Urodzona księżniczka (ŚWIATOWE ŻYCIE EKSTRA) - Maisey Yates - ebook
Opis

Briar Harcourt wychowała się w bogatej rodzinie na Manhattanie. Wie, że jest adoptowanym dzieckiem, ale nie ma pojęcia o swojej przeszłości. Nie wie, dlaczego rodzice tak przesadnie dbają o jej bezpieczeństwo. Pewnego dnia poznaje fascynującego mężczyznę o egzotycznej urodzie, który przedstawia jej się jako książęFelipe Carrión de la Viňa Cortez. Od niego dowiaduje się, kim jest i co ją czeka w najbliższej przyszłości…

 

Trzecia część miniserii ukaże się w kwietniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maisey Yates

Urodzona księżniczka

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pewnego dnia

Briar Harcourt szła szybko ulicą Madison Avenue. Lodowaty powiew jesiennego wiatru zmroził ją do szpiku kości, owinęła więc ciaśniej długi, wełniany płaszcz wokół ciała.

Jesienne chłody nadeszły wcześniej niż zazwyczaj. Nie przeszkadzały jej, ponieważ lubiła miasto o tej porze roku, ale zawsze niosły ze sobą niewytłumaczalne poczucie straty i niezrozumiałą nostalgię. Trwała przez chwilę gdzieś na pograniczu świadomości, a potem znikała bez śladu jak liść, zdmuchnięty przez wiatr.

Przypuszczała, że przyczyna tych nagłych zmian nastroju leży gdzieś w przeszłości, w okresie jej życia przed przybyciem do Nowego Jorku. Została adoptowana w wieku zaledwie trzech lat. Niewiele pamiętała z tamtych czasów. Pozostały jej jedynie mgliste wrażenia, wspomnienie zapachów i dziwny ucisk w okolicy serca. Dziwne, zważywszy, że kochała zastępczych rodziców. Nie powinna tęsknić za czymś, czego nie pamiętała. Ale mimo wszystko czasami czegoś jej brakowało.

Przystanęła na chwilę, gdy poczuła dziwne mrowienie karku. Na pewno nie z zimna, bo założyła szalik. Nie potrafiła określić przyczyny dziwnego niepokoju, jakiego nigdy dotąd nie zaznała.

Gdy odwróciła głowę, ujrzała stojącego mężczyznę. Pojęła, że to jego spojrzenie wyczuła na sobie. Gdy zobaczył, że na niego patrzy, jego twarz rozjaśnił tak promienny uśmiech, jakby słońce wyszło zza chmur.

Był piękny. Widziała to już z daleka. Odgarnięte z czoła włosy wyglądały, jakby potargał je wiatr. Szczękę pokrywał świeży, ciemny zarost. Coś w jego wyglądzie, w wyrazie oczu, sugerowało, że skrywa sekrety, których nie miała nadziei odkryć.

Stał przed nią wspaniały okaz męskiej urody. W niczym nie przypominał kolegów ze szkoły czy chłopców, których poznawała na rozlicznych przyjęciach wydawanych przez rodziców: świątecznych w ich domu czy wakacyjnych w Hamptons. Z pewnością nie bełkotał po pijanemu przechwałek o swoich podbojach czy ilości wypitego piwa.

Oczywiście nie wolno by jej było go zagadnąć.

Doktor Robert Harcourt i jego żona Nell hołdowali staroświeckim zasadom. Zresztą nic dziwnego. Nie mieli innych dzieci, a ją dostali w dość późnym wieku. Znacznie starsi od rodziców jej rówieśników, należeli do zupełnie innego pokolenia. Nie kryli, że traktują ją jak bezcenny dar, na który nie mieli nadziei.

Ta świadomość zawsze przywoływała uśmiech na jej twarz i łagodziła ból. Nie uważała za ciężki obowiązek robienia dla nich wszystkiego, co możliwe, żeby nigdy nie pożałowali, że ją wzięli. Dlatego za wszelką cenę dążyła do perfekcji, by być idealną córką.

Brała lekcje dobrych manier i etykiety, uczestniczyła w balach debiutantek, aczkolwiek niespecjalnie ją pociągały. Chodziła do szkoły blisko domu i spędzała wolne dni z rodzicami, żeby się o nią nie martwili. Nigdy nie rozważała możliwości buntu. Bo jak tu się buntować przeciwko ludziom, którzy ją wybrali?

Lecz teraz kusiło ją, by zlekceważyć ich troskę i podejść do tajemniczego człowieka, który nadal jakoś dziwnie na nią patrzył.

Gdy zamrugała powiekami, zniknął w tłumie czarnych i szarych płaszczy tak szybko, jak się pojawił. Nagle ogarnęło ją poczucie niepowetowanej straty, jakby utraciła coś ważnego, coś wyjątkowego. Lecz skąd mogła to wiedzieć? Przecież nawet nikt jej w życiu nie pocałował. Zresztą nigdy nie marzyła o pocałunku żadnego z młodocianych piwoszy. Jednak wysoki, dystyngowany nieznajomy z ulicy najwyraźniej należał do innej kategorii.

Bez zbytniego pośpiechu ruszyła w kierunku, który wcześniej zaplanowała. Nie pociągała jej perspektywa spędzenia całej przerwy między szkolnymi zajęciami na wędrowaniu po miejskim domu rodziców. Postanowiła więc pójść do Metropolitan Museum. Nigdy nie nudziło jej przemierzanie sal. Zgromadzone tam dzieła sztuki straciły jednak dla niej urok w porównaniu z mężczyzną, którego przed chwilą wypatrzyła. Absurdalne! Pokręciła głową i przyspieszyła kroku.

– Czyżbyś przede mną uciekała?

Briar przystanęła, a serce przyspieszyło do galopu. Potem odwróciła się i omal nie wpadła na obiekt swych niedorzecznych uczuć.

– Nie – wyszeptała niemal bez tchu.

– Szłaś szybko, jakby przyświecał ci jakiś konkretny cel.

Och, ten głos! Z obcym, jakby hiszpańskim akcentem, tak zmysłowy, że pewnie będzie go słyszała w nocy, daremnie usiłując usnąć, pogrążona w marzeniach o idealnym partnerze, którego prawdopodobnie nigdy nie znajdzie.

Z bliska wyglądał jeszcze atrakcyjniej. Odsłonił w uśmiechu doskonałe zęby, ale zaraz spoważniał, co pozwoliło jej prześledzić linię jego ust.

– Nie próbowałam uciec… – wykrztusiła. – Tylko… Nie chciałam tarasować drogi – dodała, wskazując jakiegoś przechodnia, by uzasadnić swoją wymówkę.

– Ponieważ przystanęłaś, żeby na mnie popatrzeć?

– To ty na mnie patrzyłaś.

– Z pewnością przywykłaś do tego.

Nie. Przynajmniej nie w takim sensie, jak myślał. Nikt nie lubi być odmieńcem, a ona odstawała od rówieśników pod wieloma względami. Mierzyła prawie metr osiemdziesiąt. Nieznajomy był od niej wyższy co najmniej o dwanaście centymetrów, co należało do rzadkości. Wysoka, szczupła, potrzebowała wielu zabiegów fryzjerskich, by wyprostować niesforne, kręcone włosy. Uważała, że to zbędny wysiłek, ale matka nalegała, że to konieczne. W niczym nie przypominała jasnowłosych piękności z prywatnych szkół, do których uczęszczała w dzieciństwie. A kiedy człowiek dorasta, bynajmniej nie pragnie odmienności. Lecz teraz, po dwudziestce, zdołała ją zaakceptować, aczkolwiek, ilekroć pochwytywała czyjeś spojrzenie, nadal nie przychodziło jej do głowy, że się komuś spodobała. Wciąż uważała, że zwraca uwagę, ponieważ odstaje od otoczenia.

– Niespecjalnie – odrzekła zgodnie z prawdą.

– Nie wierzę. Jesteś zbyt piękna, by mężczyźni nie wyciągali szyj, żeby na ciebie popatrzeć.

Briar zaczerwieniła się.

– Nie… Zresztą nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi.

– Więc może powinniśmy się poznać? – zaśmiał się w odpowiedzi.

– Briar. Mam na imię Briar – wyznała po chwili wahania.

Odniosła wrażenie, że zrobił zdziwioną minę, ale tylko na chwilę.

– Rzadkie imię – stwierdził. – Nietypowe.

– Chyba tak – wymamrotała, w pełni świadoma, że to jeszcze jedna rzecz, która ją wyróżnia.

– José – przedstawił się, wyciągając rękę.

Briar patrzyła na nią przez chwilę z wahaniem. W końcu wzięła głęboki oddech i podała mu swoją. Odczuła nieznaczne dotknięcie tak mocno, jakby poraził ją piorun, jakby przeszedł przez nią prąd elektryczny. To niemal bolesne odczucie sprawiło, że szybko cofnęła dłoń i odstąpiła krok do tyłu. Nigdy nie przeżyła czegoś podobnego i nie potrafiła powiedzieć, czy chciałaby przeżyć ponownie.

– Muszę iść – oświadczyła.

– Nie musisz.

– Ależ tak. Właśnie szłam… do fryzjera – zmyśliła na poczekaniu, ponieważ ostatnio rozważała zmianę fryzury. Zresztą, gdyby wyznała, że idzie do muzeum, mógłby zechcieć jej towarzyszyć. Ale nie mogła też wykluczyć, że zaproponuje jej odprowadzenie do salonu fryzjerskiego.

– Naprawdę?

– Tak. Czas na mnie. – Odwróciła się na pięcie i szybko odeszła.

– Zaczekaj! Nie wiem nawet, jak nawiązać z tobą kontakt. Daj mi przynajmniej numer telefonu.

– Nie mogę.

Z wielu powodów, ale głównie z powodu piorunującego wrażenia, jakie na niej zrobił, ruszyła pospiesznie dalej, długimi, szybkimi krokami.

– Zaczekaj! – zawołał znów za nią.

Briar nie posłuchała. Maszerowała dalej przed siebie. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła, była żółta taksówka jadąca wprost na nią.

Briar poczuła ciepło. Odnosiła przedziwne wrażenie, jakby wypełnił ją tlen, jakby unosiła się w ciemnej przestrzeni, oddzielona od ciała. Ale nie otaczała jej ciemność, tylko światło, marmurowe ściany i biel ze złotymi ozdobami. Nigdy wcześniej nie widziała tego miejsca, a jednak… musiała widzieć.

Powoli, bardzo powoli, wracała do siebie. Najpierw zdołała zgiąć palce, a potem zaczęła odzyskiwać świadomość. Przede wszystkim zidentyfikowała źródło ciepła: dotyk czyichś warg. Ktoś ją całował. Raptownie otworzyła oczy i natychmiast rozpoznała ciemną głowę nieznajomego z ulicy. Przechodziła przez nią, ale nie pamiętała, żeby dotarła na drugą stronę. Najdziwniejsze, że czuła się uwiązana.

Rozejrzała się dookoła. Ujrzała nad sobą jasną, fluorescencyjną lampę, a po bokach monitory. Coś trzymało jej ramię. Wenflon! Nagle uświadomiła sobie, że ktoś nadal ją całuje, przypuszczalnie na szpitalnym łóżku. Uniosła rękę i pogładziła go po policzku. Wtedy odchylił głowę.

– Obudziłaś się, querida! – westchnął z ulgą, wcale nie jak obcy.

Ale przecież całował ją jak ktoś bliski. Zamierzała zażądać wyjaśnień, ale jeszcze nie teraz.

– Tak. Jak długo spałam? – spytała stojącą za nim pielęgniarkę.

– Straciła pani przytomność mniej więcej godzinę temu.

– Och!

Briar spróbowała usiąść.

– Uważaj! Możesz mieć wstrząs mózgu – ostrzegł człowiek z ulicy.

– Co się stało?

– Wpadłaś prosto pod nadjeżdżającą taksówkę. Nie zdołałem cię zatrzymać.

Ledwie pamiętała, że wołał za nią, ale nie posłuchała. Umknęła przed nim w popłochu. Logika podpowiadała, że rodzice przesadzają z opiekuńczością, że niepotrzebnie widzą zagrożenie w każdym nieznajomym, ale mimo tej świadomości uległa ich sugestiom.

Tłumaczyli jej, że należy zachować szczególną ostrożność, ponieważ Robert leczy polityków, pomaga w pisaniu programu reformy służby zdrowia, co łącznie z zamożnością może czynić z niego cel ataku. Dlatego jako dziecko widziała przestępcę w każdym miłym nieznajomym. Wierzyła, że ta ostrożność zapewnia jej bezpieczeństwo, póki nie poznała tajemniczego nieznajomego i nie wbiegła wprost pod samochód.

Rodzice nie spodziewali się jej powrotu przed wieczorem. Chciała zapytać pielęgniarkę, czy ktoś do nich zadzwonił, ale wyszła, pewnie żeby zawołać lekarza. Briar została sama z nowo poznanym mężczyzną. Przypomniała sobie jego imię: José.

– Mój ojciec jest lekarzem – poinformowała.

– Dobrze wiedzieć – odrzekł dziwnie szorstkim tonem, jakiego wcześniej nie słyszała.

– Ktoś powinien go zawiadomić. Będzie chciał znać przebieg mojego leczenia.

– Niestety to niemożliwe. Zostaniesz przeniesiona. Nic nie stoi na przeszkodzie. Twój stan jest stabilny, co potwierdziła moja pielęgniarka.

– Twoja?

José westchnął ciężko, zerknął na zegarek, po czym poprawił mankiet.

– Tak – potwierdził, wyraźnie zniecierpliwiony, jakby odpowiadał na oczywiste pytanie małego dziecka. – Bez obawy. Mój lekarz się tobą zaopiekuje, jak tylko przybędziemy do Santa Milagro.

– Po co? I gdzie to jest?

– Nie wiesz? W takim razie wątpię w amerykański system oświaty. Szkoda, że tu zostałaś wychowana, Talio.

Briar ogarnął dziwny niepokój, taki sam, jaki prześladował ją wraz z nadejściem jesiennych chłodów.

– Mam na imię Briar – sprostowała.

– Racja. Przepraszam.

– Poza tym nie zamierzam nigdzie wyjeżdżać z jakimś pomylonym przestępcą. Podejrzewam, że ukradłeś ten piękny płaszcz.

– Może jestem szaleńcem, ale nie złodziejem.

– José…

– Nie będę cię więcej okłamywał. Nie mam na imię José. Jestem księciem. Nazywam się Felipe Carrión de la Viňa Cortez. Zgodnie z prawem należysz do mnie, moja droga Briar. Strawiłem wiele lat na poszukiwaniach, aż w końcu cię znalazłem. Pojedziesz ze mną.

Tytuł oryginału: The Prince’s Stolen Virgin

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2017 by Maisey Yates

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Ekstra są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327642639

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.