Tessa Brown. Władca lodowego pałacu - opowiadanie #3 - Dorota Foryś - ebook

Tessa Brown. Władca lodowego pałacu - opowiadanie #3 ebook

D.B. Foryś

4,3
19,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Mam na imię Tessa i marznę, kiedy nagle spada śnieg. W słonecznej Kalifornii! Święta się zbliżają, choinkę ubierać trzeba, a ja – zamiast rozwieszać kolorowe światełka – walczę z magiczną zmianą pogody. I z klątwą. I z lodowym pałacem, który znikąd pojawia się w centrum miasta. W dodatku nie sam…

Brrr, zimno. Oddajcie mi lato!

„Władca lodowego pałacu” to opowiadanie z cyklu „Tessa Brown” – paranormalnego romansu urban fantasy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 47

Oceny
4,3 (14 ocen)
6
6
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
luizapanczyk

Nie oderwiesz się od lektury

Władca lodowego pałacu - trzecie opowiadanie to idealny świąteczny odcinek specjalny, na który zasługuje każda seria. Krótkie i bardzo wciągające opowiadanie dla fanów Tessy. Bardzo spodobało mi się nawiązanie do baśni, która łączy w sobie połączenie królowej lodu i śpiącej królewny. Dodatkowo opowiadanie niesie w sobie bardzo ważny przekaz dotyczący tego, że złe tłumaczenie tekstu może mieć zgubne skutki - dość wyraźny przekaz dla osób, które zajmują się tłumaczeniem i zdecydowanie zachęcam by sięgneli choćby po to opowiadanie. I mimo, że nie przepadam za świątecznym klimatem, ten tutaj kupił mnie totalnie.
00
Star88

Nie oderwiesz się od lektury

to było boskie :)
00
Patrycja0905

Nie oderwiesz się od lektury

No jak ja to kocham. Trochę śnieżnego krajobrazu w sam raz po świętach a u Tessy możemy poczytać o tym co się wydarzyło u nich w Wigilię. Ah jak ta Tessa ma dar do wplątywania się w kłopoty ale przynajmniej nie jest nudno! Oraz spotkaliśmy ponownie Kiliana! Jak ja za nim strasznie tęskniłam i za całą ekipą. Dobre opowiadanie na chwilę wytchnienia.
00



PROLOG

Biel. Wszędzie leżało mnóstwo śniegu, a w tej części Kalifornii to niezwykle rzadkie zjawisko. Prawdziwa anomalia. Takie rzeczy się tutaj nie zdarzały. Raz na kilka lat można było zaobserwować lekkie opady, jednak płatki momentalnie topniały z powodu zbyt wysokiej temperatury. Dziś panował chłód, z kolei powietrze zdawało się przesiąknięte mrozem, jakby nadciągało coś złego.

Stanęłam pośrodku pustej ulicy. Zapadł zmierzch i okolicę zasnuła szarawa mgła. Latarnie rzucały cienie na drogi pokryte mleczną pierzyną. Wokół rozciągało się pogrążone we śnie miasto, a ponad wierzchołkami drzew wznosił się szczyt gór San Gabriel. Domy ozdobiono kolorowymi lampkami oraz świątecznymi figurkami, dzięki czemu wszystko wyglądało magicznie i nieco nierealnie. Jak gdyby jakieś zaklęcie zmieniło całą Pasadenę w zimową krainę. Było też nienaturalnie cicho i spokojnie.

Wzięłam głęboki, lodowaty wdech. Rozejrzałam się, ale nie dostrzegłam niczego podejrzanego, dlatego ruszyłam dalej. Minęłam jedną przecznicę, po niej następną. W ciemności co drugi budynek wydawał się skrywać jakąś tajemnicę, a najmniejszy szelest napawał mnie grozą. Z każdym kolejnym krokiem mój oddech przyspieszał, serce zaś biło mocniej, jakby ostrzegało przed niebezpieczeństwem.

Coś świsnęło, więc znów się zatrzymałam.

Nagle znikąd pojawił się przede mną młody mężczyzna. Miał na sobie długi płaszcz ze sztywno postawionym kołnierzem i szalik luźno owinięty wokół szyi. Nieznajomy stał dosyć blisko, mimo to – choć usilnie wytężałam wzrok – nie mogłam zobaczyć jego twarzy.

– Tessa Brown – odezwał się pewnym, nieco zachrypniętym głosem.

Popatrzyłam na niego z zaciekawieniem.

– Być może. Kto pyta?

– Nie pytam. Raczej stwierdzam fakt.

Przyjrzałam mu się dokładniej, próbując rozgryźć, z kim rozmawiam. Skoro wiedział, jak się nazywam, nasze ścieżki musiały się już kiedyś skrzyżować. Coś było z nim jednak nie w porządku. Albo ze mną. Im mocniej się wysilałam, żeby go dostrzec, tym coraz większe trudności napotykałam. Jakby jego rysy się rozmazywały i robiły jeszcze bardziej niewyraźne niż chwilę wcześniej.

– Znamy się? – zagadnęłam. Intrygował mnie.

– Dawniej tak.

– A teraz?

– Teraz… – Westchnął. – Będziemy musieli się przekonać.

Zanim zdążyłam mu na to odpowiedzieć, zerwał się mroźny wiatr. Zgarnął z ziemi płatki śniegu i wprawił je w ruch, po czym zawiał, przesłaniając wszystko dookoła. Zakryłam twarz i na moment zamknęłam oczy, żeby ochronić się przed nagłą zamiecią, a kiedy ponownie spojrzałam na ulicę, mężczyzny już tam nie było. Zniknął.

W następnej sekundzie zaczęła rozpływać się też cała reszta, ze mną włącznie.

CZĘŚĆ 1

Siedzieliśmy z Gabrielem w gabinecie na tyłach jego domu i przeglądaliśmy wszelkie dostępne źródła, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Mój sen sprzed paru dni nie dawał nam spokoju. Choć jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się przewidzieć przyszłości, w tym konkretnym przypadku byłam skłonna uwierzyć, że niedawno doznałam swojego pierwszego objawienia.

Alleluja!

Wszystko wydawało się tam tak realne, jak gdyby przydarzyło mi się naprawdę. Pamiętałam każdy szczegół: przenikający moje ciało ziąb, trzeszczący pod butami śnieg, mokre płatki opadające na policzki. Paraliżował mnie chłód i strach. Czułam całą sobą, że nadchodziło coś ważnego. Jakby ten dziwny sen miał ukryte znaczenie. Jakby był jakimś zwiastunem lub widmem nadchodzących wydarzeń – no może poza prawdziwą zimą, której mieszkańcy miasta nie widzieli od dziesięcioleci.

Kolejny niejasny element układanki stanowił tajemniczy mężczyzna. Wielokrotnie próbowałam sobie przypomnieć, z kim wtedy rozmawiałam, niestety nie przyniosło to rezultatu. Głos postaci bez twarzy brzmiał upiornie znajomo, ale za nic nie zdołałam skojarzyć, do kogo należał. Nie pomogły także hipnoza ani seans spirytystyczny urządzony przez Remiela.

Przetrząsaliśmy więc z Gabrielem przeróżne materiały w poszukiwaniu wskazówki, z czym mamy do czynienia, a mogło to przecież być cokolwiek. Klątwa, przepowiednia, proroctwo, omen, zły duch, czary, piętno, iluzja, zwiastun nadciągającej apokalipsy, przedziwna prognoza pogody albo… zwyczajny koszmar. Jasne, odrobinę się zafiksowałam, lecz oczywiście dopuszczałam możliwość, że sen był tylko nocnym majakiem i mógł niczego nie oznaczać. W końcu całe miasto pokryte śniegiem już samo w sobie sugerowało, że widziałam coś, co raczej nie nastąpi.

Ale co, jeśli jednak było w tym wszystkim jakieś drugie dno?

Nie potrafiłam zignorować faktu, że świąteczna sceneria idealnie wpasowywała się w klimat, bo właśnie zbliżało się Boże Narodzenie. Z tego powodu nie mogłam niczego wykluczyć, zanim porządnie nie sprawdzimy każdego szczegółu. Jakkolwiek na to spojrzeć, wokół nas często działy się rozmaite zjawiska paranormalne, a mój sen równie dobrze mógł ostrzegać o kolejnym.

Gabe odłożył telefon na blat biurka i odchrząknął, czym wyrwał mnie z zamyślenia.

– I jak? Masz coś? – spytałam z nadzieją. Bezskutecznie ślęczeliśmy nad książkami już od wielu godzin. Obdzwanianie listy kontaktów też niewiele dawało. Powoli kończyły nam się możliwości.

– Nie. Ale znajomy ma namiar na jasnowidza. Odezwie się, jeśli na coś trafią.

– Cóż, oby.

Wzruszyłam ramionami, następnie zapatrzyłam się w przestrzeń i znów spróbowałam powrócić wspomnieniami do mężczyzny ze snu. W kółko odnosiłam wrażenie, że jeszcze sekunda, tylko krótka chwila, i zaraz sobie przypomnę, jak wyglądał. Że ciemna plama zasłaniająca jego twarz za moment się rozjaśni, a ja rozpoznam rozmówcę.

– Co na to wszystko Kilian? – rzucił mimochodem Gabe.

– Nic, bo nadal mu nie powiedziałam.

– Dlaczego? – zdziwił się.

– Z wielu powodów. – Podparłam brodę rękoma. – Siedzą teraz z Deamonem na drugim końcu świata i szukają jakiegoś starocia, który ukrył gdzieś na ziemi poprzedni Władca Piekieł. Jeśli powiem mu o śnie, rozwalę im misję, a to ponoć ważna sprawa. Wolę poczekać. Przynajmniej do czasu, aż uda nam się ustalić, czy faktycznie jest w tym coś nadnaturalnego. Nie chcę go rozpraszać bez potrzeby.

Gabriel głośno wypuścił powietrze.

– W porządku, tyle że to wszystko komplikuje. Kilian wie więcej niż my oboje razem wzięci i zna stworzenia, o których istnieniu nawet nie mamy pojęcia. Na pewno szybciej znalazłby rozwiązanie.

– Wiem, ale spróbujmy, okej? – poprosiłam błagalnym tonem. – Obiecuję, że jeżeli wkrótce na coś nie trafimy, zostawimy ten temat albo zadzwonię do chłopaków.

– Uch, dobrze – mruknął niechętnie. Zajął krzesło obok mnie i sięgnął po kolejną książkę ze stosu.

W ten sposób spędziliśmy cały dzień. Przeglądaliśmy zapiski, wertowaliśmy stare pamiętniki oraz wszelkiej maści senniki z przeróżnymi interpretacjami tych samych symboli i obrazów. W efekcie nie doszliśmy do żadnego spektakularnego odkrycia, zanotowaliśmy jednak kilka ciekawych tytułów, które mogły nam pomóc w dotarciu do prawdy.

Późnym wieczorem pojechałam do siebie odpocząć i nabrać dystansu, a rano wznowiliśmy nasze poszukiwania. Sprawdzaliśmy kolejne pozycje z coraz krótszej listy, obdzwoniliśmy resztę znajomych, skontaktowaliśmy się też z paroma poleconymi przez nich wróżbitami i ekspertami z różnych dziwnych dziedzin, których nazw nie potrafiłam nawet wymówić. Tak minęły nam następne dwa dni, aż wreszcie musieliśmy się pogodzić z porażką i przyznać, że mój sen był tylko zwyczajnym widziadłem, a my na siłę staraliśmy się przypisać mu magiczne właściwości.

Istniało oczywiście niewielkie ryzyko, że szukaliśmy w złych miejscach i coś naprawdę było na rzeczy, ale jeszcze nie planowało się ujawniać. Pozostało nam po prostu czekać. Jeśli coś się wydarzy, to się wydarzy. I tyle. Na razie nadeszła najwyższa pora powrócić do normalności.

Święta zbliżały się wielkimi krokami, więc razem z Gabrielem pogrążyliśmy się w przygotowaniach. W sklepie trwała wyprzedaż, a ludzi nadciągało coraz więcej. Kupowali niemalże wszystko, co wpadło im w ręce i chociaż trochę nadawało się na prezent lub jako ozdobne świecidełko. Dobrze dla nas, bo kasa się zgadzała, do tego nawał obowiązków sprawił, że prawie całkiem zapomniałam o niepokojącym śnie.

W wolniejszych chwilach pomiędzy obsługiwaniem kolejnych klientów sami szykowaliśmy się na Boże Narodzenie. Gabe kochał ten magiczny okres i pomału zmieniał całe otoczenie w scenerię rodem z filmów familijnych. Wszędzie, gdzie się dało, porozwieszał kolorowe bibeloty, ubrał monstrualnych rozmiarów choinkę, udekorował pomieszczenia świątecznymi figurkami i przymierzał się do ustawienia szopki. Wszystko to oczywiście przy akompaniamencie popularnych piosenek oraz ulubionych kolęd, które rozbrzmiewały z głośników, umilając nam pracę.

W międzyczasie, kiedy myślał, że nie patrzę, ukradkiem układał także wigilijne menu.

– Skąd taki wybór dań? – Rzuciłam okiem na jego notatki, gdy pakował na zapleczu śnieżną kulę w pstrokaty papier. – Owoce morza? Tort? – Posłałam mu pytające spojrzenie. – To mało świąteczne potrawy…

– Lexie je lubi.

– Zaprosiłeś Lexie? – Zmarszczyłam brwi. – Remiela też? – dodałam, zgadując po wpisanych niżej krokietach, za które dałby się pokroić. – Kogo jeszcze?

– Wszystkich. To wyjątkowy czas, powinniśmy być razem. Poza tym to ja jestem gospodarzem, ja gotuję i ja robię listę zakupów. – Podszedł do mnie szybkim krokiem, następnie wyrwał mi kartkę, kiedy próbowałam coś na niej dopisać.

Uniosłam ręce w geście poddania.

– Dobrze już, dobrze. Zapraszaj, kogo chcesz.

Zaśmiałam się, uścisnęłam przyjaciela i wróciłam do klientów. Przez resztę dnia kręciłam się po sklepie, pomagając ludziom w zakupach. Jedni rozglądali się za oryginalnymi podarunkami, inni sami chcieli coś sprzedać lub zastawić – bo takie usługi również oferowaliśmy – a pozostali przybywali po mniej oczywisty asortyment, czyli naszą specjalność: wszelaką broń, specyfiki oraz zioła potrzebne do walki z siłami nadprzyrodzonymi. Jest popyt, jest podaż. Marketing szeptany działał zajebiście.

Gdy nadeszła godzina zamknięcia, ledwie stałam na nogach. Umęczona do granic możliwości pojechałam do domu z myślą, że jutro będzie tak samo. Pojutrze też. I tak aż do świąt.

Trzy dni przed Wigilią czekała na mnie niespodzianka. Kiedy rano otworzyłam oczy, po drugiej stronie łóżka zobaczyłam Kiliana. Nie spał, po prostu leżał na boku z zadowoloną miną i mi się przyglądał.

– No cześć – odezwał się, gdy zauważył, że już nie śpię. – Często tu bywasz?

Parsknęłam śmiechem.

– Czy ty mnie podrywasz?

– Nie wiem, nie wiem… – Odchrząknął. – A jak mi idzie?

– Tak dosyć średnio bym powiedziała.

Zachichotałam. Przeciągnęłam się, po czym przysunęłam do Kiliana i wtuliłam się w jego szeroką klatkę piersiową. Cudownie było mieć go znowu przy sobie, poczuć bijące od niego ciepło i znajomy zapach. Nienawidziłam, gdy wyjeżdżał, zwłaszcza na długi czas, a tym razem nasza rozłąka trwała ponad dwa miesiące. Witanie się z nim to jednak zupełnie inna sprawa.

Mężczyzna pogładził mnie po włosach, zapatrzył się w moje usta, następnie pochylił głowę i dał mi buziaka. Wykorzystałam ten moment, żeby mocniej przyciągnąć do siebie ukochanego i pogłębić pocałunek. Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę, ciesząc się sobą. Cholernie tęskniłam.

– Dawno wróciłeś? – zapytałam w przerwie między kolejnymi pieszczotami.

– Jakieś trzy godziny temu.

– Znalazłeś, co miałeś znaleźć?

– Nie, ale nawet nie byliśmy blisko, więc zdecydowaliśmy z Deamonem, że przyda nam się krótki odpoczynek. Zbierzemy więcej informacji, ściągniemy pomocników i wznowimy poszukiwania na początku nowego roku.

– Czyli znów wyjedziesz? – Wydęłam wargi z niezadowoleniem.

Kilian na mnie spojrzał i zawinął za ucho kosmyk moich splątanych przez sen włosów.

– Może pogadamy o tym potem, co? – zasugerował. – Teraz wolałbym nadrobić inne zaległości.

Przysunął się, by potrzeć nosem o mój policzek. Jednocześnie jego ręka zawędrowała pod kołdrę, po czym przylgnęła do uda i powoli zaczęła zmierzać w górę. Zrobiło mi się przyjemnie gorąco od jego dotyku, więc ostatecznie przyznałam mu rację, że to ciekawszy pomysł na spędzenie poranka. Potem zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie. Na rozmowę mieliśmy całe dnie.

Wróciliśmy do całowania. Dłonie Kiliana odnalazły idealne miejsce zaraz po tym, gdy wciągnęłam go pod pościel i zabrałam się do zdejmowania z niego ubrań. Zaczęło się robić naprawdę milutko, kiedy nagle błogą ciszę oraz romantyczny nastrój przerwał dźwięk dzwoniącego telefonu.

Ignorowaliśmy natręta do czasu, aż się rozłączył. Niestety na krótko, bo nie dawał za wygraną i zaraz spróbował ponownie. Najwyraźniej miał jakąś pilną sprawę, dlatego gdy komórka zadźwięczała po raz trzeci, niechętnie oderwałam się od Kiliana, żeby odebrać.

To Gabriel.

– Co jest? – syknęłam do słuchawki.

Przeszkadzać w takim momencie?

To powinno być karalne…

– Śnieg pada – powiedział na wdechu.

– Co?

Podniosłam się do pozycji siedzącej, na co Kilian od razu zareagował. Musiałam mieć zdumioną minę, bo spoważniał i popatrzył na mnie pytająco.

– ŚNIEG PADA – wyartykułował Gabe. – Wyjrzyj na zewnątrz.

Nie zrywając połączenia, odrzuciłam kołdrę na bok i wstałam z łóżka. Prędko podeszłam do okna, a kiedy odsunęłam zasłonę, zobaczyłam pokrywające się bielą podwórko. Gdzieniegdzie dostrzegałam przebijającą się spod spodu trawę, jednak było jej coraz mniej, podczas gdy z nieba sypało się znacznie więcej i więcej gęstego puchu. Nie wyglądało na to, żeby wkrótce miało przestać.

– Spotkamy się u ciebie – powiedziałam do przyjaciela, zanim zakończyłam rozmowę.

Kilian stanął obok mnie i wyjrzał przez moje ramię.

– Taka zima? W Pasadenie? – Zagwizdał. – Nad ranem było sucho.

Przełknęłam ślinę.

– Ubierz się, musimy iść.

– Hej, zaczekaj. – Złapał mnie za rękę i do siebie przyciągnął, kiedy spróbowałam go ominąć, by dostać się do garderoby. – Dokąd tak ci się spieszy? Nie chcesz najpierw skończyć tego, co zaczęliśmy? – zamruczał zachęcająco i lekko przygryzł moje ucho. – Za godzinę pewnie dalej będzie padać.

Wyswobodziłam się z jego objęć.

– Tym gorzej – jęknęłam cicho. – Lepiej dla nas, żeby przestało.

– Dlaczego? – Spojrzał na mnie uważnie. – Tessa, co się dzieje? Mów.

Wzięłam głęboki wdech i pospiesznie opowiedziałam mu o śnie. Czułam, że się wkurzy.

I miałam rację.

– Cholera, czemu o tym nie wspomniałaś? Dzwoniliśmy do siebie prawie codziennie. – Odsunął się i zaczął krążyć po pokoju, machając rękami. – Jeśli dzieją się dziwne rzeczy, chcę wszystko wiedzieć, nieważne, jak absurdalnie by to brzmiało. Nie ufasz mi czy co?

– Ufam, oczywiście, że tak, po prostu byłeś setki mil stąd i nie mogłeś mi pomóc. Miałam dać ci znać, ale w międzyczasie sprawdziliśmy z Gabrielem każdy szczegół i uznaliśmy, że skoro do niczego się nie dokopaliśmy, to nic nie znaczy. Przyśnił mi się głupi sen i tyle. Natomiast teraz, ten śnieg… – zawahałam się. – Może jednak coś jest na rzeczy?

Kilian zamknął oczy. Potarł czoło palcami i pokręcił głową. Ewidentnie ledwo nad sobą panował.

– Oszaleję z tobą – wywarczał przez zaciśnięte zęby.

– Zapewne, ale możemy się o to pokłócić w drodze? Gabriel czeka.

– Dobrze. Zbierajmy się.

Ponieważ temperatura na dworze robiła się coraz niższa, założyłam najcieplejsze ubrania, jakie znajdowały się w szafie, a wybór nie był zbyt duży. Większość moich strojów stanowiły cienkie koszulki, lekkie i elastyczne spodnie oraz ogólnie rzeczy stworzone z samych przewiewnych materiałów, żebym się nie zgrzała podczas biegania za potworami. Kilianowi poszło lepiej, bo z racji tego, że właśnie wrócił z dalekiej podróży, przywiózł w walizce kilka grubszych ciuchów. Ja znalazłam zaledwie jeden wełniany sweter i parę termoaktywnych legginsów, co musiało mi wystarczyć.

Na szczęście zachowałam „na kiedyś” część zimowych dodatków przywiezionych z wyjazdu do Lincoln, więc przed wyjściem zaopatrzyliśmy się w czapki, szaliki i rękawiczki. Miałam też kurtkę oraz trapery na gumowych podeszwach. Szykowaliśmy się jak na srogi mróz, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam w tym mieście.

Cala okolica stała w korkach, a drogi w większości okazały się praktycznie nieprzejezdne. Nie pomagał również fakt, że nikt z mieszkańców, włącznie z nami, nie był przygotowany na taką drastyczną zmianę pogody. Nie mieliśmy opon nadających się do jazdy po oblodzonej nawierzchni, łańcuchów ani tym bardziej sprzętu do odśnieżania. Raz za razem dochodziło do mniejszych i większych stłuczek.

Po godzinie tkwienia niemalże w jednym miejscu Kilian skręcił w najbliższy zjazd, żeby okrążyć miasto bocznymi, nieuczęszczanymi ulicami. Niestety nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Chociaż jechało się zdecydowanie szybciej, nadal nie była to zawrotna prędkość – zwłaszcza że śnieg wciąż padał, zasypując wszystko dookoła, i nie zapowiadało się, by wkrótce miało to ulec zmianie.

Dojazd do Gabriela zajął nam prawie trzy godziny, podczas gdy zwykle wystarczało maksymalnie czterdzieści minut. W tym czasie Pasadena została doszczętnie sparaliżowana. Opady okazały się tak intensywne, że na terenie naszego regionu wprowadzono stan klęski żywiołowej. W radio podawano coraz to nowsze komunikaty. Zamykano szkoły, urzędy i instytucje, a także większość restauracji czy sklepów. Zaczęto za to wyznaczać punkty, do których zwożono artykuły pierwszej potrzeby i gdzie mogli się zgłaszać wolontariusze oraz ludzie oczekujący pomocy. Gdzieniegdzie wysiadł prąd, w paru miejscach pozamarzały też rury z wodą pitną. Każdy, kto mógł, chował się po domach i nie wychodził, jeśli nie było to konieczne. Miasto powoli pustoszało, jak gdyby nadchodził morderczy kataklizm.

W wiadomościach podawano, że nadciągały arktyczne masy powietrza, a to zapowiadało dłuższe utrzymywanie się złej aury w najbliższych dniach. Co ciekawe, nimbostratusy, czyli warstwowe chmury odpowiedzialne za opady śniegu, kumulowały się wyłącznie nad naszym rejonem, dalej natomiast było sucho i panowały normalne warunki atmosferyczne, zupełnie jakby ktoś odciął nas nożem od reszty świata. To dało nam jasny sygnał, że cokolwiek się działo, miało związek z siłami paranormalnymi.

I – a wiele na to wskazywało – z moim snem.

Do Gabriela dotarliśmy w południe i siedzieliśmy tam do wieczora. Najpierw pomogliśmy przyjacielowi prowizorycznie zabezpieczyć dom, między innymi zabijając gwoździami okiennice na piętrze czy drzwi prowadzące do piwnicy. Ku uciesze wszystkich kumpel zdążył zrobić część zakupów, jako że planował nagotować prawie trzydzieści świątecznych dań, więc mieliśmy zapasów na kilka dni. Potem na dłużej zaszyliśmy się w gabinecie, by jeszcze raz przejrzeć zgromadzoną literaturę.

Poddaliśmy się mniej więcej o zachodzie słońca, gdy uznaliśmy, że skromna biblioteka to za mało, aby odkryć, z czym przyjdzie nam się mierzyć. W ostatnim czasie zwieźliśmy tutaj głównie materiały dotyczące snów i wszelakich przepowiedni dużego, małego i średniego kalibru. Tymczasem teraz potrzebowaliśmy różnorodnych źródeł z wielu dziedzin, dlatego postanowiliśmy przenieść się do sklepu. Internet działał coraz gorzej, co utrudniało nam dostęp do cyfrowych treści, z kolei na zapleczu przechowywaliśmy większość unikatowych ksiąg, profesjonalny sprzęt i broń. Co prawda na razie nie szykowaliśmy się do walki, ale kiedy wróg zdecyduje się ujawnić, powinniśmy być gotowi na wszystko.

Wyszliśmy z domu, gdy śnieg chwilowo przestał padać. Mieliśmy do pokonania trasę zajmującą około pół godziny marszu. W normalnych warunkach wsiedlibyśmy w samochód, jednakże tym razem postanowiliśmy z tego zrezygnować. Podejrzewaliśmy, że utkniemy na pierwszym zakręcie, jako że ulice były całkowicie nieprzejezdne. Sceneria, choć bajkowa, naprawdę napawała grozą.

Szliśmy główną drogą, brodząc w zaspach sięgających do połowy łydki. Raz na jakiś czas mijaliśmy kogoś, kto wybrał się na krajoznawczą wycieczkę jak my, zamienialiśmy z nim parę słów i wznawialiśmy wędrówkę. Kilkoro starszych dzieci lepiło bałwana pod czujnym okiem rodziców, ktoś łopatą odgarniał śnieg z podjazdu, inny odśnieżał auto, lecz zdecydowana większość mieszkańców siedziała w domach. Wcale im się nie dziwiłam, bo gdybym mogła wybierać, wolałabym teraz pić gorącą herbatę z rumem przy kominku niż trząść się z zimna, zakopana po kolana w lodowatej brei.

Naprawdę nie rozumiem, co mi strzeliło do łba, by ratować świat na ochotnika…

Kiedy dotarliśmy do celu, byliśmy zmęczeni i przemarznięci. Gabe przeszedł na tył sklepu, żeby dostać się do środka od zaplecza, po czym wpuścić nas frontowymi drzwiami. Ja w tym czasie stałam wtulona w Kiliana i wpatrywałam się w zimowy, odrobinę apokaliptyczny krajobraz.

– Co jest? – zapytał demon, gdy w pewnym momencie się od niego odsunęłam.

– Nie wiem, ale… – Urwałam i ruszyłam przed siebie.

Pokonałam nie więcej niż dwadzieścia jardów, następnie zatrzymałam się na środku ulicy i popatrzyłam na boki. To było tu. To dokładnie to miejsce, które widziałam we śnie!

Przesunęłam się jeszcze o kilka kroków i stanęłam z grubsza w tym samym punkcie, gdzie wtedy stałam. Później się odwróciłam, przewidując, co zaraz zobaczę. Zamiast mężczyzny bez twarzy moim oczom ukazało się jednak coś zupełnie innego.

Zamrugałam parę razy, by wyostrzyć wzrok.

– Mam przywidzenia? Albo może to od zawsze tutaj było, tylko jakimś cudem mi umknęło? – spytałam znajdującego się nieopodal mnie Kiliana.

– Nie było tu tego. I nie, przywidzeń też nie masz – rozwiał moje przypuszczenia.

No chyba że obojgu coś nam się uroiło.

I to grubo…

Copyright ©

D. B. Foryś

Dom Wydawniczy D. B. Foryś

All rights reserved

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wydanie I

Wrocław 2024

Redakcja:

Monika Foltman

Korekta:

Kamila Galer-Kanik

Skład i łamanie:

D. B. Foryś

Beta-czytelnicy:

Gosia Lisińska

Projekt okładki:

D. B. Foryś

Zdjęcia na okładce i w treści:

Alexvolot, Gammabaar, freepik.com, unsplash.com, pexels.com, pixabay.com

Rysunki:

Ilona Grabowska

Numer ISBN e-book: 978-83-974066-0-5

www.dbforys.pl

www.dbforys.sklep.pl