Ten pierwszy raz w Ornecie - Marta Fox - ebook + książka

Ten pierwszy raz w Ornecie ebook

Marta Fox

2,8

Opis

Nawet Marta nie wie, dlaczego przestała fotografować drzewa i kwiaty, a skupiła się na wilgotnych i zapuszczonych bramach, wypełniających ulice miast. Jej życie jest uporządkowane i spokojne: pomaga mężowi w prowadzeniu firmy, wychowuje syna, który postanowił spróbować swoich sił na emigracji. Dawna miłość do sztuki ustąpiła miejsca pragmatyzmowi. W pewnym momencie kobieta postanawia jednak opublikować swoje prace w internecie. Wkrótce dociera do niej wiadomość od dawnej miłości – Damiana. Mężczyzna wciąż pamięta ją, wakacje spędzone wspólnie w Ornecie i pewną bramę, która na zawsze połączyła ich ze sobą. Czy będzie w stanie wywrócić jej życie do góry nogami po tylu latach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ten pierwszy raz w Ornecie
Copyright © 2019 by Marta Fox (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga) Copyright © 2019 for this edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Projekt graficzny okładki: Artur Wiernicki
Wykonanie okładki: AdBigFish
Redakcja: Bożena Sęk
Korekta: Weronika Dapczyńska, Maria Buczkowska
ISBN: 978-83-8110-974-1
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.
.

Fabuła powieści jest fikcją literacką.

Opisane w książce sytuacje wydarzyć się mogły, czemu nie, ale to nie znaczy, że się wydarzyły. Podobnie rzecz się ma z istniejącymi w powieści osobami.

[...]

Zawsze przychodzą bogowie. Zstąpią

ze swoich machin – i jednych ocalą, a innych

gwałtownie a niespodzianie usuną ze sceny;

a gdy zaprowadzą jakiś porządek,

odejdą. – Potem zaś jeden będzie robił to,

a drugi tamto; z czasem jeszcze inni

będą robić swoje. I jeszcze raz wszystko zaczniemy.

Konstandinos Kawafis, Zstąpienie bogów,przeł. Zygmunt Kubiak

Rozdział 1

Fanaberia

Co przemilczane, przeistacza się w sekret i niekiedy nadchodzi dzień, kiedy w końcu zostaje opowiedziany.

Javier Marías, Serce tak białe,przeł. Carlos Marrodán Casas

W którejś z bram tkwi rozwiązanie, pomyślała pewnego wieczoru.

Czego rozwiązanie, nie wiedziała. Od tego czasu coś gnało ją ku bramom i żadnej nie przepuściła, każdą fotografowała. Bramy były konkretem, ale i symbolem. Mogły stawać się piekłem i rajem. Chciała, by jej bramy były oczekiwaniem. Na co, nie wiedziała. Była gotowa czekać, choć nie na karę, jak Lot w bramie Sodomy. Wolała witać nadzieję, zamiast żegnać cokolwiek. Wolała, by z nieba spadła na nią manna, a nie grad pomst. Wolała bramę tryumfu, wolności i poznania od bramy klęski.

Marta nie potrafiła zrozumieć, skąd wzięła się w niej ta mroczność i nieobecny dotąd patos. I dlaczego polubiła coś, od czego do tej pory stroniła, dlaczego z dnia na dzień przestała fotografować drzewa i skupiła się na ciemnych stronach miasta, odrapanych murach, balkonach, podwórkach, na zapomnianych zakątkach i zaułkach. Dlaczego pleśń pociągała ją bardziej niż zieleń. Nie pojmowała, skąd brały się w jej głowie biblijne frazy i rytmy. Ani dlaczego codzienność przestała jej wystarczać.

Przeglądała fotografie, poddawała je obróbce, wykorzystując do tego jeden z ostatnio testowanych programów, który już w miarę opanowała technicznie. Dopiero w komputerze dostrzegała w murach ciekawe detale, rzeźbienia, okucia, czasem napisy wyżłobione przez kogoś, kto, może jak ona, stał w tej samej bramie, oczekując zgoła czegoś innego.

Adam nie od razu zapytał, po co jej te bramy.

Nie powiedział: Lepiej fotografuj dalej kwiaty i drzewa. Po cichu żałował, że ten okres żona ma już za sobą. Teraz i on przyglądał się bramom niczym Sherlock Holmes ofiarom i zebranym dowodom. Kiwał głową, czasem cmokał dobrodusznie jak dziadunio z zadowoleniem odkrywający pasję ukochanej wnuczki. Wspierał żonę, podziwiał i prorokował jej artystyczną przyszłość, choć dobrze wiedział, że jeśli robi się coś con amore, to nie myśli się o sukcesie, tylko o przygodzie.

Nie zdziwił się więc, kiedy Marta oświadczyła, że podzieli się swoją pasją z innymi. Wykupiła domenę i postanowiła uprawiać własną artystyczną działkę, ucząc się od podstaw nie tylko fotografii, bo jej już trochę liznęła, ale i prowadzenia strony internetowej, gdzie prócz publikowania własnych zdjęć pisała też teksty do bloga. Po co ci to? dopytywała młodsza siostra Dorotka, nijak nie potrafiąc zrozumieć ewidentnej straty czasu. Brawo, mama, napisał Kamil, syn. Od nadmiaru luksusu w głowie jej się poprzewracało, podsumowała matka.

Marta niewiele sobie robiła z tych uwag. Wzruszyła ramionami i skwitowała jednym słowem: fanaberia. Oczywiście liczyła po cichu na to, że ktoś dostrzeże jej dzieło, podzieli się refleksją. „Nawet haftowanie serwetek do szuflady nie miałoby sensu”, mawiała babcia Ludwika z Ornety, dlatego nie szczędziła swoich dzieł i ozdabiała nimi stoły i serwantki. Jeśli wnuki plamiły obrusy, nigdy nie zwracała im uwagi, nie złościła się, choć w tamtych czasach wywabianie plam było nie lada sztuką.

Tak się rozochociła w korzystaniu z możliwości Internetu, że założyła nawet profil na Facebooku. Namówił ją syn Kamil mieszkający od roku w Londynie.

– Życie jest na Facebooku – zażartował – a nie w domku z ogródkiem i widokiem na trzy wysokie brzozy.

Postanowiła spróbować, jakby przeczuwając, że nadarza się też okazja do bezkarnego podglądania syna i jego znajomych, komentowania fotek, które upubliczniali, prześcigania się w dowcipnych komentarzach i stylizowaniu na luzacką matkę, którą bynajmniej nie była. Ciągle przeżywała wyjazd jedynego syna w świat, jak to nazywała. Kamil nie wyjeżdżał z zamiarem emigracji, więc miała nadzieję, że posmakuje przygód, nabędzie doświadczeń i powróci.

Codziennie zamieszczała kilka zdjęć swojego autorstwa i na stronie internetowej, i na Facebooku. Ostatnio bramy i wejścia na stare podwórka, niekoniecznie zamykane, jak na przykład to odrestaurowane na ulicy Świętego Jana 10, które tak ją zaintrygowało, że poświęciła mu cały cykl. Pamiętała je z czasów, kiedy Kamil był małym chłopcem. Miała nadzieję, że i on je rozpozna i zareaguje. Kamil jednak nie komentował jej dokonań.

Nie wypisała na profilu pracodawców, bo co miała napisać? Prace, które wykonywała w przeszłości, były niewiele znaczącymi epizodami, zarchiwizowanymi bardziej dla świadczeń ubezpieczeniowych niż dla atrakcyjności CV, a praca, którą potulnie wykonywała od lat, ani trochę na nią nie narzekając, była zajęciem usługowym wobec firmy męża i nie miała nic wspólnego z jej wykształceniem humanistycznym.

Polubiła wyzwania związane z tym doświadczeniem. Ochoczo wgłębiała się w interpretacje przepisów zamieszczanych w dodatkach prawnych do niektórych gazet. Kiedy zdarzało jej się kontaktować z urzędem skarbowym czy Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, nie miała żadnych kłopotów z komunikacją i rozumieniem skomplikowanych procedur. Pomyślała nawet, że z księgowością jest teraz bardziej na bieżąco niż z kulturoznawstwem. Lubiła swoje zajęcia, które nazywała „środowiskiem optymalnym”. Nikt wprawdzie nie pojmował, co konkretnie ma na myśli, ale też nie zamierzała tłumaczyć się z braku wygórowanych ambicji czy w ogóle z ambicji, jak czasem sugerowała jej matka, z odejścia od zdobytych na studiach umiejętności i zmiany branży zawodowej.

Kiedy rodzinka i znajomi spostrzegali jej kreatywność, polegającą na umiejętności przekwalifikowania się zgodnie z wymogami rodzinnych potrzeb, uśmiechała się pełna podziwu dla siebie, potwierdzając, że jest księgową i sekretarką w firmie budowlanej męża, niestety. Nikt nie zwracał uwagi na słowo na końcu zdania ani na to, że Marta wypowiadała je przekornie i żartobliwie. Studia pozwoliły jej określić, jaka to część mowy, a znajomym najzwyczajniej umykał ten pozornie nieistotny przysłówek.

Dla niej ważne było, że prowadziła biuro mieszczące się w pokoju obok kuchni. Była wszechstronną i prawie perfekcyjną panią domu, potrafiącą połączyć pracę zawodową, przynoszącą konkretny zysk, z domowymi obowiązkami i w przeszłości z wychowywaniem syna, czego już wymierzyć w złotówkach nie zamierzała i nie próbowała.

Każdy może dojść do miejsca, którego się nie spodziewa.

W poniedziałek albo w piątek. Albo w każdym innym dniu. U niej to zdarzyło się w piątek. Na pewno w piątek. Marta nie miała wątpliwości, ponieważ właśnie w piątek przygody w jej życiu zaczynały się lub kończyły. Zmieniła swoje zwyczaje. Teraz najpierw zaglądała na Facebook, a potem do skrzynki pocztowej. Tego ranka w folderze „inne” znalazła wiadomość:

„Uwiodły mnie bramy, które fotografujesz. Czy pamiętasz tę w Ornecie i żar moich rąk? Bo Ty przecież jesteś Martą, dziewczyną w szyfonowej kwiecistej sukni, która wyślizgiwała mi się z rąk podczas zabawy w remizie? To ja, Damian, pamiętasz?”.

Zaskoczyło i podekscytowało ją pytanie o szyfonową sukienkę sprzed lat. Poczuła nagłe uderzenie gorąca, co ostatnio zdarzało jej się nie tylko z powodu nadmiernych emocji. Patrzyła w każde napisane przez Damiana słowo jak zaczarowana i upewniała się: Tak, to ja, to ja, dziewczyna, którą byłam, to na pewno ja.

Sukienka stanęła jej przed oczami, jakby się z nią nigdy nie rozstała. Pod wpływem krótkiego „pamiętasz?”, zobaczyła żywe kolory, wiotką fakturę, modny wówczas krój. Także siebie wirującą na parkiecie z Damianem. Na parkiecie? Raczej na betonowej posadzce w remizie strażackiej podczas wakacji, które spędzała u babci Ludwiki mieszkającej w Ornecie. Przyjechała na początku lipca, po maturze, a wyjechała jako studentka pierwszego roku kulturoznawstwa, bo pod koniec lipca otrzymała radosną wiadomość, że dostała się na studia dzienne.

Kiedy to dokładnie było? Próbowała szybko obliczyć. Jeśli teraz ma pięćdziesiąt jeden lat, to Kamil ma lat dwadzieścia osiem, urodziła go na czwartym roku studiów. Sukienka uszyta została w roku 1986, na komers po maturze. Minęło trzydzieści lat i za sprawą szyfonowej sukienki, która jak się okazało, utkwiła obojgu w pamięci, oraz modnego portalu społecznościowego Marta została odnaleziona przez „wakacyjną miłość”. Tak nazywała Damiana, choć niewiele było okazji do wspomnień od czasu, kiedy miłością najprawdziwszą i „na zawsze” stał się Adam, mąż.

Najpierw wysłała Damianowi zaproszenie do grona znajomych, potem napisała krótko: „Tak, to ja”. Wystarczy, przywołała się do porządku, nie warto mówić zbyt wiele. Wtedy jeszcze nie mogła wiedzieć, bo i skąd, ile zamieszania w jej spokojnym do tej pory życiu wywoła czasownik „pamiętasz” i krótka odpowiedź: „Tak, to ja”. Odeszła od biurka. Książkę o krwawej hrabinie, Elżbiecie Batory, odstawiła na półkę. To nie czas na jej czytanie, pomyślała, nie czas. Tę drugą, o Ornecie, już przeczytaną, pogłaskała po okładce, jakby i ona miała swój udział w tym, co zaczęło się dziać, i jakby dzięki niej przeszłość odżyła. Czasami trzeba podążać za książką, pomyślała.

Bramy wolała sobie nie przypominać.

Uczepiła się sukienki, by zagłuszyć lęk, który się w niej zagnieździł.

Wszystko, co tak skrzętnie w sobie ukryła, zaczynało się budzić.

Także to, czego nigdy nie powiedziała nikomu, nawet sobie.

Rozdział 2

Szyfonowa sukienka

W retrospekcji każdy najmniejszy szczegół wydaje się mieć decydujące znaczenie, ale rzeczy trzeba widzieć jak najprościej, w ich prawdziwym czasie, pozbawione przebrań, w jakie odziała je przyszłość.

Zeruya Shalev, Ból,przeł. Magdalena Sommer

W sukience przetańczyła na komersie jedną noc, wyprała ją, powiesiła w szafie. I kiedy już spakowała walizkę na długie wakacje, przypomniała sobie o niej i zdążyła dołożyć w ostatniej chwili przed wyjazdem.

Damiana poznała przez płot dzielący podwórko babci od sąsiedniego. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, tak jej się wówczas wydawało. Zrywała żółte porzeczki z krzaka, a Damian czereśnie w ogródku obok. Przywiózł matkę do przyjaciółki i planował tylko tygodniowy pobyt, ale szybko zmienił plany. Nagle okazało się, że wakacyjna praca, którą miał zaklepaną w Gdańsku, nie wypaliła. Natomiast dostał pracę od zaraz w nowym ośrodku zdrowia w Ornecie, w okienku rejestrującym pacjentów, co okazało się wymarzonym zajęciem dla studenta medycyny, jak wypominała mu z przekąsem matka, która liczyła na wakacje z przyjaciółką, a nie na rodzinne wczasy pod gruszą.

Damian był starszy od Marty o trzy lata, studiował i mieszkał w Gdańsku. Spędzili razem prawie dwa miesiące i więcej się nie spotkali. Nigdy. Teraz próbowała wejść na profil Damiana, ale konto na Facebooku miał solidnie zabezpieczone, większość informacji udostępniał tylko znajomym. Nie należała do nich, więc nie odczytała właściwie nic poza imieniem i nazwiskiem. Nie zamieścił też miniatury zdjęcia profilowego. W to miejsce wkleił fotkę starej bramy, podobnej do tej z ulicy Świętego Jana. Zdjęcie w tle ukazywało jasne niebo z pierzastymi chmurami. Ten nadmierny kamuflaż wydał jej się od razu dziwny, ale była tak podekscytowana, że nie zastanawiała się więcej nad tym – widocznie bardziej obeznani z siecią szczególnie chronią swoją prywatność, pomyślała, na co wiele już razy syn zwracał jej uwagę.

Poczuła się w miły sposób rozbita, wyrwana z kieratu codziennych przyzwyczajeń i skrupulatnie realizowanych punktów. Była już godzina dziesiąta. O tej porze zamykała skrzynkę pocztową po odprawieniu zawodowej korespondencji. Prywatne listy mało kto do niej pisał, a jeśli, to nie wcześniej niż koło godziny jedenastej. To była pora, kiedy koleżanki, pracujące na państwowych posadach, robiły sobie przerwę na rozsyłanie komputerowych prezentacji albo prywatnych fotek ukazujących ich radosną i niczym niezmąconą rodzinną sielankę.

Śmieszyło ją to, nawet złościło czasami, ale nie komentowała. Prezentacje od razu wyrzucała do kosza, bez otwierania załączników. Czasem któraś próbowała ją zagadać na facebookowym czacie, nie odzywała się jednak. Kiedyś odpisała: „Nie przeszkadzaj, pracuję”. Tamta radośnie zareagowała: „Gratuluję, nareszcie poszłaś do pracy, będziesz jedną z nas”.

Nie sprostowała, że do pracy nie poszła, bo ma ją w domu. Żadna z koleżanek nie chciała uznać, że jej praca w domu też jest pracą, i wszystkie traktowały Martę jak niepracującą żonę przy mężu, czyli „leniwca” lub wyrachowaną cwaniarę, która nieźle się urządziła; choć nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie jej tego żałować, jeśli mąż znajdzie sobie młodszą, a ją zostawi.

W tej przestrodze było, rzecz jasna, złośliwe życzenie, by jej los się odmienił i by nareszcie poczuła, że o byt trzeba walczyć, a nie tylko chronić się pod parasolem męża. Nic dziwnego, że Marta rozluźniała więzi i jeszcze bardziej zaszywała się w domku z ogródkiem i trzema brzozami, co Kamil często podkreślał w rozmowach, jakby jemu również przeszkadzał status matki, która nie porwała się na zdobywanie świata i nie wybiła na samodzielność.

Oddaliła te myśli, teraz ważniejsza była szyfonowa sukienka na atłasowej podszewce. To w nią była ubrana, kiedy tańczyła z Damianem, przy obrotach wyślizgując mu się z rąk. Tak było. Wówczas bardzo ich to śmieszyło. Teraz pomyślała o sukience jak o znaku mającym moc przywoływania przeszłości. W czasie wakacji Damian namawiał, by przeniosła się na studia do Gdańska i by razem zamieszkali albo przynajmniej w pobliżu, dając sobie szansę na trwanie związku. Rodzice konkretnymi argumentami skutecznie wybili jej tę fanaberię z głowy. Nie zgodzili się płacić za stancję w obcym mieście, skoro w domu miała wikt i opierunek. A chłopak, przekonywali, jeśli kocha, to poczeka.

Być może poczekałby, gdyby Marta nie poznała po powrocie z wakacji Adama i gdyby nie wyszła za niego za mąż po niespełna trzech miesiącach znajomości. Dzięki małżeństwu wyprowadziła się z domu rodziców i rozpoczęła niezależne od nich życie, czego jej długo nie potrafili wybaczyć, bo wymarzyli dla córki inną przyszłość, którą czasem nazywali świetlaną, bliżej nie precyzując, co pod tym określeniem rozumieli. Na pewno jednak nie było to małżeństwo z pierwszym z brzegu chłopakiem, którego w przypływie złości i zacietrzewienia nazywali też pierwszym lepszym.

Nigdy nie żałowała swojej decyzji, a raczej spontanicznego poddania się wewnętrznemu głosowi. Zawsze murem stała po stronie męża, nie próbując nawet przekonywać rodziców, że Adam jest wartościowszy, niż im się wydaje. Była pewna, że to doceniał, choć niewiele o tym rozmawiali, przekonani, że lepiej energię spożytkować na zajmowanie się sobą niż oczekiwaniami rodziców.

Od czasu kiedy Kamil wyjechał do Londynu, przeszłość często do niej wracała. Może dlatego powrócił i Damian. Czuła, jakby czas się powtarzał, jakby nie płynął w linii prostej, wiodącej z przeszłości w przyszłość, ale kręcił się po tylko jemu wiadomej spirali. Podobne myśli znajdowała w „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna, czytanej jeszcze w czasie studiów, a niedawno w opowieści Tiziana Terzaniego „Koniec jest moim początkiem”. Dziwnym trafem wpadały jej w ręce książki lub wracała do takich, które korespondowały z jej bieżącymi rozmyślaniami. Nie kupowała ostatnio powieści, wolała wspomnienia, dzienniki, dzięki którym analizowała częściej swoje życie i dziwiła się, że mimo iż spędzone na własnym podwórku, miało wspólne punkty choćby z opowieścią przywołanego dziennikarza, reportera i obieżyświata.

Kiedyś ona uciekała z domu, teraz Kamil zrobił to samo, z tym że on do swojej ucieczki dorabiał filozofię wojownika chcącego poznać świat poza podwórkiem i brzozami. Minuty upływały, a Marta siedziała nieruchomo przed komputerem. Wypiła już drugą kawę z wysokociśnieniowego ekspresu i nie potrafiła zabrać się do pracy, choć w notatniku miała szczegółowo wypunktowane zadania i przesunięcie ich oznaczało lawinę opóźnień, co bynajmniej nie było w jej stylu, bo lubiła być na bieżąco i niczego nie odkładać.

Gdyby nie zajrzała na Facebook, po godzinie kończyłaby, co zaplanowała, a tak od dwóch godzin siedziała, rozmyślając o przeszłości, która przecież nie istnieje, bo jest tylko wspomnieniem uruchomionym przez pamięć, słowa, wreszcie przez wyobrażenie sukienki o pastelowych kolorach, pełnej dotknięć i wstydliwych westchnień. Wspomnienia nie są dostępne na rozkaz, pomyślała. Potrzebują czasem drobiazgu, by się otworzyć. Usłyszała głos babci Ludwiki, która potrafiła je wywoływać kulinarnymi konkretami: „Czy to czasem nie był ten dzień, kiedy jedliśmy kartofle w mundurkach oraz śledzie w śmietanie z cebulą i koperkiem w ogrodzie pod lipą?”. Marta zazwyczaj nie pamiętała, co jedli w tamtym dniu, który próbowała sobie przypomnieć, ani śledzi, ani kartofli nie pamiętała, z trudem nawet wyławiała z pamięci ową lipę, bardziej zapach jej kwiatów, które na początku lipca przyciągały pszczoły i kazały domownikom i przechodniom wciągać powietrze nosem, głęboko, wentylując płuca samym zdrowiem.

Sukienka musi gdzieś być, pomyślała, odstawiając do zmywarki filiżanki po kawie. Poszła do pokoiku na pięterku, który był uporządkowanym do przesady lamusem. Dawno tu nie zaglądała, więc kiedy stanęła w progu, zobaczyła prawdziwe archiwum życia.

Po co to komu? – zdumiała się, zobaczywszy, ile rzeczy zdążyła zgromadzić. Na przykład pudła z zabawkami. Mogłyby służyć wnukom, jeśli się ich doczeka. Ale też mogły cieszyć inne dzieci w rodzinie, gdyby nie gromadziła rzeczy dla przyszłości, która powinna nadejść, choć przecież nie wiadomo, czy na pewno z jej udziałem.

Omiotła spojrzeniem najwyższe półki. Wspięła się po drabinie i ściągnęła w dół dwa kartony w szaro-bordowe paski z napisem: „Czasy panieńskie”. Serce zabiło jej mocniej, bynajmniej nie z wysiłku. Poczuła, jakby zakradała się do tajemniczej skrytki, a przecież nie mogła tam znaleźć nic ponad to, co sama schowała.

Przejechała dłońmi po pokrywie kartonu, zgarnęła kurz. Zawahała się chwilę, zeszła na dół i z jednej z szuflad w kuchni wybrała dwie szmatki w różnych kolorach. Jedną zmoczyła pod kranem w letniej wodzie. Wróciła do lamusa i dokładnie wytarła zakurzone powierzchnie, potem przejechała suchą szmatką i dopiero wtedy, wziąwszy głęboki oddech, odważyła się podnieść pokrywy pudeł.

W pierwszym były ubrania, w drugim listy, kartki i różne gadżety, z których każdy miał swoją historię. Wyciągnęła sukienkę leżącą na wierzchu, z czarnego jedwabnego kaszmiru w drobne koralowe różyczki. Suknia miała osiemdziesiąt lat albo i więcej, należała do babci Ludwiki ze strony matki, tej z Ornety, wspominającej kartofle i śledzie, od dawna nieżyjącej. Pamiętała, jak babcia, widząc oczarowanie Marty Damianem i przygotowania do wyjścia na tańce, wyciągnęła suknię z kufra pod obrazem ze świętym Krzysztofem przenoszącym na ramieniu Pana i uśmiechając się do tylko jej znanych wspomnień, powiedziała: Teraz ty w niej paraduj i tańcz, Martusiu.

Nie ubrała się w nią wtedy, miała przecież swoją, szyfonową, modniejszą, tak jej się wtedy wydawało. Podziękowała babci, położyła suknię na dno walizki i dopiero po roku od ślubu Adam docenił jej urok. W czasach studiów paradowała w babcinej sukni z ochotą. Mąż nie szczędził jej komplementów, a poza tym suknia świetnie nadawała się na niezbyt oficjalne wyjścia.

Długość tuż za kolana, dekolt w szpic ozdobiony delikatnym żabotem, rękawy zwiewne, szerokie, poniżej łokcia. Miała pewność, że drugiej takiej nie będzie. I teraz nie powstydziłaby się jej żadna młoda dziewczyna ceniąca styl vintage. Marta zostawiła ją na pamiątkę po babci, zapewne też z nadzieją, że podaruje córce, ale urodziła syna, sprawiając niespodziankę i radość całej rodzinie, w której rodziło się więcej kobiet. Suknia nie miała wyraźnego zapachu, a jednak przywiała uśmiech i zapach perfum Venice firmy Yves Rocher, których Marta używała w młodych latach.

Zawsze czuła się związana ze zmarłą babcią, rodzina zauważała podobieństwa charakterów i zachowań, co niekoniecznie było przyjmowane życzliwie. Babcia Ludwika była wrażliwa, melancholijnie nastawiona do życia, którego nie miała ochoty wyciskać jak cytryny. Natomiast matka Marty chciała widzieć w córce kobietę bardziej przebojową od siebie, a nie żonę wpatrzoną w męża i oplatającą go jak bluszcz babciny ganek w Ornecie. Marta jednak nigdy nie czuła się bluszczem, co próbowała tłumaczyć, choć mijało się to z celem, bo matka i tak wiedziała swoje.

Gromadzenie rzeczy, bo a nuż się przydadzą, miała po babci. Matka często wyśmiewała jej zbieractwo, ale Marta odpowiadała wtedy babcinym: Jeść nie woła, niech zostanie. Poza tym, na szczęście, to ona byłą panią domu i mogła go urządzać wedle własnych pomysłów, nie bacząc na praktyczne uwagi matki. W zbieractwie była skrupulatna niczym w księgowości. Pudła stały opisane, poukładane rocznikami.

Wyciągała ciuchy po kolei, dopiero na samym dnie zobaczyła zwiniętą w kłębek szyfonową sukienkę na cieniutkich ramiączkach. Była leciutka jak puch, pomięta i dziwnie wyblakła. Niemożliwe, by kolory spłowiały, a jednak teraz wydały się mdłe. Może tylko intensywność i magia minionych chwil dodawały im blasku, powodując, że suknia w wyobrażeniach nadal błyszczała, pachniała, prowokowała, jakby żyła własnym życiem, gotowa przykuwać uwagę każdego, kto spojrzy i wysupła z niej historię dotyku, wibrujących oddechów, a może i obietnic.

Dwie sukienki.

Ta z jedwabiu, babcina, przywoływała spokój.

Szyfonowa, użyta na komers i tańce z Damianem, na odwrót, powodowała ściśnięcie w żołądku, suchość w ustach.

Przyłożyła ją do siebie.

Nawet nie próbowała wkładać – i bez przymiarki widziała, że dziewczyna, która w niej przetańczyła noc, zmieniła figurę. Niewiele więcej wprawdzie ważyła, ale inaczej rozłożyły się proporcje ciała. Ramiona stały się szersze, szyja krótsza, biust obfitszy, w niegdysiejszej talii osy przybyło centymetrów. Biodra i uda nadal miała szczupłe, co bynajmniej nie stawało się teraz atutem, bo wyrównywało posturę i odbierało sinusoidalne kształty. Nie robiła z tego problemu. Przyjmowała każdą zmianę zwyczajnie, bez buntu, bez strachu, raczej ze zdziwieniem, że upływający czas rządzi się po swojemu, nie pytając nikogo o zdanie.

Otworzyła kolejne pudło.

Znalazła w nim listy od przyjaciółki ze studiów, Alicji, laurki i kartki od Kamila pisane z kolonii i obozów, kilka listów od babci Ludwiki, muszelki znad polskiego morza i większe znad Śródziemnego, zapinki do włosów, stare szkolne legitymacje, jedyny namacalny dowód, że przed studiami miała też czas szkolny, o którym prawie nigdy nie wspominała, jakby przeżycia z tamtego okresu nie były godne przechowania.

Wśród listów był jeden jedyny od Damiana, krótki, ale celny, obliczony na to, by zabolał. Teraz wydał jej się odkryciem. Skoro go przechowała w tekturowym pudle, to znaczy, że był powód, aby tam na nią czekał. Nic przecież nie dzieje się przypadkiem, tak zatytułował jedną z książek Terzani, a to człowiek, w którego słowach Marta zaczytywała się od pół roku. Ile jeszcze minionych spraw czeka na powrót? Zamyśliła się. Potrzebna tylko odpowiednia chwila i przytaknięcie będące przyzwoleniem, a wtedy się rozpanoszą na nowo, odrdzewieją, choć zapewne ich blask nie będzie tym samym co dawniej, bo do tego byłego dojdzie ten wydumany przez minione lata, ten wyczytany, wypatrzony u innych, przekształcony i po swojemu zinterpretowany.

Patrzyła na wyrazy zapisane na kratkowanym papierze, który nie zmienił koloru, nie pożółkł ze starości. Czytała początek zdania i dopowiadała w myśli ciąg dalszy, jak wiersz, który raz zapamiętany, przyfruwa po latach, kiedy tylko usłyszy się pierwsze słowa. Znała list na pamięć, ale widocznie wolała go zapomnieć. Pamięć bywa egoistyczna i działa na własną korzyść, niby od niechcenia, bezwiednie, ale selekcjonuje, co zostawić, a co upchnąć w niedostępne zakamarki. Aż któregoś dnia pamięć emocjonalna, pobudzona strzępem papieru, dźwiękiem melodii czy zapachem, odgrzebuje te podziemne światy. I trzeba się z nimi zmierzyć, bo dłużej nie sposób udawać, że nie ma tego, co jest, nawet jeśli są to tylko zmory przeszłości.

„Dlaczego?” – dopytywał Damian w liście.

To było pytanie przewodnie. Nawet teraz, po trzydziestu latach, zadźwięczało w niej boleśnie. Zawsze wydawało jej się, że list był napisany z taktem, powściągliwie i jedyne, czego chciał Damian, to nie tyle zrozumieć dlaczego, ile wyjaśnienie usłyszeć od niej. Teraz zobaczyła, że dużo w nim było złości, a nawet szpil wbijanych tak, by bolało. Nawet tak, by straszyło. Damian bowiem nie tylko pytał, ale i groził pomiędzy wierszami, złorzeczył, prorokował, mówiąc o karze dosięgającej niewiernych.

Kiedy wakacje się skończyły, obiecali pisać do siebie i spotykać się tak często, jak im się uda. Wymienili może dwa, trzy listy, jakby z musu, tak to odczuwała. Potem Marta nie odpowiedziała na przysłaną kartkę. Ani na list. Miała powód podstawowy: Adama.

Wtedy Damian przyjechał.

Czekał w domu rodziców. Siostra Dorota, sojuszniczka, czatowała przed domem, by ją ostrzec. Marta wpadła w popłoch, stchórzyła. Wyręczyła się siostrą.

– Powiedz mu, że nie chcę się z nim spotykać, tylko tyle – poprosiła.

– Sama mu powiedz, on czeka – upierała się Dorota. – Nie wyjdzie, jeśli się z tobą nie zobaczy.

– Nie udźwignę tego, pomóż mi. Zafajdam sobie życie, jeśli teraz na niego spojrzę – błagała.

Dorota, młodsza od Marty o trzy lata, miała łzy w oczach.

– Nie wejdę do domu, póki on stamtąd nie wyjdzie – upierała się Marta.

– Damian jest taki przystojny, o wiele przystojniejszy od Adama. – Dorota użyła ostatecznego argumentu.

W odpowiedzi Marta zacisnęła mocniej usta. A w chwilę potem zasyczała babcinym powiedzonkiem:

– Z ładnej miski niekoniecznie lepiej smakuje.

– Nie rozumiem cię – powiedziała Dorota.

– Też siebie nie rozumiem – odpowiedziała Marta i pojechała do Alicji, przyjaciółki, która mieszkała w akademiku.

Tam spędziła noc, za co oberwała niezłe cięgi od rodziców. Bardziej rozłościł ich fakt, że na noc nie wróciła do domu, niż brak odwagi, który nie pozwolił jej rozmówić się z Damianem. Nazajutrz, po powrocie siostry, Dorota nie miała już w oczach łez, kiedy patrzyła na nią, tylko pogardę i lekceważenie. Przez kilka dni się nie odzywała. Potem tylko syknęła:

– Skrzywdziłaś go bardziej, niż ci się wydaje, przyjdzie ci to odpokutować.

Krótkim: „Nie kracz” Marta zamknęła rozmowę. Była już silniejsza o noc spędzoną z Alicją i o jej wsparcie.

– Co się stało? – zapytała Alicja, kiedy Marta rozdygotana stanęła w drzwiach jej pokoju w akademiku.

Przycupnęła wtedy na rogu tapczanu i siedziała nieruchomo przez kilka minut.

– Jak masz ochotę płakać, to płacz, nikomu nie powiem – zapewniła Alicja.

– Stchórzyłam, uciekłam przed Damianem, nie wiem, co więcej powiedzieć, by się usprawiedliwić. Chcę być z Adamem, z nim mogę budować życie, tak czuję.

– Spałaś z Damianem? – zapytała Alicja.

– Nie wiem.

– Jak to nie wiesz?

– Ale o co ci właściwie chodzi?

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi.

– Pytasz, czy z nim to zrobiłam?

Nie potrafiły rozmawiać o namiętności, to przyszło później, kiedy oswoiły się na tyle, by mówić nie tylko o sprawach, ale i o uczuciach. Teraz w zaimku „to” zamykały wtajemniczenia w seksualność, będącą na wielu płaszczyznach owocem zakazanym. Tamtego wieczoru Alicja próbowała ustalić fakty, bo wydawało jej się, że to w nich tkwi prawda.

– No dobra, trochę spałam.

– A ile to jest trochę?

– Nie męcz mnie. Powiem. Całowałam się z nim, pozwoliłam się dotykać, a w ostatnim dniu wakacji to się stało. W bramie w Ornecie.

– W bramie? Dlaczego w bramie, a nie w łóżku?

– Bo w bramie nie było łóżka.

Roześmiały się.

– I w tej bramie tak do końca?

– Jakoś tak wyszło, rach-ciach i po wszystkim. Zabolało, poszczypało i przestało.

– Powiedziałaś Damianowi, że go kochasz?

– Nie.

– Coś obiecałaś?

– Tylko tyle, że będę pisać listy, ale potem poznałam Adama, a nie umiem tak na dwa fronty.

– Głupio wyszło z Damianem – podsumowała Alicja – ale skoro nie mogłaś inaczej, to nie zadręczaj się, zapomnij.

Zapomniała, bo bardzo chciała zapomnieć.

Jeśli przypominała sobie tamto lato w Ornecie, to częściej w kontekście własnego tchórzostwa, a nie romantycznych chwil spędzanych w różnych miejscach ani podniet, które starała się poskromić. Nie miała już okazji odwiedzać Ornety, babcia zmarła, Marta nawet nie zdążyła przyjechać na jej pogrzeb, bo wakacje spędzała z mężem w Bułgarii. Dom został wydzierżawiony, potem sprzedany.

Z własnym tchórzostwem rozliczała się solidnie, choć powoli. Zdarzyło się kilka sytuacji, kiedy postanowiła, że już nie będzie uciekać ani chować głowy w piasek. Nie było to łatwe, ale robiła postępy. Kiedy nie potrafiła powiedzieć wprost, patrząc w oczy, zdobywała się na wyjaśnienia w liście. Po latach wiedziała, że nie można się zmienić raz na zawsze i od razu, trzeba codziennie po trochu.

Pod wpływem wspomnień uświadomiła sobie twardo, że nie wyzbyła się poczucia winy wobec Damiana, jedynie je zakopała. Mało tego. I z Adamem nie była do końca szczera, wybrała milczenie, jakby słowa niewypowiedziane miały moc unicestwiania niewygodnych i trudnych zdarzeń. Życie stawiało przed nią kolejne wyzwania, z którymi radziła sobie nieźle. Gdyby Damian nie powrócił, nie musiałaby wygrzebywać z pamięci tego, co niewygodne. Skoro jednak pojawił się po latach, choćby wirtualnie, jest okazja, by przeprosiny stały się zadośćuczynieniem, bo cóż innego po tylu latach mogłaby zrobić?

Spakowała pudła.

Wstawiła na swoje miejsca. Jeść nie woła – pomyślała, ale jednocześnie postanowiła przy jesiennych porządkach pozbyć się niektórych rzeczy. Wróciła do biurka. Ściszyła telefon, wyłączyła radio. O piętnastej skończyła zaplanowaną pracę. Spojrzała na zieleń i na termometr za oknem. Od tygodnia trwał upał.

Nie miała już ani czasu, ani ochoty na dłuższy spacer. Wyszła tylko do małego sklepiku przy rogu ulicy. Kupiła litrowy kefir. Ekspedientka, sąsiadka mieszkająca kilka domów dalej, westchnęła przy okazji:

– Pani to dobrze, do pracy chodzić nie musi, a ja muszę bakać do osiemnastej.

Nic nie odpowiedziała, bo jakiekolwiek tłumaczenie mijało się z celem i obie strony by zirytowało. Prawdą przecież było, że do pracy „nie chodziła”, choć pracowała.

Po powrocie pokroiła wędzony boczek na równiutkie kostki. Wysmażyła. Ugotowała szklankę kaszy gryczanej. Wymieszała z boczkiem, głęboką patelnię przykryła szklaną pokrywą. Niepokój upychała w tych małych czynnościach. To sprawdzona metoda, nieraz z niej korzystała. Kiedy tylko wróci Adam, zjedzą ten letni obiad na tarasie i będzie miło, jak zawsze. Zrezygnowała z prasowania i przygotowane pranie schowała do szafy jakby z obawy, że i z ubrań mogłaby wyskoczyć jakaś niespodzianka. Szkoda dnia, pomyślała, próbując zracjonalizować swoje lęki.

Napełniła wysoką szklankę gazowaną wodą mineralną, dorzuciła kilka kostek lodu, plaster cytryny i kilka listków mięty. Lubiła swoje życie w domku z brzozami. Kochała Adama i Kamila, tego była pewna. Dorotę, siostrę, też kochała, choć nigdy nie były ze sobą tak blisko, by dzielić najważniejsze sprawy.

Usiadła w zacienionym kącie na wygodnym leżaku i znów zaczęła przeglądać książkę o dziejach Ornety. Cóż za koincydencje, pomyślała, przyciągnęłam Damiana tą książką po tylu latach? Co się dzieje w tym kosmosie, który z jednej strony dąży do entropii, z drugiej do porządku? Czy istnieje siła przyciągania podobna do grawitacji, która zamiast przyciągać materię przyciąga zdarzenia? Czy jest w tym jakieś ukryte przeznaczenie? Czy to znaki od losu? Jak je odczytać, czym się kierować? I jak to się ma do Wszechświata i do niewyobrażalnej liczby istniejących atomów, które są wieczne? A Bóg... Gdzie On jest w tym wszystkim, jeśli jest?

Mimo tych pytań ostatecznych poczuła się szczęśliwa, jakby znalazła odpowiedź, choć przecież tylko postawiła pytania. Na razie tkwiła w słońcu, do zmierzchu było jeszcze daleko.

Rozdział 3

Marta od Smoków

Twój ojciec kolekcjonuje motyle, a ja kolekcjonuję ciebie.

Jennifer Clement, Trucizną mnie uwodzisz,przeł. Karolina Zaremba.

Czy wiesz, Marto,

Dziewczyno w Szyfonowej Sukience,

że Kościół czci blisko dziesięć świętych o imieniu Marta?

Najbardziej znana święta to Marta z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o blisko trzy kilometry. Była starszą siostrą św. Łazarza, wskrzeszonego z martwych przez Pana Jezusa (J 11,1-44) oraz św. Marii z Betanii. Cała trójka rodzeństwa była uczniami oraz przyjaciółmi Jezusa Pana. Spotykamy ją dwa razy w Ewangelii.

W rozdziale dziesiątym Ewangelii św. Łukasza widzimy ją podczas odwiedzin Jezusa w jej domu. Maria siedzi u jego stóp, jest skupiona i zasłuchana. Marta jest pochłonięta pracą, chce podjąć wspaniałego Gościa jak najlepiej. Być może przygotowuje specjalne dania, podawane tylko w świąteczne dni. Też chciałaby posłuchać, ale ktoś musi pracować, skoro Maria słucha. Tłumi irytację, może złość. W końcu wybucha: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”.

Zagubiona i wściekła Marta zachowuje się jak pracoholiczka, która boi się, że nie zrealizuje swoich planów.

„Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona” (Łk 10, 42) – odpowiada Pan. Dwukrotne wezwanie po imieniu pojawia się w Biblii wówczas, gdy Bóg wzywa do czegoś ważnego, wymagającego. Bóg zna troski Marty, widzi jej przemęczenie. „Potrzeba tylko jednego”? Czy bardziej potrzeba słuchania Boga niż siebie? Jak myślisz?

Św. Łukasz pokazuje dwie reakcje: posługę i milczenie.

Marta służy, Maria słucha.

Marta działa, Maria oczekuje na słowo.

Marta dopomina się pomocy, Maria siedzi nieruchomo.

Marta wzywa siostrę do pracy, powołując się na autorytet Mistrza.

Odpowiedź nie spełnia jej oczekiwań, co jednak nie znaczy, że to, co robi Marta, nie ma znaczenia. Marta została skarcona, choć chciała dobrze. Wprawdzie Maria wybrała „najlepszą cząstkę”, ale przecież w życiu jedno potrzebuje drugiego, ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś.

W życiu jest miejsce na słuchanie i milczenie, także na pracę. Trzeba zachować proporcje. Może Marta i Maria prezentują dwa rodzaje aktywności, które można, a nawet trzeba pogodzić? Może scena w domu sióstr nie oznacza, że ważniejsza jest postawa kontemplacji od aktywności? Jezus słowa „Marto, Marto” wypowiada życzliwie, z troską, łagodnie. Może każdy czyn powinien poprzedzić namysł, zastanowienie? Módl się i pracuj. Czy to tylko sprawa kolejności? Jak myślisz, Marto, dziewczyno w szyfonowej sukience?

Marta jest ważną osobą w domu.

Przewodzi dzięki swojej gościnie i posługom. W Ewangelii świętego Jana napisane jest, że „Jezus miłował Martę, jej siostrę i brata”. (J 11, 5). Marta jest na pierwszym miejscu, siostra i brat pojawiają się na drugim ze względu na relację z Martą.

Marta pojawia się raz jeszcze u świętego Jana, w scenie wskrzeszenia Łazarza. Z pretensją i bólem mówi do Jezusa: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Bezradność i ból mieszają się z jej wiarą. Marta jest energiczna i pragmatyczna. Powie: „Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie”. Ale też powie: „Ja mocno wierzę, żeś ty jest Mesjasz, Syn Boży”. Maria po wskrzeszeniu Łazarza namaściła nogi Pana olejkiem i otarła je swoimi włosami.

Legenda prowansalska głosi, że po Wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy ocaleli, dopływając do wybrzeży Francji koło Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyć w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutować w pustelni.

W ikonografii Marta przedstawiana jest ze smokiem-bestią zwanym Tarasque. Święta, trzymając w jednej ręce krzyż, pokropiła ludożerczego potwora wodą święconą, owinęła mu szarfą kark i oswojonego wprowadziła do miasta. Przerażeni mieszkańcy jednak bestię rozsiekli. Z rąk Marty przyjęli potem chrzest, a swój gwałtowny czyn odpokutowali, nazywając miasto Tarascon i umieszczając w jego herbie wizerunek Tarasque’a.

Na obrazach widzimy Martę w skromnej sukni, z pękiem kluczy za pasem, drewnianą łyżką, symbolami gospodarstwa domowego oraz z różańcem i księgą. Czasami w bogatej sukni z koroną na głowie.

W Tarascon, wedle legendy, została pochowana. U grobu świętej Marty zdarzały się liczne cuda. Na przykład król Franków, Chlodwig, który przyjął chrzest z rąk świętego Remigiusza, uleczony został przy grobie Marty z bólu nerek i nogi. Odwdzięczył się, nadając Kościołowi na własność okoliczne ziemie i wsie oraz uwalniając posiadłości od daniny.

O świętej Marcie pisał Jan z Mailly, francuski dominikanin (przełom XII i XIII wieku), a także w dziele „Legenda aurea” (1260–1270) Jakub de Voragine, średniowieczny włoski hagiograf, arcybiskup Genui.

Marta jest imieniem pochodzenia aramejskiego, oznacza panią domu, gospodynię. W Polsce pojawiło się już w XIII wieku. Liczba tego imienia wynosi trzy. Trójka w numerologii oznacza ludzi zaradnych i przedsiębiorczych, wierzących w swoje siły. Nawet jeżeli mają talent artystyczny, wolą postawić na bardziej praktyczne umiejętności.

Astrolodzy przypisują Martom rozsądek, realizowanie planów krok po kroku, często przez długie lata. Typowa Marta potrafi sobie narzucić dyscyplinę, wstawać o świcie, nie używać cukru, nie pić alkoholu, systematycznie się gimnastykować, mimo że nie przepada za aktywnością fizyczną. Marty potrafią skutecznie walczyć ze słabościami, analizować swoje zachowania i dziwią się, gdy inni nie dzielą włosa na czworo i nie pracują nad charakterem. Marta nie rozczula się nad sobą. Niechętnie pokazuje zasmuconą twarz, jakby chciała powiedzieć słowami poety: „Dla obcych ludzi mam twarz jednakową, ciszę błękitu”.

Jest empatyczna, potrafi wysłuchać i zrozumieć, podnieść na duchu. W miłości Marty są wierne, tego samego wymagają od swojego mężczyzny. Marta pasuje do znaku Koziorożca, Panny i Wodnika. Święta Marta z Betanii jest patronką życia domowego, kucharek, gospodyń domowych, hotelarzy, sprzątaczek, rzeźbiarzy, malarzy, a także umierających. Wzywana jest w wypadku krwotoku.

Jej wspomnienie liturgiczne przypada 29 lipca.

Zebrałem te wiadomości dla Ciebie, Marto, dziewczyno z Ornety.

I dla siebie.

Czy Ty też oswajasz smoki i inne potwory, Marto droga?

Czy odwiedziłaś miejsca pomiędzy Arles i Awinionem, gdzie wedle legendy ten smok żył? Ni to zwierzę, ni ryba, grubszy od wołu, dłuższy od konia. Miał ostre zęby jak miecze, rogi, leżał w rzece i zabijał wszystkich, którzy chcieli się przez nią przeprawić.

Czy takie smoki oswajasz, Marto?