Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 817

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Testament nierządnicy - Iny Lorentz

Kontynuacja burzliwych losów pięknej Marii, bohaterki powieści Nierządnica i Kasztelanka, światowych bestsellerów, sprzedających się w wielomilionowych nakładach. Maria po latach tułaczki i niebezpieczeństw wreszcie wraca do domu i wiedzie spokojny żywot u boku ukochanego męża, Michaela. Szczęście nie trwa jednak długo, gdyż Maria znów pada ofiarą podłej intrygi. Piękna kasztelanka zostaje uprowadzona, sprzedana jako niewolnica i wywieziona na wschód. Marię kupuje na swój dwór księżna Anna, żona bratanka wielkiego księcia moskiewskiego. Niewolnica szybko zyskuje zaufanie swej pani i staje się jej powiernicą. Niestety życie Anny znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Zmuszona do porzucenia Moskwy zabiera ze sobą Marię, ta jednak ucieka od swej chlebodawczyni i z narażeniem życia, po drodze pełnej przygód wraca do domu. Za późno – jej ukochany Michael jest już mężem innej kobiety..

Opinie o ebooku Testament nierządnicy - Iny Lorentz

Fragment ebooka Testament nierządnicy - Iny Lorentz

Tytuł oryginału: Das Vermächtnis der Wanderhure

Copyright © 2005 by Droemersche Varlagsanstalt Th. Knaur Nachf. GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2008 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2008 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur, München

Ilustracja na okładce: Superstock, München, „Madonna z dzieciątkiem”, 1433, Jan van Eyck

Redakcja: Olga Rutkowska, Marcin Grabski

Korekta: Magdalena Bargłowska, Jolanta Olejniczak, Bożena Sęk

ISBN: 978-83-7999-454-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

pl. Grunwaldzki 8-10; 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla LianneIngeborg,Tatjany i Isabel

CZĘŚĆ PIERWSZAUprowadzenie

I

W uszach Marii grzmiały krzyki wojowników i pełne paniki rżenie koni, a nad polem bitwy niósł się grzmot husyckich kolubryn, które pustoszyły szeregi niemieckich żołnierzy, siejąc śmierć i zniszczenie. Widziała, jak czeska piechota w niebieskich kaftanach i z małymi kapeluszami ozdobionymi piórkiem niczym fala powodzi zalewa armię cesarską zakutą w ciężkie zbroje. Napastnicy chronieni byli co prawda jedynie skórzanymi pancerzami i niewielkimi, okrągłymi tarczami, wydawało się jednak, że jest ich nieskończenie wiele. Nad ich głowami połyskiwały ostrza berdyszy i kolce morgensternów. Nagle usłyszała głos Michała, który wzywał żołnierzy do oporu. Mimo to w niektórych miejscach formacja Niemców zaczynała się rozpadać, a ich szeregi kruszyć jak czerstwy bochen chleba, który rozdrabnia się w rękach, żeby nakarmić świnie. W tym momencie pojęła, że cesarz Zygmunt wysłał swoich poddanych na pewną zgubę. Westchnęła i mocniej przytuliła do siebie Trudi.

Wtem jeden z uciekających rycerzy wpadł prosto na nią. Miał podniesioną przyłbicę i rozpoznała w nim Falko von Hettenheima. Zatrzymał się przed nią i kciukiem wskazał na Michała. Mąż Marii został otoczony gromadą czeskich powstańców.

– Tym razem twój mężuś zginie za cesarza. Zaraz zdechnie i nic więcej nie uchroni cię przed moją zemstą!

Maria napięła mięśnie i pod fałdą spódnicy wymacała sztylet, chociaż w porównaniu z rycerskim mieczem taka broń była niczym igiełka. Falko von Hettenheim podniósł ostrze, by uderzyć, powstrzymał się jednak i zaśmiał.

– Szybka śmierć byłaby dla ciebie zbyt łagodną karą, kurwo. Zostaniesz żywa i będziesz umierać tysiąckrotnie!

Opancerzoną prawicę wyciągnął w kierunku Trudi, wyrwał Marii dziecko i, zanosząc się szyderczym śmiechem, odszedł. Maria krzyknęła rozpaczliwie i chciała za nim biec, żeby ratować córkę. W tym samym momencie ktoś złapał ją za ramię i mocno potrząsnął.

– Obudźcie się, pani!

Maria wyrwała się ze snu i otworzyła oczy. Nie było żadnego Falko von Hettenheima, żadnych Czechów i żadnych niemieckich rycerzy, jedynie spokojny zielony brzeg i powoli płynąca woda. Ona sama znajdowała się na wąskiej tratwie ciągniętej przez dwa gniade konie i widziała teraz stojących przed nią Anię i Michasia. Oboje patrzyli na nią zaniepokojeni.

– Co się stało? Jesteście chore? – spytał chłopak.

– Nie, wszystko w porządku. Zasnęłam na chwilę i miałam zły sen.

Podniosła się, ale potrzebowała pomocy pokojówki, żeby pewnie stanąć na nogach.

– Złe sny niedobre. – Ania nauczyła się już płynnie wysławiać, kiedy jednak coś ją denerwowało, zaczynała się zacinać jak dawniej.

Maria uśmiechnęła się do niej, żeby ją uspokoić, i podeszła do krawędzi tratwy. Obserwując zielony las na błoniach, który w tym miejscu wrastał niemal w rzekę, zmuszając konie do brodzenia po wodzie, myślami powróciła do snu. Tak intensywnie go przeżyła, że wydawało jej się, jakby ciągle czuła w nozdrzach proch wystrzałów. Dziwiło ją to, ponieważ zarówno Michał, jak i ona cali i zdrowi wrócili z czeskiej zawieruchy. Nie istniało też niebezpieczeństwo, że znowu będą musieli wyruszyć na wojnę. Zdrajca Falko von Hettenheim został ukarany przez same niebiosa, a jej mąż przebywał w Kibitzstein, majątku, który otrzymał w lenno od cesarza Zygmunta. Ona zaś postanowiła, że odwiedzi przyjaciółkę Hiltrud w jej chłopskiej zagrodzie niedaleko Rheinsobern.

Z chęcią odłożyłaby wizytę na początek wiosny, żeby nie wracać w czasie zimnej, burzowej jesieni, ale ku swojej i Michała radości stwierdziła, że znowu jest w ciąży. Chciała jednak osobiście odwieźć chrześniaka męża, Michasia, do domu, ponieważ Hiltrud od ponad dwóch lat nie widziała swojego pierworodnego syna. Bez pomocy tego chłopca oboje z Michałem zginęliby niechybnie. Maria była z całego serca wdzięczna przyjaciółce, że oddała jej syna podczas owej ucieczki z Palatynatu, chociaż sama nie była do tego przekonana.

Teraz Hiltrud będzie musiała przyznać, że Maria miała rację, ruszając na poszukiwania męża. To samo będą musieli zrobić inni, przede wszystkim palatyn Ludwik, który po rzekomej śmierci jej męża chciał ją znów wydać za mąż. Cały czas, kiedy Falko von Hettenheim twierdził, że Michał został zabity przez husytów, ona była pewna, że to kłamstwo. Wiedziała, że rycerz zazdrościł ukochanemu awansu, dlatego podejrzewała, że zostawił Michała rannego w czeskich lasach, żeby ten skończył okrutnie w husyckiej niewoli. Wiedziona tym przeczuciem wyruszyła na wschód i miała rację. Dzięki pomocy przyjaznych Czechów Michał przeżył. W końcu nawet udało im się wspólnie przekazać cesarzowi wiadomość od wiernej czeskiej szlachty.

– Coś taka zamyślona dzisiaj? – Ania spojrzała na Marię zdziwiona, ponieważ zazwyczaj jej pani i przyjaciółka była opanowana i uważna. To zamyślenie musiało mieć związek z ciążą. Dziewczyna wiedziała, że tym razem państwo mają nadzieję na syna, który mógłby odziedziczyć lenna Michała. Trudi była ich córką, ale córka wyjdzie przecież kiedyś za rycerza i zostanie panią na jego zamku. Cesarz uczynił ją co prawda spadkobierczynią, ale nawet wtedy w Kibitzstein nie pozostałby żaden Adler, tylko ktoś o innym nazwisku rodowym.

– Przyganiał kocioł garnkowi – zażartowała Maria, ponieważ Ania nagle również się zamyśliła i pustym wzrokiem patrzyła przed siebie. Poprosiła dziewczynę, żeby przygotowała jej trochę wina rozcieńczonego wodą. Kiedy pokojówka szukała kubka, który spadł ze skrzynki służącej za stół i potoczył się po pokładzie, Maria próbowała odpędzić mroczne przeczucia. Fakt, że śniła akurat o niegodnym mordercy i zdrajcy Falko, odebrała jako zły omen.

Żeby odpędzić od siebie senne obrazy, zajęła myśli podróżą do Rheinsobern. Gorączkowo wyczekiwała spotkania z przyjaciółką, z którą, odkąd skończyła siedemnaście lat aż do tamtej przygody w Czechach, nigdy nie rozstawała się na długo. Wtedy, ponad piętnaście lat temu, Hiltrud uratowała jej życie, później jak społeczne wyrzutki, będąc nierządnicami, wędrowały od jarmarku do jarmarku i musiały sprzedawać ciała, żeby przeżyć. Kiedy po pięciu latach ich los się odmienił, Hiltrud została szanowaną wolną chłopką, a Maria żoną dowódcy straży, którego po krwawej bitwie cesarz mianował wolnym rycerzem Rzeszy. Ten natychmiastowy awans społeczny wydał się Marii za szybki. W głowie kręciło jej się na myśl o tym, jakie obowiązki i prawa wiążą się z jej nowym stanem.

Zastanawiała się, co ojciec powiedziałby na to wszystko. Kiedy miała siedemnaście lat, ojciec za największe szczęście uważał możliwość wydania córki za pochodzącego z nieprawego łoża, pozbawionego majątku syna hrabiego. Ale ten okazał się tak samo bezdusznym łajdakiem jak Falko von Hettenheim, a jego intrygi sprawiły, że nie znalazła się w odświętnie przystrojonym łożu małżeńskim, lecz została oskarżona o nierząd i skazana. Ciężko ranną wygnano ją z miasta, a w tym samym czasie narzeczony pozbawił majątku jej ojca.

Przeżyła, bo była przekonana, że kiedyś zemści się na tym złoczyńcy. Udało jej się. Wykorzystała protest prostytutek, które przyjechały na sobór do Konstancji i skarżyły się na sytuację w mieście, i zmusiła cesarza Zygmunta, żeby ją oczyścił z oskarżeń i piętna grzechu. Nikt nie wiedział, co zrobić z nierządnicą, którą ponownie uznano za dziewicę, wydano ją więc za przyjaciela z dzieciństwa. Był to Michał i wbrew jej wszelkim oczekiwaniom spotkało ją z nim ogromne szczęście.

– Nie wiem, Mario, jak to jest z tym garnkiem i kociołkiem, ale za dużo myślisz. To niedobrze dla maleństwa, które nosisz w łonie.

Po tym, co przeżyły w niewoli u husytów, Ania nie mogła przyzwyczaić się do tego, żeby zwracać się do przyjaciółki jak do pani na zamku i małżonki rycerza. Ale Maria tego od niej nie wymagała. Zaśmiała się cicho.

– Mówisz tak, jakbyś urodziła całą gromadkę dzieci!

Ania właśnie skończyła piętnaście lat i ciągle jeszcze była bardzo szczupła. Mimo to zdążyła nabrać wielu doświadczeń z płcią przeciwną, chociaż nie do końca z własnej woli.

– Nie urodziłam, ale wiem, że to niedobrze rozmyślać tak długo. Powinniśmy byli zabrać Trudi. Wybiłaby ci z głowy bzdury.

Nagle Maria poczuła, że do oczu napływają jej zły. Tęskniła za swoją córeczką, z którą podróżowała przez Czechy. Michał jednak tak długo musiał z niej rezygnować, że dziewczynka została z ojcem. Popatrzyła na Anię umęczonym wzrokiem.

– Nie martw się o mnie. Większość kobiet w ciąży ma swoje humorki. Idziemy o zakład, że najpóźniej za godzinę znowu będę się śmiać?

– Mam nadzieję! – Młoda Czeszka nie wierzyła do końca w tak nagłe zmiany nastrojów swojej pani, ponieważ Maria sprawiała wrażenie tak zmartwionej, jakby coś złego ją spotkało. Myślała wcześniej, że przyjaciółka ucieszy się na widok miejsca, w którym tak długo mieszkała. Im jednak bliżej były Rheinsobern, tym Maria bardziej pochmurniała. Kiedy Ania poszła na rufę tratwy, żeby napełnić kubek dla Marii, powiedziała do Michasia.

– Mam nadzieję, że twojej mamie uda się pocieszyć panią. Nie podoba mi się, kiedy ma taki nastrój.

Michaś przytaknął, chociaż wcale jej nie słuchał. Wszedł już w okres dojrzewania i nagle poczuł w sobie tęsknoty, które przed rokiem były mu zupełnie obce. Wyobrażał sobie, jak rozbiera Anię z tej grzecznej szarej sukni i robi z nią rzeczy, których nie ośmieliłby się wspomnieć nawet na spowiedzi.

– Mama zawsze wiedziała, jak postępować z humorami pani Marii. Nie myśl, że wcześniej ich nie miała. Pani potrafi być bardziej uparta niż osioł, a jak sobie coś ubzdura, nie odpuści, póki nie osiągnie celu. Na twoim miejscu dałbym sobie spokój.

– Martwię się – powtórzyła Ania i parsknęła rozczarowana, ponieważ Michaś najwyraźniej nie traktował jej obaw poważnie.

Kiedy odchodziła, chłopiec wyciągnął rękę i dotknął jej pośladka. W tym samym momencie dziewczyna odwróciła się błyskawicznie i wymierzyła mu policzek, który można było chyba usłyszeć na drugim brzegu. Michaś stracił równowagę, usiadł na pokładzie i ogłupiały gapił się na Anię. Dziewczyna stała nad nim i spoglądała na niego rozgniewanymi oczami.

– Nigdy więcej tego nie rób! – ostrzegła go.

– Nie udawaj świętoszki. Już ja wiem, że byłaś z mężczyzną. – Ze wstydu i złości Michasiowi łzy napłynęły do oczu. Po chwili poczuł ból, ponieważ dziewczyna znowu go uderzyła, zostawiając ślady na policzku.

– Nie z własnej woli, a takiego jak ty na pewno nigdy do siebie nie dopuszczę. Jak zrobisz to jeszcze raz, poskarżę się pani Marii.

Michaś schował głowę w ramionach, bo jeśli chodzi o te rzeczy, Maria była bezwzględna. Sama była ofiarą gwałtu i z całego serca nienawidziła mężczyzn, którzy zmuszali kobiety do uległości. Tymczasem Michaś nie chciał skrzywdzić Ani, jedynie się z nią przekomarzał. Chociaż, oczywiście, marzył o tym, że kiedyś przyjdzie do niego w nocy, żeby mógł udowodnić jej swoją męskość.

– Dlatego musisz tak mocno bić? Przecież niczego od ciebie nie chcę.

Wstał, odwrócił się do niej plecami i dołączył do szyprów. Trzech z nich pilnowało liny i wspomagało konie, odpychając tratwę długimi kijami od mielizny, czwarty zaś stał przy sterze i utrzymywał odpowiedni kurs, żeby konie mogły utrzymać tempo. Cała czwórka była świadkiem incydentu, a teraz, śmiejąc się, doradzili Michasiowi, żeby nic sobie z tego nie robił. Jeden pocieszająco poklepał chłopaka po ramieniu.

– Wiesz, mój chłopcze, w nocy wszystkie koty są szare. Wtedy człowiekowi jest wszystko jedno, czy kobieta, na której leży, jest stara czy młoda. Najważniejsze, żeby zatopić swoją najlepszą część ciała w ciepłą kobitkę. W najbliższej miejscowości mieszka czysta prostytutka. Z chęcią pokażę takiemu porządnemu chłopakowi jak ty, jak ma się posługiwać swoją dźwignią. Jak chcesz, możemy cię do niej zaprowadzić?

– Nie, dziękuję! – Michaś potrząsnął głową, a szyprowie znowu zaczęli się śmiać. Chętnie by z nimi poszedł, ale wspomniana miejscowość leżała za blisko Rheinsobern, obawiał się więc, że w domu dowiedzą się o jego wycieczce. Ojciec pewnie by machnął na całą sprawę ręką, ale matce przez jakiś czas nie mógłby się pokazać na oczy. Do strachu, że będą plotkować w domu, doszły jeszcze obawy, że ośmieszy się przed prostytutką.

Jedyną osobą, która nie usłyszała słów Ani i komentarzy szyprów, była Maria – ponownie zatopiona w rozmyślaniach. Myślała o Falko von Hettenheimie i miała wrażenie, że nawet ze strony umarłego grozi jej niebezpieczeństwo.

II

W czasach, kiedy Maria była jeszcze tylko żoną kasztelana, często odwiedzała leżące w sąsiedztwie grody rycerskie i znała każdy kamień wokół Rheinsobern w promieniu jednego dnia drogi. Mimo to czuła się teraz, jakby jechała przez obcą, ba, nawet egzotyczną krainę. Położyła dłoń na lekko zaokrąglonym brzuchu i wsłuchała się w siebie, żeby uchwycić nowe, rozwijające się w niej życie. Czy to naprawdę z powodu ciąży tak dziwnie się zachowywała? Przy Trudi nic takiego nie odczuwała, chociaż wtedy miała więcej problemów na głowie, zdecydowanie za dużo jak na jednego człowieka. Przecież jej męża uznano za nieżywego, a nowy kasztelan Rheinsobern chciał ją pozbawić majątku. Teraz była właściwie szczęśliwa. Pomyślała, że to pewnie niechęć do Sobernburga i wspomnienia wszystkich tamtejszych wydarzeń wywołały w niej zły nastrój.

– Powinnam była być mądrzejsza i poczekać z podróżą do narodzin dziecka. Równie dobrze Michaś mógł sam pojechać do Rheinsobern – powiedziała jakby do siebie, ale Ania gorliwie pokiwała głową.

Wiedziała jednak, że nie mogła postąpić inaczej. Po prostu musi wytrzymać tę podróż i spróbować w optymistycznym nastroju doczekać końca ciepłego, późno letniego dnia.

Wtem ktoś pociągnął ją za rękaw. Podniosła głowę i zobaczyła, że Michaś w zdenerwowaniu pokazuje na coś na przedzie.

– Spójrzcie tam, Mario! Już z tej odległości rozpoznaję wieże kościoła w Rheinsobern. Tam pod główną wieżą zamku Sobernburg!

Maria wstała i także ujrzała miasto. Jeśli jeszcze przez dwie godziny utrzyma się dzień, dotrą do portu, a tuż przed zmrokiem także do zagrody Hiltrud. Z ulgą skinęła Michasiowi, po czym zwróciła się do właściciela tratwy.

– Hej, panie szyper, czy te chabety nie mogą iść nieco szybciej? Chciałabym jeszcze dziś dotrzeć do Rheinsobern.

– Zobaczę, co da się zrobić, pani. Przewoźnik nas przeklnie, jeśli będzie musiał smagać konie pejczami.

Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, szyper kiwnął na knechta.

– Te, Stefan, pani życzy sobie jeszcze dziś dojechać do Rheinsobern!

– Pani może sobie rozkazywać, ale ja będę się potem użerał z dwoma wykończonymi końmi, z których przez następny dzień nie będzie żadnego pożytku. – To był stały element gry szyprów i przewoźników, o czym jednak Maria nie mogła wiedzieć.

– Nic za darmo! Powiedz, ile stracisz na jutrzejszym dniu, a ja ci wszystko wynagrodzę.

– Słyszysz? Pani daje sowity napiwek.

Szyper zmierzył Marię wzrokiem, ponieważ wielokrotnie już wcześniej podróżni obiecywali wysokie sumy, a przybywszy do celu, odmawiali zapłaty. Maria pojęła, że musi utrzymać mężczyzn w dobrym nastroju, toteż rzuciła po kilka monet. Nawet jeden fenig nie wpadł do rzeki, chociaż przewoźnik jechał konno w pewnej odległości od barki. Złapał pieniądze, przygryzł ich brzegi i uśmiechnął się z satysfakcją.

– Wio! Pani chce dziś spać w grodzie.

Zwierzęta silniej naparły na uprząż i tratwa wyraźnie przyspieszyła. Oprócz szypra i jego pomocników na pokładzie była Maria, Ania i Michaś oraz dwóch uzbrojonych żołnierzy przydzielonych Marii do ochrony przez Michała, tratwa leżała więc płytko na wodzie i dlatego ich konie szybko dogoniły głęboko zanurzoną barkę. Ciągnące ją zwierzęta wyraźnie miały trudności, tymczasem znajdujący się na niej podróżni nie zamierzali przepuścić szybszej tratwy. Hojny napiwek i nadzieja na jeszcze większy zachęciły jednak szypra Marii do działania. Skierował swoją łódź na główny nurt Renu, żeby odsunąć się od tamtych, po czym jego pomocnicy podnieśli liny drągami, podczas gdy przewoźnik wykorzystał to, że na brzegu nie rosły żadne wierzby i olchy i minął konie barki.

Kapitan barki zaczął kląć jak szewc, ponieważ musiał zgiąć się w pas, żeby podnoszona drągami lina nie zrzuciła go ze statku.

– Zleję cię za to dziś wieczorem na kwaśne jabłko! – zagroził szyprowi Marii.

Ten odpowiedział mu sprośnym przekleństwem, Maria jednak rzuciła mężczyznom na wyprzedzonej barce kilka drobnych monet.

– Lepiej wypijcie po kubku wina za moje zdrowie!

Zostawili za sobą mocno obciążoną łódź. Szyper zwrócił się do Marii wyraźnie zadowolony.

– Teraz na czas dotrzemy do Rheinsobern. Mamy tam na was poczekać?

Maria nie chciała długo zabawić u Hiltrud, ale stwierdziła, że szyper i jego ludzie będą jednak niezadowoleni z bezczynnego łażenia po mieście przez dwa lub trzy tygodnie.

– Pozwalam ci, żebyś zabrał nowych pasażerów lub ładunki. Ale jeśli w ciągu miesiąca wrócisz do Rheinsobern, daj mi znać. W tym czasie mam zamiar popłynąć w dół Renu.

– Ma się rozumieć!

Szyper zaczął się zastanawiać, jak ma zorganizować sobie pracę, żeby w odpowiednim momencie być na miejscu. Pani okazała się równie uprzejma co hojna i wolał takich pasażerów niż użeranie się z ciężkimi skrzyniami i beczkami.

Minęli ostatnią miejscowość przed Rheinsobern, po czym po drugiej stronie wysokiego brzegu na wysokości pasma górskiego ujrzeli strzelające w niebo wieże. Widok miasta, w którym spędziła prawie dziesięć lat, wywołał w Marii mieszane uczucia, podczas gdy Michaś nie mógł się doczekać, żeby zejść na ląd. Niemal palił się z niecierpliwości, żeby zobaczyć rodziców i rodzeństwo, pokazać im wytworne stroje, które teraz nosił. Jasnozielone rajtuzy ciasno przylegały do nóg, a czerwoną kamizelkę uszyto z dobrego materiału i ozdobiono wytwornymi haftami. Najbardziej był jednak dumny z miękkich butów z dużymi czubkami oraz z czerwonego beretu przystrojonego prawdziwym piórkiem czapli, który mógłby zdobić głowę jakiegoś szlachcica.

Ania przekomarzała się z nim z powodu tak barwnego stroju, ponieważ ona w surowej sukni wyglądała przy nim jak cień. W przeciwieństwie do reszty dam z wyższych sfer Maria pozwalała jej na noszenie bardziej wyzywających kolorów, ale od wszelkiej biżuterii i błyskotek dziewczyna wolała skromny ubiór pokojówki. Mogło to mieć związek z okrucieństwem, jakiego doświadczyła – tylko ona z całej rodzinnej wioski ocalała po napadzie husytów i tylko troskliwej opiece Marii zawdzięczała życie.

Na podróż Maria ubrała się jak najwygodniej. Miała na sobie szeroką niebieską suknię, do tego gorset w kolorze wina, a przed chłodem nocy chroniła się wełnianą narzutą wydzierganą przez swoją czeską zarządczynię Zdenkę. Na głowę włożyła słomiany kapelusz. Kobiety w jej nowej ojczyźnie nosiły takie podczas winobrania. Lepiej chronił przed słońcem niż te wszystkie czepki z woalkami, które były stosowne dla żony wolnego rycerza Rzeszy.

Krótko przed zmrokiem dotarli do niewielkiego portu. Przewoźnik tak prowadził konie, że niesiona rozpędem barka zatrzymała się dopiero przed drewnianym pomostem. Owinięto wówczas linę wokół grubego pala, a gdy cumowano tratwę przy brzegu, przewoźnik zsiadł z konia i ukłonił się Marii.

– Moje gniade dobrze dziś ciągnęły. Nie sądzicie, pani?

Maria od razu zrozumiała, o co chodziło – znów miała otworzyć sakiewkę. Tak też uczyniła i położyła mężczyźnie na dłoń garść monet.

– Kup koniom porządną porcję owsa. Zasłużyły sobie.

Przewoźnik zerknął na pieniądze i stwierdził, że już te mniejsze monety starczą na owies, dobry posiłek i kubek wybornego wina. Jeszcze kilka takich napiwków i będzie mógł kupić sobie własnego konia. Wtedy nie będzie musiał pracować dla innych za psią zapłatę.

Niżej pochylił się przed panią.

– Jesteście bardzo hojna, pani! Moje konie się ucieszą.

Maria skinęła mu z uśmiechem i zeszła na ląd. Michaś stwierdził, że Ania zajmie się bagażami i podążył za panią.

– Jak myślicie, idziemy od razu do moich rodziców czy nocujemy w gospodzie?

Maria sceptycznym wzrokiem popatrzyła na portową oberżę.

– Wolałabym tu nie spać. Poza tym nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę twoich rodziców.

Odstraszały ją nie tylko wrzaski szyperskich parobków. Nadreńskie błonia były bagniste, roiło się tam od much i komarów. Poza tym wyraźnie było widać, że nie sprosta jej wymaganiom. Maria doskonale wiedziała, że szlachta i bogaci kupcy woleli pokonać jeszcze półgodzinną trasę, żeby nocować w wygodnych zajazdach Rheinsobern niż spać w porcie. Dlatego też w okolicznych knajpach czekało na klientów zazwyczaj kilku tragarzy oferujących swoje lektyki. Również i tym razem paru podbiegło do podróżnych i proponowało swoje usługi.

Zerknąwszy na słońce, które w połowie zniknęło już za pagórkami po drugiej stronie rzeki, Maria odesłała tragarzy.

– Uda nam się dotrzeć do zagrody Hiltrud jeszcze przed zmrokiem. Aniu, ty idziesz z nami. Gereon, Dieter, wy zajmiecie się bagażem.

Odwróciła się do obu żołnierzy plecami i ruszyła przed siebie, nie dając im nawet okazji do skargi na to niekorzystne w ich mniemaniu zlecenie. Michaś pobiegł przodem, a Ania otworzyła jedną ze skrzyń, żeby wyjąć przedmioty, które uznała za niezbędne.

Dieter, duży ociężały mężczyzna o kanciastej twarzy, który zdaniem Ani należał raczej do ludzi poczciwych i łatwowiernych, skinął na dwóch parobków z oberży.

– Hej, chłopcy, zanieście te skrzynie na podwórze i przygotujcie nam na jutro rano furmankę.

Słudzy popatrzyli na herb przedstawiający czajkę na kamieniu i usłużnie wykonali rozkaz. Herb ten widniał na piersiach obu żołnierzy. Nie należało co prawda liczyć na dobry napiwek od żołnierzy, ale jeśli się ich nie słuchało, można było zebrać cięgi.

III

Maria szła coraz szybciej. Wkrótce wyprzedziła Michasia i to teraz on musiał się starać dotrzymać jej kroku. Najpierw szła drogą do Rheinsobern, po czym skręciła w prawo na wąską ścieżynę prowadzącą między pustymi po żniwach polami uprawnymi i po niecałych trzydziestu minutach dotarła do kilku chłopskich zagród położonych wystarczająco blisko siebie, by mogły uchodzić za wioskę. Największa i najładniejsza zagroda należała do Hiltrud. Maria zastanawiała się, jak przyjaciółka zareaguje na jej niespodziewaną wizytę, kiedy ta właśnie wyszła przed dom z kubłem pełnym resztek jedzenia i podeszła do świńskiego koryta. Kiedy spostrzegła Marię i Michasia, stanęła oniemiała. Wiadro wypadło jej z rąk i cała jego zawartość rozlała się po starannie pozamiatanym podwórku. Najwyraźniej nie zauważyła tego, ponieważ kilka razy otworzyła i zamknęła usta, po czym wydała z siebie zduszony okrzyk i wybiegła naprzeciw przybyszom.

– Mario! To naprawdę ty? Żyjesz! – Hiltrud objęła przyjaciółkę i całowała ją gorąco, nie mogąc pohamować łez, które strumieniami płynęły jej po policzkach.

Oczy Marii również zwilgotniały.

– Cudownie znowu cię widzieć.

Ciałem Hiltrud potrząsały silne łkania.

– Nie przysłałaś żadnej wiadomości, byłam więc niemal pewna, że nie żyjesz. Mój Boże, ile razy płakałam za tobą. I za Michasiem!

Popatrzyła na syna. Wyjechał jako chłopiec, a powrócił jako młodzieniec z pierwszymi oznakami zarostu nad górną wargą. Uwolniła nieco z uścisku przyjaciółkę i przytuliła Michasia. Usta drżały jej tak bardzo, że nie mogła wypowiedzieć słowa.

Mąż Hiltrud, Tomasz, zaciekawiony zamieszaniem wyszedł ze stajni i wlepił wzrok w żonę i osoby, które obejmowała, po czym uczynił znak krzyża.

– Jezus Maria! Nie wierzę własnym oczom.

Podbiegł do nich, wyciągnął rękę i dotknął ramienia Marii, jakby musiał się najpierw przekonać, że nie jest zjawą. Potem spojrzał na Michasia i wybuchnął płaczem.

Michaś delikatnie odsunął rękę matki i przytulił się do piersi ojca.

– Nie płacz, tato – szeptał, ale sam nie mógł powstrzymać łez.

Tymczasem pozostałe dzieci wyszły z domu i otoczyły gości.

– Ciocia Maria! To ciocia Maria! – krzyczała najstarsza z nich, Marysia.

Jej siostra, Matylda, bardziej była zainteresowana wytwornym chłopakiem, który wydawał jej się obcy, a jednocześnie tak znajomy. Wreszcie podparła się pod boki i z niedowierzaniem pokręciła głową.

– To rzeczywiście Michaś! Na Najświętszą Panienkę, aleś wyrósł i zmężniał!

– A jaki ma na sobie wytworny strój! – w głosie Marysi pobrzmiewała zazdrość, ponieważ sama, tak jak inne chłopskie córki, miała jedynie dwie proste suknie przewiązywane w pasie tasiemką, uszyte z grubego materiału, i często wspominała dni, kiedy wraz z chrzestną mieszkała na dworze palatyna w Heidelbergu. Wtedy chodziła wystrojona jak teraz jej brat. Popatrzyła na Marię wzrokiem pełnym nadziei, myśląc, że ciotka na pewno nie przyjeżdża bez bogatych prezentów.

Maria przytuliła pozostałe dzieci przyjaciółki, dziwiąc się, jak bardzo urosły. Marysia miała prawie jedenaście lat. Zapowiadało się, że będzie pięknością z blond włosami. Nie odziedziczyła jednak po matce wysokiej postury, inaczej niż Matylda, która teraz była o pół głowy wyższa od swojej starszej siostry. Również miała jasne włosy, ale jej twarz nie była tak piękna jak twarz Marysi. Dietmar i Giso – dwaj najmłodsi bracia – byli jeszcze za młodzi na to, żeby ocenić, jak będą wyglądali, gdy dorosną. Michaś nie miał zamiaru rezygnować ze służby u swojego chrzestnego, w przyszłości więc właśnie jednemu z młodszych braci przypadnie majątek.

Hiltrud osuszyła wilgotne oczy rękawem i wskazała drzwi.

– Wchodźcie do środka! Pewnie jeszcze nie jedliście kolacji!

Maria czuła, jak na te słowa obudził się w niej głód, skinęła więc głową.

– Nie mieliśmy czasu na jedzenie, ponieważ jak najszybciej chcieliśmy dotrzeć do was. Pozwól, że przedstawię ci moją pokojówkę, Anię. Ma za sobą ciężkie przeżycia. Jej historia na pewno cię zainteresuje.

Ania zerknęła na chłopkę, która wydała jej się olbrzymką z bajki, nieśmiało odpowiedziała na jej uśmiech i z respektem patrzyła, kiedy ta przeszła obok, żeby wejść do domu. Marysia przylgnęła do chrzestnej i tuliła się do niej, Matylda zaś przystanęła przed Anią.

– Chodź ze mną! Na pewno będziesz chciała usiąść obok ciotki.

Ania zmierzyła dziesięciolatkę wzrokiem i stwierdziła, że może jej zaufać. Podała jej bagaż, nie spuściła jej jednak z oczu, póki nie sprawdziła, do której komnaty Matylda zanosi ich rzeczy. Poszła później za dziewczyną do kuchni, gdzie Maria i Michaś właśnie się rozsiedli.

Mimo ogromnej radości ze spotkania z przyjaciółką i synem, Hiltrud nie zapomniała o obowiązkach gospodyni i nakryła stół tak bogato, że starczyłoby dla połowy armii. Maria z zadowoleniem wgryzła się w grubo posmarowaną pajdę z leżącym na niej zacnym kawałkiem szynki i czekała na pytania. Kiedy stół był tak zastawiony talerzami, tyglami i miseczkami, że ledwie znalazło się miejsce dla glinianych kubków, Hiltrud wreszcie usiadła obok przyjaciółki i położyła jej rękę na ramieniu.

– A co z Trudi?

– Jest w domu z Michałem – Maria zaśmiała się radośnie, kiedy zobaczyła zdumienie na twarzy przyjaciółki.

– Naprawdę go znalazłaś? Jak mogłam w to wątpić?

Hiltrud pociągnęła nosem, raz po raz potrząsając głową. Czasem miała wrażenie, że na przyjaciółkę rzuciła przekleństwo zła wróżka, ale po chwili dochodziła do wniosku, że Maria urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą, dzięki czemu nawet największe nieszczęście kończy się dobrze.

– Chyba naprawdę masz mi dużo do powiedzenia. Ale teraz zjedz coś. Wyglądasz na wygłodniałą.

Maria zaprotestowała.

– Ja i wygłodniała? Tego już za wiele. Chyba kiedy porównuję się z tobą… – jej żart nie mógł jednak dotknąć przyjaciółki.

– Tak czy owak, czterdzieści lat skończyłam jakiś czas temu, nawet jeśli nie wiem, kiedy to dokładnie było. Nie ma księgi kościelnej, w której zostały odnotowane moje narodziny – powiedziała Hiltrud, spojrzała przy tym na Marię i zdziwiona rozłożyła ręce. Przyjaciółka nie wydawała jej się nawet godzinę starsza niż w dzień, w którym opuściła Rheinsobern, żeby szukać Michała. Właściwie wyglądała młodziej i bardziej rześko. Nic dziwnego – wtedy walczyła z Banzenburgami, którzy w trakcie jej ciąży traktowali ją jak niewolnicę, poza tym poród i ciągły strach o Michała przygnębiały ją bardzo. Teraz jednak Maria odzyskała swoją dawną urodę. Hiltrud musiała bliżej przysunąć się do przyjaciółki, żeby w świetle paleniska i kilku łojowych lamp dokładniej obejrzeć twarz przyjaciółki. Wokół jej oczu pojawiło się kilka maleńkich zmarszczek i dwie ledwie zauważalne bruzdki przy ustach, ale nic nie wskazywało na to, że wkrótce skończy trzydzieści sześć lat.

– Pamiętasz jeszcze Kunegundę von Wanzenburg? – kontynuowała rozmowę.

– Masz na myśli Banzenburg? – poprawiła Maria.

– Mam na myśli to, co mówię! No, wtedy to nam palatyn hołotę wysłał do Rheinsobern. Na pewno się ucieszysz, jak ci powiem, że ta zołza poniosła sromotną klęskę przez te swoje knowania i intrygi. Przed rokiem Ludwig pozbawił godności jej męża i wysłał ich pod czeską granicę. Mam nadzieję, że padną tam ofiarą husytów, albo może już padli.

Zazwyczaj Hiltrud nie była tak pełna nienawiści, jednak Banzenburgowie, jak dokładnie opowiedziała Marii, podczas swoich rządów na zamku Rheinsobern gnębili tutejszych chłopów, jak tylko mogli, ciągle powołując się na prawo. Nawet Hiltrud i jej mąż musieli oddać dwie krowy w ramach dodatkowego podatku, czego do tej pory nie mogła wybaczyć następcy Michała i jego żonie.

– Takie rzeczy już nam się pod rządami kolejnych kasztelanów nie przydarzą, bowiem razem z Tomaszem, korzystając z pomocy Wilmara, kupiliśmy dom w mieście i uzyskaliśmy prawa mieszczańskie. Teraz prawo miejskie chroni nas i nasz majątek przed szlachtą.

Słowa Hiltrud przypomniały Marii o krewnych w Rheinsobern, których także powinna odwiedzić. Przez cały ten czas ani razu nie pomyślała o Hedwig i Wilmarze, teraz zaś przepraszała ich za to w myślach. W końcu na prośbę Hiltrud opowiedziała jej o wszystkich przygodach, jakie ją spotkały od wyjazdu. Przemilczała szczególnie nieprzyjemne momenty, żeby zbytnio nie martwić przyjaciółki.

– O pani Kunegundzie i jej rodzinie słyszałam już w drodze z Falkenhain do Norymbergi – dodała z uśmiechem zadowolenia na twarzy. – Po drodze natknęliśmy się na Konrada von Weilburga i jego żonę. Palatyn wysłał ich również pod granice Górnego Palatynatu. Dobrze im się tam żyje i mają nadzieję, że otrzymają tam ziemie w lenno. Banzenburgowie trafili jednak gorzej. Zapewne pani Kunegunda i jej liczne potomstwo będą tęsknić za krainą pieczonych gołąbków, czym było dla nich Rheinsobern.

Hiltrud z namysłem pokiwała głową.

– Wyobrażam sobie, bo tutaj dobrze im się powodziło. Gdyby nie byli tacy chciwi, do dziś mieszkaliby na zamku i popijali nadreńskie wino.

Zamyśliła się na krótko, odgarnęła z czoła kosmyk żółtych włosów, który wyślizgnął się jej spod czepka, po czym spojrzała na Marię surowo.

– Będziesz musiała złożyć wizytę małżonce nowego kasztelana. Niewiele łączy nas co prawda z tymi ludźmi, ale na pewno mieliby do nas pretensje, że gościmy u siebie damę z wyższych sfer, która nie jest na tyle grzeczna, żeby ich odwiedzić.

Maria nadąsała twarz jak dziecko.

– Muszę? Przysięgłam sobie, że moja noga więcej nie postanie na zamku.

Wiedziała jednak, że Hiltrud ma rację. Przyjaciółka nawet nie musiała spojrzeć na nią karcąco, żeby ją przekonać.

– No dobrze! Jutro udam się do Sobernburga. Mogę przecież później odwiedzić Hedwig i Wilmara.

– No ja myślę! Oboje nie odezwaliby się do mnie słowem, jeśli dowiedzieliby się, że przyjechałaś do mnie i nie odwiedziłaś ich od razu następnego dnia. Bardzo cię lubią, w końcu o tym wiesz, a ja przez ostatnie lata musiałam znosić humorki Hedwig.

– Musiałaś znosić jej muchomorki? – Maria zdziwiona wpatrywała się w przyjaciółkę i dostała za to pstryczka w nos.

– Nie, to możesz sobie oglądać w lesie, chodzi o humorki w głowie Hedwig. Bardziej martwiła się o ciebie, Trudi i Michała, niż należało. To jej odebrało radość życia.

– Polepszy jej się, kiedy stanę przed nią zdrowa i uśmiechnięta. Daj mi teraz jeszcze jeść i kubek wina z wodą. Chcę się nacieszyć pobytem u ciebie, wreszcie!

Z zadowoleniem oparła się o krzesło i mrugnęła do przyjaciółki. Mimo długiego czasu, jaki minął od jej wyjazdu, czuła się tu tak dobrze jak pierwszego dnia. Niepokojące ją podczas podróży obawy i sny wydały się teraz tak odległe, że ledwie mogła sobie je przypomnieć.

IV

Zamek kasztelański w Rheinsobern był starą budowlą z wysokimi murami, wąskimi podwórkami wewnątrz i nieprzytulnym głównym budynkiem mieszkalnym. Mieszkały tu całe pokolenia dowódców grodu i kasztelanów wraz z rodzinami, które albo musiały przyzwyczaić się do panujących tu warunków, albo skromnymi środkami próbowały przystosować budynek do swoich potrzeb. Nikomu się to jednak chyba nie udało. Także Isberga von Ellershausen, małżonka nowego palatyńskiego kasztelana, podjęła tę walkę i wygrała ją przynajmniej w swojej komnacie. Na miękkich poduszkach leżących na plecionych fotelach wybornie się siedziało i plotkowało. Pani Isberga uwielbiała mówić. Swoje pokojówki i zarządczynię wychowała na dobre słuchaczki.

Tego dnia jednak to ona musiała słuchać. Wszystko, co mogła od czasu do czasu wtrącić, ograniczało się do wykrzykników: „To straszne!”, „Co za nieszczęście!” i „Biedactwo!”. Współczuła damie, która siedziała przed nią, nie mogła się jednak nadziwić, dlaczego Hulda von Hettenheim podkreśla swoją tłustą i ociężałą figurę tak niezgrabną suknią. Brązowy i kolor ochry nie były barwami odpowiednimi dla kogoś z plamistą cerą i mysimi włosami. Znała jednak przyjaciółkę wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że każdą radę potraktuje jak krytykę. Dlatego powstrzymała się od komentarza, co zwykła robić, chociaż na końcu języka miała ostre słowa. Od śmierci Falko von Hettenheima Hulda chyba jeszcze mniej dbała o siebie i pogrążyła się w żałobie wymieszanej z nienawiścią.

Teraz, powtarzając się ciągle, pełna jadu opowiadała, jak cesarz najpierw zmusił jej męża, żeby mu służył, a potem cisnął go na ziemię jak gorący kasztan.

– Jeśli istnieje sprawiedliwy Bóg, to ta zdrada obróci się przeciwko Zygmuntowi! – Hulda uniosła pięści do góry i zrobiła minę, jakby osobiście chciała udusić władcę Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.

Zazwyczaj Isberga von Ellershausen nie pozwalała ani sobie, ani innym na krytykę pomazańca, który był tak blisko Boga, że między nimi stał już tylko papież. Huldzie jednak okazała współczucie, ponieważ po pierwsze dama ta była córką Rumolda von Lauensteina, wysoko postawionego palatyńskiego dworzanina, który łatwo mógł przy panu powiedzieć coś złego na innych, a po drugie widać było wyraźnie, że jest w błogosławionym stanie. Zgodnie z tym, co mówiła, za niecałe trzy miesiące powije spadkobiercę Hettenheimów. Dlatego też Isberga nie chciała jej irytować ostrymi słowami i nie daj Boże, być winną tego, że Hulda umrze, poroniwszy lub po urodzeniu martwego dziecka.

Złapała więc przyjaciółkę za ręce i popatrzyła na nią z uśmiechem.

– Nie denerwuj się tak, kochana. Całą swoją siłę oddaj dziecku, które rośnie ci pod sercem. Przecież chcesz urodzić zdrowego syna, który pewnego dnia przejmie dziedzictwo swojego ojca!

Na zapadniętej twarzy Huldy von Hettenheim pojawił się uśmieszek zdradzający pewność siebie.

– To na pewno będzie syn! Przepowiedzieli mi to czcigodny pustelnik Heimeran i pewna mądra kobieta.

Isberga musiała pohamować chichot. Przyjaciółka zdążyła doczekać się już sześciu córek i nikt na dworze palatyna nie wierzył w narodziny chłopca. Jednak Hulda była po stokroć pewna. Rozprawiała o tym, że przyjście syna na świat sprawi, że znienawidzony kuzyn jej męża, Henryk, na zawsze zostanie biednym rycerzem uzależnionym od woli skąpego opata.

– On naprawdę ma nadzieję, że przepędzi z Hettenheim mnie i moje biedne córki, a później wprowadzi się tam ze swoim tałatajstwem. Prędzej zaprzedam duszę, nim do tego dopuszczę!

Pani grodu wzdrygnęła się i uczyniła znak krzyża.

– Nie bluźnij przeciwko Bogu, Huldo! Inaczej niebiosa pokarzą cię kolejną córką, albo co gorsza, chorym synem, który nie przeżyje pierwszych tygodni.

Hulda von Hettenheim skwitowała uwagę złośliwym napadem śmiechu.

– Na pewno nie urodzę chorego dziecka. Wszystkie moje córki były po porodzie bardzo silne, więc także mój syn będzie silnym i żywym dzieckiem.

– Módlmy się do Boga, żeby cię wysłuchał!

Pani Isberga mogłaby przypomnieć przyjaciółce, że straciła już przynajmniej troje dzieci, ale zaczął już ją męczyć ten temat. Kiedyś Hulda opowiadała najświeższe plotki z dworu palatyna, teraz jednak skupiła się na narodzinach syna i zemście, której ten potomek dokona na wrogach ojca. Również z tego powodu pani zamku miała nadzieję, że przyjaciółka nie zabawi u niej długo, ponieważ w przeciwnym razie mogłoby się zrobić zbyt późno na podróż powrotną, a nie chciała mieć Huldy na głowie do czasu połogu i później do wczesnej wiosny.

Wejście zarządczyni dało jej okazję do przerwania monologu przyjaciółki.

– Co się stało, Tine?

– Macie gości, pani.

– Nikogo nie oczekuję. Kto to?

– Małżonka byłego przywódcy wojsk grodu i kasztelana Rheinsobern – zabrzmiała odpowiedź równie nieoczekiwana, co nieprzyjemna.

– Kunegunda von Banzenburg? Jeszcze tej mi tu brakuje! – Pani Isberga wstrząsnęła się na myśl, że jej poprzedniczka na zamku Sobernburg stoi przed drzwiami. Za żadne skarby jej nie przyjmie.

Tina pokręciła jednak głową.

– To nie pani von Banzenburg, lecz Maria Adler, która razem ze swoim mężem, obecnie wolnym rycerzem w Kibitzstein, przez dziesięć lat zarządzała tym grodem.

Isberga nie potrafiła ukryć zdziwienia.

– Maria Adler? Już dawno chciałam ją poznać! Przyprowadź ją, tylko szybko.

Pani Hulda wydała z siebie krzyk, jakby ktoś wbijał jej sztylet w serce.

– Nie! Nie! Nie chcę spotkać tej czarownicy. To ona jest winna śmierci mojego małżonka!

Do tej pory nie mogła porozmawiać z nikim, kto był obecny podczas pojedynku, w czasie którego zginął Falko. Ojciec napisał jej tylko, że rycerz von Hettenheim zginął z rąk Michała Adlera. Hulda była przekonana, że Maria pomogła mężowi trucizną lub siłami nieczystymi. W jakiż inny sposób syn bezczelnego szynkarza z Konstancji mógłby pokonać takiego olbrzyma jak jej Falko?

Już chciała prosić przyjaciółkę, by nie przyjmowała gościa, ciekawość jednak zwyciężyła. Pragnęła ponownie ujrzeć kobietę, która była winna jej nieszczęścia, ale jednak nie chciała się z nią spotkać twarzą w twarz. Podniosła się, sapiąc ciężko.

– Moja droga Isbergo, pozwól, że się oddalę. Nie mam ochoty na spotkania z obcymi.

Pani grodu musiała się powstrzymać, żeby odruchowo nie przeżegnać się z radości. Póki Hulda siedziałaby tu ze skwaszoną miną, nie było żadnych szans na interesującą rozmowę z gościem. Tymczasem była ciekawa, co też Maria Adler ma do opowiedzenia. Może usłyszy od niej kilka pikantnych anegdot z czasów, gdy tamta była jeszcze wędrowną nierządnicą? Z odrobiną poczucia winy, ale też nie bez przyjemności, Isberga przypomniała sobie, kiedy jej mocno pijany mąż wszedł do łóżka i poprosił ją, by nadstawiła mu się jak klacz. Oczywiście posłuchała go, ale następnego ranka poszła do kapłana zamkowego i wyspowiadała się z całego zajścia. Pokutę, jaką dostała za siebie i za męża, odprawiła sama, ponieważ mąż pobiłby ją, jeśliby go zmusiła do modlitwy. Tę historię dokładnie sobie zapamiętała i nawet teraz na myśl o owej nocy czuła przyjemny skurcz między udami.

Hudla chwyciła ją za ramię, jakby miała zamiar nią potrząsnąć, ponieważ gospodyni była jej winna odpowiedź. Isberga uśmiechnęła się zakłopotana.

– Doskonale cię rozumiem, moja droga. Idź do mojego pokoju i połóż się na chwilę.

Poczekała, aż Hulda zniknie za drzwiami prowadzącymi do sąsiedniej komnaty, po czym niecierpliwymi ruchami wygładziła suknię i skinęła na służącą, by ta wprowadziła gościa.

Hulda zatrzymała się zaraz za drzwiami i zajrzała do opuszczonej przed chwilą komnaty przez szparę szerokości palca. Kiedy Maria weszła do środka, Hulda zagryzła wargi, żeby nie zakląć. Żona Michała Adlera najwyraźniej jeszcze bardziej wyładniała, a każdy jej gest i każde słowo wyrażały pewność siebie i zadowolenie. Najbardziej jednak wdowę po Falko złościł sposób, w jaki Isberga von Ellershausen przyjęła byłą dziwkę. Kobieta, którą uważała za swoją przyjaciółkę, z takim szacunkiem przywitała Marię, jakby ta przyszła na świat jako córka rycerza. Tymczasem Maria, podobnie jak jej mąż, była jedynie śmieciem z ulicy.

Hulda czuła, jak rośnie w niej nienawiść i zalewa ją czerwoną falą. Gdyby miała przy sobie sztylet albo nóż większy od tego używanego do jedzenia, który wisiał u paska jej ozdobnej torebki, wyskoczyłaby z kryjówki i zabiła tę dziwkę. Na myśl o tym ze złością potrząsnęła głową, gdyż stwierdziła, że nie można tak po prostu zabić takiej czarownicy. O wiele przyjemniej byłoby pociąć jej twarz, aż będzie przypominać diabelską gębę, a potem to samo zrobić z piersiami. Zatopiona głęboko z rozmyślaniach o zemście na początku nie skupiła się na rozmowie, i wystraszyła się, kiedy Isberga zapytała Marię o córkę.

– Jak słyszałam, jeszcze tu na zamku Sobernburg zostaliście, panie matką. Mam nadzieję, że wasze dziecko ma się jak najlepiej?

Maria pokiwała głową, chociaż urodziła Trudi nie na zamku, lecz w domu Hiltrud.

– Mój skarbek ma się znakomicie. Zostawiłam go z moim mężem, który długo nie widział córki z powodu wojen z husytami.

– Słyszałam, że wasz mąż dzielnie walczył i uratował życie samemu cesarzowi. Czy to prawda, że za ten czyn został pasowany na wolnego rycerza Rzeszy? – Pytanie Isbergi było właściwie zbędne, ponieważ słyszała plotki o synu szynkarza. Zawsze czuła jednak zazdrość, kiedy opowiadano jej o Michale, i to ona zmusiła ją do zadania tego pytania. Jej mąż był skazany na niestałą łaskę swojego lennika, gdy Michał Adler żył w swoim grodzie jako niezależny rycerz, nie obawiając się żądań swoich zwierzchników, ponieważ był poddany jedynie cesarzowi. Jedna z przyjaciółek Isbergi miała szczęście wyjść za mąż za człowieka z wolnego rodu i z rozrzewnieniem opowiadała w listach, jakie szczęśliwe życie teraz prowadzi.

Maria zauważyła, że gospodyni zatopiła się w rozmyślaniach, poczekała więc z odpowiedzią, aż Isberga się ocknie.

– Zgadza się. Mój Michał uratował Zygmuntowi życie, poza tym przyprowadził do niego wielkich panów z Czech gotowych na nowo ugiąć karku przed cesarzem, który przecież nosi także koronę czeską.

Maria opowiedziała gospodyni krótko o całej sytuacji, podczas gdy Hulda von Hettenheim w pokoju obok zaciskała pięści, żeby nie wrzasnąć z wściekłości.

Jej mąż Falko często opowiadał o tym, jak bardzo cesarz zniedołężniał, postarzał się i skapcaniał. Przy tym nazywał go tchórzliwym staruchem, który mianował jakiegoś nikczemnego szynkarskiego synalka na wolnego rycerza tylko dlatego, że ten odciął głowę wścibskiemu Czechowi, bo za bardzo zbliżył się do władcy. Tymczasem on sam został zbyty jakąś marną nagrodą, chociaż w dziesiątkach bitew i potyczek przelewał krew za cesarza i Rzeszę. Hulda także w głębi serca przeklinała Zygmunta, bo gdyby cesarz mianował jej męża na wolnego rycerza, nie musiałaby teraz umierać ze strachu, że jej kolejne dziecko również będzie dziewczynką. Majątek mogłaby równie dobrze odziedziczyć jej najstarsza córka, prawa posiadłości Hettenheim należącej do Palatynatu przyznawały jednak spadek wyłącznie męskiemu potomkowi.

– Ten przeklęty rycerz Henryk nigdy nie zamieszka w moim grodzie! – dźwięk jej własnego głosu uprzytomnił jej, że zaczęła głośno myśleć. Wzdrygnęła się i spojrzała przez szparę, żeby sprawdzić, czy Isberga i Maria mogły ją usłyszeć. Akurat w tej samej chwili przyjaciółka zaśmiała się z uwagi Marii i zagłuszyła wypełniony nienawiścią okrzyk Huldy. Już chciała odetchnąć z ulgą, kiedy usłyszała słowa żony Michała.

– Jeśli Bóg da, moja Trudi będzie miała za pięć miesięcy rodzeństwo.

Najpierw to zdanie uderzyło w Huldę niczym piorun. Maria była w ciąży i z pomocą złośliwego szatana urodzi syna, podczas gdy ona znowu córkę. Co prawda wdowa po Falko wiedziałaby, co robić w takim wypadku, gdyż już wcześniej przedsięwzięła środki zaradcze, ale nagle przeraziła się, że jej plan mógłby spalić na panewce, chociażby już z tego powodu, że jak wiedziała, mąż nie spłodził w Hettenheim ani jednego męskiego bękarta. Nagle była pewna, że ta kobieta zaczarowała nie tylko ją, lecz także jej umarłego męża. Szybko uczyniła znak odpędzający złe czary i cicho wróciła do swojej komnaty. Przystanęła w ciemnym zakątku korytarza i przycisnęła rozpalony policzek do chłodnego muru.

Po czasie, który wydał jej się wiecznością, wreszcie otworzono drzwi, i żegnając się grzecznie, Maria opuściła pomieszczenie. Tak szybko przeszła przez korytarz, że pokojówka z lampą ledwie mogła dotrzymać jej kroku. Hulda poczekała do chwili, gdy nikt nie mógł jej zobaczyć, i poszła za swoim wrogiem.

V

Maria była szczęśliwa, że spełniła już obowiązek odwiedzin u żony nowego kasztelana. Isberga von Ellershausen była największą plotkarą, jaką kiedykolwiek spotkała, do tego najbardziej wścibską – pytała ją o tajemnice łóżkowe, które nikogo nie powinny interesować. Nie dość tego, pani grodu miała skłonności do dramatyzowania i przesady, ponieważ przypisała Eberhardowi, ojcu obecnego księcia von Württemberga, członek wielkości ogiera i chciała dowiedzieć się od Marii, czy palatyn Ludwig rzeczywiście ma malinkę w bardzo intymnym miejscu. Maria nie chciała mówić tej kobiecie, co o tym myśli, więc dała możliwie wymijającą odpowiedź.

Nudna rozmowa z panią grodu pobrzmiewała jeszcze jej w głowie, kiedy zeszła do holu, gdzie czekał na nią Gereon z parobkiem Hiltrud. Kiedy zwolniła służącą, dziękując jej, o mały włos na wpadłaby na starą służącą, która w lekkim mroku klęczała na posadzce i szorowała płyty. Ubrana w brudną podartą suknię kobieta prawie nie odróżniała się od kamieni dokoła i sprawiała wrażenie tak umorusanej jak sam brud, którego miała się pozbyć. Kiedy z lekkim obrzydzeniem Maria chciała obejść ją dokoła, stara z jękiem wyprostowała plecy i złapała ją za rąbek spódnicy.

– Pani Maria? O, na Boga, to naprawdę wy!

Teraz dopiero Maria poznała kobietę. Nie był to nikt inny jak Marga, jej szafarka na zamku Sobernburg. Najwyraźniej przemądrzała zarządczyni musiała nisko upaść w hierarchii zamkowej służby, inaczej nie wykonywałaby jednej z najgorszych prac. Maria odczuła lekką satysfakcję, przypomniała sobie wszystkie bezeceństwa, które wyrządziła jej ta osoba. Po wiadomości o rzekomej śmierci Michała bezwstydnie ją zdradziła, przeszła na stronę Kunegundy von Banzenburg, pomogła jej w poniżaniu i męczeniu Marii. Dlatego nawet nie zaszczyciła Margi żadną odpowiedzią, wyrwała jej spódnicę z rąk i poszła dalej.

Zanim zdążyła zrobić dwa kroki, Marga zerwała się na nogi i uwiesiła się jej na ramieniu.

– Pani Mario, miejcie litość i weźcie mnie ze sobą! Nie widzicie, jak mnie tu źle traktują? Nowa pani jest przemądrzała i niesprawiedliwa, a jej szafarka to ohydztwo, które ciągle wymyśla dla mnie nowe złośliwości. Wy jesteście teraz pewnie dobrze sytuowaną wdową po wolnym rycerzu Rzeszy i zapewne oddaliście już rękę jakiemuś nowemu małżonkowi. Czyli potrzebujecie na zamku wiernej zarządczyni. Będę wam służyć z jeszcze większym oddaniem niż wtedy, przysięgam!

Maria nie wierzyła własnym uszom. Kobieta, która teraz ją błagała, wcześniej wyraźnie jej pokazała, jak bardzo pogardza nią z powodu jej pochodzenia. To również dzięki niej Kunegunda von Banzenburg w środku zimy zam­knęła będącą w zaawansowanej ciąży Marię w izbie na wieży, gdzie wiatr nawiewał śniegu do środka. Bez pomocy Hiltrud i byłej pokojówki Ischi nie przeżyłaby porodu Trudi i razem z córką umarłaby w zamknięciu. Tej zdrady nigdy nie wybaczy swojej byłej poddanej.

Gwałtownie wyrwała ramię z uścisku Margi i cofnęła się o krok do tyłu.

– Trzeba było iść z Kunegundą von Banzenburg. Mnie na próżno prosisz o pomoc!

Wzdrygnęła się z obrzydzenia, jakie wywoływała w niej ta kobieta, i odwróciła się na pięcie. W tej samej chwili usłyszała za sobą.

– Ty żałosna kurwo!

Najwyraźniej Marga nie zmieniła się nawet na jotę. Maria podejrzewała, że po przybyciu nowego kasztelana szafarka równie szybko opuściła Kunegundę von Banzenburg jak wcześniej ją, żeby podlizać się kolejnej pani zamku. Ale w przeciwieństwie do Kunegundy Isberga pojawiła się z liczną świtą i nie miała zamiaru rezygnować ze swojej zarządczyni.

Maria odczuła zadowolenie, widząc, że los ją pomścił. Życzyła Mardze jeszcze wielu brudnych podłóg, które ta będzie musiała szorować na kolanach. Opuściła Sobernburg z satysfakcją i w dobrym nastroju. Tymczasem Hulda von Hettenheim wyłoniła się z cienia korytarza i stanęła przed Margą.

– Długo znasz panią Marię?

Marga gorliwie pokiwała głową, w strachliwym oczekiwaniu patrząc na Huldę. Głos czcigodnej damy nie brzmiał tak, jakby ona i Maria Adler były dobrymi przyjaciółkami.

– Tak pani, dobrze ją znam, bo dziesięć lat byłam jej zarządczynią tu, w Sobernburgu.

Hulda podsłuchała krótką rozmowę między Marią a Margą, stojąc za drzwiami sali rycerskiej, i od razu wplotła służącą w swój plan. Teraz musiała ją tylko zmusić do mówienia.

– Przez przypadek usłyszałam, że chcesz opuścić swoją obecną panią i szukasz nowego zajęcia. Może wezmę cię ze sobą. Na jednym z moich zamków brakuje niezawodnej szafarki.

Oczy Margi zabłysły pożądliwie i zaczęła całować ręce Huldy.

– Będę wam służyć z całych sił, pani.

– Mam nadzieję! – Hulda uśmiechnęła się do siebie, ponieważ do realizacji planu potrzebowała oddanej i przede wszystkim małomównej pomocnicy pozbawionej wyrzutów sumienia. Położyła rękę na ramieniu służącej i tak silnie wbiła palce w szorstki materiał, że Marga stęknęła.

– Posłuchaj mnie dobrze! Jadę do Ottenburga, żeby urodzić tam dziecko. To koniecznie musi być syn, rozumiesz?

Marga obejrzała się dokoła, czy nikt nie podsłuchuje, i pokiwała z zadowoleniem.

– Rozumiem! Jeśli dziecko okaże się dziewczynką, chcecie podsunąć mężowi męskiego niemowlaka.

– Mój mąż nie żyje, umarł z winy tej czarownicy, która właśnie cię obraziła! Za to się na niej zemszczę. – Hulda zauważyła z satysfakcją, że twarz Margi wykrzywiła się w nienawiści.

– Możecie na mnie polegać, pani!

– W takim razie zostaw tę podłogę i chodź ze mną. Potem porozmawiam z Isbergą i powiem jej, że chcę cię przyjąć do siebie na służbę. Ale wcześniej musisz mi opowiedzieć wszystko, co wiesz o Marii Adler.

Pani Hulda pociągnęła służącą za sobą z taką siłą, jaką trudno byłoby przypisać jej cherlawemu ciału.

VI

Kiedy Hedwig zobaczyła Marię w drzwiach, krzyknęła przeraźliwie i łkając, rzuciła jej się w ramiona. Tak mocno przycisnęła do siebie kuzynkę, że ta z ledwością mogła złapać powietrze, po czym popchnęła ją do światła wpadającego do środka przez żółtawe szyby okienne. Wówczas Hedwig opuszkami palców obmacała jej twarz, jakby musiała się przekonać, że ma przed sobą istotę ludzką z krwi i kości. Następnie donośnie krzyknęła, wołając męża.

Mistrz bednarski Wilmar Häftli wyskoczył z pracowni i pędem zbiegł po schodach, pokonując po trzy stopnie naraz.

– Hedwig, co się stało? Pali się? – Wyglądał przy tam na tak zmartwionego, jakby się bał, że cały parter stoi w płomieniach.

– Zobacz, Wilmarze, kto do nas przyszedł! – Hedwig odsunęła się i pokazała Marię.

Szeroko otwartymi oczami Wilmar wpatrywał się w swoją krewną i przez chwilę przypominał małego chłopca, któremu właśnie spełniło się największe marzenie.

– Jezus Maria, Matko Boska! Wy żyjecie! Bóg jeden raczy wiedzieć, jak się o was martwiliśmy.

– Nie trzeba było! Przecież wiesz, złego diabeł nie ruszy – żartowała Maria. Wyciągnęła rękę w kierunku Wilmara, po czym małżeństwo zaprowadziło ją do pokoju gościnnego. Swojemu niespodziewanemu gościowi zaproponowali najlepsze miejsce, po czym Hedwig pospieszyła do kuchni, żeby razem ze służącą przygotować dla Marii posiłek, Wilmar zszedł zaś do piwnicy, nabrał dzban wina z najlepszej beczki i pędem wrócił na górę.

– Proszę, pani rycerzowo, niech pani skosztuje łyczek! Pochodzi z waszych najlepszych winnic – wyjaśniał, napełniając srebrny kubek, który został mu przyznany jako cechmistrzowi bednarzy w Rheinsobern. Wydało mu się, że tylko w tym naczyniu przystoi poczęstować winem tak szanowną krewną.

– Dziękuję ci, Wilmarze.

Maria wolałaby wymieszać wino z wodą, ale rozumiała dumę Wilmara i stwierdziła, że jeden kubek na pewno jej nie zaszkodzi. Trunek w istocie smakował wyśmienicie. Postanowiła, że wyśle kilka beczek do Kibitzstein. Michał z pewnością się ucieszy.

Tymczasem Hedwig i służąca wniosły półmisek pełen smakołyków.

– Jeśli nie masz nic przeciwko, pójdę po Ischi. Ona, podobnie jak ja, mało nie umarła ze strachu o ciebie.

Hedwig nie czekała na odpowiedź Marii. Wybiegła na dwór i po chwili wróciła z jej byłą pokojówką. Ischi musiała chyba wyjść z domu, tak jak stała, ponieważ na prawym policzku miała ślady mąki, na fartuszku zaś w miejscu, w które wyciera się ręce, widać było resztki ciasta. Najwyraźniej nie uwierzyła Hedwig, ponieważ na widok Marii zakryła twarz rękami i wybuchnęła płaczem. Potem nieśmiało podeszła bliżej, uklękła przed byłą panią i przycisnęła wilgotne policzki do dłoni swojej wybawczyni.

– Że też znowu jesteście z nami, pani!

Zanim zdążyła objąć Marię i pobrudzić jej suknię ciastem, ta z uśmiechem na twarzy złapała ją pod brodę.

– Niech no cię obejrzę, Ischi! Najwyraźniej służy ci małżeństwo z twoim tokarzem.

– Mój Ludolf jest wyjątkowym mężczyzną – odparła Ischi z rozrzewnieniem, potem zadała pytanie, które mieli na końcu języka także Hedwig i Wilmar:

– Co z panem Michałem? Dowiedzieliście się czegoś o jego losie?

Maria potaknęła z uśmiechem.

– Dowiedziałam się! Nie tylko to, nawet go znalazłam. Wyobraźcie sobie, że stracił pamięć i nawet nie pamiętał własnego imienia. Pewien władca grodu w Czechach przyjął go do siebie i uczynił dowódcą swoich żołnierzy. Moja miłość i łaska boska doprowadziły mnie do niego i wspólnie mogliśmy uciec przed husycką pożogą.

Tych kilka zdań nie zadowoliło ich jednak, dlatego musiała dokładniej opowiedzieć o przeżyciach swoich i Michała. Robiła to z większą radością niż u pani Isbergi i zanim się obejrzała, późne popołudnie przeszło w wieczór.

Przyszedł jeden z podwładnych Wilmara, żeby poszukać mistrza i poprosić o ostatnie wskazówki. Mąż Hedwig najchętniej przegnałby chłopaka, ale przypomniał sobie o swoich obowiązkach i przepraszając Marię, wyszedł.

Kiedy opuścił pokój, rozmowa zaczęła krążyć wokół dzieci. Hedwig i Ischi prześcigały się wzajemnie z pochwałach, jednak opisy zostały szybko zweryfikowane przez rzeczywistość, przynajmniej jeżeli chodzi o Hedwig. Dwoje jej dzieci – dziesięcioletni chłopiec i siedmioletnia dziewczynka – weszło do środka. Byli mokrzy i brudni jak święta ziemia, Hedwig złapała się więc za głowę.

– Na Boga, czyście oszaleli?! Szybko idźcie się umyć! Proszę zeskrobać z siebie brud i się przebrać. Riechen, nie zapomnij później wytrzeć podłogi!

Mała wydęła usta.

– Dlaczego zawsze ja? Mombert naniósł przecież więcej brudu.

– Bo jesteś dziewczyną! – odpowiedział jej brat w poczuciu męskiej wyższości. – Chłopcy nie wykonują takich durnych prac.

Matka popatrzyła na niego karcąco.

– Nie łudź się, kochany! Następnym razem ty będziesz musiał wziąć za szmatę. Zrozumiano?

Mombert potaknął przerażony i szybko zniknął za drzwiami, bojąc się, że matka mogłaby mu nakazać sprzątanie z jakiegoś innego powodu. Jego siostra, ochrzczona imieniem Maria, ale nazywana przez wszystkich Riechen, szła za nim powoli, a trzy kobiety w pokoju gościnnym słyszały, jak dumnie oznajmiła bratu, że rozpoznała swoją ciotkę i chrzestną.

– Też mi coś, widzisz duchy! Pani Maria wyjechała do tych diabłów w Czechach, a stamtąd nikt nie wraca, tak powiedział starszy czeladnik! – stwierdził Mombert pouczającym tonem, gdyż nie udało mu się bliżej przyjrzeć gościowi.

Hedwig pokręciła głową.

– Zazwyczaj są kochane, ale czasami działają mi na nerwy. Nie mam pojęcia, jak Hiltrud wytrzymuje z tą swoją bandą. Pięcioro to dla mnie stanowczo za dużo.

– Jesteś jeszcze wystarczająco młoda, żeby urodzić przynajmniej tyle samo dzieci – odparła Ischi radośnie.

Powrót Wilmara pozwolił Hedwig zmienić temat.

– Nie chcesz przedłożyć Marii rachunków za jej posiadłości? Gotowa jeszcze pomyśleć, że chcemy ją oszukać.

Jej mąż natychmiast wybiegł z pokoju i wrócił ze szkatułką i grubą księgą.

– Ucieszycie się, Mario, ponieważ wasze pieniądze i własności przyniosły duże dochody.

Maria wolałaby porozmawiać z kuzynką i pokojówką, niż przeglądać księgi rachunkowe, ale Ischi przypomniała sobie, że zostawiła niewyrobione ciasto, przeprosiła więc i wyszła. Także Hedwig stwierdziła, że nieco zaniedbała obowiązki domowe. Toteż Maria pożegnała się z nimi i zajęła papierami, które Wilmar rozłożył przed nią z pełnym oczekiwania wyrazem twarzy. Nie miał się jednak czego obawiać, gdyż oczywiste było, że rozważnie i lojalnie zarządzał jej majątkiem. Obiecała sobie, że sowicie go za to wynagrodzi i kupi Hedwig i dzieciom bogate prezenty.

VII

Czas w Rheinsobern płynął Marii zdecydowanie za szybko. Kiedy pewnego ranka otworzyła okna izby, w której spała razem z Anią, liście mieniły się już barwami jesieni. Wiejący ze szczytów Szwarcwaldu wiatr niósł ze sobą zapowiedź zimna i śniegu. Najwyraźniej nienarodzone dziecko również czuło jesień, bo wierciło się, jakby się obawiało przeciągu. Maria zamknęła okno i pogłaskała zaokrąglony brzuch.

Zbudziła przy tym Anię.

– Już ranek?

Służąca mocniej zawinęła się kołdrą w nadziei, że odpowiedź będzie przecząca. Maria popatrzyła na nią z uśmiechem.

– Dzień dawno już się zaczął, ty mały śpiochu! Nie słyszysz, że Tomasz pracuje już w stajni z parobkami, że doją już krowy? Zaraz będzie śniadanie, a jak do tej pory nie wstaniesz, będziesz do obiadu chodzić głodna.

– Nie wierzę – odparła Ania rezolutnie. – Jeśli pani Hiltrud nic mi nie da, dostanę coś od Matyldy.

Ania zaprzyjaźniła się z młodszą córką Hiltrud i pomagała jej przy pracy. Tymczasem z Marysią nie dogadywała się zbyt dobrze. Maria ubolewała nad tym, ponieważ chciała zabrać najstarszą córkę Hiltrud do Kibitzstein i wychować ją tam na czcigodną pannę, która później zostanie małżonką kupca lub mistrza rzemieślnika. Teraz zaczęła się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby wziąć ze sobą Matyldę. Dziewczynka była mniej dumna i zarozumiała niż jej siostra i bez marudzenia czy słowa sprzeciwu robiła to, o co ją proszono. W przeciwieństwie do ładnej Marysi nie istniało niebezpieczeństwo, że za kilka lat Matylda będzie kokietować rycerzy z okolicznych grodów. Poza tym starsza z nich dowiedziała się, że jej chrzestna kiedyś była kochanką księcia von Württemberga, i temu przypisywała awans społeczny ciotki. Marzyła o tym, że kiedyś sama zajmie jeszcze wyższą pozycję niż Maria. Po prostu nie potrafiła zrozumieć, że wielkie arystokratyczne rodziny nie życzyły sobie takich jak ona skaz na swoich drzewach genealogicznych.

– Będę musiała porozmawiać z Hiltrud – rzuciła Maria. Powiedziała to bardziej do siebie niż do Ani, jednak ta od razu podniosła głowę i popatrzyła znad zakładanej właśnie bluzki.

– Chodzi o Marysię?

Maria potaknęła z westchnieniem.

– Tak! Ale chodzi też o nasz wyjazd. Jeśli będziemy za długo zwlekać, zima zastanie nas w drodze, albo nawet nas tu zatrzyma.

– Ile czasu potrzebujemy na podróż powrotną? – dopytywała się Ania.

Maria zmrużyła oczy i policzyła w myślach.

– Jakiś tydzień stąd do ujścia Menu, a potem trzy albo cztery razy tyle do Kibitzstein.

– Czyli cztery lub pięć tygodni. Rzeczywiście, powinniśmy wkrótce ruszać. Pewnie spotkają nas jesienne burze. Martwię się o twoje dziecko. Nie chcę, żeby urodziło się w drodze.

Maria dała pokojówce pstryczka w nos.

– Urodzi się dopiero w lutym, a do tej pory będziemy w cieple siedzieć w mojej komnacie w Kibitzstein. Mam nadzieję, że ten poród nie będzie taki ciężki jak pierwszy. Wtedy się bałam, że go nie przeżyję. Gdyby nie Hiltrud…

– Tym razem nie masz co prawda przy sobie Hiltrud, ale za to wiele innych przyjaciółek, które ci pomogą. Będzie z tobą Ewa, Teresa, Helena, Zdenka, może też hrabina Sokolna i oczywiście ja – Ania wyliczała kobiety, które przybyły z Marią na zamek Kibitzstein. W jej słowach pobrzmiewała odrobina zazdrości o Hiltrud. Nie znała powodu silnej zażyłości między Marią i chłopką i po tym wszystkim, co przeżyła ze swoją panią, czuła się nieco niedoceniana.

Maria przyciągnęła ją do siebie i uszczypnęła ją w płatek ucha.

– Głuptasku! Czemu się tak denerwuje, kiedy chwalę Hiltrud? Bądź co bądź uratowała mi życie, tak jak ja tobie.

Ania poczerwieniała i spuściła głowę.

– Wybacz, ale nie wiedziałam.

– Pewnie, że nie wiedziałaś, bo ci tego nie powiedziałam. Pewne elementy mojej przeszłości z chęcią przemilczam.

Ania pokiwała głową ze zrozumieniem. Miała czuły słuch i słyszała co nieco na rynku w Rheinsobern, plotki przedstawiające Marię raczej w złym świetle. Mówiące to kobiety na widok jej pani co prawda od razu milkły, wiedziała jednak, że w życiu Marii działy się złe rzeczy jeszcze przed przygodami w Czechach.

Szybko narzuciła suknię, zapięła gorset i pobiegła do kuchni, żeby przynieść dla pani ciepłą wodę. Po powrocie jak zwykle pomogła Marii w porannej toalecie, przy tym opuszkami palców głaskała delikatne linie, które tworzyły na plecach wzór szachownicy. Ania wiedziała, że takie ślady zostają po biczowaniu. Zastanawiała się, kto mógł być tak okrutny, żeby tak potwornie naznaczyć tak piękną i szlachetną kobietę.

VIII

W dniu, kiedy Maria zaczęła mówić o wyjeździe, Hiltrud poczuła smutek i jednocześnie ulgę, ponieważ jej przyjaciółka została dłużej, niż zamierzała, bała się więc, czy bezpiecznie pokona tak długą drogę. Oczywiście z chęcią zaproponowałaby jej schronienie do porodu, by Maria mogła wracać z dzieckiem w ładną pogodę. Jako żona wolnego rycerza Rzeszy Maria była jednak zobligowana rodzić w obecności wysoko urodzonych świadków. Poza tym po tak ciężkich przeżyciach nie chciała długiej rozłąki z Michałem.

Hiltrud zgodziła się z rozwagą, po czym podała Marii usmażony na złoto naleśnik i podsunęła miód.

– Serce mi się kraje na myśl, że znowu musimy się rozstawać. Tym razem jednak nie udajesz się w niebezpieczną podróż, ale wracasz w ramiona kochającego męża i do swojej córeczki. Następnym razem weź ze sobą Trudi. Chciałabym zobaczyć, jak rośnie moja chrześnica.

– Oczywiście, że wezmę ją ze sobą, i mam nadzieję, że Michał też przyjedzie.

Maria z trudem powstrzymywała łzy, które napływały jej do oczu na myśl o odjeździe. Poza Michałem i Trudi nie miała na świecie żadnego człowieka, z którym byłaby bardziej związana niż z Hiltrud i nie po raz pierwszy pożałowała, że los rzucił ją w tak odległe krainy.

– My to naprawdę jesteśmy wariatki – pociągała nosem, osuszając policzki. – Tak się zachowujemy, jakbyśmy rozstawały się na zawsze! Tymczasem najpóźniej za dwa lata znowu przyjadę. Pomówmy lepiej o czymś innym. Jak wiesz, chętnie wzięłabym ze sobą jedną z twoich córek, a potem opłaciłabym jej odpowiedni ożenek.

Hiltrud westchnęła i pokręciła głową. Do tej pory była mowa tylko o Marysi, teraz Maria zaczęła przebąkiwać coś o jednej z córek. Nawet jeśli z całego serca kochała obie dziewczynki, wiedziała, że Matylda łatwiej poradzi sobie z życiem chłopki lub żony zwykłego rzemieślnika niż Marysia. Po tej drugiej już teraz widać było, że wyrośnie z niej piękność. Obrażona trochę w swej matczynej dumie, podała Marii drugiego naleśnika.

– Porozmawiam z obiema i powiem im, że jedna z nich pojedzie z tobą. Na razie bardziej interesuje mnie, co zamierzasz zrobić z Michasiem. Długo nie było go z nami, dlatego chciałam cię prosić, żebyś pozwoliła mu spędzić tu chociaż zimę. Mam nadzieję, że to nie przyniesie mu szkody, ponieważ oczywiście jest dumny ze służby u wolnego rycerza.

Sama czuła, że w jej słowach kryje się żal, ale nie chciała dłużej z tym zwlekać. Maria uczyniła ruch, jakby próbowała odpędzić cień, który zawisł nad kuchnią, po czym wysiliła się na uśmiech.

– Dlaczego Michaś nie miałby u was zostać jakiś czas? Ucieszy się, jeśli przez zimę będzie mógł wam opowiadać o swoich przygodach w Czechach. Twój mąż na pewno będzie go potrzebował podczas siewów na wiosnę. Później, wczesnym latem przyjedzie do Kibitzstein i przywiezie jedną z sióstr. Przecież nie muszę od razu jej zabierać – ta propozycja miała udobruchać Hiltrud. Przyjaciółka roześmiała się z ulgą.

– Jesteś kochana, Mario! Gdzie bym dziś była, gdybym cię nie spotkała? Prawdopodobnie wędrowałabym jako jedna z tanich nierządnic od rynku do rynku i sprzedawała się za czerstwy chleb lub łachmany, a moje oszczędności nie starczałyby nawet na przetrzymanie zimy.

Przyciągnęła Marię do siebie i objęła ją zalana łzami. Po chwili się opanowała i uśmiechnęła, chociaż krople ciągle płynęły jej po policzkach.

– Oczywiście musisz zadecydować, którą z moich córek weźmiesz pod swoją kuratelę, i powinnaś zrobić to od razu. Na wiosnę Michaś dołączy do was z Zajączkiem. Czy może już zapomniałaś o swojej klaczy? – spytała z lekkim oburzeniem, ponieważ już dwa lata musiała karmić zwierzę nieprzydatne do prac w chłopskiej zagrodzie.

– Oczywiście, że chcę odebrać mojego konika. Najchętniej wzięłabym ją już teraz, ale uważam, że lepiej będzie, jeśli zostanie z wami, a Michaś osiodła ją na powrót do Kibitzstein. Powinno mu się to spodobać, będzie podróżował konno niczym szlachcic.

Uśmiechnęła się do przyjaciółki i zdobyła się na ustępstwo, które miało zadowolić Hiltrud.

– Wezmę jednak ze sobą Marysię, ale jeśli będzie niedobra, będzie miała ze mną na pieńku – zabrzmiało to ostrzej, niż chciała, natychmiast więc pożałowała swoich słów.

Hiltrud jednak uśmiechnęła się łagodnie.

– Nie mam nic przeciwko temu. Jak będzie za bardzo brykać, porządnie nią potrząśnij. W końcu jest chłopką, a nie pannicą z wyższych sfer, nawet jeśli zdaje jej się inaczej. Nie myślałaby tak, gdybyś nie podarowała mi tego pięknego majątku. Inni nie byliby tacy wspaniałomyślni jak ty i Michał.

Pogodziły się więc i Maria musiała wytrzymać jeszcze jedno mokre od łez przytulanie. Hiltrud pewnie dłużej trzymałaby ją w ramionach, ale do kuchni weszła Ania, mając nadzieję, że dostanie coś na śniadanie. Hiltrud usmażyła wcześniej mnóstwo naleśników i jeden po drugim układała dziewczynie na talerzu. Ania przeżuwała z pełnymi policzkami, nie oszczędzając sobie miodu, podczas gdy Hiltrud snuła plany na ostatnie dni pobytu Marii.

– Zanim odjedziesz, zaszlachtujemy świniaka, żebyś pojadła sobie pieczonych kiełbasek.

– Nie mam nic przeciwko temu!

Już w czasach, gdy razem przemierzały kraj, Maria wydawała spore pieniądze na smażone kiełbaski i wiedziała, że Hiltrud specjalnie dla niej wypróbowywała różne przepisy, żeby sporządzać coraz lepsze. Oddały się przyjemnej rozmowie, aż jedna ze służących przypomniała Hiltrud o jej obowiązkach. Kiedy przyjaciółka wyszła z kuchni, Maria postanowiła pojechać do miasta i pożegnać się z Hedwig i Ischi.

Po chwili lekki powóz potoczył się spokojnym tempem do Rheinsobern. Kiedy wjechał na drogę do miasta, Maria i Ania sięgnęły po narzutę z owczej skóry i rozpostarły ją sobie na nogach, ponieważ powietrze było zimne, a ich oddechy przybierały kształt białych obłoczków.

Maria westchnęła.

– Najwyższy czas się pożegnać. Ja tak nienawidzę pożegnań. Mają w sobie coś ostatecznego.

Jej słowa zabrzmiały tak smutno, że Ania postanowiła pocieszyć panią. Maria chciała jednak w spokoju oddać się rozmyślaniom, położyła jej więc rękę na ramieniu.

– To nic strasznego! Taki nastrój dopada czasem kobiety w ciąży. Chce się płakać, chociaż właściwie nie ma powodu.

– Obiecujesz mi, że jutro nie będziesz smutna? – Ania patrzyła na nią oczami błagającego psa.

– Obiecuję! – Maria oparła się o siedzenie i zamknęła oczy.

Przy bramie wjazdowej do miasta woźnica Hiltrud musiał poczekać, aż wyjedzie inny pojazd. Był to ogromny powóz używany przez ludzi z wyższych sfer, którzy nie chcieli lub nie umieli jeździć konno. Nie można było rozpoznać herbu, bo zatarły go wiatry i deszcze. Na ułamek sekundy w okienku pokazała się twarz starszej kobiety, po czym pośpiesznie zaciągnięto skórzaną zasłonkę. Zdumiona Maria podrapała się po głowie, gdyż wydało jej się, że zobaczyła swoją byłą zarządczynię, Margę. Ponieważ jednak żadna dama nie woziłaby ze sobą w powozie tak mało ważnej służącej, szybko odpędziła od siebie to dziwaczne przypuszczenie.

Odwiedziny u Hedwig, do której przyszła także Ischi, przeciągnęły się do wieczora i zakończyły pełnym łez pożegnaniem. Maria nienawidziła takich scen z całego serca. Jej kuzynka i była pokojówka zachowywały się tak, jakby musiały odprowadzić ją na cmentarz. Nie dały się przekonać, że wiodąca przez Ren i Men droga do Kibitzstein jest zupełnie bezpieczna. Hedwig, dla której najdłuższą drogą była przed wielu laty trasa z Konstancji do Rheinsobern, uważała, że Frankonia i gród Kibitzstein leżały niemal na drugim końcu świata. Nie chciała uwierzyć, że można dotrzeć tak daleko bez szwanku.

– Uspokój się wreszcie! Za dwa, góra trzy lata znowu do was przyjadę – Maria próbowała uspokoić płaczące kobiety.

Hedwig i Ischi zmartwione pokiwały głowami i przytuliły się do niej, jakby nie chciały jej wypuścić. Dlatego Maria ucieszyła się, kiedy wszedł mąż Ischi, Ludolf, nieśmiało podał jej rękę i zabrał żonę do domu. To dało jej okazję do powrotu. Hedwig towarzyszyła powozowi aż do bram miasta, a potem długo stała, płacząc. Maria machała jej przez okno, aż straciła ją z pola widzenia, po czym odetchnęła z ulgą i oddała się rozmyślaniom o przyszłości. Za kilka tygodni znowu będzie z Michałem i Trudi, a niecałe dwa miesiące później rosnące w niej życie skupi na sobie całą jej uwagę i siłę.

IX

Pobyt Marii w Rheinsobern trwał dłużej, niż planowała, dlatego też szyprowie, z którymi podróżowała wcześniej, dawno zdążyli już odpłynąć i musiała poszukać sobie innej łodzi. Dieter i Gereon, na przemian towarzyszący Marii podczas jej podróży do miasta, a zazwyczaj bezczynnie przesiadujący na podwórku zagrody albo w portowych spelunkach, potrzebowali teraz kilku dni, żeby znaleźć łódź z miejscami dla wszystkich. Jej właściciel nie miał zamiaru spędzać kolejnej nocy w porcie w Rheinsobern, toteż pożegnanie Marii z Hiltrud i Tomaszem było co prawda serdeczne, ale krótkie.

Statek był wyładowany po brzegi, dlatego ciasny i niewygodny. Właściciel przewoził towary przeróżnych zleceniodawców, dlatego często potrzebował dnia, czasem nawet półtora, żeby rozładować barkę i zabrać nowy transport. W Germersheim Maria straciła z tego powodu dwa dni. Kiedy w Speyer dowiedziała się, że będzie musiała tu spać przynajmniej trzy noce, chciała poszukać innej łodzi na dalszą podróż. Tymczasem okazało się, że szyper położył na jej skrzyniach wiele innych beczek i paczek i nie chciał ich rozładować, żeby jego goście mogli dostać się do bagażu.

Wracając do oberży, gdzie wynajęła kwaterę, w myślach zmniejszyła napiwek dla szypra do kilku halerzy, ponieważ z powodu tego nieprzyjaznego typa później, niż to sobie zaplanowała, uściśnie swoich ukochanych. Obawiała się także reszty podróży, ponieważ jesień już pokazywała się z najmniej przyjemnej strony. Ciągle mżyło i ubranie wilgotniało nawet pod woskowanymi narzutami ze skóry. Zawiązane pod skórzanym butem drewniane zelówki tonęły w błocie albo ślizgały się na kamiennych płytach, gdy musiała więc wyjść z oberży, każdy krok stawał się dla niej udręką. Kiedy w drodze na dziedziniec poślizgnęła się i upadła, ogarnął ją strach o dziecko i stwierdziła, że będzie musiała przeczekać cały rozładunek w oberży. Jej nastrój coraz lepiej korespondował z przygnębiającą pogodą.

– Trzeba było posłuchać Michała i wynająć barkę na całą podróż. Ale nie, ja musiałam być mądrzejsza! – beształa samą siebie.

Ania położyła jej rękę na kolanie.

– Przecież nie jest znowu tak źle! Najpóźniej za trzy dni pojedziemy dalej i szybko dotrzemy do Menu. Sama powiedziałaś, że tam musimy opuścić tę barkę i poszukać sobie nowej.

– To prawda! Mam nadzieję, że to się nie przeciągnie, inaczej każę Dieterowi i Gereonowi zanurzyć naszego obecnego szypra w zimnym Renie. – Maria wyobraziła sobie tę scenę i zaczęła się śmiać.

W lepszym nastroju przyciągnęła Anię do siebie.

– Jesteś skarbem, wiesz?