Urwisko za lotem sowy - Piotr Matywiecki - ebook

Urwisko za lotem sowy ebook

Piotr Matywiecki

0,0

Opis

Blisko trzysta wierszy i poematów powstających przez całe życie twórcze Piotra Matywieckiego, dotąd nieobecnych w jego książkach. Pisane w różnych latach teksty wracają do dawnych tematów i obrazów, wzmacniają je, prowadzą interpretacje w nowych kierunkach i odsłaniają nieznane wcześniej strony dorobku poety. Zbiór został skomponowany poza chronologią, według intuicji, skojarzeń i przepływu motywów. Wiersze spotykają się ponad czasem swojego powstania, tworząc nurt, który biegnie równolegle do dotychczasowych publikowanych dzieł autora. Całość można czytać osobno, ale także jako nową drogę prowadzącą przez całą twórczość Piotra Matywieckiego. Unikalny zapis tego, co przez lata pozostawało poza książkami, a jednak od początku było ich częścią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 228

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Sowa to oczywisty symbol myślenia – oczywisty, bo widzę sowę, symbol, bo pomyślana. Leci w przestrzeni realnej i w przestrzeni myślowej, w obu cicho, bez ostentacji, bez śladu. Ale nawet ta cisza nie chroni jej lotu przed zapaścią, przed znikomością tego, co realne, ani przed znikomością myślenia.

Skąd tytuł? Z marzenia o nieznaczności znaczeń, które pozostają po bezgłośnym locie wyobraźni. I z wiersza zamieszczonego w tym zbiorze, jednego z takich, których sam sobie nie potrafię wytłumaczyć. Takim wierszom ufam, wiedzą o mnie więcej, niż ja sam.

Tyle negacji, a przecież tutaj jest cały mój czas – wiersze sprzed pół wieku, ale przeczuwane jeszcze dawniej, niewerbalnie, w dzieciństwie; wiersze ze wszystkich lat życia. Niewiele z nich publikowałem w czasopismach, lecz żadnego w kolejno wydawanych książkach. Z różnych powodów pomijałem je w tomach: dla poprawek albo przez nieuwagę, zapomnienie, a może wstrzymywał mnie instynkt. Gdybym potrafił wyjaśnić naturę tego instynktu, wiele by to z mojej podświadomości odsłoniło. Nie potrafię. Może nie powinienem pragnąć wyjaśnienia...

Przedstawiam ten zbiór skomponowany wedle intuicyjnych zasad, poza chronologią powstawania utworów, które zestawiam tematycznie, nie unikając kapryśności. Nie dzielę tomu na części, by nie tamować naturalnego przepływu tematów. Sugeruję je w spisie treści, chcąc ułatwić Czytelnikowi orientację w ruchu sensów, ich falowaniu i przeplotach.

Kusi mnie, żeby wiersze następowały w kolejności całkowicie przypadkowej – i niech by przypadek ujawniał ich konieczny wywód w moim życiu...

„W taoizmie przyjmuje się »wszechświat Li« – porządek organiczny w odróżnieniu od mechanicznego, czy prawnego, którego reguły można ująć w księdze. »Li« jest asymetrycznym, niepowtarzalnym i nieuformowanym porządkiem, który odkrywamy we wzorze płynącej wody, kształtach drzew i chmur, w strukturze kryształków mrozu czy w układzie rozsypanych kamieni na plaży”1.

Podobny, chaotyczny ład kochał także Heraklit: „Z rzeczy rozrzuconych przypadkiem najpiękniejszy porządek”.

W niniejszym tomie długie poematy i cykle sąsiadują z miniaturami. Irracjonalne, podświadome obrazy z logicznymi i paralogicznymi wywodami. Niech to będzie mimowiedny autoportret świadomości i podświadomości.

W jakiś sposób te wiersze wejdą pod okładki dawniejszych moich książek. Mam nadzieję, że zostaną tam przyjęte jako swoje, jedne odnajdą znaczeniowe sąsiedztwo, drugie pozostaną samotne, jeszcze inne – ekscentryczne – wzburzą moją lirykę.

A przecież tak się dzieje zawsze, kiedy przybywa nowy wiersz... Tutaj jest inaczej: nie tylko nowość, także dawność przybywa do dawności. Żeby służyć nowemu.

Zapoznany

znałem suche igliwie zimną morską falę

deszcze kropel i meteorów i dni i lat

znałem co było znałem datę moich narodzin

znałem poziomkę i przebiśnieg i Boga którego nie znałem

abstrakcje punkt linię prostą inne wymiary

wstyd że znam siebie znałem siebie bez wstydu

lustro zaznało mnie moimi oczami

znałem książki i nieczytaną Księgę

znałem słowa o słowach

byłem ogniem który spalił wszystko co wiedział o sobie

znałem swoje sny i zapomnienie o nich

znałem zero bezwzględne

całe miasto znałem lepiej od mojej kamienicy

ktoś mnie poznał poznałem to po nim

znałem widok chmury od strony kosmosu

cokolwiek chciało żebym je znał było mi znane

znałem prawdę i to co mi się wydawało

w Księdze domyśliłem się Adama i jego potomków

chociaż nie znałem się na poznawaniu

niektórych ludzi znałem znali mnie moimi oczami

data wszystkich dat cudzych i moich

urwisko za lotem sowy

.

Podróż (I)

I. Wzrok

Bóg przezroczysty, bo nieistniejący –

tak widział Adam, zanim był stworzony,

zanim istniał i widział.

Dlatego Bóg stworzył Siebie i Adama –

chciał pamięci, żeby mieć czas,

kiedy będzie w wieczności,

i kiedy Go nie będzie po wieczności,

żeby pamiętać swoje znowu nieistniejące

samowidzenie Adamowe.

II. Bez mapy

Wieczny potop nie pozwala

gdziekolwiek mieć ziemię.

Arka dryfuje

w ziemi, na ziemi,

w powietrzu, w niebie,

pod wodą, na wodzie,

pod żaglem ognia w człowieku.

Riste, ajonol, ekrus, okoh

(takie zwierzęta żyły przed potopem,

wymyślam nazwy, bo nie ma nazw) –

w te stworzenia obleka się Arka

i w żywe, jaskiniowe łuczywo,

i w martwą, skalistą mowę Kaina.

Arka zamknięta w nich na zawsze

we mnie żegluje, a nie znam wód.

III. Czas praindoeuropejski

Aisk – błyskawiczny dźwięk.

Oznacza jasność. Błyskawicznie znaczący.

Dłużyły się tysiąclecia, żeby słowo „aisk”

zmieniło się w słowo „iskra”. Wspominam:

kiedy byłem chłopcem magizowałem światło

uwielbianym słowem „iskra”.

Błyskawicznie długie wspomnienie,

dłuższe od prehistorii.

IV. Narrator

Homer myślał dziennik

wersetami Iliady i Odysei –

słowa oprócz własnego znaczenia

służyły mu jako znaki przypomnień,

bez eposów.

Homer w myślach mówi Homera i z niego wywodzi

swoje życie. Wie, co było widziane,

co prześlepione, co się zdarzało, co musiało milczeć.

To jego epos.

V. Nieznany grecki filozof z VI wieku p.n.e.

Zapomniano, jak się nazywał,

co mówił. Zapomniano, że był.

I w tym zapomnieniu – jest.

Anegdota o nim:

Ziemia. Niebo. Zwierzęta. Rośliny.

Czas i miejsce. Ludzkie życie. Myśl.

VI. Duszyczka

Między nami

echo i cień mędrca, którego nie było,

bo nie ma mądrości.

Patrzy echo, mówi cień,

nie słyszymy się, nie widzimy.

VII. Elpenor

P. Ż.

Wygadany, nieśmiały.

Mówił, żeby nie wiedziano, kto mówi.

Ekscytował się życiem sławnych,

ich słabostkami, śmiesznościami. Opowiadał, opowiadał.

To był żałosny chichot z samego siebie.

Łatwo go się znało, bezosobowo,

może łatwiej niż zwyczajnych i sławnych,

bo nie chciałem wiedzieć, jak cierpiał w życiu

i w konaniu. Zniknął.

VIII. Pewność

Boję się myśleć,

mówić,

pamiętać, zapomnieć.

W lęku odważny –

dlatego jestem.

IX. Znamię Kainowe

Wiatr na czole rozrzutny jak losowe liczby.

Zmarszczka przemyśla się na nic.

Od spojrzenia noworodka do śmierci starca

jaskółka nielotna. Gładkie czoło.

Wzrok głębszy od przestrzeni i płytszy od oczu.

Nie ma znamienia na czole.

Gwiazda przezroczysta w przezroczystym dniu –

chwila na moim czole.

Od dzisiaj jaskółka nie spóźnia się,

bo to właśnie teraz.

Teraz od dzisiaj do dzisiaj kołuje

na czole zawsze.

X. Tło

W pamięci dzieciństwa szare ekrany

pierwszych telewizorów – szara pamięć.

Szarzeją aktorzy moralitetów Brechta –

wtedy je wyświetlano. Szarzeję wpatrzony

bez światła.

XI. Głowa popiołu

Czego popiół dowiaduje się

sprzed ognia?

O czym myślą spopielone myśli?

Co popiół sobie wyobraża?

Popiołowi nie zadaje się pytań.

XII. Światło

Ktoś rzuca cień.

Czy to możliwe, jeżeli jest we własnym cieniu?

A przecież rzuca cień poza siebie –

tak bardzo chce widzieć się

tam, gdzie świeci promień faktu

najciemniejszy w przeszłości.

XIII. 15 II 1978

Przeszklona rotunda banku PKO,

budowana w latach 1960–1966.

Po dwunastu latach w piwnicach wybuchł gaz.

Wiadomość rozniosła jedną chwilę miasta.

Rumowisko przeszukiwano wiele dni.

Zginęło 49 osób.

Po roku rotundę odbudowano,

w elewację wmontowano tablicę pamiątkową

i przyciemnione szkło. Oblepiono reklamami.

XIV. Promień

Wbić światło w żywą przeszłość,

unicestwić zdarzenie.

I dobić czas

między dawnym faktem a mną teraźniejszym.

Ale zdarzenie zawsze zmartwychwstaje.

I mnie przebija.

* * *

Czy jakiś historyk poznał ciszę,

kiedy zdarzenie nic nie mówiło?

XVI. Traktat o niewyobrażalności faktów

Jedno może być faktem lub nie być,

a wszystko inne pozostać takie samo.

Wittgenstein

Zdarzenia nie ma.

Oderwało się od teraźniejszości,

zagłębiło w pamięci.

Kiedy je przywołuję,

zdarza się,

że pamięć je zasłania

i fakt znika.

A wydobyta pamięć

bez faktu

staje się czysto teraźniejsza.

Nieuprzedzona

czeka na nowy fakt,

nie wiedząc,

czy to inny, czy ten sam.

XVII. Prawda

Sprostowanie pisane krzywymi liniami,

bo musi przypodobać się fałszom.

Ale przyjdzie Ten, Który Skreśla,

sprostuje sprostowanie,

wywlecze pismo z tego, co spisane.

Zapomnimy. A zdarzenie przetrwa.

XVIII. Miłośnik rocznic

Oczekiwane, solenne obrzędy długiego czasu

i zdawkowe rytuały, kiedy przychodzi ich chwila.

Kocham rocznice, ale czuję brutalny kontrast:

czas płynął jak przybierająca fala,

a rocznica jak powierzchnia pustej fali –

nie ma pod nią czasu.

Ale kontrast łagodnieje.

Kiedy wzbiera rocznica urodzin, rocznica śmierci nie ma czasu.

Między urodzeniem i śmiercią zdarzenie zdarzeń

wzmaga się i niknie w tej samej rocznicy.

Ja, miłośnik rocznic, zapomniałem,

że są rocznice, które nie szukają dat.

Dziennik nieustanny: Odyseja tego, że jestem.

XIX. Plaża

Ciułane chude dni,

już nawet niegłodne pamięci, słabują.

Kiedy je najostrożniej datuję,

nie mogą się schować, przemoc czasu

je niszczy. Bledną, kruszeją

kamyki wyjęte z morza. Morze jest całe.

XX. Wszędzie

Nigdzie morza, nigdzie okrętu,

żagiel jest wiatrem.

XXI. Przestrzeń

Żmudne podejście błotnistą leśną drogą

na słoneczną równinę owianą wiaterkiem.

Dalej urywa się skarpa.

To pamięć się wspina, wyrównuje, urywa.

Znad skarpy widok skał

i nieba między nimi.

XXII. Przestrzeń ma głos

Mowa czy krzyk?

A może głos nieludzki kamiennej lawiny?

Jaka skała ten głos natychmiast odbija?

Jak długie jest wspomnienie,

w którym rozlega się echo? – Tak długie,

że nie ma głosu.

XXIII. 18 I 1986

Katastrofa promu kosmicznego.

Na ekranach świata

chmura paliwa, metalu, ludzkich szczątków

w pustce. Patrzenie w niebo

od prehistorii do dzisiaj.

XXIV. Tu i teraz

Gdzie jest to, czego nie pamiętam?

Kiedy to jest?

Wokół tego miejsca krążą katastrofy

i każda walczy o własną pustkę.

W tym czasie rodzą się teraźniejszości

i walczą z tym, gdzie się zdarzają,

bo nie chcą zostać w przypomnieniu.

Miejsce i czas istnieją po to,

żebym wiedział: nie istnieją.

XXV. Podróż

Ciało przenosi się z miejsca na miejsce.

Miejsce ciała przenosi się z miejsca do opowieści.

Słowo ciała przenosi się z mojego oddechu

do twojego milczenia. W każdym ciele,

w miejscu, w oddechu

nie wypowiada się niewypowiedziane –

przenosi się nigdzie. I nigdy się nie kończy.

XXVI. Powieść podróżnicza

Zdjęcie w paszporcie egzotyczne, bo to ja.

Sklep egzotyczny, bo kupiłem w nim drogę.

Chleb na drogę egzotyczny, bo smakuje bez ust.

Ten umarły jest egzotyczny, bo byłem żywy.

Buty egzotyczne, bo grób stoi w miejscu.

XXVII. Dusza wpleciona w węzeł życia wiecznego

Prostolinijny czas duszy.

Wieczność to też prosta linia

ale kołuje wokół siebie –

tym węzłem Bóg

zabawia duszę

zanim ją rozwiąże

w Bogu bez czasu i wieczności.

.

Na ślepo

Patrzę na topolę przez szept Wisły,

stuk dzięcioła, szmer mrowiska,

przez piorun.

Na cokolwiek patrzę, przestrzeń jest głosem.

Mówi oczom, że to, co widzą,

daje się zobaczyć tylko w chórze.

Ale dzisiaj, w ogniu lipca,

Usłyszałem, jak samotnie śpiewa

śnieg.

.

Cykl

1

Ziarno ma w sobie gest swojego siewu

i ziemię, z której wzejdzie, ma w sobie przed siewem.

2

Zamykam oczy, już nic.

Z szybkością światła pod powiekami –

nieruchomo.

3

Świetlista wolność światła –

odjęto mu źródła,

kosmiczne i ziemskie, gwiezdne i płomienne.

Już go nie popędzają. Światło bez szybkości,

wszędzie w tej samej chwili

świeci wiecznie.

Widzę się, nie muszę otwierać oczu.

4

Przeżyłem promień, znikąd

przeżył słońce,

wypromieniował świat ze świata.

Żyję, odłóg ciemności, zorza świadectwa.

5

Teologia snu, tego nie-miejsca,

gdzie Bóg walczy z wizją Boga

o swoje miejsce.

6

Oddech bez powietrza, bez oddychającego ciała,

bez czasu.

7

Plama słoneczna w próżni, bez słońca.

Nic jej nie zatrzymuje.

Nie pada na ziemię ani na listek.

Tak świeci przezroczystość,

sama przestrzeń.

8

Ukochane ciało,

ciemna kość obrazu w obrazie człowieka,

dotyk stworzenia z niczego.

9

Nieśmiertelność anioła stróża,

światłowód jego żył i tętnic.

Splątane nici w koszyczku babci – zbawione

wątki jej życia.

10

Chwila przywabia zimno,

zimno wabi burzę,

cyklon, wir,

wciąga rzęsiste nasycenie

w próżnię.

11

Dusza pragnie prawdy o sobie,

wącha swój bezmyślny oddech,

bez składni, biały jak wiersz

bez „jak”, bez porównań.

12

Poetę fotografują wzdychające – och i ach –

obiektywy. Nie na światłoczułym papierze,

ale na czarnonieczułym niebie sławy.

Niepodobny do wszystkiego.

13

Chwilę pomilczeć – to się przedłuży mową chwili.

Do końca życia i bez końca.

14

Słucham ptaków. Ich samogłoski

są spółgłoskami mojej głuchoty.

15

To nie ja żyję, ale ja zmartwychwstaję.

Przeciska się przeze mnie, rytmicznie,

Bóg – ale nie mam Jego serca.

16

Słucham

serca Jezusa przebitego uderzeniem serca Jezusa,

kiedy już jest Bogiem.

Okoliczności, Ewangelie – niepotrzebne.

Głucho i niemo moje serce

naśladuje Jego serce: ale ja

jeszcze mam biografię.

.

Posąg

Pamięci Jana Pocka

Dla Rocha Sulimy

1

Południe

unosi prawą rękę światła,

opuszcza lewą rękę cienia.

Pozdrawia.

Wieczór

unosi prawą rękę cienia,

opuszcza lewą rękę światła.

Żegna.

Ale czas nie ma rąk,

nie daje znaków.

Jest nikim,

nie daje znaków sobie.

Nikt nie wie, kim jest.

Każdy nikt.

Kiedy przeczeka się noc,

poranek ramionami promieni

rzeźbi ciało dnia

przychylne i samotne.

2 Piosenka trawy

krowy cicho żują

łąki tego nie czują

kiedy krowy myczą

pastwiska się wstydzą

słońce za chmurą bladawe

wstyd schował się do ziół

krowy spokojnie

zasnęły zrymowane

3 Pasterz

Widzę łąkę, bełkot ziemi, trawy, nieba,

i nawet dmuchawców sensu, kiedy mądra krowa

na pastwisku mojego patrzenia

porykuje metaforą wszystkiego

o wszystkim dookoła.

Zmyślam. Łąka nie zna słowa metafora,

nie jest ani krową, ani mną, tylko dmuchawcem

ziemi, trawy, nieba,

bez słów, bez sensu. Krowa schyla łeb,

żuje milczenie, ziemię, trawę, niebo,

to, co widzę, wszystko.

4

Między niebem a ziemią symbole prawdziwe

jak pamięć przejścia przez łąkę.

Pod wiatrem żali się trawa –

każdy badyl jest inną chwilą

i nie może zasnąć. Brzęczą dni.

Chrzęst trawy w krowiej czaszce.

Nieruchome chabry i maki.

Uspokojona łąka.

Błękit zasnął. Czerwień się śni.

A jeszcze głębiej czarna ziemia.

Od ziemi do nieba rośnie sen

umarłego pasterza.

5

Chmury po burzy. W oborze

ktoś je nakarmił błyskawicami.

Zległy nażarte,

utuczył je mrok po błyskach.

Zasnęły. We śnie otworzone niebo

i stada sytych kropel

nie pasą się, stoją w powietrzu,

błyszczą jak oczy zapatrzonych krów.

6

Zaorane pole co sekunda

zasypia bruzdami i budzi się bruzdami.

Czas zasiany na wieczny plon.

Kłosy kołyszą się między nocą a słońcem.

Skosi je wiersz.

7 Odpoczywanie

Miedzą w zbożach prowadzi się krowy,

żują bożą trawę,

pachnie ziemią wyorana bruzda,

wieś między wzgórzem a rzeką.

Cmentarz od cmentarza przedzielony borem.

Miękki mech.

.

Nie będzie końca

Rok po roku jeździłem na wakacje

do gospodarstwa w Beskidach,

do łąk na pochylonych polach,

do zagłębia widoku.

Nie pamiętam studni,

wędrowała po zboczu,

szukała wody,

znalazła w powietrzu do źródlanego nieba,

przebiła się do niepamięci,

zagłębiona.

*

Przed końcem,

kiedy niebo wspięło się do ziemi,

stromizna rozlazła się po równinie

i podchody końca

zmarszczyły się staro, nieskończenie –

wezbrany masyw

lotu Beskidów.

.

Wszystkie symbole

1

Ostatnia krew

upływa bez nazwy,

ale nasturcja, forma krwi,

chce nazwać się czerwienią.

Musi mówić o życiu, bo żyje –

kwiat postrzępiony.

2

Biało dzwoni konwalia.

– Podzwonne bezbarwnemu losowi,

on nie potrafi wybierać

kolorów, dźwięków, zapachów.

Los ma władzę tylko nad pustym życiem.

Biel wszystkich zmysłów

obroni się przed zmysłami.

3

Alfa Omega.

.

[Tylko ziemia i niebo]

Tylko ziemia i niebo

odróżniają nasturcję i jaskółkę.

To mi wystarczy za świat

i jego symbole.

Szukam jestestwa

dla skrzepłej czerwieni i gorącego lotu.

Znajduję styczniowy czerwiec

w przelocie roku.

Z czasu i z przestrzeni

wlatuję w siebie.

Nasturcję mam w oczach,

a jaskółkę w myśli.

Jestem swoją granicą

i wyzwoleniem.

Kontur czerwieni i lot bez zmysłów –

z nimi trwam jak błyskawica

przez ziemię i niebo. Nasturcja burzy się,

jaskółka przemyśla.

Nasturcja jest gromem,

jaskółka na niebie rysuje czarny rozbłysk.

*

Nasturcja – gniazdo jaskółki w powietrzu,

tam chroni się wzburzona lotem.

Jaskółka, nasturcja – nie muszę zmyślać.

Powietrze myśli za mnie i o mnie.

Nasturcja, jaskółka – koncepty powietrza.

Widzę, nie myśląc – wtedy oddycha

powietrze myśli.

.

W oknie

Przestrzeń

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

W Warszawie.

Bez dokładnego adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

Poranek

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

W Warszawie.

Bez dokładnego adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

W anonimowym dzienniku

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

W Warszawie.

Bez dokładnego adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

Liczby

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

W Warszawie.

Bez dokładnego adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

Przypadek

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

W Warszawie.

Bez dokładnego adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

Ja

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

W Warszawie.

Bez dokładnego adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

Tutaj

Trzydzieści cztery

ptasie przeloty

od 6.45 do 7.00

3 marca 2019 roku.

Bez adresu,

nie chcę, żeby mnie odnaleziono.

*

okno

.

[poranek dobry na przeczekanie]

poranek dobry na przeczekanie

zapamiętany wystarczy do końca

można mieć nadzieję że koniec się wyjaśni

.

[Zamknięta. Otwarta]

Furta strapiona

Kochanowski

Zamknięta. Otwarta. Zamknięta. Otwarta.

A i tak nikt.

.

Skarga

wabik z ptasich kostek

wabik z orzechowych skorup

skusiły mój słuch zwierzęcy

przez rozszczep drzewa

przez suchą studnię żyły

przewlokłem się

przez samołówkę

przez zapadlisko

zabiłem się

wiatr zawiązuje węzeł w zbożu

ptak wije gniazdo z mojej sierści

padlinę lis przewąchał w ziemi

woń plącze siebie z ciemnościami

kto wypruł nić

kto zaszył nic

.

Wypowiedzenie

Najpierw Bóg stworzył tętno bez krwi – czas.

Precyzję wieczystej mgły uporządkowano bezosobowo.

Przestrzelone samobójczym promieniem

światło domowej lampy i krzyk w cieniu lamentu.

Twarz wpatrzona w siebie, żeby nic nie było między nimi.

Zero nie wie, że jest policzalne.

Tęcza jest bielmem nieba – ślepe przymierze.

Miejsce wie, gdzie jestem. Ja nie wiem.

Nie mnie się zdarzyło, o mnie mówiła mgła.

Forma

Głucha biel

widzi –

dzwonią konwalie.

.

Widowisko

Świat otwiera się jak powieka,

a zwierzęta wchodzą

i patrzą, roz-glądają przestrzeń,

biegają od–do, żywią się tym i tamtym,

świat się nimi w siebie zapatruje.

Zanim jest oko świata, był czas.

Zwierzęta odnajdują go pod powiekami –

teraźniejsze rzeczy otoczone czasem.

Tam zwierzęta poruszają swoje patrzenie,

a świat nieruchomy

wspomina siebie, stojąc w ich oczach,

bo ruchome oglądanie czasu pragnie być trwałe.

Powieki otwierają się,

oczy wchodzą w teraźniejszość

i roz-patrują sytuację: to gdzie są teraz.

Łączą widzenie z sytuacją, przypatrują się

do życia, inscenizują wzrok teraźniejszo-przeszły,

żeby wiedzieć, jak są. Nazwa tego jak:

człowiek.

.

Fotografia pingwinów na Antarktydzie

Rozgląda się między nimi

stado mojego patrzenia –

gromada myślącej przestrzeni

bielsza niż śnieg. Szybsza

od tego, czym były przed fotografią

i czym nie będą w pamięci.

Bez ruchu, przelękłe, obce,

bo widzą, jak przestrzeń je przewiduje,

aż znikną.

Patrzę, aż zniknę.

.

[Patrzę na cokolwiek]

Patrzę na cokolwiek –

otwiera się nieszczerze.

Źrenice spoglądają w otwory

i mogłyby wyzwolić przestrzeń jadowitych jaskiń,

ale ona zasklepiła się widzialną śmiertelnością.

Jaskinia wierzby

cierpnie na liściastej skórze.

Jaskinia miasta

martwieje abstrakcją miliona.

Jaskinia niemowlęcia

dorośleje.

Jaskinia mowy

rozpajęcza słowa –

a chciałem o czymkolwiek...

.

Tak było

Mam nawyk, że codziennie wczesnym rankiem

zapisuję niebo czyste albo zachmurzone.

Dzisiaj zapisałem, że pochmurno.

Ale kiedy wyżej wzeszło

spóźnione słońce (bo jest grudzień),

wyjaśniła się pomyłka i matowy błękit

okazał pełną jasność.

Staranną czernią zamazałem wcześniejszy zapis

i dałem nowy.

Czerń pozostała.

.

Wahadła

Ponieważ od, to zaraz do.

Ponieważ do, to zaraz od.

Wszelkie zaraz będzie

i od będzie wraca do było.

Z okna tramwaju zobaczę znajomą.

To będzie, bo już minęło.

Obracam w głowie jej imię,

żeby zapomnieć imienia.

Kiedy mam jedenaście lat,

będę miał lat dziewięćdziesiąt.

Mam albo nie mam.

Czasem bawiłem się czasem.

Będzie mi dobrze.

Już jest dobrze.

Co po dobroci,

która była.

Telefonuję, żeby powiedzieć „jest dobrze”,

jak zatelefonuję, będę wiedział do kogo.

Już wiem, z kim rozmawiałem,

i że to nie był on. Tak jest dobrze.

Śnią się przeloty wahadeł

w mojej odwrotnej jawie.

Wahają się wahadła,

jakby się zawsze budziły.

Podnosi się powieka,

źrenica się odsłoni.

To, że kiedyś widziałem,

zamyka mi oczy.

.

Wycięty czas

Marzannie Kielar

Fotografię podpisano w czasopiśmie:

Kruk nad lodowcem Lys w masywie Monte Rosa,

lipiec 2012.

Wyciąłem z czasopisma w maju 2024.

Przedstawia czarnego kruka

na tle błękitnych złomów lodu.

Nie byłem tam – to oczywiste.

Fotografowano z samolotu

nad krukiem. Przestrzeń

między samolotem a krukiem i krukiem a lodem

jest niewidoczna, domyślna. Wszystko płaskie.

Nie jestem tu. Widzę –

nie byłem, nie jestem.

.

Rimbaud

1 Anagram

Gdybym miał użyć w wierszu swojego nazwiska,

dźwięki by się rozprzęgły, a sens zadrwił ze mnie.

Bo nie jestem sobą...

Dlatego On, nie ja, nazywa się Araud Mirrbut.

Nie rozwiązuj tych pięknych głosek

i nie składaj ich w Jego nazwisko.

Wszystko zmienił wokół siebie i w sobie.

Mnie tylko pozostało słuchać Jego zmiany.

Wtedy i mnie ogarnie, udźwięczni zmiana,

żebym poruszył moje imienne sylaby,

powiedział swoje.

2 Dziw

Doktorzy nauk dziwnologicznych

wydziwiają coś nie do uwierzenia.

To ich zwyczajne doktoraty:

uczynić wiarygodnym, że to, co zdziwaczyli,

jest dziwnie zwyczajne. Albo zwyczajnie dziwne.

Nieuczony doktorat Rimbauda

był jeszcze bardziej zwyczajny.

Nie dał się obronić.

Był prawdą.

3 Historia oczu

Pierwsze oczy widziały,

nie wiedząc, co i jak widzą –

otwarte na całe życie.

Drugie oczy

przypatrywały krajobrazy i rzeczy do krajobrazów i rzeczy,

a patrzenie do końca życia –

na końcu były tam oczy ludzi

widzianych w życiu innych ludzi, do śmierci.

Jeszcze późniejsze oczy mierzyły widzenie,

żeby świat miał zamiary w miarę.

Żeby wymierzał lata.

Oczy mistyków mierzyły widzenie bezmiernością.

I wreszcie

zachłanne oczy prześlepiły wszystkie widoki –

to rzeczywistość w oczach Rimbauda.

Już nie ma na co patrzeć.

4

Kiedy zauważył, że w jego poezji

wszystko patrzyło,

porzucił pisanie.

Tylko tak mógł zaprzeczyć widzeniu.

Wtedy zobaczył.

.

[Wzrok broni mnie]

Wzrok broni mnie,

nie chce, żebym był widziany

przez to, co widzę,

bo mogłoby oślepić.

.

Przejście

Zanim się nic zobrazuje,

obraz o wszystkim zapomni

i będzie się wyobrażał

bezramny i bezprzestrzenny.

Ogarnie się symbolami,

niewiedzącymi, co znaczą,

otworzy się znaczeniami

tego, co niezobaczone.

Kto wejdzie do zaoczności,

przejdzie przez świat niewidomo,

będzie jak ziemia podziemny,

będzie jak niebo nadniebny.

Kto to będzie? Ślepiec?

Kto to będzie? Czy ja?

Kto to będzie? Mesjasz?

– Ja – obleczony we wzrok

i ze wzroku wygnany,

trup pragnący Mesjasza.

.

[Mesjasz po biodra zanurzony w ruinie]

Mesjasz po biodra zanurzony w ruinie

pchnął Święte Miasto przed siebie.

Rozplątały się mięśnie i ścięgna, Miasto zwątlało.

Gubiło się na równinie

święte Oko bez powiek.

Ślepo jest nogom Mesjasza wędrującym w mule,

ale droga widzi się sama.

Ruina wdeptana w marsz nieruchomy.

Wspomni się miasto cielesne,

kostnieje wzrok.

W Jeruzalem Oka

Mesjasz

wskrzesza się z ziemi wygnania.

Tu widzę: Jest.

.

Nie widzę na siedem kroków

Słońce nie widzi księżyca,

bo zmierzch zaćmił

dzień nocą, noc dniem.

Źrenica chce widzieć się

w ślepnącym oku powietrza.

Mgła ziemi – krajobraz dawnej podróży.

Na twarzy

zimne kropelki zatajonych wzgórz.

Niewidzialne widzenia,

kiedy już nie ma ludzi,

obijają się o drzewa w lesie.

Nieruchome oko kolibra –

dookoła świat szybszy od jego skrzydeł

roztrzepotanych kolorami.

Widzi świat czerni.

Słowo weszło we wzrok,

żeby go oślepić.

Rozmowa zmarłych.

.

Róża

Sartre w sztuce Przy drzwiach zamkniętych

wyobraził sobie piekło: oczy, które nie mrugają,

nawet przez ułamek sekundy nie da się odpocząć

od patrzenia. Ale gdyby zapytać oczy,

może to wyobrażenie byłoby dla nich niebem.

Nie ma nieba oprócz otwartych oczu.

I po co im powieka? To widziana rzecz

jest ich oddaloną powieką, a ta odległość

staje się powiększonym o nią okiem.

I tylko ta rzecz widziana, to zmrużenie oddalenia,

ogranicza wzrok.

Czy oko skazane jest na zamknięcie,

jeśli nie własną powieką, to granicą widzenia?

Oko ma swojego Boga, którego błaga patrzeniem

o wzrok bez granicy.

Ten Bóg jest wzrokiem bez oczu,

źrenicą geometrycznego punktu bez wymiaru,

nic się w niej nie mieści, ale wszystko jest:

to, co widziane, i oczy, które to rodzą,

i róża w nich, tak w siebie zapatrzona,

że gubi oczy, które na nią patrzą,

i gubi siebie. Widzisz tę różę

we wzroku bez oczu i bez patrzącego –

gdybyś umiał opowiedzieć, jaka jest,

wszystko, co widziane, mógłbyś nazywać jak Adam.

I możesz. Zapytaj oczu. Odpowiedzą otwarcie.

Nazwą ciebie tobą, chociaż nie istniejesz,

bo to są oczy otwarte szerzej niż istnienie.

I tylko Bóg oczu, istnienie, widzi ciebie.

.

Robert Campin, 1410

Weronika z przezroczystą chustą.

I nie ma już czasu Golgoty.

Na niczym czernieje

głowa Jezusa – oczy otwarte.

Na czas?

Otwarte na moje oczy,

które patrzą w Jego oczy.

Data przezroczysta.

Wszelki czas.

.

[Na koniec zaklina świat]

Na koniec zaklina świat,

żeby był bezcelowy.

Łowi Lewiatana w piachu pustyni,

zamyka ocean.

Bije kamykiem o Alpy,

dzwoni w uszach Noego.

Zrywa rozejm tęczy

nad żywymi i zabitymi.

Patrzy na świat,

żeby świat go nie widział.

.

[Oko ziemia]

Oko ziemia.

Oko niebo.

Oko ciało.

Oko abstrakcja.

Oko ściana.

Oko śmiech i rozpacz.

Oko Bóg, początek

i koniec.

Każde słowo to powieka.

.

Wizja

w oknie chaos

i kąty proste

oko ma chaos dookoła

a w środku źrenicę

oczodół w czaszce

a w nim skostniały świat

po co w domu w ciele i w śmierci

przenikam majaki?

– żeby było miejsce we wszystkim

dla wszystkiego niewidzialne

tylko wtedy można z niego widzieć

wszystko

[Błysk w czystym niebie]

Błysk w czystym niebie –

smok pogody drwi z pogody.

Zorza polarna na równiku –

smok prześwituje przez glob.

Podziemna skalna szczelina,

nad nią rysa w wielkim mieście –

smok przestępny, ale jeszcze niewidzialny.

Chemiczny pierwiastek,

którego nikt nigdy nie odkryje –

smok materii.

Imię Heraklit –

rozwinięty w czasie, zwinięty w imieniu

smok bezimienny.

*

Ciemna materia

Ciało smoka łączy wszystkie atomy wszechświata,

jest przegubem przegubów każdego bytowania;

gdzie się cokolwiek uchyla od spojrzeń,

tam smok niewidzialny widzi siebie,

gdzie się cokolwiek obraca przed oczami,

tam smok się oślepia.

.

[Mendelejew zastał pierwiastki]

Mendelejew zastał pierwiastki

na regałach Wszechświata. Zastał,

bo już stały w sobie obok siebie, nawet Bóg

miał ich lekturę za sobą.

Tylko na okładkach podziwiamy tytuły:

stany skupienia, gęste albo rzadkie roje atomów,

ciężary, barwy, urzeczowienia, wcielenia.

A przecież na początku każdy pierwiastek

był literą po swojemu ssącą chaos,

z którego powstawał. I z tego alfabetu

czytała się Treść wszystkiego. A teraz

bełkot podziwiania tego przez to, tamtego przez tamto.

Martwe natury.

.

Elementy

Minerał

Przeciążony sobą, dlatego wylotny pusto,

a przecież bardziej spoisty od opoki.

Materia odblaskuje sobą w sobie.

Roślina

Przysparza sobie zielnej przestrzeni

poza niezielone kolory istnienia.

Zwierzę

Zmysły zabiegane w powietrzu –

oddech, rytm.

Mowa

Myśli w myślach –

zanim roztopią się w bezgraniczności,

na chwilę (na moje życie) graniczą słowami.

Wyobraźnia

Myśl wymyśla istotę myślenia o mnie

i gubi inne pomysły. Wymyślam istoty,

żeby się nie zmarnowało inne myślenie.

Wszyscy

Minerały, rośliny, zwierzęta

oglądają wymysł wyjęty z myśli

i myślą, że są ludźmi.

[Wymyślony Bóg]

Wymyślony Bóg –

myśl Boga o mnie

myślącym o Bogu.

.

Góra Fudżi

Kontur pogodzić z przestrzenią?

– Niebo medytuje nad pytaniem.

.

Zarys

Opis prostolinijny,

ale linia lęka się wyjść poza siebie

i kiedy rysuje jeżozwierza i agrest,

i mój portret,

to ze strachu sama się liniuje –

wtedy wzory świata upodobnią się

do abstrakcji przyrodzonej

bławatkowi i szmaragdowi,

i mnie.

Nieskończona prosta wywinie się czasowi,

zasną wiecznie czuwające trójkąty,

kwadraty przestaną pulsować czterema stronami świata.

Rzeczywiste istoty

wysnują się z lęku o siebie

i zaistnieją za istnieniem:

nie wykrwawią się walczące tygrysy,

żmija zwinie się bez wiary w kręgosłup,

czas zegara nie sięgnie werku,

to, o czym myślę, obmyśli mnie obłudnie:

obrobiona kanciastym myśleniem

okrągła myśl, że jest się człowiekiem.

I z linii świata

wyszerzy się kulisty sześcian

wyobraźni.

Mandalę, serce świata, usypia asymetria –

z okołokwadratowej

Feniks wykluje swoje gniazdo,

w sobie spłonie kanciaste jajo,

wystygnie popiół dwudziestu dwu wymiarów

z ostatnią iskrą alfabetu,

z liczbą pierwszą mojego istnienia.

To ja rysuję, to ja mówię,

unicestwił mnie rysunek i słowo,

tu i teraz zagnieżdżam świat.

.

[Niematerialne kreski na ekranach]

Niematerialne kreski na ekranach.

Zapomniano, jak się struga ołówki.

To źle. Ale jest też dobro.

Materia upodobni się do swoich zjaw,

odpocznie od konturów.

.

Kosmologia

niczym nic między galaktykami

nie różni się od niczego między ziarnami piasku

jest niczym

ale między człowiekiem a granitem

nic jest inne

może się w nim zmieścić

australopitek

strata czasu

wyobraźnia dziecka które się kiedyś urodzi

bezsens sensu

wszystko

akt zgonu

między mną a minerałem

jest pełnia

jak nic

.

Okrinoldest

Nie wiadomo, czy ten minerał znaleziono w kosmosie,

czy stworzono w laboratorium,

a może tylko pomyślano?

Jeżeli w kosmosie,

to jego postacią

jest próżnia.

Ale taka, której krawędziami

są linie świata.