Świat Dysku. Kapelusz pełen nieba - Terry Pratchett - ebook
Opis

Coś ściga Tiffany...

Tiffany Obolała jest gotowa, by rozpocząć naukę czarownictwa. Spodziewa się zaklęć i magii - nie nudnych prac domowych i złośliwych kóz. Na pewno czarownictwo to coś więcej. Czego Tiffany nie wie? Że podąża za nią bezcielesna, podstępna istota. Tym razem ani pani Weatherwax (najpotężniejsza czarownica na świecie), ani waleczni, sześciocalowi Wolni Ciut Ludzie nie zdołają jej ochronić. W końcu będzie potrzebowała całej swej wewnętrznej siły, by się uratować... o ile to w ogóle możliwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Okładka

Karta tytułowa

Terry Pratchett

Kapelusz pełen nieba

Przełożył Piotr W. Cholewa

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

WstępPanna Perspikacja Tyk, „Istoty baśniowe i jak ich unikać" (fragment)

Nac Mac Feeglowie

(znani także jako piktale, Wolni Ciut Ludzie, małe ludziki, elfy oraz „osobnik lub osobnicy o nieustalonej tożsamości, prawdopodobnie uzbrojeni")

Nac Mac Feeglowie to najbardziej niebezpieczna z baśniowych ras, zwłaszcza po pijanemu. Kochają pijatyki, bijatyki i kradzieże; prawdę mówiąc, kradną wszystko, co nie jest przybite. A jeśli jest przybite, kradną też gwoździe.

Mimo to ci, którzy zdołali poznać ich bliżej i przeżyć, twierdzą, że Nac Mac Feeglowie są także zadziwiająco lojalni, silni, wierni, odważni i na swój sposób całkiem moralni (na przykład nie okradają ludzi, którzy niczego nie mają).

Przeciętny mężczyzna Feeglów (kobiety Feeglów spotyka się rzadko – por. niżej) ma około sześciu cali wzrostu, rude włosy i skórę niebieską od tatuaży i barwnika zwanego „woad". A skoro jest już tak blisko, prawdopodobnie ma zamiar obserwatora zaatakować.

Nosi kilt z dowolnego materiału, ponieważ wśród Feeglów przynależność klanową demonstruje się tatuażem. Może też nosić hełm z czaszki królika. Feeglowie często ozdabiają włosy i brody piórkami, paciorkami – wszystkim, na co im przyjdzie ochota. Praktycznie wszyscy noszą miecze, choć raczej na pokaz, gdyż preferują system walki wykorzystujący buty i głowę.

Historia i religia

Początki Nac Mac Feeglów giną w słynnej Otchłani Dziejów. Podobno zostali wypędzeni z Krainy Baśni przez królową elfów, ponieważ sprzeciwiali się jej okrutnym i tyrańskim rządom. Inni twierdzą, że zwyczajnie wyrzucono ich za pijaństwo.

Niewiele wiadomo na temat ich religii, jeśli ją mają, z wyjątkiem jednego faktu: wierzą, że są martwi. Lubią nasz świat z jego słońcem, górami, błękitnym niebem i rozmaitymi przeciwnikami do walki. Taki niezwykły świat jak ten nie może być otwarty dla byle kogo, jak twierdzą. Musi być czymś w rodzaju nieba albo Walhalli, gdzie trafiają mężni wojownicy, kiedy polegną. A zatem, rozumują, musieli być żywi gdzie indziej, potem zginęli i pozwolono im przejść tutaj, gdyż byli tacy dobrzy.

To koncepcja zupełnie błędna i wydumana, ponieważ – jak dobrze wiemy – w rzeczywistości jest całkiem na odwrót.

Kiedy umiera Feegle, żałoba nie trwa długo. Jego bracia są tylko smutni, że nie spędził wśród nich więcej czasu, nim wrócił do krainy żywych, którą nazywają także Poprzednim Światem.

Obyczaje i siedziby

Jeśli mogą wybierać, Nac Mac Feeglowie zamieszkują kopce grobowe dawnych królów, gdzie wygrzebują sobie przytulne groty wśród złota. Na takim kopcu rośnie zwykle jeden czy dwa krzaki głogu albo czarnego bzu – Feeglowie szczególnie lubią stare, puste pnie drzewek czarnego bzu, które służą im za kominy dla ognisk. Oczywiście, kopiec musi też mieć króliczą norę – wyglądającą całkiem jak zwykła królicza nora. Wokół leżą królicze odchody, a nawet parę kłębków króliczej sierści, jeśli Feeglowie czują przypływ wyjątkowej kreatywności.

W dole, pod tym wszystkim, świat Nac Mac Feeglów przypomina trochę pszczeli ul, tyle że zawiera o wiele mniej miodu i o wiele więcej żądeł.

Przyczyną tego jest fakt, że kobiety są wśród Feeglów bardzo rzadkie. I może właśnie dlatego kobiety Feeglów rodzą mnóstwo dzieci, bardzo często i bardzo szybko. Dzieci w chwili urodzenia mają rozmiar groszku, ale dobrze karmione, bardzo prędko rosną (Feeglowie lubią żyć w sąsiedztwie ludzi, ponieważ mogą wtedy kraść mleko krów i owiec dla swych dzieci).

„Królowa" klanu nazywana jest keldą, a kiedy się starzeje, jest już matką większej jego części. Jej męża nazywa się Wielkim Gościem. Kiedy rodzi się dziewczynka – co bywa rzadko – przy matce poznaje „tajułki", czyli sekrety keldowania. Kiedy wydorośleje już dostatecznie, by wyjść za mąż, musi opuścić klan, zabierając kilku braci jako ochronę w długiej wędrówce.

Często wyrusza do klanu, który nie ma keldy. Bardzo, ale to bardzo rzadko, kiedy nie ma żadnego klanu bez keldy, spotyka się z Feeglami z kilku klanów i tworzy zupełnie nowy, z nową nazwą i własnym kopcem. Wybiera także męża. Od tej chwili, chociaż jej słowo jest absolutnym prawem w klanie i wszelkie polecenia muszą być wypełniane, nie oddala się od swego kopca. Jest równocześnie jego królową i więźniem.

Ale raz, tylko przez kilka dni, istniała kelda będąca ludzką dziewczynką…

Słownik Feeglów zredagowany dla osób delikatnej natury

Badoń: osoba niesympatyczna.

Bida: ogólny okrzyk rozpaczy.

Blektaki: bzdury, nonsens.

Chłystek: osoba ogólnie niesympatyczna.

Chodek: wygódka.

Dugoń: coś dziwnego, niesamowitego. Czasami, z jakichś powodów, oznacza także coś podłużnego.

Gamoń: osoba bezużyteczna.

Gonagiel: bard klanu, posiadający talent do instrumentów muzycznych, poematów, opowieści i pieśni.

Grubeszychy: istoty ludzkie.

Łochfiara: patrz „Gamoń".

Łojzicku: ogólny okrzyk, który może oznaczać wszystko, od „Ojej" do „Właśnie straciłem cierpliwość i zbliżają się poważne kłopoty".

Łowiecki: wełniste stwory, które jedzą trawę i robią „meee". Nie mylić z przymiotnikiem „myśliwski".

Misio: bardzo ważne zobowiązanie, wynikające z tradycji lub magii. Nie „małe zwierzę".

Paskud: osoba naprawdę niesympatyczna.

Scyga: stara kobieta.

Specjalna Maść na Owce: przykro mi to mówić, ale chodzi prawdopodobnie o pędzoną gospodarskim sposobem whisky. Nikt nie wie, jak działa na owce, ale podobno kropelka dobrze robi pasterzom w długie zimowe noce, a Feeglom w dowolnej porze roku. Nie próbujcie tego w domu.

Tajułki: sekrety.

Tocyć swojom kłode: przyjmować to, co nam los zgotuje.

Wiedźma: czarownica w dowolnym wieku.

Wiedźma wiedźm: bardzo ważna czarownica.

Wiedźmienie, wiedźmowanie: wszystko, co robi czarownica.

Wielki Gość: wódz klanu (zwykle mąż keldy).

Wkunzony: jak mnie zapewniono, oznacza to „zmęczony".

Rozdział 1Wyjazd

Brzęcząc, spłynął ze wzgórz jak niewidzialna mgła. Ruch bez ciała go męczył, więc dryfował bardzo powoli. Teraz już nie myślał. Minęły już miesiące od chwili, gdy zaznał ostatniej myśli, ponieważ mózg, który dla niego myślał, umarł. Zawsze umierały. Więc teraz znowu był nagi i wystraszony.

Mógłby się ukryć w jednym z tych zaokrąglonych białych stworzeń, które beczały nerwowo, kiedy pełzł po murawie. Ale miały bezużyteczne mózgi, zdolne do myślenia jedynie o trawie i robieniu innych beczących stworzeń. Nie. Nie nadawały się. Potrzebował… potrzebował czegoś lepszego, silnego umysłu, umysłu obdarzonego mocą, umysłu, który zapewni mu bezpieczeństwo.

Szukał…

* * *

Nowe buty były całkiem niewłaściwe – sztywne i błyszczące. Błyszczące buty! To nienormalne! Czyste buty to całkiem inna sprawa. Nie ma nic złego w użyciu odrobiny pasty, żeby chronić skórę przed wilgocią. Ale buty muszą zarabiać na życie. Nie powinny błyszczeć.

Tiffany Obolała, stojąca na dywaniku w swojej sypialni, pokręciła głową. Będzie musiała jak najszybciej je pościerać.

I nowy słomkowy kapelusz ze wstążką. Co do niego też miała pewne wątpliwości.

Próbowała przejrzeć się w lustrze, co okazało się niełatwe, ponieważ lustro było wielkości jej dłoni, w dodatku popękane i poplamione. Musiała je przesuwać, żeby zobaczyć różne kawałki siebie, a także pamiętać, jak te kawałki do siebie pasują.

Ale dzisiaj… Zwykle nie robiła takich rzeczy w domu, ale dzisiaj powinna wyglądać elegancko, a że nikogo w pobliżu nie było…

Odstawiła lusterko na rozchwiany stolik przy łóżku, stanęła na środku wytartego dywanika, zamknęła oczy i powiedziała:

– Patrz na mnie.

* * *

Daleko, na wzgórzach, coś – stwór bez ciała i bez umysłu, ale ze straszliwym głodem i bezdennym lękiem – poczuło moc.

Gdyby miał nos, zacząłby węszyć.

Szukał.

I znalazł.

Jaki dziwaczny umysł, jakby wiele umysłów, jeden wewnątrz drugiego, coraz mniejszych i mniejszych! Taki potężny! Taki bliski!

Zmienił nieco kierunek i ruszył odrobinę szybciej. A sunąc, wydawał dźwięk niczym rój much.

Owce, przez chwilę zdenerwowane czymś, czego nie mogły zobaczyć, usłyszeć ani wywąchać, zabeczały…

…i wróciły do skubania trawy.

* * *

Tiffany otworzyła oczy. Oto stała tam, o kilka stóp od siebie. Widziała tył własnej głowy.

Ostrożnie przeszła przez pokój, nie patrząc w dół na tę „siebie", która się przesuwała, ponieważ przekonała się, że kiedy to zrobiła, cała sztuczka kończyła się nagle.

Takie chodzenie było dość trudne, ale w końcu stanęła przed sobą i przyjrzała się sobie uważnie.

Brązowe włosy, pasujące do brązowych oczu… na to nic nie mogła poradzić. Na szczęście włosy miała czyste i umyła twarz. Miała na sobie nową sukienkę, co trochę poprawiało sytuację. Kupowanie nowych ubrań w rodzinie Obolałych zdarzało się tak rzadko, że – oczywiście – kupiono ją za dużą, na wyrost. Ale przynajmniej była bladozielona i nie sięgała do podłogi. Tiffany w tej nowej sukience, w błyszczących nowych butach i słomkowym kapeluszu wyglądała… jak córka farmera, osoba godna szacunku, wyruszająca do swej pierwszej pracy. To musi wystarczyć.

Widziała szpiczasty kapelusz na swej głowie, choć musiała mocno wytężać wzrok. Był niczym lśnienie w powietrzu, znikające, kiedy tylko je zobaczyła. Dlatego z początku martwiła się trochę nowym słomkowym kapeluszem, ale przechodził przez tamten, jakby szpiczastego w ogóle nie było.

W pewnym sensie go nie było. Był niewidzialny, chyba że padał deszcz. Słońce i wiatr przenikały przez niego, ale deszcz i śnieg jakoś go widziały i traktowały jak rzeczywisty.

Dostała go od największej czarownicy na świecie, prawdziwej czarownicy mającej czarną suknię, czarny kapelusz i oczy, które potrafiły przeniknąć człowieka na wylot, jak terpentyna przenika przez chorą owcę. Ten kapelusz był swego rodzaju nagrodą. Tiffany dokonała magii – bardzo poważnej magii. Zanim to zrobiła, nie wiedziała, że umie; kiedy to robiła, nie wiedziała o tym; a kiedy już zrobiła, nie wiedziała, co właściwie zaszło. A teraz miała się nauczyć jak.

– Nie patrz na mnie – powiedziała.

Jej wizja – czy cokolwiek to było, bo nie miała pewności co do tej sztuczki – zniknęła.

Kiedy Tiffany dokonała tego po raz pierwszy, przeżyła szok. Ale widzenie samej siebie, przynajmniej we własnej głowie, zawsze wydawało się jej łatwe. Wszystkie wspomnienia przypominały raczej małe obrazki jej samej robiącej różne rzeczy albo obserwującej różne rzeczy; nie były jak widoki przez dwa otwory z przodu głowy. Istniała w niej cząstka, która zawsze się jej przyglądała.

Panna Tyk – jeszcze jedna czarownica, ale taka, z którą Tiffany łatwiej się rozmawiało niż z tą, która jej dała kapelusz – powiedziała, że czarownica musi wiedzieć, jak „stanąć z boku". Oraz że dowie się więcej, kiedy jej talent się rozwinie, więc Tiffany podejrzewała, że „patrz na mnie" jest tego elementem.

Czasami wydawało się jej, że powinna porozmawiać o „patrz na mnie" z panną Tyk. Sprawiało to wrażenie, jakby wychodziła ze swojego ciała, ale nadal posiadała coś w rodzaju ciała widmowe go, które mogło chodzić. Wszystko działało, dopóki jej widmowe oczy nie spojrzały w dół i nie zobaczyły, że jest tylko tym widmowym ciałem. Kiedy do tego dochodziło, jakaś jej cząstka wpadała w panikę i natychmiast znowu wracała do ciała materialnego.

W końcu Tiffany postanowiła zachować tę sprawę dla siebie. Przecież nauczycielce nie trzeba mówić absolutnie wszystkiego. W każdym razie była to całkiem przydatna sztuczka dla kogoś, kto nie ma lustra.

Panna Tyk była kimś w rodzaju łowcy czarownic. Zdawało się, że czarownictwo tak właśnie funkcjonuje. Niektóre czarownice magicznie poszukiwały obiecujących dziewcząt, a potem znajdowały im starszą czarownicę, żeby im pomagała. Czarownice nie uczyły nikogo, jak co robić. Uczyły, jak wiedzieć, co się robi.

Czarownice trochę przypominały koty. Nie bardzo lubiły swoje towarzystwo, ale lubiły wiedzieć, gdzie są wszystkie inne czarownice, na wszelki wypadek, gdyby były potrzebne. A potrzebne były, żeby powiedzieć jak przyjaciółki, kiedy człowiek zaczynał chichotać.

Czarownice mało czego się obawiają, mówiła panna Tyk. Ale i te najpotężniejsze, nawet jeśli o tym nie mówią, boją się czegoś, co nazywają „przejściem na złą stronę". Zbyt łatwo jest im zsunąć się w jakieś niedbałe drobne okrucieństwa, ponieważ one mają moc, a inni ludzie nie; zbyt łatwo uznać, że inni ludzie specjalnie się nie liczą, zbyt łatwo dojść do wniosku, że pojęcie dobra i zła do nich samych nie ma zastosowania. A na końcu tej drogi czarownica ślini się i chichocze do siebie, całkiem sama w domku z piernika, i hoduje na nosie kurzajki.

Czarownice musiały wiedzieć, że inne czarownice ich pilnują.

I właśnie po to ten kapelusz, pomyślała Tiffany. W każdej chwili mogła go dotknąć, jeśli tylko zamknęła oczy. Służył za przypomnienie…

– Tiffany! – zawołała od schodów mama. – Przyszła panna Tyk!

* * *

Wczoraj Tiffany pożegnała się z babcią Obolałą…

Żelazne koła starej chaty pasterskiej wysoko na wzgórzach do połowy zapadły się w murawę. Pękaty piecyk, ciągle stojący krzywo na trawie, poczerwieniał od rdzy. Zabierały je kredowe wzgórza, tak jak zabrały kości babci Obolałej.

Reszta chaty spłonęła w dniu, kiedy pogrzebano babcię. Żaden pasterz nie ośmieliłby się skorzystać z tej chaty, a co dopiero spędzić w niej nocy. Babcia Obolała była w ludzkich myślach postacią zbyt wielką, zbyt trudną do zastąpienia. Nocą i dniem, przez okrągły rok, była krainą Kredy: jej najlepszym pasterzem, jej najmądrzejszą kobietą, jej pamięcią. Całkiem jakby te zielone wzgórza miały duszę, która chodziła po nich w starych butach i workowatym fartuchu, paliła cuchnącą fajkę i leczyła owce terpentyną.

Pasterze opowiadali, że babcia Obolała potrafiła tak przekląć niebo, że aż siniało. Białe pierzaste chmurki latem nazywali „jagniątkami babci Obolałej". I chociaż śmiali się, gdy to mówili, w jakimś sensie wcale nie żartowali.

Żaden pasterz nie pozwoliłby sobie na zamieszkanie w tej chacie, żaden.

Dlatego wycięli murawę i pochowali babcię Obolałą w Kredzie, a potem podlali tę murawę, żeby nie został żaden ślad. I spalili chatę.

Owcza wełna, tytoń Wesoły Żeglarz i terpentyna…

…były zapachami pasterskiej chaty i zapachami babci. Takie rzeczy pozostają w ludzkiej pamięci, sięgają do samego serca. Tiffany wystarczyło znowu je poczuć, by znaleźć się z powrotem w cieple, ciszy i bezpieczeństwie chaty. Tam chodziła, kiedy była smutna, i tam chodziła, kiedy była szczęśliwa. A babcia Obolała zawsze uśmiechała się, parzyła herbatę i milczała. W tej pasterskiej chacie nie mogło się zdarzyć nic złego. Była fortecą chroniącą przed całym światem. Nawet teraz, kiedy babcia Obolała odeszła, Tiffany nadal lubiła tu przychodzić.

Teraz stała tutaj, wiatr dmuchał nad trawą, a owcze dzwonki brzęczały w oddali.

– Muszę… – Przełknęła ślinę. – Muszę wyjechać. Muszę się nauczyć, jak być prawdziwą czarownicą, a tutaj nie ma nikogo, kto by mi to pokazał. Muszę… pilnować tych wzgórz jak ty kiedyś. Potrafię… robić różne rzeczy, ale nic nie wiem o tych rzeczach, a panna Tyk mówi, że czego człowiek nie wie, może go zabić. Chcę być taka dobra jak ty. I wrócę! Wrócę niedługo! Obiecuję, że wrócę lepsza, niż wyjeżdżam!

Błękitny motyl, porywem wiatru zdmuchnięty ze swego toru, wylądował Tiffany na ramieniu, raz czy dwa machnął skrzydełkami i odfrunął.

Babcia Obolała nie miała wprawy ze słowami. Zbierała ciszę tak, jak inni zbierali sznurek. Ale potrafiła nic nie mówić tak, że mówiło to wszystko.

Tiffany została jeszcze chwilę, dopóki łzy jej nie obeschły, a potem ruszyła z powrotem w dół, pozostawiając nieustający wiatr, by kręcił się na kołach i świszczał w kominie pękatego piecyka. Życie toczyło się dalej.

Nie było niczego niezwykłego w tym, że dziewczynka w wieku Tiffany wyruszała „na służbę". Oznaczało to, że miała gdzieś pracować jako służąca. Tradycyjnie zaczynała, pomagając jakiejś staruszce, która mieszkała całkiem sama; staruszka nie mogła płacić zbyt wiele, ale pierwsza praca prawdopodobnie i tak nie była wiele warta.

W rzeczywistości Tiffany praktycznie sama prowadziła mleczarnię ich Farmy Rodzinnej, jeśli tylko ktoś jej pomógł w przenoszeniu wielkich maselnic. Rodzice dziwili się, że w ogóle chce pójść na służbę. Ale, jak wyjaśniła, wszyscy tak robili. Człowiek mógł zobaczyć kawałek świata. Poznać nowych ludzi. Nigdy nie wiadomo, do czego to może doprowadzić.

W ten sposób, dość chytrze, przeciągnęła mamę na swoją stronę. Bogata ciotka mamy wyruszyła kiedyś, by być pomocnicą w kuchni, potem pokojówką, a później ciągle awansowała, aż została ochmistrzynią, wyszła za kamerdynera i mieszkała w pięknym domu. Ten piękny dom nie należał do niej i mieszkała tylko w jego niewielkim fragmencie, ale była praktycznie damą.

Tiffany nie zamierzała być damą. Zresztą to i tak była tylko wymówka. A panna Tyk o wszystkim wiedziała.

Za czarownictwo nie wolno brać pieniędzy, więc wszystkie czarownice miały też jakąś dodatkową pracę. Panna Tyk była w zasadzie czarownicą udającą nauczycielkę. Podróżowała po świecie z innymi wędrownymi nauczycielami, którzy jeździli z miejsca na miejsce i uczyli wszystkich wszystkiego w zamian za jedzenie albo używaną odzież.

Była to wygodna metoda podróży, ponieważ ludzie w Kredzie nie ufali czarownicom. Uważali, że w księżycowe noce tańczą pod gołym niebem bez bielizny. Tiffany spytała o to i – ku swej uldze – dowiedziała się, że nie jest to konieczne dla bycia czarownicą. Można to robić, jeśli ma się ochotę, ale dopiero po sprawdzeniu, gdzie są pokrzywy, osty i jeże.

Zresztą, skoro już o tym mowa, ludzie nie dowierzali również wędrownym nauczycielom, bo oni podobno kradli kury i porywali dzieci (co w pewnym sensie było prawdą). Wędrowali od wsi do wsi w swoich krzykliwie dekorowanych wozach, nosili długie szaty ze skórzanymi łatami na rękawach oraz dziwaczne płaskie kapelusze i rozmawiali między sobą, używając pogańskiej mowy, której nikt nie rozumiał, z takimi wyrażeniami jak Alea iacta est albo Quid pro quo. Ukrywanie się wśród nich przychodziło pannie Tyk bez trudu. Jej szpiczasty kapelusz był wersją zamaskowaną – wyglądał jak czarny słomkowy kapelusz z papierowymi kwiatami, dopóki nie zwolniło się ukrytej sprężyny.

Przez ostatni mniej więcej rok mama Tiffany mocno się dziwiła nagłym pragnieniem edukacji u córki. Ludzie we wsi uważali edukację za rzecz dobrą, byle z umiarem; przyjmowana w nierozsądnych dawkach mogła prowadzić do niepokoju.

I wreszcie, miesiąc temu, nadeszła wiadomość: „Bądź go towa".

Panna Tyk w swym kwiecistym kapeluszu odwiedziła farmę i wyjaśniła państwu Obolałym, że pewna starsza dama w górach usłyszała o wybitnej biegłości Tiffany w produkcji serów i chciałaby zaproponować jej stanowisko służącej za cztery dolary miesięcznie, jeden dzień wolnego w tygodniu, własne łóżko i tydzień wakacji w okresie Strzeżenia Wiedźm.

Tiffany znała swoich rodziców. Trzy dolary na miesiąc to trochę za mało, a pięć – podejrzanie dużo. Jednakże biegłość w serowarstwie warta była dodatkowego dolara. A własne łóżko to także miły dodatek – zanim większość sióstr Tiffany opuściła rodzinny dom, sypianie po dwie siostry w łóżku stanowiło normę.

To była dobra oferta.

Na rodzicach panna Tyk wywarła duże wrażenie, ale trochę się jej bali. Wychowano ich jednak tak, by wierzyli, że ludzie, którzy wiedzą więcej niż oni i używają trudnych słów, są ważni – a zatem się zgodzili.

Kiedy tamtej nocy Tiffany kładła się spać, przypadkiem usłyszała, jak rozmawiają na ten temat. Całkiem łatwo było przypadkiem usłyszeć rozmowę na dole, jeśli postawiło się na podłodze odwróconą szklankę i przypadkiem przyłożyło do niej ucho.

Usłyszała, jak ojciec mówi, że Tiffany w ogóle nie musi odchodzić. I usłyszała, jak mama odpowiada, że wszystkie dziewczęta chcą zobaczyć szeroki świat, więc lepiej zaspokoić tę ciekawość. Poza tym Tiffany to zdolna dziewczynka i nosi na karku rozsądną głowę. A jeśli będzie ciężko pracować, nie ma powodu, by pewnego dnia nie została służącą kogoś ważnego, jak kiedyś ciotka Hettie, i zamieszkała w wielkim domu z wygódką wewnątrz.

Ojciec odpowiedział, że Tiffany sama się przekona, iż szorowanie podłóg wszędzie jest takie samo.

Matka odparła, że cóż, w takim razie znudzi się i wróci do domu, kiedy minie rok, a przy okazji, co to znaczy „biegłość", chodzi o bieganie z tymi serami?

Wyjątkowe umiejętności, pomyślała Tiffany. Mieli w domu stary słownik, ale mama nigdy do niego nie zaglądała, ponieważ widok tych wszystkich słów ją denerwował. Tiffany przeczytała go do samego końca.

Tak było wtedy, a teraz – miesiąc później – owijała w kawałek czystej szmatki swoje stare buty, które nosiły przed nią wszystkie jej siostry, i chowała je do używanej walizki, którą kupiła jej matka. Walizka wyglądała, jakby zrobiono ją z marnej tektury albo sprasowanych winogronowych pestek zmieszanych z woskowiną uszną; trzeba było wiązać ją sznurkiem.

Nastąpiły pożegnania. Tiffany płakała trochę, jej mama płakała dużo, a młodszy brat Wentworth płakał także na wypadek, gdyby miał dostać za to cukierka. Ojciec Tiffany nie płakał, ale dał jej srebrnego dolara i dość szorstkim tonem powiedział, by koniecznie raz w tygodniu pisała do domu, co jest męską wersją płaczu. Tiffany pożegnała się z serami w mleczarni, owcami w zagrodzie, a nawet z kotem Hultajem.

Potem wszyscy – oprócz serów i kota – stanęli przy bramie i machali… no dobrze, owce też nie… jej i pannie Tyk, aż kredowobiałym traktem dotarły prawie do wioski.

Potem zapadła cisza, którą zakłócał tylko chrzęst ich butów na kamienistej drodze i nieskończone trele skowronków nad głowami. Kończył się już sierpień, a nowe buty cisnęły.

– Na twoim miejscu bym je zdjęła – oświadczyła po chwili panna Tyk.

Tiffany usiadła obok drogi i wyjęła z walizki stare. Nie próbowała nawet pytać panny Tyk, skąd wie o tych błyszczących nowych. Czarownice uważały… Stare buty, choć musiała do nich wkładać kilka par skarpet, były o wiele wygodniejsze i łatwo się w nich chodziło. Te buty chodziły na wiele lat przed narodzinami Tiffany.

– Czy zobaczymy dzisiaj jakichś… małych ludków? – spytała panna Tyk, kiedy ruszyły dalej.

– Nie wiem, panno Tyk – odparła Tiffany. – Miesiąc temu im mówiłam, że odchodzę. O tej porze roku są bardzo zapracowani. Ale jeden czy dwóch zawsze mnie obserwuje.

Panna Tyk rozejrzała się szybko.

– Niczego nie widzę – oświadczyła. – Ani nie słyszę.

– Po tym można poznać, że tam są – wyjaśniła Tiffany. – Kiedy mi się przyglądają, zawsze robi się trochę ciszej. Ale nie pokażą się, kiedy pani ze mną idzie. Trochę się boją wiedźm… tak nazywają czarownice – dodała pospiesznie. – Nic osobistego.

Panna Tyk westchnęła.

– Kiedy byłam mała, bardzo chciałam zobaczyć piktale – wyznała. – Wystawiałam im mleko na spodeczkach. Oczywiście później zrozumiałam, że to nie było najlepsze posunięcie.

– Nie. Powinna pani użyć mocnego alkoholu.

Tiffany zerknęła na żywopłot i zdawało jej się, że mignął jej tam błysk rudych włosów. I uśmiechnęła się trochę nerwowo.

Była – choć tylko przez kilka dni – kimś najbliższym królowej elfów, czym może być ludzka istota. Owszem, nazywano ją keldą, a nie królową, a tylko ktoś, kto szuka zwady, mógłby prosto w twarz nazwać Nac Mac Feeglów elfami. Z drugiej strony Nac Mac Feeglowie zawsze szukali zwady, w pogodnym stylu; kiedy nie mieli z kim walczyć, bili się między sobą, a jeśli któryś zostawał całkiem sam, kopał się w nos, żeby nie wyjść z wprawy.

Formalnie rzeczywiście mieszkali w Krainie Baśni, ale zostali wypędzeni, prawdopodobnie za pijaństwo. A teraz… ponieważ jeśli ktoś raz był ich keldą, nigdy o tym nie zapominali…

…zawsze tam byli.

Zawsze przynajmniej jeden przebywał gdzieś na farmie albo krążył na myszołowie ponad kredowymi wzgórzami. I pilnowali jej, gotowi pomagać i bronić, czy tego chciała, czy nie. Tiffany starała się w tej kwestii być możliwie uprzejma. Swój pamiętnik chowała na samym końcu szuflady, szczeliny w ścianach wygódki zatkała zwiniętym papierem, zrobiła też co mogła ze szczelinami między deskami podłogi. W końcu to przecież mali mężczyźni… Wiedziała, że starają się ukrywać, by jej nie denerwować, ale nabrała wprawy w wypatrywaniu ich.

Spełniali życzenia – nie takie magiczne, bajkowe trzy życzenia, takie, które zawsze w efekcie przynoszą więcej szkody niż pożytku, ale takie zwyczajne, codzienne. Nac Mac Feeglowie byli nadzwyczaj silni, nieustraszeni i niewiarygodnie szybcy, ale nie całkiem rozumieli, że to, co ludzie mówią, nie zawsze jest tym, co myślą. Któregoś dnia w mleczarni Tiffany powiedziała: „Chciałabym mieć ostrzejszy nóż do krojenia tego sera", a najostrzejszy nóż jej matki drżał wbity w stół, praktycznie zanim jeszcze skończyła mówić.

„Chciałabym, żeby przestało padać" było chyba w porządku, ponieważ Feeglowie nie potrafili rzucać prawdziwych czarów, ale nauczyła się uważać, by nie życzyć sobie niczego, co mogliby zrealizować mali, zdeterminowani, silni, odważni i szybcy ludzie, którzy w dodatku nie mieli nic przeciwko skopaniu kogoś przy okazji, jeśli przyszła im ochota.

Życzenia wymagały namysłu. Pewnie nigdy nie powiedziałaby głośno „Chciałabym wyjść za pięknego księcia"; jednak świadomość, że gdyby jednak, to zapewne za drzwiami znalazłaby ogłuszonego księcia, związanego kapłana i uśmiechniętego Nac Mac Feegla, gotowego do roli pierwszego drużby, stanowczo skłaniała, by uważać na własne słowa. Jednak bywali pomocni, w dość chaotycznym stylu, a ona przyzwyczaiła się, by zostawiać im rzeczy niepotrzebne w domu, ale przydatne dla małych ludków, takie jak malutkie łyżeczki do musztardy, szpilki czy wazę do zupy, która mogła Feeglom posłużyć za wannę, oraz – gdyby nie zrozumiały aluzji – trochę mydła.

Mydła nie kradli.

Po raz ostatni odwiedziła starożytny kopiec pogrzebowy na kredowym wzgórzu, gdzie mieszkali piktale, aby wziąć udział w ceremonii weselnej Roba Rozbója, Wielkiego Gościa klanu, oraz Jeannie z Długiego Jeziora. Jeannie miała zostać nową keldą i resztę swojego życia spędzić w kopcu, rodząc dzieci jak królowa pszczół.

Feeglowie z innych klanów także zjawili się na ceremonii, ponieważ jeśli Feegle lubi coś bardziej niż przyjęcie, jest to więk sze przyjęcie. A jeśli lubi coś bardziej od większego przyjęcia, to większe przyjęcie, na którym ktoś inny płaci za drinki. Prawdę mówiąc, Tiffany czuła się tam trochę obco, bo była dziesięć razy wyższa od następnej pod względem wzrostu osoby, ale traktowano ją uprzejmie, a Rob Rozbój wygłosił długie przemówienie na jej temat, nazywając ją „naszą świetną wielką ciut młodą wiedźmą", zanim zwalił się twarzą w pudding. Było tam bardzo gorąco i bardzo głośno, ale przyłączyła się do wiwatów, kiedy Jeannie przeniosła Roba Rozbója nad położoną na ziemi malutką miotłą. Tradycyjnie państwo młodzi powinni razem nad miotłą przeskoczyć, ale – równie tradycyjnie – żaden szanujący się Feegle w dniu swego wesela nie był trzeźwy.

Ostrzeżono ją, że rozsądnie będzie opuścić wtedy przyjęcie, ze względu na tradycyjną bójkę między klanem panny młodej i klanem pana młodego. Taka bójka mogła potrwać aż do piątku.

Tiffany skłoniła się przed nową keldą, bo tak się zachowują wiedźmy, i dobrze się jej przyjrzała. Jeannie była dobra, słodka i bardzo ładna. Miała też błysk w oku i dumnie unosiła podbródek. Dziewczęta Nac Mac Feeglów są bardzo rzadkie i dorastają, wiedząc, że pewnego dnia zostaną keldami; Tiffany miała silne przeczucie, że życie małżeńskie okaże się dla Roba Rozbója trudniejsze, niż się spodziewał.

Żałowała, że ich zostawia, ale nie bardzo. Byli w pewien sposób mili, ale po pewnym czasie zaczynali działać na nerwy. Zresztą miała przecież jedenaście lat i nabrała przekonania, że w pewnym wieku nie wypada już wciskać się do dziur w ziemi i rozmawiać z małymi ludkami.

Poza tym krótkie spojrzenie, jakim obrzuciła ją Jeannie, było pełne jadu. Tiffany bez trudu odczytała jego znaczenie. Była kiedyś keldą tego klanu, choć tylko przez krótki czas; miała też zostać żoną Roba Rozbója, choć był to tylko polityczny manewr. Jeannie wiedziała o tym wszystkim, ale jej spojrzenie mówiło: „On jest mój. To miejsce jest moje. Nie chcę cię tutaj! Trzymaj się z daleka!".

* * *

Jezioro milczenia otaczało idące ścieżką Tiffany i pannę Tyk, ponieważ stworzenia, które zwykle szeleszczą w żywopłotach, wolą zachowywać ciszę, gdy w pobliżu są Nac Mac Feeglowie.

Na wiejskiej łące czarownica i dziewczynka usiadły, by zaczekać na wóz, jadący trochę szybciej niż idący człowiek. Taki wóz potrzebował pięciu godzin, by dostarczyć je do Dwukoszula, gdzie – jak sądzili rodzice Tiffany – wsiądą do wielkiego dyliżansu kursującego aż do odległych gór i jeszcze dalej.

Tiffany widziała już nadjeżdżający wóz, kiedy usłyszała tętent kopyt po łące. Odwróciła się i miała wrażenie, że serce jej równocześnie zamarło i usiłuje wyskoczyć z piersi.

To był Roland, syn barona, na pięknym czarnym wierzchowcu. Zeskoczył, zanim jeszcze koń się zatrzymał, a potem stał w miejscu i wyglądał na zakłopotanego.

– Och, widzę tam piękny i interesujący egzemplarz tego… no… dużego kamienia – oświadczyła panna Tyk głosem tak słodkim, że aż lepkim. – Pójdę mu się przyjrzeć, dobrze?

Tiffany miała ochotę ją za to uszczypnąć.

– Eee… czyli wyjeżdżasz – powiedział Roland, kiedy panna Tyk odeszła pospiesznie.

– Tak – potwierdziła Tiffany.

Roland wyglądał, jakby miał eksplodować ze zdenerwowania.

– Mam coś dla ciebie. Dałem do zrobienia takiemu, eee… takiemu człowiekowi w Yelpie.

Podał jej owiniętą w miękki papier paczuszkę.

Tiffany przyjęła ją i ostrożnie wsunęła do kieszeni.

– Dziękuję. – Dygnęła grzecznie.

Formalnie biorąc, tak właśnie należy się zachowywać, jeśli rozmawia się z arystokratą, lecz tak naprawdę robiła to, bo Roland wtedy czerwienił się i zaczynał jąkać.

– O-otwórz to później. Eee… Mam nadzieję, że ci się spodoba.

– Dziękuję – powtórzyła słodkim głosem Tiffany.

– Jest już wóz. Eee… Pewnie nie chciałabyś się na niego spóźnić…

– Dziękuję – powiedziała znowu Tiffany i dygnęła jeszcze raz, ze względu na działanie takiego dygu. Było to trochę okrutne, ale czasami nie ma innego wyjścia.

Zresztą trudno byłoby spóźnić się na ten wóz. Gdyby pobiegła, wyprzedziłaby go z łatwością. Jechał tak wolno, że przystanek nigdy nie zaskakiwał.

Nie było tam żadnych siedzeń. Furman co drugi dzień objeżdżał wioski i zabierał paczki, a niekiedy też ludzi. Należało tylko znaleźć sobie wygodne miejsce między skrzynkami owoców i belami materiałów.

Tiffany usiadła z tyłu, a jej stare buty dyndały poza krawędzią, kołysząc się w przód i w tył, gdy wóz toczył się po nierównej drodze. Panna Tyk usiadła obok. Kredowy pył szybko pokrył jej czarną suknię aż do kolan.

Tiffany zauważyła, że Roland nie wsiadał na konia, dopóki wóz prawie nie zniknął mu z oczu.

I znała pannę Tyk. W tej chwili pewnie nie mogła już wytrzymać, by nie zadać pytania, ponieważ czarownice nie mogą znieść tego, że czegoś nie wiedzą. I rzeczywiście, kiedy wioska pozostała już daleko za nimi, panna Tyk odezwała się – po długiej chwili wiercenia się i chrząkania.

– Masz zamiar to otworzyć?

– Co otworzyć? – spytała Tiffany, nie patrząc na nią.

– Dał ci prezent – przypomniała panna Tyk.

– Myślałam, że bada pani interesujący kamień, panno Tyk – rzekła Tiffany z wyrzutem.

– No cóż, okazał się tylko średnio interesujący – odparła panna Tyk bez śladu zakłopotania. – No więc otworzysz?

– Jeszcze nie – zdecydowała Tiffany.

W tej chwili nie miała ochoty na rozmowę o Rolandzie. Ani w ogóle.

Nie chodzi o to, że go nie lubiła. Znalazła go w krainie królowej elfów i właściwie uratowała, chociaż przez większość czasu był niezbyt przytomny. Nagłe spotkanie z Nac Mac Feeglami, kiedy są zirytowane, może wywrzeć taki wpływ. Oczywiście, chociaż nikt nie kłamał, wszyscy w domu jakoś uwierzyli, że to Roland ją ocalił. Dziewięcioletnia dziewczynka uzbrojona w patelnię nie mogła przecież uratować trzynastoletniego chłopca z mieczem.

Tiffany to nie przeszkadzało. Dzięki temu ludzie nie zadawali zbyt wielu pytań, na które nie chciała odpowiadać, nawet nie wiedziała jak. Ale Roland zaczął… kręcić się w pobliżu. Spotykała go przypadkiem na spacerach o wiele częściej, niż byłoby to realnie możliwe, i zawsze jakoś uczestniczył w tych samych wiejskich świętach co ona. Zawsze był uprzejmy, ale nie mogła już wytrzymać tego, że cały czas wyglądał jak zbity spaniel.

Trzeba przyznać, że był o wiele mniejszym durniem niż kiedyś. Z drugiej strony, zaczynał od bardzo wielkiego durnia.

A potem pomyślała: „Koń" i zastanawiała się czemu, dopóki nie uświadomiła sobie, że gdy mózg wpatruje się w przeszłość, oczy wciąż obserwują okolicę…

– Nigdy jeszcze tego nie widziałam – stwierdziła panna Tyk.

Tiffany powitała ten widok jak starego przyjaciela. Po tej stronie wzgórz Kreda wyrastała z równin dość gwałtownie. Niewielka dolina wcinała się w zbocze, a w jej łuku wyryty był obraz. Ktoś wyciął długie, gładkie pasy murawy tak, że odsłonięta kreda tworzyła wizerunek zwierzęcia.

– To Biały Koń – poinformowała Tiffany.

– Dlaczego tak to nazwali? – spytała panna Tyk.

Tiffany spojrzała na nią.

– Bo kreda jest biała? – zasugerowała, starając się nie sugerować, że panna Tyk jest chyba trochę tępa.

– Nie; chodzi mi o to, dlaczego nazwali to koniem. Przecież nie jest podobne do konia. To tylko… falujące linie…

…które wyglądają, jakby się poruszały, pomyślała Tiffany.

Ludzie mówili, że koń był wycięty w trawie jeszcze za dawnych dni, przez tych, co budowali kamienne kręgi i chowali swoich władców w wielkich ziemnych kopcach. To oni wykreślili Konia na końcu tej zielonej dolinki, dziesięć razy większego od normalnego konia i – jeśli ktoś nie patrzył z właściwym nastawieniem – także w niewłaściwym kształcie. A jednak musieli znać konie, mieli konie, widzieli je codziennie, no i nie byli głupi tylko dlatego, że żyli dawno temu.

Tiffany spytała kiedyś ojca o wygląd tego Konia, kiedy dotarli aż tutaj w drodze na owczy jarmark. Powiedział jej to, co jemu powiedziała babcia Obolała, kiedy był jeszcze małym chłopcem. To, co mówiła, przekazał słowo w słowo, a Tiffany teraz uczyniła to samo.

– To nie jest to, jak koń wygląda. To jest to, czym koń jest.

– Och… – mruknęła panna Tyk. Ale że była nie tylko czarownicą, ale i nauczycielką, nie mogła się powstrzymać. – Zabawne jest to, że formalnie nie istnieje coś takiego jak biały koń. Nazywa się je siwymi*.

– Tak, wiem – zapewniła Tiffany. – Ten jest biały – dodała stanowczo.

To chyba uciszyło na pewien czas pannę Tyk, której jednak wyraźnie coś nie dawało spokoju.

– Pewnie ci smutno, że wyjeżdżasz z Kredy, prawda? – spytała, kiedy wóz turkotał dalej.

– Nie – odparła Tiffany.

– To naturalne – zapewniła ją panna Tyk.

– Dziękuję, ale naprawdę nie.

– Jeśli masz ochotę trochę popłakać, nie musisz udawać, że coś ci wpadło do oka albo co…

– Właściwie nic mi nie jest. Poważnie.

– Bo widzisz, jeśli będziesz tłumić takie emocje, mogą później wywołać straszne problemy.

– Niczego nie tłumię, panno Tyk.

Prawdę mówiąc, Tiffany sama była trochę zdziwiona tym, że nie płacze, ale nie miała zamiaru mówić o tym pannie Tyk. Zostawiła takie niby miejsce w głowie, żeby wylewać do niego łzy, ale się nie napełniało. Może dlatego, że spakowała wszystkie te uczucia i wątpliwości, i zostawiła je na wzgórzu obok pękatego piecyka.

– I oczywiście, gdybyś poczuła się chwilowo przygnębiona, z pewnością możesz otworzyć prezent, który… – spróbowała panna Tyk.

– Proszę mi opowiedzieć o pannie Plask – poprosiła szybko Tiffany.

Na temat damy, z którą miała zamieszkać, wiedziała niewiele, tylko imię i adres. Chociaż adres w stylu „Panna Plask, Chatka w Lesie niedaleko uschniętego dębu przy Dróżce Zagubionego, Wysoki Nawis, jeśli nikogo nie ma, zostawiać listy w starym bucie przy drzwiach" brzmiał obiecująco.

– A tak, panna Plask – skapitulowała panna Tyk. – Właśnie. Tak naprawdę wcale nie jest stara, ale powiedziała, że przyda jej się w domu trzecia para rąk.

Nawet kiedy jest się panną Tyk, nie da się uniknąć uwagi Tiffany.

– Czyli ktoś już u niej jest?

– Eee… nie. Właściwie nie. – Panna Tyk mówiła tonem sugerującym, że stara się unikać tego tematu.

– W takim razie ma cztery ręce – domyśliła się Tiffany.

Panna Tyk westchnęła. Trudno rozmawiać z kimś, kto cały czas uważnie słucha. To zniechęca.

– Najlepiej będzie zaczekać, aż sama ją poznasz. Cokolwiek powiem, da ci tylko błędne wyobrażenie. Ale na pewno się dogadacie. Ona jest bardzo towarzyska, a w czasie wolnym zajmuje się czarownictwem badawczym. Trzyma pszczoły… i kozy, których mleko, jak rozumiem, jest bardzo zdrowe ze względu na tłuszcze homogeniczne.

– A na czym polega czarownictwo badawcze?

– Och, to bardzo stara sztuka. Próbuje odkrywać nowe zaklęcia, sprawdzając, jak naprawdę działają te stare. Słyszałaś o tych „ucho nietoperza i żabi pysk"? To nigdy się nie udaje. Według panny Plask dlatego, że nie wiemy dokładnie, jaka to odmiana żaby ani które ucho…

– Przykro mi, ale nie będę pomagać w cięciu na kawałki niewinnych żab i nietoperzy – oświadczyła Tiffany stanowczo.

 – Ależ ona nigdy żadnych nie zabija! – zapewniła pospiesznie panna Tyk. – Używa tylko stworzeń, które zmarły z przyczyn naturalnych albo coś je przejechało, albo popełniły samobójstwo. Żaby niekiedy cierpią na depresję.

Wóz toczył się dalej po białej, pylistej drodze, aż zniknął poza zasięgiem wzroku.

Nic się nie działo. Śpiewały skowronki – tak wysoko, że aż niewidoczne. Pyłki traw wypełniały powietrze. Owce beczały wysoko na kredowych wzgórzach.

I wtedy coś nadciągnęło drogą. Poruszało się jak dość powolny wir, tak że dawało się zobaczyć tylko dzięki unoszonemu pyłowi. Kiedy się przesuwało, wydawało dźwięk podobny do roju much.

Potem to coś także zniknęło w oddali…

Po chwili nisko w trawie odezwał się głos:

– Łojzicku! I lezie jej tropem, ni ma co!

– Ale pewno stara wiedźma cosik zauwazy – odpowiedział mu drugi głos.

– Znacy ucąca wiedźma? Psecie to nie je prawdziwa wiedźma!

– Ale pod tymi kwiotuskami ma spicosty kapelus, Duzy Janie – stwierdził drugi głos z lekkim wyrzutem. – Widziołem go. Nacisko tako ciut spręzynko i zarozki spic wyskakuje.

– No tak, Hamish, i jak nic umi dobze cytoć i pisoć, ale nic nie wi o tym, cego ni ma w ksiązkach. A ja sie nie pokaze, dopóki łona tu siedzi. Łona mi na taką wygląda, co zapisuje se zecy o róznych ludziach. No to idziemy, tsa nam keldy posukać.

Nac Mac Feeglowie z Kredy nie znosili pisania – z bardzo wielu przyczyn. Najpoważniejsza była ta, że pismo zostaje. Mocuje słowa. Człowiek może powiedzieć, co myśli, a jakiś wredny paskud zapisze to wszystko i kto może wiedzieć, co potem z tymi słowami zrobi? Równie dobrze można przybić czyjś cień do ściany!

Ale teraz mieli nową keldę, a nowa kelda przynosi nowe koncepcje. Tak się to powinno odbywać. Dzięki temu klan nie zasklepiał się w sobie. Kelda Jeannie pochodziła z klanu Długiego Jeziora, w górach – a oni tam pisali.

I nie rozumiała, czemu jej mąż też nie miałby pisać. A Rob Rozbój miał okazję się przekonać, że Jeannie jest prawdziwą keldą.

Pot ściekał mu z czoła. Kiedyś całkiem sam walczył z wilkiem i chętnie znowu by spróbował, z zamkniętymi oczami i przywiązaną za plecami jedną ręką, byle nie robić tego, co właśnie robił.

Opanował pierwsze dwie zasady pisania, tak jak je rozumiał.

1) Ukraść trochę papieru.

2) Ukraść ołówek. Niestety, to nie było wszystko. W tej chwili oburącz trzymał ogryzek ołówka i odchylał się do tyłu, a dwaj bracia pchali go w stronę przypiętego do ściany kawałka papieru (był to wykradziony z farmy stary rachunek za owcze dzwonki). Reszta klanu, stojąca na galeriach wokół ścian, przyglądała się temu z fascynacją i grozą.

– A może bym mógł tak po trosecku sie do tego zabierać? – protestował, a jego pięty zostawiały wąskie rowki w ubitej ziemi. – Może najpierw bym spróbował jednego z tych psecinków albo kropecek?

– Jesteś Wielkim Gościem, Robie Rozbóju, więc pasuje, cobyś był pirsym pisącym – oświadczyła Jeannie. – Ni moge mieć takiego męza, co nawet swojego imienia napisać nie potrafi. Pokazałam ci literki, prawda?

– Ano tak, kobieto. Te paskudne, poksywione, poplątane węzyki! – burknąl Rob. – Nie ufam takiemu Q. To jest literka, co ino sie cai na cłeka. Litera z ządłem i tyle!

– Psyłóz ino ołówek do papieru, a ja ci powiem, jakie postawić znocki – obiecała Jeannie, składając ręce na piersi.

– Ano, ale to psecie jak becułka kłopotów, takie pisanie – stwierdził Rob. – Słowo zapisane może cłeka powiesić!

– Cichaj! Psestańze juz! Psecie to łatwe! – zirytowała się Jeannie. – Dzieciacki grubychsych to potrafią, a ty jesteś psecie dorosłym Feeglem!

– A takie pisanie to nawet powtaza słowa cłeka, kiedy ten cłek juz zemze! – oznajmił Rob Rozbój, wymachując ołówkiem, jakby chciał przegnać złe duchy. – Psecie mi nie powies, ze to słusne!

– Aha, znacy bois sie tych literek? – rzuciła chytrze Jeannie. – Tak to bywa. Syćcy duzi męzcyźni sie cegosik boją. Zabiez mu ołówek, Wullie. Nie mozna ządać od męzcyzny, coby sie zmiezył ze swoim strachem.

Cisza zapadła w kopcu, kiedy Tępak Wullie nerwowo odebrał bratu ogryzek ołówka. Wszystkie paciorkowate oczka wpatrywały się w Roba Rozbója. A on nerwowo otwierał i zaciskał dłonie. Oddychał ciężko, ciągle patrząc na czysty skrawek papieru. Wysunął podbródek.

– Ach, twarrrda z ciebie kobita, Jeannie Mac Feegle – rzekł w końcu. Splunął w dłonie i wyrwał Tępakowi Wulliemu ogryzek ołówka. – Dajze mi to nazędzie zagłady! Te litery nawet nie bedą wiedzieć, co je trafiło!

– Oto mój dzielny chłopecek! – zawołała Jeannie, kiedy Rob podszedł do papieru. – No to do roboty. Pirsa litera to R. Wygląda jak gruby cłek, co idzie. Pamiętas?

Zebrani piktale przyglądali się, jak Rob – sapiąc gwałtownie i wystawiając język – kreślił ołówkiem linie i łuki liter. Po każdej oglądał się niepewnie na keldę.

– Gotowe – uznała w końcu. – Pikna robota.

Rob Rozbój odstąpił i przyjrzał się papierkowi krytycznie.

– Gotowe? – upewnił się.

– Ano – potwierdziła Jeannie. – Ześ zapisał swoje imie, Robie Rozbóju.

Rob znowu przyjrzał się literom.

– I terozki pójde do więźnia?

Ktoś obok Jeannie uprzejmie chrząknął. Był to Ropuch. Nie miał innego imienia, ponieważ ropuchy zwykle ich nie miewają. Mimo złowrogich sił, które każą ludziom myśleć inaczej, żaden ropuch nie nazywał się nigdy Rysiem Ropuchem na przykład. Tak po prostu się nie zdarza.

Ten ropuch był kiedyś prawnikiem (ludzkim prawnikiem; ropuchy radzą sobie bez nich), którego w ropuchę zamieniła wróżka chrzestna; zamierzała zmienić go w żabę, ale nie miała pewności, na czym polega różnica. Teraz mieszkał w kopcu Feeglów, gdzie zjadał robaki i pomagał w skomplikowanym myśleniu.

– Już panu tłumaczyłem, panie Rozbój, że samo zapisanie pańskiego imienia to żaden problem – oświadczył. – W słowach „Rob Rozbój" nie ma niczego nielegalnego. Chyba że, oczywiście… – w tym miejscu ropuch wydał z siebie prawniczy śmieszek – mają stanowić instrukcję.

Żaden z Feeglów się nie roześmiał. Woleli, kiedy humor jest trochę, no… zabawniejszy.

Rob Rozbój ocenił swe bardzo krzywe pismo.

– To moje imie, tak?

– Z całą pewnością, panie Rozbój.

– I nic złego sie z nim nie dzieje – zauważył Rob. Przyjrzał się z uwagą. – A skąd wis, ze to moje imie?

– Ach, to bedzie ta cęść z cytaniem – wyjaśniła Jeannie.

– Kiedy te literowe znocki zacynają gadać w twojej głowie?

– O to właśnie chodzi – powiedział ropuch. – Ale pomyśleliśmy, że będzie pan wolał zacząć od bardziej fizycznego aspektu całej procedury.

– A moze mógłbym sie naucyć samego pisania, a zostawić cytanie komu innemu? – spytał Rob, choć bez wielkiej nadziei.

– Nie. Mój męzcyzna musi umieć jedno i drugie. – Jeannie założyła ręce na piersi. Kiedy kobieta Feeglów robi coś takiego, wszelka nadzieja gaśnie.

– Ach, to strosna zec dla cłeka, kiedy jego zona zmawia sie pseciw niemu z ropuchą. – Rob pokręcił głową. Ale gdy znowu odwrócił się do przybrudzonego kawałka papieru, na jego twarzy pojawił się ślad dumy. – Ale to moje imie, tak? – upewnił się, szczerząc zęby.

Jeannie przytaknęła.

– Tak se wisi, samo ono, nie na zadnym liście gońcym ani nic. Moje imie, pseze mnie wypisane.

– Tak, Rob – zgodziła się kelda.

– Moje imie, całkiem w mojej łasce. I zaden chłystek nic z nim nie zrobi? Mam to swoje imie bezpiecne?

Jeannie obejrzała się na ropucha, który wzruszył ramionami. Ci, którzy lepiej znali Nac Mac Feeglów, utrzymywali na ogół, że cały rozum klanu trafia do ich kobiet.

– Cłek ma sacunek, kiedy se imie wypise tak, coby nikt go nie tknął – uznał Rob Rozbój. – To powazna magia, ni ma co.

– Jedno R jest napisane na odwrót, B w Robie zamieniłeś na P, a Rozbój pisze się przez inne U – zauważyła Jeannie, bo obowiązkiem żony jest chronienie męża, by nie rozpuknął się z dumy.

– Ach, kobieto, zem nie wiedział, w którą stronę ten grubas idzie. – Rob z lekceważeniem machnął ręką. – Grubasom nie mozna ufać. Ludzie pisący wiedzą o takich sprawach. Jednego dnia moze se iść w te stronę, a następnego dnia w tamte.

Rozpromieniony, przyjrzał się swemu imieniu.

– Tak kombinuję, ze z tym U to psecie bez sensu nijakiego, coby dwie rózne literecki tyle samo znacyły. I tyle.

Wsunął ołówek we włosy i rzucił żonie wyzywające spojrzenie.

Jeannie westchnęła. Dorastała wśród siedmiuset braci i wiedziała, w jaki sposób myślą, to znaczy bardzo szybko, ale czasem w całkiem niewłaściwym kierunku. A jeśli nie potrafili dopasować swojego myślenia do świata, starali się dopasować świat do myślenia. Zwykle, jak tłumaczyła jej matka, lepiej się nie spierać.

Prawdę mówiąc, tylko kilku Feeglów z Długiego Jeziora potrafiło dobrze czytać i pisać. Uważano to za dziwaczne, niepotrzebne hobby. Bo właściwie, kiedy człowiek wstał już rano z łóżka, do czego mogły się przydać? Nie trzeba było ich znać, żeby mocować się z pstrągiem, napadać na królika albo się upić. Nie da się czytać wiatru ani pisać na wodzie.

Ale to, co napisane, mogło przetrwać. To były głosy Feeglów, którzy umarli dawno temu, którzy wiedzieli rzeczy niezwykłe, którzy dokonali dziwnych odkryć. Czy człowiek się z tym godził, zależało od tego, jak silne ciarki przechodziły mu po plecach, kiedy o tym myślał. Klan z Długiego Jeziora się godził. Jeannie chciała jak najlepiej także dla swego nowego klanu.

Niełatwo być młodą keldą. Przybywa się do nowego klanu, z kilkoma tylko braćmi jako strażą, potem wychodzi się za mąż i zyskuje kilkuset szwagrów. Jeśli się chwilę zastanowić, coś takiego może wzbudzić pewien niepokój. Na wyspie na Długim Jeziorze mogła przynajmniej porozmawiać z matką, ale kelda nigdy nie wraca do domu.

Jeśli nie liczyć kilku braci do ochrony, kelda była całkiem sama.

Jeannie tęskniła za domem, czuła się samotna, lękała się przyszłości i właśnie dlatego miała zaraz popełnić błąd…

– Rob!

Hamish i Duży Jan wtoczyli się przez fałszywą króliczą norę, stanowiącą wejście do kopca.

Rob Rozbój obrzucił ich gniewnym wzrokiem.

– Ześmy tu wykonywali małe ćwicenie literackie – wyjaśnił.

– Ano, Rob, ale myśmy łodprowadzali wielką ciut młodą wiedźmę, jak ześ kazał, ino ze ulnik za nią lezie! – krzyknął Hamish.

– Pewny jesteś? – Rob upuścił ołówek. – Nigdy zem nie słysał o zadnym w tym świecie!

– Jak nic – potwierdził Wielki Jan. – Tak bzęcał, ze az mnie zęby zabolały.

– To cemu ześ jej nie pedział, gupolu?

– Była z nią ta druga wiedźma, Rob. Ta ucąca wiedźma.

– Panna Tyk? – upewnił się ropuch.

– Ano, ta co ma buziacek jako kwaterka jogurtu – odparł Wielki Jan. – A ześ mówił, ze mamy sie nie pokazywać, Rob.

– Ano tak, to inna sprawa… – zaczął Rob Rozbój, ale urwał.

Niedługo był mężem, ale w chwili zawarcia małżeństwa mężczyźni uzyskują sporo solidnie zamocowanych w mózgu dodatkowych zmysłów, a jeden z nich ostrzega, że jego posiadacz wpadł nagle po szyję w poważne kłopoty.

Jeannie stukała stopą o ziemię. Ręce nadal miała założone na piersi, a na twarzy ten szczególny uśmieszek, którego kobiety uczą się także w małżeństwie – uśmieszek mówiący: „Owszem, tkwisz w kłopotach, ale pozwolę ci zagrzebać się jeszcze głębiej".

– O co chodzi z tą wielką ciut wiedźmą? – zapytała głosem cichutkim, jakby odezwała się mysz wyszkolona w College'u Skrytobójców dla Gryzoni.

– Och, ach, no wis… – zaczął Rob, nagle posępny. – Nie psypominas jej sobie, kochanie? Była na nasym ślubie, ano. I psez dzień cy dwa była tez nasą keldą, wis. Ta stara kazała jej przysiąc, ze będzie keldą, chwile psed tym, jak odesła do Krainy Żywych.

Dodał to na wypadek, gdyby wspomnienie o życzeniach dawnej keldy mogło odepchnąć nadciągającą burzę.

– I warto mieć na nią łoko, bo psecie jest nasą wiedźmą i…

Głos Roba cichł z wolna pod gniewnym wzrokiem Jeannie.

– Prawdziwa kelda musi poślubić Wielkiego Gościa – rzekła Jeannie. – Jako i ja ciebie poślubiłam, Robie Rozbóju Feegle, i cy nie jestem dla ciebie dobrą zoną?

– Bardzo dobrą – zapewnił Rob. – Ino…

– I nie mozesz się łozenić z dwoma zonami, bo to by była bigamia, prawda? – ciągnęła Jeannie niebezpiecznie słodziutkim głosem.

– Och, nie posło tak daleko. – Rob Rozbój rozglądał się rozpaczliwie, szukając drogi ucieczki. – No i było ino na chwilę, i psecie łona jest tylko ciut dziewecką, ale dobra w myśleniu…

– Ja tez jestem dobra w myśleniu, Robie Rozbóju, i jestem keldą tego klanu, cy nie? Moze być ino jedna, jest tak? No to sobie myśle, ze koniec jus z ganianiem za tą wielką ciut dziewcyną. Wstydźcie sie i tak. Na pewno nie chce, coby Wielki Jan i inni gapili sie na nią psez cały cos.

Rob Rozbój zwiesił głowę.

– No tak… ale…

– Ale co?

– Ulnik goni za tą bidną ciut dziewecką.

Przez chwilę trwała cisza. Potem Jeannie spytała:

– Jesteś pewien?

– Tak, keldo – zapewnił Wielki Jan. – Kto raz słysał takie bzęcenie, jus nigdy go nie zapomni.

Jeannie przygryzła wargę. Zbladła lekko.

– Mówiłeś, Rob, ze łona sie zapowiada na potęzną wiedźmę?

– Ano, ale nikt w historii nie psezył ulnika. Nie mozna go ubić, nie mozna zatsymać, nie mozna…

– Aleś nie mówił, ze ta wielka ciut dziewcyna walcyła z królową i wygrała? – spytała Jeannie. – Walnęła ją patelnią, powiedziałeś. To znacy, ze jest dobra, tak? Jak jest prawdziwą wiedźmą, sama znajdzie droge. Kazdy musi tocyć swoją kłode. Cokolwiek tam jest, łona musi sie z tym zmiezyć. Jak nie potrafi, to naprawde nie jest wiedźmą.

– Tak, ino ze ulnik jest gorsy niz… – próbował ją przekonywać Rob.

– Pojechała ucyć sie wiedźmienia od innych wiedźm – przypomniała mu Jeannie. – Ja sie uce keldowania całkiem sama. Musis mieć nadzieje, ze ona bedzie sie ucyć tak sybko jak ja, Robie Rozbóju.

* Musiała to powiedzieć, ponieważ była czarownicą i nauczycielką, a to straszliwe połączenie. Takie osoby chcą, żeby wszystko było właściwe. Lubią, kiedy wszystko jest poprawne. Jeśli chce się zirytować czarownicę, nie trzeba grzebać się w zaklęciach i urokach; wystarczy usadzić ją w pokoju z wiszącym trochę krzywo obrazem, a potem patrzeć, jak się wije.

Rozdział 2Dwukoszul i dwa nosy

Dwukoszul przypiekał się w ciszy w gorącym słońcu. Był tylko zakrętem na drodze posiadającym nazwę. Poza tym stały tu jedynie zajazd dla dyliżansów, kuźnia i nieduży sklepik ze słowem PAMIĄTKI, wypisanym optymistycznie na kawałku tektury na wystawie. I to wszystko. Dookoła, porozdzielane polami i skrawkami lasu, wyrastały domostwa ludzi, dla których Dwukoszul był pewnie wielkim miastem. W każdym świecie można znaleźć wiele takich miejsc jak Dwukoszul. To miejsca, z których ludzie przybywają, nie takie, do których zmierzają.

Na środku drogi drzemał w pyle stary biały spaniel w brązowe łaty.

Dwukoszul był większy od rodzinnej wioski Tiffany, która ponadto nigdy jeszcze nie widziała pamiątek. Weszła do sklepiku i wydała pół pensa na małą drewnianą rzeźbę dwóch koszul suszących się na sznurze i dwie widokówki z napisem „Widok na Dwukoszul", przedstawiające sklep z pamiątkami i bardzo prawdopodobnie tego samego psa śpiącego na drodze. Staruszka za ladą zwracała się do niej „młoda damo" i wyjaśniła, że Dwukoszul jest bardzo popularny w późniejszym okresie, kiedy ludzie przybywają z miejsc odległych nawet o milę na Festiwal Kiszenia Kapusty.

Kiedy Tiffany wyszła ze sklepiku, zastała pannę Tyk stojącą obok śpiącego psa i spod zmarszczonych brwi spoglądającą na drogę, którą tu przyjechały.

– Coś się tam dzieje? – spytała Tiffany.

– Co? – rzuciła panna Tyk takim tonem, jakby całkiem zapomniała o istnieniu dziewczynki. – No… nie. Ja tylko… Zdawało mi się… Chodźmy coś zjeść.

Odszukanie kogokolwiek w zajeździe zajęło im trochę czasu, ale panna Tyk zajrzała do kuchni i znalazła tam kobietę, która obiecała im słodkie bułeczki i po kubku herbaty. Prawdę mówiąc, była trochę zdziwiona, że obiecała, ponieważ nie miała takiego zamiaru – formalnie było to jej wolne popołudnie, aż do przyjazdu dyliżansu. Jednak panna Tyk potrafiła zadawać takie pytania, na które padały odpowiedzi, jakich sobie życzyła.

Panna Tyk poprosiła też o świeże jajko, niegotowane i w skorupce. Czarownice bardzo sprawnie zadają też pytania, po których ta druga osoba nie wykrzykuje od razu: „Ale po co?!".

Zjadły w słońcu, na ławie przed zajazdem. Potem Tiffany wyjęła swój dziennik.

 Miała też dziennik w mleczarni, ale służył tylko zapisywaniu spraw dotyczących sera i masła. Ten był osobisty. Kupiła go od wędrownego kupca – tanio, ponieważ był zeszłoroczny. Ale, jak stwierdził ów kupiec, miał przecież tyle samo dni.

Miał także zameczek – niewielki mechanizm na skórzanej okładce, z własnym malutkim kluczykiem. Właśnie ten zameczek zwrócił uwagę Tiffany. W pewnym wieku człowiek zaczyna dostrzegać sens zamków.

Zapisała: „Dwukoszul", po czym zastanawiała się przez jakiś czas, nim dodała: „zakręt na trakcie".

Panna Tyk wciąż wpatrywała się w drogę.

– Coś się stało, panno Tyk? – spytała znowu Tiffany, nie podnosząc głowy.

– Nie… nie jestem pewna. Czy ktoś nas obserwuje?

Tiffany rozejrzała się wokoło. Dwukoszul drzemał w upale. Nikt nie patrzył.

– Nie, panno Tyk.

Nauczycielka zdjęła kapelusz i wyjęła z niego dwa kawałki drewna oraz szpulkę czarnej nici. Podwinęła rękawy, rozglądając się pospiesznie, na wypadek gdyby w Dwukoszulu pojawiła się populacja, po czym oderwała kawałek nitki i sięgnęła po jajko.

Jajko, nić i palce zamigotały przez moment, a po kilku sekundach jajko wisiało z palców panny Tyk w równej czarnej siateczce.

Tiffany była pod wrażeniem.

Ale panna Tyk jeszcze nie skończyła. Zaczęła wydobywać z kieszeni różne przedmioty, a czarownica ma zwykle dużo kieszeni. Było tam kilka paciorków, parę piórek, szklana soczewka i jeden czy dwa paski kolorowego papieru. Wszystko to zostało wstawione w plątaninę drewna i bawełny.

– Co to takiego? – zdziwiła się Tiffany.

– To jest mobil – odparła panna Tyk, koncentrując się.

– Magiczny?

– Nie, to nie całkiem magia. Raczej sztuczka.

Panna Tyk uniosła lewą rękę. Piórka, paciorki, jajko i inne drobiazgi z kieszeni zawirowały w siatce nici.

– Hmm – mruknęła. – A teraz niech zobaczę, co można zobaczyć…

Wsunęła palce prawej dłoni w pajęczynę nici i pociągnęła…

Jajko, szkło, paciorki i piórka zatańczyły w plątaninie. Tiffany była pewna, że w pewnej chwili jedna nić przeszła wprost przez drugą.

– Aha – powiedziała. – To jak kocia kołyska.

– Bawiłaś się tak, prawda? – rzuciła z roztargnieniem panna Tyk, wciąż się koncentrując.

– Potrafię uzyskać wszystkie typowe kształty – odparła Tiffany. – Klejnoty i kołyskę, dom, stado i trzy starsze panie, jedna zezowata, niosące kubeł z rybami na targ, kiedy spotykają osła… Chociaż do tego trzeba dwóch osób i zrobiłam to tylko raz, a Betsy Tupper podrapała się w nos w nieodpowiednim momencie i musiałam przynieść nożyczki, żeby ją uwolnić…

Palce panny Tyk przesuwały się jak krosna.

– Zabawne, że teraz to rozrywka dla dzieci – powiedziała. – Aha… – Zapatrzyła się w złożoną siatkę, którą stworzyła.

– Widzi pani coś?

– Jeśli pozwolisz mi się skoncentrować, dziecko… Dziękuję.

Śpiący na drodze pies obudził się, ziewnął i stanął na nogi. Podszedł wolno do ławy, na której siedziały, rzucił Tiffany pełne wyrzutu spojrzenie i zwinął się w kłębek u jej stóp. Pachniał jak stare, wilgotne dywany.

– Jest… coś – stwierdziła cicho panna Tyk.

Tiffany ogarnęła panika.

Promienie słońca odbijały się od białego pyłu na drodze i kamiennego muru naprzeciwko. Pszczoły brzęczały wśród żółtych kwiatków rosnących na szczycie muru. Przy stopach Tiffany spaniel pochrapywał od czasu do czasu i puszczał gazy.

Ale wszystko było nie takie… Czuła narastający ucisk, napierający na nią, napierający na pejzaż, zgniatający go pod jasnym światłem dnia. Panna Tyk i jej pajęczyna tkwiły obok w bezruchu, zamarłe w tej chwili jaskrawej grozy…

…tylko nici się przesuwały, same z siebie. Jajko tańczyło, szkiełko połyskiwało, paciorki przeskakiwały z nici na nić…

Jajko wybuchło.

Dyliżans wtoczył się na dziedziniec.

Pojawił się, ciągnąc za sobą świat – w chmurze pyłu, turkotu i tętentu kopyt. Przesłonił słońce. Otworzyły się drzwiczki. Brzęczała uprząż. Konie parowały. Spaniel usiadł i z nadzieją zamerdał ogonem.

Ucisk zniknął… nie, raczej uciekł.

Mobil z zadziwiającą szybkością zniknął w kieszeni, a panna Tyk wyjęła chusteczkę i zaczęła ścierać jajko z sukienki. Uśmiechnęła się do Tiffany i mówiąc, utrzymywała ten uśmiech, co nadawało jej wygląd osoby lekko obłąkanej.

– Nie wstawaj, niczego nie rób, bądź tylko cichutka jak mała myszka – powiedziała.

Tiffany nie miała nastroju do robienia czegokolwiek oprócz siedzenia bez ruchu; czuła się tak, jakby właśnie zbudziła się z koszmaru.

Bogatsi pasażerowie wysiedli z dyliżansu, ubożsi zsunęli się z dachu. Burcząc coś, tupiąc nogami, wlokąc za sobą obłoczki pyłu, zniknęli.

– Teraz – zdecydowała panna Tyk, kiedy zamknęły się drzwi zajazdu. – Pójdziemy… pójdziemy na… na spacer. Widzisz ten mały lasek? Tam się skierujemy. A kiedy pan Crabber, furman, zobaczy się jutro z twoim ojcem, powie, że wysadził cię tutaj tuż przed przyjazdem dyliżansu. I… i wszyscy będą zadowoleni. Nikt nie skłamie. To ważne.

– Panno Tyk… – odezwała się Tiffany, sięgając po walizkę.

– Tak?

– Co się przed chwilą wydarzyło?

– Nie wiem – przyznała czarownica. – Dobrze się czujesz?

– Eee… tak. Ma pani trochę żółtka na kapeluszu. – I jest pani bardzo zdenerwowana, dodała Tiffany w myślach. To najbardziej niepokojące. – Przykro mi z powodu pani sukienki.

– Widywała już gorsze rzeczy. Idziemy.

– Panno Tyk – odezwała się znowu Tiffany, kiedy ruszyły przed siebie.

– Eee… tak?

– Jest pani bardzo zdenerwowana. Gdyby mi pani powiedziała dlaczego, byłyby nas dwie, a wtedy wypada po pół zdenerwowania na każdą.

Panna Tyk westchnęła.

– To prawdopodobnie nic takiego.

– Panno Tyk, przecież jajko wybuchło!

– No tak. Hm. Widzisz, mobil może być wykorzystany jako prosty wykrywacz i wzmacniacz magii. Jest dość prymitywny, ale zawsze warto go zrobić w chwilach zagubienia i niepokoju. Myślę, że… chyba zrobiłam go niewłaściwie. I czasami zdarzają się silne wyładowania przypadkowej magii.

– Zrobiła go pani, bo była pani zmartwiona – odgadła Tiffany.

– Zmartwiona? Absolutnie. Nigdy nie jestem zmartwiona – odparła panna Tyk. – Jednakże, skoro już podniosłaś tę kwestię, byłam zatroskana. Coś mnie niepokoiło. Coś bliskiego, jak sądzę. Prawdopodobnie nic ważnego. I już teraz czuję się o wiele lepiej, kiedy opuszczamy tę wioskę.

Wcale pani na to nie wygląda, pomyślała Tiffany. I nie miałam racji – dwie osoby to dwa razy więcej zdenerwowania na każdą.

Ale była pewna, że w Dwukoszulu nie ma nic magicznego. To tylko zakręt na drodze.

* * *

Dwadzieścia minut później pasażerowie wyszli na dziedziniec, żeby wrócić do dyliżansu. Woźnica zauważył, że konie są spocone. Zastanowił się, czemu słyszy rój much, choć żadnych nie widzi.

Psa, który leżał na drodze, znaleziono później schowanego w stajni zajazdu. Skomlał.

* * *

Panna Tyk i Tiffany na zmianę niosły walizkę. Lasek, oddalony o jakieś pół godziny spaceru, nie był specjalnie okazały, składał się głównie z buków. Chociaż kiedy człowiek już wiedział, że buki spryskują ziemię pod sobą nieprzyjemnymi truciznami, aby nic tam nie wyrosło, nie wydawały mu się już takimi zwykłymi drzewami jak kiedyś.

Usiadły na leżącej kłodzie i czekały na zachód słońca. Panna Tyk opowiadała Tiffany o mobilach.

– Czyli nie są magiczne? – upewniła się Tiffany.

– Nie. Są czymś, przez co można być magicznym.

– Coś takiego jak okulary, które pomagają widzieć, ale nie widzą za człowieka?

– Tak jest! Dobre porównanie. Czy teleskop jest magiczny? Na pewno nie. To tylko szkło w rurze, ale z jego pomocą można policzyć smoki na księżycu. Albo… Używałaś kiedyś łuku? Nie, pewnie nie. Ale mobil może też działać jak łuk. Łuk magazynuje energię mięśni, kiedy łucznik go naciąga, a potem wysyła ciężką strzałę o wiele dalej, niż łucznik potrafiłby ją rzucić. I możesz go zrobić z czegokolwiek, dopóki… dopóki wygląda jak trzeba.

– I wtedy można stwierdzić, czy dzieje się magia?

– Tak, jeśli tego właśnie chcesz. Kiedy nabierzesz wprawy, możesz go użyć, żeby tobie pomagał w magii. Możesz go użyć dla ochrony, jak sieć klątw, albo żeby wysłać zaklęcie, albo… Jest trochę jak któryś z tych drogich scyzoryków, wiesz? Tych co mają malutką piłę, nożyczki i wykałaczkę. Tyle że nie sądzę, by jakakolwiek czarownica użyła kiedyś mobilu jako wykałaczki, cha, cha. Wszystkie młode czarownice powinny się uczyć, jak zbudować mobil. Panna Plask ci pomoże.

Tiffany rozejrzała się po lesie. Cienie się wydłużały, ale to jej nie niepokoiło. Przez głowę przepływały urywki nauk panny Tyk: Zawsze staraj się zmierzyć z tym, czego się lękasz. Miej przy sobie tyle pieniędzy, ile trzeba, nigdy za dużo, i kawałek sznurka. Nawet jeśli to nie twoja wina, to twoja odpowiedzialność. Czarownice rozwiązują problemy. Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami. Nigdy nie chichocz. Rób to, co musisz. Nigdy nie kłam, chociaż nie zawsze musisz być szczera. Nie wypowiadaj życzeń. A już zwłaszcza nie wypowiadaj życzeń, kiedy zobaczysz spadającą gwiazdę, co jest astronomicznie bezsensowne. Otwórz oczy, a potem otwórz oczy jeszcze raz.

– Panna Plask ma długie siwe włosy, prawda? – powiedziała.

– Och, tak.

– I jest dość wysoka, trochę tęga i nosi dużo naszyjników? – ciągnęła Tiffany. – I szkiełek na łańcuszkach? I buty na zaskakująco wysokich obcasach?

Panna Tyk nie była głupia. Rozejrzała się po polanie.

– Gdzie ona jest? – spytała.

– Stoi pod drzewem, o tam.

Nawet wtedy panna Tyk musiała zmrużyć oczy. Tiffany już dawno zauważyła, że czarownice wypełniają przestrzeń. W jakiś sposób, prawie niemożliwy do opisania, wydawały się bardziej realne od innych ludzi obok. Ale jeśli nie chciały być widziane, stawały się trudne do zauważenia. Nie chowały się, nie rozpływały magicznie, choć tak by się mogło wydawać, ale gdyby ktoś potem miał opisać jakieś miejsce, mógłby przysiąc, że nie było w nim czarownicy. Zdawało się, że zwyczajnie się gubią.

– A tak, brawo – rzekła panna Tyk. – Właśnie się zastanawiałam, kiedy zauważysz.

Ha! – pomyślała Tiffany.

Zbliżająca się do nich panna Plask stawała się coraz bardziej rzeczywista. Ubrana była na czarno, ale idąc, grzechotała lekko z powodu czarnej biżuterii, jaką nosiła; nosiła też okulary, co Tiffany uznała za dziwne u czarownicy. Panna Plask przypominała Tiffany zadowoloną kwokę. I miała dwoje rąk – normalną liczbę.

– Ach, panna Tyk – powiedziała. – A ty pewnie jesteś Tiffany Obolała.

Tiffany wiedziała już, że należy skłonić głowę; czarownice nie dygają (chyba że pragną Rolanda wprawić w zakłopotanie).

– Chciałabym zamienić słówko z panną Plask, Tiffany, jeśli nie masz nic przeciw temu – powiedziała panna Tyk znacząco. – To sprawy starszych czarownic.

Ha! – pomyślała Tiffany po raz drugi, ponieważ spodobał jej się ten myślowy dźwięk.

– To może pójdę i obejrzę jakieś drzewo, dobrze? – odpowiedziała z czymś, co powinno być jadowitym sarkazmem.

– Na twoim miejscu skorzystałabym też z krzaków, moja droga – doradziła panna Plask. – Nie lubię się zatrzymywać, kiedy już wystartujemy.

Rosło tam kilka ostrokrzewów dających przyzwoitą osłonę, ale skoro czarownice zwracały się do niej, jakby miała dziesięć lat, Tiffany skłonna była raczej pozwolić, by pęcherz jej eksplodował.

Pokonałam królową elfów, myślała, idąc przez las. No dobrze, nie bardzo wiem jak, bo wszystko teraz wydaje się snem, ale to zrobiłam!

Była zła, że tak ją odesłały. Odrobina szacunku przecież by nie zaszkodziła, prawda? Tak mówiła ta stara czarownica, pani Weatherwax: „Okażę ci szacunek, jeśli i ty będziesz szanowała mnie". Pani Weatherwax – taka czarownica, że wszystkie inne czarownice w tajemnicy chciały być jak ona – okazała jej szacunek. Można by pomyśleć, że inne też mogą się trochę postarać w tym względzie.

– Patrz na mnie – powiedziała…

…i wyszła z siebie. W swym niewidocznym duchowym ciele ruszyła w stronę panny Tyk i panny Plask. Nie odważyła się spojrzeć w dół, by nie zobaczyć, że nie ma tam jej stóp. Obejrzała się na swoje materialne ciało – stało grzecznie obok kęp ostrokrzewu, wyraźnie zbyt daleko, by słyszeć jakąkolwiek rozmowę.

Gdy ostrożnie podeszła bliżej, usłyszała pannę Tyk:

– …ale dość przerażająco rozwinięta, ponad swój wiek.

– Ojej… Nigdy nie radziłam sobie z inteligentnymi osobami – zmartwiła się panna Plask.


Dlaczego się wyjeżdża? Żeby można było wrócić. Żeby zobaczyć to miejsce, z którego się przybyło, nowymi oczami i w nowych kolorach. A tamtejsi ludzie też patrzyli na człowieka inaczej. Wrócić tam, skąd się wyruszyło, to nie to samo, co nigdy nie odchodzić.

najbardziej niebezpieczna z baśniowych ras, zwłaszcza po pijanemu. Kochają pijatyki, bijatyki i kradzieże; prawdę mówiąc, kradną wszystko, co nie jest przybite. A jeśli jest przybite, kradną też gwoździe. Mimo to ci, którzy zdołali poznać ich bliżej i przeżyć,