknie, to po nas. Ruszyłby prosto do krów Minka Hershella.

— Ach.

Nie znał się na tym za bardzo.

— Krowy Minka są małe, ma dextery… ważą od dwustu siedemdziesięciu do trzystu dwudziestu kilogramów. Choo-Choo ma dwa lata i waży sześćset trzydzieści kilogramów. Cielęta po Choo-Choo są duże, co może stanowić poważny problem przy małej rasie. Mink mógłby stracić swoje krowy, gdyby nasz chłopiec dostał się na jego pastwisko. Dystocja.

Życie nabrało tempa. Zakończenie studiów Dooleya w szkole weterynaryjnej za kilka tygodni, następnie dostawa byka, potem przejęcie praktyki od Hala Owena, a czternastego czerwca ślub…

— A zatem jaki jest Choo-Choo?

— Ma młode w całym hrabstwie. Słynie ze swojej skuteczności.

— I kupiłeś go, bo…?

— Niezbyt dobra pora, oczywiście, ale właściciel musiał się go pozbyć. Gdyby nie ja, kupiłby go ktoś inny. Nie byłbym w stanie przebić ceny. Szczypce.

Członkowie spółdzielni przekazywali sobie z ust do ust opowieści o Choo-Choo, z których przynajmniej jedna nosiła znamiona poważnego ostrzeżenia.

— Miło będzie wyjść wieczorem do twojego bydła. Prawdziwy relaks.

Powtarzał to, co mówili sąsiedzi o posiadaniu „kilku głów” w gospodarstwie.

— Będziemy leczyć małe zwierzęta w lecznicy, a praktykę dla dużych zwierząt będę prowadził na czterdziestu akrach na tyłach. Bardzo chciałem mieć praktykę mieszaną, ale mamy tu wspaniałego weterynarza, zaledwie kilka kilometrów na północ. Robi wszystko i na dodatek bardzo dobrze.

Dooley otarł napływający mu do oczu pot.

— Hal uwielbiał robić wszystko, ale mówił, że nie będzie mu tego brakowało; był pod telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Chciałbym oddać się temu w całości w ciągu dnia i mieć czas, żeby wieczory spędzać z Lace… z, no wiesz…

— Oczywiście. Z rodziną. Gdy będziecie mieć dzieci…

Nie chciał tego powiedzieć, w ogóle, słowa same wydobyły mu się z ust, od dawna hamowane.

Wyraz twarzy Dooleya…

Popełnił gafę, z pewnością. Chęć posiadania wnuków była przywarą kurczowo trzymających się przy życiu.

Odczekał chwilę.

— I co. Boisz się?

Dooley spojrzał na niego ironicznie.

— Ty się bałeś?

— Tak. A potem ogarnęło mnie ogromne poczucie spokoju.

— Znowu potrzebny mi jest ściskacz — poprosił Dooley.

Fajnie było wiedzieć, co to takiego. Wydobył narzędzie ze skrzynki.

— Dzięki, ale to jest ubijak.

A więc właśnie to ludzie nazywają zwykłym życiem. Otarł twarz bandaną i zaczął szukać ściskacza.

Od chwili gdy przeprowadzili się do Meadowgate miesiąc temu, wszyscy domownicy rozpoczęli pełną parą przygotowania do dnia, w którym zostanie wypowiedziane sakramentalne tak.

Wymalowali wnętrze przychodni weterynaryjnej, odnowili podłogi i zainstalowali nowe stoły diagnostyczne. Odmówił pomocy Cynthii i Lace przy szyciu zasłon do kuchni na farmie i pojechał z Harleyem do Holding po meble do recepcji. W tym też czasie poświęcił dom i klinikę, wyposażony w kadzielnicę. Potem przyszła pora na naprawę stodoły i drobne naprawy przy rynnach na domu i zanim Dooley zjechał wczoraj na weekend, razem z Harleyem i Williem podkosili trawę wzdłuż ogrodzenia i odbyli poważną rozmowę z doradcą rolnym na temat nawapniania.

— Żarnowiec jest najlepszym dowodem — stwierdził doradca.

— Na co?

— Na to, że wasza ziemia potrzebuje nawapnienia. To głos natury.

Doradca wręczył mu do przeczytania plik ulotek informacyjnych na temat wapnia.

Dzisiaj ich zadaniem było naprawienie wysoce odpornego na rozciąganie ogrodzenia. Modlił się o życie na emeryturze pełne wyzwań i jego modlitwy zostały wysłuchane z nawiązką. Z drugiej strony, nie bawił się tak świetnie od niepamiętnych czasów. Nie każdy mógł być świadkiem, jak młoda para buduje swoje nowe życie.

Lace Harper wpatrywała się w płótno na sztalugach.

Chwile twórczej pustki często się jej zdarzały w ostatnim czasie. Może nie powinna malować, żeby zebrać myśli albo żeby się uspokoić, albo w jakimkolwiek innym celu. Może powinna malować tylko i wyłącznie z pasji albo w ogóle.

Ale nie czuła żadnej pasji — malowała jakby z przyzwyczajenia. Każdy gram energii ostatnio poświęcała na to ogromne i onieśmielające życie, które zaczynali, życie, o którym marzyli od lat i którego pragnęli z całego serca — a teraz to, co zajęło tak wiele czasu, zdawało się tak niespodziewane.

Nagle, ich własna kuchnia z uroczym kominkiem i dużymi oknami. Nagle, stare ganki i skrzypiące podłogi, niesamowite widoki, ogromne niebo, sto akrów, smętne jałówki z oddechem pachnącym trawą — wszystko to ich, a tuż obok ich własna lecznica dla zwierząt. Posiadanie takiego miejsca wydawało się takie dorosłe.

Kilka lat temu Dooley i ludzie z funduszu powierniczego dokupili więcej ziemi od Hala i Marge Owenów. Jeśli planowali hodowlę bydła, będzie im potrzebna dodatkowa ziemia i Hal postarał się, żeby cena była odpowiednia, jak wtedy, gdy Dooley kupował praktykę.

Wszyscy byli zadowoleni z transakcji, a Owenowie zatrzymali pozostałe trzydzieści pięć akrów. A teraz Hal z Marge i Rebecca Jane mieszkali w domu, który wybudowali na wzgórzu po południowej stronie, i Hal będzie pracował na pół etatu podczas pierwszego roku Dooleya jako licencjonowanego lekarza weterynarii.

Otaczali ich ludzie starsi, mądrzejsi i zdecydowanie bardziej cierpliwi. Wielkie nowe życie wydawało się prawdziwie doskonałe — i również napełniało ich prawdziwym strachem. Pieniądze, które Dooley odziedziczył po pannie Sadie, wystarczyły na lata jego nauki w college’u i w szkole weterynaryjnej oraz na zakup praktyki i farmy Meadowgate. Została drobna suma, ale nie będą mogli korzystać z niesamowitego funduszu panny Sadie w nieskończoność.

Ich przyszłe życie zależy tylko i wyłącznie od nich. Odmówili przyjęcia wszelkiej dalszej pomocy od rodziców i będą sobie radzić sami, żyjąc z dochodu, jaki będzie przynosiła klinika. To ważne, żeby reszta tej podróży należała wyłącznie do nich.

Absolutny pat. Nie miała pojęcia, jak zabrać się do tego obrazu. Może problem tkwił w samym temacie. Preparowała jabłka na podstawie zdjęć z telefonu komórkowego i jedynie mąciła swoją wyobraźnię, zamiast pracować na otwartym powietrzu, pod drzewem ciężkim od winesapów.

Ale nie próbowała namalować jabłek, jak stworzył je Pan Bóg, malowała je alegorycznie — nakładała grubo farbę szpachelką, usiłując oddać wędrówkę światła. W rzeczywistości chciała jedynie oddać wrażenie jabłek, wrażenie koszyka, wrażenie gór w tle. Poza tym to nie był prawdziwy obraz, a jedynie ćwiczenie.

Zrobiła krok do tyłu i przyjrzała się krytycznie pracy. Wyraźnie to partaczyła. Nie mogła sobie jednak pozwolić na marnowanie czasu na partaczenie obrazu, nawet jeśli było to jedynie ćwiczenie.

Musi to jakoś naprawić. Może powinna ten obraz sprzedać. Potrzebne im były teraz pieniądze, nie tylko na wesele, chociaż będzie naprawdę bardzo, bardzo skromne, ale również na utrzymanie nieruchomości i wypłatę dla Williego i Harleya oraz pracowników lecznicy. Zaledwie kilka dni temu sprzedała obraz olejny przyjaciółce Cynthii, Irene McGraw, która sama była niesamowitą malarką. Miała nadzieję, że Irene nie kupiła małego obrazka, dlatego że „dzieciaki” zaczynały dorosłe życie. Irene zapytała o cenę, ale ona poprosiła Irene, żeby to ona wyceniła obraz.

— Nie mogę tego zrobić — oświadczyła Irene, w typowy dla siebie nieśmiały sposób.

Rzuciła pierwszą kwotę, jaka przyszła jej do głowy.

— Czterysta!

Nie chciała przecenić swojej pracy, nie w przypadku Irene. Z drugiej strony, czterysta wydawało się bardzo skromną ceną. Czuła się niezręcznie i głupio.

Irene uśmiechnęła się.

— Zmusiłaś mnie, mimo wszystko, żebym to ja podała cenę. To wspaniałe dzieło. Tysiąc dwieście.

Miała uczucie, że może przewrócić się do tyłu, i przytrzymała się krzesła, które stało obok. Sprzedała już wiele swoich obrazów, ale to było wyjątkowo ekscytujące, ponieważ obrazy Irene McGraw były prawdziwymi arcydziełami.

Poczuła znowu puls krwi, ożywiony radością z pracy, którą kochała, wspaniałej pracy w aromacie żywicznych farb, pracy wykonywanej jedwabistymi pędzlami i w nieustającej grze światła.

Powinna skończyć. Czas był cenny. Od sakramentalnego tak, jak mówił Harley, dzieliło ich już tylko kilka tygodni, zakończenie studiów Dooleya na NC State było tuż-tuż, w dzień po nim miał przyjechać byk i nowy szyld lecznicy miał zostać zamontowany, i…

Odwróciła się od płótna na sztalugach.

…i może, z bożą pomocą, błagam — Jack Tyler.

Poczuła mocne uderzenie serca, jakby książka upadła na podłogę.

Razem z Dooleyem brali na siebie zbyt wiele, wszyscy tak mówili, z wyjątkiem ojca Tima i Cynthii. Ojciec Tim i Cynthia dali im całkowitą swobodę, licząc na to, że świetnie sobie poradzą. Głównym wątpiącym był Harley.

— W tym tempie ino mig bedziecie siwi jak gołombki.

— Włóż zęby i zjedz snickersa — poradziła. — To składkowa impreza, Harley. Każdy przyniesie coś do jedzenia. To najmniej stresująca impreza na świecie, składkowe wesele.

— I przyjeżdża ladaco Choo-Choo — zawodził Harley. — Wszystkie na farmie się trzęso.

Prawda, ale co obchodzi innych ich byk? Ludzie powinni koncentrować się na weselu, na wbiciu słupka w ziemię pod nowy szyld. Za każdym razem, gdy jechała do Farmer, ludzie opowiadali niestworzone historie o tym naprawdę strasznym byku o imieniu Choo-Choo — na poczcie, w spółdzielni, u Jake’a.

Wspaniałe wesele i podróż poślubna, które zaplanowali i mieli nadzieję urządzić dla nich jej rodzice, Hoppy i Olivia, przyćmiłyby wszystko, łącznie z bykiem. Ona i Dooley byli naprawdę wdzięczni, ale musieli odmówić.

Było jej tak bardzo, bardzo przykro, że musiała rozczarować Olivię i Hoppy’ego, którzy tak chętnie ją adoptowali. Ją, Lace Turner, totalnie zbuntowaną znajdę z Creek, która powinna pragnąć sprawić im przyjemność i włożyć wspaniałą suknię, i mieć ślub z pompą w Lord’s Chapel.

Olivia pochodziła z zamożnej rodziny. Rodzinne portrety w srebrnych ramkach we wszystkich pokojach w domu Olivii były swoistym dowodem na fortunę zarobioną na węglu przez przedstawicieli jej męskiej linii. Ale w dniu, w którym razem z Dooleyem poszli powiedzieć im o swoim planie, zarówno Hoppy, jak i Olivia roześmiali się zachwyceni niczym dzieci. Olivia uważała, że wiejskie wesele będzie „najlepsze pod słońcem”, a pomysł na składkowe przyjęcie był przezabawny, ale w pozytywnym sensie.

— To nie jest nasze wesele — oświadczyła Olivia, ściskając ich mocno. — To wasze wesele.

— Będę waszym fotografem — obiecał Hoppy, który miał nikona i uwielbiał go używać.

— Upiekę tarty — zaoferowała Olivia, która nauczyła się piec tarty od swojej poprzedniej gospodyni i twierdziła z dumą, że to jej specjalność.

— Z wiśniami! — powiedział Dooley, który cierpiał na mdłości z powodu całego stresu.

Poszło im o wiele lepiej, niż się spodziewali. Czuła się naprawdę wdzięczna i napisała do nich później długi list.

Musieli jednak powiedzieć jeszcze ojcu Timowi. Wszyscy wiedzieli, że miał on nadzieję udzielić im ślubu w ogrodzie różanym w Lord’s Chapel, który osobiście razem z Harleyem i bratem Dooleya, Sammym, doprowadził do obecnego stanu świetności. Wszyscy wiedzieli, że specjalnie na ten dzień zasadził i poprowadził po łuku w ogrodzie różę pnącą siedem sióstr.

W Lord’s Chapel ona i Dooley przyjęli bierzmowanie i zostali ochrzczeni. Tam też ojciec Tim i Cynthia oraz Hoppy i Olivia wzięli ślub. To był ich kościół rodzinny.

Pewnego wieczoru wybrali się razem z Dooleyem do żółtego domku.

— Daj mi znak — poprosił Dooley — jak uznasz, że jest dobry moment.

Nie ma na to dobrego momentu, pomyślała.

Cynthia zrobiła spaghetti i później wszyscy usiedli przy kominku w pracowni. Dooley huśtał nogą, aż w końcu wydobył z siebie następujące słowa:

— Chcemy wziąć ślub w domu, tato. Na farmie Meadowgate. W towarzystwie rodziny i kilku przyjaciół.

Ojciec Tim mrugnął i nastąpiła długa chwila ciszy, jakby usiłował zrozumieć to, co usłyszał.

Spojrzała na Dooleya, który wyglądał na zrozpaczonego. Tak bardzo się starali zrobić wszystko jak należy. Traktowali na przykład poważnie statystyki na temat wysokiego odsetka rozwodów w szkole weterynaryjnej i surowe wymogi programu studiów. Musieli poradzić sobie z ogromną tęsknotą i frustracją, która towarzyszyła ich rozłące, i niekończącą się jazdą samochodem po drogach tworzących sieć połączeń pomiędzy Atlantą, Athens, Mitford, Chapel Hill, Farmer i NC State, na który przeniósł się Dooley po ukończeniu college’u. Dorobili się czterech mandatów za przekroczenie prędkości w przeciągu tej samej liczby lat, po dwa na głowę, nie wspominając o ogromnej kolekcji płyt CD. A teraz obydwoje chcieli być po prostu w domu, dobry Boże — na farmie Meadowgate z rodziną.

Ojciec Tim uśmiechnął się w końcu i skinął głową.

— Dobrze — powiedział, wyglądając na przekonanego. — Ślub w domu jest dobry.

Do nich też napisała długi list.

A więc nie będzie sukni od Very czy Oscara ani włosów upiętych w koczek. Była ekspertką od tych wszystkich pięknych, kuszących rzeczy. Spędziła całe lata, podziwiając suknie i fryzury i będąc druhną na wspaniałych weselach. Potem, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przerabiała to w swojej głowie wiele razy — buty, biżuterię, muzykę, tysiące razy szła środkiem kościoła do ołtarza, a na jej widok odwracały się głowy i z ust wydobywały się okrzyki zachwytu. Odczuwała zupełnie nowy rodzaj radości, wiedząc, że ona i Dooley będą mieli coś bardziej cudownego niż wspaniałe wesele, niesamowity miesiąc miodowy, bieliznę delikatną jak mgiełka.

— Moglibyśmy nawet wziąć ślub na bosaka — zwierzyła się Dooleyowi.

— Poczekajcie tylko, jak nadepniecie na pszczołę — ostrzegł Harley. — Albo na jakiegoś węża. To was wyleczy ze ślubu na bosaka. Macie moje słowo.

Dużo ich kosztowało przeczekanie ostatnich lat college’u i szkoły weterynaryjnej. Co ona ma ze sobą zrobić, podczas gdy on będzie się koncentrował na pracy akademickiej? Jej nauczyciele sztuk pięknych byli zachwyceni jej portfolio. Powiedzieli, że może pójść, gdzie tylko zechce, i robić, na cokolwiek będzie miała ochotę. Szukała więc pracy na rynku wydawniczym, w reklamie, a potem we wzornictwie, ale gdziekolwiek się zwróciła, wszyscy mówili tylko o „sytuacji ekonomicznej”. Gdzie się nie obrócić, wszędzie tylko sytuacja ekonomiczna.

Podczas gdy Dooley podążał wytyczoną ścieżką, ona nieustannie poszukiwała, jakby po omacku. Odrzuciła, nie rozumiejąc do końca powodu, szczodrą ofertę Olivii poręczenia studiów podyplomowych z zakresu sztuk pięknych i projektowania w Pratt Institute, na co zdecydowałby się każdy przy zdrowych zmysłach, gdyby miał szanse na przyjęcie. Uwielbiała Hoppy’ego i Olivię, którzy dali jej wszystko, łącznie z nazwiskiem i ich niesamowitą miłością, ale jej odpowiedź była przecząca i tak wróciła do dalszej wędrówki, jak Izraelita.

W czasie tych ostatnich kilku lat jej wybawieniem okazało się prowadzenie zajęć plastycznych dla dzieci w organizacji non profit w Chapel Hill, gdzie się przeprowadziła, żeby być bliżej Dooleya. Nauczyła się więcej od swoich uczniów, niż była w stanie ich nauczyć. Można powiedzieć, że to był najlepszy czas w jej życiu i pokochała serdecznie każdego z nich.

Może kiedyś wróci do nauczania. Ale teraz chciała jedynie pracować z Dooleyem w lecznicy. Mimo że była to praktyka weterynaryjna z trzydziestopięcioletnią tradycją, zmiana będzie duża i jak sobie z tym poradzą, będzie miało istotne znaczenie. W całości będzie pozostawać do dyspozycji Dooleya.

Dooley przerwał na chwilę i otarł z czoła błyszczące krople potu.

— Pracowaliście naprawdę ciężko. Ty i Cynthia. Wielkie dzięki za wszystko. Chcę, żebyś wiedział, że naprawdę to doceniamy.

— Dziękuję — odparł — że daliście nam szansę. Świetnie się bawimy.

Zagonienie nowego bydła Dooleya na pastwisko kilka tygodni temu okazało się prawdziwym przebojem. Było to rozruchowe stadko złożone z pięciu jałówek, upartych jak rada parafialna. Potrzeba było wszystkich okolicznych wieśniaków, żeby wyprowadzić je z ciężarówki i zmusić do przejścia przez otwartą bramę. Przewoźnik zostawił zbyt dużą lukę pomiędzy drzwiami przyczepy i bramą, i tak Willie i Harley ruszyli pędem, by zawrócić jedną z jałówek spod stodoły, a Lily potrząsała swoim fartuchem jak matador, gdy druga skierowała się w stronę spichlerza. Stał obok przyczepy zupełnie bezużyteczny, czekając na polecenia Dooleya.

— W ogóle nie pomogłem — skomentował później fakt, że nie otrzymał żadnego polecenia.

— Nie chciałem, żebyś tak biegał w kółko.

— Bo jestem stary?

— Nie stary. Ale, no wiesz…

Wiedział. Pod koniec czerwca skończy siedemdziesiąt siedem lat. Sztywne kolana, coraz większe problemy z utrzymaniem wagi, od czasu do czasu ostry stan cukrzycy. Co gorsza, nie biegał na poważnie od blisko roku i nie wyznał tego swojemu lekarzowi, który biegał trzydzieści kilometrów trzy razy w tygodniu.

Pracowali przez chwilę, milcząc. Bzyczenie much, zbłąkana pszczoła, zapach trawy, którą deptali.

Nikt nie mówił o podróży poślubnej. Razem z Cynthią wiedzieli tylko tyle, że Hoppy i Olivia zaproponowali coś egzotycznego, Hawaje czy Kajmany, nie pamiętał, i według Cynthii ich oferta spotkała się z „delikatną odmową”.

— Cóż więc, zaplanowaliście już podróż poślubną?

— Widzisz ten dom w zagajniku? To okno nad gankiem z frontu? To tam.

— Aha. Gdybyście zmienili zdanie, wiesz, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Zajmiemy się farmą, pomożemy Williemu i Harleyowi.

Razem z Cynthią zamieszkali na farmie kilka lat temu na prośbę Owenów i poradzili sobie całkiem nieźle.

— Co byś zrobił, gdyby Choo-Choo i krowy wydostały się z zagrody?

— Zrobiłbym to, co robili Willie i Harley.

Dooley roześmiał się. Wszystko było w porządku. To, co powiedział wcześniej o dzieciach, poszło w zapomnienie.

— Młotek i zszywki — polecił doktor ogrodzenia.

Ha! Coś, co mógł z pewnością łatwo rozpoznać.

— Sammy nieźle się nakręcił na to wesele — oznajmił Dooley. — Przysłał mi wczoraj SMS.

Sammy. Obecnie prawie dwudziestodwulatek, z własnym menedżerem, licówkami na zębach i pożądanym nazwiskiem w kręgach profesjonalnego bilardu. Liczył na to, że adoptuje brata Dooleya kilka lat temu, ale Sammy Barlowe nie chciał zostać adoptowany.

— Mój tato przyniósł wstyd nazwisku Barlowe — stwierdził Sammy. — Ja zamierzam przynieść mu chwałę.

Kochał Sammy’ego najbardziej w świecie. Ale to ojciec Brad, wtedy świeżo zatrudniony kapłan w Lord’s Chapel, stanął na wysokości zadania i zdziałał cuda. Dzięki Ci, Boże, za obóz szkoleniowy ojca Brada. Chętnie wziąłby w nim udział osobiście, gdyby nie był taki… posunięty w latach? Wiekowy? Jakiego słownictwa powinien się nauczyć, by mówić o starości?

Dooley pracował przez chwilę, milcząc, mrużąc oczy, potem wstał i obejrzał efekt naprawy.

— Załatwione. Wystarczy. Możemy się spakować i wracać.

Rozsadzała go duma z dyplomu szkoły weterynaryjnej swojego syna, jego wesela i przyjazdu jego byka.

W jego przypadku stara maksyma, że młodzi nie potrafią wykorzystać młodości, nie do końca się sprawdziła. Ale spoglądał też w przyszłość trzeźwo — świadom ogromnej odpowiedzialności, która go czekała. To już nie była zabawa — to było prawdziwe życie.

— Tkwię w tym po uszy, tato. Widzę ciebie — zawsze byłeś taki cierpliwy. W życiu nie będę potrafił być taki cierpliwy jak ty.

— Nie byłbym pewien, że jestem taki cierpliwy. Ambrose Bierce nazwał kiedyś cierpliwość łagodną formą rozpaczy udającą cnotę.

Zawsze mu się to podobało.

— Będziesz płakał na moim ślubie?

— Nie zamierzam. Zostawię to kobietom.

Dooley uśmiechnął się, wytarł dłonie w gałgan.

— Ja płakałem na twoim ślubie.

— Naprawdę?

Cudownie, że się o tym dowiedział.

— No to dobrze. Będę płakał na twoim.

Roześmiali się. Otoczył swojego chłopca ramieniem i poklepał go po plecach.

— Kocham cię — powiedział.

Siedziała na brzegu łóżka i wpatrywała się w swój obraz niewidzącymi oczami.

Łatwo było teraz nie pamiętać o buncie i łzach, ale nadal trudno było jej zapomnieć to druzgoczące rozczarowanie, które spadło na nią rok temu, i smutek, który przyszedł potem. Zastanawiała się, czy uda im się to przetrwać, ale się udało, ponieważ była pomiędzy nimi miłość, o której istnieniu nawet nie wiedzieli, aż do tej chwili. Z tego smutku narodziła się nowa niezłomna siła i po raz pierwszy zrozumieli, że bez względu na wszystko, dadzą sobie z tym radę.

I tak czekanie okazało się dobre, jak ogromna inwestycja, z której procent wystarczy na całe życie. Co najważniejsze, warto było czekać, bo opuścił ją strach przed zawierzeniem swojego serca. Przez lata wierzyła, że jej silna wola wystarczy, aby ich związek trwał. W pewnym momencie stwierdziła, że wystarczy jej odwaga. Był też jeden z bardziej szalonych okresów, podczas którego wierzyła, że bycie ładną, za jaką niektórzy ją uważali, może wystarczyć.

Nic z tego jednak nie mogło wystarczyć na tę ogromną podróż, w którą się wybierali. Zrozumiała to podczas drugiego roku jego szkoły weterynaryjnej, po długim tygodniu modlitwy, samotności i płaczu. Zawierzyła swoje serce Bogu już kiedyś, będąc dzieckiem, gdy kaznodzieja Greer organizował spotkania odnowy religijnej w Creek. Zeskoczyła z gałęzi na drzewie i kaznodzieja Greer odmówił za nią modlitwę, i po raz pierwszy w życiu poczuła, że jest jej ciepło. Myśl, że musi ponownie zawierzyć całą siebie, była przerażająca. Z pewnością nie potrzeba aż tak wiele, by sobie z tym poradzić. Przyjechał do Mitford na ostatni weekend października, co zostało uwiecznione przez nią w pamiętniku Dooleya na trzech długich stronach, i z łatwością, która przerosła wszelkie wyobrażenie, otworzyła w końcu przed nim swoje serce całkowicie.

Każda jej modlitwa została wysłuchana, spłynęło na nią każde możliwe błogosławieństwo.

Pamiętała jego weekendowy zapach burgera na autostradzie i zapach jego szamponu i jego ulubioną kurtkę bez pierwszego guzika, wszystko razem i jego dłonie zimne od październikowego wiatru. Objęła go, szczerze i ufnie, a on spojrzał na nią, i wiedziała, że zrozumiał. Dooley naprawdę łapał rzeczy, których nie dało się powiedzieć słowami.

Słowa! Już od tylu dni chciała zapisać szczególne słowo w pamiętniku Dooleya, ale sprawy nabrały takiego szalonego tempa. Wyczyściła pędzle, podeszła do półki i wzięła z niej kiedyś pusty tom i pozwoliła, żeby się otworzył na dowolnej stronie. Czasami otwierał się na naprawdę dobrych chwilach. Teraz otworzył się na tych innych.

19 października ~ Zadzwonił wczoraj wieczorem i powiedział, że jest mu przykro. Zawsze jest nam przykro z jakiegoś powodu, a potem musimy wracać na uczelnię, zanim zdołamy sobie wszystko ułożyć. To niewyobrażalnie trudne. Czasami już nie chcę tego robić i on mówi to samo. Ale nie możemy przestać. Nie mogę przestać go kochać.

22 października ~ Malowałam wczoraj przez cały dzień. Pojechałam za miasto i nie miałam pojęcia, gdzie jadę. Znalazłam farmę, przeskoczyłam przez płot i rozłożyłam sztalugi. D nie rozumie, że samotność to jedyny sposób, żeby udało mi się wykonać moją pracę ~ on jest zawsze „w ferworze działania gotowy na wszystko”, według o. Tima. Ale ludzie mówią, że jesteśmy do siebie tacy podobni ~ obydwoje mamy za sobą straszne dzieciństwo, obydwoje zostaliśmy adoptowani przez ludzi, którzy dali nam wszystko, obydwoje pracowaliśmy ciężko na studiach, żeby coś udowodnić. Ale my wcale nie jesteśmy do siebie podobni. To nasze doświadczenia są podobne. Ja jestem jak płonący ogień, on jak tlący się żar. A może jest na odwrót. Nasz terapeuta, który ma piec na drewno, mówi, że każdy porządny ogień jest jednym i drugim.

25 października ~ D prawie nigdy nie mówi mi, co myśli. Gdy jesteśmy razem, czuję się tak, jakbym miała wskoczyć do rzeki, nie wiedząc, w którą stronę płynie.

Terapeuta, którego sponsoruje Olivia, mieszka niedaleko szkoły. Ale jeśli D tu nie przyjeżdża, musimy odbywać nasze sesje telefonicznie. D zdecydowanie nie lubi tego robić, ale wiemy, że to nam pomaga. Nie jestem w stanie o niczym obecnie myśleć, nie płacząc, nie płakałam przez lata, bo nie byłam w stanie. Olivia mówi, że płacz pomaga prawie na wszystko, a ona chyba się na tym zna, bo przeszła przeszczep serca, zanim pobrali się z Hoppym. Mówi, że gdyby Hoppy nie zdiagnozował tego problemu i nie przetransportował jej do Bostonu, nie byłoby jej tutaj i nie mogłaby już nigdy więcej płakać.

6 listopada ~ To właśnie tego dnia dziesięć lat temu zostałam prawnie adoptowana przez Olivię i Hoppy’ego i ponieważ nigdy nie miałam drugiego imienia, prawnicy powiedzieli, że gdybym chciała je dostać, to jest to dobry moment, więc wzięłam sobie imię Harper. Tak będziesz miała na nazwisko, powiedzieli, czy chcesz żeby tak brzmiało również twoje drugie imię? A ja odpowiedziałam, że tak.

Nie mogłam sobie wyobrazić, że O i H będą chcieli zatrzymać mnie na zawsze i gdyby coś się stało, zawsze będę miała to wyjątkowe imię. Myślałam, że litują się nade mną ~ biednym dzieciakiem z Creek w zgniecionym kapeluszu, z włosami w strąkach i w brudnym ubraniu.

Nie przestawali mnie kochać, ale ja strasznie bałam się odwzajemnić ich miłość. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby ich nie pokochać.

Było to dla nas wszystkich absolutnie wyczerpujące. Widziałam to na twarzy Hoppy’ego, widziałam tam również jego umierających pacjentów i jego problemy z sercem, do których nie chciał się przyznać, i lata braku snu, i zmęczone spojrzenie Olivii, gdy próbowałyśmy rozmawiać. A wszystko to prawdopodobnie spowodowane żalem, że zdecydowali się mnie wziąć. Wiedziałam tylko, że nie zasługuję, żeby mnie kochać ~ sami byli sobie winni, że próbowali zrobić coś niemożliwego. Chciałam jedynie, żeby zostawili mnie w spokoju, bo nie zasłużyli sobie na to, żeby cierpieć, bo ja nie mogłam odwzajemnić ich miłości.

A potem ten rok, gdy studiowałam we Francji i malowałam, i oni przyjechali, żeby mnie odwiedzić i jakoś ~ szczerze myślę, że wszystko to sprawił sposób, w jaki światło wędrowało nad polami lawendy ~ moje serce przepełniała miłość do nich i wdzięczność i byłam w stanie powiedzieć portierowi: To są moi rodzice!

Poczułam, że kamień spadł mi z serca. Potem mówiłam to każdemu ~ moi rodzice, moi rodzice!

Dziękuję Ci, Boże, że pomogłeś nam przetrwać ciężki czas. To moja mama i tato na wieki.

Może 20 ~ D i ja dużo rozmawiamy o zamieszkaniu w Meadowgate. Przez lata ta farma zdawała się nam domem. Jeśli kiedykolwiek weźmiemy ślub ~ strach napisać to słowo! ~ chciałabym zostać w domu. Ale nigdy nikomu nie mówię, że chciałabym zostać w domu. Co jest w tym takiego niewłaściwego, tak w ogóle? Beth marzy o świetnej pracy w Goldman Sachs, a Laurel chce projektować samochody. Samochody! I nie chce mieć dzieci. W żadnym razie.

D i ja zgadzamy się, że czwórka byłaby idealna. Pomógł wychować czwórkę własnego rodzeństwa, gdy był mały. Miał dziesięć lat i karmił ich jedzeniem z puszek, a potem zostali rozrzuceni po świecie i wszystkie, z wyjątkiem Pooh, przepadły na lata. Nigdy nie pozwolimy, żeby to się stało.

28 listopada ~ Dooley chce się czuć ze mną bezpiecznie, ale nie potrafi. A ja nie czuję się z nim naprawdę bezpieczna, bo nie wiem, dokąd to wszystko zmierza. Beth mówi, że świadomość tego, gdzie zmierza związek, nie rozwiązuje wszystkich problemów.

Siedziała przez chwilę z dziennikiem otwartym na kolanach. Nie powinna czytać tych zapisków, podczas gdy obok uwiecznione zostało tyle szczęśliwych chwil. Ale stare sprawy też były ważne — dzięki nim pamiętała.

Nagle zdała sobie sprawę z czegoś jeszcze — ból stanowił tak nieodłączną część jej życia, że czasami o nim zapominała. Sięgnęła po tabletki, które trzymała w pudełku na półce ze starymi tomami Britanniki, i połknęła jedną, popijając szklanką wody z ich studni.

Dzisiaj wieczorem wypadała jej kolej na przygotowanie kolacji, a nic jeszcze nie zaplanowała. Meadowgate było obecnie istną komuną. Gdy Owenowie wyprowadzili się miesiąc temu, ona, ojciec Tim, Cynthia i Harley załadowali swoje rzeczy do trzech samochodów i wprowadzili się do tego rozległego starego domu, gdzie wszyscy natychmiast zabrali się do pracy, żeby wszystko było gotowe na czternastego czerwca, na początek nowego życia.

Ojciec Tim i Cynthia wrócą do swojego domu w Mitford wieczorem w dniu ślubu, ale Harley zostanie z nimi, pomagając w obowiązkach na farmie i drobnych naprawach, i mieszkając w starym pokoju Rebekki Jane z łożem księżniczki z baldachimem. Harley był jej prawdziwą rodziną, gdy mieszkała w Creek — to u niego znajdowała schronienie, gdy musiała uciekać przed ojcem. Harley nie tylko bronił ją, gdy tylko mógł, ale wspierał jej miłość do książek i nauki. Harley był najlepszy, a teraz się nim zaopiekuje, czym również zachwycony był Dooley, ponieważ on też uważał Harleya za rodzinę.

Uwielbiała być otoczona rodziną, nie wyłączając Williego, który miał własny mały domek na terenie farmy. Był głównym pomocnikiem na Meadowgate już od lat i nieodmiennie prognozował pogodę, mniej lub bardziej trafnie. Czasami Blake Eddistoe, technik weterynarii Hala, który pozostanie pracownikiem lecznicy, zostawał na kolacji, i czasami Rebecca Jane Owen, blisko szesnastoletnia i nadal szalejąca na punkcie Dooleya, przychodziła z mamą i tatą, i była też Lily Flower, która sprzątała dwa dni w tygodniu i była taka zabawna i zwariowana, i pracowita, i czasami jadła z nimi kolację, a potem zmywała.

No dobrze. Gotowane czerwone ziemniaki ze szczypiorkiem i masłem. I sałatka. I pieczone kurczaki z rozmarynem z ogrodu. Nie dwa, ale trzy. Starczy jeszcze na pyszne kanapki na jutrzejszy lunch, na który poda również zupę.

Przewróciła kartki, aż dotarła do pustej strony w pamiętniku Dooleya, wzięła głęboki oddech i zapisała jedno słowo: „Wielbić”.

Nie opatrzyła tego wpisu datą.

Odłożyła pamiętnik na półkę i podeszła pośpiesznie do okien pracowni na poddaszu, które wychodziły na zachód. W rogu na końcu ogrodzenia ujrzała ich. Dooley i ojciec Tim byli dwoma punkcikami i wsiadali do półciężarówki.

— Dooley!

Jej oddech pozostawił na szybie mały obłoczek pary.

Podniosła rękę i pomachała, chociaż wiedziała, że jej nie widzi.

— Chciałem cię zapytać — zwrócił się do Cynthii, przebierając się na kolację. — Co się ubiera na składkowy ślub?

Nie może przecież krążyć przez cały dzień w szatach liturgicznych powiewających na wietrze.

— Coś bardzo niezobowiązującego.

— Trykotową koszulkę?

— Mam wątpliwości co do trykotowej koszulki — odparła. — Może za bardzo przypominałbyś golfistę.

— To może biała koszula od garnituru? Niekrochmalona?

— A może twoja koszula w błękitne paski albo błękitną kratkę? I spodnie khaki, myślę.

Spodnie khaki. Pierwszorzędnie. W dawnych czasach garnitury z krepy były obowiązkowym strojem każdego eleganta na letnich weselach w Missisipi.

— I mokasyny ze skarpetkami — dodała. — Mokasyny bez skarpetek to dobre dla starych dziadków, ktoś tak mówił.

Przeczesał grzebieniem resztę włosów, która pozostała mu z dawnej fryzury.

— Jestem starym dziadkiem.

— Kurczaki będą gotowe za dwadzieścia minut — oznajmiła Lace. — Czy mogłabyś wyjąć je z piekarnika?

— Robi się.

Cynthia nastawiała ziemniaki.

— Muszę skoczyć na chwilę do Nieba. Wracam za sekundę.

— Znam to uczucie. Nie śpiesz się.

Pobiegła. Na samą górę domu do pokoju, który Cynthia nazwała niebem i uczyniła swoją pracownią, gdy zamieszkała w Meadowgate lata temu.

Idealnie! Właśnie na tym jabłku, dokładnie w tym miejscu, ta jedna zwykła rzecz. Coccinella septempunctata. Nakreśliła pędzlem zgrubną podobiznę biedronki i zrobiła krok do tyłu. Tak. Malarz Cecil Kennedy byłby zachwycony, gdyby nie fakt, że już nie żyje. Zapragnęła popracować nad tym teraz, ale nic z tego, może jutro. Ten obraz będzie przebojem.

Przyszedł Dooley, słyszała jego głos dochodzący z kuchni.

Wyczyściła pędzel i wdychając zapachy docierające z piekarnika, zbiegła po schodach. Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak…

Umierała z głodu, tak jak on.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział drugi

W całym swoim życiu był tylko na jednym weselu, swoich kuzynów z Kentucky, gdy jeszcze handlował bimbrem. Jego kuzynów łączyło jednak powinowactwo, nie pokrewieństwo, więc nie było żadnego zagrożenia, że coś mogłoby się przytrafić ich dzieciakom.

— W co ja się ubiorę? — zapytał Harley.

— Po pierwsze, nie zapomnij o zębach — odparła Lace. — A potem nałóż czystą koszulę i spodnie khaki. Wyłożę ci wszystko na łóżko.

To cholerne łóżko. Był bardzo wdzięczny, że ma łóżko, i nie będzie narzekał, ale to zakrawa na kryminał, żeby dorosły facet spał na łóżku z różową ramą, nakrytym jakimś czymś z falbankami.

— A niech mnie — powiedział Dooley.

Oparła mu dłoń na kolanie — to był znak, żeby przestał huśtać nogą, jak to nazywała.

W domu panowała teraz cisza, domownicy spali, nikłe światło w oknie ojca Tima i Cynthii — ojciec Tim zapewne czyta w pokoju, który razem z Cynthią odstąpią nowożeńcom po ślubie. I Harley, Harley chrapie na pewno na parterze w łóżku księżniczki z baldachimem, które zostawiła po sobie Rebecca Jane, i Willie je najpewniej zwyczajową przekąskę o północy złożoną z chleba kukurydzianego i mleka, w małym domku ze ścianami wyklejonymi kartkami ze starych kalendarzy z „Tractor Supply”, a w Hilltop śpią Hal, Marge i Rebecca, w pokojach, które jeszcze pachną świeżą farbą…

Wiedza o tym, gdzie każdy jest, nie wyłączając Bowsera, Bo, Bucka i Bonemeala, czterech starych psów z farmy rozłożonych na swoich miejscach na ganku u ich stóp, przepełniała ją dziwnym spokojem. Gdy Hal i Marge przeprowadzili się na wzgórze, zabrali ze sobą całą piątkę czworonogów, ale czwórka wróciła i nie chciała odejść. Obejrzały nowe miejsce i uznały, że im nie odpowiada. Tutaj był dom.

To był długi dzień nie tylko dla Dooleya, lecz także dla wszystkich w Meadowgate. Przychodnia była czynna w soboty do południa, ale on poszedł tam o siódmej trzydzieści, zajrzał do ksiąg, zmienił ustawienie sprzętów w biurze, wypowiedział kilka niecenzuralnych słów pod adresem kserokopiarki, spotkał się z Halem i Blakiem i witał wszystkich przychodzących. Dał zastrzyki jałówkom, poprawił zamknięcie studni po południowej stronie i sprawdził zapas słomy na strychu w stodole.

— Piętnaście spróchniałych belek — powiedział. — Mogło być gorzej.

Zamknął oczy i oparł się o poduszkę huśtawki.

— Tak długo czekaliśmy, żeby tu się znaleźć, i wydawało nam się, że to takie trudne.

Odetchnął głęboko.

— Marzenia to ciężka praca.

A ona nie miała jeszcze sukienki i trzeba jeszcze było złożyć zamówienie w Holding na wypożyczenie mebli i zastawy, która miała zostać zamówiona z Charlotte — stoły, krzesła, obrusy, serwetki, talerze, sztućce, kieliszki. I trzeba znaleźć latarenki na stoły, prawdopodobnie w spółdzielni — Cynthia pomoże jej je pomalować — i zaproszenia czekały jeszcze na zaadresowanie i tym razem przyjmie pomoc Olivii, która zaoferowała, że ułoży bukiety z kwiatów i oczywiście razem z Lily niedługo zabiorą się za chleb z rozmarynem, który trzeba będzie upiec i zamrozić, po cztery bochenki na stół, plus wafle serowe…

— Czy my jesteśmy szaleni?

Dooley roześmiał się.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki