44,90 zł
Arcydzieło literatury amerykańskiej.
Tajemniczy i niewiarygodnie bogaty Jay Gatsby urządza w swoim luksusowym domu dekadenckie przyjęcia, choć rzadko się na nich pokazuje. Krążą o nim legendy, także o pochodzeniu jego fortuny. Pytań i plotek jest znacznie więcej – na przykład dlaczego wpatruje się w blask okien po drugiej stronie zatoki.
Fitzgerald opowiada ponadczasową historię o nierealnych pragnieniach i ludzkich przywarach, o miłości i wyrachowaniu, a także o złamanych przez życie, zdesperowanych i zagubionych młodych Amerykanach w okresie prosperity po pierwszej wojnie światowej. To także portret szaleństw lat dwudziestych, epoki, w której świat szemranych interesów miesza się ze światem bankierów, bieda z bajecznymi fortunami, amerykański sen z Wielkim kryzysem, a namiętne pragnienia zderzają z bolesnym upadkiem.
Ten wielki Gatsby, uznany za jedną z najważniejszych powieści XX wieku, ukazuje się w nowym przekładzie Macieja Świerkockiego, dzięki któremu maestria Francisa Scotta Fitzgeralda wybrzmiewa w pełni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 240
Data ważności licencji: 12/31/2032
Tytuł oryginału i podstawa przekładu: The Great Gatsby, Norton Critical Editions, New York 2022
© for the Polish translation and afterword by Maciej Świerkocki
© for the Polish edition by Officyna s.c.
Wydanie I, Łódź 2025
Redakcja: Adam Pluszka
Korekta: Łukasz Urbaniak
Projekt okładki: Maciej Mraczek / maciejmraczek.pl
Wydawnictwa Officyna s.c.
93-114 Łódź, ul. Przędzalniana 99
www.officyna.com.pl, [email protected]
ISBN 978-83-67948-32-6
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Włóż zatem złoty kapelusz, jeśli to ją wzruszy;
Jak umiesz skakać wysoko, to podskocz dla niej też,
Aż krzyknie „luby, co skaczesz w złotym kapeluszu,
Ja ciebie muszę mieć!”
Thomas Parke D’Invilliers1
1 Motto jest autorstwa Fitzgeralda; podpisany pod tym czterowierszem D’Invilliers to postać z pierwszej powieści pisarza, Z tej strony raju (1920), wzorowana na koledze Fitzgeralda z Princeton, poecie Johnie Peale’u Bishopie. Czterowiersz kryje też w sobie po części dwa wcześniejsze tytuły Tego wielkiego Gatsby’ego: „Gatsby w złotym kapeluszu” i „Wysoko skaczący kochanek” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
Za moich młodszych lat, gdy łatwiej było mnie zranić, ojciec udzielił mi rady, nad którą od tamtej pory wciąż często medytuję.
– Ilekroć nachodzi cię chęć, żeby się o kimś niepochlebnie wyrazić, bądź łaskaw zwrócić uwagę, że nie wszyscy na świecie zaczynali z tak uprzywilejowanych pozycji jak ty.
Nie dodał nic więcej, ale ponieważ pomimo powściągliwości komunikacyjnej zawsze rozumieliśmy się wyjątkowo dobrze, pojąłem, że miał na myśli jeszcze coś znacznie więcej. W rezultacie jestem skłonny powstrzymywać się od wydawania jakichkolwiek sądów, a zwyczaj ten sprawia, że często otwierają się przede mną interesujący ludzie, choć czasem czyni też ze mnie ofiarę wcale licznych piekielnych nudziarzy. Taką wstrzemięźliwość jak moja umysł anormalny wykrywa szybko u normalnego człowieka, chce bowiem do niej przywrzeć, i dlatego na uniwersytecie, kiedy pomyleni nieznajomi studenci zwierzali mi się ze swoich sekretnych kłopotów, oskarżano mnie o to, że manipuluję ludźmi niczym polityk. Większości tych zwierzeń nie życzyłem sobie ani trochę – niejednokrotnie symulowałem, że śpię, jestem zaaferowany czymś innym albo przejawiam nieżyczliwą niefrasobliwość, jeśli tylko jakiś nieomylny znak uświadamiał mi, że takie czy inne intymne wyznanie drży już na horyzoncie – intymne wyznania bowiem, a w każdym razie formy, w jakie je przystrajają młodzi ludzie, przyjmują zazwyczaj postać plagiatów, a przy tym zostają oszpecone jawnymi przemilczeniami. Powstrzymywanie się od wydawania sądów opiera się na nieskończonej nadziei. Do dzisiaj trochę się boję, że czegoś nie zauważę, jeżeli nie będę pamiętał, że – jak snobistycznie sugerował mój ojciec, a ja snobistycznie za nim powtarzam – elementarnego poczucia przyzwoitości nie rozdaje się ludziom po równo w momencie narodzin.
Pochwaliwszy się w ten sposób, że jestem wyrozumiały, muszę przyznać, że nie bezgranicznie. Fundamentami ludzkiego postępowania mogą być twarda skała albo grząskie bagno, ale jeżeli ktoś przekroczy pewną granicę, to, na czym jest ufundowane jego postępowanie, przestaje mnie obchodzić. Kiedy jesienią wróciłem do domu ze Wschodniego Wybrzeża, uznałem, że chcę widzieć cały świat w mundurze i żeby już na zawsze w pewnym sensie stał moralnie na baczność; nie miałem więcej ochoty na te nieprzyzwoite wycieczki, umożliwiające krótki, uprzywilejowany wgląd w głąb ludzkiego serca. Ta moja niechęć nie obejmowała jedynie Gatsby’ego, człowieka, użyczającego nazwiska tytułowi tej książki – Gatsby’ego, który symbolizował wszystko, co darzę niewzruszoną pogardą. Jeżeli osobowość jest nieprzerwaną serią fortunnych gestów, to w Gatsbym było coś przepięknego, jakieś wybujałe wyczulenie na niesione przez życie obietnice – i z tej przyczyny przypominał owe skomplikowane urządzenia mogące zarejestrować początki odległego o dziesięć tysięcy mil trzęsienia ziemi. Zdolność Gatsby’ego do reagowania na bodźce zewnętrzne nie miała jednak nic wspólnego ze sflaczałą wrażliwością, którą uszlachetniamy, nazywając ją „usposobieniem artystycznym” – był to nadzwyczajny dar nadziei, romantyczna żarliwość, jakiej nigdy nie znalazłem u nikogo innego i jakiej najprawdopodobniej nigdy już nie znajdę. Nie… Gatsby mimo wszystko okazał się w porządku; tym, co na pewien czas zgasiło we mnie zainteresowanie poronionym żalem i zdyszanymi męskimi uniesieniami tego człowieka, było pragnienie, które go zżerało, oraz plugawa forsa ciągnąca się za jego marzeniami jak kurz albo śmieci.
Moja prominentna, zamożna rodzina mieszkała od trzech pokoleń w pewnym mieście na Środkowym Zachodzie. Carrawayowie to coś w rodzaju klanu, a legenda familijna głosi, że wywodzimy się od książąt Buccleuch1, choć tak naprawdę założycielem mojej gałęzi rodu był brat mojego dziadka, który przyjechał tu w pięćdziesiątym pierwszym, opłacił ochotnika, aby zastąpił go w wojnie secesyjnej, po czym otworzył hurtownię artykułów żelaznych prowadzoną po dziś dzień przez mojego ojca.
Stryjecznego dziadka nigdy nie widziałem, ale rzekomo jestem do niego podobny – zwłaszcza sądząc po wiszącym w ojcowskim biurze portrecie, na którym wygląda trochę na bezkompromisowego cynika. Skończyłem studia w New Haven2 w roku 1915, zaledwie ćwierć wieku po ojcu, a chwilę później wziąłem udział w spóźnionej teutońskiej wędrówce ludów znanej w Ameryce jako Wielka Wojna. Bawiłem się tak dobrze w czasie kontrnatarcia, że po powrocie nigdzie nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Środkowy Zachód przestał już być przyjaznym pępkiem świata, wydawał mi się raczej nędznym krańcem kosmosu – postanowiłem więc wyjechać na Wschodnie Wybrzeże i nauczyć się handlu obligacjami. Zajmowali się nim wszyscy moi znajomi, uznałem więc, że zapewni utrzymanie jeszcze chociaż jednemu nieżonatemu mężczyźnie. Omawiały tę kwestię wszystkie moje ciotki, omawiali wujowie, jak gdyby wybierali dla mnie gimnazjum, i w końcu wszyscy z bardzo poważnymi i niepewnymi minami powiedzieli: „No… do-obrze”. Ojciec zgodził się wspierać mnie finansowo przez jeden rok i wiosną dwudziestego drugiego ‒ choć kilka razy z różnych przyczyn musiałem odkładać podróż ‒ przyjechałem do Nowego Jorku, jak mi się wtedy wydawało, na stałe.
Najlepiej byłoby wynająć mieszkanie w mieście, ale nadeszło już lato, a ja dopiero co przybyłem z krainy rozległych przydomowych ogrodów i życzliwych drzew, więc kiedy pewien mój młody kolega z pracy zaproponował, żebyśmy wspólnie wynajęli dom w jakiejś podmiejskiej dziurze, uznałem, że to świetny pomysł. Kolega znalazł dom, sfatygowany tandetny bungalow za osiem dych miesięcznie, jednak w ostatniej chwili kierownictwo firmy przeniosło mojego niedoszłego współlokatora do Waszyngtonu, zamieszkałem więc na przedmieściach sam. Miałem psa – to znaczy przez kilka dni, dopóki nie uciekł – starego dodge’a i pochodzącą z Finlandii służącą, która słała mi łóżko, przygotowywała śniadanie i pomrukiwała do siebie jakieś fińskie mądrości nad kuchenką elektryczną.
Czułem się samotny przez dzień albo dwa, ale pewnego ranka zatrzymał mnie na drodze człowiek, który najwyraźniej przyjechał tutaj jeszcze później niż ja.
– Jak dostać się stąd do West Egg?3 – zapytał bezradnie.
Wytłumaczyłem mu. I idąc dalej, nie czułem się więcej samotny. Stałem się przewodnikiem, pionierem, pierwszym osadnikiem. Ten człowiek mimo woli obdarzył mnie znamienną dla tej okolicy swobodą.
A zatem gdy przyszło słońce, a wielkie pąki liści eksplodowały na drzewach tak szybko, jak rosną różne rzeczy w odtwarzanych w przyspieszonym tempie filmach, wróciło do mnie znajome przekonanie, że razem z latem zaczyna się od nowa także życie.
Było na przykład mnóstwo lektur do przeczytania, a z tutejszego świeżego, dechodajnego powietrza mogłem wycisnąć dla siebie dużo pięknego zdrowia. Kupiłem kilkanaście książek o bankowości, kredytach i papierach wartościowych – stanęły na mojej półce oprawne w czerwień i złoto niczym nowy pieniądz prosto z mennicy, obiecując, że ujawnią mi swoje połyskliwe tajemnice, znane wcześniej jedynie Midasowi, Morganowi i Mecenasowi. Żywiłem też poważne zamiary przeczytania wielu innych dzieł. Na studiach dość chętnie zajmowałem się literaturą – któregoś roku napisałem szereg bardzo podniosłych i naiwnych wstępniaków dla „Yale News” – i teraz chciałem powrócić do tego rodzaju zajęć, by znowu stać się najbardziej ograniczonym intelektualnie ze wszystkich specjalistów, czyli człowiekiem „ogólnie wykształconym”. Nie jest to wyłącznie epigramat – życie widać przecież daleko lepiej, jeśli się je ogląda tylko z jednego okna.
Zrządzenie losu sprawiło, że wynająłem dom w okolicy zamieszkanej przez jedną z najdziwniejszych społeczności Ameryki Północnej. Stał na tej leżącej na wschód od Nowego Jorku wysmukłej, rozpustnej wyspie, na której obok innych ciekawostek przyrodniczych można znaleźć również dwie niezwykłe formacje ziemne. Oto w odległości dwudziestu mil od miasta w najbardziej ucywilizowany słony akwen na półkuli zachodniej – w wielkie mokre obejście cieśniny Long Island – wcinają się dwa olbrzymie jaja, identyczne w kształcie i przedzielone tylko czymś, co kurtuazyjnie można by nazwać zatoką. Formacje te nie przybierają postaci idealnie owalnej – podstawy mają spłaszczone niczym jajko Kolumba – lecz ich fizyczne podobieństwo z pewnością stanowi źródło nieustannego zdziwienia przelatujących wyżej mew. Dla stworzeń bezskrzydłych natomiast zjawiskiem bardziej zastanawiającym są różnice dzielące West i East Egg pod każdym innym względem niż ich wielkość i forma.
Mieszkałem w West Egg, czyli… – no, w mniej modnym z tych dwóch miasteczek, choć jest to wyjątkowo powierzchowne określenie dziwacznego i więcej niż nieco niesamowitego kontrastu między nimi. Mój dom stał na samym krańcu jajka, zaledwie pięćdziesiąt jardów od brzegu cieśniny, wepchnięty pomiędzy dwie olbrzymie wille wynajmowane na lato, pierwsza za dwanaście, druga za piętnaście tysięcy dolarów. Willa po prawej stronie była wedle wszelkich standardów kolosalnym gmaszyskiem – kopią jakiegoś normandzkiego Hôtel de Ville z nowiuteńką boczną wieżą pod rzadkim zarostem bluszczu, z marmurowym basenem i ponad czterdziestoakrowym ogrodem. Okazało się później, że to posiadłość Gatsby’ego. A raczej, jako że wtedy pana Gatsby’ego jeszcze nie znałem, posiadłość zamieszkana przez jegomościa noszącego to nazwisko. Mój dom był szkaradzieństwem, lecz szkaradzieństwem nieznacznym, o którym zapomniano, miałem więc widok na morze oraz częściowo na ogród sąsiada, a także cieszyłem się krzepiącą bliskością milionerów – i wszystko to za jedyne osiemdziesiąt dolarów miesięcznie.
Na drugim brzegu pasa wody kurtuazyjnie nazywanego zatoką wznosiły się białe pałace modnego East Egg, a opowieść o wydarzeniach tamtego lata zaczyna się właściwie wieczorem w dniu, gdy pojechałem na kolację do mieszkających w tym miasteczku Toma Buchanana i jego żony. Daisy była moją daleką kuzynką w bocznej linii, a Toma znałem ze studiów. Zaraz po wojnie gościłem u nich w Chicago przez dwa dni.
Mąż Daisy – mający na koncie liczne sukcesy o charakterze sportowym (należał między innymi do najsilniejszych końcowych w dziejach futbolu uniwersyteckiego w New Haven) – był w pewnym sensie postacią znaną w całym kraju, jednym z tych mężczyzn, którzy w wieku dwudziestu jeden lat osiągają tak przeraźliwie ograniczoną doskonałość, że wszystko, co zdarza się później, pachnie rozczarowaniem. Pochodził z niezwykle zamożnej rodziny – nawet na uniwersytecie wypominano mu, że się nie liczy z pieniędzmi – porzucił jednak Chicago i przyjechał na Wschodnie Wybrzeże z fasonem, który naprawdę zapierał ludziom dech w piersiach; na przykład sprowadził z Lake Forest całą stadninę kuców do gry w polo. Trudno było sobie wyobrazić, że młodego człowieka z mojego pokolenia jest stać na coś takiego.
Dlaczego Tom i Daisy przyjechali na Wschodnie Wybrzeże, nie wiem. Wcześniej bez żadnego szczególnego powodu spędzili rok we Francji, a potem niespokojnie włóczyli się wszędzie tam, gdzie ludzie grywali w polo i mogli wspólnie cieszyć się swoim bogactwem. Daisy powiedziała mi przez telefon, że przeprowadziła się z mężem do East Egg na stałe, ale nie dałem jej wiary; nie wiedziałem, co się dzieje w sercu mojej kuzynki, wyczuwałem jednak, że Tom będzie dalej krążył po świecie, bez końca i z niejakim smutkiem poszukując czegoś na kształt dramatycznej burzliwości któregoś z bezpowrotnie już minionych meczów futbolowych.
Tak więc pewnego ciepłego i wietrznego dnia pojechałem samochodem do East Egg na spotkanie z dwojgiem starych znajomych, których jednak prawie wcale nie znałem. Ich dom okazał się jeszcze wykwintniejszy, niż sądziłem – była to wychodząca na zatokę wesoła czerwono-biała rezydencja w georgiańskim stylu kolonialnym. Ogrodowy trawnik brał początek na granicy plaży i biegł ku drzwiom frontowym przez ćwierć mili, przeskakując po drodze zegary słoneczne, ceglane chodniki i rozpłomienione klomby – a wreszcie dotarłszy do domu, jakby z rozpędu wspinał się na jego boczną ścianę soczystym dzikim winem. Fasadę przecinał szereg oszklonych drzwi, lśniących refleksami złota i szeroko otwartych na ciepłe wietrzne popołudnie, na ganku zaś stał na szeroko rozstawionych nogach Tom Buchanan w stroju do konnej jazdy.
Zmienił się od czasów New Haven. Teraz był krzepkim trzydziestolatkiem o włosach koloru słomy, dosyć ostro zarysowanych ustach i wyniosłej postawie. W jego twarzy dominowało dwoje aroganckich błyszczących oczu, nadając mu taki wygląd, jak gdyby bez przerwy napastliwie pochylał się do przodu. Nawet zniewieściały styl jeździeckiego stroju nie mógł zamaskować potężnej siły cielska Buchanana – wydawało się, że lśniące wysokie cholewki jego butów są rozepchnięte pod kolanem tak, że aż napinają się sznurowadła, a kiedy poruszał ramieniem, dało się zauważyć, jak pod cienką kurtką gra wielki kłębek mięśni. Było to ciało zdolne do gigantycznego wysiłku – ciało okrutne.
Aurę swarliwości, którą emanował Tom, wzmacniał również jego głos – chrapliwy, gburowaty tenor. Pobrzmiewała w nim nuta protekcjonalnej pogardy nawet wobec ludzi, darzonych przez niego sympatią – a w New Haven studiowali też faceci, którzy serdecznie go nienawidzili.
„Więc niech ci się nie zdaje – zdawał się mówić – że moje zdanie w tej kwestii zamyka sprawę wyłącznie dlatego, że jestem silniejszy i bardziej męski od ciebie”.
Na ostatnim roku należeliśmy do tej samej organizacji studenckiej i chociaż nigdy nie byliśmy z sobą zbyt blisko, zawsze miałem wrażenie, że Tom mnie akceptuje i z jakimś kostycznym, wyzywającym i specyficznym dla niego smutkiem chce, żebym go polubił.
Rozmawialiśmy przez kilka minut na słonecznym ganku.
– Mam tu przyjemny domek – powiedział, niespokojnie strzelając wokół oczami.
Obrócił mnie jedną ręką, a potem szeroką dłonią wskazał rozciągający się przed nami widok, obejmując tym gestem położony w czymś w rodzaju dolinki ogród w stylu włoskim, pół akra gęstych, intensywnie pachnących róż, a także podskakującą na przybrzeżnych falach motorówkę z zadartym dziobem.
– Należał wcześniej do Demaine’a, tego nafciarza. – Obrócił mnie ponownie w drugą stronę, grzecznie, ale gwałtownie. – Chodźmy do środka.
Wysokim korytarzem weszliśmy do jasnego, różanego pomieszczenia, ograniczonego w ramach domu dwojgiem kruchych oszklonych drzwi z jednej i drugiej strony. Otwarte na przestrzał lśniły bielą na tle świeżej murawy, zdającej się wręcz wrastać do pokoju. Przeciąg wsysał zasłony do środka przez jedne drzwi, a przez drugie wydymał je na zewnątrz niczym wyblakłe flagi, które wykręcał wewnątrz w górę ku lukrowanemu tortowi sufitu i marszczył nad dywanem barwy wina, kładąc na nim ich cienie jak wiatr na morzu.
Jedynym całkowicie nieruchomym przedmiotem w pokoju okazała się olbrzymia kanapa; niczym w zacumowanym balonie kołysały się na niej dwie młode kobiety, obie w białych sukienkach, fałdujących się i trzepoczących, jak gdyby przeciąg właśnie wwiał tu te dziewczyny z powrotem po szybkim okrążeniu domu. Na pewno przez kilka chwil stałem, przysłuchując się przypominającym odgłosy bicza świstom i trzaskom zasłon oraz jękom wiszącego na ścianie obrazu. Następnie, gdy Tom zatrzasnął tylne drzwi, rozległ się huk; uwięziony wiatr przygasał w kątach pokoju, a zasłony, dywany i młode kobiety powoli spłynęły niżej balonowym lotem.
Młodszej nie znałem. Leżała wyciągnięta z jednej strony kanapy, całkowicie bez ruchu i z nieznacznie uniesionym podbródkiem, jakby próbowała utrzymać na nim coś, co w każdej chwili mogło z łatwością spaść. Jeśli zauważyła mnie kątem oka, nie dała tego po sobie poznać – i właściwie tak mnie tym zaskoczyła, że omal nie wybąkałem przeprosin, bo wchodząc do pokoju przecież jej przeszkodziłem.
Druga dziewczyna, Daisy, spróbowała wstać; pochyliła się nieznacznie naprzód ze znamionującym obowiązkowość wyrazem twarzy, po czym zaśmiała się absurdalnym, uroczym i cichym śmiechem; ja również się roześmiałem i wszedłem dalej do środka.
– Jestem po… porażona ze szczęścia.
Znowu zaczęła się śmiać, jak gdyby powiedziała coś bardzo błyskotliwego, i przez chwilę przytrzymała moją dłoń w uścisku, patrząc mi w oczy i jakby przysięgając, że nikogo na świecie nie chciała w tej chwili zobaczyć tak bardzo jak mnie. Taka już była, i tyle. Podpowiedziała mi szeptem, że nazwisko dziewczyny próbującej utrzymać coś na podbródku brzmi Baker (dochodziły mnie słuchy, że Daisy szepcze tylko po to, aby ludzie się do niej nachylali; niestosowna uszczypliwość, nie zmniejszająca jednak uroku szeptu mojej kuzynki).
Tak czy owak usta panny Baker poruszyły się, a ona niemal niedostrzegalnie skinęła mi głową, po czym szybko ponownie przechyliła się w tył – to, co usiłowała utrzymać na podbródku, najwyraźniej trochę się zachwiało, więc jakby obleciał ją strach. Na usta znów cisnęło mi się coś w rodzaju przeprosin – prawie każda manifestacja całkowitej niezależności skłania mnie do pełnych zdumienia hołdów.
Popatrzyłem jeszcze raz na Daisy, która zaczęła zadawać mi pytania tym swoim niskim, fascynującym głosem. Słuch podąża za nim w górę i w dół, jak gdyby każda wypowiedź mojej kuzynki składała się z takiego układu nut, którego już nikt nigdy więcej nie zagra. Daisy miała smutną, prześliczną i niepozbawioną oznak inteligencji twarz, inteligentne oczy oraz inteligentne, namiętne usta, w jej głosie pobrzmiewało natomiast uniesienie, którego zainteresowani nią mężczyźni na ogół nie potrafili zapomnieć: jakaś śpiewna kompulsja, wypowiedziane szeptem słowo „Słuchaj”, przysięga, że dosłownie przed chwilą robiła różne frapujące, rozwiązłe rzeczy, które zrobi znów zaraz, lada chwila.
Powiedziałem, że w drodze na Wschodnie Wybrzeże spędziłem dzień w Chicago i że kilkanaście osób przesyła jej stamtąd za moim pośrednictwem serdeczne pozdrowienia.
– Tęsknią za mną?! – zawołała euforycznie.
– Całe miasto jest niepocieszone. Lewe tylne koła wszystkich samochodów pomalowano na znak żałoby na czarno jak wieńce pogrzebowe, a wzdłuż północnego brzegu jeziora przez całą noc bez przerwy słychać lament.
– Ależ cudnie! Wracajmy tam, Tom. Jutro! – Po chwili dodała od rzeczy: – Musisz zobaczyć małą.
– Chętnie.
– Śpi. Ma trzy latka. Nie widziałeś jej jeszcze?
– Nie.
– No to musisz zobaczyć. Jest…
Krążący nerwowo po pokoju Tom zatrzymał się i położył mi dłoń na ramieniu.
– Gdzie robisz, Nick?
– W obligacjach.
– Dla kogo?
Powiedziałem mu.
– Nie słyszałem o tej firmie – rzucił zdecydowanie.
Zirytowało mnie to.
– Jeszcze usłyszysz – odparłem lakonicznie. – Jeżeli zostaniesz w Nowym Jorku.
– Och, zostanę, nie martw się – odpowiedział, zerkając na Daisy i z powrotem na mnie, jak gdyby się spodziewał, że dodam coś więcej. – Byłbym skończonym idiotą, gdybym zamieszkał gdzie indziej, niech mnie cholera weźmie.
Wtedy odezwała się panna Baker: „Absolutnie!” – z taką gwałtownością, że aż drgnąłem. Było to pierwsze słowo, które wypowiedziała, odkąd wszedłem do domu. Zdziwiło ją to najwyraźniej tak samo jak mnie, bo ziewnęła, po czym wykonując kilka szybkich, zgrabnych ruchów, majestatycznie wstała.
– Zdrętwiałam – poskarżyła się. – Sama już nie wiem, jak długo przeleżałam na tej kanapie.
– Na mnie nie patrz – odparła Daisy. – Przez całe popołudnie próbowałam cię wyciągnąć do Nowego Jorku.
– Dziękuję, nie skorzystam – zwróciła się panna Baker do czterech koktajli, które właśnie przyniesiono z kuchni. – Ja przecież ciężko trenuję, absolutnie.
Gospodarz spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Akurat! – Wypił swojego drinka, jak gdyby miał zaledwie kropelkę na dnie szklanki. – Nie rozumiem, jak to możliwe, że w ogóle czasem udaje ci się coś zrobić.
Spojrzałem na pannę Baker, zastanawiając się, co ona „czasem robi”. Patrzyłem na nią z przyjemnością. Była smukłą dziewczyną o drobnych piersiach i nosiła się prosto, co podkreślała, ściągając ramiona do tyłu niczym młody kadet. Jej szare, zmęczone od słońca oczy odpowiedziały mi z uprzejmą, odwzajemnioną ciekawością malującą się na wymizerowanej, czarującej i rozgoryczonej twarzy. Uświadomiłem sobie, że już ją gdzieś widziałem, osobiście albo na jakimś zdjęciu.
– Mieszkasz w West Egg – zauważyła wzgardliwie. – Mam tam znajomego.
– Nie znam w West Egg ni…
– Gatsby’ego na pewno znasz.
– Gatsby’ego? – spytała Daisy. – Jakiego Gatsby’ego?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że chodzi o mojego sąsiada, zostaliśmy poproszeni do stołu; wpychając mi rozkazująco pod pachę swoje ramię o napiętych mięśniach, Tom wyprowadził mnie z pokoju tak, jak gdyby przesuwał pionek z jednego pola warcabnicy na drugie.
Dwie młode kobiety z rękami lekko opartymi na biodrach ruszyły wysmukle i leniwie przodem na wychodzący na zachód słońca różany taras, gdzie na stole migotały poruszane coraz słabszym wiatrem płomienie czterech świec.
– Po co nam świece? – zaprotestowała Daisy, marszcząc brwi. Zdusiła płomyki palcami. – Za dwa tygodnie przyjdzie najdłuższy dzień roku. – Spojrzała na nas promiennie. –Wypatrujecie zawsze najdłuższego dnia w roku, a potem go przegapiacie? Bo ja to zawsze wypatruję najdłuższego dnia w roku, a potem go przegapiam.
– Powinniśmy coś sobie zaplanować – ziewnęła panna Baker, siadając przy stole tak, jak gdyby się kładła do łóżka.
– Dobrze – odrzekła Daisy. – Ale co? – Odwróciła się bezradnie do mnie. – Co ludzie sobie planują?
Zanim odpowiedziałem, Daisy z przestraszoną i zdumioną miną skupiła wzrok na swoim małym palcu.
– Popatrzcie! Boli – poskarżyła się.
Przyjrzeliśmy się palcowi; był siny wokół kostki.
– To twoja sprawka, Tom – stwierdziła oskarżycielsko moja kuzynka. – Wiem, że nie chciałeś, ale to twoja sprawka. Oto nagroda za poślubienie takiej męskiej bestii, takiego wielkiego, potężnego, niezdarnego przedstawiciela…
– Niezdarnego… Nie cierpię, jak tak mówisz – zaprotestował urażony Tom. – Nawet w żartach.
– Niezdarnego – powtórzyła z uporem jego żona.
Daisy i panna Baker mówiły chwilami jedna przez drugą, na stronie i z żartobliwą nielogicznością, która nigdy nie przechodziła jednak w paplaninę, ich rozmowa była tak samo chłodna, jak białe sukienki i bezduszne, pozbawione wszelkich oznak pożądliwości oczy. Dziewczyny siedziały z nami, akceptowały obecność Toma i moją i podejmowały wyłącznie miłe, uprzejme wysiłki, by nas zabawiać albo żebyśmy my je zabawiali. Wiedziały, że kolacja niedługo się skończy, tak jak chwilę później skończy się także ten wieczór, po czym zostanie obojętnie odsunięty w niepamięć. Zdecydowanie inaczej niż na Środkowym Zachodzie, gdzie od pierwszego do ostatniego etapu kolacji wszyscy popędzali wieczór ku końcowi z nigdy niespełnionymi nadziejami albo po prostu z nerwowym przerażeniem, które wzbudzała w nich myśl o jego finale.
– Przy tobie, Daisy, czuję się jak dzikus – przyznałem, pijąc drugi kieliszek zalatującego korkiem, chociaż poza tym zupełnie niezłego klareta. – Nie mogłybyście porozmawiać o żniwach albo czymś w tym guście?
Nie miałem na myśli niczego konkretnego, lecz moje słowa zostały podchwycone w nieoczekiwany sposób.
– Nasza cywilizacja się sypie – wybuchnął gwałtownie Tom. – Staję się w tych sprawach okropnym pesymistą. Czytałeś The Rise of the Colored Empires niejakiego Goddarda?4
– Prawdę mówiąc, nie – odparłem nieco zdziwiony tonem jego głosu.
– No więc to dobra książka i każdy powinien ją przeczytać. Jej główna teza powiada, że jeżeli nie będziemy się pilnować, to biała rasa zostanie… zostanie całkowicie zdominowana. Wszystko to są rzeczy naukowe… dowiedzione.
– Tom zgłębia wielkie mądrości – zauważyła Daisy z niedelikatnym smutkiem. – Czyta poważne książki pełne różnych długich słów. Co to było za słowo, które…
– Bo to są co do jednej książki naukowe – nie ustępował Tom, popatrując na żonę ze zniecierpliwieniem. – A ten gość dokładnie rozgryzł problem. Ponieważ należymy do rasy dominującej, powinniśmy mieć się na baczności, inaczej władzę nad światem przejmą inne rasy.
– Musimy je wypalić żywym ogniem – szepnęła Daisy, okrutnie puszczając oko do płomiennego słońca.
– Powinniście zamieszkać w Kalifornii… – zaczęła panna Baker, ale Tom przerwał jej, ociężale zmieniając pozycję na krześle.
– Teza tej książki mówi, że należymy do rasy nordyckiej. Ja, ty, ty i… – Po nieskończenie krótkiej chwili wahania z lekkim skinieniem głowy dodał też imię Daisy, a ona znowu mrugnęła porozumiewawczo, tym razem do mnie. – …I to my wytworzyliśmy te wszystkie rzeczy, które się składają na cywilizację… och, czyli naukę, sztukę i w ogóle. Rozumiecie?
W sposobie myślenia Toma było coś żałosnego, jak gdyby jego zadowolenie z siebie, większe niż dawniej, już mu nie wystarczało. Gdy niemal w tym samym momencie w głębi domu zadzwonił telefon i lokaj pozostawił nas samych na tarasie, Daisy skorzystała z chwili przerwy, żeby się do mnie nachylić.
– Zdradzę ci pewną rodzinną tajemnicę – szepnęła entuzjastycznie. – Chodzi o nos naszego lokaja. Czy chcesz posłuchać historii o nosie lokaja?
– A niby po co dziś do was przyjechałem?
– No więc ten facet nie zawsze był lokajem. Kiedyś pracował jako czyściciel sreber dla jakichś ludzi w Nowym Jorku. Mieli srebrną zastawę na dwieście osób, a on ją polerował od rana do wieczora, aż wreszcie zaczął od tego chorować na nos…
– I jego stan pogarszał się coraz bardziej… – podsunęła panna Baker.
– Tak. Jego stan pogarszał się coraz bardziej, aż w końcu musiał zrezygnować z pracy.
Ostatnie promienie słońca z romantyczną czułością dotknęły rozpromienionej twarzy Daisy; jej głos kazał mi pochylić się bez tchu, kiedy słuchałem – potem blask przygasł, a promienie kolejno z żalem porzucały dziewczynę, ociągając się jak dzieci, które z nadejściem zmierzchu muszą opuścić miłą im ulicę.
Lokaj wrócił i szepnął coś z bardzo bliska do ucha Tomowi, który zmarszczył brwi, odsunął krzesło i bez słowa wszedł do domu. Jak gdyby jego nieobecność przynagliła ją w duchu, Daisy znowu nachyliła się do mnie, a jej głos aż jarzył się i śpiewał.
– Jestem wniebowzięta, że mogę cię zobaczyć przy moim stole, Nick. Przypominasz mi… różę, absolutnie. Prawda, że on jest jak róża? – O potwierdzenie Daisy zwróciła się do panny Baker. – Jak róża, absolutnie?
Była to nieprawda. Ani trochę nie przypominam róży. Daisy po prostu gadała, co jej ślina na język przyniosła, biła od niej jednak poruszająca serdeczność, jak gdyby ukryte w jednym z tych zdyszanych, poruszających słów serce dziewczyny wyrywało się do ludzi. Po chwili nagle odrzuciła serwetkę na stół, powiedziała „przepraszam” i weszła do domu.
Panna Baker i ja wymieniliśmy spojrzenie, krótkie i celowo pozbawione znaczenia. Już miałem się odezwać, kiedy dziewczyna wyprostowała się czujnie i ostrzegawczym głosem powiedziała „Ćśś!”. Z pokoju dobiegał stłumiony, żarliwy szept, a panna Baker bezwstydnie wyciągnęła szyję, próbując podsłuchać małżonków. Szept balansował na granicy czytelności, przygasł, podekscytowany rozpalił się ponownie, aż wreszcie kompletnie ucichł.
– Ten pan Gatsby, o którym wspominałaś, to mój sąsiad… – zacząłem.
– Cicho. Chcę usłyszeć, co będzie.
– A co się dzieje? – zagadnąłem niewinnie.
– Chcesz powiedzieć, że nie wiesz? – spytała szczerze zdumiona. – Myślałam, że wszyscy wiedzą.
– Ja nie.
– No bo… – zawahała się. – Tom ma w Nowym Jorku jakąś kobietę.
– Ma kobietę? – powtórzyłem głucho.
Panna Baker skinęła głową.
– Mogłaby zachować choć tyle przyzwoitości, żeby nie dzwonić do niego w porze kolacji. Nie sądzisz?
Na chwilę zanim pojąłem, o co jej chodzi, rozległ się trzepot sukienki i chrzęst skórzanych butów, bo Tom i Daisy wrócili już do stołu.
– Mówi się trudno! – zawołała Daisy z nerwową wesołością.
Usiadła, zmierzyła badawczym spojrzeniem pannę Baker i mnie, a potem ciągnęła:
– Wyjrzałam na chwilę na zewnątrz i na dworze jest bardzo romantycznie. Na trawniku siedzi jakiś ptaszek, według mnie chyba słowik, który przypłynął tu statkiem5 należącym do Cunarda albo do White Star Line. Śpiewa jak szalony… – Po chwili dodała śpiewnie: – To jest romantyczne, prawda, Tom?
– Bardzo – odparł Buchanan, po czym zwrócił się do mnie zbolałym głosem: – Jeżeli po kolacji będzie jeszcze dość widno, chciałbym cię zabrać do stajni.
W domu zadzwonił telefon i wszyscy się wzdrygnęliśmy, a kiedy Daisy pokręciła głową, patrząc stanowczo na Toma, temat stajni, a właściwie wszystkie tematy, rozwiały się jak dym. Ze szczątków ostatnich pięciu minut przy stole pamiętam tylko, że znowu bezsensownie zapalono świece, a ja wiedziałem, że chcę patrzeć otwarcie na wszystkich, unikając jednak przy tym ich wzroku. Nie domyślałem się, o czym myślą Daisy i Tom, wątpię jednak, czy nawet panna Baker, najwyraźniej mistrzyni zuchwałego sceptycyzmu, była w stanie zapomnieć o przeraźliwej, metalicznej natarczywości piątego gościa Buchananów. Komuś o specyficznym usposobieniu taka sytuacja mogła wydawać się intrygująca – mnie instynkt podpowiadał jednak, że należałoby bezzwłocznie zadzwonić na policję.
Nie trzeba dodawać, że nie było już więcej mowy o koniach. Tom i panna Baker rozdzieleni wąskim pasem zmroku przeszli do biblioteki, jak gdyby mieli tam czuwać nad czyimiś jak najbardziej realnymi zwłokami, a ja – udając uprzejme zainteresowanie i lekkie problemy ze słuchem – obszedłem w ślad za Daisy ciągnące się wokół całego domu tarasy aż na ganek. Po chwili usiedliśmy w jego głębokim półmroku na wiklinowej kanapce, obok siebie.
Daisy ukryła twarz w dłoniach, jak gdyby badając palcami jej śliczne kształty, ale stopniowo zaczęła się wpatrywać coraz głębiej w aksamitny zmierzch. Zauważyłem, że targają nią burzliwe emocje, zadałem więc kilka uspokajających, jak sądziłem, pytań o córeczkę.
– Nie znamy się zbyt dobrze, Nick – powiedziała nieoczekiwanie. – Mimo że jesteśmy kuzynami. Nie przyjechałeś nawet na mój ślub.
– Wtedy byłem przecież jeszcze na wojnie.
– To prawda. – Zawahała się. – No tak, wiesz, spotykają mnie różne przykrości, i teraz podchodzę do wszystkiego cynicznie.
Najwyraźniej miała po temu powody. Czekałem, ale nie powiedziała nic więcej, po chwili nieco anemicznie powróciłem więc do tematu jej córki.
– Pewnie umie już mówić i… sama je i w ogóle.
– O, tak. – Popatrzyła na mnie z roztargnieniem. – Słuchaj, Nick, pozwól, że ci się przyznam, co powiedziałam, kiedy się urodziła. Chciałbyś to usłyszeć?
– Nawet bardzo.
– To ci uświadomi, dlaczego mam teraz taki stosunek do… życia. No więc mała była na tym świecie już od godziny, a Tom podziewał się jeden Bóg wie gdzie. Wybudziłam się po narkozie z eteru jakaś kompletnie bezwolna i z miejsca zapytałam pielęgniarkę, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Odpowiedziała, że dziewczynka, a ja odwróciłam się i zaczęłam płakać. „Dobrze”, powiedziałam. „Cieszę się. I mam nadzieję, że się okaże głupia… Bo dziewczynie na świecie będzie dobrze tylko wtedy, jeżeli zostanie piękną małą głuptaską”. Widzisz, wydaje mi się, że świat jest w ogóle straszny – ciągnęła z przekonaniem. – Wszyscy tak uważają… nawet ludzie najbardziej postępowi. A ja to po prostu wiem. Wszędzie już byłam, wszystko widziałam i wszystko robiłam. – Jej oczy błyskały buntowniczo na wszystkie strony, całkiem jak oczy Toma, a później Daisy roześmiała się z przeraźliwą pogardą. – Doświadczona… Boże, jaka ja już jestem doświadczona!
Gdy tylko jej głos ucichł i przestał przykuwać moją uwagę oraz budzić ufność, wyczułem fundamentalną nieszczerość tych słów. Popadłem w zakłopotanie, jak gdyby cały ten wieczór był swoistą sztuczką mającą wycisnąć ze mnie współczucie. Czekałem ‒ i oczywiście Daisy po chwili spojrzała na mnie z absolutnie afektowanym uśmieszkiem na swojej ślicznej twarzyczce, jak gdyby potwierdzając przynależność do jakiegoś może i znakomitego tajnego stowarzyszenia, do którego należała już od dawna wraz z Tomem.
Szkarłatny pokój rozkwitł światłem. Tom i panna Baker siedzieli w przeciwległych kątach długiej kanapy. Dziewczyna czytała mu „Saturday Evening Post” – szeptane, monotonne słowa układały się w kojącą melodię. Światło lampy, na butach Toma jaskrawe, ale przyćmione na kobiecych włosach koloru pożółkłych jesiennych liści, połyskiwało na papierze, gdy panna Baker odwracała stronę, a smukłe mięśnie jej ramion napinały się pod skórą.
Kiedy weszliśmy z Daisy do biblioteki, panna Baker podniosła dłoń, by nas na chwilę powstrzymać.
– Ciąg dalszy nastąpi – oświadczyła, rzucając tygodnik na stół – już w naszym najbliższym numerze.
Dodawała sobie animuszu, przebierając bez ustanku kolanem, a potem wstała.
– Dziesiąta – zauważyła, jak gdyby odczytując godzinę na suficie. – Pora, żeby taka grzeczna dziewczynka jak ja poszła już do łóżka.
– Jordan gra jutro w turnieju. W Westchester – wyjaśniła Daisy.
– Och… Ty jesteś Jordan Baker.
Zrozumiałem, dlaczego wydawała mi się znajoma. Jej twarz o przyjemnie pogardliwym wyrazie patrzyła na mnie już wcześniej z wielu rotograwiurowych zdjęć z imprez sportowych w Ashville, Hot Springs i Palm Beach. Słyszałem też o niej jakąś nieżyczliwą i niemiłą historyjkę, ale już dawno zapomniałem, o co tam chodziło.
– Dobranoc – odezwała się cicho. – Obudźcie mnie o ósmej, dobrze?
– Jeżeli wstaniesz.
– Wstanę. Dobranoc, panie Carraway. Do zobaczenia niebawem.
– Oczywiście – potwierdziła Daisy. – Właściwie wydaje mi się, że chyba zaaranżuję wasze małżeństwo. Wpadaj często, Nick, a ja w pewnym sensie… och… zrobię z was parę. Rozumiesz… będę was niby przypadkiem zamykać w szafach z bielizną, wypychać was razem na morze w jednej łódce i tak dalej…
– Dobranoc! – zawołała ze schodów panna Baker. – Ja nic nie słyszałam.
– Miła dziewczyna – powiedział po chwili Tom. – Nie powinni jej jednak pozwalać tak fruwać po całym kraju.
– Kto? – spytała zimno Daisy.
– Jej rodzina.
– Jej rodzina to ciotka, która ma pewnie jakiś tysiąc lat. Poza tym Nick się nią zaopiekuje. Prawda, Nick? Tego lata spędzi u nas niejeden weekend. Domowa atmosfera bardzo dobrze zrobi Jordan.
Daisy i Tom przez chwilę spoglądali po sobie w milczeniu.
– Pochodzi z Nowego Jorku? – zapytałem szybko.
– Z Louisville. Spędziłyśmy tam nasze niepokalane jak biel dziewczęce lata. Nasze piękne, niepokalane…
– Ucięłaś sobie z Nickiem pogawędkę od serca na werandzie? – zapytał nagle Tom.
– Ja? – Spojrzała na mnie. – Nie mogę sobie przypomnieć, ale wydaje mi się, że rozmawialiśmy o rasie nordyckiej. Tak, tego jestem pewna. Jakoś nas znienacka naszedł ten temat, aż tu nagle…
– Nie wierz we wszystko, co tu słyszysz, Nick – poradził mi Tom.
Odpowiedziałem beztrosko, że w ogóle nic nie słyszałem, i kilka minut później podniosłem się, by już pojechać do domu. Odprowadzili mnie do drzwi i stanęli ramię w ramię w wesołej plamie światła. Uruchomiłem silnik, gdy Daisy krzyknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu:
– Zaczekaj! Zapomniałam cię o coś zapytać, a to ważne. Słyszeliśmy, że masz narzeczoną na Środkowym Zachodzie.
– Tak jest. – Tom uprzejmie potwierdził jej słowa. – Słyszeliśmy, że się zaręczyłeś.
– To pomówienie. Jestem za ubogi na zaręczyny.
– Ale słyszeliśmy – upierała się Daisy i zaskoczyła mnie, bo znowu otwierała się jak kwiat. – Aż od trzech osób, czyli to musi być prawda.
Rzecz jasna wiedziałem, jaką narzeczoną mają na myśli, ale ani trochę nie byłem zaręczony. Jednym z powodów, dla których przyjechałem do Nowego Jorku, była zresztą plotka, która ogłaszała nasze zapowiedzi. Nie można zerwać ze starą przyjaciółką ze względu na pogłoski, lecz z drugiej strony nie zamierzałem pozwolić, aby pogłoski wepchnęły mnie w małżeństwo.
Zainteresowanie ze strony Toma i Daisy wzruszyło mnie i sprawiło, że mimo swojego statusu majątkowego stali mi się bliżsi – odjeżdżając, poczułem się jednak zdezorientowany i nieco zniesmaczony. Uważałem, że Daisy powinna wypaść z domu jak bomba z dzieckiem na rękach – lecz taka myśl najwyraźniej nawet nie postała jej w głowie. Co do jej męża, to fakt, że „ma w Nowym Jorku jakąś kobietę”, był tak naprawdę mniej zaskakujący niż depresja, w którą popadł Tom z powodu jakiejś książki. Coś popychało go do zabawy okruszynami zwietrzałych ideologii, jak gdyby jego czerstwy fizyczny egotyzm przestał dostarczać strawy apodyktycznemu sercu.
Na dachach przydrożnych knajp i przed warsztatami samochodowymi, gdzie w kałużach światła stały nowe czerwone dystrybutory paliwa, panowała pełnia lata. Kiedy dotarłem do swojego domu w West Egg, wjechałem najpierw pod wiatę, po czym przysiadłem na chwilę na porzuconym walcu do trawy. Wiatr ustał, pozostawiając po sobie hałaśliwą, jasną noc z łopotem skrzydeł wśród drzew i uporczywym organowym brzmieniem, bo pełne miechy ziemi nadmuchiwały żaby pełnią życia. W świetle księżyca zamajaczyła ruchoma sylwetka kota, a kiedy odwróciłem głowę, żeby na niego spojrzeć, zauważyłem, że nie jestem sam – pięćdziesiąt stóp dalej z cienia sąsiedniej willi wyłonił się jakiś człowiek, który teraz stał z rękami w kieszeniach, przyglądając się przypominającym ziarenka białego pieprzu gwiazdom. Coś w jego niespiesznych ruchach i pewnie rozstawionych na murawie nogach sugerowało, że jest to pan Gatsby we własnej osobie – wyszedł przed dom ustalić, która część naszego tutejszego nieba należy do niego.
Postanowiłem go zawołać. Panna Baker wspomniała o nim przy kolacji i to mi wystarczało, żeby się przedstawić. Nie zawołałem jednak, bo Gatsby nagle dał mi poznać, że woli zostać sam – osobliwym gestem wyciągnął ręce w stronę ciemnej wody i chociaż znajdowałem się dość daleko od niego, mógłbym przysiąc, że drży. Mimo woli spojrzałem na morze – nie zauważyłem jednak niczego poza pojedynczym zielonym światełkiem, maleńkim i bardzo odległym, które mogło wyznaczać kraniec przystani. Gdy ponownie zacząłem szukać wzrokiem Gatsby’ego, okazało się, że zniknął, a ja zostałem znów sam w niecichej ciemności.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Książę Buccleuch – szkocki tytuł stworzony dla Jamesa Scotta, księcia Monmouth (1649–1685), który ogłosił się królem Anglii i został później ścięty za zdradę stanu.
2 New Haven oznacza w Tym wielkim Gatsbym Uniwersytet Yale.
3 Pod tą nazwą kryje się miasteczko Great Neck na Long Island, gdzie rozgrywa się akcja powieści. Z kolei East Egg to Sands Point, miejscowość leżąca po drugiej stronie Manhasset Bay. „Egg” po angielsku to oczywiście „jajko”.
4 Aluzja do książki The Rising Tide of Color Against White World-Supremacy (1920) Lothropa Stoddarda (1883–1950), amerykańskiego dziennikarza i pisarza, przeciwnika masowego napływu emigrantów do USA, propagatora eugeniki i tezy o wyższości białej rasy nad rasami kolorowymi.
5 Zdanie to ma oczywiście romantyczny wydźwięk symboliczny, być może stanowi jednak także aluzję do działalności Eugene’a Schieffelina (1827–1906), amerykańskiego ornitologa amatora, który m.in. sprowadził europejskie szpaki do Ameryki Północnej (wypuścił je na wolność w nowojorskim Central Parku) i postanowił ponoć rozmnożyć w Stanach Zjednoczonych wszystkie ptaki wspomniane w dziełach Shakespeare’a – a zatem także słowiki. Schieffelin sprowadzał ptactwo do Nowego Jorku na statkach, lecz jego słowiki podobno nie zadomowiły się na Wschodnim Wybrzeżu.
Seria modernistyczna
Dotychczas w serii opublikowaliśmy:
F. Kafka,
Proces
, przeł. Jakub Ekier
C. Prichard,
Jedna księżycowa noc
, przeł. Marta Listewnik
J. Conrad,
Tajny agent
, przeł. Maciej Świerkocki
K. Mansfield,
Opowiadania
, przeł. Magda Heydel
D. Kosztolányi,
Złoty latawiec
, przeł. Irena Makarewicz
P.P. Pasolini,
Ulicznicy
, przeł. Katarzyna Skórska
S. Zweig,
Dziewczyna z poczty
, przeł. Karolina Niedenthal
J. Joyce,
Dublińczycy
, przeł. Zbigniew Batko
V. Woolf,
Pani Dalloway
, przeł. Magda Heydel
J. Conrad,
Nostromo
, przeł. Maciej Świerkocki
O. Stapledon,
Twórca gwiazd
, przeł. Maciej Świerkocki
F. S. Fitzgerald,
Ten wielki Gatsby
, przeł. Maciej Świerkocki
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdział I
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Epigraf
Meritum publikacji
