Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Upadek lady Cameron ebook

Helen Dickson

2.17647058823529 (17)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Upadek lady Cameron - Helen Dickson

 

Lady Delfina Cameron znana jest z zamiłowania do pomocy najuboższym. Pewnego razu kiedy wezwano ją do gospody na przedmieścia Londynu, zostaje przez pomyłkę wzięta za damę lekkich obyczajów i wykorzystana przez pijanego pułkownika Fitzwaringa.

Jest tylko jeden sposób, aby zapobiec skandalowi. Lady Cameron musi przyjąć jego oświadczyny i przenieść się do Kornwalii...

Opinie o ebooku Upadek lady Cameron - Helen Dickson

Fragment ebooka Upadek lady Cameron - Helen Dickson

Helen Dickson

Upadek lady Cameron

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lato 1810 roku

Delfina nie miała w zwyczaju bywać w lupanarach, niemniej czuła się w obowiązku sprawdzić, czy Maisie, która znikła z ochronki, bezpiecznie trafiła do matki. Choć dom publiczny pani Cox należał do najbardziej luksusowych i położony był we względnie przyzwoitej dzielnicy, żadna prawdziwa dama nie odwiedziłaby takiego przybytku rozpusty. Tak się jednak złożyło, że eleganckie kręgi, w których obracały się siostry oraz matka Delfiny, od pewnego czasu znaczyły dla niej coraz mniej.

Zwykle nie ruszała się z domu bez towarzystwa jednego z lokajów matki. Dzisiaj zatrzymały go obowiązki domowe, więc wybrała się do ochronki w pojedynkę. Dwoje dzieci dostało gorączki i wysypki i trzeba było je odizolować od reszty wychowanków. Potem jedna z opiekunek oświadczyła, że Maisie zniknęła. Delfina dobrze wiedziała, gdzie szukać dziewczynki, więc nie pozostało jej nic innego, jak tylko po małego zbiega wyruszyć.

Wieczór był ciepły i parny, całkiem jak przed burzą. Duży dwupiętrowy budynek z pomalowanymi na czerwono drzwiami, przy których wisiały dwie latarnie, należał do pani Cox. Gdy Delfina zapukała, natychmiast otworzył jej Fergus Daley, jegomość zatrudniony przez właścicielkę do pilnowania porządku w domu i odprawiania co bardziej natrętnych i agresywnych dżentelmenów. W fioletowej liberii wydawał się tu całkowicie nie na miejscu, lecz przywykła do jego obecności. Miał wystające kości policzkowe i długą spiczastą twarz, a długi, haczykowaty nos nosił ślady kilku złamań, pamiątek po wieloletniej karierze bokserskiej.

Fergus uśmiechnął się ciepło do Delfiny, która często odwiedzała dom w poszukiwaniu Maisie.

– Witamy w przybytku rozkoszy, panno Cameron – powitał ją jowialnie miłym dla ucha barytonem.

– Raczej w jaskini rozpusty, Fergusie – odparła półgłosem, kładąc na stole w holu brązową, skórzaną torbę z lekarstwami i opatrunkami. – Tylko nie powtarzaj tych słów pani Cox.

– Gdzieżbym śmiał, proszę pani. – Daley mrugnął do niej konspiracyjnie. – Chyba wiem, co tu panią sprowadza, i wątpię, by pragnęła pani sprzedawać ciało za marne grosze, które mogliby zaoferować nasi klienci.

– Słowa prawdy płyną z twych ust, Fergusie. Nie sprzedałabym się nawet królowi. Mogę tylko żywić nadzieję, że rodzice nie dowiedzą się o tym, iż tu bywam.

– Na pewno nie ode mnie, proszę pani – pośpieszył z zapewnieniem. – Póki pani pozostaje pod tym dachem, solennie zobowiązuję się ją chronić.

– Bardzo mnie to cieszy, Fergusie – oświadczyła, cofając się, by przepuścić podchmielonego dżentelmena, który zatoczył się i znikł w salonie.

– A jeśli szuka pani małej Maisie, to zjawiła się tu przed godziną – dodał Fergus.

– I dzięki Bogu. – Delfina odetchnęła z ulgą. – Naprawdę wolałabym, żeby już nie uciekała. To dziecko nawet nie wie, ile kłopotów nam przysparza, a to miejsce jest dla niej absolutnie nieodpowiednie.

Tak w istocie było. Zajmowała się dobroczynnością na tyle długo, aby wiedzieć, że bogaci i zdemoralizowani dżentelmeni z miasta byliby skłonni zaoferować okrągłą sumkę za dziewczynę tak młodą, jak jej podopieczna.

Fergus wskazał ręką schody.

– Jest z Meg, czy też raczej z Powabną Delfiną, jak każe ostatnio na siebie wołać – powiedział.

– Najwyraźniej przypadło jej do gustu moje imię – zauważyła z rozbawieniem. – W zeszłym miesiącu przedstawiała się jako Rozkoszna Louella, a miesiąc wcześniej była Słodkim Aniołem. Trochę dziwne to jej zamiłowanie do osobliwych imion. Zmienia je jak rękawiczki, chyba tylko po to, by namieszać klientom w głowach. Podejrzewam, że w ten sposób pragnie otoczyć się aurą tajemniczości. Mogę wejść na górę?

Wykidajło pokiwał głową.

– Meg nie przyjmuje już dzisiaj nikogo, bo gościła Willa Kelly’ego. Był wcześniej i zrobił swoje, jak to on.

Delfina wpatrywała się w niego z niepokojem. Nie było tajemnicą, że Fergus nie cierpiał Willa Kelly’ego ani tym bardziej jego wynaturzonego, brutalnego traktowania dziewcząt z lupanaru pani Cox.

– Skrzywdził ją?

– Sama pani zobaczy, ale klnę się na Boga, połamię draniowi szczękę, jeśli choćby palcem tknie małą Maisie. A teraz proszę iść na górę. Będę musiał powiedzieć pani Cox o pani wizycie.

– W takim razie zniknę jak kamfora, zanim pani Cox mnie zobaczy. – Delfina wolała uniknąć spotkania z surową właścicielką domu rozkoszy.

Przy nader imponującym wyborze ladacznic interes kwitł, a zasilali go pieniędzmi dobrze uposażeni oraz szlachetnie urodzeni klienci. Pani Cox, o ile w istocie tak właśnie brzmiało jej nazwisko, zawsze nosiła się na czarno, a siwiejące włosy schludnie upinała w skromny kok. Innymi słowy, wyglądała jak istne uosobienie cnoty i pruderii. Z taką prezencją mogłaby uchodzić w towarzystwie za nobliwą babcię, lecz Delfina doskonale wiedziała, kim ta kobieta jest naprawdę. Pani Cox żyła wystawnie i miała smykałkę do interesów. Lupanar był jej oczkiem w głowie. Część dziewcząt trafiła do domu publicznego z prowincji, a ściągnął je Will Kelly, który za usługi inkasował lwią część zysków z nieprzyzwoitej działalności przybytku. Pani Cox wybierała inne panny z kręgów dotkniętych ubóstwem, nie gardziła także kobietami, które za sprawą swych wybryków znalazły się na marginesie społeczeństwa, odrzucone przez bliskich i znajomych. Uczyła podopieczne, jak zaspokajać potrzeby klientów poprzez budzenie pokus nie do odparcia. Miłość, naturalnie, nie wchodziła w grę – ekscesy w przybytku były kpiną z tego szlachetnego uczucia.

Przestronny gustowny hol niespecjalnie pasował do domu uciech, jako że ściany pomieszczenia wyłożono jasną dębową boazerią, a podłogę zdobiły czarno-białe płytki. Idąc ku schodom, Delfina wyraźnie słyszała obsceniczny śmiech oraz podniesione głosy dobiegające z głównego salonu. Zauważyła tam gromadę młodych kobiet, rozebranych w mniejszym lub większym stopniu i wylegujących się na sofach. Odwiedziła dom pani Cox kilkakrotnie, zawsze za dnia, i miała bardzo złe zdanie o tym, co się tam wyprawia.

Tego wieczoru widok skąpo odzianych dziewcząt zarazem ją zbulwersował i, o dziwo, przyjemnie poruszył. Zwiewne fatałaszki ledwie okrywały powabne kształty, odsłaniając perłowe, połyskujące w dyskretnym świetle ciała. Kusząca półnagość w połączeniu z oszałamiającą wonią perfum bardziej podniecała dżentelmenów niż całkowity brak ubioru, a ladacznice pani Cox miały tego pełną świadomość. Dziewczęta raczyły się specjałami na koszt klientów, a następnie oddalały wraz z nimi na piętro. Czasami ten i ów pragnął gościć panienki we własnym domu i za tę usługę musiał uiścić dodatkową opłatę. Co się działo potem, nie było sprawą Delfiny.

Salon z granatowym dywanem i kryształowymi żyrandolami prezentował się niezwykle elegancko. Tu i tam rozstawiono stoliki oraz krzesła, okna skrywały się za szkarłatnymi zasłonami z aksamitu. Ściany ozdobione były włoskimi lustrami, jak również kobiecymi aktami w wyszukanych pozach. Paprocie w drogich donicach były tak rozłożyste, że niemal sięgały wysokiego sufitu; na cokołach stały piękne marmurowe posągi naturalnej wielkości. Przedstawiały nagich mężczyzn, a wyrzeźbiono je z takim smakiem, że mogłyby cieszyć oko w domu arystokraty, nie zaś w burdelu. W powietrzu unosiła się woń aromatyzowanych świec.

Delfina lekko uniosła suknię i weszła po schodach. Na górze ruszyła prosto do drzwi na końcu korytarza i już po chwili znalazła się w przytulnym różowym buduarze. Najbardziej rzucała się w nim w oczy olbrzymia toaletka pełna słoiczków oraz flakonów. Przed lustrem o pozłacanej ramie w rzeźbione cherubiny leżała szczotka w srebrnej oprawie.

Meg leżała na kanapie, bawiąc się ufarbowanymi na rudo włosami. Duże niebieskie oczy, pełne miękkie usta oraz powabne kształty sprawiały, że klienci nie mogli się jej oprzeć. Doskonale wiedziała, że Delfina przyjdzie po Maisie. Nieoczekiwanie zaśmiała się i przeciągnęła leniwie niczym kot, jednocześnie unosząc nogę, aby podziwiać jej zgrabny kształt i zarazem ocenić reakcję Delfiny. Nie zauważyła jednak ani szoku, ani zgrozy na twarzy gościa, więc po chwili wstała i okryła się szczelnie jedwabnym peniuarem.

– Pewno szuka pani Maisie. – Wskazała głową dziesięcioletnie dziecko, które spało na łóżku. – Z miejsca się położyła i nie chciałam jej budzić.

– Oczywiście, bardzo dobrze. Musiałam przyjść, Meg, aby się upewnić, że nic jej nie jest – wyjaśniła Delfina. – Mam świadomość, że zdaniem pani Cox powinnam pilnować własnego nosa, ale przecież małej mogło się przytrafić coś złego.

Meg wydęła usta.

– Pani Cox? – powtórzyła. – Pani lepiej uważa, bo jeszcze panią przekabaci.

– Na pewno nie.

– To zdzira jakiej świat nie widział, ale tu akurat ma rację. Powinna pani pilnować własnego nosa. – Meg ponownie usadowiła się na kanapie.

– Przychodzę tu, bo leży mi na sercu dobro Maisie.

– A co ona właściwie panią obchodzi? – burknęła Meg. – Pani to ma wymyślne imię, piękne suknie i w ogóle wszystko co najlepsze. Niby czemu taka wielka dama miałaby się przejmować takimi jak ja czy Maisie?

– Bo mi na was zależy, naprawdę – zapewniła ją Delfina. – Gdyby było inaczej, nie zjawiłabym się tutaj. A co do mojego imienia… Wygląda na to, że robisz z niego dobry użytek.

– Ano tak. Może. Podoba mi się, i już, ale nie jest moje, i taka to różnica. Pani tutaj nie pasuje.

– Ty również nie, Meg. Żadna z dziewcząt nie powinna tutaj być, a już na pewno nie Maisie.

Delfina zerknęła na śpiące dziecko, zwinięte w kłębek na poduszkach. Dziewczynka była wyjątkowo urodziwa, miała wielkie zielone oczy i gęste jasne włosy. Mimo zaniedbywania szczerze kochała matkę i zrobiłaby dla niej wszystko.

Meg wzruszyła ramionami.

– Co ja poradzę, że ciągle wraca? A co do innych, to takie już mają życie. Większość przyszła tu, bo gdzie indziej było gorzej.

– Twoja córka zasługuje na więcej. Nie wolno ci dopuścić do tego, aby wiodła takie…

– Ale z czegoś żyć trzeba – warknęła buńczucznie Meg.

Delfina podeszła do niej i przykucnęła obok kanapy.

– Nie musisz tutaj tkwić, Meg. Zabierz ją stąd – poprosiła. – Wywieź w jakieś przyzwoite miejsce. Pomogę wam.

– Nie trzeba mi zapomogi ani litości, a zresztą i tak nigdzie nie mogę wyjechać, bo tu właśnie chcę być, i tyle. Sama sobie wybrałam.

– Ale dlaczego? Podoba ci się to zajęcie? Czerpiesz z niego radość? A może nie potrafisz zostawić Willa Kelly’ego? Na litość boską, Meg, spójrz na siebie! – syknęła Delfina. Złapała dziewczynę za rękę i uniosła, odsłaniając niezliczone siniaki, niektóre fioletowe, całkiem świeże, inne stare, pożółkłe. – To okrutny, brutalny drab. Staram się jak mogę, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego tolerujesz przemoc.

Meg wzruszyła ramionami i wyszarpnęła rękę z uścisku.

– Gorzej bywało – wymamrotała. – A Will o mnie dba.

– Absurd – oświadczyła Delfina stanowczo. – Kelly cię tylko wykorzystuje. Gdyby o ciebie dbał, wcale by cię tutaj nie sprowadził, i wiesz o tym. Ten człowiek nadskakuje ci na trzeźwo, ale gdy zaczyna pić, to… To potem ja muszę opatrywać twoje rany. Aż nazbyt często widziałam skutki jego poczynań. Meg, ogromnie cię proszę, przemyśl moje słowa.

– Wolę w ogóle nie myśleć. Tak łatwiej się pogodzić z tym, co jest.

– Nalegam, nie dawaj mu następnych okazji, by cię krzywdził.

Meg zmarszczyła brwi, niewątpliwie usiłując nad sobą zapanować.

– Nie potrzeba mi pani wskazówek, jak mam się prowadzić.

– Ależ oczywiście, że nie. Po prostu przejmuję się tobą.

– To niech się pani poprzejmuje kim innym – burknęła nieuprzejmie prostytutka. – Ja tam sama sobie radzę.

– Czy na pewno? – naciskała Delfina. – Zaklinam cię, udaj się gdzie indziej. Zrób to dla Maisie i dla siebie. To ledwie dziecko i zasługuje na lepszy los. Dawniej pracowałaś w teatrze jako aktorka, objeżdżałaś prowincję. Może do tego wrócisz? Tam na pewno było ci lepiej niż tutaj.

Meg wykrzywiła śliczną buzię i spojrzała z góry na Delfinę.

– Ja tam nie wiem, jaki w tym pani interes – wycedziła zjadliwie. – Ale pojechać nie pojadę. Sama się sobą zajmę, bo tak było i będzie. Willa nie zostawię, nie mogę. – Odwróciła twarz. – Bo tak!

Nie mogąc zrozumieć lojalności i poświęcenia Meg dla typa pokroju Willa Kelly’ego, przygnębiona Delfina zwiesiła głowę. Podczas podróży z trupą aktorską Meg dała się omamić czułymi słówkami tego nikczemnika. Gdy zaproponował, że zabierze ją wraz z Maisie do Londynu i zapewni im obu lepsze życie, bez namysłu spakowała manatki i z nim pojechała – prosto do przybytku pani Cox, gdzie została jedną z ladacznic. Teraz służyła ciałem lubieżnym hulakom z nabitymi kabzami, a Maisie zamieszkała w pobliskiej ochronce. Will był pierwszym mężczyzną, którego Meg pokochała, i była gotowa uczynić wszystko, byle go przy sobie zatrzymać. Był przy tym pierwszym mężczyzną, który ją odrzucił, szydził z niej, bił ją i rozjuszał do białej gorączki. Mimo to nie chciała odejść.

– A Maisie? Czy na pewno dasz radę opiekować się córką?

Meg zmrużyła oczy, w których zamigotały iskierki gniewu.

– Wiem, co sobie pani myśli, i lepiej niech pani przestanie – wycedziła. – Jestem jej matką! Może i nie najlepszą, co prawda, to prawda, ale matką. Myśli sobie pani, że pozwoliłabym któremuś z tych brudnych zboczeńców ją tknąć? Prędzej zabiłabym ją, a potem siebie. Ale najpierw zatłukłabym drania, co by lazł do niej z łapami.

Delfina pokiwała głową.

– Nie wątpię, że właśnie tak byś postąpiła. Tyle tylko, że tutaj zjawiają się mężczyźni gotowi wziąć młodą dziewczynę nawet wbrew jej woli.

– Maisie nie wezmą – upierała się Meg. – Pani to nie rozumie jednego. Myśli pani, że nie martwię się o Maisie? Właśnie dlatego dałam ją do przytułku. Jakby się co ze mną stało… – Głośno przełknęła ślinę, mimowolnie ujawniając lęk. – Martwię się, co z nią będzie.

– Na pewno nic ci się nie stanie, Meg, a nawet gdyby, to obiecuję, że twoja córka będzie miała zapewnioną najlepszą opiekę. Osobiście zajmę się Maisie – dodała Delfina.

W oczach Meg pojawiła się nadzieja.

– Na pewno? – wyszeptała, chwytając Delfinę za rękę. – Zrobi to pani?

– Ależ oczywiście!

– Pani obiecuje? – nalegała Meg, a jej oczy pociemniały z bólu.

Delfina po raz pierwszy usłyszała drżenie w jej głosie. Była świadoma swoich sprzecznych uczuć – z jednej strony chciała dać wyraz zniecierpliwieniu, z drugiej zaś kusiło ją, by ze współczuciem poklepać Meg po dłoni. Oparła się jednak obu pragnieniom i zmusiła do namysłu. Tak ważnej decyzji nie chciała podejmować w pośpiechu.

– Tak – odparła w końcu. – Obiecuję. Zadbam o to, żeby nie stała się jej żadna krzywda.

– Dziękuję – szepnęła Meg i odwróciła głowę, mocno zaciskając usta. Po kilku sekundach ponownie spojrzała na Delfinę i tym razem jej oczy znowu były suche. – Lepiej pani już idzie. Dopilnuję, coby Maisie jutro wróciła do ochronki, a dzisiaj nie przyjmę już żadnych klientów, więc może zostać ze mną na noc. Rano ją odprowadzę.

Delfina wstała i na moment zamarła w milczeniu.

– Dobrze – powiedziała wreszcie, wpatrując się w pogrążone we śnie dziecko. – Ale zastanów się nad tym, co powiedziałam, Meg. Zabierz Maisie i opuść to miejsce jak najszybciej. Proszę…

Wyszła, nie czekając na odpowiedź. Bała się o dziewczynkę, gdyż w głębi serca wiedziała, że Meg nie odejdzie z domu publicznego, dopóki Will Kelly miał nad nią władzę.

Na szczycie schodów przystanęła, gdy usłyszała głośny jęk. Jedna z dziewczyn zostawiła lekko uchylone drzwi sypialni, spiesząc się do łóżka z klientem. Ogarnięta niezdrową ciekawością Delfina z wahaniem podeszła bliżej i zerknęła przez szparę. W pokoju prostytutka robiła to, za co dostawała pieniądze. Wzdrygnęła się i już miała odejść, ale coś ją powstrzymywało.

Z początku była wstrząśnięta, lecz już po chwili poczuła przyjemne ciepło i zamarła jak zahipnotyzowany królik przed gronostajem. W pościeli kłębiły się dwa nagie ciała, a splątane nogi kochanków podrygiwały w lubieżnym rytmie. Delfina wbrew sobie była zauroczona tym widokiem. Jej puls wyraźnie przyśpieszył i poczuła przyjemny dreszczyk.

Odetchnęła głęboko, nie wiedząc, co też się z nią dzieje. Przecież to były dwie zupełnie jej obce osoby. Jak to możliwe, że ich namiętne ruchy rozbudziły tak bezecne pragnienia? Z wykładów matki pamiętała, że tylko kobiety lżejszych obyczajów czerpią satysfakcję z takich uciech. Próbując uspokoić zarówno ciało, jak i umysł, cofnęła się o krok. Czuła się niczym dziewczynka, która przez dziurkę od klucza podgląda dorosłych.

Z nastroju wybił ją nagle donośny głos mężczyzny wchodzącego po schodach. Po chwili ujrzała mocno zbudowanego jegomościa o gęstych, jasnych włosach i przystojnym, choć z gruba ciosanym obliczu. Na widok Delfiny człowiek ten zmrużył oczy. Miał na sobie lnianą koszulę z licznymi plamami po piwie i jedzeniu i ciemne aksamitne spodnie.

Był to Will Kelly, słynny brutal, który pił, uprawiał hazard i uwodził kobiety. Jego blisko osadzone, przebiegłe oczy nie przegapiały nikogo i niczego, a gdy spojrzał na Delfinę, z miejsca dostała gęsiej skórki. Zrobiło się jej niedobrze, gdyż poczuła bijący od niego smród biednych ulic. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, od razu się zorientowała, że to osobnik chytry, absolutnie bezwzględny i niebezpieczny.

Patrzyła, jak się do niej zbliża i nieruchomieje z szeroko rozstawionymi nogami i pięściami na biodrach. Jego szare oczy były zimne i nieprzyjazne.

– A niech mnie! – wycedził. – A szanowna panna Cameron to też co tutej kombinuje? Znowu wtyka nos gdzie nie trzeba?

– Bynajmniej – zaprzeczyła wyniośle, pragnąc za wszelką cenę zachować spokój, choć trzęsły się jej kolana. – Przyszłam zobaczyć się z Meg i nie ma powodu, by pan krzyczał. Mam dobry słuch.

– A szanowna pani nie myśli przypadkiem, coby zacząć u mnie karierę? – Przysunął się do niej, wyciągnął sękate, brudne paluchy i brutalnie chwycił ją za brodę. – Całkiem, całkiem kobitka – wycedził, pryskając na nią kropelkami żółtawej, cuchnącej śliny. – Kusząca sztuka. Ze mną się idzie dogadać, tylko trzeba chcieć.

Delfina spiorunowała Kelly’ego wzrokiem i gwałtownie odtrąciła jego dłoń.

– Ręce precz – warknęła. – Naprawdę uważa pan, że zechciałabym oddawać się takim jak pan i ci, którzy odwiedzają to miejsce? Za żadne skarby.

– Widywało się takie jak szanowna pani, takie same nadęte i pewne siebie, widywało. – Zarechotał pogardliwie. – Pamiętam taką jedną francę, zwykłą sukę, co to się uważała za nie wiadomo jaki skarb dla takiego przystojniaka z Paryża. Kilka dni starczyło, a przylazła do mnie na kolanach błagać, cobym ją wziął do łóżka. I inna taka była jeszcze, z Kentu. Ta to miała niewyparzoną mordę, a i tak starczył tydzień z okładem mojej gościnności, coby przejrzała na oczy i chętnie dawała mnie, co się należy – przechwalał się.

– Chce mnie pan nastraszyć tymi ohydnymi opowiastkami o niby podbojach?

Zmierzył ją bezczelnym spojrzeniem, a jego usta wykrzywiły się w uśmieszku.

– Jakbym szanowną panią chciał nastraszyć, tobym ją wziął za łeb i zawlókł do pustego pokoju, a potem tylko słuchał wrzasków. Krzepy mam dość i lubię czasem przylać w mordę, fakt, ale żeby zaraz straszyć szanowną panią? Tylko mówię, że dobrze chronię swoje dziewczyny, jak która trafi do pani Cox. Nikt się tutej nie nudzi.

– Wykluczone. Przyszłam tutaj po Maisie, i z żadnego innego powodu.

– Hę, mała Maisie – mruknął z nagłym zainteresowaniem, a jego zmrużone oczy zalśniły. – Ładniutka rośnie. Przyjdzie dzień, że się zmieni w prawdziwą piękność… jak jej matka. Będą miały wzięcie obie, przyciągną kupę klientów. Mamusia i córeczka, mucha nie siada!

Delfina zamarła z przerażenia. Czy właśnie taki los czekał Maisie, czy takie było jej przeznaczenie? Na pewno nie, tylko trzeba szybko działać, zdecydowała w duchu.

Will Kelly uważnie przypatrywał się rozmówczyni, niewątpliwie wyczuwając jej troskę o dziecko. Zdradziła się przed nim, sama dała oręż do ręki, ale było już za późno.

– Trzymaj się z daleka od Maisie, Kelly – wycedziła. – To jeszcze dziecko. Meg zabije cię, nim zdążysz tknąć dziewczynkę swymi brudnymi łapskami.

– Meg nie ma nic do gadania. Pożałuje, jak mi się będzie stawiać. A pani szanowna to niech lepiej se odpuści. Maisie jest moja. Będzie z niej pierwszorzędna dziwka, jak z matki.

– Nigdy! – wybuchnęła Delfina. – Prędzej umrę, niż na to pozwolę!

Ominęła draba i zeszła po schodach, wściekła i wytrącona z równowagi, lecz mimo to przekonana, że na razie Maisie jest bezpieczna.

Była też oszołomiona tym, co widziała przed przybyciem Willa. Całe jej ciało płonęło i nic nie mogła na to poradzić. Stała się świadkiem zdarzenia, które nieoczekiwanie ją rozbudziło, a teraz musiała ochłonąć.

W holu nie zastała Fergusa, więc sama otworzyła drzwi wejściowe. Na progu ujrzała mężczyznę, który właśnie podnosił rękę, żeby zastukać ciężką, mosiężną kołatką.

– Dzień dobry – odezwał się miłym głosem. – Nazywam się Nicholas Oakley i szukam pani o imieniu Delfina.

Przyjrzała się uważnie barczystemu jegomościowi w schludnym stroju.

– Jestem Delfina Cameron – odparła. – Czym mogę służyć?

Pan Oakley nie wyglądał na bywalca burdeli, nie sprawiał też wrażenia chorego. W zasadzie wydawał się nieprzeciętnie zdrowy, miał twarz wysmaganą wiatrem i spaloną słońcem, lecz przystojną i miłą.

Mężczyzna przypatrywał się jej z podobną aprobatą. Delfina ubrana była w płaszcz z brązowego aksamitu, obszyty brązową wstążką, kawową suknię i brązowy czepek, spod którego wymykały się rude kosmyki. Pomyślał, że to bardzo skromna kobieta i że wcale nie wygląda na płomiennowłosą syrenę – a tak właśnie opisał mu ją właściciel gospody „Pod Modrym Niedźwiedziem”, gdy Oakley spytał go o czystą i atrakcyjną damę, z którą jego pan mógłby spędzić noc podczas pobytu w Londynie. Cóż, królowe nocy miewały w zanadrzu mnóstwo niespodzianek.

Właściciel gospody zapewnił go, że dom pani Cox funkcjonuje na okrągło i jest lepszy niż inne burdele, zaś niebywale uzdolniona Delfina opanowała taką technikę, że potrafiła kochać się przez całą noc bez przerwy.

Pan Oakley uśmiechnął się przyjaźnie, a jego oblicze wyraźnie się rozpogodziło.

– Mój pan jest w niewątpliwej potrzebie i myślę, że pani pomoc ogromnie mu się przyda – powiedział.

– To chyba zależy od tego, co z nim nie tak – zauważyła Delfina.

– W pewnym sensie nie jest z nim najlepiej – przyznał z wahaniem. – Mogę tylko powiedzieć, że potrzebuje pani natychmiast.

– Coś mu dolega?

– Tak jakby. Mój pan, pułkownik Stephen Fitzwaring, wrócił na urlop z Hiszpanii, gdzie wraz z Wellingtonem walczył z Francuzami. Obawiam się, że wyczerpujące boje odbiły się na jego kondycji.

– Rozumiem.

Delfina gorączkowo zastanawiała się co dalej. Skoro ten człowiek był ranny, to nawet jeśli sama nie zdołałaby mu pomóc, mogła przynajmniej ocenić jego stan i poprosić o pomoc doktora Greya, odpowiedzialnego za zdrowie dzieci w przytułku.

– Pan Taylor, który prowadzi gospodę „Pod Modrym Niedźwiedziem” na końcu ulicy, zapewnił mnie, że ze świecą by szukać kogoś odpowiedniejszego do pomocy. – Pan Oakley wymownie odkaszlnął.

Delfina w swej bezbrzeżnej naiwności i łatwowierności uśmiechnęła się do niego promiennie. Nie mogła uwierzyć, że jej charytatywne uczynki są tak poważane przez społeczeństwo. Swego czasu poznała właściciela wzmiankowanej gospody, zażywnego poczciwca, który regularnie wspierał ochronkę finansowo. Skoro zatem pracodawcy pana Oakleya doskwierała jakaś paląca potrzeba, rzeczą naturalną było, że pan Taylor zaproponował zawezwanie właśnie jej. Przed przyjściem do lupanaru dostrzegła pana Taylora po drugiej stronie ulicy i pomachała mu życzliwie. Dobrze wiedział, że Maisie często ucieka do matki i niewątpliwie dlatego przysłał tu pana Oakleya.

– Gdyby zechciała pani mi towarzyszyć, zabiorę ją prosto do mojego pana. – Pan Oakley nadal patrzył na nią z ciekawością. – Nie wątpię, że przypadną państwo sobie do gustu i zapewniam, że mój pan sowicie wynagrodzi pani wysiłki.

Delfina spojrzała na niego badawczo i pomyślała, że pieniądze bardzo przydadzą się jej biednym sierotom.

– W istocie, mam taką nadzieję – oznajmiła. – Nie świadczę usług za darmo.

– Mój pan wcale by tego nie oczekiwał. Bynajmniej! Muszę jednak zauważyć, że większość osób pani profesji jest gotowa nieść ulgę każdemu zainteresowanemu.

– O nie, proszę pana. Tylko tym, dla których jest jeszcze nadzieja. Pana pracodawca jest zgodnym dżentelmenem, jak mniemam?

– I owszem, choć bywają chwile, gdy udaje bardziej surowego, niż jest w rzeczywistości – odparł z uśmiechem. – Tylko proszę o tym nikomu nie mówić, aby nie stracił reputacji.

– Doprawdy? – Delfina przechyliła głowę i zerknęła na niego z ukosa. – Zatem ma on reputację?

– Jak najgorszą – odparł, spoglądając na nią przekornie.

– W takim razie proszę mi oszczędzić szczegółów. Spotkam się z nim tylko po to, by poprawić mu samopoczucie. Czy w jego życiu nie ma kobiety gotowej otoczyć go opieką?

– Och, jest – pośpieszył z zapewnieniem pan Oakley. – W Hiszpanii pozostała pewna piękna señorita, która pokochała go do szaleństwa i często dotrzymuje mu towarzystwa, ale Hiszpania jest daleko. Mój pan to jeden z najwspanialszych ludzi, jakich znam. Charakteryzuje się ponadprzeciętną mocą umysłu, a także siłą woli, która pozwoliła mu wyjść cało z niejednej bitwy. Ze względu na tę siłę woli mojemu panu mało kto się przeciwstawia i dlatego niekiedy zachowuje się nieco… władczo.

– Rozumiem – powiedziała Delfina sztywno. – Dziękuję za tak wnikliwe studium charakterologiczne pańskiego mocodawcy. Na pewno je zapamiętam. A gdzież on teraz bawi?

– Zostawiłem go w łóżku w gospodzie „Pod Modrym Niedźwiedziem”. Czy jest pani gotowa udać się tam natychmiast?

Delfina z uśmiechem uniosła torbę.

– Mam przy sobie wszystko, czego mi potrzeba.

Pan Oakley z uznaniem pokiwał głową, wyobraziwszy sobie zestaw ukrytych w niepozornej torbie instrumentów do sprawiania rozkoszy. Pomyślał, że jego pan z pewnością będzie usatysfakcjonowany.

Z kolei Delfina zupełnie zapomniała o ostrożności. Nawet nie przyszło jej do głowy, że być może pakuje się w śmiertelne niebezpieczeństwo. Już dawno temu nabrała niepokojącego zwyczaju ignorowania cudzych rad i angażowania się w sytuacje o potencjalnie groźnych konsekwencjach.

– W drogę, proszę pana – oznajmiła. – Przekonajmy się, jak podnieść na duchu pańskiego pracodawcę.

Nie chciała tracić czasu, świadoma, że jeśli się pośpieszy, zdąży wrócić do domu na wieczorek muzyczny matki. Wolała się nie spóźniać, jej działalność dobroczynna i tak była źródłem wielu napięć w rodzinie. Szlachetnie urodzoną Delfinę wciągnęła do pracy charytatywnej ciotka Celia, która uważała, że obowiązkiem kobiety z zamożnego domu jest wspieranie ubogich i pokrzywdzonych przez los.

– Diabeł daje zajęcie leniwym – mówiła nieustannie i dodawała z uśmiechem: – Innymi słowy, zawsze znajdzie się praca dla chętnych.

Delfina z całych sił pragnęła nadać sens pustemu życiu. Była najmłodszą z pięciu córek, a rodzice, ostatecznie zawiedzeni, że nie urodził się im upragniony syn, nawet nie raczyli zamieścić w prasie powiadomienia o jej przyjściu na świat.

Zaniedbywanie graniczące z odrzuceniem miało głęboki wpływ na psychikę Delfiny. Przez całe świadome życie zmagała się z wątpliwościami, które konsekwentnie podważały jej pewność siebie. W oczach rodziców nie miała szansy stać się taką kobietą jak jej urodziwe siostry, przyciągające uwagę mężczyzn, dokądkolwiek się udały.

Ona sama w obecności tak wyjątkowych istot jak siostry bliźniaczki boleśnie uświadamiała sobie, że ma niemodne rude włosy, za duże usta i piegi na zbyt wysokich kościach policzkowych.

Od dzieciństwa była przyzwyczajana do emocjonalnego chłodu, niemniej udało się jej zachować ludzkie odruchy. Czuła się tak samotna, że już dawno temu postanowiła się usamodzielnić. Chciała przeciwstawić się konwencjom i postępować w zgodzie z własnym sumieniem, dlatego właśnie rzuciła się w wir pracy charytatywnej. Pomagała bezdomnym i porzuconym dzieciom, zapuszczając się przy okazji w mroczne i posępne miejsca, których istnienia jej cztery starsze, rozpieszczone i wymuskane siostry nawet sobie nie wyobrażały.

Większość obowiązków wykonywała wraz z innymi społecznikami w ochronce przy Water Lane. Nie wszystkie dzieci, które tam mieszkały, były sierotami, część z nich podobnie jak Maisie została porzucona przez rodziców. Delfina nieustannie organizowała publiczne zbiórki pieniędzy i imprezy dobroczynne, irytując matkę, której nie podobało się, że córka nagabuje osoby z wyższych sfer o datki. Praca na rzecz innych dała Delfinie cel w życiu i to dzięki niej zachowywała wewnętrzną równowagę.

Gdy pierwszy raz przekroczyła próg ochronki, była wstrząśnięta tym, co ujrzała. Ciotka, stara panna, która całe życie poświęciła dla dobra innych, była kobietą władczą i dominującą, podobnie jak jej brat, ojciec Delfiny. Celia od razu poinformowała bratanicę, że w tej pracy potrzebny jest dystans i nie wolno dopuścić, aby emocje tłumiły zdrowy rozsądek. Trzeba kontrolować nie tylko innych, lecz także siebie.

Delfina wzięła sobie tę radę do serca i stosowała się do niej najlepiej, jak potrafiła. Pracowała wśród ubogich, często zdumiona intensywnością swoich uczuć, od tak dawna tłumionych. Zastanawiała się często, czy dzięki pracy jest lepsza i bardziej wrażliwa.

Skóra ciągle ją piekła na wspomnienie sceny z burdelu, a gdy szła za panem Oakleyem, miała wrażenie, że gorączkuje. Nie cierpiała Londynu nocą, wiedziała bowiem, że w tym mieście przemoc jest na porządku dziennym. Rzezimieszki i rabusie wędrowali po ulicach praktycznie bezkarnie, a każdy, kto samotnie wybierał się na spacer po zmroku, narażał się na ogromne niebezpieczeństwo.

Delfina postanowiła, że po wizycie u niedomagającego dżentelmena poprosi pana Oakleya o przywołanie powozu lub dorożki, która dowiezie ją do domu. Szła ze spuszczonym wzrokiem, starając się nie zwracać uwagi na przygnębiające otoczenie.

Do tętniącej życiem gospody weszli tylnymi drzwiami, po czym ruszyli po schodach na piętro. Pan Oakley zatrzymał się przed drzwiami, otworzył je i cofnął, aby przepuścić Delfinę.

– Pozwolę sobie odejść – zakomunikował i znikł bez słowa wyjaśnienia, zamykając za sobą drzwi.

Delfina rozejrzała się po słabo oświetlonym pokoju. Pomieszczenie okazało się nieduże, ale przyzwoicie umeblowane, a na łóżku spał mężczyzna. Uniesioną ręką zasłaniał oczy, nadgarstek przewiązany miał bandażem. Uznawszy, że właśnie z powodu tej rany pan Oakley przyprowadził ją do gospody, Delfina podeszła do nieznajomego.

Otworzyła usta, żeby się przywitać, lecz w tym samym momencie zamarła z wrażenia. Jeszcze nigdy w życiu nie widziała tak wspaniale zbudowanego mężczyzny. Cienka kołdra okrywała go do pasa, lecz widać było, że jest nagi. Miał piękne ciało – szczupłe i umięśnione, o mocnych barkach i szerokiej, porośniętej czarnymi włosami piersi.

Wyczuwając obecność gościa, powoli opuścił rękę i otworzył oczy o niezwykłej, prawie granatowej barwie. Jej serce mocniej zabiło, na twarzy ponownie wykwitły rumieńce. Nie mogła oderwać wzroku od postaci na łóżku. Nieznajomy naprawdę był idealny, a Delfina, dotąd wolna od wszelkich namiętności, miała wrażenie, że unosi się w powietrzu. Poczuła wstyd, że gapi się na mężczyznę jak jakaś gąska. Na jej widok nieznajomy uśmiechnął się z aprobatą, a biednej, naiwnej Delfinie zakręciło się w głowie. Kompletnie się pogubiła.

– Proszę, proszę – odezwał się. – Kogóż my tu mamy? Takiego skarbu się nie spodziewałem, Oakley przeszedł samego siebie. Skąd to opóźnienie?

Delfina uświadomiła sobie, że odkąd weszła do pokoju, wstrzymuje oddech. Przybyła tutaj w przekonaniu, że idzie ulżyć choremu, lecz straciła tę pewność. Dżentelmen na łóżku, na oko trzydziestoletni, spoglądał na nią wyniośle. Był oszałamiająco przystojny i w nienagannej kondycji. Gęste, kręcone, czarne włosy, lekko przyprószone siwizną na skroniach, potargały się w czasie snu, a nieco zachrypnięty głos brzmiał głęboko i ciepło.

– Ja… ja…- zająknęła się. – Przyszłam natychmiast, kiedy pan Oakley mnie poprosił.

– Poczciwy stary Oakley. Zawsze dotrzymuje słowa i tym razem również się przyłożył, skoro znalazł taką ślicznotkę.

Jednym ruchem odrzucił kołdrę, odsłaniając nagość, zwinnie wstał z łóżka i powoli obszedł Delfinę, która stała nieruchomo jak głaz i marzyła o tym, żeby zapaść się pod ziemię. Mężczyzna bezczelnie pożerał ją wzrokiem. W końcu zatrzymał się przed nią i uśmiechnął od ucha do ucha, zadowolony z oględzin. Spłoszona Delfina przycisnęła torbę do piersi i usiłowała skupić uwagę na czymś innym niż nagość tego człowieka. Zaczęło do niej docierać, że być może wpakowała się w tarapaty. Robiła, co mogła, by zachować spokój, jednak szalejące w niej emocje pozbawiły ją resztek sił po wyczerpującym dniu. Była zmęczona i zdezorientowana, a do tego zła na pana Oakleya, który wciągnął ją w pułapkę.

– Dano mi do zrozumienia, że jest pan chory albo ranny – powiedziała urywającym się głosem. – Ponieważ wydaje się pan absolutnie zdrowy, pozwolę sobie pożegnać się z panem.

Zaśmiał się cicho, blokując drzwi nagim ciałem.

– Nie tak prędko, słodziutka – wycedził. – Powiedz mi lepiej, jak masz na imię.

Uniosła brodę.

– Delfina – przedstawiła się. – Delfina Cameron.

– Delfina… – Westchnął. – Śliczne imię, w sam raz dla damy. Lord Fitzwaring, do usług, dla przyjaciół Stephen. Może wina? – Wskazał karafkę na stoliku.

– Nie, raczej nie.

Stephen zachichotał, wziął od niej torbę i rzucił ją na krzesło przy łóżku. Zanim Delfina zdążyła zaprotestować, ściągnął jej czepek i wysunął z włosów szpilki, po czym z aprobatą pokiwał głową. Pomimo lekkiego oszołomienia alkoholem od razu dostrzegł urodę dziewczyny. Długie loki o mahoniowej barwie okalały idealnie proporcjonalną, kremową twarz o wystających kościach policzkowych pod dużymi, lekko ukośnymi oczami w kolorze orzechów. Jej nos był mały i prosty, kuszące usta miękkie i wrażliwe.

– Muszę przyznać, że wybór Oakleya satysfakcjonuje mnie – oznajmił.

Przysunął się bliżej, objął ją w talii i przyciągnął do siebie stanowczym gestem. Delfina przywarła do niego, myśląc tylko o tym, że sama jest sobie winna. Nie musiała przecież przychodzić nocą do tego podejrzanego miejsca. Jeśli przytrafi się jej coś strasznego, będzie za to osobiście odpowiedzialna, pomyślała. Tyle tylko że nie bardzo rozumiała, jaki błąd popełniła i jak należało postąpić, aby go uniknąć.

Gdy Stephen pocałował Delfinę w usta, pomyślała, że czuć od niego brandy. Zbyt wstrząśnięta i zaskoczona, aby stawiać opór, zamarła w ramionach przystojnego arystokraty. Miała wrażenie, że oddala się od własnego ciała, była jak w transie, kiedy pogłębiał pocałunek. Nagle zrozumiała, że to całkiem przyjemne. Nigdy dotąd nie była tak blisko żadnego mężczyzny i podobało się jej, że może delektować się ciepłem jego ciała, dotykać klatki piersiowej, rąk i nóg, a także wąskich bioder. Gdyby okoliczności były inne, jej przyjemność mogłaby się przerodzić w rozkosz.

Gdy uniósł głowę, dostrzegła w jego oczach żar. Zwinnie ściągnął z niej płaszcz i wziął ją na ręce, a ona pozostała milcząca i odrętwiała. Ponownie złożył pocałunek na ustach Delfiny, a gdy postawił ją na podłodze, ze zdumieniem przekonała się, że zdołał rozpiąć suknię, która teraz z szelestem zsunęła się z jej ramion i opadła na dywan. Stephen raz jeszcze mocno chwycił Delfinę, tuląc ją do nagiego ciała i obsypując wygłodniałymi pocałunkami.

Czuła, jak kręci się jej w głowie pod wpływem jego bliskości, zapachu i smaku. Sytuacja stała się naprawdę przedziwna. Najpierw Delfina była świadkiem zbliżenia cielesnego w burdelu, potem trafiła w objęcia obcego, nagiego mężczyzny. Serce waliło jej jak młotem, czuła słabość w nogach i ciepło w podbrzuszu. Nigdy wcześniej nie przeżywała czegoś równie intensywnego.

Rozsądek zaczął powracać dopiero wtedy, gdy poczuła, jak dłonie Stephena wędrują po całym jej ciele. Drgnęła i zaczęła się wić w jego uścisku, bo z nagłą jasnością uświadomiła sobie, do czego zmierzał. Błyskawicznie pojęła, że jest na straconej pozycji – o ile jeszcze przed chwilą trzymał ją w żelaznym uścisku, o tyle teraz czuła się tak, jakby unieruchomiło ją stalowe imadło. Wszelkie próby oswobodzenia się były skazane na porażkę. Bez większego trudu rozplątał wstążki halki i ściągnął ją z niej, uwalniając jędrny biust. Stała teraz ubrana wyłącznie w reformy i białe jedwabne pończochy.

Ze zgrozą wciągnęła powietrze, ale w końcu udało się jej chwycić Stephena za ręce i uwolnić od ich wszechobecnego dotyku.

– Wasza lordowska mość, pańskie zachowanie mnie zdumiewa – wykrztusiła, wstydliwie przyciskając pełne piersi, których widok zupełnie oszołomił rozpalonego żądzą natręta. – Rzecz w tym, że nie jestem osobą, za którą pan mnie uważa, i naprawdę muszę już iść.

Jego twarz jednocześnie się zachmurzyła i poweselała.

– Nie mam pojęcia, jakież to obowiązki cię wzywają, słodyczy moja, ale na pewno mogą zaczekać. W tej chwili… – Delfina zauważyła błysk w jego oczach. – …muszę cię posiąść.

Raptownie wziął ją na ręce i niespodziewanie oboje znaleźli się na łóżku. Łagodny zapach jej perfum połączony z uwodzicielską wonią kobiecego ciała wypełnił nozdrza Stephena i rozpalił zmysły. Delfina drgnęła gwałtownie, kiedy otarła się nogą o jego nagie udo. Pośpiesznie odtoczyła się i stanęła po drugiej stronie łóżka, ale plan ucieczki nie zdał się na nic, gdyż Stephen przetoczył się za nią, błyskawicznie wyciągnął rękę i z gardłowym śmiechem pojmał Delfinę, aby rzucić ją z powrotem na miękki materac. Następnie przygniótł jej nagie piersi i wpił się ustami w białą szyję. Oddychał chrapliwie i nierówno, kiedy delektował się jej smakiem. Coraz bardziej spanikowana Delfina pchnęła go mocno i na moment uwolniła się od natarczywych pieszczot.

– Ależ wasza lordowska mość – jęknęła zdesperowana, usiłując zamaskować strach. – Proszę mnie puścić tylko na chwilę. Później będziemy mieli mnóstwo czasu – zapewniła go błagalnym tonem. – Wrócę, jak tylko będę mogła.

– Nie drażnij się ze mną, turkaweczko. – Oczy pociemniały mu z pożądania, gdy z uśmiechem ściągał z niej reformy. – Jeśli to taka twoja gierka, moja ty Delfino, to proszę cię, abyś już sobie darowała. Twoje panieńskie rumieńce dostatecznie mnie rozbudziły. Pragnę cię i będę cię miał! Zresztą po to tutaj przyszłaś, czyż nie?

Z desperacją ponownie przesunęła się na bok łóżka, a on znowu objął ją w talii. Choć usiłowała wyśliznąć się z silnych, dużych dłoni, nie miała najmniejszych szans ucieczki. Przyciągnął ją do siebie, położył w miękkiej pościeli i zanim zdążyła się wyszarpnąć, zablokował jej ciało rękami, które oparł na materacu. Następnie opuścił się na nią, nie dając żadnej szansy ucieczki. Wyglądało na to, że każdy jej ruch tylko wzmaga jego pożądanie. Nie miała co marzyć o oswobodzeniu się, gdy poczuła między udami twardą jak skała męskość.

Stephen popatrzył jej głęboko w oczy i uśmiechnął się powoli.