Sztuka wojenna w średniowieczu. Tom I - Charles Oman - ebook
Opis

Autor, wybitny brytyjski historyk opisał w tej książce z niezwykłą dokładnością rozwój sztuki wojennej w średniowieczu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 588

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł orginału

A History of the Art of War in the Middle Ages

© Copyright

Charles Oman

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo NapoleonV

Oświęcim 2015

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Grzegorz Smółka

Redakcja techniczna:

Dariusz Marszałek

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:napoleonv@o2.pl

Numer ISBN: 978-83-65855-90-9

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĘGA IPRZEJŚCIEOD RZYMSKIEGODO ŚREDNIOWIECZNEGO SPOSOBUPROWADZENIA WOJNY

ROZDZIAŁ IOSTATNIE DNI LEGIONU235-450

Czasy od połowy III do połowy V wieku to okres przejściowy w historii wojskowości – epoka przemian o równie osobliwym i całościowym charakterze, jak ich nowożytne odpowiedniki, które pchnęły historię polityczną i cywilizację europejską na nowe tory. Podobnie jak miało to miejsce w innych dziedzinach, instytucje wojskowe starożytnego świata zaczęły zanikać, ustępując miejsca nowemu porządkowi.

Najbardziej charakterystycznym przejawem panujących w tym okresie tendencji jest stopniowy zanik rzymskiego legionu – tej organizacji o długich tradycjach, której nazwa jest tak ściśle związana z historią potęgi Rzymu. W roku 250 na polu bitwy nadal przeważała ciężkozbrojna piechota cesarstwa, która była nadzieją i ostoją generała. W roku 450 kawaleria miała już dominującą pozycję, piechota straciła dobrą reputację, a sama nazwa legionu popadła w niemal całkowite zapomnienie. Reprezentowała skuteczność wojskową, która należała już do przeszłości. To cudowne połączenie siły i elastyczności, tak trwałe, a jednocześnie tak sprawne i łatwe w obsłudze, nie odpowiadało już ówczesnym potrzebom. Epoka mieczy i oszczepów ustąpiła miejsca epoce kopii i łuków. Typowy rzymski żołnierz nie był już żelaznym legionistą, który z przylegającą do lewego ramienia tarczą i z nisko opuszczoną rękojeścią miecza przebijał się przez gąszcz pik, odpierał natarcia odzianych w kolczugi jeźdźców ze Wschodu i stał nieporuszony w obliczu najgwałtowniejszego naporu Celtów lub Germanów. W III wieku stara organizacja wojskowa Augusta i Trajana zaczęła się rozpadać; w IV była tak osłabiona i zmieniona, że z trudem można ją było rozpoznać; pod koniec V już nie istniała.

Przemiana charakteru armii rzymskiej, w której kawaleria i lekka piechota ostatecznie zastąpiły solidną siłę starożytnego legionu, wynikała głównie z wymogów wojny granicznej. Od czasów Hadriana do czasów Sewera system obrony granicznej, który wprowadziły rzymskie władze, polegał na oparciu granicy cesarstwa o naturalne przeszkody, takie jak Ren, Dunaj lub Eufrat, i umieszczeniu w odpowiednich miejscach przed granicą dużych, stałych obozów, w których stacjonował jeden lub kilka legionów. Garnizony te znajdowały się w odległości kilkudziesięciu lub nawet kilkuset kilometrów od siebie, a długie odstępy pomiędzy nimi były wypełnione jedynie niewielkimi posterunkami obsadzonymi przez małe oddziały pomocnicze. Tam, gdzie brakowało naturalnych przeszkód, takich jak rzeki lub łańcuchy górskie, często wytyczano granicę za pomocą długich linii umocnień, takich jak Mur Hadriana w Anglii lub podobna struktura w południowych Niemczech. Posterunki były ze sobą połączone dobrymi drogami wojskowymi, a system sygnałów świetlnych i konnych posłańców umożliwiał szybkie przekazanie informacji o niebezpieczeństwie. Jeśli barbarzyńcy zza granic (Germanie, Sarmaci lub Partowie) urządzali najazd na terytorium Rzymu, musieli najpierw pokonać przeszkody, a następnie uporać się z garnizonami miejscowych posterunków. Mogły one odeprzeć niewielkie oddziały łupieżcze, ale jeśli najeźdźcy okazywali się zbyt silni, mogły ich przynajmniej nękać i ograniczać teren narażony na spustoszenie do momentu przybycia najbliższego legionu z jego wielkiego, stałego obozu.

System ten sprawdzał się przez ponad sto lat. Miał jednak swoje słabe strony; brakowało centralnej rezerwy, w razie gdyby legiony nie zdołały odeprzeć wyjątkowo silnego ataku nad jedną z granic. Wewnętrzne prowincje cesarstwa były całkowicie ogołocone z żołnierzy, a nienawykli do wojny poddani cesarstwa nie mogli szybko stworzyć nowych legionów, w przeciwieństwie do obywateli republiki z początków jej istnienia. Dlatego też trzeba było naprawić katastrofę na jednym odcinku granicy poprzez ściągnięcie oddziałów z drugiego. Ta dość niebezpieczna metoda była możliwa do zastosowania dopóki wrogowie cesarstwa byli na tyle uprzejmi, że pojawiali się jeden po drugim i powstrzymywali się od jednoczesnych ataków na odległe odcinki granicy. Przez ponad dwieście lat cesarstwo nie musiało się do niej uciekać; jego system wojskowy nigdy nie został poddany najważniejszej próbie w postaci ataku wzdłuż całej linii; w trudnych chwilach Germania mogła wysłać żołnierzy do Brytanii, a Mezja wzmocnić legiony w Syrii. Od czasu do czasu zdarzały się katastrofy, które sprawiały, że na pewien czas jedna z prowincji wpadała w ręce nieprzyjaciela, ale zawsze można je było naprawić, ponieważ występowały one pojedynczo. Powstanie Cywilisa na pewien czas zachwiało władzą Rzymu nad Renem; porażka generałów Domicjana, Sabinusa i Fuskusa, umożliwiła Dakom przeniknięcie w głąb prowincji naddunajskich; za panowania Marka Aureliusza Kwadowie dotarli do bram Akwilei. Sprowadzano jednak posiłki z terenów nadgranicznych, na których nie toczyły się żadne wojny, i ostatecznie powstrzymywano inwazję.

W III wieku sytuacja uległa całkowitej zmianie; system obrony załamał się, a cesarstwo omal nie upadło pod naporem najeźdźców. Od czasu zamordowania Aleksandra Sewera (235 r.) do momentu zwycięstwa Dioklecjana nad ostatnim zbuntowanym cezarem na zachodnich krańcach imperium (297 r.) cesarstwo było bez chwili wytchnienia gnębione przez podwójną zmorę wojen domowych i obcych inwazji. W ciągu sześćdziesięciu lat co najmniej szesnastu cesarzy i ponad trzydziestu niedoszłych imperatorów zginęło od miecza lub sztyletu. Kiedy legiony zwróciły się przeciwko sobie, wrogowie cesarstwa zyskali swoją szansę. Barbarzyńcy z zewnątrz uderzyli na wszystkie odcinki granicy w tym samym czasie i cała konstrukcja zachwiała się pod ich naporem. Podczas gdy Rzym był słaby i podzielony, jego sąsiedzi stawali się coraz bardziej potężni. Nowe i energiczne królestwo perskie zastąpiło podupadłą potęgę Partów na Wschodzie (226 r.). Germanie zaczęli się organizować w konfederacje, dzięki którym ich rozproszone plemiona po raz pierwszy stały się naprawdę groźne. Nad Renem i Dunajem zaczęli się pojawiać Frankowie, Alemanowie i Goci.

Dopóki legiony zapewniały granicy dobrą ochronę, cesarstwo miało twardą skorupę i miękkie jądro. Granica była silnie broniona i trudna do naruszenia, ale w przypadku przebicia skorupy bogate provinciae inermes w głębi były bezbronne i narażone na grabież. W sytuacji, w której legiony wycofywały się znad granicy, aby wziąć udział w wojnie domowej i raz za razem oddalały się, żeby osadzić na Palatynie jakiegoś nowego uzurpatora, powstrzymanie nacisku z zewnątrz było niemożliwe. Okres od 235 do 297 roku rozpoczął się od ciężkiego i długotrwałego najazdu Kwadów, Karpów i Gotów na ziemie nad środkowym i dolnym Dunajem (236). Przez kilka lat był on odpierany przez Maksymina I i Filipa, ale w 249 roku, kiedy Iliria była zajęta gwałtowną wojną domową, linia oporu została w końcu przełamana. Goci przeszli przez Dunaj i Bałkany, opanowali Mezję oraz Trację i rozbili wojska cesarskie, które stanęły im na drodze. Po pokonaniu swych rywali cesarz Decjusz wyruszył przeciwko nim, jednakże latem 251 roku wraz ze swym synem i całą armią został rozsiekany w katastrofalnej bitwie pod Forum Trebonii. Po raz pierwszy rzymski cesarz zginął w bitwie z barbarzyńcami; była to pierwsza porażka tak silnej armii rzymskiej od czasu bitwy pod Kannami. Przez chwilę wydawało się, że cesarstwo zostanie przepołowione, a u bram Rzymu stanie jakiś wcześniejszy odpowiednik Alaryka.

Przez kolejne dwadzieścia lat Goci niemal bez żadnych przeszkód grasowali po środkowych prowincjach imperium. Wojska, które powinny były wyruszyć przeciwko nim, były zajęte wojnami domowymi w Italii lub broniły innych zagrożonych granic. W szczytowym momencie wojny z Gotami perski król Szapur opanował Mezopotamię, pokonał i wziął do niewoli cesarza Waleriana, zdobył szturmem Antiochię oraz spustoszył Syrię i Azję Mniejszą (258-259). Wykorzystując odwrócenie uwagi Rzymian, Goci zdołali zdobyć wszystko, co znajdowało się przed nimi w środkowych prowincjach cesarstwa. Nie dość, że spustoszyli cały Półwysep Bałkański aż do Aten i Dyrrachium, to jeszcze zuchwałe bandy łupieżców przekroczyły Hellespont i splądrowały Chalcedon, Aleksandrię Trojańską, Efez, a nawet odległą Trebizondę. Gdyby byli lepiej kierowani i mieli pojedynczego przywódcę, mogliby zniszczyć cesarstwo, ponieważ uzurpatorzy pojawiali się we wszystkich prowincjach. Wojny domowe stały się powszechnym zjawiskiem wśród Rzymian; Germanie znad Renu szturmowali linie obronne Galii i Recji; pomimo swych okresowych przypływów energii, nieszczęsny Galien, który wciąż kontrolował Kapitol, był na dobrej drodze do zostania Sardanapalem Rzymu i doświadczenia całkowitego pochłonięcia miasta i cesarstwa przez powszechną pożogę wojen domowych i najazdów z zewnątrz. W latach 260-268 wszystko wydawało się stracone. Pojawili się jednak wybawiciele – twardzi Iliryjczycy, Klaudiusz, Aurelian i Probus, odbili Zachód z rąk zbuntowanych cezarów, oczyścili Półwysep Bałkański z Germanów oraz wyparli Persów i Palmireńczyków ze wschodu. Wkrótce pojawił się Dioklecjan – reorganizator i odnowiciel – a po odzyskaniu Brytanii (297 r.) cesarstwo powróciło do dawnych granic.

Odnowa nie była jednak całkowita. W ciągu sześćdziesięciu lat bitew, mordów i plag, które nastąpiły po wygaśnięciu dynastii Sewerów, cesarstwo straciło dużo ze swej siły. Połowa prowincji uległa spustoszeniu; druga połowa została ogołocona z zasobów. Dwadzieścia lat nieustannych wysiłków Dioklecjana przywróciło pozory siły i porządku; dzięki nałożeniu wysokich podatków położył kres chronicznemu bankructwu skarbu cesarskiego, a także przywrócił i na nowo obsadził granice wojskowe rzymskiego świata.

Jednakże sześćdziesiąt lat anarchii i katastrofalnych wydarzeń wywarło trwały wpływ na skład i organizację armii rzymskiej. Chociaż istniała jeszcze znaczna część starych legionów Trajana i Sewera (wiele ich nazw znalazło się w Notitia – dokumencie wydanym sto lat po czasach Dioklecjana), to jednak najwyraźniej zostały znacznie okaleczone i zdezorganizowane w wyniku ich podzielenia i rozesłania poszczególnych części w różne strony. Często zdarzało się, że orzeł legionowy w kwaterze głównej był otoczony zaledwie przez część korpusu, podczas gdy wydzielone kohorty odbywały służbę w różnych częściach świata, gdzie były posyłane pod naciskiem okoliczności1. Powoływano różne rodzaje nowych oddziałów kawalerii i piechoty, które często miały dziwne nazwy. Stary ogólny podział armii na legiony i auxilia, złożone odpowiednio z rzymskich obywateli i poddanych cesarstwa, którzy nie posiadali obywatelstwa, nie mógł już dłużej istnieć, ponieważ w 212 roku Karakalla nadał obywatelstwo wszystkim mieszkańcom prowincji. W ten sposób zniknęła starożytna różnica pomiędzy legionistą, który był Rzymianinem, a żołnierzem wojsk pomocniczych, który nim nie był; obaj mieli teraz taki sam status.

Chociaż zarówno legioniści, jak i żołnierze oddziałów pomocniczych byli teraz Rzymianami, nieobywatelski element pozostał w armii. W czasach anarchii cesarze nie mogli sobie pozwolić na zrezygnowanie z zasobów wojskowych, jakie mieli do dyspozycji. Zwerbowali tysiące wojowników z zagranicy, którzy w ogóle nie byli poddanymi cesarstwa i służyli jedynie dla zapłaty i łupów. W ciężkich i niebezpiecznych czasach członkowie rozbitych germańskich klanów, Sarmaci, Arabowie, Armeńczycy, perscy renegaci oraz Maurowie z głębi Afryki zostali powitani z otwartymi ramionami. Korpusy złożone z tych przybyszów były teraz dla armii rzymskiej tym, czym niegdyś auxiliadla legionów. Niektórzy najemnicy zdobywali w armii wysokie stanowiska; jeden z nich, który miał być synem Gota i Alanki, przez trzy krótkie lata nosił purpurę pod przybranym imieniem Gajusza Juliusza Werusa Maksymina. Należy jednak zaznaczyć, że aż do początku IV wieku te obce elementy w armii rzymskiej były całkowicie zależne od rodzimych legionów i kohort, chociaż ich liczebność rosła w zastraszającym tempie. Jak napisał pewien pisarz z IV wieku, nadal były praeliandi magis adminiculum quam principale subsidium2.

Jednakże poczynając od rządów Aureliana coraz bardziej widoczna staje się tendencja do zwiększania proporcji kawalerii i lekkiej piechoty oraz darzenia legionistów starego typu coraz mniejszym zaufaniem. Najlepszym tego dowodem jest to, że nazwa „legion” straciła swoje dawne znaczenie w cesarstwie. Zamiast uważać stare legiony za lepsze i przedkładać je nad pozostałe korpusy, zaczęto je traktować jak „oddziały liniowe” i preferowano wiele nowych oddziałów. Dioklecjan i Konstantyn nie poprzestali na stworzeniu nowej Gwardii Cesarskiej, lecz powołali również nową armię polową, czy też mobilną centralną rezerwę. Pomimo swego barbarzyńskiego pochodzenia, wszystkie oddziały, które wchodziły w jej skład (zarówno legiony, jak i auxiliaoraz kawaleria), miały pierwszeństwo nad starą armią regularną, którą przeniesiono do stacjonarnej służby granicznej. Pod koniec IV wieku Wegecjusz pisał, że legiony zostały tak bardzo zaniedbane i odsunięte na boczny tor, że trudno było zapełnić szeregi: „Wielu spieszy zaciągnąć się pod znaki oddziałów posiłkowych, gdzie mniej się zmęczą i szybciej są wynagradzani”3.

W armii rzymskiej zreorganizowanej przez Dioklecjana pieszy legionista nie był już dominującym elementem piechoty cesarstwa pomimo tego, że on i jego koledzy stanowili znaczną część nowych legionów. Jednakże nielegionowa część armii rozwinęła się na jeszcze większą skalę. Oprócz wielkiej Gwardii Cesarskiej, o której wspomnieliśmy, do już istniejących pomocniczych kohort i numeridołączono wiele nowych oddziałów4. W przeważającej części składały się one z ludzi, którzy nie byli Rzymianami. Nie należały jednak wyłącznie do linii obrony granicznej tworzonej przez legiony. Instytucja Comitatenseslub ruchomej armii cesarskiej, w odróżnieniu od limitaneilub ripenses, czyli nieruchomych oddziałów garnizonowych nad granicą, niewątpliwie powstała w czasach Dioklecjana. Do tej kategorii należał kwiat nowych oddziałów. Składały się one częściowo z mieszkańców prowincji pochodzących z Ilirii, Galii lub Germanii, chociaż jeszcze większa część korpusów była złożona z barbarzyńców zza Renu i Dunaju. Stacjonowały niemal wyłącznie w głębi cesarstwa, gdzie miały pełnić funkcję centralnej rezerwy i mogły się swobodnie przemieścić na każdy odcinek granicy, który znalazł się w niebezpieczeństwie. Powołani przez Dioklecjana Comitatenseszostali uzupełnieni przez Konstantyna, który ściągnął wiele kohort i części legionów z sił stacjonujących nad granicą i dołączył je do ruchomej armii. Późniejsze pokolenia określiły te korpusy mianem Pseudo-comitatenses. Była to osobliwa nazwa, która miała pokazać, że mają nieco niższą rangę niż starzy Comitatenses, chociaż wywyższono je ponad istniejące legiony graniczne.

Z pewnych niezupełnie jasnych powodów wszystkie legiony Comitatensesliczyły jedynie tysiąc ludzi, chociaż niektóre z tych, które pozostały nad granicą, zachowały dawną liczebność sześciu tysięcy żołnierzy. W ten sposób, chociaż pod koniec IV wieku istniało łącznie 170 legionów, nie stanowiły one takiej ogromnej siły, jak można by sądzić na podstawie takiej listy nazw.

Jednakże Dioklecjan nie ograniczył się jedynie do powołania Comitatensesi wyniesienia ich ponad stare legiony. Jako pierwszy zorganizował dużą gwardię cesarską, która miała nad Comitatensestakie samo pierwszeństwo, jak oni nad oddziałami granicznymi. Byli to Palatini, którzy praktycznie zastąpili dawnych pretorian – korpus, któremu Dioklecjan słusznie nie ufał, ponieważ przez ostatnie sto lat zbyt często wynosił i obalał cesarzy. Ograniczył pretorian do pobytu w Rzymie, gdzie ani on, ani jego koledzy nie przebywali zbyt często i powołał nową gwardię cesarską, złożoną z doborowych żołnierzy, którzy nie odziedziczyli złych tradycji starego korpusu. Nie sposób określić liczebności Palatiniw momencie ich utworzenia; jednakże pod koniec stulecia pojawiają się w Notitiajako bardzo duży korpus, złożony z dwudziestu czterech konnych vexillatio(oddziałów w sile pięciuset ludzi), dwudziestu pięciu pieszych legionów, z których każdy liczył po tysiąc ludzi, oraz stu ośmiu auxilia, prawdopodobnie po pięciuset ludzi w każdym. Z pewnością był to o wiele większy korpus niż pierwotne oddziały palatyńskie powołane przez Dioklecjana. Każdy z jego następców dodawał do niego nowe jednostki, o czym świadczą takie nazwy, jak „Honoriuszowy”, „Teodozjuszowy” itp. Konstantyn Wielki powołał pięć scholaejeźdźców, którzy stanowili gwardię przyboczną księcia i podążali za nim za każdym razem, gdy wyruszał na wojnę. Pod koniec stulecia Gwardia Cesarska liczyła około dwunastu tysięcy konnych i ośmiu tysięcy pieszych, przy czym wszyscy (lub prawie wszyscy) stacjonowali we wschodniej i zachodniej stolicy cesarstwa lub wokół nich.

Podobnie jak wśród Comitatenses, pośród Palatiniznajdowało się bardzo wielu barbarzyńców, a ich liczba wzrastała przez cały IV wiek. Jak zauważył Mommsen5, „wydaje się, że dany oddział był tym wyżej ceniony im bardziej różnił się od starych, normalnych rzymskich legionów pod względem narodowości, organizacji i ducha”.

Dioklecjan i jego koledzy znacznie zwiększyli liczebność nielegionowej piechoty, ale uzupełnienia w kawalerii były jeszcze bardziej uderzające. Powołano ogromną liczbę nowych oddziałów kawalerii (cunei, alae, vexillationes, etc.), przydzielając je do Comitatenses, Palatinii oddziałów nadgranicznych. Było wśród nich wielu Germanów, chociaż znajdowali się tam również liczni Dalmaci, Ilirijczycy i Maurowie, którzy byli poddanymi cesarstwa. Stara kawaleria legionowa odeszła do lamusa6, a piechota i jazda otrzymały osobnych dowódców. Jednakże za panowania Konstantyna i jego bezpośrednich następców piechota pozostawała najważniejszym rodzajem broni, chociaż kawaleria ciągle zyskiwała na znaczeniu. Podczas lektury Ammianusa Marcellinusa odnosi się wrażenie, że rzymskie wojska, których kampanie opisuje, były prawowitymi spadkobiercami legionów Tyberiusza i Trajana, chociaż nazwy korpusów i tytuły oficerów bardzo się zmieniły. Ostatnie pierwszorzędne zwycięstwo, jakie dynastia Konstantyna odniosła nad barbarzyńcami – wielkie zwycięstwo Juliana nad południowogermańskimi plemionami w pobliżu Strasburga – było zasługą piechoty. Kawaleria została rozbita i przepędzona z placu boju, ale pomimo odsłonięcia swej flanki piechota sformowała testudo, odparła zwycięską konnicę Germanów i dała swym rozproszonym szwadronom czas na przegrupowanie się i odwrócenie losów bitwy (357 r.).

Pomimo tego kawaleria ciągle zwiększała swą liczebność i zyskiwała na znaczeniu. Świadczy o tym to, że kiedy stary Praefectus Praetorio został pozbawiony funkcji ministra wojny i naczelnego wodza armii cesarza, Konstantyn nie powołał na jego miejsce jednego urzędnika, lecz dwóch, zwanych magister peditum i magister equitum. Wydaje się, że kiedy sporządzano Notitia, liczba kawalerzystów wzrosła do jednej trzeciej liczby piechurów, podczas gdy w starych armiach rzymskich wynosiła często jedną dziesiątą lub jedną dwunastą i rzadko wzrastała do jednej szóstej. Liczby zamieszczone w Notitiapokazują rezultaty bitwy pod Adrianopolem, której konsekwencjami militarnymi wkrótce się zajmiemy. Jednakże kawaleria zyskała na liczebności i znaczeniu na długo przed 379 rokiem. Istniały po temu dwa powody. Najbardziej oczywistą przyczyną tej przemiany była coraz większa potrzeba posiadania oddziałów, które mogłyby się szybko przemieszczać. Na początku V wieku głównym celem Germanów nie był podbój, lecz grabież. Stosunkowo niewielkie grupy omijały posterunki graniczne z zamiarem zgubienia pościgu, zdobycia łupów i powrotu do domu. Rzadko zdarzało się, aby całe plemiona lub związki plemienne opuszczały swe dawne siedziby i maszerowały z żonami i dziećmi, stadami, trzodami i wozami w celu zdobycia nowych ziem na terytorium Rzymu. W pełni uzbrojone legiony lub kohorty nie nadawały się do tropienia i wybijania przemykających się band ostrożnych łupieżców. Żołnierze maszerowali z ciężkim, ekwipunkiem i zazwyczaj towarzyszył im duży tabor bagażowy; dlatego też z reguły nie mogli złapać najeźdźców. Nadawała się do tego jedynie kawaleria lub bardzo lekko wyposażona piechota; opancerzeni legioniści byli do tego równie źle przygotowani, jak brytyjskie pułki liniowe do ścigania Pindarów z Dekanu na początku XIX wieku.

Jednakże istniała jeszcze jedna przyczyna zwiększania liczebności kawalerii. Przewaga rzymskiej piechoty nad jej przeciwnikami nie była już tak wyraźna, jak dawniej, dlatego też piechota potrzebowała większego wsparcia ze strony kawalerii niż w I lub II wieku. Germanie z czasów dynastii Konstantyna nie byli już na wpół uzbrojonymi dzikusami, którzy usiłowali stawić czoło przygotowanej do bitwy kohorcie nie mając „ani pancerzy, ani hełmów, ani nawet tarcz mocno skonstruowanych z żelaza lub skóry, lecz plecionki z wierzby lub cienkie i barwnie pomalowane deski”7. Trzysta lat bliskich kontaktów z cesarstwem dużo ich nauczyło. Wiele tysięcy germańskich wojowników służyło Rzymianom jako najemnicy i wracało do domu z owocami swoich doświadczeń. Zaczęli stosować zbroje ochronne; wodzowie plemion nadgranicznych i wybrani wojownicy z ich comitatusbyli teraz dobrze wyposażeni w kolczugi i hełmy. Szeregowcy nosili puklerze z żelaznym obramowaniem, włócznie, dźgające krótkie miecze (scramasax) oraz długie miecze tnące (spatha), a niektóre plemiona śmiercionośne franciscalub topory bojowe, służące zarówno do rzucania, jak i walki wręcz, które przebijały zbroje Rzymian i łamały ich tarcze. Jako bronie do walki w zwarciu przewyższały stare framea, co sprawiało, że dla cesarskiej piechoty pokonanie germańskiego plemienia nie było już łatwą sprawą. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że morale armii rzymskiej nie było już takie jak dawniej; korpusy były mniej jednorodne; jakość rekrutów werbowanych za pieniądze właścicieli ziemskich często pozostawiała wiele do życzenia; ilość oddziałów pomocniczych werbowanych za granicą była zbyt duża. Nie ulega też wątpliwości, że katastrofalne wydarzenia z III wieku odcisnęły swe piętno na żołnierzach; starożytna wiara w niezwyciężoność Cesarstwa Rzymskiego i majestat rzymskiego imienia nie była już taka pewna. Chociaż żołnierzom przeważnie nie brakowało odwagi, oddziały z IV wieku straciły samodzielność i spójność dawnej rzymskiej piechoty, a ich generałowie musieli się nimi dużo ostrożniej posługiwać.

Koniec tego okresu przejściowego był nagły i przerażający. Bitwa pod Adrianopolem była największą klęską armii rzymskiej od czasu bitwy pod Kannami – rzezi, do której trafnie porównuje ją Ammianus Marcellinus. Na polu bitwy poległ cesarz Walens, wszyscy jego najważniejsi oficerowie8 oraz czterdzieści tysięcy żołnierzy; armia Wschodu została niemal doszczętnie zniszczona i nigdy nie udało się jej całkowicie odbudować.

Znaczenie militarne bitwy pod Adrianopolem jest niepodważalne; było to zwycięstwo kawalerii nad piechotą. Armia cesarska przypuściła atak na wielki laager[tabor obronny – przyp. tłum.], gdzie znajdował się obóz Gotów, ustawiona w uświęconym tradycją szyku rzymskich armii – z legionami i kohortami w centrum i szwadronami na skrzydłach. Wzdłuż całej barykady wozów trwała zażarta walka, kiedy nagle wielki oddział jeźdźców uderzył na lewe skrzydło Rzymian. Była to główna część kawalerii Gotów, która szukała pożywienia w pewnym oddaleniu; kiedy otrzymała wieści o walce, udała się prosto na pole bitwy i uderzyła na odsłoniętą flankę armii cesarskiej, „jak piorun spadła na nich w pobliżu wysokich gór”9.

Na straży rzymskiej flanki stała znaczna liczba szwadronów, ale nie były one przygotowane na atak; niektóre z nich zostały stratowane, a pozostałe rzuciły się do haniebnej ucieczki. Następnie gocka konnica uderzyła na piechotę lewego skrzydła, zrolowała ją i zepchnęła na centrum i rezerwę. Jej siła uderzenia była tak wielka, że legiony i kohorty były spychane w całkowitym zamieszaniu. Wszystkie próby stawienia oporu zakończyły się niepowodzeniem i w ciągu kilku minut lewe skrzydło, centrum i rezerwa stały się pojedynczą, nierozróżnialną masą. Cesarscy gwardziści, lekkie oddziały, lansjerzy, żołnierze wojsk pomocniczych i legioniści z linii zostali stłoczeni w ścisku, który z każdą chwilą stawał się coraz większy, ponieważ gocka piechota wypadła zza swojej linii wozów i uderzyła od frontu, gdy tylko ujrzała, że atak z flanki doprowadził do zamieszania w szeregach Rzymian. Kawaleria na prawym skrzydle Walensa uznała, że bitwa jest przegrana i odjechała nie podejmując dalszej walki, a w jej ślady poszły te korpusy piechoty z tej części pola bitwy, które nie były zbyt mocno związane walką i mogły się wycofać. Wówczas porzucona piechota z głównej części armii uświadomiła sobie grozę sytuacji – otoczona z boku i z tyłu przez konnicę oraz od frontu przez masę, która przypuściła atak z gockiego laager, nie mogła ani rozwinąć szyku, ani uciekać i musiała stać w miejscu w oczekiwaniu na śmierć. Była to scena, którą widziano już pod Kannami i miano jeszcze na mniejszą skalę zobaczyć pod Roosebeke. Ludzie byli tak ściśnięci, że nie mogli podnieść ręki w celu zadania ciosu; włócznie łamały się na prawo i lewo, a ich posiadacze nie mogli ich ustawić w pozycji pionowej; wielu żołnierzy udusiło się w ścisku. Goci wjechali w to kłębowisko, kłując bezradnych przeciwników lancami i mieczami. Dopiero gdy dwie trzecie armii rzymskiej poległo na polu bitwy, przerzedzenie szeregów i nadejście nocy pozwoliło kilku tysiącom ludzi na wyrwanie się z okrążenia i dołączenie do uciekinierów z prawego skrzydła, którzy zmierzali na południe (378 r.).

Tak wyglądała bitwa pod Adrianopolem – pierwsze wielkie zwycięstwo ciężkiej kawalerii, która udowodniła, że jest w stanie zastąpić ciężką piechotę Rzymu jako dominująca siła na wojnie. W trakcie pobytu na stepach południowej Rosji, jako pierwszy spośród wszystkich teutońskich ludów, Goci zaczęli liczyć głównie na kawalerię. Podczas pobytu na Ukrainie odczuli wpływ tego kraju, który zawsze pielęgnował kawalerzystów, począwszy od Scytów, a skończywszy na Tatarach i Kozakach. Goci nabrali przekonania, że walka konna jest bardziej honorowa od walki pieszej i wszyscy wodzowie zaczęli podróżować w towarzystwie szwadronu zaufanych kompanów. Kiedy wbrew swojej woli popadli w konflikt z cesarstwem, do którego początkowo zwrócili się o ochronę przed nadchodzącymi Hunami, stanęli naprzeciw armii, która od dawna trzymała świat barbarzyński w ryzach. Pierwsze walki wokół Marcjanopola i Ad Salices w 377 roku były krwawe, ale nierozstrzygnięte. Następnie, kiedy Walens zgromadził wszystkie siły Wschodu w celu stoczenia decydującej bitwy, nadszedł dzień sądu. Goci uderzyli i prawdopodobnie ku własnemu zaskoczeniu przekonali się, że ich solidne lance i dobre wierzchowce umożliwiają im przebicie się przez zwarte szeregi cesarskiej piechoty. Stali się arbitrami wojny, przodkami wszystkich średniowiecznych rycerzy, inauguratorami dominacji jazdy, która miała trwać przez tysiąc lat.

Bitwa pod Adrianopolem doprowadziła do całkowitego zniszczenia armii wschodniego cesarstwa – Walens ogołocił granicę z Persją oraz całą Azję, aby zgromadzić wielkie wojsko, które zginęło wraz z nim. Jego następca Teodozjusz, na barki którego spadł obowiązek dokonania reorganizacji, musiał odnowić cały system wojskowy swego państwa10. Wydaje się, że w pełni docenił znaczenie bitwy pod Adrianopolem. Całkowicie porzucając stare rzymskie metody prowadzenia wojny, uznał, że w przyszłości kawaleria musi stanowić ważniejszą połowę armii cesarskiej. Aby zapewnić sobie wystarczającą liczbę konnych, zdecydował się na krok, który miał przeciąć ciągłość pomiędzy systemami wojskowymi IV i V wieku. Po zawarciu pokoju z Gotami, kiedy tylko zdołał skłonić ich do przyjęcia rozsądnych warunków, przystąpił do hurtowego zaciągania wszystkich teutońskich wodzów, których mógł przekupić i zachęcić do wstąpienia na swoją służbę. Germańscy książęta wraz ze swymi drużynami wojennymi nie zostali wcieleni do oddziałów cesarskich ani poddani rzymskiej dyscyplinie11; byli członkami osobistej świty cesarza i stali się jego „ludźmi”, składając mu przysięgę wiernej służby, którą składali swym własnym królom. W zamian cezar przyznał książętom annonae foederaticae, które rozdzielili pomiędzy swych kawalerzystów. Taki był początek katastrofalnego eksperymentu, polegającego na oddaniu bezpieczeństwa cesarstwa w ręce Foederati, jak zaczęto nazywać germańskie drużyny wojenne12. Los państwa Teodozjusza znalazł się w ich rękach, ponieważ stanowili najskuteczniejszą część jego armii. Od tej pory bezpieczeństwo cesarzy i utrzymanie porządku w rzymskim świecie zależało wyłącznie od tego, czy ciągłe nadawanie nowych tytułów i zaszczytów zdoła zapewnić lojalność dowódców Foederati. Nie powołano żadnych oddziałów złożonych z rdzennych mieszkańców, które mogłyby trzymać Germanów w ryzach, a resztki starej armii narodowej uznały, że nowa organizacja wojskowa zdegradowała je do drugorzędnej roli.

Sześć lat po bitwie pod Adrianopolem w armii Wschodu służyło już czterdzieści tysięcy gockich i teutońskich kawalerzystów, którzy podlegali swym własnym wodzom. Właśnie na nich polegał Teodozjusz, kiedy kilka lat później wyruszył przeciwko uzurpatorowi Magnusowi Maksymusowi w celu odzyskania Galii i Italii. Dwie bitwy pod Siscią i Aemoną, które rozstrzygnęły kampanię 387 roku, udowodniły, że jego zaufanie było usprawiedliwione. W obu przypadkach armia rzymska z Zachodu, złożona z galijskich legionów, które zawsze uważano za najlepszą piechotę na świecie, zostały stratowane i rozgromione przez teutońską kawalerię walczącą pod sztandarami prawowitego cesarza. Jednakże Zachód nie chciał się podporządkować Wschodowi – głęboko w swych sercach galijscy legioniści skrywali quasi-nacjonalistyczny gniew i rozgoryczenie. W 392 roku wzniecili kolejne powstanie, zamordowali młodego Walentyniana II, którego Teodozjusz postawił na ich czele, i ponownie spróbowali szczęścia w walce ze wschodnim cesarzem oraz jego hordami Foe­derati. Pod nominalnym dowództwem głupiego Eugeniusza, którego jednak tak naprawdę zastępował zuchwały najemnik o imieniu Arbogast, zachodnie wojska stawiły czoło Teodozjuszowi w bitwie nad rzeką Frigidus. Po dużo bardziej zaciętej walce, niż ta z 387 roku13, zostały pokonane i po raz kolejny do ich porażki w dużym stopniu przyczyniło się dwadzieścia tysięcy gockich kawalerzystów, którzy stanowili rdzeń armii Teodozjusza.

Od tej pory kawaleria stała się dominującym rodzajem broni zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Chociaż przez pewien czas galijscy i brytyjscy piechurzy zachowywali swe dawne znaczenie, wynikało to jedynie z tego, że ich najgroźniejszymi przeciwnikami i źródłem rekrutów były dwa teutońskie plemiona, które nie przekonały się jeszcze do kawalerii – Frankowie i Sasi. Zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie, germańscy najemnicy mieli w przyszłości stanowić dominujący element w armii cesarskiej; rdzenne oddziały odgrywały drugorzędną rolę. Jeśli przeanalizujemy listę wyższych oficerów wojskowych z V wieku, przekonamy się, że obce imiona występują o wiele częściej niż rzymskie. Co prawda od czasów Konstantyna wśród dowódców korpusów zawsze było wielu na wpół zromanizowanych barbarzyńców – imiona wielu generałów, które podaje Ammianus, mówią same za siebie14. Jednakże począwszy od czasów Teodozjusza obce imiona zaczęły stanowić większość. Można bez przesady stwierdzić, że przez trzy pokolenia po jego śmierci wyższe stanowiska w armii były piastowane niemal wyłącznie przez Germanów, poczynając od Stylichona, a kończąc na Asparze i Rycymerze. Aecjusz i Marcellinus byli jedynymi pierwszorzędnymi generałami o rzymskich imionach, jacy pojawiają się w tym okresie; pozostali byli cudzoziemcami. Nie było w tym nic niezwykłego, ponieważ Foederatistanowili najważniejszą część armii i byli posłuszni jedynie swym własnym wybranym wodzom i książętom.

Dobrze znany traktat Wegecjusza pod tytułem De Re Militari przedstawia stan armii cesarskiej na Zachodzie, który prawdopodobnie pochodzi z czasów Walentyniana II i jego drugiego panowania na Zachodzie (388-392)15. Książka byłaby o wiele cenniejsza, gdyby tylko Wegecjusz powstrzymał się od prób przedstawiania sytuacji taką, jaką powinna być i napisał, jak było naprawdę. Poświęca o wiele więcej uwagi dawnej historii rzymskiego legionu oraz jego organizacji, musztrze i taktyce w czasach jego świetności, niż zdegenerowanym korpusom, które nosiły tę nazwę w jego własnych czasach. Zamiast opisać armię z 390 roku, wraz z jej hordami Foederatioraz małymi legionami i numeri, z których każdy liczył jedynie tysiąc ludzi, Wegecjusz obstaje przy opisywaniu armii wczesnego cesarstwa, kiedy wszystkie legiony liczyły po pięć lub sześć tysięcy ludzi i nadal stanowiły najważniejszą część armii cesarskiej. Najwyraźniej pragnął skłonić młodego cesarza Walentyniana, dla którego pisał, do przywrócenia dawnej dyscypliny i organizacji. W konsekwencji ciągle opisuje swój ideał, zamiast faktycznego stanu rzeczy, o czym świadczą jego częste stwierdzenia, że „zwyczaj ten już dawno wyszedł z użycia” lub „obecnie stosuje się jedynie niektóre z tych ćwiczeń”.

Jako teoretyk Wegecjusz był wielbicielem starego legionu i nie miał najmniejszego pojęcia o znaczeniu przemian w teorii wojskowości, które miały miejsce w ciągu ostatnich stu lat. Jego wytłumaczenie upadku rzymskiej piechoty opiera się na opowieści, której nieprawdziwość możemy udowodnić. „Od czasów założenia Rzymu do boskiego Gracjana wszystkie nasze piesze oddziały były uzbrojone w pancerze od stóp do głów i w szyszaki. Później w atmosferze niedbalstwa i lenistwa zaniechano niemal zupełnie ćwiczeń polowych, a żołnierzom zaczął dokuczać ciężar zbroi, którą tak rzadko wdziewali. Wpierw więc poczęli domagać się, by wódz zwolnił ich od noszenia pancerzy, a potem chcieli i hełmy zrzucić. W ten sposób nasi żołnierze mając odsłoniętą pierś i głowę, ponosili częste porażki w starciu z chmarą łuczników gockich. Ale na nic nie zdało się tyle klęsk, na nic utrata tylu ważnych miast! Nikt nie zatroszczył się o to, by przywrócić naszej piechocie pancerze i szyszaki. I w rezultacie żołnierz, który – rzec można – nagi staje do boju, więcej myśli o tym, jak uciekać, niż jak się bić. Bo cóż innego pozostaje pieszemu łucznikowi? Tarczy trzymać nie może, bo już łuk ma w ręku, a pancerza ani szyszaku mu nie dano (…). Żołnierze, którzy lękają się zbytniego trudu i nie chcą nosić jak dawniej zbroi, nie zdają sobie sprawy, że mając odsłonięte ciało narażają się na rany i śmierć, a co ważniejsze, że czeka ich hańba niewoli lub zdrada Rzeczypospolitej, jeśli rzucą się do ucieczki. Teraz unikają ćwiczeń z obawy przed zmęczeniem, a potem dadzą się sromotnie wyrżnąć do nogi jak bydło!”16.

W tym przypadku Wegecjusz, który zawsze był bardziej retorykiem niż żołnierzem, w niezwykle osobliwy sposób zamienił miejscami przyczynę i skutek. To prawda, że w jego czasach rzymska piechota w większości przemieniła się w lekkozbrojne oddziały i rezygnowała ze zbroi. Prawdą jest również to, że przemiana rozpoczęła się w czasach Gracjana, ponieważ cesarz ten sprawował rządy na Zachodzie, kiedy katastrofa pod Adrianopolem doprowadziła do zagłady armii Wschodu. Jednakże pozostałe elementy tej opowieści są absurdalne i nieprawdziwe. Kiedy cesarska piechota po raz pierwszy spotkała Gotów, nadal nosiła pełny starożytny rynsztunek. Ammianus, który pisał właśnie w tych czasach, dwukrotnie wspomina o zbrojach ochronnych legionistów w swoim opisie bitwy pod Adrianopolem17. Ponad dwadzieścia lat później, kiedy sporządzano Notitia Dignitatum, wiele korpusów nadal było zorganizowanych na starych zasadach, ale nie stanowiły już one istotnej części armii, a liczba oddziałów lekkiej piechoty znacznie wzrosła. Zjawisko to jest widoczne zarówno u rzymskiej, jak i barbarzyńskiej części armii.

Oczywiście niedorzecznie byłoby przypuszczać, że w czasach, kiedy kawalerzyści zakładali pełniejsze zbroje, piechurzy odrzucali je ze zwykłego lenistwa i słabości. W rzeczywistości starożytna armia opancerzonych legionistów została wypróbowana na polu bitwy i nie zdała egzaminu. Przekonawszy się, że solidna linia ciężkiej piechoty nie może się już przeciwstawić gockiej konnicy, rzymscy wojskowi skoncentrowali się na większym wykorzystaniu broni miotającej piechoty oraz zwiększeniu liczebności i skuteczności własnej kawalerii. Naukowe połączenie łuku i lancy przeciwko dzielnym, lecz nieuporządkowanym chmarom konnych okazało się wystarczająco skutecznym pomysłem, o czym miano się przekonać tysiąc lat później na polach Creçy.

Chociaż nowa taktyka zawiodła najpierw w walce z Gotami Alaryka, a następnie w walce z Hunami Attyli, nie należy przypisywać braku powodzenia jej wrodzonej niedoskonałości. Armie Honoriusza i Arkadiusza oraz ich następców na ogół ponosiły porażki, ponieważ po części składały się z niegodnych zaufania i chciwych teutońskich Foederati, którzy nie walczyli z powodu lojalności, lecz dla zapłaty i łupów, a po części z rdzennych oddziałów, zniechęconych i zdemoralizowanych okazywanym im lekceważeniem i utrzymywaniem, że są gorsze od swych barbarzyńskich towarzyszy. Pod wodzą Stylichona i Aecjusza armia cesarska wciąż potrafiła dobrze walczyć. Jednakże zazwyczaj znajdowała się pod dowództwem samolubnych najemników lub nieudolnych dworskich faworytów i przez cały V wiek stopniowo stawała się coraz gorsza. Upadek był nieunikniony – w miarę jak teutońskie oddziały pomocnicze nabierały przekonania o słabości i bezradności swych panów, stawały się coraz bardziej chciwe i zdradzieckie. Kiedy rdzenni żołnierze zobaczyli, że cesarstwo popada w coraz większy marazm, stracili poczucie własnej godności oraz nadzieję na zwycięstwo i (jak narzekał Wegecjusz) szli do bitwy koncentrując się na znalezieniu najbezpieczniejszej i najłatwiejszej drogi ucieczki.

Za panowania Honoriusza i Arkadiusza armia rzymska przestała być regularną i zorganizowaną siłą. Notitia Dignitatum – dokument sporządzony w trakcie ich wspólnych rządów ok. 406 roku – pokazuje, że stara organizacja nadal istniała. Okazuje się, że wiele flawijskich kohort i numeri, a nawet wiele legionów z początków cesarstwa nadal istniało, chociaż utonęły one niemal całkowicie w gąszczu nowych korpusów barbarzyńskich o niezwykłych, górnolotnych, a czasami groteskowych18 nazwach, takich jak Honoriani, Theodosiani, Valentiniani, Arcadiani itp., nie mówiąc o oddziałach, których narodowość jest bardziej wyraźna – kohortach i alaeChamawów lub Jutungów, Franków, Alemanów, Tajfalów, Gotów i Alanów (406-409). Doszło jednak do chaosu spowodowanego inwazją Alaryka oraz ówczesnymi wojnami domowymi, które wybuchły w rezultacie rebelii Konstantyna w Brytanii (407-411), Maksymusa w Hiszpanii (411) oraz Jowina i Sebastiana nad Renem (411-412).

Właśnie w tych złych czasach, kiedy głupi Honoriusz chował się za murami i bagnami Rawenny, siły cesarskie uległy ostatecznej dezorganizacji i większość starych rdzennych korpusów zniknęła. Dopiero w czasach Alaryka Italia mogła się dokładnie zapoznać z gocką konnicą, którą Konstantynopol już znał i usiłował przez pewien czas subsydiować. Jednakże Goci stali się teraz postrachem Rzymu, tak jak miało to miejsce w przypadku Wschodu. Ich lance i wierzchowce ponownie zapewniły im przewagę; dowodzenie Stylichona, wyszkolona piechota starej armii Zachodu (zarówno lekka, jak i ciężka) oraz kawaleria złożona z rdzennej ludności i Foederati, która stała na skrzydłach legionu, nie wystarczyły, aby zatrzymać szarżę Gotów. Ostatnia szansa ratunku zniknęła, kiedy Stylichon został zamordowany przez swego niewdzięcznego pana, a zdobywcy do woli grasowali po Italii i złupili nawet cesarskie miasto. Kiedy opuścili półwysep, uczynili to z własnej woli, ponieważ na świecie nie było już żadnych wojsk, które mogłyby ich przepędzić siłą (409 r.).

Czasy piechoty w południowej Europie dobiegły końca; nie była już rdzeniem i źródłem siły armii, lecz pomocniczym rodzajem broni, pełniącym funkcję lekkich oddziałów na polu bitwy. Wykorzystywano ją również do obsadzania twierdz oraz penetrowania lasów lub gór, przez które nie mogli się przedrzeć kawalerzyści. Zarówno Rzymianie, jak i barbarzyńcy skoncentrowali się na organizowaniu swej kawalerii.

Tendencja ta uwidoczniła się jeszcze bardziej, kiedy na granicy cesarstwa pojawili się Hunowie – nowe plemię jeźdźców, groźne ze względu na swą liczebność, szybkość przemieszczania się oraz ciągły ostrzał z łuków, który prowadzili, nie pozwalając przeciwnikowi na podejście. Pod względem taktyki stanowili prototyp hord Alp Arslana, Czyngis-chana i Tamerlana. Hunowie wywarli duży wpływ na armię rzymską; biorąc z nich przykład, rzymscy żołnierze dodali do swego wyposażenia łuki, a w V wieku rdzenne oddziały cesarstwa zaczęły przypominać swych starych wrogów – Partów z I wieku. Doborowe korpusy składały się z jeźdźców w kolczugach, uzbrojonych w łuki i lance. Obok tych konnych łuczników walczyły szwadrony teutońskich Foederati, których jedyną bronią były lance. Tak wyglądały oddziały Aecjusza i Rycymera, wchodzące w skład armii, która stawiła czoło Hunom na równinie Chalons.

Ta decydująca bitwa była głównie starciem kawaleryjskim. Po obu stronach walczyli konni łucznicy i lansjerzy. Aecjusz i jego Rzymianie sprzymierzyli się z Wizygotami Teodoryka; hordy złożonej z Hunów lekkiej jazdy Attyli były wspierane przez mocniejsze oddziały jego germańskich poddanych – Ostrogotów, Gepidów, Herulów, Skirów i Rugiów. Frankijscy sprzymierzeńcy Aecjusza musieli być najliczniejszymi piechurami na polu bitwy, ale nie ma żadnych informacji na temat ich dokonań w bitwie19. Zwycięstwo nie było zasługą lepszej taktyki, lecz twardej walki, a decydującym momentem było stratowanie rdzennych Hunów przez cięższą jazdę Wizygotów Teodoryka (450 r.). Oddziały cesarstwa z pewnością nie odegrały tego dnia decydującej roli.

ROZDZIAŁ IIPOCZĄTEK DOMINACJIKAWALERIIBELIZARIUSZ I GOCI, 450-552

Nie ma potrzeby szczegółowego omawiania znaczenia wojen z V wieku. Należy jednak zaznaczyć, że w miarę upływu lat w połowie tego stulecia we wschodnim i zachodnim cesarstwie zaczęły się pojawiać rozbieżne tendencje. Na Zachodzie Foederati stali się jedyną siłą wojskową o większym znaczeniu. Jeden z ich wodzów, Sweb o imieniu Rycymer, przez dwadzieścia lat wynosił i obalał cesarzy. Niedługo potem kolejny awanturnik, Odoaker z plemienia Skirów, przełamał dawny czar rzymskiego imienia, zdetronizował ostatniego cesarza Zachodu i przejął rządy w Italii jako jej teutoński król.

Na Wschodzie Foederati nigdy nie stali się panami sytuacji. To, że Bizancjum nie padło ofiarą kogoś w rodzaju Rycymera lub Odoakera wynikało po części z przedwczesnych ambicji gockiego generała Gainasa, który przecenił swe możliwości i został zgładzony razem ze swoją armią, kiedy wzniecił powstanie przeciwko Arkadiuszowi (400 r.) w rezultacie powszechnego wybuchu gniewu przeciwko wszystkim barbarzyńcom. Po jego upadku germański element w armii stracił na znaczeniu. Duże zasługi miał również cesarz Leon I (457-474), który wyciągnął wnioski z ówczesnych wydarzeń w Italii i uznał, że rdzenna armia musi odgrywać dominującą rolę nawet za cenę militarnej skuteczności. Bez skrupułów zgładził Aspara – wielkiego germańskiego dowódcę, którego dominacji się obawiał, chociaż zawdzięczał tron jego usługom. Jednocześnie zwiększył liczbę Rzymian w stosunku do Foederati w swoich wojskach. Jego następca Zenon (474-491) kontynuował jego dzieło i wyróżnił się jako pierwszy cesarz, który należycie wykorzystał zalety wojskowe Izauryjczyków – szorstkich i wytrzymałych prowincjuszy z południowych gór Azji Mniejszej20. Do tej pory uważano tych dzikich górali za opornych i kłopotliwych poddanych. Zenon pokazał, że ich odwaga może posłużyć do obrony, zamiast do grabienia ich spokojniejszych sąsiadów. Uporał się z nimi podobnie jak William Pitt z Celtami ze szkockich gór 1300 lat później – zorganizował ich w liczne oddziały i nauczył ich jak być żołnierzami, zamiast zwykłymi koniokradami. Zenon zaciągnął również Armeńczyków i innych mieszkańców wschodniego pogranicza Rzymu, przekazując swemu następcy armię, w której element barbarzyński został odpowiednio zrównoważony przez rdzenne oddziały. Wyświadczył cesarstwu kolejną przysługę, kiedy skłonił Ostrogotów – jego najgroźniejszych teutońskich sąsiadów – do masowej migracji do Italii. Wschód znalazłby się w ciężkim położeniu, gdyby po rozgromieniu tak wielu generałów Zenona i spustoszeniu jego licznych prowincji Teodoryk postanowił zostać na Półwyspie Bałkańskim. Jednakże poruszony sugestiami cesarza i posłany z jego błogosławieństwem, Ostrogot poprowadził swój lud na podbój nowych siedzib. Zostawił Mezję i Macedonię spustoszone i zrujnowane, ale wolne od barbarzyńskich osadników (489 r.).

W okresie stosunkowo spokojnych rządów następców Zenona, Anastazjusza i Justyna (491-527), cesarstwo wschodnie zdołało w znacznej mierze odzyskać swoją siłę (zarówno wojskową, jak i finansową). Krótki pamflet z tego okresu, który zachował się do naszych czasów, pokazuje w jak wielkim stopniu siła armii zależała od kawalerii. Niejaki Urbicjusz, który nie był praktycznym żołnierzem, lecz taktykiem-teoretykiem, przedstawił cesarzowi Anastazjuszowi „oryginalny sposób na umożliwienie piechocie stawienia oporu jeźdźcom”. Poprzedzając swe uwagi stwierdzeniem, że należy stworzyć nową teorię defensywy w odpowiedzi na panujące wówczas warunki, proponuje przywrócić starożytną macedońską falangę. Jednakże proponowany mur włóczni, który był główną cechą tej formacji, nie miał się składać z broni samych żołnierzy. Żołnierze mieli zatrzymać swe wyposażenie wraz z łukami i oszczepami, gdyż najwyraźniej w tamtym czasie cała rzymska piechota była wyposażona w bronie miotające. Jednakże każda dekuria miała ze sobą zabierać konia pociągowego, przewożącego krótkie belki naszpikowane grotami włóczni. Po pojawieniu się nieprzyjaciela w zasięgu wzroku belki miały zostać szybko ustawione w linii przed frontem korpusu w celu utworzenia nieprzerwanej bariery kozłów hiszpańskich. W przypadku otwartego terenu i groźby ataku ze wszystkich stron piechota powinna sformować pusty czworobok, osłonięty ze wszystkich stron przez szpikulce i belki. „Kiedy barbarzyńcy ruszą do szarży ze swoją zwyczajową porywczością, kozły hiszpańskie zmuszą ich do nagłego zatrzymania się, po czym nieprzerwany deszcz pocisków naszych ludzi będzie powalał jeden szereg po drugim, zanim zdołają obalić przeszkody i niewątpliwie zostaną rozgromieni, zwłaszcza jeśli rogi czworoboku zostaną wzmocnione przez balistae21, które każdy korpus nosi ze sobą”.

Wady tej dość dziecinnej teorii są oczywiste. Zakłada ona, że piechota zawsze będzie mieć czas na sformowanie czworoboku, a ładunek przewożony przez konie pociągowe zostanie rozładowany z jednakową szybkością, jako że zostawienie chociaż jednej przerwy w linii przeszkód miałoby fatalne skutki. Ponadto skazuje żołnierzy, którzy ją stosują, na trwanie w całkowitym bezruchu; po sformowaniu czworoboku nie mogą się ruszać i muszą trwać w miejscu, dopóki wszystkie szwadrony nieprzyjaciela nie zostaną rozbite. Co więcej, jeżeli pod osłoną szarży barbarzyńcy wyślą piesze oddziały z zadaniem usunięcia części kozłów hiszpańskich, niemal na pewno osiągną sukces na jednym z odcinków. W najlepszym przypadku proponowana metoda ma na celu jedynie zabezpieczenie stosujących ją żołnierzy przed pocięciem na kawałki; nie daje im możliwości przejścia do ofensywy, a wojsko, które jest skazane na ciągłą defensywę, nie może zadać decydującego ciosu.

W rzeczywistości nigdy nie wcielono tego eksperymentu w życie i armia Wschodu nadal dążyła do osiągnięcia zwycięstwa za pomocą swych kawalerzystów (zarówno rdzennych, jak i Foederati). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, posiadamy szczegółowy opis wojen prowadzonych przez pokolenie, które nastąpiło po generacji Urbicjusza i jego pana Anastazjusza, sporządzony przez zdolnego i uważnego świadka – Prokopiusza. Dowiadujemy się od niego wszystkiego, co chcielibyśmy wiedzieć na temat armii wschodniorzymskiej, jej rozlokowania, organizacji i taktyki w drugim i trzecim ćwierćwieczu VI wieku.

Zwycięskie wojska Justyniana, które odzyskały dla cesarstwa Italię, Afrykę i południową Hiszpanię, składały się mniej więcej w równej części z cudzoziemskich oddziałów pomocniczych, służących pod komendą swych własnych wodzów, oraz regularnych rdzennych żołnierzy. Foederati nadal mieli w większości teutońskie korzenie i rekrutowali się spośród Gepidów, Herulów i Longobardów; jednakże znajdowała się wśród nich również niebagatelna liczba Hunów oraz pewna ilość Armeńczyków. Rdzenni żołnierze rekrutowali się częściowo spośród ocalałych numeri z dawnej armii stałej (Prokopiusz określa ich mianem χαταλόγοι)22; jednakże dołączono do nich wiele nowych oddziałów, powołanych w celu pełnienia określonej służby lub w nagłych wypadkach przez oficerów, którym cesarz udzielił pozwolenia na gromadzenie żołnierzy. Przypominało to angielski system kontraktowy stosowany przez Edwarda I oraz w jeszcze większym stopniu siedemnastowieczny system, za pomocą którego Wallenstein i Mansfeld gromadzili najemników za zgodą króla, lecz we własnym imieniu.

Kawaleria była najważniejszym rodzajem broni zarówno wśród Foederati, jak i rdzennych korpusów. Prokopiusz darzy szczególnym podziwem odzianych w kolczugi cataphracti lub kirasjerów z azjatyckich prowincji. Ustęp, w którym opisuje przewagę konnych łuczników ze swoich czasów nad starożytną piechotą, jest tak charakterystyczny, że warto go zacytować.

„Są ludzie, którzy nazywają naszych współczesnych żołnierzy «zwykłymi łucznikami» i wychwalają jedynie dawne oddziały, «wyposażonych w tarcze legionistów, którzy prowadzili z nieprzyjacielem walkę wręcz». Ubolewają, że w tych czasach zatraciliśmy naszą odwagę wojenną i tym samym udowadniają, iż są jedynie ignoranckimi cywilami. Mówią, że «łucznik» od najdawniejszych czasów był pogardliwym określeniem, zapominając, że łucznicy z czasów Homera (ponieważ to ich mają na myśli) byli lekkozbrojnymi żołnierzami bez koni, lancy, tarczy i zbroi ochronnej, którzy przystępowali do boju pieszo i kryli się za tarczami towarzyszy lub szukali osłony za kamieniami. Oczywiście tacy łucznicy nie mogli się ani odpowiednio bronić, ani z ufnością atakować nieprzyjaciela; byli jedynie skradającymi się asekurantami na skraju pola bitwy. Co więcej, byli tak słabymi i niewykwalifikowanymi strzelcami, że naciągali cięciwę do piersi, tak iż strzała leciała bez celu i prawdopodobnie nie wyrządzała żadnej szkody.

Nasi konni łucznicy są zupełnie inni. Przystępują do boju opancerzeni aż do kolan. Noszą łuki i miecze, a w większości przypadków również i lance oraz małe tarcze zawieszone na lewym ramieniu, posługując się nimi za pomocą pasków, zamiast uchwytów. Są wybornymi jeźdźcami, potrafią strzelać w pełnym galopie i prowadzą ostrzał z równą łatwością zarówno w natarciu, jak i w odwrocie. Nie naciągają cięciwy do piersi, lecz do twarzy albo nawet do prawego ucha, dzięki czemu pocisk zostaje wystrzelony najmocniej, jak to tylko możliwe, aby zadać śmiertelną ranę, z łatwością przebijając tarcze i zbroje. Pomimo tego są ludzie, którzy zaślepieni zamiłowaniem do starożytności gardzą naszymi konnymi łucznikami ze zwykłej ignorancji i głupoty. Jest bowiem jasne i oczywiste, że największe rezultaty militarne podczas współczesnych wojen zostały osiągnięte dzięki zastosowaniu tego rodzaju broni”23.

Zawodowi żołnierze z VI wieku byli w pełni zadowoleni z taktyki kawaleryjskiej, którą przyjęli, i z pewną wyższością traktowali taktykę piechoty swych rzymskich poprzedników. Uważali, że kawaleria może być niemal samowystarczalna, jeśli rdzenni konni łucznicy zostaną uzupełnieni cięższymi szwadronami subsydiowanych Foederati – Longobardów, Herulów lub Gepidów, dowodzonych przez swych własnych książąt i uzbrojonych w lance. Ci pierwsi mogli pełnić funkcję lekkozbrojnych oddziałów, a drudzy zapewniać wsparcie, dzięki czemu piechota była potrzebna jedynie do pełnienia służby garnizonowej oraz w lasach, górach lub na mokradłach, które były niedostępne dla kawalerii. To przekonanie było w pewnej mierze uzasadnione; zacięta bitwa pod Darą w trakcie pierwszej wojny perskiej została wygrana głównie dzięki kawalerii. Jeszcze bardziej zdecydowane zwycięstwo pod Tricameronem, które położyło kres panowaniu Wandalów w Afryce, zostało odniesione wyłącznie przez jazdę; piechota została w odległości jednego marszu z tyłu i pojawiła się dopiero wieczorem, kiedy bitwa dobiegła końca.

Armia Justyniana oraz jej dokonania zasłużyły na pochwały Prokopiusza – zwycięstwa były jej własną zasługą, a porażki wynikały w dużej mierze z niefortunnej polityki cesarza, który uparcie dzielił dowództwo pomiędzy wielu ludzi, co gwarantowało posłuszeństwo armii za cenę skuteczności wojskowej. Jednakże Justynian mógł się usprawiedliwiać tym, że organizacja armii uczyniła z niej trwałe zagrożenie dla władzy centralnej. W siłach cesarskich głęboko zakorzenił się system teutońskiego comitatus – „drużyny wojennej” otaczającej wodza, z którym żołnierze byli osobiście związani. Ten sposób organizacji zawsze przeważał wśród Foederati, od których został przejęty przez rdzenną armię ze względu na system, dzięki któremu zasłużeni oficerowie mogli na własną rękę gromadzić korpusy, zamiast jedynie przejmować dowództwo nad starymi oddziałami. Ważniejsi z nich mieli nawet straże przyboczne złożone ze związanych przysięgą towarzyszy (buccellarii), które nie wchodziły w skład armii cesarskiej, lecz tworzyły zbrojny orszak swego pana. W VI wieku monarcha żył w ciągłej obawie, że lojalność żołnierzy wobec ich bezpośrednich dowódców, w imieniu których zostali zwerbowani, może wziąć górę nad ich wyższymi obowiązkami. Duże oddziały tych oddanych towarzyszy otaczały Belizariusza, a nawet eunucha Narsesa24. W okresie zwycięstw Belizariusza nad Gotami jego przyboczni liczyli co najmniej siedem tysięcy zaprawionych w bojach kawalerzystów; nic dziwnego, że Rzymianie zawołali, iż „służba jednego człowieka obaliła królestwo Teodoryka”25.

Istnienie tych prywatnych pocztów zbrojnych sprawiało, że każdy zwycięski dowódca mógł stać się kimś pokroju Wallensteina. Pragnąc zapobiec dominacji pojedynczego oficera, cesarz powierzał dowództwo nad armią kilku ludziom o rozbieżnych poglądach, co zazwyczaj miało katastrofalne skutki. To organizowanie sił cesarskich w „drużyny”26 – oddziały, które były osobiście związane ze swymi dowódcami – jest charakterystyczną cechą wojskowości VI wieku. O jej powszechnym występowaniu świadczy ówczesny zwyczaj opisywania poszczególnych korpusów za pomocą imion ich dowódców, zamiast ich oficjalnych nazw. Nic nie mogło być bardziej odmienne od starych rzymskich zwyczajów27.

Najlepiej będzie pokazać w jak wielkim stopniu skuteczność armii Justyniana zależała od połączenia ciężkiej kawalerii i łuku poprzez krótki opis trzech najważniejszych zwycięstw, które odniosła nad swymi największymi wrogami na Wschodzie i Zachodzie.

Pierwszym z nich jest bitwa pod Darą (Daras) 530 r., która była pierwszym decydującym zwycięstwem Belizariusza. Dara była ważną graniczną twierdzą, która znalazła się w niebezpieczeństwie ze strony armii perskiej w sile czterdziestu tysięcy ludzi. Belizariusz zgromadził ok. 25 tys. żołnierzy, aby zapobiec oblężeniu. Uszykował ich w pobliżu miasta, aby zapewnić sobie dobrą osłonę w razie porażki. Centrum, które składało się głównie z piechoty, zostało odsunięte do tyłu i „odrzucone”; skrzydła, złożone z jednakowej liczby konnych, zostały wysunięte do przodu. Aby zapobiec przecięciu łączności pomiędzy centrum i skrzydłami, na każdej flance piechoty umieszczono rezerwę złożoną z sześciuset doborowych kawalerzystów Foederati (Hunów), obarczonych zadaniem wspierania najbliższego skrzydła kawalerii. Za piechotą znajdował się generał oraz jego straż przyboczna kirasjerów. Cały front linii był osłaniany przez rów, poprzecinany wieloma przejściami, które miały umożliwić oddziałom swobodne wyjście lub odwrót. Nie była to zbyt poważna przeszkoda, o czym świadczy to, że obie strony bez problemu pokonywały ją kilkakrotnie w ciągu dnia. Jedno skrzydło całej linii było osłonięte przez odizolowane wzgórze; nie ma żadnej wzmianki o tym, aby druga flanka posiadała podobną ochronę.

Persowie nadeszli w dwóch liniach – najwyraźniej (podobnie jak Rzymianie) z kawalerią na skrzydłach i piechotą w centrum; nie zostało to jednak wyraźnie stwierdzone, chociaż wiemy, że najcięższe walki przypadły w udziale kawalerzystom. Jak zauważył Belizariusz, piechota składała się z „na wpół wyszkolonych wieśniaków, nadających się jedynie do kopania okopów i strzelania z oddali”. Pierwszego dnia doszło do nierozstrzygniętej potyczki, a drugiego do otwartej bitwy.

Kiedy Persowie rozpoczęli natarcie, nawiązali kontakt z rzymskimi skrzydłami, lecz nie z „odrzuconym” centrum, które było tak bardzo cofnięte, że gdy dwie dywizje kawalerii na skrzydłach toczyły już zaciętą walkę, w centrum wywiązał się jedynie wzajemny ostrzał. Na lewym skrzydle Rzymian Persowie początkowo odnieśli pewne sukcesy; kiedy jednak posunęli się za rów, zostali zaatakowani ze skrzydła przez rezerwę kawalerii Hunów z lewej strony linii piechoty. Jednocześnie niewielki oddział Foederati złożony z Herulów, który był ukryty na odizolowanym wzgórzu, uderzył na ich tyły. Persowie załamali się i rzucili do ucieczki, ale nie rozproszyli się ani nie opuścili pola bitwy. Rzymianie przegrupowali się na swej pierwotnej pozycji.

Tymczasem na prawym skrzydle atak Persów okazał się o wiele bardziej niebezpieczny; ich dowódca umieścił tam słynny korpus określany mianem „nieśmiertelnych” oraz swych najlepszych kawalerzystów. Pierwsza szarża zepchnęła rzymską kawalerię z powrotem pod bramy Dary. Jednakże tym samym zwycięskie szwadrony oddzieliły się od swego centrum, które zaangażowało się w pojedynek strzelecki z rzymską piechotą za rowem. Belizariusz rzucił w lukę pomiędzy centrum a zwycięskim skrzydłem sześciuset Hunów, którzy oskrzydlali jego piechotę od prawej strony, a następnie podobny oddział z lewego skrzydła, który odwołał w chwili gdy niebezpieczeństwo na tym odcinku zostało zażegnane. Podążył za nimi ze swą strażą przyboczną. Zaatakowane przez świeże oddziały ze skrzydła i od tyłu, lewe skrzydło Persów rzuciło się do ucieczki na skos, w kierunku, który całkowicie oddzielił je od własnego centrum. Belizariusz posłał przegrupowane prawe skrzydło w pościg za uciekinierami, a następnie rzucił swych Hunów i straż przyboczną do ataku na odsłoniętą flankę perskiego centrum. Znajdująca się tam piechota od razu załamała się i rzuciła do ucieczki, w trakcie której padła ofiarą straszliwej rzezi. Przez pozostałą część wojny Persowie nie odważyli się już stanąć naprzeciw armii rzymskiej w otwartej bitwie.

Najistotniejszym taktycznym aspektem tej bitwy była świadoma decyzja Belizariusza o trzymaniu piechoty poza największym wirem walki i przerzuceniu całego ciężaru bitwy na konnicę. Osiągnął to poprzez „odrzucenie” centrum i osłonięcie go rowem, podczas gdy skrzydła zostały wysunięte do przodu i ustawione w taki sposób, aby ściągnąć na nie główne uderzenie nieprzyjaciela. Ponieważ Persowie również wzmocnili swe skrzydła, wszystko potoczyło się po myśli Belizariusza, a piechota w centrum prawie w ogóle nie wzięła udziału w walce. Gdyby wrogi dowódca przyjął odmienny plan polegający na wzmocnieniu centrum i przypuszczeniu głównego ataku na środkową część rzymskiej linii, Belizariusz zdołałby go powstrzymać, rzucając kawalerię do szarży na flankę Persów, kiedy ci miną jego skrzydła i znajdą się na pustym terenie przed „odrzuconą” linią piechoty.

Nie musimy się rozwodzić nad dwiema bitwami, które rozstrzygnęły wojnę z Wandalami; bitwa pod Ad Decimum była jedynie „przypadkowym starciem”, stoczonym bez uprzedniego namysłu jako seria odrębnych walk. Na uwagę zasługuje jedynie fakt, że zwycięstwo było głównie zasługą szarży lekkiej kawalerii Hunów. Druga i decydująca bitwa, stoczona pod Tricameronem, była starciem czysto kawaleryjskim. Piechota znajdowała się w odległości jednego marszu z tyłu, kiedy Belizariusz natknął się na armię Wandalów, która ustawiła się naprzeciw niego. Pomimo tego wybitny wódz podjął decyzję o niezwłocznym przystąpieniu do bitwy; na jednym skrzydle umieścił swą kawalerię Foederati, na drugim regularne rdzenne oddziały, a w środku swoją straż przyboczną – doborową część armii w sile kilku tysięcy ludzi. Front był osłonięty przez niewielki strumień i Belizariusz miał nadzieję, że uda mu się skłonić Wandalów do jego przekroczenia, zamierzając zaatakować, kiedy będą zajęci przeprawą. Król Geilamir nie chciał jednak podjąć ofensywy i trwał w miejscu za wodą. Belizariusz posłał za potok kilka małych oddziałów z zadaniem nękania wrogiego centrum i sprowokowania go do szarży i ataku. Jednakże Wandalowie zadowolili się posłaniem nieco większych oddziałów jazdy, które wyparły Rzymian za wodę, ale nie chcieli jej przekraczać i kontynuować pościgu. Widząc, że przeciwnicy zachowują się tak ostrożnie, Belizariusz doszedł do wniosku, iż upadli na duchu po ostatniej porażce pod Ad Decimum i można się z nimi niezwłocznie rozprawić. Dlatego też kazał swojemu centrum przekroczyć potok i przypuścić poważny atak. Wandalowie stłoczyli się wokół niego i przez kilka minut stawiali straży przybocznej generała zacięty opór. Kiedy jednak skupili całą swoją uwagę na próbie otoczenia i zniszczenia rzymskiego centrum, Belizariusz puścił w ruch swoje skrzydła, polecając im przekroczyć potok i uczynić wszystko, na co je stać. Nieprzygotowane na generalne natarcie wzdłuż całej linii i zaatakowane ze skrzydła podczas próby otoczenia centrum armii cesarskiej, skrzydła armii Wandalów załamały się już po pierwszym uderzeniu nieprzyjaciela. Uciekając odsłoniły swych towarzyszy ze środkowego korpusu, którzy zostali niemal wybici do nogi wraz ze swoim dowódcą, królewskim bratem Tzazonem. Sam Geilamir spisał się słabo, nie podjął żadnej próby przegrupowania swych ludzi i zbiegł dzięki szybkości swego konia (535 r.).

Taki był kres królestwa Wandalów, które zostało zniszczone w ciągu niecałej godziny walki kawaleryjskiej. Wniosek z tego starcia jest taki, że w pojedynku pomiędzy dwoma oddziałami kawalerii ten, który zdecyduje się na pasywną obronę i przyjmie szarżę nieprzyjaciela nie ruszając się z miejsca, zostanie rozbity nawet pomimo dużej przewagi liczebnej. Oczywistym obowiązkiem Geilamira było uderzenie na centrum Rzymian, kiedy było ono zajęte przeprawą przez potok. Nie uczynił tego, pozwolił się zaatakować i przegrał bitwę.

We wszystkich wojnach Justyniana najbardziej zdumiewające są niewielkie rozmiary operujących armii. W wyprawie Belizariusza do Afryki brało udział ok. 15 tys. ludzi. Inwazja na Italię została rozpoczęta przez o wiele mniejsze siły i pomimo otrzymanych później posiłków można wątpić, czy Belizariusz kiedykolwiek miał pod sobą dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Cała armia cesarska Justyniana mogła liczyć 150 tys. wszelkiego rodzaju żołnierzy (Agatiasz, v. § 13). Jeśli weźmie się pod uwagę rozległość granic i prowincji, które wymagały ochrony, można zrozumieć niewielkie rozmiary sił ekspedycyjnych.

Wojna z Gotami – największy spośród wszystkich trzech konfliktów za panowania Justyniana – w gruncie rzeczy nie składała się z bitew, lecz z oblężeń. W jej pierwszej połowie, aż do zdobycia Rawenny przez Belizariusza, nie doszło do ani jednego generalnego starcia pomiędzy Gotami a oddziałami cesarskimi. Decydującym wydarzeniem tej części konfliktu było długie oblężenie Rzymu, które zakończyło się odwrotem pokonanych Gotów, wynikającym po części z ich braku biegłości w sztuce oblężniczej, a po części ze śmiercionośnej kampańskiej gorączki, która przerzedziła ich szeregi. Chociaż oblężenia były głównymi wydarzeniami konfliktu w latach 535-540, to jednak doszło do wielu potyczek i drobnych starć, które zademonstrowały cechy i taktykę obydwu armii. Jeśli się im przyjrzymy, przekonamy się, że po obu stronach w walce brała udział niemal wyłącznie kawaleria i wydaje się, iż stanowiła ona większość armii28. Belizariusz korzystał z piechoty tak rzadko, że w trzecim roku wojny29 wielu piechurów zaopatrzyło się w konie i nauczyło się, w jaki sposób pełnić funkcję lekkiej kawalerii. Pewnego razu dowódcy izauryjskich łuczników, którzy stanowili doborową część piechoty, przyszli do generała i zaczęli się gorzko skarżyć, że nie pozwala się im wziąć udziału w najlepszych walkach. Dlatego też podczas następnego wypadu Belizariusz powierzył im większą rolę, podobno bardziej w celu udobruchania tych dzielnych żołnierzy niż z przekonania, że rozsądnie będzie umieścić ich w pierwszej linii. Rezultat okazał się niefortunny dla piechurów – wstrząsnęła nimi ucieczka części własnej konnicy, która przejechała przez ich szeregi i pogrążyła ich w zamieszaniu. Następnie Goci zaatakowali ich i rozbili; dwaj oficerowie, którzy doradzili przeprowadzenie wypadu, Pryncypiusz i Tarmutus, zostali zabici podczas próby zgromadzenia swych rozbitych oddziałów30. Przebieg starcia utwierdził Belizariusza w jego przekonaniu o całkowitej wyższości kawalerii.

Opinia wielkiego generała na temat militarnego znaczenia wojny szczęśliwie zachowała się do naszych czasów. Pewnego razu podczas oblężenia Rzymu31 kilku oficerów zapytało go, dlaczego ośmielił się zaatakować potężnych Gotów z tak małą armią i chciało poznać przyczyny wiary w ostateczne zwycięstwo, jaką zawsze wykazywał. Jak donosi Prokopiusz, który był przy tym obecny, Belizariusz odpowiedział w następujący sposób: „Podczas pierwszych drobnych utarczek z Gotami ciągle zachowywałem czujność w celu odkrycia mocnych i słabych stron ich taktyki, abym mógł do niej dostosować moją własną i w możliwie największym stopniu zrekompensować swą słabość liczebną. Przekonałem się, że główna różnica pomiędzy nami polega na tym, że nasi regularni rzymscy jeźdźcy i huńscy Foederati składają się z kapitalnych konnych łuczników, podczas gdy nieprzyjaciel nie ma prawie żadnego pojęcia o łucznictwie. Goccy rycerze używają jedynie lanc i mieczy, podczas gdy ich piesi łucznicy zawsze ustawiają się na tyłach pod osłoną ciężkich szwadronów. Ich jeźdźcy nie mogą się zatem do niczego przydać, dopóki nie dojdzie do walki w zwarciu, i można ich łatwo zestrzelić stojąc w szyku bitewnym, zanim dojdzie do kontaktu. Natomiast ich piesi łucznicy nigdy nie odważą się ruszyć przeciwko kawalerii i w ten sposób trzymają się zbyt daleko z tyłu”. W armii Gotów nie było zatem spójności pomiędzy dwoma rodzajami broni; rycerze zawsze chcieli doprowadzić do walki w zwarciu, podczas gdy łucznicy preferowali strzelanie z dużej odległości i nerwowo starali się uniknąć narażenia na szarżę kawalerii. Dlatego też zazwyczaj ci pierwsi, rozdrażnieni ostrzałem Rzymian, przeprowadzali lekkomyślne i przedwczesne szarże, a drudzy uciekali, kiedy tylko ujrzeli porażkę kawalerii, ani przez chwilę nie myśląc o odwróceniu losów bitwy.

Najlepszym dowodem na przenikliwość Belizariusza oraz jego całkowite zrozumienie słabych stron armii Gotów będzie opis jedynej wielkiej bitwy, do której doszło w trakcie tej wojny, chociaż sam wielki generał nie wziął udziału w starciu. Bitwa pod Taginae (552 r.), która ostatecznie zakończyła zmagania, została wygrana przez eunucha Narsesa, który pomimo swego przygotowania do roli zwykłego szambelana dworskiego wykazał nie mniejsze talenty wojskowe niż sam Belizariusz. Jego zwycięstwo było tym bardziej uderzające, że Goci nie byli już dowodzeni przez powolnego i nieudolnego Witigesa, z którym miał do czynienia Belizariusz, lecz przez króla Baduilę – dzielnego i doświadczonego żołnierza, który pokonał wschodnich Rzymian w wielu potyczkach i doskonale znał taktykę i metody swych przeciwników.

Taginae znajduje się tuż poniżej centralnego działu wodnego Apeninów, w pobliżu dzisiejszego Gubbio. Goci chcieli bronić łańcucha górskiego, jednakże podczas gdy byli zajęci pilnowaniem głównej przełęczy, Narses przemknął się boczną ścieżką i pojawił się na niższych grzbietach zachodniej części łańcucha górskiego, u wejścia do wąskiej doliny, przez którą przepływa Chiascio – jeden z dopływów Tybru. Baduila przybył w samą porę, aby opanować wyloty doliny i ustawić swą armię w taki sposób, żeby zmusić Narsesa do walki lub rozpoczęcia niebezpiecznego odwrotu przez trudną przełęcz w obliczu śmiałego nieprzyjaciela. Teren bitwy był małą, wyżynną równiną wciśniętą pomiędzy wzgórza, przy czym jedynie odcinek o szerokości niecałych trzech km nadawał się do działań kawalerii. Wydaje się, że dwie armie rozciągnęły się jednakowym frontem w poprzek płaskiego terenu, chociaż oddziały cesarskie były liczniejsze i prawdopodobnie liczyły 12-15 tys. ludzi. Przed lewym krańcem pozycji Narsesa znajdowało się niewielkie, strome, odosobnione wzgórze, które zapewniało dobrą osłonę przed atakiem na to skrzydło jego armii. Obsadził je niewielkim oddziałem piechoty; w noc poprzedzającą bitwę król Gotów usiłował je opanować, ale szwadron jazdy, który wysłał w tym celu, nie mógł pokonać stromej ścieżki prowadzącej na szczyt wzniesienia i został odparty, ponosząc straty.

Zgodnie ze zwyczajem Gotów, Baduila pokładał nadzieje w swych jeźdźcach, którzy najwyraźniej stanowili połowę jego armii. Był to kwiat jego narodu, wzmocniony przez wiele setek germańskich najemników, którzy w różnych momentach porzucili cesarskie sztandary, aby służyć dowódcy, którego uważali za ostatniego króla-bohatera starej daty. Baduila ustawił swych kawalerzystów w przedniej linii; wszyscy piechurzy (głównie łucznicy) utworzyli drugą linię na jego tyłach. Zamierzał zmieść wszystko, co stanie mu na drodze, za pomocą pojedynczej szarży; miało nie być żadnych potyczek ani powolnego natarcia. Zamiast tego poprzez nagły, niespodziewany atak zamierzał się przebić przez rzymskie centrum, gdzie (jak widział na własne oczy) miał naprzeciwko siebie jedynie piechotę. Jego celem było jak najszybsze dotarcie do nieprzyjaciela w celu uniknięcia deszczu strzał, który stanowił najlepszą osłonę oddziałów cesarskich. Wstrzymując się z atakiem przez cały ranek, nagle rzucił całą swoją armię do przodu w porze południowego posiłku, mając nadzieję, że uda mu się zaskoczyć Narsesa.

Aby przeciwstawić się atakowi Gotów, eunuch-generał zastosował szyk bojowy, który wydaje się jego własnym pomysłem; w każdym razie nie został do tej pory zastosowany podczas ówczesnych wojen przez żadnego generała. Wzmocnił swe centrum doborowymi oddziałami Foederati, umieszczając wśród Rzymian swoich Longobardów, Gepidów i Herulów, którym kazał zsiąść z koni i walczyć pieszo przy pomocy swych lanc. To zastosowanie odzianych w kolczugi jeźdźców w charakterze piechoty przypomina taktykę Edwarda III pod Creçy; podobieństwo jest jeszcze bardziej widoczne w przypadku pozostałej części szyku bojowego Narsesa, ponieważ na każdym skrzydle spieszonych Foederati ustawił swych rzymskich pieszych łuczników – po cztery tysiące na każdej flance; byli lekko wysunięci i tworzyli zakrzywiony półksiężyc, co sprawiało, że nacierający na centrum nieprzyjaciel znajdował się na pustym terenie, na wpół otoczony przez łuczników i wystawiony na deszcz strzał z obu stron. W celu osłony łuczników rdzenna rzymska konnica (nie spieszona) ustawiła się tuż za nimi. W końcu na lewym skrzydle, gdzie opisane powyżej odosobnione wzgórze wystawało przed linię, stacjonowały dwa wydzielone oddziały kawalerii, ustawione pod kątem do głównej linii. Ich celem było zaatakowanie gockiej piechoty z boku, jeśli ta będzie nacierać tuż za swoją konnicą i tym samym narazi się na zrolowanie ze skrzydła.

Osobliwą cechą tego szyku było połączenie ciężkich mas spieszonej kawalerii, uzbrojonej w lance i sformowanej w zwartą falangę, ze skrzydłowymi oddziałami łuczników32. Piechota od tak dawna nie myślała o przeciwstawieniu się kawalerii za pomocą równego rzędu włóczni, że Baduila najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z siły taktyki, jaką zastosowano przeciwko niemu. Nawet historyk, który opisał kampanię, uważa, że Narses nie zastosował swego szyku bojowego ze względów militarnych, lecz politycznych. Prokopiusz pisze, że nie ufał Longobardom i Gepidom, podejrzewając, że mogą się wycofać albo nawet przejść na stronę nieprzyjaciela, i spieszył ich, aby odebrać im możliwość ruchu.

W południe33 król Gotów nagle wydał swym jeźdźcom rozkaz do szarży; ruszyli na wrogie centrum, zostawiając skrzydła łuczników w spokoju. Był to fatalny błąd, podobny do tego, który popełnili francuscy rycerze pod Creçy34. Kiedy dotarli do centrum półokręgu utworzonego przez armię rzymską, zaczęli ginąć setkami w wyniku krzyżowego ostrzału ze skrzydeł. W rezultacie dużych strat oraz wierzgania i rzucania się w bok setek rannych lub pozbawionych jeźdźców koni w ich szeregach, goccy rycerze ulegli tak wielkiej dezorganizacji, że tempo ich szarży bardzo zmalało i dopiero po długim czasie i z wielkim trudem zdołali dotrzeć do masy spieszonych Foederati w rzymskim centrum. Utraciwszy całą przewagę, jaką zapewniało nagłe uderzenie, nie zdołali przełamać linii włóczni i bitwa przerodziła się w walkę wręcz wzdłuż ciasnego frontu. Przez kilka godzin kawalerzyści uderzali i zawracali, na próżno usiłując uczynić wyłom i przez cały czas przyjmując salwy strzał ze skrzydeł. Ich własna piechota, która powinna była im pomóc poprzez związanie rzymskich łuczników, nie posunęła się wystarczająco daleko do przodu, najwyraźniej obawiając się, że narazi swą flankę na atak wydzielonego oddziału konnicy Narsesa na lewym skrzydle.