Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Tom II cyklu „Szeptuni”
Na Podlasiu nic nie jest takie, jakim się wydaje. W cieniu starych puszcz, pośród mgieł snujących się nad Sprząślą i zapomnianych dróg prowadzących przez dawne wsie, wciąż żyją echa dawnych słowiańskich bogów. Ich szepty słychać w szumie drzew, w świętych źródłach
i w opowieściach przekazywanych przy ogniu przez tych, którzy pamiętają więcej, niż powinni.
W drugim tomie „Szeptunów” Norbert Grzegorz Kościesza ponownie zabiera czytelnika do świata, w którym słowiańska mitologia splata się
z historią klimatycznego Podlasia, a granica między rzeczywistością i magią staje się bardzo cienka.
Bohaterowie stają przed przeznaczeniem, którego nie da się uniknąć. Dawni bogowie budzą się ze snu, stare moce upominają się o swoje,
a los Wybrańców zostaje wystawiony na próbę.
To opowieść pełna tajemnic, pradawnych wierzeń i lokalnego kolorytu. Obok słowiańskich demonów, bogów i Szeptuchy Wandy, odnajdziemy
tu niepowtarzalną gwarę białostocką, klimat dawnych ulic Białegostoku oraz wspomnienie legendarnych Chanajek – żydowskiej dzielnicy,
której historia do dziś fascynuje mieszkańców miasta.
Tym razem spotkasz całkiem nowych bohaterów i tych, którzy zakończą tutaj swą drogę...
„Szeptuni. Wybrańcy bogów” to podróż do świata, gdzie stare wierzenia nigdy nie umarły, a każdy krok może zaprowadzić ku tajemnicy starszej niż chrześcijańskie świątynie i ludzkie królestwa.
Dla miłośników słowiańskich legend, podlaskiego folkloru, historii regionu oraz dobrego, lekkiego fantasy zakorzenionego w polskiej tradycji.
Czy usłyszysz szept dawnych bogów, gdy zawołają właśnie Ciebie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 247
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Norbert Grzegorz Kościesza
Szeptuni
Wybrańcy bogów
Białystok 2026
© Copyright by Norbert Grzegorz Kościesza
Białystok 2026
Redakcja
Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl
Korekta
Natalia Kocot – Zyszczak.pl
Skład i łamanie
Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
Ilustracja okładki
Angelika Wojda
Przygotowanie całości grafiki okładki
Ewelina Rokosa
Ilustracje w książce
prywatne zbiory autora oraz Pencil Sketch i Angelina Igła, czyli z premedytacją wykorzystany twór AI
ISBN
978-83-968176-2-4
Męskie wydawnictwo N-Kort
ul. Plażowa 5
16-010 Studzianki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora.
Pierwsza część Szeptunów – Szeptuni. Baba Wanda – której premiera odbyła się w sierpniu 2024 roku, miała być jedyną na ten temat książką napisaną przez autora. Materiały źródłowe, research i rozmowy miały uczynić publikację reportażem, lecz dwa lata docierania do wielu interesujących danych oraz dysputy stoczone z interesującymi ludźmi zgłębiającymi zagadnienie szeptunów – nie tylko na Podlasiu – sprawiły, że Kościesza postanowił stworzyć coś niesztampowego.
Powstała lekka fantastyka bazująca na realizmie magicznym albo – jak niektórzy czytelnicy mówią o tej publikacji – retro fantasy, czyli zestawienie klasycznych rozwiązań z nowoczesnością, komedią i estetyką dawnych czasów, głównie z uwagi na umieszczenie akcji w czasach dwudziestolecia międzywojennego i jeszcze odleglejszych. Szeptuni to także ukłon w stronę młodszych czytelników oczekujących nie tyle dokumentu i autentycznych scen, ile odrobiny fantazji, magii i parapsychologii osadzonej w świecie realnym.
Wydaje się, że autorowi doskonale się to udało, i choć Szeptuni. Baba Wanda miała być zamkniętą opowieścią, na szczęście za namową czytelników zabrał się do pracy nad drugą częścią.
Research do tomu drugiego zaczął już wiosną 2025 roku. Niestety, ciężka choroba, której skutkiem były czterokończynowe porażenie, niedowład i długa rehabilitacja, uniemożliwiły mu pracę nad tekstem. Pisarz został wyłączony z życia publicznego na pół roku.
Wbrew pozorom choroba przyniosła także pozytywny aspekt w postaci bliższego kontaktu z podlaską szeptuchą, która pomogła w uzdrowieniu pisarza, o czym chętnie opowiada na spotkaniach, konwentach i prelekcjach.
Czy prywatne przeżycia, choroba i uzdrawianie przełożyły się na treść Wybrańców bogów? Warto samemu sprawdzić i ocenić!
Dla wielu czytelników umieszczenie w pierwszym tomie dwóch jegomości rodem z książek mistrza Andrzeja Pilipiuka, którego autor prywatnie ceni, było jak niespodziewana wygrana w totolotka.
Celowy – choć ryzykowny z uwagi na fanów Wędrowycza – zabieg spowodował, że czytelnicy chcą więcej! Autor cieszył się z takiego odbioru, zastanawiał się jednak, czy wypada ponownie „skraść” bohaterów innemu twórcy. Z uwagi na poczucie humoru, przekorę i sarkazm Kościeszy oraz jego cichą nadzieję, że mistrz Pilipiuk nie dowie się o „wypożyczeniu” dwóch jego zuchów, możliwe, że czytelnik ponownie ich tu znajdzie – choć nie obiecujemy… Wiadomym jest za to, że niektóre historie z pierwszego tomu trzeba zakończyć lub pociągnąć dalej!
Kwestia kulinariów i ziołolecznictwa zawarta w ostatnim rozdziale publikacji Szeptuni. Baba Wanda wzbudziła w większości zainteresowanie, ale też coś w rodzaju wzburzenia. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom wszystkich czytelników, autor podjął decyzję, by tym razem umieścić wspomnianych elementów mniej, i będzie z zaciekawieniem śledził jej efekty.
Dalsza część przedmowy może zawierać wpisy z pierwszej części Szeptunów, jest to jednak działanie zamierzone, by wprowadzić nowego czytelnika w świat związany z tą publikacją.
Autor niebędący rodowitym Podlasianinem, mieszkający w tym regionie od kilkunastu lat, przygląda się w sposób niezależny i bezstronny całemu spektrum tego niebywałego tygla kulturowego, jakim jest ta kraina. Postanowił, że ponownie odtworzy w swej drugiej już książce o szeptunach coś, co pozwoli przybliżyć ten tajemniczy, mistyczny, kolorowy świat, okraszając go mitologią słowiańską, fantastyką i kulinariami oraz przepisami zielarskimi. Do tego dołożył jeszcze wiele wydarzeń oraz ludzi, miasta i krainy związane z Podlasiem i jego historią.
Materiały do publikacji autor zbierał od dłuższego już czasu. Zainteresowanie mitologią słowiańską, słowiańszczyzną, miejscowym folklorem i szeptunami zaowocowało niesamowitymi opowieściami o niebywałej kobiecie – szeptunce z Podlasia.
Książka nie jest dokumentem, literaturą faktu ani poradnikiem zielarskim, kulinarnym czy ezoterycznym. To lekka fantastyka z autentycznymi scenami uzdrawiania mająca jednocześnie bawić i pokazywać to, co w Podlasiu najpiękniejsze: świat, który trwa jeszcze w niewielkim stopniu, a którego nie ma i nigdy nie było w innych częściach Polski. Autor sprytnie przemyca w lekturze wiedzę na temat przepisów regionalnych, które zostały przez niego sprawdzone, czym chwalił się niejednokrotnie na swych profilach społecznościowych.
Pomieszanie faktów historycznych, a nawet ich celowe przerysowanie czy połączenie z fantastyką i mitologią słowiańską, jak również spora dawka humoru, z której autor jest znany, stanowią duży plus tej publikacji i sprawiają, że nie ma w niej nadęcia towarzyszącego podobnym lekturom.
Współistniejące w tej książce postacie historyczne i fikcyjne, czasem jakby przeniesione i wyrwane z innych opowieści, a także opisane dobra kulturowe czy religijne mają zainteresować i zachęcić do sięgnięcia głębiej – do odszukania tego, co w tym regionie najcenniejsze.
Być może dzięki specyficznemu klimatowi, narracji i wielowątkowości spora część młodych czytelników, którzy sięgną po Wybrańców bogów, zapamiętają Podlasie takim, jakie było kiedyś.
Coś zasiał w młodości, to będziesz zbierał na starość1
1 Przysłowia mądrością narodów, a z tych słynie bohaterka tej książki, więc kilka z nich znajdzie się na jej łamach. Cytaty pochodzą z Księgi przysłów polskich autorstwa D. i W. Masłowskich.
Największym skupiskiem szeptunów w Polsce jest Podlasie. Za moment wyjaśnię dlaczego.
Na początek trzeba wiedzieć, kim są szeptun czy szeptucha i co robią. W wielu rodzimowierczych kręgach pisze się i mówi o tym, że wybrańcy to osoby, które komunikują się ze światem duchów, leczą za pomocą ziół, kamieni, różnych specyfików, energii, modlitwy i rytuałów, a przy tym szepczą zaklęcia lub modlitwy. Korzenie szeptunów sięgają czasów słowiańskich pogan, gdy tacy wybrańcy służyli bogom i ludziom – byli jakby szamanami.
Szeptuni nie są czarownikami ani nie uprawiają czarnej magii. W mitologii słowiańskiej byli kimś pomiędzy wołchwami a żercami. Różnica polegała na tym, że wołchwowie służyli Welesowi, a żercy – głównie Perunowi, wybrańcy zaś czerpali z siły słowiańskich bóstw. Posiedli dar szeptania, czyli nadawania magicznej mocy słowom, które odpowiednio ułożone mogą uzdrawiać i przeciwdziałać złym zaklęciom czy urokom. Kiedy na tereny Słowian dotarło chrześcijaństwo, szeptuni musieli się przystosować. Więcej swobody działania mieli pod skrzydłami prawosławia, gdyż zachodnie chrześcijaństwo skutecznie zwalczało wszelki zabobon i magię. Dlatego więcej szeptunów żyje na Podlasiu, gdzie spotykamy ludność głównie wyznania prawosławnego, niż w innych rejonach kraju, gdzie króluje Kościół katolicki.
Dziś mówi się, że szeptuni są gorliwymi wyznawcami prawosławia, choć cerkiew dość ostro się od nich odcina i twierdzi, że to wiedźmy i czarownicy. Podkreśla się jednocześnie, że ich pochodzenie nie jest chrześcijańskie, lecz pogańskie, związane z kultami dawnych słowiańskich bogów, a moc szeptunów pochodzi od demonów. Według cerkwi leczą ciało, ale ducha doprowadzają do ruiny, gdyż wysysają z niego energię.
Jak to więc jest?
Szeptunami mogą zostać mężczyźni w każdym wieku, są oni jednak rzadko spotykani w tym świecie, choć według niektórych źródeł ich dar leczenia jest skuteczniejszy.
Kobieta, aby zostać szeptunką, musi być po okresie przekwitania, a jej moc rośnie z wiekiem i osiąga najwyższy poziom, gdy szeptucha znajdzie się na pograniczu życia (świat ziemski) i śmierci (świat wieczny).
To szeptuni decydują, kto będzie ich następcą – wyznaczają młodą osobę i uczą ją szeptania, chuchania, nacierania, masowania, naciskania, okadzania, jajowania, zaszywania, opatrywania, rozpruwania oraz wielu, wielu innych metod, a także często rozpoznawania ziół.
Niestety, w to środowisko wdarł się już dawno nepotyzm. Mówi się o tradycyjnym przekazywaniu daru szeptania po kądzieli, czyli z babki na matkę, z matki na córkę, z córki na wnuczkę itp., aby pozostał w rodzinie i nie przeszedł w obce ręce.
Wybrańcem może zostać każdy, są jednak pewne warunki: ktoś taki musi się zgodzić na przyjęcie daru uzdrawiania, odrzucić egoizm i wykazać się szczerą chęcią bezinteresownego niesienia pomocy innym. Dodać należy, że można otrzymać taki dar po przeżyciu traumatycznej sytuacji, w tym po pokonaniu własnej śmierci – i tutaj nie ma już reguły o przekwitaniu u kobiet.
Dziś niektórzy nazywają wybrańców znachorami. To pewna nieścisłość, choć istnieją podobieństwa: zamawianie, leczenie ziołami, magia, tradycja i przesądy. Znachor leczy, a szeptun uzdrawia – z tą różnicą, że wybrańcy pomagają tym, którzy wierzą w ich moc.
Słońce świeci,
deszczyk pada,
a szeptucha wierszyk składa
Podlasie zmieniało się na przestrzeni lat. W wyniku migracji ludności spowodowanych przez zaborców, powstania i obie wojny światowe, a także przez bieżeństwo powstała mieszanka kulturowa – coś jak dobry bigos.
Wpływ na gwarę w miastach oraz na wsi miała także m.in. przynależność narodowa, kulturowa i religijna. Tam, gdzie przodkami obecnych mieszkańców byli Białorusini, Ukraińcy czy Rosjanie, mówi się inaczej niż tam, gdzie pradziadowie byli pochodzenia litewskiego, żydowskiego, tatarskiego, polskiego albo nawet niemieckiego.
Nie można pominąć ponadto faktu, że obok siebie leżały wioski zasiedlone wyłącznie przez katolików lub wyznawców prawosławia. Istniały też miejscowości podzielone pod względem religii prawie na połowę, jak Studzianki. Po jej jednej stronie mieszkała ludność prawosławna, a po drugiej – katolicka, spora liczba mieszkańców zaś była potomkami stacjonujących tutaj żołnierzy należących do wojsk hetmanów litewskich z rodziny Chodkiewiczów.
Część Podlasian wstydzi się tego, że jeszcze można usłyszeć na ich terenach dawną gwarę – zwłaszcza w wioskach. Mówią, że to rusycyzmy i że używają ich głównie członkowie Kościoła prawosławnego. Z kolei to, że na tych ziemiach wciąż żyją i leczą szeptuni, że istnieje mistycyzm i że ludzie zbierają zioła, nazywają zacofaniem, błędem w procesie asymilacji wschodu z zachodem czy romantyzowaniem podlaskiego folkloru. Niemniej są też tacy, którzy walczą o zachowanie rodzimej mowy. Powstają słowniki i strony internetowe zbierające informacje na temat gwary podlaskiej.
Na potrzeby tej książki nazwy i określenia gwarowe potraktowano jako jedną całość, choć w poszczególnych rozdziałach można znaleźć różnice między niektórymi słowami.
Torba kaszy, torba mąki i torba słoniny –
ma Podlasiak na cały rok leguminy2
2 W.S. Reymont, Pielgrzymka do Jasnej Góry, 1895.
Ixodes ricinus4
– Babciu, babciu! – wrzeszczał Antek, biegnąc leśną drogą. A darł się tak, że ptaki z krzykiem ogromnym podrywały się z drzew.
Szara kotka szeptuchy, Pusia, która tego dnia była na łowach w okolicy wsi, już zawczasu ostrzegła starego Dzidka, a ten powiadomił natychmiast Wandę, że coś złego dzieje się w Studziankach.
Baba wyszła naprzeciw chłopca, stanęła na schodach, mrucząc coś do domowichy Prządki, pod której opieką miało pozostać domostwo. W ręce trzymała duży kosz z różnymi rzeczami. Gdy u skraju puszczy zobaczyła chłopca, ruszyła w jego kierunku. Chwilę trwało, zanim zmęczony biegiem i wzburzony jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem Antek w miarę logicznie przekazał, o co chodzi…
Tymczasem w studzińskim dworze służba biegała w tę i nazad, jakby kto lał ich ukropem. Katarzyna siedziała na zydelku i trzymała bezładną dłoń męża spoczywającego w szerokim łożu.
Nieopodal stali ksiądz Tadeusz Maślak z parafii wasilkowskiej i pop Wsiewłod Stepaniuk, także z miasteczka. Obaj mruczeli modlitwy pod nosem i spoglądali na siebie spode łba. Nie przepadali za sobą, choć tolerowali się nawzajem i przy różnych okazjach widywali się w swojej miejscowości. Tymczasem obu pilnie wezwała pani z tutejszego dworu. Co prawda jakieś pogłoski do nich docierały, ale nikt nie potrafił wytłumaczyć, co się dzieje z panem Żukowskim.
Małżonek Katarzyny, ekonom Grzegorz Żukowski, od dwóch tygodni był nieprzytomny. Nieznana choroba zaatakowała jego i ich córkę Kingę, z tym że ona miała znacznie lżejsze objawy niż ojciec.
Choroba położyła dzierżawcę szybko. Potężnego chłopa niemoc ścięła z nóg zaledwie w ciągu kilku dni. Na początku były tylko gorączka i wymioty, później doszły majaczenie i brak logiki, tak w wymowie, jak w rozumowaniu. Objawy były tak mocne i tak szybko postępowały, że natychmiastowo sprowadzono najlepszego doktora z Białegostoku, a później drugiego ze stolicy. Obaj badali pacjenta i jego córkę, debatowali, podawali różne medykamenty. Kinga, choć osłabiona, zaczęła zdrowieć. U dzierżawcy dworu w Studziankach lekarze zdecydowali się zrobić flebotomię.
Z pomocą służby ułożono nieprzytomnego pacjenta w pozycji siedzącej na łożu. Jeden z lekarzy podwinął rękaw piżamy, a drugi ostrym lancetem przeciął jedną z żył na zgięciu łokcia. Krew spłynęła ciemną strugą do przygotowanej misy. Zabieg, ku radości żony ekonoma, nawet chwilowo przyniósł jakiś efekt. Drgawki ustąpiły i pacjent na krótko otworzył oczy. Jednak już wieczorem jego stan znacznie się pogorszył.
Dwóch doktorów ponownie przedyskutowało całą sytuację. Jeszcze dokładniej zbadali Żukowskiego. W wyniku badania postanowiono bardzo pilnie wysłać krew chorego do żydowskiego laboratorium w Szpitalu imienia Zabłudowskiego przy ulicy Warszawskiej w Białymstoku5. Niestety na wyniki trzeba było znów czekać kilka dni. W tym czasie obaj lekarze starali się utrzymać chorego przy życiu. Zbijano gorączkę, próbowano podawać płyny i dokarmiano niewielką ilością jakiegokolwiek jedzenia w postaci papki.
Po trzech dniach przyszła analiza ze szpitala. Obaj doktorzy ponownie zamknęli się w jednym z pokojów. Jednak tak szybko, jak tam weszli, tak szybko też wyszli.
Ich twarze zbladły po przeczytaniu tekstu, który brzmiał następująco:
Virus ignotum, probabiliter per ixodes ad homines transmissum. Morbus insanabilis. probabiliter encephalitis taigae6.
Kiedy stanęli przed żoną ekonoma, mieli spuszczone głowy, a ich miny były nietęgie. Rozłożyli ręce.
– Tu trzeba księdza wezwać – rzekł ze smutkiem doktor ze stolicy.
– My tu nie poradzim, pani – dodał medyk z Białegostoku. – Medycyna w takich przypadkach jest bezradna. Pani mąż został zarażony przez nieznanego nam wirusa.
Kobieta o mało nie zemdlała. Ciężko usiadła na stojącym nieopodal fotelu wyściełanym żakardem. Służąca natychmiast przyniosła wody, a lekarz z Białegostoku wyjął sole trzeźwiące, w razie gdyby Katarzyna omdlała.
– Ale jak to? – rzekła cicho Żukowska. – Nie ma lekarstwa? – W jej oczach pojawiły się łzy niedowierzania, niezrozumienia…
– Bardzo nam przykro, droga pani – odparł równie cicho jeden z lekarzy. – Obaj z doktorem Henrykiem – wskazał na kolegę z Warszawy – sądzimy, że w tak ciężkim stadium dzisiejsza medycyna nie jest w stanie nic zrobić. Bardzo nam przykro. To ciężki przebieg tajgowego zapalenia mózgu7.
– Pani mąż i córka – dodał Henryk – musieli zostać zainfekowani przez ixodes ricinus, tak wynika z analizy szpitalnej.
– Czy córka też… – Oczy Żukowskiej z niepokojem śledziły twarz mówiącego. – Też będzie w takim stanie? – dokończyła z trudem, a serce kołatało jej jak szalone.
– Pani córka powoli zdrowieje, a jej objawy są znacznie słabsze niż u męża. – Lekarz odetchnął z niewielką ulgą, mogąc przekazać tak drobną, ale dobrą wiadomość. – Zajmie się nią mój znakomity kolega, doktor Anatol. Ja niestety muszę wracać do Warszawy, nic tu po mnie. Tu trzeba księdza – powtórzył to, co powiedział na początku. – Czy pani mąż był wierzący? Czy może wiary prawosławnej? Boć to u was, na Podlasiu, normalnym jest. – W jego głosie dało się wyczuć zrozumienie. – Ale człowiek tutaj już nic nie pomoże. – Załamał ręce.
– To prawda – potwierdził Anatol. – Choć mamy bardzo nowoczesną medycynę, wciąż nie znamy natury i nawet w dobie takiego postępu nie jesteśmy w stanie nic zrobić. – Dotknął ramienia Katarzyny. – Proszę wezwać duchownego, przynajmniej zdąży pani ulżyć duszy chorego. – Westchnął, jakby zrzucił wielki ciężar z serca. – A córką się pani nie martwi. Ona wydobrzeje, obiecuję. Będę do was zaglądał.
Co było robić? Żal, smutek i wielka rozpacz targały sercem oraz duszą.
„Pomocy znikąd, lekarze bezradni” – myślała Katarzyna. A ksiądz? W sumie nie wiedziała, czy mąż jest wierzący. Co prawda w studzińskim dworze wisiały różne obrazy świętych, lecz były to zarówno prawosławne ikony, jak i przedstawienie katolickich świętych. Grzegorz unikał kościoła, jak mógł, i nie szczędził gorzkich słów, mówiąc o okolicznych plebanach i baciuszkach.
„Darmojady, grubasy i pijoki przebrzydłe” – tak mawiał jej Grzegorz. „Tylko patrzą, coby tłusto zjeść i Ducha Puszczy wypić, a przy tym i biednego chłopa, i bogatego ziemianina z każdego grosza okradną!”
Katarzyna poszła za radą lekarzy – wezwała i księdza, i prawosławnego popa. Wysłano furmankę do Wasilkowa i sprowadzono ich do dworu w ciągu paru godzin. Kobieta spoglądała teraz na duchownych modlących się nad łożem chorego męża.
Obaj podobnego wzrostu, obaj z potężnymi brzuchami osłoniętymi szatami. Ksiądz Maślak miał rzadkie blond włosy i nosił czarną sutannę oraz złoty krzyż wysadzany rubinami. Lubił mawiać ludziom, że ten krzyż to prezent otrzymany z rąk samego papieża Piusa XI. Na palcu serdecznym prawej ręki lśnił złoty sygnet z wizerunkiem Świętego Jerzego. Ubioru dopełniała czarna piuska z równie czarnym pomponem, którą zaraz po przyjściu odłożył na blat biurka.
Modląc się, ścierał chusteczką pot ściekający z czoła. Pucołowate policzki i mały, perkaty nos były czerwone. Usta szybko poruszały się w rytm wypowiadanej litanii, a zielone oczy smutno spoglądały na leżącego.
Drugi z przybyłych, pop Stepaniuk, był całkowicie łysy, za to jego długa, kędzierzawa broda sięgająca piersi nadrabiała brak włosów na głowie. On także nosił coś w rodzaju sutanny – szatę zwaną podriasnikiem – a na to miał narzuconą riasę. Krzyż, choć złoty, wydawał się dość skromny w porównaniu z tym spoczywającym na piersi księdza Tadeusza. Katarzyna wiedziała o popie tyle, że ma żonę Ludmiłę i syna Jaropełka.
Pop również po cichu odmawiał modlitwę, z tym że w języku całkowicie niezrozumiałym dla Żukowskiej, bo cerkiewnosłowiańskim.
Gdy duchowni przybyli, furmanka odwiozła lekarzy do Białegostoku. Zaiste, nic tu już po nich. Ksiądz Tadeusz nakazał zasłonić okna i rozpalić świece. Wsiewłod tymczasem wyjął z przywiezionej ze sobą torby kadzielnicę przypominającą kształtem kopułę. Nasypał do środka odrobinę węgla, a kiedy ten się rozpalił i pokrył szarym pyłem, duchowny dodał niewielką ilość pokrytej olejami eterycznymi żywicy olibanum wyrabianej przez mnichów na Świętej Górze Athos. Nałożył pokrywkę. Czasze złączone były złotymi łańcuszkami, na których wisiały dzwoneczki. Całość tworzyła trybularz wydzielający dym, dzwoneczki zaś miały symbolizować głos z nieba.
Wkrótce cała sypialnia wypełniła się ciężkim dymem, mocną wonią kadzidła i wosku ze świec, a także szeptem modlitw obu duchownych.
Katarzyna siedziała pogrążona w myślach. Z milczącą zgodą pozwalała duchownym na wykonywanie ich praktyk. Sztuczna ciemność spowodowana zasłonięciem ciężkimi kotarami okien, coraz bardziej duszący dym i zapach kadzidła zaczęły ją męczyć. Szukała w głowie jakiejkolwiek pomocy dla męża, którego tak bardzo kochała. Czuła się bliska omdlenia – czas choroby członków rodziny dał jej się we znaki. Była zmęczona, niewyspana i zdesperowana, by przywrócić Grzegorzowi zdrowie.
– Czy udzielić sakramentu ostatniego namaszczenia? – przerwał jej myśli ksiądz Tadeusz, pochylając się nad nią.
Spojrzała w górę, ale jakby nie dostrzegała twarzy.
– Tak – szepnęła z ogromnym bólem.
Duchowny zbliżył się do biurka, na którym stały krzyż i dwie płonące świece, a przy nich – kropidło i woda święcona w miseczce, a także olearium, w którym znajdowały się oleje do namaszczenia. Sięgnął po to ostatnie i wraz z naczyniem wrócił do łoża.
Zanurzył kciuk w świętych olejach, po czym przeniósł go na czoło leżącego.
Per istam sanctam Unctionem et suam piissimam misericordiam,
indulgeat tibi Dominus quidquid per visum,
auditum, odoratum, gustum, tactum
deliquisti. Amen8.
Wymawiając te słowa, kreślił palcem znaki krzyża na czole chorego. Namaścił także dłonie ekonoma. Kończąc, zaintonował:
O Sanctissima Virgo, Mater Misericordiae,
tibi animam meam et corpus commendo,
ut per intercessionem tuam vel gratiam sanitatis
vel patientiam tolerantiae in morbo consequar9.
– A ksiundz dło kogo, a?! – Nagle modły przerwała kobieta stojąca w drzwiach sypialni dzierżawcy. – Jeszczio nie trzieba Jezu Krysta wołać!
– Matko Bosko! – krzyknął ksiądz Tadeusz, robiąc ręką znak krzyża. – Czarownica! – Złapał za wiszący na piersi krucyfiks z wkomponowanym medalikiem Świętego Benedykta10 i skierował go w stronę baby wchodzącej do pokoju. Rewers medalionu z wygrawerowanym na nim tekstem łacińskiej modlitwy błysnął jak piorun na ciemnym niebie.
Obecni w sali zamarli. Ksiądz padł na kolana, tak że aż zadudniło, i zaintonował modlitwę na cały głos:
Crux sacra sit mihi lux,
non draco sit mihi dux.
Vade retro Satana,
numquam suade mihi vana,
sunt mala quae libas,
ipse venena bibas11.
Stojąca w drzwiach baba zmarszczyła brwi i spojrzała spode łba na plebana.
– Łot durny ty – rzekła z przekąsem. – Jak zara zdzielę w tyn durny caban, to ruski miesiac popamintosz!
Wsiewłod stał z rozdziawionymi ustami, patrząc przerażony na babę i nie mogąc wypowiedzieć słowa. Słyszał, że taka jedna do Studzianek jakiś czas temu przybyła, ale myślał, że ludzie bajki plotą.
– A ty, Wowa, cło tak gały wybałuszasz, a? – Zaśmiała się. – Oniemiał z wrażenia czy kiego giabła zobaczył.
Pop, widząc, że słowa egzorcyzmów księdza Tadeusza nic nie dają, zerwał się, jakby go co poparzyło, chwycił za torbę i trybularz, lewą dłonią podciągnął sutannę i tak szybko, jak tylko pozwalał mu podskakujący brzuch, uciekł z pomieszczenia. Wkrótce usłyszano huk zatrzaskiwanych drzwi dworu.
– A pleban to cło? Nie ucika?
Zapytany trząsł się jak osika. Wciąż kurczowo trzymał złoty krzyż i wyciągał go w kierunku przybyłej.
Ta wzruszyła ramionami i postukała się palcem w czoło.
– Tadzik, krzyż jeno dlia krwiopijców, złyk duchów i wtienczias pomaga, aleć to sriebny musi, nie złoty. Paniał? – Baba znowu zmarszczyła groźnie brwi, a jej błękitne oczy strzeliły niczym ognista błyskawica w stronę duchownego. – A kak jeszczio raz powisz, że ja cziarownica, wiedźma, i egzorcyzmem mienia budziesz straszyć, to ja dlia ciebia z żopu średniowieczno święto inkwizycje przypomnu, nu! – Pogroziła pięścią. Duchowny zerwał się na równe nogi i odskoczył w najciemniejszy kąt.
Kobieta obróciła się do gospodyni, która w wielkim zdumieniu zmieszanym ze strachem, a zarazem z jakąś niewytłumaczalną radością spowodowaną przybyciem nieznajomej patrzyła na całą tę scenę. U stóp Żukowskiej klęczała matka Antka pracująca jako pomywaczka we dworze i coś szeptała. Ta jakby powoli zaczynała rozumieć, kim jest przybyła i po co się pojawiła.
– Czy… czy… czy pani będzie w stanie pomóc?
– Kak nie giabeł, nie czary, nieludzkie uroki, tak ja dlia niego postaram si pomócz. – Baba rozejrzała się po sypialni. – Tak skażu pani, cłoby akna otwierli, powietrza wpuściły, świece ugasiły.
Katarzyna klasnęła w dłonie, a służąca natychmiast przystąpiła do robienia tego, co nakazała baba. Słońce jaskrawym snopem wlało się do pomieszczenia, świeże powietrze uderzyło w nozdrza, oszałamiając swym wiosennym zapachem i rześkością. Ptaki na zewnątrz zaświergoliły jakby na przywitanie domowników. Gospodyni mimowolnie się uśmiechnęła. W jej serce wlała się jakaś nadzieja.
Zostało do odsłonięcia jeszcze jedno okno – to, pod którym klęczał skulony ksiądz. Nagle starucha krzyknęła do służącej:
– Stoj!
Spojrzała na duchownego. Włoski na jej dłoniach stanęły dęba, a lewa ręka mimowolnie sięgnęła do prawego przedramienia i delikatnie je pomasowała. Gdzieś w tym miejscu kryła się bolesna pamiątka po przebytej dawno temu przygodzie. Błękitne oczy kobiety przeszył chłód, a spojrzenie stało się ostre niczym nóż.
Ksiądz skurczył się ze strachu jeszcze bardziej. Zdało mu się, że ta, którą nazwał czarownicą, skoczy na niego z pazurami.
– A ty tu człego? – zapytała kobieta tym razem łagodnie.
Duchowny zrozumiał, że nie jemu zadaje to pytanie, gdyż jej spojrzenie wędrowało gdzieś ponad jego głową. Obejrzał się niespokojnie, ale niczego nie zobaczył.
To samo uczynili obecni w pokoju. Patrzyli to na księdza, to na zasłonięte okno za nim, to na ścianę.
– Jeszczio nie czias na nieho – ciągnęła monolog baba.
Tylko ona jedna dostrzegała czarnowłosą piękność o białej jak śnieg twarzy. Niewidzące, blade oczy, w których trudno było się doszukiwać źrenic, odwzajemniły spojrzenie. Nie było w nich żadnych uczuć: ani gniewu, ani radości, ani nienawiści, choć zdało się starowinie, że tę istotę i ją łączy jakaś niewidzialna nić sympatii. Stojąca za klęczącym księdzem postać wykrzywiła czerwone jak krew usta. Pojawiło się na nich coś na kształt uśmiechu.
Znały się obie, lecz to było już tak dawno temu, tak dawno… A później ich drogi się rozeszły i każda służyła innemu celowi…
Ksiądz Tadeusz nagle poczuł przenikliwy chłód, który przeszył go od prawego barku do lewego. Wrażenie ustąpiło tak szybko, jak się pojawiło. Podobne uczucie zimna pojawiło się na moment u reszty zebranych.
Zasłona za księdzem – nie wiadomo, w jaki sposób – opadła na podłogę, a okno roztworzyło się na oścież.
– Do zobaczeni ponowni, przyjaciółko – szepnęła staruszka. – Draga Marzanno – dodała ze smutkiem.
Wszystko trwało kilka sekund, a jednak z pomieszczenia uciekł cały niepokój, a w jego miejsce wkroczyła nadzieja.
– Katarzyno, a weźmij Grzegorza i rozbierzta go do samych portków.
Gospodyni nie okazała zdumienia tym poleceniem. Podniosła się z fotela i zawołała do pomocy służkę. We dwie rozebrały dzierżawcę i ponownie położyły. Tymczasem wciąż wystraszony duchowny klęczał w kącie i szeptał litanię, z trwogą spoglądając na to, co robią kobiety.
– Kim pani… – zaczęła Żukowska cicho. – Kim pani jest? – dodała trochę głośniej, jakby się obawiała, że pytanie będzie nie na miejscu.
– Dlia ciebia i dlia innyk moje imię mało ważne. – Mówiąca położyła dłoń na jej ramieniu. – Przyjszła ja dlia was pomócz, szkody nie zrobię, sie nie bój sie. U was we wiosce szeptiuchą mnie nazywajo, a na imię mnie Wanda, mówio też: baba Wanda. – Zaśmiała się. – Dlia mnie nie przeszkadza, kak mówio, byle dobrze.
– Nie boję się. – Głos Katarzyny był teraz spokojny. Dotyk Wandy sprawił, że wszystkie obawy zniknęły jak ręką odjął. – Słyszałam ja o tobie, ale zapomniałam. – Strapiła się. – Lekarze nie dali rady męża wyleczyć, a ty dasz radę?
– Trza dlia ciebia wiedzieć, co doktory leczit, ale natura uzdrawia, a jeszczio nie pora na nieho. – Wskazała głową na leżącego ekonoma. – Ani go giabeł nie kce…
– Łooo Matko Bosko, Jezusie Krystusie – zajęczał ksiądz i szybko uczynił znak krzyża w powietrzu.
– …ani tam, łu góry. – Wanda pokazała palcem na sufit. – Też go nikt nie kce. – Mocniej ścisnęła ramię gospodyni. – Budzie dobrze, ino nie ściągajta toho klechy i inkszych tako. – Wskazała głową na płaczącego duchownego. – Tak o, sie modlo pod świnto figiuro, a giabła majo za skóro! Nie trza ich, budzie dobrze. – Poklepała Katarzynę po ramieniu.
Obróciła się i podeszła do klęczącego.
– Nu idu ty, twoik modlitw tu nie trza. – Podciągnęła trzęsącego się księdza do góry. – Nu paszoł ty. Żukowski jeszczio żyw będzie. A to. – Złapała w dłoń krzyż wysadzany rubinami. – Dlia bidnyk dej, cłoby twoje grzechy Kryst odpustił.
Ksiądz wyszarpnął spomiędzy palców baby złoty łańcuch i wrzucił do torby kropidło oraz kilka innych rzeczy, które przywiózł.
– Grzesznicy! – krzyknął. – I czarownic…
– Jak cie zara bez tyn durny caban ciepn…
Szeptucha nie zdążyła dokończyć, bo ksiądz z kołyszącym się brzuchem uciekł tak szybko jak jego prawosławny kolega.
Tym razem Wanda spojrzała na chorego.
– A każ, cłoby sługi wyjszły.
Kiedy gospodyni została sama z Wandą, ta zaczęła dokładnie oglądać leżącego. Cały czas szeptała coś pod nosem, tu i ówdzie zatrzymując wzrok na ciele Żukowskiego. Wówczas jej szept przybierał na sile i dało się słyszeć jakieś pojedyncze słowa. Wśród nich powtarzały się nieznane jej imiona: Weles, Perun lub Mokosza. Katarzyna nie znała Wandy, dlatego sądziła, że to imiona bardzo starych świętych.
Trwało to dobrą chwilę. Później szeptucha wyprostowała się i rzekła:
– A kto tu jeszczio chorował? – Przenikliwy wzrok padł na twarz gospodyni. – Córka, syn, ty?
– Córka.
– Nu zawołaj ją tu dlia mnie.
Po chwili w sypiali pojawiła się Kinga. Wanda podeszła do niej, spojrzała jej w oczy i wyszeptała kilka słów, po czym dotknęła głowy dziewczyny.
– Mów – przykazała.
– Byłam z tatkiem w Dąbrówkach na przejażdżce konnej. Od tamtej pory źle się czułam – zaczęła opowiadać Kinga. – Tego samego dnia i tatko zachorował.
– A nic dlia ciebia tak o nie ugyzło, nie ukąsało? – dopytywała szeptucha. – Żadien pająk, osa, wąż?
– Tak, taki mały, czarny i płaski, coś jak ciemnobrązowa kropla.
– Kliszcz! – zdumiała się Wanda. – Nu idu, my z twoju mamą zajmiemy sie tatkiem. – Pogładziła Kingę po włosach. – Nie martw sie, budzie dobrze.
Wanda wyjęła z przyniesionego kosza niewielki słoik, parę ziół – krwawnik, wrotycz oraz jałowiec – i pękatą butelkę z zielonym płynem. Złożyła zioła w bukiecik, związała je jutowym sznurkiem i podpaliła, ale tak, by płomień zaraz zgasł, a rośliny tylko się żarzyły i wydzielały dym.
Z dymiącym bukiecikiem podeszła do łoża, zaczęła okadzać chorego i szeptem zaintonowała modlitwę:
Welesie potężny, panie magii i wiedzy,
Ty, katory władasz tajnikami życia i śmiorci,
Ty, katory znajosz korzeni każdeho zioła i moc czystoj wody.
Usłysz ty moji wołani, Welesie.
Proszu ja cibia o łasku zdarowia i odnowę sił teho czławieka.
Niek twaju pradawny blask rozproszy chorobu, a twaja mądrość paprawadzi moju dłoni ku uleczeniu jeho.
Niek moc ziemli, nad katorą czuwasz,
przenikni moju kości i kriew,
przywracając mnie jasność umysłu i moc ducha.
Przynoszu ja dla cibia moju wdzięczność i pokłon,
ufając w twoju opieku nad ścieżką toho życia.
Przy każdym wersie Wanda trzy razy kręciła bukietem, okadzając chorego w każdym miejscu, głównie w okolicach głowy, serca i podbrzusza.
Gdy skończyła, Żukowski – ku zdumieniu jego żony – otworzył oczy. Rozejrzał się i cicho wyjęczał:
– Pić.
Na to czekała szeptucha. Odkorkowała butelkę z zielonym płynem i przechyliła ją do ust chorego.
Ten łapczywie wziął potężny haust. Wtedy wybałuszył gały, poczerwieniał na całej twarzy i gwałtownie prychnął płynem w górę.
Szeptucha się zaśmiała.
– Ha, ha, miakkij ty kak kaczuszka. – Podniosła głowę ekonoma i poklepała go po plecach.
Teraz i on się zaśmiał.
– Hy… hy… – Krztusząc się jeszcze, cichutko zapytał: – Co ty mnie dała, babo?
– Duszka, mój drohi, Duszka, najlepszoho w akalicy! – Śmiała się ciągle. – Samo zdarowie. Budzie żył – zwróciła się do Katarzyny i mrugnęła okiem.
Wanda z pomocą gospodyni ułożyła Grzegorza na poduszkach, po czym kazała zrobić cienkiego rosołu z bażanta i przynieść szklany kielich z wodą oraz kurzęce jajo. Gdy ekonoma karmiono, stuknęła jajem o brzeg naczynia i wbiła je do środka. Podniosła szkło i spojrzała na jego zawartość. Z białka zwisały galaretowate sople pełne bąbelków, żółtko zaś pozostało nienaruszone.
– Hymm – dało się słyszeć. – Ty wiosz, szto twaja córka była chora?
– Wiem – wyszeptał Żukowski, siorbiąc zupę podawaną łyżką przez służącą. – Wziąłem chorobę na siebie, ona by tego nie udźwignęła…
Wanda pokiwała głową. Podeszła do Katarzyny i wzięła ją pod ramię.
– Dlia mnie znaczy sie, szto waszu radzinna więź jest tak macna, że łon, biorąc chorobu na siebie, uratował waszą córkie, o tak o!
Gdy skończyła mówić, do pokoju przez otwarte okno wleciał błękitny motyl. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w jego kierunku.
– To dlia was zwiastun dobroj nowinu, spokoju i szczastia, przejścia do lepszoho życia. – Baba westchnęła. – Budzie dobrze. – Uśmiechnęła się do zebranych. – To nowyj paczątok dlia was.
4Ixodes ricinus (łac.) – kleszcz pospolity.
5 Szpital Żydowski im. I. Zabłudowskiego przy ul. Warszawskiej 15 był przed II wojną nowoczesną, jak na tamte czasy, placówką i skupiał wielu wybitnych żydowskich lekarzy z Białegostoku. W międzywojniu jeden z jego standardów stanowiło prowadzenie laboratorium analitycznego.
6Virus ignotum… (łac.) – Nieznany wirus, prawdopodobnie przeniesiony na człowieka przez kleszcza. Choroba nieuleczalna. Prawdopodobnie tajgowe zapalenie mózgu.
7 Przed formalnym odkryciem wirusa kleszczowego zapalenia mózgu (KZM) w 1937/1938 r. choroba ta była obserwowana i opisywana jako specyficzne zapalenie opon mózgowych występujące sezonowo w rejonach zalesionych – dlatego nazywano ją tajgowym zapaleniem mózgu.
8Per istam sanctam… (łac.) – Przez to święte Namaszczenie i swoje najmiłościwsze miłosierdzie niech Pan ci odpuści, cokolwiek zgrzeszyłeś przez widzenie, słuch, powonienie, smak, dotyk. Amen.
9O Sanctissima Virgo… (łac.) – O najświętsza Dziewico, Matko Miłosierdzia, polecam Ci duszę i ciało moje, abym przez Twoje pośrednictwo zyskał łaskę zdrowia lub cierpliwe zniesienie choroby.
10 Medalik lub krzyż św. Benedykta – jedno z najstarszych i najbardziej znanych katolickich sakramentaliów, uchodzące za potężną tarczę duchową. Zawiera symbole i łacińskie skróty egzorcyzmu mające chronić przed złem, pokusami i niebezpieczeństwami.
11Crux sacra sit mihi lux… (łac.) – Krzyż święty niech mi będzie światłem, smok [szatan] niech nie będzie mi przewodnikiem. Idź precz, Szatanie, nigdy nie nakłaniaj mnie do marności [do złego], złe jest to, co proponujesz, sam pij swoją truciznę.
