Szlaki - Robert Macfarlane - ebook
Opis

Dawne Szlaki rzadko znikają, chyba że pochłonie je morze albo przykryje asfalt. Trwają pod postacią ledwo dostrzegalnych elementów krajobrazu – widocznych dla tych, którzy wiedzą, na co zwracać uwagę.

 

Robert Macfarlane odkrywa przed nami zapomniany świat: trakty, drogi, Szlaki handlowe i trasy, którymi kiedyś podążali pielgrzymi. Pieszo i na rowerze, w upale i mrozie, ze złamanym żebrem, pęcherzami na nogach, niekiedy bez snu – przemierza południowo-wschodnią Anglię, północno-zachodnią Szkocję, Hiszpanię, prowincję Sichuan i Palestynę. Jego duchowym przewodnikiem w snuciu opowieści o wzajemnym kształtowaniu ludzi i miejsc jest dwudziestowieczny pisarz i poeta, Edward Thomas.

 

Ta książka to prawdziwe „tour de force” jednego z najznakomitszych współczesnych brytyjskich pisarzy, wielokrotnie nagradzanego i dotąd niepublikowanego w Polsce. To literatura drogi, natury i przygody w najlepszym wydaniu, łącząca w sobie myśl filozoficzną z historią i bogatą wiedzą geograficzno-przyrodniczą.

 

 

„Brytyjska literatura podróżnicza znalazła nowego, wybornego mistrza w Macfarlanie… Czyta się go przede wszystkim dla urody jego prozy i cudownie innowacyjnego, pomysłowego języka… pisać przepięknie potrafi o wszystkim”. William Dalrymple, „Observer”

 

„Proza Macfarlane’a rozkwita na naszych oczach. Przeczytajcie tę książkę, a żaden spacer nie wyda wam się już nigdy banalny”.

„Metro”

 

„Misterna, pobudzająca zmysły, uduchowiona, fascynująca. Wielu czytelników Macfarlane’a będzie śniło w języku ścieżek”.

„Guardian”

 

„Błyskotliwa… obrazoburcza mieszanka historii naturalnej, literatury podróżniczej i wielu innych… Macfarlane zręcznie korzysta ze swojej wszechstronnej inteligencji, a jego umysł wędruje po geologii, archeologii, faunie, florze, architekturze, sztuce, literaturze i planach miast, wyłuskując na każdym kroku drobne, zaskakujące okruchy wiedzy”.

„The New York Times”

 

„Przywołuje ducha miejsc, zarówno znajomych jak i nieznanych, jak żaden inny pisarz”.

Antony Beevor, „Daily Telegraph”

 

„Niezwykle sugestywna i pięknie napisana”.

John Gray, „Guardian”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


OD AUTORA

Książki tej nie można by napisać na siedząco. Jej tematem są zależności między drogami, chodzeniem i wyobraźnią, dlatego też rozmyślaniami zajmowałem się w dużej mierze — też z konieczności — w trasie. Mimo że jest to trzecia pozycja z nieoficjalnej trylogii poświęconej krajobrazowi i ludzkiemu sercu, nie wymaga uprzedniej ani równoczesnej lektury dwóch pozostałych. Opowiada historię pokonania co najmniej tysiąca mil po dawnych szlakach w poszukiwaniu drogi do przeszłości, zakończonego wieloma niespodziewanymi powrotami do teraźniejszości. Bada duchy i głosy nawiedzające starożytne drogi, opowieści przypisane do szlaków, pielgrzymki i przejścia przez zakazane tereny, pieśni stworzenia i ich strażników, osobliwe kontynenty istniejące w obrębie krajów. Przede wszystkim jest to książka o ludziach i miejscach: o chodzeniu jako badaniu wnętrza i niewidocznym wpływie, który wywierają na nas mijane krajobrazy.

CZĘŚĆ I

TROPIENIE.

ANGLIA

1. TROP

Wszystko, co istnieje, zajęte jest spisywaniem jej [przyrody] dziejów. […] Ani jedna stopa nie przejdzie po śniegu lub ziemi, nie utrwaliwszy mniej lub bardziej wyraźnie swych śladów. […] Ziemia nosi na swem obliczu mnóstwo pamiątek i napisów; a każdy przedmiot pokryty jest napomknieniami […]. W naturze odbywa się ciągle ten proces sprawozdawczy, a opowiadanie odpowiada faktom, jak odcisk — pieczęci.

RALPH WALDO EMERSON (1850)

Dwa dni przed przesileniem zimowym; odwróceniem biegu roku. Na cały dzień miasto i okolice zamarły, przystanęły. Pięć stopni poniżej zera, ziemia szykowała się na najgorsze. Chmury przytrzymywały w sobie śnieg, nie pozwalając mu spaść. Na przedmieściach pozamykano szkoły, ludzie siedzieli uwięzieni w domach, chodniki skrzepły, a drogi pokrył czarny lód. Słońce zakreśliło niski łuk po niebie. Śnieg spadł niespodziewanie tuż przed zmierzchem — sypał nieprzerwanie przez pięć godzin, gromadząc się w równym tempie jednego cala na godzinę.

Tamtego wieczora siedziałem przy biurku i próbowałem skupić się na pracy, ale co rusz podchodziłem do okna i zostawałem tam na dłużej, wyglądając na zewnątrz. Śnieg opadał przez pomarańczowy stożek światła latarni; grube płatki lśniły jak iskry strzelające w piecu.

Około ósmej śnieg przestał padać. Godzinę później wyszedłem na spacer z butelką whisky; chciałem mieć coś na rozgrzewkę. Przeszedłem pół mili ciemnymi bocznymi drogami, na których leżała czysta, nienaruszona warstwa śniegu. Domy wokół mnie rzedły. Kilka niezaciągniętych zasłon: wieczory spędzane w rodzinnym gronie. Migotały i szemrały telewizory. Było zimno jak diabli. Mrowie gwiazd, księżyc zalewający wszystko srebrzystym blaskiem.

Przy głogowym żywopłocie na południowym skraju przedmieścia stoi ostatnia latarnia, obok niej znajduje się wyrwa, przez którą wychodzi się na niepozorną ścieżkę.

Szedłem wzdłuż pola na południowy wschód w stronę długiego kredowego wzgórza, które w ciemności wznosiło się przede mną niczym grzbiet wieloryba. Na północ lśniło miasto, usiane gdzieniegdzie czerwonymi migoczącymi światełkami ostrzegawczymi wież i dźwigów. Suchy śnieg skrzypiał pod butami. Przez pole na wschód ode mnie przetruchtał lis. Światło księżyca było tak jasne, że wszędzie potworzyły się wyraźne cienie: czarne na białym, wyraźne jak drzeworyt. Różdżki dereni rzucały na ścieżkę pasiaste cienie; głóg pokrywał ją kratką. Na drzewach potworzyły się falbany śniegu, grube co najmniej na cal, zalegające na konarach i gałązkach. Pokrywa ze śniegu wszystko wypiętrzyła, a księżycowy blask — podwoił.

Żadną inną ścieżką nie przeszedłem w życiu tyle razy. Nie jest specjalnie stara; ma najwyżej pięćdziesiąt lat. Ciągnący się wzdłuż niej od zachodniej strony żywopłot składa się głównie z głogu i wzrasta na wysokość ośmiu stóp; ten od wschodu jest młodszą mieszaniną tarniny, głogu, leszczyny i derenia. W normalnych okolicznościach nie jest to szczególnie piękne miejsce, ale ścieżka obwarowana żywopłotami i biegnąca ukradkiem między polem a drogą ma w sobie pewną tajemniczość, którą lubię. W lecie widywałem gromadki szczygłów podrywające się na moment z główek szczeci; uciekały przede mną w tym samym tempie, w jakim się do nich zbliżałem.

Tamtego wieczoru ścieżka była szarym, ośnieżonym zaułkiem, a ja doszedłem nią do linii buków porastających szczyt wielorybiego pagórka, pozostawiając za sobą glinę i wkraczając na prawdziwą kredę. Na przeciwległym skraju bukowego zagajnika przecisnąłem się przez obwieszony bluszczem prześwit i wyszedłem na czterdziestoakrowe pole.

W pierwszej chwili wydawało się całkowicie dziewicze; przypominało wielką krę. Kiedy przez nie ruszyłem, zacząłem dostrzegać znaki. Śnieg był gęsto zadrukowany tropami ptaków i zwierząt — świadectwami setek wędrówek odbytych od czasu, kiedy śnieg przestał padać. Widziałem eleganckie ślady jeleni, odciski łap kuropatw przypominające strzałki skierowane na boki, pozostałości króliczych łapek. Tropy rozchodziły się łukami na boki i znikały w mroku albo żywopłotach. W padającym ukośnie świetle księżyca cienie gęstniały w zagłębieniach, które leżały najbliżej mnie, co upodabniało je do kałamarzy. Do wszystkich pozostawionych wcześniej na polu śladów dodawałem teraz swoje.

Śnieg był niezwykle czytelny. Każdy sznur odciśniętych stópek wydawał się zapisem aktywności, którą dałoby się odtworzyć; serią sugestii wydarzeń należących już do przeszłości. Znalazłem linię tropów lisa, tu i tam zasypanych machnięciami kity, jakby próbował zatrzeć dowody swojej wędrówki. Odkryłem formy przypominające pozostałość po wzbijającym się w powietrze bażancie: głębokie, podłużne ślady pazurów w miejscu, gdzie odpychał się nogami od ziemi, a zaraz potem pozostawione w dużych odstępach z boku ślady piór, coraz delikatniejsze, zanikające.

Postanowiłem podążyć tropem jelenia, który przeciął narożnik pola. Znalazłem wyrwy w tarninowym żywopłocie, przecisnąłem się przez jedną i trafiłem na surrealistyczny widok.

Na północ ode mnie ziemia opadała łagodnie przez dalsze trzysta jardów. Na południe, czyli w górę zbocza, zobaczyłem wielkie białe garby otaczające, jak się zdawało, jeziorko z zatkniętym pośrodku masztem. Widziałem zagajniki z buków i sosen, nagłe uskoki terenu, zaokrąglone pagórki i opatulone doliny.

Podszedłem do jeziora, wkroczyłem na jego taflę. Przysiadłem przy maszcie i wypiłem łyk whisky. Pozbawione, jak to nocą, zawodników, odmienione przez śnieg i światło księżyca to najbardziej luksusowe pole golfowe w kraju zamieniło się w przedziwny, niezabudowany wiejski krajobraz. Wymrukując pod nosem nieszczere przeprosiny do członków klubu, opuściłem green pierwszego dołka i wyruszyłem na zwiedzanie reszty pola. Szedłem środkiem kolejnych alei w towarzystwie mojego własnego, niezniekształconego cienia. W bunkrach sypki śnieg sięgał do łydek. Po dojściu na green piątego dołka położyłem się na plecach i patrzyłem na przesuwające się powoli nade mną gwiazdy.

Większość śladów na polu golfowym pozostawiły króliki. Jeżeli widzieliście kiedyś odciski ich łapek na śniegu, wiecie, że przypominają maski duchów sprzedawane na Halloween albo twarz postaci z KrzykuMuncha: królik stawia tylne łapy odchylone na boki, co upodabnia ich ślady do wydłużonych oczu, a między nimi lądują pary przednich łapek stawiane pod niewielkim kątem, tworzące nos i owal ust. Ze śniegu spoglądały na mnie tysiące takich twarzy.

Co jakiś czas biegnącej na zachodzie drodze rozbłyskały reflektory; przybierały postać długich, żółtych tuneli sunącego światła. Na dwunastym dołku coś dużego i ciemnego przebiegło między drzewami a zaroślami: przypominało wilka, a choć musiało być jeleniem albo lisem, na grzbietach dłoni poczułem ukłucie igiełek idiotycznego strachu.

Po dojściu na daleki kraniec pola golfowego podążyłem za śladami królika przez kolejny tarninowy żywopłot. Wyszedłem na rzymski trakt, który wije się milami przez niskie kredowe wzgórza. Droga prezentowała się wspaniale w śniegu — biała linia ciągnąca się daleko w obu kierunkach. Ruszyłem na południowy wschód. Zza żywopłotów po obu stronach wyzierały rozległe pola, a światło księżyca odbijało się od ich surowych bladych płacht. Ptak skaczący po gałęzi wysokiego jesionu zasypał szlak przede mną chmurą płatków śniegu, które opadały niczym plamki widoczne na starych filmach.

Odległości uległy osobliwemu rozciągnięciu, a może to czas się skurczył, ponieważ miałem wrażenie, jakbym pokonał wiele mil albo szedł przez wiele godzin, zanim dotarłem do miejsca, gdzie rzymski trakt łączył się z końcem dobrze mi znanej drogi porośniętej z obu stron bukami. Wszedłem w nią, ominąłem wały dużego okrągłego fortu z epoki żelaza, przeszedłem na drugą stronę i wkroczyłem na szeroką łąkę, która pnie się łagodnie ku szczytowi kredowego wzgórza, który wznosi się całe dwieście pięćdziesiąt stóp nad poziom morza. Antracytowe drzewa, w ustach smak stopu cyny z ołowiem.

Na szczycie, pod księżycem, nieopodal kurhanu z epoki brązu, usiadłem na śniegu i ponownie napiłem się whisky. Spojrzałem za siebie na linię moich śladów. Na północnym zachodzie zobaczyłem dziesiątki innych tropów, rozchodzących się na boki i znikających w dole. Wybrałem jeden i ruszyłem za nim ciekawy, dokąd mnie zaprowadzi.

2. ŚCIEŻKA

Trop — Trodsi holloways— Niebieski i przejrzysty lód — Kamień Utsiego — Labirynt wolności — Zgodne działania — Pożądane linie — George Borrow — Koszmary — Drogi spirytystyczne — Imperatyw terytorialny — Kosmi-komiczna wizja — Edward Thomas — „Cierpliwie ziemskie nogi” — Jaś i Małgosia — Nauka o drogach — Stawianie kroków jako wiedza — Linie Pieśni Stworzenia — The Doomway i deszcze meteorów — Biogeografia — Liryczne zawodzenia pylonów.

Ludzie są zwierzętami i podobnie jak wszystkie zwierzęta pozostawiają ślady stóp na śniegu, piasku, w błocie, trawie, rosie, ziemi i mchu. Terminologia myśliwska dysponuje precyzyjnym określeniem na tego rodzaju ślady: nazywa je „tropami”. „Trop” jakiegoś zwierzęcia to odciski jego stóp. Łatwo nam zapomnieć, że również my pozostawiamy po sobie ślady, ponieważ większość podróży odbywamy teraz po asfalcie i betonie — a na tych podłożach trudno odcisnąć swoje piętno.

„Ludzie od zawsze chodzili, pokrywając ziemię siecią widzialnych i niewidzialnych ścieżek, symetrycznych albo poskręcanych”, pisze Thomas Clark w swoim wciąż aktualnym poemacie prozą In Praise of Walking. Rzeczywiście, kiedy zaczniecie na to zwracać uwagę, przekonacie się, że krajobraz jest nadal pokryty pajęczyną ścieżek i dróżek — podążających jak cienie wzdłuż współczesnej sieci dróg albo przecinających ją pod pewnym kątem. Język angielski dysponuje wieloma określeniami na różne rodzaje dróg: pilgrim paths, green roads, drove roads, corpse roads, trods, leys, dykes, drongs, sarns, snickets— jeżeli wypowiecie ich nazwy na głos i z odpowiednią szybkością, zabrzmią jak wiersz albo mantra — holloways, bostles, shutes, driftways, lichways, ridings, halterpaths, cartways, carneys, causeways, herepaths.

W wielu regionach można do dziś znaleźć dawne szlaki: łączą miejsca, prowadzą przez przełęcze albo wokół gór, do kościoła albo kaplicy, ku rzece albo morzu. Nie ze wszystkimi wiążą się radosne historie. W latach czterdziestych XIX wieku głodujący ludzie zbudowali w Irlandii setki mil dróg, aby połączyć nic z niczym w zamian za niewiele; nie zaznaczono ich na mapach rządowej agencji kartograficznej Ordnance Survey. W Holandii istnieją doodwegeni spookwegen — drogi śmierci i drogi duchów — prowadzące do średniowiecznych cmentarzy. Hiszpania dysponuje nie tylko rozległą i funkcjonującą siecią cañada, czyli dróg służących do pędzenia bydła, ale również tysiącami mil Camino de Santiago, szlaków pielgrzymkowych zbiegających się w sanktuarium Santiago de Compostela. Dla pielgrzymów przemierzających Camino każdy krok liczy się podwójnie: stawiają go jednocześnie na fizycznej drodze i na ścieżce wiary. W Szkocji są clachani rathad — ścieżki prowadzące do dawnych osad i ścieżki prowadzące do szałasów pasterskich — a w Japonii wąskie dróżki między polami, które przemierzał poeta Bashō w 1689 roku, pisząc Ścieżki na daleką północ. Amerykańskie prerie były w XIX wieku poprzecinane szerokimi „traktami bizonów”, wydeptanymi przez stada tych zwierząt, które wędrowały w szeregach po kilka sztuk. Te szlaki potem wykorzystywali pierwsi osadnicy, zmierzający na zachód przez Wielkie Równiny.

Szlaki, którymi ludzie poruszali się od dawnych czasów, występują również na wodzie. Przez oceany biegną ściegi dróg morskich, o których przebiegu decydują przeważające wiatry i prądy. Do najstarszych szlaków należą również rzeki. W czasie zimowych miesięcy do odległej doliny Zanskar w indyjskich Himalajach można się dostać wyłącznie po zamarzniętej rzece. Jej nurt biegnie przez strome łupkowe wąwozy, na których zboczach grasują śnieżne pantery. Na głębszych rozlewiskach rzeki lód jest niebieski i przejrzysty. Podróż w dół rzeki nazywana jest chadar, a grupy odbywające chadarkorzystają z doświadczonych przewodników zwanych „lodowymi pilotami”, którzy wiedzą, gdzie na trasie może czyhać niebezpieczeństwo.

Szlaki przybierają różną postać w zależności od warunków geologicznych i przeznaczenia. Przy trumiennych drogach ustawiano — na wyższej części zbocza — płaskie „kamienie postojowe”, na których można było złożyć ładunek, rozprostować zmęczone ręce i poruszać zesztywniałymi ramionami. Przy niektórych trumiennych drogach w zachodniej Irlandii spotkamy kamienie postojowe z wnękami, w których żałobnicy zostawiają kamyki. Prehistoryczne drogi biegnące przez faliste łąki Anglii wciąż pozostają widoczne, ponieważ na ich mocno ubitym kredowym podłożu, intensywnie wydeptywanym przez setki lat, rosną stokrotki. Tysiące dróg roboczych przecinają wrzosowiska Lewis, największej wyspy Hebrydów Zewnętrznych, przez co tereny te z powietrza przypominają irchę. Przychodzi mi również na myśl zygzakowata sieć górskich ścieżek na szkockich wyżynach, wyłożone kamiennymi płytami drogi i mosty dla koni jucznych w Yorkshire i środkowej Walii czy biegnące w zagłębieniach ścieżki z zielonego piasku w Hampshire, których brzegi porastają wiosną pastorały paproci.

Oznaczanie dawnych dróg samo w sobie jest ezoteryczną sztuką; używa się do tego między innymi kamiennych kopców, głazów odsłoniętych przez proces denudacji, głazów piaskowcowych, kamieni wytyczających granice posiadłości, menhirów, kamieni milowych, kromlechów. Na bagnistych terenach parku narodowego Dartmoor kawałkami białej porcelany oznaczano bezpieczne przejścia dla podróżnych, przemieszczających się o zmierzchu; przypominały sznur z kamyków pozostawiony w lesie przez Jasia i Małgosię. Głazy leżące przy górskich rzekach wskazują często położenie brodów; na przykład Kamień Utsiego w paśmie Cairngorms leży w miejscu, gdzie można przekroczyć potok Allt Mor i wejść na dawne hale; w czasach prehistorycznych wyryto na nim renifera, który w promieniach zachodzącego słońca wydaje się zrywać do skoku.

Szlaki i ich oznaczenia od dawna działały na mnie niczym magnes; nie mogłem oderwać od nich wzroku. Ścieżka przyciąga oko — również oko umysłu. Wyobraźnia natychmiast podąża za linią biegnącą po ziemi — wybiega w przód, ale również cofa się w czasie do historii szlaków i ich dawnych użytkowników. Przemierzając drogi, zastanawiam się często nad ich pochodzeniem, nad powodami, które skłoniły ludzi do ich zbudowania, nad przechowywanymi przez nie zapisami zwykłych podróży, nad tajemnicami podróżników, spotkań i wyjazdów. Myślę, że przemierzyłem dotąd w życiu piechotą siedem, może osiem tysięcy mil: więcej pewnie niż większość, ale zdecydowanie mniej niż niektórzy. Thomas De Quincey szacuje, że Wordsworth przeszedł sto siedemdziesiąt pięć, sto osiemdziesiąt tysięcy mil: osławione guzowate nogi Wordswortha, „jawnie wyszydzane — jak pisał złośliwie De Quincy — przez wszystkie znawczynie tematu”, znakomicie nadawały się do chodzenia i dźwigania. Przebyłem również tysiące mil w wyobraźni, bo kiedy nie mogę zasnąć — co zdarza się w większość nocy — wysyłam swój umysł na wędrówki po znajomych szlakach; miarowym rytmem takiego marszu udaje mi się czasami ukołysać do snu.

„Dają mi radość, kiedy nimi idę”, pisał prostymi słowami John Clare o polnych drogach. „Lewą ręką obejmę w pasie — pisał Walt Whitman w Pieśni o mnie, przyjacielsko, erotycznie, przymuszająco — Prawą ręką pokażę krajobraz lądów i drogę”. Ścieżki można uznać za przyziemne w najlepszym sensie tego słowa: są „ziemskie”, dostępne dla wszystkich. Umożliwiają swoim użytkownikom swobodne przemieszczanie się, dzięki czemu tworzą labirynt wolności, wąską sieć wspólnej ziemi, która nadal przecina nasz brutalnie sprywatyzowany świat drutów kolczastych i bram, kamer monitoringu i zakazów wejścia. Istnienie tego labiryntu jest jedną z istotnych różnic w podejściu do ziemi w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak Amerykanie od dawna zazdrościli Brytyjczykom systemu ścieżek i oferowanej przez nie wolności, tak ja zazdroszczę Skandynawom ich zwyczajowego prawa Allemansrätten (Prawo wszystkich ludzi). Obyczaj ten — zrodzony w części świata, która nie została poddana wielowiekowym wpływom feudalizmu, a przez to nie odziedziczyła odrębnej klasy posiadaczy ziemskich — pozwala obywatelom poruszać się swobodnie po nieuprawianych terenach, jeżeli tylko nie wyrządzają na nich szkód; rozpalać ogniska; spędzić noc w dowolnym miejscu poza obrębem zabudowań; zbierać kwiaty, orzechy i jagody; pływać wpław we wszystkich zbiornikach wodnych (nowe, oświecone prawa Szkocji przybliżają nas do tego modelu).

Szlaki są przyzwyczajeniami krajobrazu. Aktami zgodnego tworzenia. Trudno stworzyć ścieżkę samemu. Dokonał tego kiedyś artysta Richard Long, przemierzając w idealnie prostej linii odcinek po piasku pustyni tam i z powrotem z dziesięć razy. Ale pozostawił po sobie w ten sposób ślady stóp a nie ścieżkę: nie prowadziły one donikąd poza swoim własnym końcem, a Long przypominał swoim działaniem tygrysa krążącego po klatce albo pływaka przemierzającego kolejne długości basenu. Jego trasa, pozbawiona widoków na dalszy ciąg, miała się tak do prawdziwego szlaku jak ułamana gałązka do drzewa. Ścieżki łączą. To ich podstawowe zadanie i główny powód istnienia. W dosłownym rozumieniu tego słowa wiążą ze sobą różne miejsca, a co za tym idzie wiążą również ludzi.

Ścieżki istnieją za sprawą zgodnych działań wielu ludzi, ponieważ bez wspólnej troski i wspólnego działania zanikają: zarastają roślinnością, zostają zaorane albo zabudowane (choć pamięć o nich może trwać substancji prawa ziemskiego). Podobnie jak kanały wodne, które wymagają nieustannego pogłębiania, aby dało się nimi pływać, ścieżki wymagają wędrowców. W dziewiętnastowiecznym Suffolk na słupach przy wejściu na niektóre z często uczęszczanych ścieżek, na przykład biegnących między wioskami albo dochodzących do kościołów, wieszano małe sierpy zwane hakami. Wędrowiec zabierał hak i odcinał gałęzie, które zaczynały przeszkadzać w przemarszu. Pozostawiał potem narzędzie na drugim końcu ścieżki dla kolejnego wędrowca przemieszczającego się w przeciwnym kierunku. W ten sposób wspólnym wysiłkiem dbano o wygodę przechodniów.

Ale żeby ścieżka była ciekawa, bynajmniej nie musi być stara. W każdym mniejszym czy większym mieście natkniemy się dziś na dzikie dróżki przecinające parki i nieużytki, wydeptane przez ludzi, którzy zeszli z chodników i dróg, aby przejść gdzieś na skróty. Miejscy planiści nazywają te prowizoryczne trasy „pożądanymi liniami” albo „pożądanymi ścieżkami”. W Detroit — gdzie spora część miasta zarosła roślinnością, gdzie znajdziemy dziesiątki tysięcy opuszczonych domów, gdzie mało kogo stać obecnie na samochód — pieszy i rowerzyści stworzyli tysiące tego rodzaju wspólnych ułatwień.

* * *

Ścieżkami chodziłem przez lata i przez lata o nich czytałem. Wędrowaniu poświęcono wiele utworów, wierszy, pieśni, opowieści, traktatów, a także przewodników, map, powieści i esejów. Związek między pisaniem i chodzeniem jest niemal równie stary jak sama literatura — tylko jeden krok dzieli spacer od gawędy, a każda ścieżka coś nam opowiada.

Najbardziej charyzmatycznym ze współczesnych pisarzy-wędrowców był bez wątpienia George Borrow. Zainspirował modę na powieści wędrownicze, która zapanowała w połowie XIX wieku w Europie i Ameryce i której skutki odczuwamy do dziś. Borrow zaczął wyruszać na włóczęgi w latach dwudziestych XIX wieku. Przemierzył tysiące mil po Anglii i Walii, przepłynął kanał La Manche i udał się do Francji, Hiszpanii, Portugalii i Rosji, a także na południe Maroka, poznając kultury i ludzi zamieszkałych na drodze jego wędrówek: Romów, nomadów, włóczęgów, rzemieślników, pasterzy, chłopów i karczmarzy. Na szlakach Borrowa wyróżniały wzrost (mierzył grubo ponad sześć stóp), szerokie bary, czarny garnitur i białe skarpetki, niekiedy również sombrero. Takim wyglądem wyróżniał się nawet bardziej w sennych miasteczkach Anglii Wschodniej, Norwich i Great Yarmouth (gdzie widywano go czasami, jadącego na oklep na czarnym arabie Sidi Habismilku zwanym również „Panem Moim, Obrońcą Królestwa”).

Borrow jako wędrowiec odznaczał się niesamowitą wytrzymałością i był niewyobrażalnie utalentowanym poliglotą. W wieku osiemnastu lat mówił ponoć w dwunastu językach, a w ciągu całego życia opanował na przyzwoitym poziomie ponad czterdzieści, w tym nauhatl, tybetański, armeński i małoruski. W zimie 1832–1833 Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne zaprosiło go na spotkanie w Londynie, aby dowiedzieć się, czy nie zgodziłby się przetłumaczyć Biblii na kilka trudnych języków. Towarzystwo Biblijne, zadowolone z rozmowy, zamówiło u Borrowa pilny przekład Nowego Testamentu na mandżurski. Borrow „zapomniał” im tylko powiedzieć, że nie zna w ogóle tego języka. Na ale co to dla niego za problem. Ledwie dostał zlecenie, zaopatrzył się w „stos książek napisanych w dialekcie mandżursko-tatarskim” oraz słownik mandżursko-francuski (francuski!) Amyota. Następnie pojechał do domu (powozem, ma się rozumieć) i zamknął się w gabinecie. Trzy tygodnie później był w stanie „bez większej trudności tłumaczyć na mandżurski” i zrealizować zamówienie Towarzystwa Biblijnego.

Borrow odznaczał się chwiejnym temperamentem a także, jak wielu długodystansowych wędrowców, skłonnościami depresyjnymi. Od młodego wieku dręczyły go, jak sam mówił, „koszmary”. Zasłynął jako autor kredo wędrowca, które przedstawił w swojej drobiazgowej autobiografii Lavengro (1851):

Jest i noc, i dzień, bracie, oba urokliwe; słońce, księżyc i gwiazdy, bracie, wszystkie urokliwe; podobnie ma się sprawa z wiatrem na wrzosowiskach. Jakże urokliwe jest życie, bracie; komu by się śpieszyło do śmierci?

Lavengro to książka niezwykła ze względu na swoją niewiktoriańską (niekonformistyczną) perspektywę Wysp Brytyjskich początków XIX wieku. Łączy w sobie zapis marzeń, wyznania, historię społeczną i pamiętnik, a jej romantyzm jest równoważony przez opisy trudów. Borrow znał dobrze znoje pieszych wędrówek — na równi z ich urokami. Miał pełną świadomość etycznych dylematów związanych z opiewaniem wędrówek. Wielu ludzi zmuszała do takiego życia bieda: bezrobotnych i bezdomnych, włóczęgów, kloszardów i powsinogów; wszystkich wydziedziczonych tego świata.

Ale przykład Borrowa okazał się niezwykle inspirujący za sprawą jego kwiecistej prozy. Bryza na twarzy, gwieździsty dach nad głową, ognisko przy szlaku, filozofowanie pod żywopłotami, nieokreślony cel podróży — Borrow zaszczepił te wizje w wyobraźni XIX wieku. Większość jego naśladowców wracała do domów raczej z odciskami niż mądrością, niemniej kult beztroskiego wagabundy tylko się pogłębiał. Pod koniec tamtego stulecia funkcjonowało wiele klubów miłośników pieszych wycieczek, powstała też bogata literatura wędrownicza. Bestsellerami stały się kieszonkowe wydania takich pozycji jak The Open Road czy On Foot, wydawanych w oprawie z zielonego bukramu albo czerwonego zamszu. Robert Louis Stevenson napisał swoje mroczne i mistyczne Songs of Travel (1896), których rytm wzorowany jest na miarowym kroku długodystansowego wędrowca. Ornitolog W.H. Hudson zapoczątkował sielską psychogeografię, przemierzając miesiącami ścieżki Anglii w poszukiwaniu, jak mówił, „uroku nieznanego”, czegoś, co wprawiłoby w drżenie pręciki w jego siatkówkach (zainspirował go między innymi Borrow, ale także wcześniejszy mistycy angielscy, na przykład Thomas Traherne, Henry Vaughan i Thomas Browne). Na przełomie XIX i XX wieku Hilaire Belloc przewędrował z Francji do Włoch i napisał pompatyczną opowieść pielgrzyma zatytułowaną The Path to Rome (1902). John Muir przeszedł tysiąc mil z Indianapolis do Florida Keys w 1867 roku, doświadczając po drodze zarówno głodu, jak i chwil ekstazy; siedemnaście lat później młody Charles Lummis przemierzył Amerykę od Ohio do Kalifornii i twierdził, że odbył „najdłuższą udokumentowaną wędrówkę wyłącznie dla przyjemności”. W 1892 roku powstał Sierra Club, dla którego inspiracją było przekonanie Muira, że cielesny kontakt podróżnika z dzikim światem przynosi korzyści zarówno wędrowcowi, jak i światu, oraz że „wyjście w świat […] jest w istocie wędrówką w głąb siebie”.

Szok pierwszej wojny światowej wzbudził w Brytyjczykach ogromne zainteresowanie dawnymi szlakami. Część żołnierzy powracających z poranionymi ciałami i umysłami udawała się na angielską prowincję w nadziei, że odnalezienie utraconego poczucia przynależności do przyrody i lokalnej wspólnoty pozwoli przywrócić godność ich zniszczonemu życiu (chcieli mieć poczucie, że wszystkie te koszmary były czegoś warte). Jedną z takich ofiar wojny był Henry Williamson. Po powrocie z Francji z obrażeniami po zatruciu gazem bojowym udał się do wiejskiego hrabstwa Devon, gdzie przez lata przemierzał drogi Dartmoor i tropił „dzikie stwory”. Ze zdobytych wtedy doświadczeń wykuł swoje arcydzieło Tarka the Otter (1927), którego każde słowo było, jak się wyrażał, „odłupane z kości mostka”.

Inni straumatyzowani wojną ludzie zwrócili się ku zabobonom i wyruszyli na poszukiwanie duchów, śladami zagubionych i zapomnianych. Stare szlaki zaczęły pełnić funkcję medium w dwojakim sensie: jako środki zjednoczenia i jako środki przemieszczania się. Rosło zainteresowanie duchowością tego rodzaju szlaków. Tradycyjne pielgrzymki opisane wcześniej przez Chaucera zabarwiły się makabrycznym historyzmem: duchy wyłaniały się z poboczy i żywopłotów, zwracając się do podróżnych. John Masefield pisał, że krajobraz jest „zaludniony chmarami dusz / które znały moją ciekawość i paliły się do tego / aby człowiek żywy rozumiał umarłego”.

Przeczytałem tych wszystkich wędrowców przemierzających dawne szlaki i często natykałem się na odmiany tej samej nęcącej idei: wędrowanie może pozwolić nam — by użyć sformułowania Hudsona — „na ponowne wyślizgnięcie się ze współczesnego świata”. Wędrowcy co rusz wspominają przyjemny dreszcz wzbudzany przez poczucie więzi, chodzenie traktują jako seans spirytystyczny, jako okazję do usłyszenia głosów. Bashō miał opowiedzieć jednemu ze swoich uczniów, że podczas wędrówek na północ często rozmawiał z nieżyjącymi od dawna poetami przeszłości, w tym ze swym dwunastowiecznym poprzednikiem Saigyo: podróże traktował jako rozmowy między „obecnym i przyszłym duchem”. W powieściach Thomasa Hardy’ego szlaki przechowują niekiedy wspomnienia jakiejś osoby, podobnie jak człowiek mógłby przechowywać wspomnienie o szlaku. Richard Jefferies wspomina we wpisie w dzienniku z 1887 roku chwilę, kiedy dociera w Gloucestershire pod kurhan z epoki brązu i czuje „jakby mógł spojrzeć w przeszłość i poczuć to, co było wtedy; promienie słońca z tamtego czasu; ich życie”. Ścieżki traktowano jako rozpadliny, w których czas może istnieć jako nienaruszona powierzchnia poddająca się dziwacznym przekształceniom — takie osobliwe origami.

I rzeczywiście, nie trzeba być mistykiem, by uznać niektóre z dawnych szlaków za linearne tylko w najprostszym rozumieniu tego słowa; tak jak drzewa mają gałęzie i jak rzeki mają dopływy. Siedem lat temu udałem się do Dorset, aby zbadać hollowaystego zielonego, słynącego z wyrobów mleczarskich hrabstwa z moim bliskim przyjacielem, Rogerem Deakinem. Angielskie słowo holloway pochodzi od anglosaskiego hol weg i używane jest na określenie zapadniętej ścieżki, która wżłobiła się w grunt na skutek wielowiekowego oddziaływania stóp, kół i pogody. Dorset — jak wiele angielskich hrabstw położonych na miękkich skałach — jest pokryte siecią takich dróg, niekiedy głębokich na dwadzieścia stóp i obecnie w większości zarośniętych jeżynami i pokrzywami. Spędziliśmy z Rogerem wiele dni w szorstkim karmelowym piaskowcu wokół miasteczka Chideock, wędrując po zapadniętych drogach i odkrywając związane z nimi opowieści: o szesnastowiecznych niewiernych uciekających przed prześladowaniami, o siedemnastowiecznych księżach odprawiających msze w lasach, o zbiegłych dwudziestowiecznych arystokratach szukających schronienia. W półmroku jarów historie z przeszłości wydawały się fascynująco żywe. Wydawały się współistnieć z teraźniejszością, zupełnie jakby fałdy czasu ponakładały się na siebie, łącząc odrębne momenty i tworząc historyczne podobieństwa, które przetrwały jako terytorialny imperatyw ukrywania się i ucieczki.

Dwa lata po naszej wyprawie Roger zmarł niespodziewanie w młodym wieku. Cztery lata po jego śmierci wróciłem do Dorset, aby przebyć te same drogi. Podążałem za własnymi wcześniejszymi śladami — kępą ostrokrzewów, z której wycięliśmy kije; krajką pola, na którym rozbiliśmy obóz na noc — i doświadczałem zadziwiająco wyraźnych przebłysków wspomnień dotyczących samego Rogera, którego widziałem to na zakręcie drogi, to gdzieś z przodu na ścieżce.

* * *

Nie wszyscy wędrowcy przemierzający dawne szlaki byli ciekawymi postaciami, nie wszystkie ich pomysły wydają się pociągające. Pomysł wykorzystania dawnych dróg do poruszania się po krainach realnych i wyobrażonych przyciągnął hałastrę mitomanów, bigotów i innych nieprzyjemnych maniaków. Przeczytałem z niesmakiem prace wszelkiej maści mizantropów, nacjonalistów wciskających ludziom nieprawdziwe teorie rasy, nostalgików przedkładających uległych zmarłych nad kłopotliwych żywych. Przeczytałem z konsternacją orędowników powrotu do ziemi, dla których chodzenie po ścieżkach (podobnie jak żwawe podrygi w rytm tańca morris i noszenie sandałów) było sposobem na oczyszczenie skalanej męskiej duszy.

Zetknąłem się również z wieloma pisarzami wędrowcami, którzy uniknęli tego rodzaju idiotyzmów i pułapek myślowych. Wśród nich tańczył radośnie Borrow, wymachując swoimi kosmo-komicznymi wizjami. John Clare żywił sympatię do ścieżek, ponieważ „kryły bogactwa i sprawiały radość umysłowi”; sposoby wędrowania były dla niego również sposobami myślenia. Williama Wordswortha pradawne szlaki prowadziły ku przygodzie, docierał nimi do „załomów prowincji”. William Hazlitt podszedł do sprawy radykalnie, maszerując od kościoła do kościoła, wysłuchując kazań unitariańskich pastorów, a ścieżki sławił jako „linie komunikacji […] dzięki którym nie zgaśnie płomień swobód obywatelskich i religijnych”.

Im bardziej zgłębiałem temat, tym więcej wydawałem się dostrzegać ścieżek i szlaków wiodących przez powstałą w ostatnich dwóch wiekach prozę, poezję i sztukę Europy, Ameryki i — w szczególności — Wielkiej Brytanii. Można je odnaleźć w dziennikach Dorothy Wordshorth, w wojennych krajobrazach Paula Nasha z ich biegnącymi zygzakami, drabiniastymi ścieżkami, w filmie Michaela Powella i Emerica Pressburgera A Canterbury Talez 1944 roku, w którym pradawny szlak pielgrzymkowy zostaje bezmyślnie rozjechany w czasie manewrów przez brygadę pancerną; na fotografii Billa Brandta z 1950 roku przedstawiającej krótki odcinek tej samej ścieżki szlak pielgrzymów ma tam postać wydeptanej szczeliny w białym podłożu skały kredowej. Wkraczając w taką wyrwę, ześlizgujemy się nie tylko do innych czasów, ale również do innej rzeczywistości i klimatu. Pokochałem nierzeczywiste akwarele Erica Raviliousa przedstawiające prehistoryczne drogi, które biegną przez pofałdowany krajobraz południowej Anglii, przeczytałem wielokrotnie przemyślenia szkockiej pisarki Nan Shepard, która opisuje, jak przez wiele lat przemierzała pieszo pasmo górskie Cairngorm, grzbiety i ścieżki wydeptane przez jelenie, aż wreszcie poczuła, że nie wychodzi „na” górę, ale „w nią” wchodzi. Właśnie takie rozumienie dawnych szlaków przemawia do mnie najbardziej: chodzenie jako pobudzenie wzroku i myśli, a nie zachęta do wycofania się i ucieczki. Przy takim podejściu ścieżki służą nie tylko do pokonywania przestrzeni, ale dostarczają nam również nowych sposobów odczuwania, bycia, poznawania.

Największy wpływ wywarły na mnie życie i twórczość Edwarda Thomasa: eseisty, żołnierza, śpiewaka, jednego z najważniejszych współczesnych poetów angielskich — oraz duchowego przewodnika tej książki. Thomas przyszedł na świat w Londynie w 1878 roku jako dziecko pary Walijczyków. Już jako młody człowiek był jednocześnie wędrowcem i pisarzem. Kiedy wyrobił sobie nazwisko, publikując serię opisów wędrówek, książek przyrodniczych i biografii, zabrał się wreszcie zimą 1914 roku do tworzenia poezji. Miał wtedy trzydzieści sześć lat. Co zdumiewające, jak na tak późną erupcję talentu, w ciągu zaledwie dwóch lat napisał sto czterdzieści dwa wiersze; więcej, jego wiersze zmieniły poezję, rozkrzewiły się, a po tych odgałęzieniach poruszamy się do dziś. Rankiem w wielkanocny poniedziałek 1917 roku Thomas zginął w wieku trzydziestu dziewięciu lat w pierwszym dniu bitwy pod Arras.

Z poezją Thomasa po raz pierwszy zetknąłem się w szkolnej antologii, która zawierała jego najsłynniejsze wiersze: Adlestrop i As the Team’s Head-Brass. Wydał mi się wtedy ujmująco prostym autorem, niemal naiwnym: opiewającym oraczy wiejskiej Anglii, stogi siana i wiązówki błotne, które już w jego czasach występowały coraz rzadziej. Musiało upłynąć niemal dwadzieścia lat, żebym zrozumiał, jak szalenie uproszczone było takie odczytanie Thomasa. Nawet dziś uchodzi często za twórcę sielskich wierszy, opiewającego przywiązanie do swego miejsca na ziemi, ale teraz widzę, że tak naprawdę zajmuje się oderwaniem, sprzecznościami i wykorzenieniem. Jego poezję zaludniają duchy, mroczne sobowtóry i głębokie lasy pełne zanikających ścieżek. Jego krajobrazy składają się często z kruchych powierzchni, które w każdej chwili mogą się zawalić. Ciekawe, że choć pociągała go romantyczna postać samotnego, ufnego we własne siły wędrowca, miał świadomość, w jaki sposób miejsca, przez które przechodzimy rozrzucają nas zarazem w przestrzeni i potwierdzają nasze istnienie.

Thomas posiadał parę „cierpliwych ziemskich nóg”, jak powiedział kiedyś Keats, i te nogi pozwoliły mu pokonać tysiące mil dawnych szlaków, od słynnych Sarn Helen w Walii, Icknield Way i Ridgeway w południowej Anglii po lokalne Old Little Lane i Harepath Lane nieopodal jego domu w Hampshire. „Te najwcześniejsze drogi wędrowały przez ziemię niczym rzeki — napisał — odznaczając się, podobnie jak rzeki, jedną potrzebą: aby się poruszać”. Thomas wykorzystywał dawne szlaki, żeby samemu pozostawać w ruchu, ponieważ podobnie jak Borrow — którego biografię napisał i z którym się wyraźnie identyfikował — miał skłonność do depresji. Również dla niego wędrowanie było jedną z niewielu form aktywności, które pomagały mu się wydobyć z przygnębienia. Wycinał sobie kij — najchętniej z ostrokrzewu — i wyruszał „niezatartymi starymi drogami”, „rozdeptanymi przez podkowy i bose stopy oraz kije nieżyjących od dawna pokoleń”. Pradawne drogi były „potężnymi, magicznymi bytami”, na których mógł „przerobić czas w nicość”, a jednocześnie „krążyć po najróżniejszych stuleciach”. Baśń o Jasiu i Małgosi, którzy zostali wyprowadzeni do lasu, ale zostawili za sobą sznur białych kamyków, aby znaleźć drogę powrotną do domu, uważał za „jedną z najwspanialszych opowieści świata”.

Dla Thomasa ścieżki łączyły prawdziwe miejsca, ale również prowadziły dalej ku metafizyce, wstecz ku historii i do wnętrza człowieka. Takimi trawersami — między ideami, duchowością i osobistymi odczuciami — porusza się w swoich pracach często bez ostrzeżenia, należą one zresztą do najbardziej charakterystycznych cech jego twórczości. Thomas myślał o sobie w kategoriach topograficznych. Zakręty, skrzyżowania, przełazy, drogowskazy, rozwidlenia, rozdroża, rozstaje, kuszące ścieżki biegnące przez pagórki, szlaki prowadzące ku niebezpieczeństwu, śmierci albo rozkoszy: zinternalizował cechy pokrytego ścieżkami krajobrazu w taki sposób, że nadawały one formę jego melancholii i jego nadziejom. Chodzenie było środkiem osobistego mitotwórstwa, ale kształtowało też jego codzienne tęsknoty: nie tylko rozmyślał na ścieżkach i o nich, ale również wraz z nimi.

Bo przecież to, że ścieżki przebiegają przez ludzi jest równie oczywiste jak to, że przebiegają przez miejsca. Dobrze ujmuje to amerykański historyk i geograf John Brinckerhoff Jackson, człowiek z natury nieufny wobec romantyzmu. „Przez niezliczone tysiące lat podróżowaliśmy pieszo po nierównych drogach — zauważa — nie tylko jako handlarze, wędrowcy czy turyści, ale również jako mężczyźni i kobiety, dla których ścieżka czy droga oznaczały jakieś silne doświadczenia: wolność, nowe relacje międzyludzkie, nową świadomość krajobrazu. Droga umożliwiała podróż w nieznane, co mogło nam pozwolić na odkrycie, kim jesteśmy”.

Od dawna fascynuje mnie, w jaki sposób ludzie próbują zrozumieć samych siebie za pomocą krajobrazu, osobistych topografii, które noszą w sobie, za pomocą map, które sporządzają, aby poruszać się po tych wewnętrznych krainach. Myślimy metaforami zaczerpniętymi z miejsc i czasami te metafory nie tylko przyozdabiają nasze myśli, ale również je aktywnie tworzą. Krajobraz, by przywołać frazę George Eliot, może „rozszerzyć wyobrażony obszar, w którym zamieszkuje ja”.

Powiedziałbym, że krajobraz jawi nam się nie jako molo albo półwysep, skończony i ograniczony w swoim rozmiarze i zasięgu, ale jako rodzaj światła słonecznego, nieuchwytnego w swej migotliwości a jednak często pogłębiającego i rozjaśniającego. Przywykliśmy mówić, czasami ze wstydem, co sądzimy o miejscach — znacznie gorzej idzie nam mówienie, co miejsca myślą o nas. Odnoszę od pewnego czasu wrażenie, że dwa pytania, które powinniśmy zadać w odniesieniu do jakiegokolwiek wyrazistego krajobrazu brzmią następująco: po pierwsze, co takiego wiem, kiedy przebywam w tym miejscu, a czego nie mógłbym wiedzieć nigdzie indziej? I, po drugie, wykazując się pewną zarozumiałością, co to miejsce wie o mnie, czego ja sam nie mogę o sobie wiedzieć?

* * *

Moją piętę od czubka dużego palca dzieli 29,7 centymetrów albo 11,7 cala. Jest to jednostka postępu, a jednocześnie jednostka myśli. „Chodzenie ma w sobie coś, co pobudza i ożywia mą myśl — pisał Jan Jakub Rousseau w czwartej księdze swoich Wyznań — nie jestem prawie zdolny myśleć, kiedy siedzę w miejscu; trzeba, by ciało było w ruchu, aby pobudzić mój umysł”. Søren Kierkegaard wysunął tezę, że umysł funkcjonuje optymalnie w czasie wolnego spaceru z prędkością ośmiu mil na godzinę, a w swoim dzienniku opisywał, jak wyszedł na przechadzkę i „poczuł się tak przytłoczony ideami”, że „ledwie szedł”. Christopher Morley stwierdził, że Wordsworth „wykorzystywał swoje nogi jako narzędzie filozofii”, a sam Wordsworth wspominał o własnym „czuciowym intelekcie”. Nietzsche podchodził do tej kwestii z typową dla siebie kategorycznością — „Jeno wychodzone myśli są coś warte” — z kolei Wallace Stevens stwierdzał z charakterystyczną niepewnością: „Być może / Prawda zależy od spaceru wokół jeziora”. We wszystkich przywołanych stanowiskach chodzenie nie jest aktywnością służącą osiąganiu wiedzy; samo w sobie jest środkiem poznania.

Teza, że dochodzeniu do wiedzy służy zarówno ruch, jak i przebywanie w odpowiednim miejscu, pojawiła się jeszcze przed romantyzmem, a rozsławił ją Rousseau. Dziś nie powinna nikogo zaskakiwać, powinniśmy jednak wykazać się sceptycyzmem, kiedy ktoś czyni z niej regułę. Chodzenie zapewnia czasami subtelne wsparcie umysłowi, ale bywa też jego brutalnym przeciwnikiem. Kto przemierzał kiedyś duże dystanse dzień za dniem, wie dobrze, że zmęczenie potrafi wytępić wszystko poza podstawowymi funkcjami mózgu. Po przejściu pięćdziesięciu mil człowiek dostaje rozbieżnego zeza i głupawo gapi się, jak się wyraził John Hillaby, w „czaszkowe kino”.

W kulturach innych niż zachodnia idea stawiania kroków jako formy wiedzy oraz idea chodzenia jako sposobu rozmyślania są mocno rozpowszechnione. Często służą za metaforę przypominania sobie wydarzeń z przeszłości — historia jako obszar, na który się ponownie wkracza. Keith Basso opisywał, że Apaczom Cibecue przeszłość jawi się jako ścieżka albo szlak (‘intin) wydeptany przez przodków, ale w dużej mierze niewidzialny dla żywych; wkracza się na niego okrężną drogą przez podpowiedzi związane z określonymi ścieżkami pamięciowymi. Ścieżki te — do których należą nazwy miejsc, opowieści, pieśni i relikty — nazywane są czasami przez Apaczów biké goz’áá — „odciskami stóp”, „tropami”. Dla przedstawicieli plemienia Tlicho (pisownia oryginalna: Tlįchǫ) z północno-zachodniej Kanady chodzenie i wiedza to praktycznie nierozdzielne czynności: ich określeń na „wiedzę” i „odcisk stopy” można używać wymiennie. W jednym z tybetańskich tekstów buddyjskich sprzed około sześciuset lat pada słowo shul na oznaczenie „śladu, który pozostaje po tym, gdy coś, co go odcisnęło, zdążyło odejść”. Ślady stóp są shul, ścieżka jestshul, a takie ślady rozbudzają w człowieku świadomość przeszłych zdarzeń.

Myśl, że chodzenie może być myśleniem albo że stopy mogą wiedzieć, wydaje się w pierwszej chwili obca i niezrozumiała. Stopy nie traktujemy normalnie jako ekspresyjnej lub percepcyjnej części ciała. Stopie brak wszechstronności dłoni. Ma nieruchliwy duży palec: gdybyśmy chcieli nim coś pochwycić, możemy go co najwyżej docisnąć do drugiego palca. Stopa przypomina raczej protezę, która ma tylko umożliwiać nam przemieszczanie się, a nie interpretować i organizować świat wokół nas. Dłoń jest niewątpliwie zawsze subtelniejsza od stopy — mówimy o manipulowaniu, a nie pedipulowaniu. Mimo to Richard Long — który pokonywał trzydzieści trzy mile dziennie przez trzydzieści trzy dni, wędrując z Lizard w Kornwalii do Dunnet Head w północnej Szkocji — podpisuje swoje listy odciskiem stóp zamoczonych w czerwonym tuszu; na odbiorcę spogląda z nich para dorysowanych oczu. Stawianie kroków jako sposób postrzegania krajobrazu; dotyk jako widzenie — do tych idei jestem skłonny się przekonać.

Dla Ludwika Wittgensteina kluczowym elementem filozofii było podążanie za tokiem rozumowania zarówno pieszo, jak i w umyśle. Podczas seminariów u Bertranda Russella w Cambridge krążył po gabinecie we wzburzonym milczeniu, czasami godzinami, pokonując długie mile w pokoju o szerokości kilku jardów. „Rozmyślasz o logice czy o swoich grzechach?”, zagadnął kiedyś półżartem Russell przechadzającego się zamaszystym krokiem ucznia. „O obu!”, odparł natychmiast Wittgenstein. W 1913 roku wyjechał do Skjolden, maleńkiej wioski nad odległym norweskim fiordem, gdzie spędził długą, ciemną zimę, rozmyślając nad logiką i przemierzając ścieżki nad morzem i w górach. Norweski krajobraz — ascetyczny, bezkompromisowy — pasował do zagadnień, nad którymi rozmyślał. Tamtej zimy rozgryzł jedno z głównych zagadnień filozoficznych związane z symbolizmem funkcji prawdy. „Nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym pracować gdziekolwiek indziej — pisał po latach do siostry. — Mam poczucie, że zrodziłem w swoim wnętrzu nowe myśli”. Es kommt mir so vor, als hätte ich damals in mir neue Denkbewegungen geboren. Słowo, którego Wittgenstein używa na określenie „myśli”, Denkbewegungen, to neologizm, który można przetłumaczyć jako „ruchy myślowe”, „drogi myśli” albo „ścieżki myśli”: idee, które pojawiły się w umyśle na skutek poruszania się po ścieżce (Weg).

W jednym ze spokojnych wierszy Thomasa Clarka człowiek spacerujący brzegiem morza dociera do miejsca, gdzie kamienne stopnie „wycięte w skale // schodzą ku wodzie” przy kei, gdzie cumują łodzie. Wiersz przyjmuje ich zaproszenie, aby zejść w dół, a wędrowiec wyobraża sobie „schodzenie do morza / do tej innej wiedzy / dzikiej i zimnej”. Autor nawiązuje tym samym do wspaniałego wiersza Elizabeth Bishop Okolica przetwórni ryb, którego tematem jest „czysta, szara, lodowata woda” nowofundlandzkiego portu; a przecież kiedy patrzymy na tę wodę, rozumiemy, że „taka jest właśnie w naszych wyobrażeniach wiedza: / ciemna, słona, klarowna, wciąż w ruchu, dogłębnie swobodna”. Bishop odwołuje się z kolei, jak sądzę, do Wordswortha, który w 1815 roku pisał o tym, jak można uzyskać dostęp do „głębi rozumu”: rzeczywistości, „w którą umysł nie może się samodzielnie osunąć — ale do której musi zejść po stopniach myśli”. Wymienione wiersze powtarzały tę samą myśl — same w sobie stały się książkowym szlakiem albo serią kroków.

Najbardziej znane powiązanie między stawianiem kroków, wiedzą i pamięcią można znaleźć w wizji linii Pieśni Stworzenia australijskich Aborygenów. W ich kosmogonii świat został stworzony w Epoce Snu, kiedy pojawili się Przodkowie i zastali ziemię czarną, płaską i pozbawioną właściwości. Zaczęli wędrować po tym nie-miejscu, a kiedy tak chodzili, rozdarli skorupę ziemi i uwolnili śpiące pod nią życie — krajobraz dosłownie rodził się pod ich krokami. Jak wyjaśnia Bruce Chatwin w swojej nierównej, choć słynnej książce: „totemiczni przodkowie, podróżując przez cały kraj, zostawiali za sobą szlak złożony ze słów i nut, który towarzyszył ich krokom”. Ślady stóp ulegały powiązaniu z konkretnymi elementami krajobrazu. Świat pokryły „szlaki Snów”, które „wciąż znaczą ziemię, stanowią «sposób» komunikowania się”, a każdemu szlakowi odpowiada konkretna Pieśń. Australię jako kontynent, pisze Chatwin, można sobie zatem wyobrazić jako „splątane Iliady i Odyseje, gdzie każde zdarzenie można było odczytać z układu terenu”. Śpiewanie było — i nadal jest, choć coraz więcej Pieśni zanika wraz z kolejnymi pokoleniami — sposobem odnajdywania drogi; snucie opowieści uważano za tożsame z wędrowaniem.

Związek między myśleniem a chodzeniem tkwi również głęboko w historii języka, czego przykładem jest najwspanialszy przykład etymologii, z jakim się zetknąłem. Wychodzimy od angielskiego czasownika to learn, który znaczy „nabywać wiedzę”. Cofając się w historii języka, docieramy do staroangielskiego leornian, „zdobywać wiedzę, kształcić się”. Odleornian ścieżka prowadzi nas ku szczelinowym zaroślom protogermańskiego, do słowa liznojan, którego podstawowy sens wyraża „podążać albo znajdywać drogę” (od protoindoeuropejskiego prefiksu leis- oznaczającego „szlak”). „Uczyć się” znaczy zatem w istocie „podążać szlakiem”. Kto by przypuszczał? Dla mnie było to zaskoczenie i jestem wdzięczny badaczom etymologii, który odkryli te zapomniane szlaki łączące „uczenie się” z „podążaniem drogą”.

* * *

Kilka miesięcy po nocnej wyprawie przez śnieg postanowiłem pozostawić własne ślady: wyruszyć pieszo dawnymi szlakami i sprawdzić, czego można się w ten sposób nauczyć. I tak pewnego ranka pod koniec maja opuściłem mój dom w Cambridge i wyruszyłem najstarszym, jak się często uważa, lądowym szlakiem Wysp Brytyjskich, zwanym Icknield Way, który wiek wcześniej przemierzał na piechotę i na rowerze Edward Thomas.

Była to pierwsza z moich pieszych wypraw. Większość z nich opisuję w tej książce, a składa się na nie — doświadczana przez większość podróżników — mieszanina podekscytowania, niekompetencji, uwznioślenia, przygody i epifanii. Icknield Way otworzyła przede mną stary świat szlaków przecinających ziemie i wody Wysp Brytyjskich, łączących je z innymi państwami i kontynentami. Po drodze — po drogach — złamałem więcej kości niż w czasie dwóch dekad wspinaczki górskiej, opijałem się ginem z szamanem na Hebrydach Zewnętrznych, szedłem ramię w ramię z liczącym sobie pięć tysięcy lat mężczyzną pod Liverpoolem, przemierzałem uedy na okupowanych terenach Palestyny i, jak wielu brytyjskich wędrowców przede mną, trafiłem na jedno ze spalonych słońcem odgałęzień Camino w Hiszpanii, którym kroczyłem pod zasępionym niebem. Przemierzyłem szlak pływowy zwany „The Doomway”, rzekomo najbardziej niebezpieczny szlak Wysp Brytyjskich, który w rzeczywistości okazał się banalnie prosty. Podziwiałem niebiańskie klejnociki zesłane przez deszcz meteorów nad północnym Atlantykiem; pokonałem zimą na nartach drogę Ridgeway i daję głowę, że w Wiltshire widziałem na własne oczy czarną panterę. Spędzałem noce w zagajnikach, na polach i w kopulastych szałasach z kamienia oraz na nawiedzonym szczycie kredowego pagórka w Sussex, gdzie potwornego stracha napędziły mi duchy, które, jak się teraz domyślam, były w istocie sowami. Wszędzie spotykałem ludzi — zwykłych i niezwykłych, cichych i elokwentnych, banalnych i ekscentrycznych — którzy krajobraz i chodzenie traktowali jako podstawowy sposób poznawania siebie i świata. Zaznajamiałem się z guzdrałami, marzycielami, piechurami, przewodnikami, pielgrzymami, włóczęgami, powsinogami, grandziarzami, kartografami — oraz człowiekiem, który uważał, że jest drzewem i że drzewa są ludźmi.

Z kilkudziesięciu osób, o których wspominam w tej książce, najważniejszy jest Edward Thomas. Jego duch towarzyszył mi podczas wędrówek i zachęcał mnie do dalszego marszu. Wyruszając, zamierzałem cofnąć się w czasie i zjednoczyć z Thomasem, wykorzystać szlaki jako drogę do osiągnięcia tego celu, ale ostatecznie dowiedziałem się znacznie więcej na temat żywych niż umarłych. W pamiętniku Kronika berlińska Walter Benjamin rozważa pomysł przedstawienia własnego życia w kategoriach kartograficznych: „od dawna, w zasadzie od lat — pisze — zastanawiam się, czy nie wyrysować na mapie sfery swojego życia — biosu”. Zacząłem sobie wyobrażać „sferę życia” Thomasa jako swego rodzaju drogo-mapę i przedstawię ją właśnie w taki sposób w przedostatnim rozdziale tej książki. Będzie to nie tyle biografia, ile raczej biogeografia. W rozdziale tym zejdą się różne ścieżki, którymi wyruszymy we wcześniejszych rozdziałach, pozbiegają się wątki.

Opisane tu podróże zostały zainspirowane odległą przeszłością, ale również okruchami i zjawiskami teraźniejszości. Dawne krajobrazy niosą w sobie często taki właśnie podwójny wymóg: abyśmy odczytywali je z punktu widzenia tego, co było wtedy, ale odczuwali teraz. Za drogowskazy w czasie moich wędrówek służyły nie tylko dolmeny, kurhany czy wysokie kopce, ale również zeschnięte liście z poprzedniego roku (kruszące się w dłoniach), odchody pozostawione przez lisa poprzedniej nocy (wykrzywiające nos), rozbrzmiewające właśnie trele ptaków (wwiercające się w ucho), liryczne zawodzenia słupów wysokiego napięcia i szum opryskiwaczy na polach.

3. KREDA

Euforia skowronków — Porządna geologia — Kredowe marzenia — Najwcześniejsze szlaki — Wyjazd — Wypadek — Kość za kredę — Ścieżka jako kierunek ducha — Apokalipsa i teren zamknięty dla cywilów — Jajo skowronka — Ślepe drogi i miejsca cienie — Fotografia powietrzna jako wskrzeszenie — Nocleg w długim kurhanie — Sztuka okopowa — Widmowe poczucie marszu — Kangury z Buckinghamshire — Iluzja nieskończoności — Wieczorne światło — Przedziwna zbieranina wyznawców.

[…] opowiada o drodze, która rozpoczyna się na wiele mil przed miejscem, gdzie wkroczyłem na te szlaki, i kończy się wiele mil dalej od miejsca, w którym musiałem się zatrzymać.

EDWARD THOMAS (1913)

O czwartej rano pod koniec maja na szczycie wzgórza, gdzieś nieopodal Letchworth Garden City, odkryłem jeden z najskuteczniejszych budzików na świecie: niebo pełne skowronków. Teraz już wiem, że nie da się zmrużyć oka przy ich śpiewie, wiem też, że skowronkom nie zdarza się zaspać. Śpiewają do ostatnich promieni słońca i zaczynają na powrót bladym świtem.

Przydałyby mi się dwie godziny snu więcej. Poprzedniego dnia przeszedłem jakieś trzydzieści mil, a kolejne siedem przejechałem na rowerze. Złamałem sobie co najmniej jedno żebro, rozciąłem lewe ramię i uszkodziłem prawe kolano. Na stopach porobiły mi się pęcherze, które powinienem poprzekłuwać przy jakiejś studni artezyjskiej. Za łóżko posłużył mi płat poprzerastanej ostami trawy. Dwie godziny snu więcej naprawdę by mi się przydały. No ale zabrzmiał skowronkowy budzik. Kiedy już przypomniałem sobie, gdzie jestem — na szczycie kredowego pagórka, obok neolitycznego długiego kurhanu — zaraz się rozpogodziłem. A kiedy wgramoliłem się na kurhan i spojrzałem na panoramę hrabstwa Bedfordshire, zatopioną w przesuwającym się powoli morzu białej mgły, ogarnął mnie prawdziwie dobry nastrój. Tymczasem skowronki nie przestawały wyśpiewywać, przygotowując mnie na trudy kolejnego dnia: dalszej wędrówki po Icknield Way, dalszej wędrówki po kredzie.

* * *

Znajdźcie porządną mapę geologiczną Wysp Brytyjskich i rozłóżcie ją na podłodze albo na stole. Będzie to zaiste przepiękny widok — wzory przypominające misterne marmurkowe desenie wyklejek osiemnastowiecznych książek. Na mapie oznaczono wszystkie wierzchnie formacje skalne, każdą innym kolorem. Granit jest szkarłatny. Glinę z Weald odmalowano mętną wojskową zielenią. Westfal dolny, jedna z formacji zawierających pokłady węgla, widnieje jako atramentowy fiolet. Londyńska glina ma odcień różu koszuli managera funduszu hedgingowego. Na mapie oznaczono również ważniejsze miasta i drogi, ale ciemnoszarym kolorem, niewidocznym w pierwszej chwili pośród wszystkich wyrazistych barw.

Mapa wyróżnia sto trzydzieści różnych typów skał powierzchniowych w samej Anglii i Walii. W najbardziej złożonych pod względem geograficznym obszarach, na przykład północnej Walii, przypomina płótno Jacksona Pollocka upstrzone rozchlapanymi i rozmazanymi farbami. Bardziej uporządkowana jest środkowa część północnej Anglii: pasy skał biegną tam przeważnie z północy na południe, więc jeśli przesuniemy palcem z zachodu na wschód, od Oldham po Grimsby, natkniemy się kolejno na młyńskie grity (tereny wspinaczkowe), westfal dolny i westfal górny (zagłębie węglowe), magnezowy wapień, permskie iły, permskie i triasowe piaskowce, triasowe iły, dolny lias, średni lias, górny lias, mniejszy oolit, wielki oolit, cornbrash, oksfordzką glinę, gliny coralliańskie, ampthilliańskie i kimmeridgeańskie i wreszcie kredę. Nazwy tych formacji brzmią na poły epicko, a na poły idiotycznie; jak bełkot Dżabbersmoka. Aż kusi, żeby dopisać do nich hipotetyczne definicje. Wielki Oolit (nadęty ważniak nieistniejącego królestwa). Cornbrash (domowa potrawa z amerykańskiego Środkowego Zachodu). Permski ił (zabieg leczniczy na przetłuszczone włosy). Mniejszy Oolit (młodszy brat bliźniak Wielkiego Oolita, wypędzony z królestwa, gdyż przyszedł na świat minutę po swoim bracie).

Jeżeli przyjrzymy się części mapy przedstawiającej południową Anglię i przymkniemy oczy, przesłaniając sobie częściowo widok rzęsami, formacją wybijającą się spośród wszystkich innych będzie kreda — zaznaczona jasną żabią zielenią. Kreda osadzała się na dnie mórz epikontynentalnych w tempie jednego milimetra na stulecie przez okres trzydziestu pięciu milionów lat. Tam, gdzie przeważa, jej dominacja jest niemal bezdyskusyjna — innym skałom nie udaje się w zasadzie w nią wcisnąć. Biegnie szerokim zygzakowatym pasem niemal nieprzerwanie przez całą długość wyspy: od Yorkshire na południowy wschód do Norfolk (zyg), od Norfolk na południowy zachód do Dorset (zag) i od Dorset na wschód do Kentu i Sussex (ponownie zyg). Kreda jest przeważającą formacją skalną w południowo-wschodniej Anglii i od tysięcy lat wywiera wpływ na przemysł, architekturę i wyobraźnię tego regionu. Zrodziła politycznie wątpliwie tęsknoty za jednoznaczną tożsamością: kreda jako autentycznie angielska substancja, czysta i święta; lśniące południowe klify jako bastion i herb witający przybyszów z zewnątrz. Mamiła również mniej wątpliwymi regionalizmami. Edward Thomas wyobrażał sobie, że kredowe hrabstwa Anglii tworzą odrębny bioregion, który nazwał „Południową Krainą”, mogący się pochwalić kredowym pochodzeniem, którego charakterystyczną rzeźbą terenu były łagodne, falujące wzgórza, strumienie, porośnięte bukami strome zbocza i łąki usiane polnymi kwiatami. Przez wschodnie i zachodnie części Południowej Krainy, pisze Thomas, „biegną pasma kredowych wzgórz, których brzegi zostały łagodnie wyżłobione przez Naturę […] albo brutalnie rozcięte przez stare drogi […] ich grzbiety odcinają się falującymi, ale nieskończenie różnorodnymi liniami na tle nieba”. Żaden inny krajobraz nie ukształtował w większym stopniu wyobraźni Thomasa — podobnie jak innego dwudziestowiecznego artysty tamtych szlaków, Erica Raviliousa.

Pierwsi wędrowcy, którzy wkroczyli na teren Brytanii, niemal na pewno przeszli po kredzie, bo właśnie na niej spoczywał most łączący wyspę z dzisiejszą Europą. W miejscowości Boxgrove, na wzgórzach hrabstwa Sussex, znaleziono jedne z najwcześniejszych w Europie Północnej szczątków przedstawicieli rodzaju Homo, pochodzące sprzed mniej więcej pięciuset tysięcy lat. Tych prehistorycznych ludzi archeologowie określają mianem Homo heidelbergensis. Dzięki znaleziskom z Boxgrove wiemy — z zamgloną pewnością wiedzy historycznej — że pół miliona lat temu „Człowieka z Boxgrove” skusiły odsłonięte skały kredowe tego regionu; że wyłuskiwał środki czarnych, lśniących krzemieni (idealnych do wyrobu narzędzi służących do mordowania); że nadziewał te krzemienie na trzonki, tworząc topory, noże i włócznie, a następnie używał ich do polowania i oprawiania zdobyczy: koni, jeleni, niedźwiedzi, nosorożców i wołowatych, które żyły na otwartych, porośniętych trawą terenach. W kredzie odcisnęły się prawdopodobnie również pierwsze wyraźne ślady późniejszych hominidów (podążających z kolei zapewne za szlakami wytyczonymi przez zwierzynę), które należy zaliczyć do najwcześniejszych przykładów kształtowania krajobrazu przez człowieka. Jeszcze później, w neolicie, kiedy w wyniku ocieplenia klimatu południowa Anglia porosła gęstym lasem, kredowe grzbiety pełniły bez wątpienia funkcję szlaków podróżnych. Woda odpływała z górnych warstw kredy, co pozwalało podążać po suchym terenie, do tego słabiej porośniętym od położonych niżej glin. Grzbiety ułatwiały orientację w przestrzeni oraz przemieszczanie się, dlatego z czasem wzdłuż ich grzbietów pojawiły się pierwsze prawdziwe ścieżki.

Kiedy w XIX wieku wróciła moda na wędrowanie, piechurów kusiły zwłaszcza szlaki biegnące przez łagodnie pofalowane obszary Anglii: przyciągały ich tam związki z czasami prehistorycznymi oraz ideał wolności, który wydawał się zaklęty w ich sinusoidalny kształt. Tak oto zrodził się kredowy mistycyzm, postrzeganie kredy jako nadprzewodnika w współodczuwającym historycznym umyśle, umożliwiającego rozciągnięcie symultaniczności i empatii na całe millenia. Na „pierwszym / Zamieszkałym wzgórzu kredowym — pisał Louis MacNeice, urodzony w Belfaście, ale wykształcony w Marlborough na południu Anglii — poczułem jak mój umysł / Kruszy się i wysycha niczym skamieniała gąbka, poczułem / Jak moje ciało zwija się niczym płód i skóra / kurhanu twardnieje wokół mnie, wyjawiając / millenia, a przez to jakieś wyobrażenie / o ludziach sprzed wynalazku pługa i koła”.

Bez wątpienia najstarszym z tych kredowych szlaków jest Icknield Way, która wyłania się gdzieś na wrzosowiskach i w sosnowych lasach na południu hrabstwa Norfolk, biegnie na zachodni południowy zachód przez kredową krainę polukrowaną gliną morenową, aż dociera do charakterystycznego szczytu Ivinghoe Beacon w Buckinghamshire. Tam zbiega się z Ridgeway, która prowadzi przez Oxfordshire, Berkshire, Wiltshire — łącząc grodziszcza z epoki żelaza, kurhany z epoki brązu i neolityczne grobowce — aż w końcu schodzi ku morzu w Dorset; łącząc tym samym kanał La Manche na południu z zatoką Wash na wschodzie.

Powstanie i historię Icknield Way otacza mgła mitów i nieporozumień. Obecnie uważa się, że od początku nie była to pojedyncza droga, ale raczej sieć równoległych szlaków, czasami odległych na milę, biegnących przez okolicę łatwą do podróżowania ze względu na ukształtowanie terenu. Możliwe, że droga ta powstała dopiero po Rzymianach, wymyślona przez entuzjastów dawnych czasów. Mimo tych wszystkich niepewności Icknield Way od dawna fascynowała wędrowców liczących na duchowe zjednoczenie z prehistorią. Swoje kredowe uroki roztaczała szeroko i chętnie.

* * *

Milę od mojego domu w Cambridge przebiega trawiasta rzymska droga, którą szedłem nocą w czasie wspomnianego zimowego spaceru. Na wiosnę kwiaty przyozdabiają jej szerokie pobocza, porośnięte również na znacznej długości dzikimi różami, głogiem i polnymi klonami. Siedem mil na południowy wschód leży wioska Linton, przez którą przechodzi Icknield Way.

Pewnego dnia pod koniec maja wyszedłem po cichu z domu tuż po wschodzie słońca, kiedy moja rodzina jeszcze spała, wsiadłem na rower i ruszyłem wymarłymi ulicami i dróżkami. Wjechałem na wielorybie wzgórze z kredy, minąłem wielkie pole za bukowym laskiem, aż w końcu skręciłem w rzymską drogę. Z prognozy wynikało, że przez następny tydzień będzie nieprzerwanie ciepło i sucho. Każdego dnia mogłem liczyć na szesnaście, siedemnaście godzin słońca. Zapach dzikich róż osładzał powietrze. Kruk poderwał się z jesionu i zleciał na ziemię; jego skrzydła srebrzyły się w promieniach słońca. Przepełniała mnie chłopięca ekscytacja. W plecaku wiozłem egzemplarz The Icknield Way Edwarda Thomasa, jego opis podróży tym szlakiem.

Mijałem okrągły fort z epoki żelaza leżący przy rzymskiej drodze, kiedy zdarzył się wypadek. Uszczęśliwiony początkiem podróży rozpędziłem niebezpiecznie rower. Pożłobiona koleinami droga zrobiła się bardziej nierówna, koła zatelepały i podskoczyły; zderzyłem się z grudą twardej ziemi wielkości pięści. Przednie koło odskoczyło, ustawiając się pod kątem prostym do kierunku jazdy, rower się pode mną złożył, a ja runąłem na niego, nadziewając się na koniec lewego uchwytu kierownicy. Moją klatkę piersiową przeszył ostry, zgrzytliwy ból. Krwawił mi łokieć, a na jednym z kolan wyrosło coś na kształt dodatkowego fioletowego kolana. Jednak największe obrażenia odniósł chyba mój szacunek do samego siebie. Jakże głupio się zachowałem, pedałując niczym beztroski pastor po polnej drodze, odurzony jej romantycznością. Będę musiał pokuśtykać z powrotem do domu, nie ujechawszy nawet dwóch mil moim pierwszym szlakiem.

Po dokładnych oględzinach nabrałem przekonania, że być może nie wszystko stracone. Kolano wyglądało na poranione, ale całe. Złamałem sobie żebro, może dwa, ale nie powinno mi to utrudniać chodzenia. Rower zaś, po wykonaniu jakichś niezdarnych napraw, dał się namówić do dalszej jazdy. Wsiadłem i popedałowałem do Linton — tym razem powoli. To było ostrzeżenie, pomyślałem przesądnie: podróż wcale nie będzie łatwa, a przesadny romantyzm zostanie szybko ukarany. Dopiero kilka mil dalej przypomniałem sobie o liście, który otrzymałem od przyjaciela po tym, jak opowiedziałem mu o planie pokonania Icknield Way. „Uważaj na siebie, kiedy będziesz mijał okrągły fort”, ostrzegł. Opowiedziałem mu później o upadku, a on nie sprawiał wrażenia zaskoczonego. „To było myto za wejście na dawne szlaki, pobrane przy jednym ze zwyczajowych punktów — stwierdził. — Teraz możesz ruszyć dalej. Zostałeś wpuszczony. Kość za kredę: zapłaciłeś swoją należność”. Był to pierwszy z wielu wypadków, które przydarzyły mi się na dawnych szlakach, ale do dziś nie potrafię go racjonalnie wytłumaczyć.

* * *

Thomas przemierzył Icknield Way w 1911 roku, zmagając się z jednym ze swoich najcięższych nawrotów depresji. Poruszał się żwawo, a potem równie szybko, zaledwie w kilka tygodni, napisał dziennik z podróży. The Icknield Way to nietypowa książka: częściowo przewodnik po historii i geografii drogi, częściowo zaduma nad jej metafizyką, a częściowo zapis ponurego, nieszczęśliwego nastroju autora.

Co niezrozumiałe (zważywszy, że wydarzenia opisane w książce rozgrywają się latem w suchym krajobrazie z dala od wybrzeża), ale co absolutnie zrozumiałe (zważywszy geologiczne związki kredy z morzem i śmiercią), The Icknield Way od początku do końca traktuje o morzach, tonięciu i wyspach. Kreda przenika do wyobraźni Thomasa, zmienia jego umysł, rozbudza marzenia o głębinach czasowych, do których można zejść batyskafem. Thomas zadedykował książkę swojemu przyjacielowi Harry’emu Hootonowi, z którym przeszedł „więcej mil […] niż z kimkolwiek innym poza sobą”, a Icknield Way — z jej niepewną historią, spornym przebiegiem oraz dyskusyjną długością — staje się w dzienniku Thomasa metaforą nieznanych obszarów, które towarzyszą naszym początkom i naszym końcom.

W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku badacz folkloru John Emslie przeszedł Icknield Way i spisał zasłyszane po drodze opowieści. W wielu z nich droga ta — jeżeli będzie się nią szło odpowiednio długo — wykracza poza znaną nam rzeczywistość i zagłębia się w mistyczny świat, prowadząc do królestw pełnych straszliwych niebezpieczeństw i wspaniałych nagród. Emslie usłyszał historię człowieka, który „wędrował drogą tak długo, aż dotarł do ognistych gór”. W innej szlak ten miał „opasywać świat, przez co, jeśli ktoś będzie nim wędrował odpowiednio długo, powróci do punktu wyjścia”. „Przez całą podróż” Emslie słyszał podobne opowieści: że trakt „okrąża ziemię albo przechodzi przez całą wyspę […] od morza do morza”. W tym sensie droga ta była pierwowzorem wszystkich innych, a przynajmniej tych, które niczym Uroboros pożerały własny początek.

Thomas zafascynował się wizją Icknield Way jako warkocza uplecionego z opowieści i wspomnień. W jednym z najbardziej enigmatycznych fragmentów swojej prozy sugeruje, że na ścieżkach odcisnęły się „sny” wszystkich podróżnych, którzy tamtędy przeszli, i że jego własne doświadczenia „z czasem [również] legną pod stopami ludzi”. Osad gromadzący się na ścieżce składał się z odczuć, a podążenie drogą pozwalało na podejście wcześniejszych wędrowców: w myśliwskim rozumieniu „podchodzenia” — zaburzania spokoju tego, co leży ukryte, wypłaszania tego, co niewidoczne. Gdy wyruszałem Icknield Way, odnosiłem enigmatyczną wizję Thomasa do niego samego, mając nadzieję na przywołanie jego osoby przez podążenie jego śladami. Dopiero wiele mil dalej i wiele lat później zrozumiałem, jakie to trudne.

* * *

W Linton ukryłem uszkodzony rower za żywopłotem i wyprowadziłem swoje poranione ciało z wioski główną ulicą w promieniach wschodzącego słońca. Czepiec z chmur zaczynał się rozpruwać, wpuszczając przez szczeliny cytrynowe światło. Minąłem lintońskie zoo. Zza wysokiego żywopłotu dobiegały chrząknięcia i nawoływania jego więźniów: zebr, lwów, bocianów i żurawi. Przeszedłem obok chaty krytej strzechą; przy ścianach kiwały się poruszane wiatrem malwy, przy wejściu róże. Były to typowo angielskie widoki, ale towarzyszyła im ścieżka dźwiękowa rodem z Serengeti.

Szybko znalazłem się na kredowej ścieżce biegnącej skrajem pola, mniej więcej równolegle do Icknield Way. Przeszedłem przez wąski tunel z trzmielin i głogów. Brązowy zając przemknął obok, przystanął, obrzucił mnie krótkim spojrzeniem, po czym okręcił się na tylnych łapach, odskoczył i popędził dalej, zupełnie jakby umyślił sobie, że będzie podążał za ścieżką. Nie minęła godzina, a słońce wisiało już w całości na niebie. Skowronki zalewały mnie swoimi pieśniami, podtrzymując na duchu. Jęczmień lśnił perliście w słońcu. Szok, jakiego doznałem podczas wypadku, zaczynał ustępować. Głogowe żywopłoty pieniły się białymi kwiatami, a w koronach jesionów gruchały gołębie.

Tamtego dnia przez pierwszych osiem mil wędrówki nie zobaczyłem żywej duszy. Miałem osobliwe poczucie, jakbym poruszał się po ewakuowanym terenie, postapokaliptycznym albo zamkniętym dla ludności cywilnej. Mało kto uprawia teraz faktycznie rolę, więc na ścieżkach spotyka się zazwyczaj innych wędrowców, a nie ludzi zajętych pracą.

Szedłem ciągłą linią odsłoniętej białej kredy, przemieszczając się za żywopłotem i skrajem pola mniej więcej w kierunku zachodnio-południowo-zachodnim. Natknąłem się na stadko kuropatw czerwonych z pręgowanymi bokami i czubami à la Tintin; trzy koguty bażanta w miedzianych zbrojach i białych psich obróżkach (opancerzeni pastorzy); perkoza na stawie, z punkowym czubem w stylu Ziggy’ego Stardusta.

Pustka krajobrazu obudziła we mnie niepokój, dlatego z nieoczekiwaną ulgą przyjąłem dobiegający z oddali szum autostrady M11, urastający stopniowo do ryku w miarę, jak się do niej zbliżałem. Autostrada przecinała krajobraz dokładnie tam, gdzie mogłaby płynąć rzeka — biegła dnem doliny między dwoma pasmami kredowych wzgórz; nawet odblaski na szybach samochodów i karoseriach upodobniały ją do połyskującej w oddali wody. Zbliżałem się do niej od góry, przez szarozielone pola młodych zbóż. Nagle spod ryku samochodów przebił się czyjś śpiew. Upiornie wysokie zawodzenie, przerywane i niepewne. Dopiero po kilku chwilach zrozumiałem, że słyszę pieśń słupów wysokiego napięcia, maszerujących w dal długim szeregiem. Stanąłem pod jednym z nich, wsłuchując się w tryskający syk jego energii, w buczenie określonej wysokości, które w połączeniu z odgłosami pobliskich pylonów układało się z grubsza w akord.