Trzy opowieści - César Aira - ebook + książka

Trzy opowieści ebook

César Aira

3,7

Opis

César Aira, argentyński prozaik uznawany za współczesnego klasyka, specjalizuje się w krótkich, intensywnych powieściach pisanych pod prąd narracyjnych trendów. On sam swoje dzieła nazwał kiedyś „zabawkami dla dorosłych” – to fabuły z iskrą szaleństwa, eksperymentalne i zaskakujące. Zebrane w tomie teksty ukazują typowe cechy pisarstwa Airy.

Powieść Próba (1992) przedstawia pełne napięcia spotkanie dwóch dziewczyn-punków z rówieśniczką i szybko okazuje się wybuchową historią o buncie i miłości. Płacz (1992) może przywodzić na myśl Borgesowskie fabuły o iluzoryczności świata, tyle że w zupełnie innej – dadaistycznej czy surrealistycznej – wersji. Utwór Jak zostałam zakonnicą (1993) wstrząsnął literaturą hispanoamerykańską: opowiada o dzieciństwie pełnym osobliwych zdarzeń, które rzucają długi cień na życie niewinnego człowieka.

Trzy opowieści są pierwszą prezentacją twórczości Airy w naszym kraju, ale jej ton może się wydać polskim czytelnikom znajomy. Jako miłośnik i znawca tradycji awangardowej w literaturze i jako Argentyńczyk, autor nie mógł przecież przeoczyć dzieł Witolda Gombrowicza.

César Aira od lat wymieniany jest wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (18 ocen)
7
4
3
3
1
Sortuj według:
EwelinaV

Nie oderwiesz się od lektury

Miałam świetny ubaw czytając tę książkę! Zastanawiam się teraz czy najbardziej lubię opowiadanie nr 1, to o zakonnicy, które zdaje się być autystyczne w swoim spostrzegawczym monologu, kojarzy się z bladoróżowym zaciekiem, i zalatuje jednocześnie lodami truskawkowymi i stęchlizną niewietrzonych pomieszczeń i upału w mieście. A może fajniejsze jest to romantyczne na końcu, z jego idealistycznie nonsensownym ruchem ku anarchii spełnionej i brzemiennej miłością? Dochodzę do wniosku, że to środkowe też jest cholernie zabawne, mimo że bywa trochę łzawe. Bierzcie, czytajcie, dajcie się wciągnąć w surrealistyczny labirynt i cieszcie się z każdego zakrętu i każdej ślepej uliczki. Mniam!
00

Popularność




Seria: Z Kraju i ze Świata

Redaktor prowadząca: Anna Krzywania

Redakcja: Ewa Ślusarczyk

Korekta: Igor Mazur, Izabela Bryja

Redakcja techniczna: Beata Nawrotkiewicz

Projekt okładki i stron tytułowych: Przemek Dębowski

Zdjęcie wykorzystane na okładce: Alex Majoli / Magnum Photos / Forum

Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: manufaktura | manufaktu-ar.com

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Tytuły oryginałów: Cómo me hice monja, Le prueba, El llanto

Cómo me hice monja © 1993 by César Aira

Le prueba © 1992 by César Aira

El llanto © 1992 by César Aira

Polish edition published by arrangement with Michael Gaeb Literary Agency, Berlin

Copyright © for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2018

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Pindel, 2019

Posłowie: Copyright © by Marek Bieńczyk, 2019

Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.

Wydanie I elektroniczne

Wrocław 2020

ISBN 978-83-66267-34-3

Wydawnictwo Ossolineum

ul. Szewska 37

50-139 Wrocław

[email protected]

www.wydawnictwo.ossolineum.pl

Spis rzeczy

Jak zostałam zakonnicą

Płacz

Dowód

POSŁOWIEZapełnić czas

Przypisy

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis rzeczy

Jak zostałam zakonnicą

Płacz

Dowód

Posłowie. Zapełnić czas

Przypisy

Jak zostałam zakonnicą

1.

Moja historia, historia „jak zostałam zakonnicą”, zaczęła się bardzo wcześnie; skończyłam dopiero sześć lat. Początek tego wszystkiego wyznacza wydarzenie, które bardzo dobrze pamiętam, umiem je zrekonstruować w najdrobniejszych szczegółach. Wcześniej nie ma nic; potem wszystko zlewa się w jedno żywe, ciągłe, niczym nieprzerywane wspomnienie, obejmujące również godziny snu, aż do momentu, gdy w końcu włożyłam habit.

Przeprowadziliśmy się do Rosario. Pierwsze lata dzieciństwa razem z mamą i tatą spędziłam w małej miejscowości w prowincji Buenos Aires, z której nie pamiętam zupełnie nic i nigdy tam nie wróciłam: nazywała się Coronel Pringles. Wielkie miasto (bo tak jawiło mi się Rosario – rzecz logiczna, zważywszy na to, skąd przyjechaliśmy) zrobiło na nas ogromne wrażenie. Już po kilku dniach ojciec postanowił dotrzymać danej mi obietnicy: zabrał mnie na lody. To miały być moje pierwsze lody w życiu, bo w Pringles ich nie było. On, który w młodości bywał w różnych miastach, nie raz wygłaszał pochwały tego smakołyku, wspominał go jako pyszny i wykwintny, choć nie bardzo umiał wyjaśnić jego wyjątkowości słowami. Opisał go, najzupełniej trafnie, jako coś niewyobrażalnego dla osoby, która nie miała z lodami styczności, i już to wystarczyło, żeby myśl ta zapuściła mocne korzenie w moim dziecięcym umyśle i przybierała na sile, stopniowo urastając do rangi mitu.

Poszliśmy do lodziarni, którą wypatrzyliśmy poprzedniego dnia. Weszliśmy. Dla siebie poprosił o loda za pięćdziesiąt centavo, pistacjowego, waniliowego i z rodzynkami w whisky, a dla mnie takiego za dziesięć, truskawkowego. Różowy kolor wprawił mnie w zachwyt. Byłam bardzo dobrze nastawiona. Uwielbiałam mojego tatę. Odnosiłam się z czcią do wszystkiego, co miało z nim związek. Usiedliśmy na ławce przy deptaku, pod drzewami, które wtedy jeszcze rosły w centrum Rosario – pod platanami. Obserwowałam, jak za jedzenie zabiera się tata, który w kilka sekund uporał się z zieloną gałką. Z wielką ostrożnością nabrałam porcję na łyżeczkę i wsadziłam ją do ust.

Ledwie pierwsze cząstki loda rozpuściły mi się na języku, poczułam się chora z obrzydzenia. Nigdy nie miałam w ustach czegoś tak paskudnego. Byłam raczej kapryśna, jeśli chodzi o jedzenie; sceny przy stole nie miały przede mną żadnych tajemnic, jeśli tylko nie chciałam czegoś jeść. Ale to przebijało wszystko, z czym dotąd się zetknęłam; najgorsze marudzenie, nawet takie, na jakie dotąd nigdy sobie nie pozwalałam, tym razem wydawało mi się aż nadto usprawiedliwione. Przez ułamek sekundy rozważałam, czyby tego jednak nie ukryć. Tata tak się starał, żeby mnie uszczęśliwić, a to w jego przypadku – mężczyzny raczej zdystansowanego, gwałtownego, nieokazującego czułości – było naprawdę rzadkie, że psucie takiego momentu wydawało się grzechem. Przeszła mi przez myśl przerażająca alternatywa, żeby połknąć całego loda, byle tylko zadowolić tatę. To był raptem naparsteczek, najmniejszy możliwy pojemnik, dla małych dzieci, ale wtedy sprawiał wrażenie, że waży tonę.

Nie wiem, czy stać by mnie było na aż taki heroizm, ale nawet nie miałam okazji spróbować. Pierwsza porcja wywołała na mojej twarzy odruchowy skurcz obrzydzenia, którego nie mógł przegapić. Była to mina niemal przesadna, w której spotykały się moja fizjologiczna reakcja i towarzyszące jej następstwa psychiczne: rozczarowanie, strach i tragiczny smutek wynikający z niemożności podążania śladem taty nawet w kwestii życiowych przyjemności. Nierozsądnie byłoby próbować to ukrywać: nawet dziś nie byłabym w stanie, bo ten grymas nigdy nie zniknął z mojej twarzy.

– Co ci się dzieje?

W jego tonie pobrzmiewało wszystko, co miało się zaraz zdarzyć.

W normalnych okolicznościach wybuchnęłabym płaczem i to uniemożliwiłoby mi odpowiedź. Zawsze miałam łatwość do łez, jak wiele nadwrażliwych dzieci. Ale ten obrzydliwy posmak, który zjechał mi do gardła, a teraz powracał jak chłośnięcie biczem, zelektryzował mnie raptownie.

– Gggh.

– Co?

– To jest… fuj.

– Jakie?

– No fuj! – wykrzyknęłam w rozpaczy.

– Nie smakują ci lody?

Przypomniało mi się, jak po drodze powiedział między innymi, i to w tonie przyjemnego oczekiwania: – Zobaczymy, czy ci zasmakują lody. – Oczywiście mówił tak, przyjmując za pewnik, że będą mi smakować. Jakie dziecko nie lubi lodów? Są tacy ludzie, dorośli, dla których wspomnienie dzieciństwa układa się w jeden długi ciąg lodów i niewiele więcej. Dlatego teraz w jego pytaniu pobrzmiewało fatalistyczne niedowierzanie, jakby mówił: „Nie do wiary! W tym też musisz mnie zawieść?”.

Widziałam, jak w jego oczach rodzi się oburzenie i pogarda, ale starał się hamować. Uznał, że da mi jeszcze jedną szansę.

– Jedz. Są pyszne – stwierdził i dla wzmocnienia tych słów włożył sobie do ust kolejną porcję.

Nie mogłam się już wycofać. Kości zostały rzucone. Na swój sposób nie chciałam się też wycofywać. Miałam jasność, że jedyne, co mi teraz pozostało, to udowodnić tacie, że to, co trzymam w rękach, naprawdę jest obrzydliwe. Popatrzyłam na różową barwę lodów z przerażeniem. Rzeczywistość okazywała się komedią. Gorzej: komedia okazywała się rzeczywistością, i to tutaj, przy mnie, poprzez mnie. Kręciło mi się w głowie, ale nie mogłam zrobić kroku wstecz.

– To jest obrzydliwe! Paskudztwo! – Chciałam wpaść w histerię. – Ohyda!

Nic nie powiedział. Patrzył w pustkę przed sobą i szybko kończył swoją porcję. Znów nie udało mi się nazwać rzeczy po imieniu. Szybko skorygowałam.

– To jest gorzkie – powiedziałam.

– Nie, jest słodkie – odpowiedział z wysiloną łagodnością, w której wyczuwało się groźbę.

– Gorzkie! – krzyknęłam.

– Słodkie.

– To jest gorzkie!!

Tata porzucił już wszelką nadzieję na jakąkolwiek satysfakcję z naszego wyjścia, wspólnoty gustów, porozumienia. To już minęło i cóż z niego był za naiwniak, pewnie teraz sobie myślał, że dał się tak nabrać! Mimo to, i chyba tylko żeby jeszcze bardziej rozjątrzyć tę ranę, podjął trud wyjaśniania mi mojego błędu. Czy też przekonania samego siebie, że to ja jestem jego błędem.

– To bardzo słodka masa o smaku truskawkowym, pychota.

Pokręciłam przecząco głową.

– Nie? No to jak smakuje?

– Okropnie!

– Moim zdaniem są pyszne – powiedział spokojnie i znów pochłonął gałkę. Jego spokój przerażał mnie bardziej niż cokolwiek innego. Szukałam możliwości pokojowego zakończenia sprawy, ale bardzo pokrętną, typową dla siebie drogą:

– Nie rozumiem, jak to świństwo może ci smakować – próbowałam powiedzieć to z podziwem.

– Wszyscy lubią lody – powiedział na krawędzi wybuchu. Maska cierpliwości opadła mu z twarzy, sama nie wiem, jakim cudem jeszcze się nie rozryczałam. – Wszyscy oprócz ciebie, bo jesteś głupi.

– Nie, tato! Przysięgam!

– Jedz te lody – zimno i krótko. – Po to ci je kupiłem, bałwanie.

– Ale ja nie mogę!

– Jedz. Spróbuj. Nawet nie skosztowałeś.

Otwierając szeroko oczy w oburzeniu, że kwestionowana jest moja uczciwość (musiałabym być jakimś potworem, żeby kłamać dla przyjemności), wykrzyknęłam:

–  P r z y s i ę g a m,  że są obrzydliwe!

– Gdzie tam obrzydliwe. Spróbuj.

– Próbowałem! Nie mogę!

Coś mu przyszło do głowy i znów przybrał bardziej ugodowy ton:

– Wiesz, o co może chodzić? To dlatego, że są bardzo zimne. Nie chodzi o smak, tylko o temperaturę. Ale zaraz się przyzwyczaisz i zobaczysz, jakie to pyszne.

Uczepiłam się tej szansy jak brzytwy. Chciałam uwierzyć w tę możliwość, na którą ja bym nie wpadła i po tysiącu lat. Ale tak naprawdę wiedziałam, że to nie ma sensu. Nie w tym rzecz. Może i nie piłam zbyt często zimnych napojów (nie mieliśmy lodówki), ale próbowałam ich już i doskonale wiedziałam, że to nie dla mnie. Mimo wszystko uczepiłam się tej ewentualności. Bardzo ostrożnie nabrałam odrobinę lodów na czubek łyżeczki i mechanicznie wsunęłam do ust.

Wydały mi się z tysiąc razy paskudniejsze niż poprzednio. Wyplułabym je, gdybym potrafiła to zrobić. Nigdy nie nauczyłam się pluć na odległość. Ślina zawsze leciała mi kącikami ust.

Tata obserwował kątem oka wszystkie moje ruchy, nie przerywając pałaszowania swojej porcji. Trzy różnokolorowe warstwy znikały w szybkim tempie. Łyżeczką wyrównał lody tak, żeby były płaskie na wysokości krawędzi waflowego rożka. Wtedy zaczął go gryźć. Nie wiedziałam, że rożki są jadalne, więc uznałam to za objaw jakiegoś zdziczenia, które tylko spotęgowało moje przerażenie. Zaczęłam drżeć. Czułam, jak wzbiera we mnie płacz. Odezwał się do mnie z pełnymi ustami:

– No spróbuj  p o r z ą d n i e,  idioto! Porządna porcja, żebyś poczuł smak.

– A… ale…

Skończył swojego. Cisnął łyżeczkę na chodnik. Cud, że jej też nie pożarł, pomyślałam. Miał teraz wolne ręce i odwrócił się w moją stronę: wiedziałam, że niebo zaczyna walić mi się na głowę.

– Zjedz je wreszcie! Nie widzisz, że się topią?

Faktycznie, górna część loda zaczynała się rozpływać i po bokach rożka wiły się różowe strumyczki, ciekły mi po dłoni i przedramieniu, i na moje chude nogi wystające z krótkich spodenek. To mnie ostatecznie sparaliżowało. Lęk narastał w tempie jednostajnie przyśpieszonym. Lody jawiły mi się teraz jako najokrutniejsze wynalezione dotąd narzędzie tortur. Tata wyrwał mi łyżeczkę z drugiej ręki i wbił ją w truskawkową masę. Nabrał solidną porcję i przysunął ją do moich ust. Jedyną formą obrony było zaciśnięcie warg i trzymanie ich już tak na zawsze. Ale nie mogłam. Otworzyłam szeroko usta i łyżeczka wjechała do środka. Wylądowała na języku.

– Zamknij.

Posłuchałam. Łzy nabiegły mi do oczu. Kiedy dociskałam język do podniebienia i czułam rozpływające się lody, w moim ciele wezbrał szloch. Nie spróbowałam przełknąć. Ogarniało mnie przejmujące obrzydzenie, przeszywało mi mózg jak błyskawica. A tu zbliżała się kolejna kopiata łyżeczka. Uchyliłam usta. Łzy już ciekły. Tata podał mi łyżeczkę do drugiej ręki.

– Teraz ty.

Przełknęłam, zakaszlałam i zaczęłam bezgłośnie płakać.

– Teraz to już kaprysisz. Robisz to specjalnie.

– Nie, tato! – wybełkotałam, ale prawie nie dało się tego zrozumieć, brzmiało bardziej jak: „nie ta nie to nie”.

– Nie smakuje ci? Co? Nie smakuje? No mówiłem, że bałwan z ciebie! – Rozpłakałam się. – No odpowiedz mi. Jeśli ci nie smakuje, nie ma problemu. Wywalimy je w cholerę i po sprawie.

Mówił, jakby faktycznie stanowiło to jakieś wyjście z sytuacji. Sęk w tym, że ponieważ tata bardzo szybko zjadł swojego loda, miał trochę zdrętwiały język i wypowiadał słowa w sposób, jakiego u niego nie znałam, z nieporadnością, która wszystko tylko pogarszała, wszystko stawało się jeszcze mniej zrozumiałe i znacznie straszniejsze. Wydawało mi się, że język sztywnieje mu ze złości.

– Powiedz, co ci w tym nie smakuje. Wszyscy lubią lody, tylko nie ty. Wytłumacz mi dlaczego.

Jakimś cudem udało mi się wydusić z siebie głos, niewiele jednak miałam do powiedzenia.

– Bo to jest wstrętne.

– Nie, nie jest. Mnie smakuje.

– Mnie nie – skarżyłam się.

Wziął mnie za rękę i przesunął dłoń z łyżeczką w stronę loda.

– Weź jeszcze i idziemy stąd. Po co ja cię tu przyprowadziłem.

– Ale mi nie smakuje! Proszę, proszę…

– Dobra. Nigdy więcej nie kupię ci loda. Ale tego dokończ.

Mechanicznie nabrałam kolejną łyżeczkę. Na samą myśl, że ta męka ma jeszcze trwać, robiło mi się słabo. Nie miałam już sił. Płakałam otwarcie, nie kryjąc się. Na szczęście nikogo innego w pobliżu nie było. O tyle mniejsze było przynajmniej upokorzenie taty. Zamilkł, znieruchomiał. Patrzył na mnie z takim samym głębokim, wypływającym z trzewi niesmakiem, z jakim ja patrzyłam na loda. Chciałam coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co. Że lody mi nie smakują? Już to mówiłam. Że są obrzydliwe? Też, i nie było sensu powtarzać, bo choć wypowiem to na głos, dalej będzie we mnie tkwić to, co niemożliwe do przekazania. Bo jemu smakowały, uważał, że są pyszne. Wszystko było niemożliwe, już na zawsze. Ogarnęły mnie spazmy, uległam im. I nie można było liczyć na żadne pocieszenie. Sytuacja była patowa dla obu stron. On też nie mógł mi powiedzieć, jak bardzo mną gardzi, jak bardzo nienawidzi. Jego słowa nie mogły mnie dosięgnąć.

2.

Kłótnia, jak wspomniałam pod koniec poprzedniego rozdziału, doszła do kresu, o ile w ogóle można tu mówić o kłótni. Popadliśmy w milczenie, którego nawet moje przerywane szlochy nie były w stanie tak naprawdę zakłócić. Ojciec siedział jak posąg, jak kamienny blok. Ja, wstrząśnięta, rozedrgana, wilgotna, z rożkiem z lodami w jednej i łyżeczką w drugiej ręce, z czerwoną i wykrzywioną przykrym grymasem twarzą, trwałam w identycznym bezruchu. A nawet w większym, spętana bólem, który przerastał mnie bez reszty, bo przecież moją miarą był mój dziecięcy wiek, niski wzrost i ogromna wrażliwość. Tata przestał nalegać. Ostatnim i jedynym wyjściem z sytuacji byłoby dobrowolne skończenie loda, dostrzeżenie w nim wreszcie smaku, przezwyciężenie tego kryzysu. Ale to było niemożliwe. Nikt mi nie musiał tego mówić, nawet nie musiałam o tym myśleć. Mimo wszechogarniającej niemocy doskonale panowałam nad tym, co niemożliwe. Pusta ulica ocieniana przez platany, duszący skwar rosariańskiego stycznia, wszystko to odbijało echem moje szlochanie. W otaczającej nas ciszy słońce kreśliło rysunki. Łzy płynęły mi bez końca, a lody topniały coraz obficiej, różowe strumyczki ściekały mi do łokcia, a stamtąd skapywały na nogę.

Ale żadna sytuacja nie trwa wiecznie. Zawsze dzieje się coś nowego. To, co się wtedy zdarzyło, wykwitło z mojego ciała, z jego głębi, bez żadnego udziału woli, nie było zamierzone. Wstrząsnął mną odruch wymiotny. Wyglądało to wręcz groteskowo, karykaturalnie. Tak jakby coś w środku mnie chciało pokazać, że wciąż tkwią tam ogromne rezerwy energii, które w każdej chwili mogą zostać uruchomione. Potem drugi raz, jeszcze mocniejszy. Do moich licznych lęków doszedł jeszcze jeden: obawa przed tym, że zaraz stanę się ofiarą niemożliwego do okiełznania mechanizmu fizycznego. Tata spojrzał na mnie, jakby wracając z daleka.

– Starczy tej farsy.

Jeszcze jeden odruch. I kolejny. I jeszcze. Cała seria. Same odruchy, bez wymiotów. Wyglądało to jak hamowanie szalonego samochodu. Hamowanie nad przepaścią, ale wciąż powtarzane, jakby ta przepaść się namnażała.

Na twarzy ojca pojawił się wyraz zaciekawienia. Tak dobrze znałam tę twarz, o żółtawej cerze, okrągłą, z przedwczesną łysiną, orlim nosem odziedziczonym przez moją siostrę, a nie mnie, i zbyt wielką odległością między nosem a ustami, maskowaną przez ojca za pomocą wąsa. Nie musiałam nawet patrzeć. Był przewidywalnym człowiekiem. W każdym razie dla mnie. Ja też musiałam być dla niego przewidywalna. Te odruchy wymiotne wyraźnie go jednak zaskoczyły. Przyglądał się im, jakbym się nagle zobiektywizowała, jakbym oddaliła się od niego, od jego losu. A ja nie przestawałam. Odruch. Odruch. Odruch.

W końcu uspokoiło się, mimo że do wymiotów nie doszło. Nie płakałam już. Hamowałam się, zastygłam w smutnym paraliżu. Jeszcze jeden odruch. I głębokie czknięcie.

– Ale co tu się wyprawia, jasna cholera by to…

Trochę się wahał. Pewnie się zastanawiał, jak zabierze mnie do domu. Nie wiedział – mój biedny tata – że nigdy więcej nie zaprowadzi mnie do domu. Choć jestem pewna, że gdyby ktoś mu to wtedy powiedział, poczułby ulgę.

Przez te ciągłe wstrząsy, ponieważ ani na moment nie odstawiłam loda, byłam już upaćkana od stóp do głów, wliczając ubranie. Tak więc pierwsze, co zrobił, to wziął ode mnie rożek; i łyżeczkę, którą trzymałam w drugiej ręce. Byłam bardzo mała i drobna, nawet jak na te moje sześć niedawno skończonych lat. Tata był dużym, ale nie tęgim mężczyzną, miał długie i cienkie palce (to akurat odziedziczyłam), więc zręcznie uwolnił mnie od obu przedmiotów. Chciał gdzieś to wyrzucić, choć tak naprawdę nie rozglądał się za śmietnikiem, bo ani na chwilę nie przestawał mi się przyglądać. I wtedy zrobił coś zaskakującego.

Wpakował łyżeczkę do rożka, w resztki lodów, już niemal płynnych, ale jeszcze jakoś trzymających konsystencję, nabrał i wsadził sobie do ust. Nie będę uwłaczać pamięci ojca, więc nie zasugeruję, że nie chciał zmarnować wydanych pieniędzy. Jestem pewna, że nie o to chodziło. Może i bywał skąpy, wszyscy miewamy takie odruchy, ale nie w takich sytuacjach. Był prostym człowiekiem ze wsi i pod tym względem nie brakowało mu konsekwencji. Jestem pewna, że nawet mu nie zaświtało, żeby jeszcze komplikować ten dramat. Wolę myśleć, że chciał sobie zrobić przyjemność, jeszcze ten jeden raz, jedna łyżeczka, posmakować truskawkowego loda. Takie ostatnie, potajemne i wysublimowane potwierdzenie.

Sytuacja gwałtownie się jednak zmieniła. Natychmiast wykrzywił się z obrzydzenia i wypluł lody. Były wstrętne! Byłam już mocno skołowana (i to od dobrej chwili, przez te odruchy wymiotne) i wszystko widziałam podwójnie, a nawet potrójnie. Powinnam była poczuć triumf, triumf słabych, którzy widzą, że przyznaje się im rację, choć już  p o  tym, co nieodwracalne. Coś z tego się pojawiło, zapewne, nawyki są zbyt silne. Ale to nie był triumf. Prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Tak mocno tkwiłam w tej katastrofie, że szukałam innego wyjaśnienia, bardziej barokowego, takiego zwrotu akcji, który  n i e  anuluje wcześniejszych wydarzeń, choć tego życzyłaby sobie każda moralnie zdrowa osoba.

Podsunął sobie rożek pod nos i mocno wciągnął powietrze. Obrzydzenie na jego twarzy jeszcze się spotęgowało. Nastała ta specyficzna przerwa nawet w niezauważalnych ruchach, która zapowiada przejście do działania. Nie był człowiekiem czynu; pod tym względem zachowywał się normalnie. Ale czasami bywamy zmuszeni do wkroczenia do akcji. Nie popatrzył na mnie. Przez resztę tego smutnego popołudnia nie spojrzał na mnie ani razu. Choć musiałam stanowić całkiem ciekawy widok, jego oczy nie spoczęły na mnie nawet jeden raz. Spojrzenie oznaczałoby tłumaczenie się, a na tym etapie nic takiego nie wchodziło w grę. Wstał i ruszył w stronę lodziarni, zostawił mnie samą na tej ławce, zapłakaną i upapraną. Ja jednak poszłam za nim.

– Proszę pana…

Lodziarz podniósł wzrok znad gazetki z komiksami. Chciał przybrać odpowiednią minę, bo wyczuwał, że będą problemy, choć nie mógł się domyślać jakiego rodzaju.

– To gówno, które mi pan sprzedał, jest zepsute.

– Nieprawda.

– Jak nie, do kurwy nędzy?

– Nie, proszę pana, wszystkie moje lody są świeże.

– No ten najwyraźniej się zepsuł.

– Jaki to smak? Truskawki? Dziś rano mi przywieźli.

– Gówno mnie to obchodzi! Są zepsute!

– Świeższe być nie mogą – nie odpuszczał sprzedawca. Zaczął sprawdzać aluminiowe przykrywki pojemników ułożonych równo obok siebie i jeden z nich otworzył. – Proszę, ledwie zaczęte. Pan był pierwszy.

– Nie będzie mi pan mówił, jak jest!

– Nie moja wina, że chłopakowi nie smakowało.

Tata poczerwieniał z gniewu. Podetknął tamtemu rożek.

– Pan spróbuje!

– Nie zamierzam niczego próbować.

– Nie… Pan spróbuje i sam mi powie, czy…

– Proszę na mnie nie podnosić głosu.

Mimo tej rozsądnej propozycji obaj już się na siebie wydzierali.

– Złożę doniesienie!

– Pan mnie nie rozśmiesza!

– Za kogo się pan masz?

– A pan za kogo?

Tak naprawdę trwał pojedynek woli; naturalne rozwiązanie problemu nie było możliwe. Ojciec pewnie wiedział, że gdyby skosztował moich lodów na początku, sprawy nie zaszłyby tak daleko. Nie zrobił tego jednak, a teraz odpłacano mu tą samą monetą. Ale on postrzegał tę sytuację tylko ze swojej perspektywy, uznając, że lodziarz jest złośliwy. Przeczuwałam, że gotów będzie zmusić tamtego siłą do spróbowania lodów. Tamten natomiast sądził, że znajduje się w sytuacji, z której tak czy inaczej wyjdzie zwycięsko. Mógł spróbować loda, wyczuć w nim, albo nie, jakiś dziwny smak, może lekką gorycz albo posmak lekarstwa, i wejść w niekończącą się dyskusję o tym, czego nie da się przekazać czy powiedzieć. Wtedy zjawiło się dwóch chłopaków. Lodziarz popatrzył na nich i na jego twarzy odmalował się triumf.

– Dwa za jednego peso.

Te za peso były wielkie, cztery smaki. Dwa peso w tamtych czasach to było coś. Sytuacja uległa raptownej zmianie. Teraz lodziarnia jawiła się jako świetnie prosperujący, zwyczajny lokal; w osobach tych dwóch podrostków wkroczył tu wielki świat. Gdzieś na bok zepchnięty został wariat, który robi awanturę o smak loda za dziesięć centavo. To nowe otwarcie oznaczało zmianę reguł – teraz obowiązywały reguły zdrowego rozsądku, którego wcześniej brakowało. Każda relacja międzyludzka, włącznie (a może nade wszystko) z tą między tatą i mną, ma swoje reguły. Do nich dochodzą jeszcze ogólne zasady świata. Lodziarz błyskawicznie to wyczuł, ale była to ostatnia rzecz, jaką dane mu było wyczuć. Z wciąż widoczną na twarzy zwycięską miną oświadczył:

– No to zobaczmy, co z tymi truskawkowymi.

Zwracał się bardziej do nowo przybyłych niż do taty. W ten sposób pokazywał, kto panuje nad sytuacją. Ojciec wciąż sterczał z tym żałosnym rożkiem roztopionych lodów w ręku. Tamten nie skosztuje tego świństwa: spróbuje swoich świeżych lodów, dziewiczych, prosto z pojemnika. Tata się zaniepokoił, poczuł pokonany.

– Nie, niech pan spróbuje tych… – odezwał się. Powiedział to jednak bez większego przekonania. Nie miał racji. A jednocześnie miał. W sumie opłacało mu się zachować tego asa w rękawie. Jeśli lody z pojemnika okażą się dobre, będzie mógł jeszcze wrócić do tego rożka.

Lodziarz podniósł przykrywkę, wziął czystą łyżeczkę, zdrapał nieco z wierzchu i z miną znawcy wsunął ją do ust. Grymas obrzydzenia pojawił się natychmiast i odruchowo. Splunął na bok.

– Ma pan rację. Są niedobre. Nie spróbowałem wcześniej.

Powiedział to ot tak, po prostu. Jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Nie zamierzał przepraszać. Tak naprawdę nie ustępował. Dla taty tego już było za wiele. Nienawiść, instynkt zniszczenia, objawiła się uderzeniem jego pięści w ladę.

– I tyle masz pan do powiedzenia? Po tym wszystkim?

– Pan się nie unosi! Nie moja wina.

Na tym etapie jedyne, co im zostało, żeby jakoś rozwiązać tę sprawę, to otwarta przemoc. Żaden się nie zawahał. Tata rzucił się na ladę, żeby tamtego spoliczkować. Lodziarz okopał się za kasą. Dwaj chłopcy zaczęli uciekać, minęli mnie (ja stałam jak wmurowana w progu, zafascynowana, śledząc w niezdrowym podnieceniu przebieg tego sporu) i przyglądali się wszystkiemu z zewnątrz. Tata przeskoczył przez ladę i bombardował ciosami głowę przeciwnika. Lodziarz był gruby i niezdarny, nie potrafił oddać, zasłaniał się tylko, a i to nieudolnie. Tata wrzeszczał jak wariat. Wychodził z siebie. Cios, który trafił przypadkiem prosto w ucho lodziarza, sprawił, że ten obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni. Nagle znalazł się plecami do ojca, który złapał go oburącz za kark, przywarł do niego (wyglądało, jakby go gwałcił) i wpakował mu głowę do pojemnika z lodami truskawkowymi, wciąż otwartego.

– Teraz to żryj! No żryj!

– Nieee! Weźcie go… ghh… ode mnie!

– Będziesz!

– Gggh!

– Żryj!

Z herkulesową siłą wbijał jego głowę prosto w lody, dociskał i dociskał. Ofiara ruszała się coraz bardziej spazmatycznie, coraz rzadziej… aż w końcu całkowicie zastygła.

3.

Nie pamiętam, jak wyszłam z tej lodziarni, czy ktoś mnie wyprowadził, co się właściwie stało. Straciłam przytomność, moje ciało zaczęło się rozpuszczać, dosłownie. Moje organy zrobiły się lepkie… strzępy zwisające z martwiczych skamieniałości… zielone… sine… Jedyne życie, jakie przejawiały, to zimny żar infekcji… rozkład… opuchlizny… pęki gruczołów… Serce wielkości ziarna soczewicy bijące w przerażeniu pośrodku tych resztek… nieregularny świst wypaczonej tchawicy… Nic więcej…

Padłam ofiarą tych okropnych cyjanków pokarmowych… wielkiej fali śmiertelnych zatruć, która tamtego roku przeszła przez Argentynę i kraje ościenne… W powietrzu unosił się strach, bo atakowały w najmniej spodziewanym momencie, niebezpieczeństwo kryło się w każdym produkcie, nawet w najzupełniej naturalnym: ziemniak, dynia, mięso, ryż, pomarańcza… Na mnie trafiło przez lody. Ale nawet jedzenie przygotowywane w domu, z całą miłością… mogło okazać się trucizną… Najbardziej ucierpiały dzieci… nie dawały rady… Gospodynie domowe popadały w rozpacz. Matka zabijała swojego dzidziusia kaszką! To była loteria… Tyle sprzecznych teorii… Tyle ofiar… Cmentarze pełne małych nagrobków z czułymi inskrypcjami… Aniołek wrócił w objęcia Pana… podpisano: niepocieszeni rodzice. Ja się wywinęłam. Przeżyłam. Mogę teraz o tym opowiadać… acz za dość wysoką cenę… W końcu, jak to mówią, nic za darmo.

Choroba objawiła się we mnie podwójnie. Mogłam się tego w sumie spodziewać… przy śmiałym założeniu, że w ogóle miałam się czego spodziewać. Dolegliwości przybrały formę czegoś w rodzaju okrutnej analogii. Podczas gdy moje ciało wiło się torturowane bólami, dusza przebywała gdzie indziej. Przechodziła tam jednak takie same męki, ale z innych powodów. Moja dusza… gorączka… Wówczas nie zbijało się temperatury lekami… Pozwalano gorączce działać według jej cyklu, bez końca… Trwałam w ciągłym delirium, miałam aż nadto czasu, żeby wymyślać barokowe historie… Pewnie zradzały się momenty zwyżki formy oraz doły, ale następowały po sobie z częstotliwością właściwą zmyśleniom… Wszystkie historie stapiały się w jedną, która stanowiła rewers historii… bo nie miałam innej niż historia moich lęków, fantasmagorie nie układały się w żaden ciąg, nie dawały się uporządkować… Nie pozwalały mi nawet wejść do ich wnętrza, zagubić się w nich.

Jednym z wariantów tej historii była powódź. Przebywałam w domu… W domu w Pringles, który zostawiliśmy, przeprowadzając się do Rosario… Nie był już wtedy nasz, nigdy już nie mieliśmy tam wrócić. Woda się podnosiła, a ja, w łóżku, patrzyłam sparaliżowana na sufit… nie mogłam nawet obrócić głowy, żeby popatrzeć na wodę… ale na suficie odbijały się białe grzywy napływających fal… Była to fikcja, która wzięła się znikąd, bo nie zdarzyło się nam znaleźć w zasięgu powodzi…

Inny: częstowałam członków mojej rodziny zatrutymi słodyczami… Polewa czekoladowa, cieniutka warstwa szkła, a w środku arszenik w alkoholu… Antidotum nie istnieje… Nieodwracalne… Tata zjada jedną czekoladkę, mama drugą… Chcę to cofnąć, żałuję, ale jest już za późno… Czeka ich śmierć… policja bez trudu ustali przyczynę… będą mnie przesłuchiwać… Zamierzałam wszystko wyznać, rozpłakać się na całego, dać się ponieść wodzie… Ale nawet śmierć nie mogła mnie pocieszyć, bo jak miałam żyć bez mamy i taty? A najgorsze było to, że nigdy wcześniej się nie zdarzyło, żeby córka zabiła rodziców… nigdy…

Inny (choć to były różne wersje tego samego koszmaru): zwierzę pływające w zalanym wodą domu, nutria… Kiedy próbowaliśmy wejść do wody, której przybywało, kąsała nas po stopach… Jeśli opuszczę rękę poza łóżko, odgryzie mi wszystkie palce, jeden po drugim…

Jeszcze inny: jestem wciąż sparaliżowana, głowę mam na wysokiej poduszce, a mama otwiera stojącą przed łóżkiem szafę z drzwiami z zielonymi szybami, w której trzymam książki… Tak naprawdę nie miałam ani jednej, byłam za mała i nie umiałam jeszcze czytać… Przypływy paniki sprawiały, że traciłam oddech… Czego mama szuka w szafie? Może wie…? Wykorzystuje moją słabość, żeby… Może to znaleźć w każdej chwili… moją tajemnicę… Stój, mamo! Nie rób tego! To cię zaboli, poczujesz największy ból w całym życiu! Jej ból będzie równie silny jak mój wstyd, strach…

Nie muszę dodawać, że nie miałam żadnego sekretu… Nigdy nie miałam tajemnic, a jednocześnie wszystko było tajemnicą, tyle że mimowolną… Majaki wyznaczały model, a nawet coś więcej… Mama grzebała w szafie… w trakcie powodzi… zamiast zająć się czymś praktyczniejszym, na przykład wziąć mnie na ręce i uratować, uciekać przez pola, przez zalane równiny! Nienawidziłam jej za to… Ona wciąż szukała, jak nawiedzona, choć nutria, teraz nagle moja wspólniczka, gryzła ją po zanurzonych w wodzie kostkach… a ja na dodatek wiedziałam, że zostało jej raptem parę minut życia, bo trucizna już działa… o ile zjadła tę czekoladkę, oby tak było!

Oby… mimo wszystko… Ale nie. Nie chodziło o to, żeby stało się to czy tamto… To była taka kombinacja albo raczej pewien ład… Wydarzenia układały się w inny sposób… Powtarzały się… Albo raczej wynikały jedno z drugiego… W najgorszych momentach zadawałam sobie pytanie: czy ja zwariowałam?

Poza tymi historiami wisiała nade mną jeszcze inna, na swój sposób bardziej konwencjonalna, a zarazem bardziej fantastyczna. Działała jakby poza serią, w tle, przez cały czas. Było to coś w rodzaju zatrzymanej opowieści… straszny epizod, bardzo dokładny i pełen przerażających szczegółów… Lęk, jaki we mnie budził, sprawiał, że to poczwórne delirium wydawało się przy nim błahą igraszką… Tyle że to nie był szczegół, błyskawica na burzowym niebie… To było wszystko, co się ze mną działo… co miało mi się przytrafiać przez całą wieczność, która nigdy się nie zaczęła ani nigdy nie skończy… Byłam rysunkiem w książeczce z bajkami dla dzieci, stałam się mitem… i widziałam to od środka…

Od środka… Byłam sama w domu. Tata z mamą musieli pójść na czuwanie przy zwłokach i zostawili mnie samą zamkniętą w domu… w tym naszym starym domku w Pringles, z którego się już wyprowadziliśmy… samą z tymi moimi czterema opowiastkami, które krążyły mi po głowie… moją koroną cierniową… Drzwi z jednej i z drugiej strony domu zostały zamknięte na klucz, drewniane okiennice zaryglowane… taki sejf na skarb życia moich rodziców: mnie. Drobiazgowo, hermetycznie, wręcz realistycznie… Ale kiedy mówię, że byłam sama, że dom był zamknięty, że zapadła już noc… to nie są okoliczności, to nie są pojedyncze elementy, które można ułożyć w serię… Seria była czymś zewnętrznym (powódź, nutria, cukierki, tajemnica) i wyczerpywała wszystkie deliryczne rezerwy mojej gorączki… Tutaj został już tylko blok nienaruszalnej rzeczywistości, wściekła prawda…

Surowo mnie napomniano, żebym nikomu nie otwierała, pod żadnym pozorem. Jakby to było potrzebne! Od tego przecież zależało moje życie, i coś jeszcze. Nigdy wcześniej nie zostawiali mnie samej (tak naprawdę nigdy tego nie zrobili), ale tu w grę wchodziła siła wyższa… Pierwszy raz zawsze wydaje się straszny, nie wiadomo, co się może zdarzyć… Czułam się pewnie, miałam proste zadanie… Nie otwierać. Dam radę. To łatwe. Mogą mi zaufać. Poza tym kto by się tu miał zjawiać w środku nocy…? Moje życie od tego zależało, moja nietykalność cielesna… Kto, no kto mógłby przyjść?

Ktoś jednak zapukał do drzwi! Walili, jakby chcieli je wyważyć! Nie to, że ktoś się tylko dobijał: chcieli się wedrzeć… A po co mieliby wchodzić, jeśli nie po to, żeby mnie zamordować? A ja byłam tam sama…! Musieli o tym wiedzieć… doskonale o tym wiedzieli, dlatego przyszli… To byli złodzieje, chcieli obrabować dom, to była najkorzystniejsza dla mnie hipoteza… Mogłam temu przecież zapobiec, ale równocześnie byłam taka słaba… Drżałam za drzwiami jak liść… Dlaczego zostawiono mnie samą? Co było aż tak ważne, że mnie tu porzucono?

Najgorsze było to, że… to byli oni… To byli tata z mamą, to oni walili w drzwi! Te dwa potwory przybrały postać moich rodziców… Nie wiem, jakim sposobem mogłam ich zobaczyć, pewnie przez dziurkę od klucza, sięgałam do niej, stając na palcach… Skóra cierpła mi od stóp do głów, zamarłam… wyglądali identycznie… tamci ukradli im twarze, ubrania, włosy… tacie bardzo niewiele, bo był łysy, ale te rude loki mamy… Doskonałe kopie, bez żadnych uchybień… Nieźle się musieli napracować! Te istoty, które nie miały swojego prawdziwego kształtu albo ukrywały go przede mną… to sobowtóry… mieli najgorsze intencje… Strach ścinał mi krew w żyłach, nie mogłam zebrać myśli…

Łomotali wściekle do drzwi, nie wiem, jakim cudem się nie rozpadły… Wykrzykiwali moje imię, od paru godzin tak się darli… głosami taty i mamy… Więc głosy też! Nieco zmienione, jakby zachrypłe… Napili się trochę koniaku na czuwaniu, a że nienawykli… dosłownie tam wariowali… Zgubili klucz albo go zapomnieli… jakieś takie rzeczy… kłamstwo tak ewidentne… Wyzywali mnie! Brzydko się odnosili! A ja płakałam, przerażona, niema, sparaliżowana…

Tata przeskakiwał przez mur na patio, podchodził do kuchennych drzwi, walił w nie i kopał… Ja kręciłam się po ciemnym domu jak lunatyczka: zatrzymywałam przed tymi drugimi drzwiami, modliłam do Boga, żeby tylko wytrzymały… Moje modły zostały wysłuchane, przynajmniej ten jeden raz… Więc tata wracał pod wejściowe, od ulicy…

I choć chciałam im otworzyć, jak właściwie miałam to zrobić? Byłam zamknięta, bez klucza… Choć może gdzieś miałam klucz?

Mniejsza o to; czy chciałam im otworzyć, czy nie? Pewnie, że nie. Nie nabiorą mnie… A może właśnie nabierają? Skąd miałam to wiedzieć? Wyglądali identycznie jak moi rodzice, jeszcze prawdziwsi niż naprawdę… Trwałam wciąż z okiem przy dziurce od klucza, napawałam się tą absurdalną sceną… Ale to oni tkwili w tej nierealistyczności, właśnie oni, moi rodzice… Nie tylko w powierzchowności, ale też w gestach, tikach, sposobie bycia, opowieściach… Tak postrzegałam rodziców, zwłaszcza tatę… z mamą to co innego… jego znałam nie z zewnątrz, jak mógł każdy… widziałam jego sposób bycia, przeszłość, reakcje, rozumowanie… choć jak się nad tym teraz zastanawiam, to mamy też… I nie żebym była jakoś szczególnie spostrzegawcza, tylko dlatego, że oni, jako moi rodzice, nie mieli własnej formy albo mi jej nie pokazywali… nie chcieli tego zrobić… to wielka tragedia mojego dzieciństwa i reszty życia… Moje spojrzenie nie mogło oprzeć się na konkretnej wizji, pędziło dalej, ku przepaści, a ja za nim…

Łomotanie było strasznie głośne, domek drżał w posadach… krzyki wzmagały się… wypowiadali wszystkie możliwe do wypowiedzenia prawdy… już bez słów… to nie miało znaczenia, i tak rozumiałam… Czy ty nie widzisz, że to my? Nie widzisz, że to my, idioto? Idiota!

Nie! Moi rodzice by się tak do mnie nie zwracali… oni mnie kochają, szanują… A jednak… czasami bywali nerwowi… byłam trudnym dzieckiem… problematycznym w pewnym sensie… Agresorzy wykorzystywali to… wszelkie zło tego świata posłużyło za glinę, z której ulepili te dwie koszmarne kukły…

Co ze mną będzie? Wpadnę w ich łapy? Wedrą się? Zamroczy mnie nagle, stracę rozsądek i sama im otworzę, powodowana jakimś bzdurnym optymizmem…? Uwierzę im?

Skąd wiedzieć, jak postąpić? To było najgorsze: nie istniało żadne rozwiązanie… Czy też mówiąc ściślej: istniało. Bo gdyby to tylko o rozwiązanie chodziło, mogłabym spróbować się uspokoić, przeczekać… uciec się do prokrastynacji, odłożyć na później… Ale to było właśnie rozwiązanie! Było i zarazem nie było… Prawie mogłabym powiedzieć, że to nic nie było. Bo nic nie widziałam, majaki okazały się zbyt słabe albo może właśnie zbyt silne… Nie widziałam domu, w którym zostałam zamknięta, nie widziałam tych strasznych manekinów, które go szturmowały… dusze mamy i taty… To nie było złudzenie… Cóż by to była za ulga, gdyby się nim okazało…! To była siła… niewidoczna fala…

Trwało to miesiąc. Trudno uwierzyć, ale przeżyłam. Mogłabym powiedzieć: obudziłam się. Wyszłam z delirium, jak się wychodzi z więzienia. Logicznie byłoby poczuć ulgę, ale to nie był mój przypadek. Coś we mnie pękło, jakiś zawór puścił, jakiś niewielki wentyl bezpieczeństwa, który pozwalał na zmianę perspektywy.

4.

Kiedy wróciłam do zmysłów, leżałam na sali oddziału pediatrii w Szpitalu Głównym w Rosario.

Otwarło się przede mną nowe doświadczenie. Świat matek. Tata nie odwiedził mnie ani razu. A ja każdego dnia czekałam na niego, czując ni to tęsknotę, ni to żal, w których zachowało się coś z delirycznego zapętlenia. Mama, owszem, była obecna i przynosiła z sobą powiew lęku, jakby cień taty. Tego nie dało się uniknąć, bo już na zawsze wkroczyłam w system akumulowania, w którym nic nigdy nie zostaje poza nami. Nie pytałam o niego. Mama była jakaś odmieniona. Wydawała się daleka, niespokojna, udręczona. Nie zostawała na zbyt długo, mówiła, co miała do powiedzenia; rozumiałam. Przy innych łóżkach matki, ciotki i babcie wymieniały się, tak by przez dwadzieścia cztery godziny ktoś był. Ja zostawałam sama, porzucona w tym macierzyńskim świecie.

Razem ze mną leżało tam ze czterdzieścioro dzieci, z najróżniejszych przyczyn: od złamań po białaczkę. Nigdy ich nie liczyłam ani z żadnym się nie zaprzyjaźniłam, nawet nie odezwałam się do nikogo.

Upłynęły wieki, zanim mnie wypisali, więc w czasie mojego pobytu wymieniła się cała populacja, przez niektóre łóżka przewinęło się z dziesięć albo i więcej osób. Wszystko tam było: od dzieci, które zdawały się cieszyć świetnym zdrowiem i robiły niesamowite zamieszanie, po takie, które leżały biernie, nieruchomo i drzemały… Ja się zaliczałam do tych drugich. Paraliżowała mnie niemoc, trwałam w ciągłym otępieniu. Przez długie godziny, od południa, byłam w czymś w rodzaju letargu. Nie poruszałam nawet źrenicami. Całe dnie, tygodnie całe spędzałam w tym stanie; czułam, że znów w niego popadam, choć nigdy nawet z niego nie wyszłam, a w każdym razie nie miałam świadomości tego… I zapadałam się bardzo głęboko…

Każdego dnia, w najgorszej porze, na jej początku, przychodził do mnie lekarz. Chyba interesował go mój przypadek: niewielu udawało się przeżyć zatrucie cyjankiem. Kiedyś słyszałam, jak wypowiedział słowo „cud”; jeśli doszło do jakiegoś, to zupełnie poza moją wolą, nie współpracowałam z nauką. Pod wpływem jakiejś manii, kaprysu, przypływu szaleństwa, którego sama nie umiałabym wyjaśnić, sabotowałam pracę lekarza, oszukiwałam go. Udawałam głupią… Pewnie uznałam, że to tak sprzyjająca okazja, że szkoda by było ją zmarnować. Mogłam sobie być tak głupia, jak tylko mi się zachciało, bezkarnie. Nie było to jednak łatwe, w przeciwieństwie do biernego oporu. Zwykła odmowa byłaby zbyt przypadkowa, bo czasami nicość może się okazać trafną odpowiedzią, a ja nigdy nie powierzałam swojego życia przypadkowi. Mogąc więc nie udzielać odpowiedzi na jego pytania, zadawałam sobie ten trud i odpowiadałam. Kłamałam. Mówiłam na odwrót, niż było naprawdę albo niż wydawało mi się najbardziej prawdopodobne. Choć to wcale nie było takie proste jak zwykłe mówienie, że jest na odwrót… On szybko nauczył się formułować pytania w ten sposób, żeby odpowiadało się na nie prostym „tak” lub „nie”. Wiedział, że musi rozumieć moje odpowiedzi na opak, skoro  z a w s z e  kłamię. A ja narzuciłam sobie taki obowiązek: stale łgać; więc żeby się chronić, musiałam skomplikować procedurę, co nie jest takie proste, kiedy odpowiada się tylko przecząco bądź twierdząco, bez półtonów. Do tego trzeba dodać jeszcze jedną narzuconą sobie regułę: żadnego przeplatania prawdy z kłamstwami. To akurat żeby nie pogubić się w rachunkach i nie zostawiać niczego przypadkowi. Nie wiem, dlaczego to robiłam, ale radziłam sobie jakoś. Niektóre z moich metod (nie wiem, po co o tym opowiadam, może żeby podsunąć pomysły innym pacjentom): udawałam, że nie słyszę pytania, a kiedy formułował następne, odpowiadałam na to wcześniejsze, oczywiście kłamliwie; zawsze odpowiadałam nieprawdziwie na jakąś część pytania, na przykład na przymiotnik albo czas gramatyczny, a nie na pytanie samo w sobie. Chciał wiedzieć: – Czy to tu cię bolało? – a ja odpowiadałam: – Nie – ograniczając się do ściągnięcia brwi, żeby dać mu do zrozumienia, że tam mnie nie  b o l a ł o,  tylko boli teraz; on wyłapywał te niuanse, niczego nie przeoczył, tracił cierpliwość i poprawiał się: – Czy tutaj cię boli? – ale wtedy zmieniałam już system kłamstw, stosowałam inną zasadę… Na swoją obronę mogę powiedzieć, że cały czas improwizowałam. Choć dysponowałam zupełnie nieograniczonymi zasobami czasu i mogłam planować do woli, nigdy tego nie robiłam.

– Jak tam dzisiaj leci, panie César? Dobrze pan wygląda, César. Miałby pan ochotę pograć dziś w nogę, co, César? I jak tam się mamy, César…

Jego wesołość była zaraźliwa. Młody, drobny, z wąsikiem, sprawiał wrażenie, jakby przyjechał z daleka.

Ze świata. Patrzyłam na niego ze specjalnie wymyśloną miną, która znaczyła „hę?, co?, o czym pan mówi?, dlaczego zadaje mi pan trudne pytania?, nie widzi pan, w jakim jestem stanie?, dlaczego mówi pan do mnie po chińsku, a nie hiszpańsku?”. On spuszczał wzrok, ale przyjmował to najlepiej, jak się dało. Przysiadał na brzegu łóżka i zaczynał mnie badać. Naciskał palcem to tu, to tam, nad wątrobą, trzustką, pęcherzem…

– Boli?

– Tak.

– A tu?

– Nie.

– Tutaj?

– Tak.

– Naprawdę?

– …

Zdezorientowany zaczynał od nowa. Szukał miejsc, w których musiało mnie boleć. Ale nie znajdywał, nie trafiał na to, na co powinien, bo to ja byłam panią i władczynią. To ja dzierżyłam klucze do bólu…

– A tutaj troszkę boli?

Dawałam do zrozumienia, że to przesłuchanie jest już nieco męczące. Zaczynałam płakać, a on mnie pocieszał.

Przykładał mi stetoskop. Wierzyłam, że umiem przyśpieszać akcję serca, i być może faktycznie tak było. Więc podchodził do mnie, stosując najrozmaitsze chwyty i sposoby. Wpadł na pomysł, żeby osłuchiwać moje plecy, więc musiałam siadać, a szło to równie opornie jak stawianie kija od miotły. Kiedy wreszcie zaczynał osłuchiwać, mocno kiwałam głową i zmuszałam się do odruchów wymiotnych. Na tym etapie fikcja mieszała się z rzeczywistością, te moje sceny stawały się autentyczne, wszystkie kłamstwa zabarwiały się prawdą. Bo dla mnie odruch wymiotny miał w sobie jakąś świętość, to było coś, z czego się nie żartuje. Wspomnienie taty w lodziarni sprawiało, że torsje stawały się bardziej rzeczywiste niż rzeczywistość, zmieniały się w rzecz, za sprawą której wszystko robiło się realne, to było nie do powstrzymania. Od tego czasu tym była dla mnie esencja świętości; moje powołanie zrodziło się z tego źródła.

Kiedy lekarz się oddalał, byłam w zupełnej rozsypce. Słyszałam, jak rozmawia i śmieje się przy kolejnych łóżkach, głosy innych małych pacjentów odpowiadających na jego pytania… Wszystko to docierało do mnie jak przez gęstą mgłę. Czułam, że zapadam się w otchłań. Ta moja zła wola wcale nie była zamierzona. To była najzwyklejsza zła wola, prymitywna, coś, co przejmowało nade mną kontrolę, tak jak ewolucja może zawładnąć gatunkiem. Zapanowała nade mną podczas choroby, a może nieco wcześniej, raptem chwilę, bo ja zwykle taka nie byłam. Przeciwnie, jeśli coś można było o mnie powiedzieć na pewno, to właśnie że jestem skłonna do współpracy. Ten człowiek, ten lekarz, był kimś w rodzaju hipnotyzera, który zmieniał mnie w kogoś innego. Najgorsze jest to, że w wyniku tego przeobrażenia moja świadomość złej woli pozostawała nietknięta.