Strażnik - Lee Child, Andrew Child - ebook + audiobook
BESTSELLER

Strażnik ebook i audiobook

Lee Child, Andrew Child

4,3

277 osób interesuje się tą książką

Opis

Jack Reacher wraca z podwójnym wsparciem!

Tym razem zatrzymuje się w sennej mieścinie w okolicy Nashville w Tennessee.

Planuje wypić kubek kawy i ruszyć w dalszą drogę.

Ale to się oczywiście nie uda…

Reacher właśnie rozwiązał w Nashville palący problem – jak powiesić nad barem właściciela pubu, żeby za bardzo nie uszkodzić sufitu? – i nic go już nie trzyma w tym mieście. Kiedy więc trafia się podwózka, chętnie z niej korzysta. W sennej mieścinie 120 km dalej raczej nie ma nic ciekawego, ale kawę pewnie mają, więc czemu nie? I na kawie by się skończyło, gdyby Reacher nie stał się świadkiem próby porwania. Czterech na jednego. Wprawdzie radził już sobie z większą liczbą przeciwników, ale Rusty Rutherford nie, bo jest specjalistą od informatyki, a nie od walenia ludzi po mordach. I wyraźnie potrzebuje pomocy. Mieszkańcy miasta mają Rusty’emu za złe, że dopuścił do cyberataku, z powodu którego całe hrabstwo jest sparaliżowane. Ale to nie oni stoją za atakami na niego. Ci, którzy chcą go dopaść, są bezwzględnymi profesjonalistami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 41 min

Lektor: Janusz Zadura

Sortuj według:
Otylia3

Całkiem niezła

Taka sobie, niezbyt logiczna fabuła. Chyba Child wyczerpał już ciekawe pomysły i ciągnie serię na siłę.
10

Popularność




JACK REACHER POWRACA Z PODWÓJNYM WSPARCIEM!

Reacher właśnie rozwiązał w Nashville palący problem – jak powiesić nad barem właściciela pubu, żeby za bardzo nie uszkodzić sufitu – i nic go już nie trzyma w tym mieście. Kiedy więc trafia się podwózka, chętnie z niej korzysta. W pobliskiej sennej mieścinie raczej nie ma nic ciekawego, ale kawę pewnie mają, więc czemu nie?

I na kawie by się skończyło, gdyby Reacher nie stał się świadkiem próby porwania. Czterech na jednego to już przesada. Zwłaszcza dla Rusty’ego Rutherforda, który jest specjalistą od informatyki, a nie od walenia ludzi po mordach. I wyraźnie potrzebuje pomocy. Mieszkańcy miasta mają mu za złe, że dopuścił do cyberataku, z powodu którego całe hrabstwo jest sparaliżowane. Ale to nie oni prześladują Rusty’ego. Ci, którzy chcą go dopaść, są bezwzględnymi profesjonalistami.

A Reacher ma dwa wyjścia. Albo nieustannie odgrywać rolę niańki Rusty’ego, albo jak najszybciej ustalić, o co w tym wszystkim chodzi… I załatwić to w swoim niepowtarzalnym stylu.

LEE CHILD

Brytyjski pisarz, od 1998 r. mieszkający w Nowym Jorku. W 2009 r. wybrany na prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America, a w 2020 r. zasiadał w kapitule Nagrody Bookera. W Wielkiej Brytanii studiował prawo, potem pracował w teatrze i telewizji Granada. Zwolniony po 18 latach w wyniku restrukturyzacji, zainwestował w karierę literacką. W 1997 r. ukazała się jego pierwsza powieść – Poziom śmierci. Zdobyła Anthony Award za najlepszy debiut kryminalny i zapoczątkowała serię thrillerów ze wspólnym bohaterem, byłym żandarmem wojskowym Jackiem Reacherem, która stała się najpopularniejszą serią sensacyjną na świecie. Dwie książki Childa zostały sfilmowane z Tomem Cruise’em w roli głównej, a obecnie trwają prace nad serialem z Jackiem Reacherem w roli głównej!

ANDREW CHILD

Brytyjski pisarz, brat Lee Childa, również mieszkający w USA, w rezerwacie dzikiej przyrody w Wyoming. Ma za sobą karierę aktorską, którą porzucił dla pisania. Sławę przyniosły mu powieści sensacyjne, przede wszystkim seria o działającym pod przykrywką agencie Paulu McGracie. Andrew Child naprawdę nazywa się Andrew Grant.

jackreacher.com

Tego autora

Jack Reacher

POZIOM ŚMIERCI

UPROWADZONY

WRÓG BEZ TWARZY

PODEJRZANY

ECHO W PŁOMIENIACH

W TAJNEJ SŁUŻBIE

SIŁA PERSWAZJI

NIEPRZYJACIEL

JEDNYM STRZAŁEM

BEZ LITOŚCI

ELITA ZABÓJCÓW

NIC DO STRACENIA

JUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ

61 GODZIN

CZASAMI WARTO UMRZEĆ

OSTATNIA SPRAWA

POSZUKIWANY

NIGDY NIE WRACAJ

SPRAWA OSOBISTA

ZMUŚ MNIE

STO MILIONÓW DOLARÓW

ADRES NIEZNANY

NOCNA RUNDA

CZAS PRZESZŁY

ZGODNIE Z PLANEM

STRAŻNIK

oraz

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2010(współautor)

Tytuł oryginału:

THE SENTINEL

Copyright © Lee Child and Andrew Child 2020All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Jan Kraśko 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: Nagel Photography/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Stephen Mulcahey

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8215-514-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Karze i Sarze z podziękowaniami

1

W poniedziałek rano, dokładnie tydzień po tym, jak wyrzucono go z pracy, Rusty Rutherford wyszedł z mieszkania.

Pierwszych kilka dni bezrobocia spędził za zaciągniętymi zasłonami, zużywając zapas mrożonej pizzy i czekając na telefon. Porażająca niezaradność, napisali w zwolnieniu. Brak zdolności kierowniczych… Podstawowe, kardynalne wprost błędy… Coś niewiarygodnego! Całkowite wypaczenie faktów! W dodatku jakie niesprawiedliwe. Próbowali zwalić na niego ostatnie problemy miasta. Popełniali… błąd. To jasne jak słońce. A skoro tak, na pewno go naprawią. I to już wkrótce.

Godziny wlekły się w nieskończoność. Telefon milczał. A w skrzynce mailowej zalegała coraz grubsza warstwa spamu.

Wytrzymał jeszcze jeden dzień, a potem odpalił swój stary laptop. Nie miał pistoletu ani noża. Nie umiał spuszczać się po linie ze śmigłowca ani skakać ze spadochronem z samolotu. Ale ktoś musi zapłacić za to, co mu zrobili. Być może jego prawdziwym wrogom uda się z tego wywinąć. Tym razem. Prawdziwym wrogom, ale na pewno nie draniom z gier wideo, które przysłał mu znajomy deweloper. Przedtem od nich stronił. Jak dla niego, za dużo było w nich przemocy. Zupełnie niepotrzebnej. Ale teraz zupełnie mu nie przeszkadzała. Dość okazywania łaski bandziorom. Chyba że…

Telefon wciąż milczał.

Dwadzieścia cztery godziny później zmieniło się jedynie to, że był lekko odwodniony i miał na koncie rekordową liczbę punktów. Zamknął laptop i zwalił się na kanapę. Przeleżał na niej prawie cały następny dzień, oglądając wybrane na chybił trafił filmy ze sterty płyt, które kupił Bóg wie kiedy, i błagając wszechświat, żeby przyjęto go z powrotem do pracy. Przysięgał, że się zmieni. Że będzie łatwiejszy we współżyciu. Cierpliwszy. Dyplomatyczny. A nawet empatyczny. Że będzie kupował pączki wszystkim pracownikom biura. Dwa razy w miesiącu. A nawet trzy, jeśli tylko załatwi to sprawę.

Telefon milczał.

Rusty rzadko kiedy pił, ale cóż mu pozostało? Na ekranie zaczęły się przesuwać końcowe napisy entego filmu. Jeszcze jednego już by nie zniósł, więc poszedł do kuchni. Z głębi szafki wyjął nienapoczętą butelkę Jim Beama. Wrócił do salonu, włączył adapter i nastawił trzeszczącą starą płytę Elmore’a Jamesa.

Skończyło się na tym, że padł na twarz i zasnął na podłodze po… Nie miał pojęcia, po ilu szklankach. Wiedział tylko, że kiedy się obudził, w głowie miał pełno kamieni, które grzechotały i zgrzytały, jakby chciały rozsadzić czaszkę. Myślał, że ból nigdy nie minie, lecz gdy wreszcie minął, Rusty doświadczył nowego uczucia. Buntu. Przecież był niewinny. To nie przez niego stało się to, co się stało. Absolutnie. Co więcej, on to przewidział. Ostrzegał przed tym szefa. Wiele razy. Publicznie i prywatnie. I całkowicie go ignorowano. Raz za razem. Dlatego po siedmiu dniach pobytu w samotni uznał, że nadszedł czas pokazać światu twarz. Opowiedzieć, jak było naprawdę. Każdemu, kto zechce go wysłuchać.

Wziął prysznic i wygrzebał z szafy ubranie. Chinosy i koszulkę polo. Nowiutkie. W ciemnych kolorach, z firmowymi naszywkami, aby pokazać, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Potem włożył buty, z których każdy leżał w przeciwległym kącie przedpokoju, gdzie przed tygodniem je rzucił. Z półki przy drzwiach zgarnął klucze i ciemne okulary. Wyszedł na korytarz. Jako jedyna osoba w kabinie zjechał windą na dół. Przeciął hol. Pchnął ciężkie obrotowe drzwi i przystanął na chodniku. Słońce paliło niczym piec hutniczy, więc natychmiast spocił się pod pachami i na czole. Ogarnęła go panika. Pocą się tylko winni. Gdzieś o tym czytał, a jedyną rzeczą, jakiej rozpaczliwie pragnął teraz uniknąć, było to, żeby wyglądać jak winowajca. Rozejrzał się przekonany, że wszyscy na niego patrzą, i zmusił się do pierwszego kroku. Zrobił pierwszy, drugi i przyspieszył, pewny, że gdyby był zupełnie nagi, rzucałby się w oczy znacznie mniej. Lecz w rzeczywistości przechodnie, których mijał, w ogóle go nie zauważali. Jego obecność odnotowały jedynie dwie osoby.

• • •

Dokładnie wtedy, kiedy Rusty Rutherford wychodził z domu, Jack Reacher włamywał się do baru. Był w Nashville w Tennessee, sto dwadzieścia kilometrów na północny wschód od sennego miasta Rusty’ego, i właśnie szukał rozwiązania pewnego problemu. Problemu zasadniczo praktycznego. Fizyczno-biologicznego. A konkretnie zastanawiał się, jak powiesić faceta pod sufitem, nie wyrządzając przy tym większych szkód trwałych. Chodziło mu głównie o sufit. Facetem przejmował się mniej.

Sufit należał do baru. A bar do wspomnianego wyżej faceta. Po raz pierwszy Reacher trafił tam dzień wcześniej. W sobotę. Właściwie to prawie w niedzielę, bo o północy. Podróż minęła z przebojami. Najpierw zapalił się autobus, a po trzydziestu kilometrach autobus zastępczy utknął pod niskim mostem, bo kierowca źle skręcił. Reacher zesztywniał od długiego siedzenia, więc kiedy dojechali wreszcie do końca trasy, wysiadł i żeby rozprostować kości, odszedł na bok, w stronę miejsca dla palaczy. Stał częściowo ukryty w cieniu, podczas gdy pozostali pasażerowie tłoczyli się, rozmawiali, robili coś z telefonami, odbierali bagaże i stopniowo się rozchodzili.

Reacher został. Nie spieszyło mu się. Przyjechał później, niż zakładał, ale nie stanowiło to problemu. Nie był z nikim umówiony. Nie miał w planie żadnych spotkań. Nikt na niego nie czekał, nikt się o niego nie martwił ani na niego nie wściekał. Zamierzał tylko znaleźć nocleg. Jakąś jadłodajnię, bo zgłodniał. I bar, gdzie mógłby posłuchać dobrej muzyki. Nie powinien mieć z tym kłopotów. W razie czego najwyżej zmieni kolejność. Albo coś z czymś połączy. Ale na pewno da sobie radę. Poza tym w hotelach, w których lubił się zatrzymywać, spóźnieni goście byli mile widziani. Zwłaszcza jeśli płacili gotówką. Tak jak on.

Postanowił zacząć od muzyki. Wiedział, że knajp z muzyką jest w Nashville pełno, chciał jednak czegoś wyjątkowego. Nadgryzionego zębem czasu. Czegoś o długiej historii. Lokalu, w którym mógł kiedyś grać Blind Blake. A nawet Howlin’ Wolf. Na pewno nie czegoś nowego, zgentryfikowanego czy sztucznie odpicowanego. Pytanie tylko, jak taki lokal znaleźć. Na dworcu autobusowym wciąż paliły się światła – ktoś tam jeszcze pracował, czekał albo po prostu się schronił. Musieli być wśród nich miejscowi. Może byli tam nawet sami miejscowi. Ale nie wszedł do środka. Wolał kierować się instynktem. Znał miasta. Wyczuwał ich kształt i rytm, tak jak żeglarz wyczuwa kierunek nadciągających fal. Intuicja kazała mu iść na północ, więc przeciął szerokie skrzyżowanie w kształcie litery Y i wszedł na usianą gruzem działkę. Ciężki zapach spalonej ropy i papierosowego dymu został w tyle. Sunący przed nim cień wydłużył się i doprowadził go do rzędów wąskich równoległych uliczek zabudowanych podobnymi do siebie ceglanymi budynkami okopconymi sadzą. Do czegoś w rodzaju dzielnicy przemysłowej, zapuszczonej i opuszczonej. Reacher nie wiedział, jaki przemysł kwitł kiedyś w Nashville, lecz bez względu na to, co w tym mieście kiedyś wytwarzano, magazynowano czy sprzedawano, na pewno działo się to tutaj. I najwyraźniej dziać się przestało. Pozostały jedynie budynki. Pomyślał, że i te nie postoją zbyt długo. Albo ktoś w nie zainwestuje, albo się zawalą.

Zszedł z popękanego chodnika na środek ulicy. Postanowił przejść jeszcze dwie przecznice. Najwyżej trzy. I jeśli nic tam nie znajdzie, odbić w prawo, w kierunku rzeki. Minął sklep z używanymi oponami. Magazyn, w którym jakaś fundacja charytatywna przechowywała darowane meble. I wtedy, przechodząc przez ulicę, usłyszał głęboki pomruk gitary basowej i dudnienie bębna.

Dźwięki dochodziły z budynku stojącego w połowie przecznicy. Nie wyglądał zbyt obiecująco. Nie miał okien. Ani szyldu. Widać było jedynie smugę żółtego światła sączącego się spod drewnianych drzwi. Reacher nie lubił miejsc z niewieloma potencjalnymi wyjściami, dlatego chciał iść dalej, ale gdy zrównał się z drzwiami, te otworzyły się i na chodnik wyszło chwiejnie dwóch mężczyzn pod trzydziestkę, w podkoszulkach, spod których wyglądały wyblakłe tatuaże. Zrobił krok w bok, żeby się z nimi nie zderzyć, a wtedy z wnętrza dobiegło zawodzenie gitary. Przystanął. Riff był dobry. Rósł, nabrzmiewał i potężniał, a gdy przebrzmiała ostatnia nuta i wydawało się, że dobiegł końca, włączył się kobiecy głos. Zbolały, posępny i pełen rozpaczy, niczym przejście do świata niewyobrażalnie głębokiego smutku. Reacher nie mógł się oprzeć. Przekroczył próg.

W środku pachniało piwem i potem, a sala była dużo krótsza, niż się spodziewał. I dużo szersza, przez co wyglądała tak, jakby składała się z dwóch oddzielnych części z martwą strefą pośrodku. Część prawa należała do wielbicieli muzyki. Tego wieczoru bawiło się tam ponad dwadzieścia osób, stojących, tańczących i podrygujących w miejscu. Usytuowana za nimi scena – niska, zbudowana ze skrzynek na piwo pokrytych drewnianym panelem – ciągnęła się w głąb, aż do ściany. Po jednej i drugiej stronie stało kilka skromnych kolumn głośnikowych, a z sufitu zwisały dwa metalowe zaczepy na reflektory. Frontmenka stała z przodu, przy brzegu sceny. Reacherowi wydawała się malutka. Chuda jak patyk, miała najwyżej metr pięćdziesiąt wzrostu. Jej równo podcięte blond włosy błyszczały tak bardzo, że wyglądały jak peruka. Gitarzysta stał po lewej stronie, najbliżej drzwi. Basista – po prawej. Z potarganymi kręconymi włosami i mocno wystającymi kośćmi policzkowymi, byli tak bardzo do siebie podobni, że mogliby uchodzić za bliźniaków. A już na pewno za braci. Była tam i wybijająca rytm perkusistka, lecz siedziała w zbyt głębokim cieniu, żeby Reacher dobrze ją widział.

Lewą część sali przeznaczono dla pijących. Stało tam sześć okrągłych stolików, każdy z czterema krzesłami, a pod ścianą naprzeciwko sceny ulokowano bar z czterema wysokimi stołkami. Ladę wyekwipowano w to co zwykle: w krany do piwa, podręczne chłodziarki i dozowniki do alkoholu. Za ladą wisiało długie na całą ścianę lustro z pęknięciem w kształcie gwiazdy na środku. Pewnie ktoś rzucił butelką, pomyślał Reacher. Podobał mu się ten mały akcent. Przydawał charakteru. Ale nie na tyle, żeby zatuszować największy feler lokalu. Część sufitu tuż przed ladą. Zwisały stamtąd dziesiątki staników. Może nawet setki. Wszelkiego rodzaju, wszelkich rozmiarów, kształtów i kolorów. Wolał nie wiedzieć, skąd się tam wzięły. Były obleśne. Niepotrzebne. I wkurzające z praktycznego punktu widzenia. Aby dostać się do lady, każdy w miarę wysoki człowiek musiał je rozgarnąć albo się przez nie przedrzeć. Zaczekał, aż zespół skończy ostatni numer, pochylił się nisko, odwrócił i wymacał stołek. Oprócz niego w tej części lokalu nie było nikogo, a z obojętnej twarzy barmana nie mógł wyczytać, czy cieszy go to, czy nie.

– Kawę – rzucił, gdy tamten go w końcu zauważył. – Czarną.

– Nie mamy kawy.

– Dobrze, w takim razie cheeseburgera poproszę. Bez sałaty i bez pikli. I colę.

– Nie mamy cheeseburgerów.

– Więc co macie?

– Nic, nie prowadzimy jedzenia.

– A ktoś w pobliżu prowadzi?

Barman wzruszył ramionami.

– Ja tu nie mieszkam.

Reacher wziął colę i spojrzał na scenę. Myślał, że rozstawi się tam inna kapela, lecz nic na to nie wskazywało. Połowa publiczności przeszła na stronę ze stolikami. Reszta zmierzała już do wyjścia. Skoro nie ma muzyki i jedzenia, doszedł do wniosku, że wypije colę i też wyjdzie. Wypił, wyszedł i ruszył w tym samym kierunku, w którym zmierzał przed wejściem do baru, ale minąwszy róg budynku, usłyszał odgłos szurania. Odwrócił się i omal nie wpadł na niego gitarzysta z zespołu, którego przed chwilą słuchał. Chłopak cofnął się z oczami rozszerzonymi strachem i z futerałem gitary uniesionym jak tarcza. Niewiele brakowało, a wpadłaby na niego idąca z tyłu piosenkarka. Reacher podniósł ręce otwartymi dłońmi w ich stronę. Miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu i rozczochrane włosy. Ważył sto czternaście kilogramów. Był nieogolony. Bywało, że przerażone dzieci uciekały z krzykiem na jego widok.

– Przepraszam – rzucił z uspokajającym uśmiechem. – Nie chciałem was wystraszyć.

Gitarzysta opuścił futerał, lecz nie podszedł bliżej.

– Tak przy okazji, daliście świetny występ. Kiedy znowu gracie?

– Dzięki. – Gitarzysta wciąż zachowywał bezpieczny dystans. – Wkrótce. Mam nadzieję.

– Tutaj?

– A skąd, odpada.

– Dlaczego? Zła publiczność?

– Nie. Zły właściciel.

– Chwileczkę. – Frontmenka przeszyła Reachera wzrokiem. – Co pan tu robi? Pracuje pan dla niego?

– Ja nie pracuję dla nikogo. Ale dlaczego właściciel jest zły? O co chodzi?

Dziewczyna zawahała się i podniosła palec, jeden, potem drugi.

– Nie chciał nam zapłacić. Obrobił nas, ukradł nam gitarę.

– Moją – dodał gitarzysta. – Dobrą, zapasową.

– Poważnie? – Reacher zrobił krok do tyłu. – To chyba kiepski sposób prowadzenia interesów. Musiał mieć jakiś powód.

– Niby jaki? – Frontmenka spojrzała na gitarzystę.

– Nijaki – mruknął tamten. – Skończyliśmy, zwinęliśmy majdan i poprosiliśmy o kasę. A on odmówił.

– Nie rozumiem. – Reacher podrapał się w głowę. – Do miejsc takich jak to ludzi przyciąga muzyka. A nie wystrój wnętrza. To na pewno. Żeby mieć muzykę, trzeba zatrudnić kapelę. A jeśli nie płaci się kapeli, jak zmusić ją do grania? Taka strategia to czyste samobójstwo. Musieliście go czymś wkurzyć.

– Nie rozumie pan, jak działa nasza branża. – Gitarzysta pokręcił głową.

– Więc mnie oświećcie.

– Dlaczego?

– Dlaczego? Bo was o to proszę. Lubię uczyć się nowych rzeczy. Nauka to potęgi klucz.

Chłopak położył futerał na chodniku.

– Co tu oświecać? Tak jest wszędzie. Nic nie da się zrobić.

– Kapela nie ma władzy. – Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu. – A knajpa tak.

– I nikt nie może wam pomóc? Jakiś menedżer? Czy agent? Przecież muzycy mają menedżerów i agentów.

Gitarzysta pokręcił głową.

– Może ci, którym się powiodło. My nie.

– Jeszcze nie – sprecyzowała frontmenka.

– A policja?

– Nie, nie. – Dziewczyna przesunęła ręką po kieszeni kurtki. – Tylko nie policja.

– Nie chcemy ich w to mieszać – wyjaśnił gitarzysta. – Pójdzie fama, że jesteśmy trudni, i nikt nas nie zaangażuje.

– Jaki sens załatwiać sobie angaż, skoro wam nie płacą?

– Musimy grać. Ludzie muszą nas słyszeć. – Frontmenka postukała się w ucho. – Jeśli nie będą, nikt nas nie odkryje.

– Racja – przyznał Reacher. – Chociaż jeśli mam być szczery – dodał po chwili – myślę, że powinniście się zastanowić, jaki przekaz wysyłacie kolegom z branży.

– Niby jaki? – Chłopak oparł się ramieniem o ścianę. – Trzeba zacisnąć zęby. I tyle.

– Dzięki temu się wybijemy – powiedziała dziewczyna. – Kiedyś.

Reacher milczał.

– Co? Myśli pan, że źle robimy?

– Może to niestosowne, ale… – Reacher spojrzał na nią, potem na gitarzystę – ale wydaje mi się, że wasze postępowanie mówi właścicielom klubów jedno: można was okantować. Gracie za friko i jeszcze się z tego cieszycie.

– Obłęd – mruknął chłopak. – Nienawidzę grać za friko. Nie ma nic gorszego.

– Powiedzieliście mu to jasno i wyraźnie?

– Oczywiście. – Chłopak oderwał się od ściany. – Ja mu powiedziałem. Poprosiłem, żeby zapłacił. I wyglądało na to, że zapłaci, bo zabrał mnie do biura. Tylko że ktoś tam już czekał. Ten wykidajło. Wielki jak góra. Musieli to sobie zaplanować, bo jak wszedłem, od razu chwycił mnie za rękę. Za lewą. – Podniósł ją, żeby to podkreślić. – Chwycił i przycisnął ją do biurka, do takiej metalowej podkładki na blacie, brudnej i pełnej wgnieceń. On mnie trzymał, a właściciel knajpy stanął po drugiej stronie i otworzył szufladę. Wyjął młotek, taki z dwoma pazurami. Rozszerzył mi nimi palce i powiedział, że mam wybór. Może nam zapłacić, ale wtedy połamie mi palce. Jeden po drugim. Albo wypuści mnie bez kasy.

Reacher słyszał w głowie głos, który mówił: Daj sobie spokój. Odejdź, to nie twój problem. Sęk w tym, że słyszał również, jak ten chłopak gra, wiedział, co potrafi wycisnąć z gitary. Pamiętał ruchy jego palców, jakże innych od jego. Szybkich, delikatnych, tańczących po strunach. Wyobraził sobie, jak wykidajło chwyta go za rękę. Jak właściciel knajpy wywija młotkiem. I został.

– Jeśli chcecie, mogę tam zajrzeć. Pomóc temu panu spojrzeć na sprawę z innego punktu widzenia. Może zmieni zdanie i zapłaci.

– Dałby pan radę? – Frontmenka spojrzała na niego niepewnie.

– Niektórzy twierdzą, że potrafię być bardzo przekonujący.

– Może pan oberwać.

– Ktoś pewnie tak. Ale nie ja.

– On ma młotek. – Gitarzysta przestąpił z nogi na nogę.

– Wątpię, żeby poszedł w ruch. Zresztą nawet gdyby, młotek to tylko młotek. No więc jak? Może jednak spróbuję? Co macie do stracenia?

– Nie wiem, czy… – Chłopak nie zdążył dokończyć, bo przerwała mu dziewczyna.

– Bardzo dziękujemy. Przyda nam się każda pomoc. Tylko niech pan będzie ostrożny.

– Zawsze o tym pamiętam – zapewnił ją Reacher. – A teraz opowiedzcie mi o tej gitarze, tej dobrej, zapasowej. Naprawdę wam ją ukradł?

– Tak jakby – odparł gitarzysta. – Ale nie on, tylko ten grubas, wykidajło. Kiedy wyszedłem z biura, poszedł za mną, wyrwał mi ją i rzucił na schody prowadzące do piwnicy. A potem spojrzał na mnie, jakby pytał: „No i co mi zrobisz?”.

– I gitara tam została?

Chłopak uciekł wzrokiem w bok.

– Nie rób sobie wyrzutów. To był dobry ruch. – Reacher podrapał się w szyję. – Ile jest warta?

– Nie wiem, z tysiąc baksów. – Gitarzysta wzruszył ramionami. – Dla mnie to kupa forsy.

– Właściciel… ten z młotkiem. Jak się nazywa?

– Lockhart. Derek Lockhart.

– Ile miał wam zapłacić?

– Dwieście dolarów.

– Dobra. Oprócz Lockharta, wykidajły i barmana, kto jeszcze tam pracuje?

– Nikt.

– Nie, jest jeszcze ten chłopak, co sprząta – wtrąciła frontmenka. – Ale większość czasu siedzi na zapleczu i pali trawkę.

– Ktoś jeszcze?

– Nie.

– Widzieliście tam jakąś broń?

Gitarzysta i frontmenka wymienili spojrzenia i pokręcili głowami.

– Okej. Gdzie jest to biuro?

– Na pierwszym piętrze. Schodami za kiblem.

• • •

W sali samotny klient dopijał ostatnią butelkę piwa. Barman przecierał wyłysiałą szczotką podłogę między stolikami i sceną. Nikogo innego nie było, Reacher minął więc toalety i wszedł po cichu na górę. Na wąskim podeście zobaczył drzwi. Zamknięte. Dochodził zza nich czyjś głos. Na pewno mężczyzny, choć trudno było zrozumieć poszczególne słowa. Mówił cicho. Rytmicznie. Jakby coś liczył. Tygodniowy utarg? Jeśli tak, drzwi musiały być zamknięte na klucz. Reacher położył rękę na gałce klamki. Przekręcił ją. I jednocześnie grzmotnął ramieniem w drzwi. Ustąpiły łatwo, w fontannie kawałków rozłupanego drewna.

– Przepraszam, panowie. – Wszedł do środka i dopchnął drzwi do zniszczonej futryny. – Nie wiedziałem, że są zamknięte na klucz.

Pomieszczenie było małe. Biuro? Wyglądało jak pakamera. Przy biurku ramię w ramię siedziało dwóch mężczyzn. Ten normalnych rozmiarów musiał być Lockhartem. A ten drugi, wielki, sflaczały spaślak – wykidajłą. Obaj zamarli. Na blacie leżały kupki wygniecionych, zatłuszczonych banknotów.

Chwilę trwało, zanim Lockhart odzyskał głos.

– Kim pan, do diabła, jest?

– Nazywam się Jack Reacher. Jestem agentem zespołu, który dziś u was grał. Przyszedłem porozmawiać o ich kontrakcie.

– Oni nie mają kontraktu.

– Teraz już mają. – Reacher wziął krzesło z giętego drewna, jedyny mebel w pokoju, nie licząc tych przy biurku i samego biurka. Sprawdził jego wytrzymałość i usiadł.

– Proszę wyjść – rzucił Lockhart.

– Dopiero co wszedłem.

– Nie ma pan prawa tu przebywać. Nie podczas liczenia utargu.

– Nie przemyśleliście tego, prawda? W każdym razie nie do końca.

Lockhart zmarszczył brwi, wietrząc pułapkę.

– To znaczy?

– Powiedział pan, że nie mam prawa tu być. Błędne rozumowanie. Bo jednak jestem, co widać i słychać.

– Może pan wyjść – ostrzegł go Lockhart z teatralną dobitnością. – Albo pana wyrzucę.

– Pan? – Reacher pozwolił sobie na uśmiech.

Lockhart zacisnął pięści.

– Mogę kazać pana wyrzucić.

– Na pewno? A gdzie są pańscy ludzie?

– Ci od wyrzucania? – Lockhart wskazał swojego towarzysza. – Tutaj. Więcej ich nie potrzebuję.

– On? Po pierwsze, on jest tylko jeden. Sam jak palec. Dlatego powinien był pan powiedzieć: „Ten od wyrzucania”. Ale to i tak nie załatwia sprawy, prawda? Bo wyraźnie widać, że gość nie nadaje się do tej roboty. Nie wyrzuciłby mnie, choćbym spał. A nawet gdybym umarł ze starości.

Mówiąc, Reacher obserwował oczy wykidajły. Zauważył, że spaślak zerka na swojego szefa. I że ten leciutko, leciuteńko kiwa głową. Wielkolud wstał. Reacher wiedział, że tylko jeden scenariusz może zapewnić mu wygraną. Facet powinien się na niego rzucić. Od razu, przez biurko. Jeśli zrobiłby to szybko, Reacher nie zdążyłby wstać. Ale nawet gdyby zdążył, spaślak wciąż mógłby wykorzystać swoją najpotężniejszą broń. Wagę. Bo ważył co najmniej czterdzieści pięć kilogramów więcej od niego. Co w połączeniu z prędkością rozpędzonego ciała przełożyłoby się na kolosalny impet. Reacher nie dałby rady stawić mu czoła. Runąłby na podłogę. Przygnieciony przez spaślaka, utknąłby w kącie, nie mogąc użyć pięści, nóg ani łokci. Nie mogąc oddychać. A wtedy tamten musiałby tylko zaczekać. Resztę zrobiłaby za niego fizyka. Po prostu trochę by poleżał, spokojnie czekając, aż Reacher straci przytomność. Łatwiejszego zwycięstwa spaślak nigdy pewnie nie miał.

Ale dokonał złego wyboru. Zamiast rzucić się przez biurko, spróbował je obejść. Powoli, bokiem. Poważny błąd jak na kogoś o takiej budowie ciała. Najwyraźniej zaćmiły go prowokujące słowa Reachera. I zamiast skupić się na wygranej, wyobrażał sobie, jaki spuści mu łomot. Dzięki czemu Reacher zdążył chwycić metalową podkładkę z biurka. Mocno oprzeć jej krawędź o wnętrze obu dłoni. I niczym ostrzem gilotyny, tyle że posuwającym się do góry, uderzyć nią w szyję spaślaka, zadać cios, który zmiażdżył mu krtań i tchawicę. Potem złapał go za twarz, pchnął i wykidajło, dławiąc się i krztusząc, wylądował tam, skąd przyszedł.

– W normalnych okolicznościach nigdy bym tego nie zrobił. – Reacher usiadł. – Przynajmniej nie od razu. Najpierw dałbym mu szansę, pozwoliłbym mu spokojnie odejść. Ale przypomniało mi się, że to on zabrał gitarę temu chłopakowi, dlatego uznałem, że nic z tego.

Lockhart wyjął telefon.

– Trzeba zadzwonić na policję. Szybko!

– Tłuściochowi nic nie będzie – zapewnił go Reacher. – A może będzie, nie wiem. Ale skoro ma na razie problemy z oddychaniem, proponuję wrócić do sprawy kontraktu kapeli, która tu dzisiaj grała. Ile obiecał im pan zapłacić?

– Nic im nie obiecywałem.

Reacher przeciągnął palcami po krawędzi podkładki.

– Chyba jednak tak.

Właściciel baru skoczył w bok, chciał otworzyć szufladę. Śledząc jego ruchy, Reacher wziął poprawkę i cisnął podkładką jak metalowym frisbee. Trafiła w nasadę nosa, zmiażdżyła kość i rzuciła Lockharta z powrotem na krzesło.

– Okazuje się, że to bardzo niebezpieczna zabawka. – Reacher podniósł podkładkę z biurka i opuścił ją na podłogę. – Nie powinien pan się nią bawić. Ale do rzeczy. Kontrakt. Ile im pan obiecał?

– Dwieście dolarów.

– Tak, początkowo. Ale potem zainteresowaliście się ludzkimi palcami. Proszę mi powiedzieć, ile palców ma lewa ręka gitarzysty?

– Pięć. – Lockhart mówił przytłumionym głosem, ponieważ podkładka znacząco zawęziła jego drogi oddechowe.

– W zasadzie cztery. Piąty to kciuk. Ale przyjmuję pańską odpowiedź. Zatem dwieście dolarów pomnożone przez pięć równa się…

– Tysiąc.

– Bardzo dobrze. To wysokość naszego nowego honorarium. Gotówka jest mile widziana.

– Ani mi się śni.

– Widzę tu mnóstwo pieniędzy. Jeśli tak trudno je policzyć, może wezmę wszystko?

– Dobrze. – Lockhart niemal zapiszczał. Wziął dwie kupki banknotów i przesunął je na brzeg biurka.

– Świetnie – rzucił Reacher. – A teraz dodajmy do tego karę za spóźnienie. Pięćset dolarów.

Lockhart łypnął na niego spode łba i do dwóch tamtych dołożył kolejną kupkę.

– Już prawie skończyliśmy. Brakuje tylko odszkodowania za zniszczony sprzęt. Okrągłego tysiąca.

– Za jaki…

– Za gitarę. Pański kumpel zrzucił ją ze schodów. Jeśli pan chce, może pan potrącić tę kwotę z jego poborów, ale mój klient na pewno jej nie wyłoży.

Właściciel baru zerknął na szybko kurczący się zapas gotówki. Reacher niemal widział, jak pracuje jego mózg, jak rachuje, ile zostało mu pieniędzy, jak kalkuluje, czy opłaca mu się pójść na ugodę.

– Dobrze, jeszcze tysiąc. Ale ani centa więcej. I powiedz tym gówniarzom, że jeśli tu wrócą, połamię im nie tylko palce. A nawet jeśli nie przyjdą do mnie, już nigdy nie zagrają w tym mieście.

Reacher pokręcił głową.

– Tak dobrze nam szło i musiał pan wszystko zepsuć. Nie pozwolił mi pan dokończyć. Owszem, załatwiliśmy sprawę honorarium. Ale nie poruszyliśmy kwestii motywacji. To niezmiernie istotne, dlatego proszę uważnie słuchać. Numer mojego telefonu widnieje na głównym ekranie komórki każdego członka reprezentowanego przeze mnie zespołu. Jeśli któremuś coś się stanie, natychmiast tu wrócę. A wtedy połamię panu ręce. Połamię nogi. I powieszę pana bieliznę między stanikami nad barem. Z panem w środku. Czy to jasne?

Lockhart kiwnął głową.

– Znakomicie. Motywacja numer dwa: inne zespoły. Chociaż ich nie reprezentuję, rozpinam parasol ochronny i nad nimi. Grzecznościowo. Niech pan potraktuje to jako mój wkład w rozwój sztuki. Dlatego jeśli usłyszę, że okantował pan jakąś kapelę, zabiorę panu wszystkie pieniądze. I powieszę pana nad barem, tak jak w poprzednim przypadku. Czy wyrażam się jasno?

Lockhart kiwnął głową.

– Doskonale. Aha, gdyby się pan zastanawiał, uprzedzam, że będę przeprowadzał wyrywkowe kontrole. Kiedy gra tu następny zespół?

– Jutro.

– Mam nadzieję, że będzie tak dobry jak ten dzisiejszy. Ale nawet jeśli okaże się kiepski, niech pan pamięta. Trzeba im zapłacić.

2

Rusty Rutherford nie należał do ludzi, którzy mitrężą czas w kawiarni. Codziennie wpadał do tej samej. Zawsze w drodze do pracy. I tylko na porcję kofeiny. Nie szukał rozmowy. Nie interesowało go nowe towarzystwo. Nigdy nie zmieniał ustalonego porządku. Stawał spokojnie w kolejce i rozmyślał nad tym, jakie problemy będzie musiał rozwiązać tego dnia. Potem składał zamówienie. Kiedy było gotowe, natychmiast je odbierał. I wychodził. Czyli uczestniczył w procesie czysto handlowym, a nie społecznym. Okazało się, że nawet po tygodniowej izolacji w mieszkaniu trudno jest zmienić stary nawyk.

Procesu adaptacyjnego nie ułatwiała reakcja innych klientów. Zazwyczaj reagowali dość neutralnie. Nie cieszyli się na widok Rusty’ego. Ale też przed nim nie uciekali. Nie okazywali zaciekawienia. Ale niechęci też nie. Tak więc jeśli chodziło o jego wpływ na interakcje towarzyskie, to równie dobrze mógłby być manekinem sklepowym. W ten poniedziałek czuł się jednak jak magnes z poprzestawianymi biegunami. Wszystkich odpychał. Otaczający go ludzie cofali się, żeby stanąć od niego dalej niż zwykle. Kiedy udawało mu się nawiązać z kimś kontakt wzrokowy, co zdarzało się niezwykle rzadko, ten – czy ta – odwracał się, zanim Rusty zdążył rozpocząć rozmowę. Dotarł do lady, nie zamieniwszy z nikim ani słowa. Ale widział, jak dziewczyna nalewająca kawę traktuje dwóch stojących przed nim klientów. Uśmiechała się do nich. Spytała, czy podać to co zwykle. Do niego się nie uśmiechnęła. W ogóle się nie odezwała.

– To co zwykle – rzucił.

– Czyli co? – spytała.

Ktoś stojący za nim parsknął szyderczym śmiechem. Rusty chciał uciec. Ale nie, przyszedł tu dla zasady. Przyszedł tu walczyć o swoje prawa. Głupie drwiny go nie złamią.

– Mieszanka firmowa. Średnia, do pełna.

– Równo dwa dolary. – Dziewczyna odwróciła się, wzięła plastikowy kubek i postawiła go z trzaskiem na ladzie.

– Nie. – Rusty pokręcił głową. – Wypiję na miejscu.

Posłała mu spojrzenie z cyklu: „Naprawdę? Wolałabym nie”.

– Ach, tak – powiedziała. – Zapomniałam. Stracił pan pracę i nie ma pan dokąd pójść. – Wrzuciła kubek do kosza na śmieci, wyjęła filiżankę, nalała, ochlapując talerzyk, po czym przesunęła ją w jego stronę, rozlewając jeszcze więcej kawy.

• • •

Dokładnie wtedy, kiedy Rusty wchodził do kawiarni, zadzwonił telefon. W domu stojącym niecałe dwa kilometry za miastem. W pokoju, w którym siedziały dwie osoby. Mężczyzna i kobieta. Kobieta natychmiast rozpoznała charakterystyczny sygnał. Wiedziała, co oznacza. Szef będzie chciał zostać sam, dlatego wstała, nie czekając na polecenie. Zamknęła notes. Schowała go do kieszeni w fartuszku. I wyszła.

Mężczyzna sprawdził, czy ikonka bezpieczeństwa na ekranie komórki świeci się na zielono, po czym nacisnął przycisk.

– Speranski – rzucił.

Oczywiście nie było to jego prawdziwe nazwisko, lecz równie dobrze mogłoby być. W sprawach zawodowych używał go od ponad pięćdziesięciu lat.

Ktoś na drugim końcu linii powiedział tylko jedno słowo.

– Kontakt.

Speranski zamknął oczy i przeczesał palcami bujne siwe włosy. Nareszcie. Zrealizował tyle planów. Przeprowadził tyle operacji. Przetrwał tyle kryzysów. Ale nigdy dotąd nie grał o tak wysoką stawkę.

Wysoką dla niego. I dla jedynego człowieka w świecie, na którym mu zależało.

• • •

Dokładnie wtedy, kiedy Speranski odbierał telefon, Jack Reacher wsiadał do samochodu. Po tym, jak ku swojemu zadowoleniu – i ekstremalnemu dyskomfortowi właściciela lokalu – udało mu się rozwiązać dręczący go problem fizyczno-biologiczny, ruszył z powrotem na dworzec, aby zgodnie ze swoją starą zasadą wsiąść do pierwszego odjeżdżającego autobusu, niezależnie od tego, dokąd będzie jechał. Pokonał już kawałek drogi, lecz słysząc warkot nadjeżdżającego z tyłu samochodu, na wszelki wypadek uniósł kciuk i zaskoczony, stwierdził, że auto się zatrzymało. Było nowiutkie, błyszczące i nijakie. Z wypożyczalni. Prawdopodobnie odebrane na lotnisku. Za kierownicą siedział schludnie wyglądający dwudziestokilkulatek. Miał na sobie ciemny garnitur, a jego szybki oddech i bladość twarzy sugerowały, że grozi mu atak niekontrolowanej paniki. Biznesmen, pomyślał Reacher. Na pierwszym samodzielnym wyjeździe. Przerażony, że może coś zepsuć. Dlatego psujący wszystko, czego tylko dotknął.

– Przepraszam… – Z jego głosu biło jeszcze większe zdenerwowanie niż z twarzy. – Wie pan może, jak dojechać do międzystanowej czterdziestki? Jest gdzieś na zachód stąd. – Wskazał ekran GPS-u na desce rozdzielczej. – To cholerstwo mnie nienawidzi. Ciągle każe mi skręcać w nieistniejące ulice.

– Wiem, oczywiście – odparł Reacher. – Ale trudno to wytłumaczyć. Łatwiej będzie, jeśli panu pokażę.

Mężczyzna zawahał się i zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, jakby dopiero teraz zauważył, jakiego Reacher jest wzrostu. Jakby dopiero teraz zobaczył jego szeroką pierś. Potargane włosy. Szczeciniasty zarost. Pajęczynę blizn wokół kłykci olbrzymich rąk.

– Chyba że woli pan dalej krążyć bez celu – dodał Reacher z zatroskaną miną.

Mężczyzna przełknął ślinę.

– Dokąd pan jedzie?

– Gdziekolwiek. Mogę zacząć od międzystanowej czterdziestki, to miejsce równie dobre jak każde inne.

– W porządku – zdecydował tamten. – Podrzucę tam pana. Ale jadę niewiele dalej. Wątpię, czy chciałby pan tam trafić.

– Niewiele dalej, czyli?

– Nie wiem, sto dziesięć, może sto dwadzieścia kilometrów. Do miasteczka w pobliżu Pleasantville. Porywająca nazwa, prawda?

– Jest tam kawiarnia?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Prawdopodobnie. Ale nie daję za to głowy. Nigdy tam nie byłem.

– „Prawdopodobnie” wystarczy – zdecydował Reacher. – Jedźmy.

• • •

Rutherford wziął filiżankę i zdał sobie sprawę, że stoi przed kolejnym dylematem. Gdzie usiąść? Dotąd nie miał z tym problemu, bo po prostu zawsze wychodził. No i nigdy przedtem nie sondowały go dziesiątki gniewnych oczu, kiedy szukał rozwiązania problemu. Miał ochotę przycupnąć pod ścianą na końcu sali, ale dzielnie zwalczył tę pokusę. Oczywiście pod ścianą czułby się mniej nieswojo, lecz nie po to tu przyszedł. Ponieważ pod oknem też nie chciał usiąść – na tak demonstracyjne wystawianie się na widok publiczny nie był jeszcze gotowy – wybrał mały, kwadratowy stolik na środku sali. Stały przy nim dwa czerwone winylowe krzesła, a niemal każdy centymetr kwadratowy blatu pokrywały jakieś bazgroły. Niewątpliwie autorstwa poprzednich klientów. Słowa piosenek. Wiersze. Podnoszące na duchu powiedzenia. Popatrzył na nie i nie znalazłszy ani jednego, które by go w jakiś sposób poruszyło, zmusił się do podniesienia głowy. Spróbował nawiązać kontakt wzrokowy z ludźmi siedzącymi przy sąsiednich stolikach. I nie zdołał. Nie licząc malucha, którego rodzice wstali i wyszli, widząc, co się dzieje. Rusty pił kawę malutkimi łykami. Żeby wystarczyło jej co najmniej na godzinę. W końcu opróżnił całą filiżankę, aż do fusów. I wciąż nie udawało mu się wejść w interakcję dosłownie z nikim, oprócz dziewczyny za ladą, która korzystała z każdej okazji, żeby posłać mu wrogie spojrzenie. Poprosił o dolewkę i zmienił stolik. Ale przy tym też mu się nie poszczęściło. Po kolejnych czterdziestu minutach dziewczyna, ta od kawy, podeszła do niego i oświadczyła, że albo zamówi coś do jedzenia, albo ma wyjść.

– Nic nie zamówię – odparł. – I wyjdę. Ale jutro wrócę. Jutro i pojutrze. Będę wracał codziennie, aż wszyscy uwierzą, że jestem niewinny.

Dziewczyna spojrzała na niego obojętnie i odeszła.

Wtedy Rusty wstał.

– Posłuchajcie… – zaczął.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

– Posłuchajcie! – Podniósł głos. – Wiem, że w mieście jest totalny syf. Dobrze to rozumiem. Ale porobiło się tak nie z mojej winy. Przeciwnie, próbowałem to powstrzymać. Ja, jako jedyny!

Wciąż nikt nie zwracał na niego uwagi.

Dziewczyna wychyliła się zza lady z plastikowym kubkiem kawy w ręce.

– Niech pan to weźmie i wyjdzie – powiedziała. – Nikt panu nie wierzy. I nie uwierzy.

• • •

Dokładnie wtedy, kiedy Rusty Rutherford wychodził z kawiarni, Jack Reacher dojeżdżał do miasta. Wydostali się z Nashville bez najmniejszego problemu. Reacher nawigował, kierując się instynktem i punktami orientacyjnymi, które pamiętał z sobotniej jazdy autobusem, dzięki czemu ani razu się nie zgubili. W każdym razie nie do tego stopnia, żeby kierowca to zauważył. Za miastem Reacher poprosił go o nastawienie radia na lokalny kanał bluesowy, odchylił oparcie i zamknął oczy. Muzyka była nawet niezła, mimo to facet nie chciał przestać gadać. O Nowym Jorku. O firmie ubezpieczeniowej, w której pracował. O tym, że jest to jego pierwsza sprawa po awansie na „negocjatora”. Że rano przyleciał do Nashville, gdzie firma ma swoje przedstawicielstwo. Że zgubił się w drodze do jakiegoś miasta, które miało jakiś problem, i że on ten problem ma rozwiązać. Coś z komputerami. I rządami obcych państw. O kluczach, portalach i rzeczach, które Reachera w ogóle nie interesowały. Słowa „negocjatora” omywały go i usypiały, aż zapadł w miłą drzemkę i otworzył oczy dopiero wtedy, kiedy auto zwolniło i skręcili na autostradę. Kilkaset metrów na południe za wielopoziomowym skrzyżowaniem w kształcie czterolistnej koniczynki ciągnął się długi rząd restauracji, barów drive-thru, salonów samochodowych i hoteli sieciowych. Potem teren się otwierał. Tam gdzie był płaski i rozciągnięty, Reacher widział zamaszyste, nieregularne kontury pól, a w miejscach, gdzie się wznosił, rosły kępami wysokie, dojrzałe drzewa. Po dziesięciu minutach jazdy znowu skręcili na zachód, w drogę bardziej stromą i krętą, którą po kolejnych kilkudziesięciu minutach dotarli do przedmieść miasta. Kierowca jechał, dopóki nie znaleźli czegoś, co wyglądało na główną ulicę, wtedy się zatrzymał.

Reacher wysiadł i omiótł spojrzeniem okolicę. Nie budziła zastrzeżeń. Sądząc po zabudowie, w latach pięćdziesiątych pochodzący z dziewiętnastego wieku trzon miasta otrzymał zastrzyk gotówki. Zburzono kilka starych budynków. W ich miejsce postawiono kilka nowych, które też zdążyły się już zestarzeć. Lecz ogólny plan miasta nie uległ zmianie. Klasyczna siatka. Na tyle zwarta, że wymagała świateł ulicznych tylko na jednym skrzyżowaniu. Które akurat nie działały, co wywoływało konsternację wśród kierowców. Ale cała reszta była w porządku i Reacher doszedł do wniosku, że miasto nadaje się na krótki postój. Góra półgodzinny. Nie łączyli go z tym miejscem przodkowie. Miasto nie miało intrygującej nazwy. Ani znaczenia militarnego. Nie było tam żadnych ciekawych budynków czy szyldów. Niczego, co wiązałoby je z herosami bluesa. Nie miał powodu tu zostawać. A jeśli już, to tylko na kawę. Priorytety to priorytety.

Stał pół przecznicy od skrzyżowania z zepsutymi światłami w zachodniej części głównej ulicy. Naprzeciwko, po przekątnej, zobaczył kawiarnię. Być może były tam i inne, lecz nie widział potrzeby, żeby to sprawdzać. Nie należał do ludzi wybrednych. Dlatego korzystając z panującego na jezdni chaosu, ruszył przed siebie.

On szedł w stronę kawiarni, a Rusty Rutherford właśnie z niej wychodził. Reacher nie zwrócił na niego uwagi, przynajmniej początkowo. Rusty był ot, zwykłym przechodniem, nierzucającym się w oczy drobnym człowieczkiem, który z kubkiem kawy w ręce idzie załatwiać swoje sprawy. Jakiekolwiek były. Ale już chwilę później zainteresowanie Reachera gwałtownie wzrosło. Poczuł na karku znajomy chłód. Sygnał prastarego systemu ostrzegawczego połączonego na stałe z tylną częścią mózgu. Który instynktownie zdiagnozował sytuację. Rozgryzł schemat ruchów. Dostrzegł krążące wokół drapieżniki. Łowców podchodzących zdobycz. Dwóch mężczyzn i kobietę. Szeroko rozstawionych. Na starannie wybranych pozycjach. Skoordynowanych. Gotowych zamknąć pułapkę.

Troje na jednego. Reacher bywał już w gorszych opresjach. Rzecz w tym, że to nie na niego tamci polowali. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

Mężczyźni obstawiali przecznicę. Jeden, na jej zachodnim końcu, udawał, że ogląda wystawę w oknie sklepu tuż przed skrzyżowaniem z zepsutymi światłami. Drugi, na końcu wschodnim, w miejscu, gdzie przecznica krzyżowała się z boczną uliczką, udawał, że robi coś z telefonem. Dzieliło ich około czterdziestu metrów. Kobieta stała po drugiej stronie uliczki, trzy metry w głąb następnej przecznicy. Na północ od chodnika ciągnął się zwarty rząd budynków. Na południe – ulica. Mnóstwo sklepów, w których można by się schronić. Asfaltowa jezdnia, którą można by przeciąć, gdyby pozwolił na to ruch.

Rutherford zmierzał na wschód. Nie spieszył się. Ale i nie wlókł. Po prostu szedł przed siebie, pogrążony w swoim własnym świecie. Nie idzie bez celu, pomyślał Reacher. Jest czymś pochłonięty. Zna tę trasę. Zna otoczenie. Nie zwraca na nic uwagi. Nie zerka na drzwi sklepów. Nie patrzy na jezdnię.

Mężczyzna z zachodniego końca przecznicy miał metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Krótko ostrzyżony, w czarnym podkoszulku i bojówkach, w uchu miał słuchawkę, jedną z tych, jakich używają biznesmeni. Ten z końca wschodniego był podobnego wzrostu. Miał podobnie ostrzyżone włosy. I podobną słuchawkę w uchu. Kobieta po drugiej stronie bocznej uliczki, choć też ubrana na czarno, była w lepiej dopasowanym stroju. No i nie miała krótko ostrzyżonych włosów. Były długie, rude i zebrane w kucyk.

Ten z zachodniego końca przecznicy oderwał się od okna wystawowego i ruszył przed siebie. Na wschód. Niecałe pięć metrów za Rutherfordem. Poruszał się swobodnie, lecz energicznie. Musiał skracać krok, żeby nie wyprzedzić celu. Idąca przed nimi kobieta przystanęła na skraju chodnika, żeby zająć się dzieckiem w wózku. Nieco dalej rozmawiała jakaś para. Kobieta i mężczyzna w dresach. Zwyczajni przechodnie. Niemający nic wspólnego z tamtymi. Nieświadomi tego, co się dzieje.

Odległość dzieląca łowców zmniejszyła się do trzydziestu metrów.

Ten ze wschodniego końca przecznicy dotknął słuchawki. Chwilę później w uliczce pojawił się samochód. Musiał czekać ukryty w głębokim cieniu. Nierzucający się w oczy sedan. Toyota. Granatowa. Bardziej było ją widać, niż słychać. Hybryda w pełnym trybie elektrycznym, pomyślał Reacher. Mądry wybór. Szkoda, że Sto Dziesiąta takich nie miała.

Odległość skurczyła się do dwudziestu pięciu metrów. Reacher wszedł na chodnik.

Rutherford dochodził już do kobiety z wózkiem. Ta wyprostowała się na jego widok. Dziecko rzuciło misia na ziemię. Rutherford schylił się, żeby go podnieść. Może jednak coś zauważył, może wiedział, co się święci. Był to doskonały manewr, okazja, żeby zerknąć za siebie i zlustrować wzrokiem chodnik. Może wyczuł, że ktoś go śledzi. Ale nie, optymizm Reachera szybko wyparował. Rutherford patrzył tylko na dziecko. Podał mu zabawkę. Kobieta wyrwała mu ją z ręki i rozwścieczona, przeszyła go spojrzeniem. Rutherford poszedł dalej.

Odległość zmniejszyła się do osiemnastu metrów. Reacher skręcił na wschód. Dziewięć, dziesięć metrów za mężczyzną z zachodniego końca przecznicy.

Kobieta i mężczyzna w dresach odsunęli się od ściany. Sztywno. Zmieniła się ich mowa ciała. Coś musiało zepsuć im rozmowę. Mężczyzna wystawił ramię i zrobił krok w stronę Rutherforda. Potrącił go, rozlał kawę. Jego partnerka natychmiast zainterweniowała. Nachmurzona, chwyciła go za rękę i odciągnęła, kręcąc głową.

– Hej! – zaprotestował Rutherford. Nie doczekał się odpowiedzi.

Odwróć się, pomyślał Reacher. Olej go. Zauważ wreszcie faceta, który za tobą idzie.

Rutherford się nie odwrócił. Szedł dalej.

Odległość zmalała do dwunastu metrów. A między Reacherem i tym z zachodniego końca przecznicy – do sześciu.

Było oczywiste, co się zaraz stanie. Reacher widział to tak wyraźnie, jakby pilot akrobata wypisał dymem na niebie cały scenariusz rozgrywki. Toyota podjedzie trochę do przodu, tak aby jej tylne drzwi zrównały się z Rutherfordem. Gość ze wschodniego końca przecznicy je otworzy. Gość z końca zachodniego wepchnie Rutherforda do samochodu i wskoczy za nim. Kobieta wsiądzie z drugiej strony. Ten ze wschodniego końca przecznicy zajmie miejsce pasażera i odjadą. Jeśli nie zawalą, cała operacja potrwa niecałe pięć sekund. Przebiegnie cicho i spokojnie. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, bez zamieszania i problemów.

Sześć metrów. Trzy między Reacherem i mężczyzną z zachodniego końca przecznicy. Czas decyzji.

Teraz było czterech na jednego. Może nawet pięciu czy sześciu, jeśli napastnicy mieli wsparcie w postaci drugiego samochodu. Reacher bywał w gorszych opałach. Sęk w tym, że tamci nie polowali na niego.

Jak na zawołanie toyota podjechała bliżej. Rutherford przystanął, jakby nic się nie stało. Zwyczajna rzecz, niecierpliwy kierowca skrócił sobie drogę przez boczną uliczkę. Rutherford pociągnął łyk kawy, czekając, aż auto odjedzie. Mężczyzna ze wschodniego końca przecznicy otworzył i przytrzymał tylne drzwi. Ten z zachodniego przyspieszył. Wydłużył krok. Lewą rękę położył Rutherfordowi na głowie. Prawą złapał go za łokieć. Zaczął popychać go w stronę otwartych drzwi. Ale robił to za wolno. I wepchnął do samochodu tylko powietrze.

Odległość zmalała do zera. Reacher zrównał się z nim z lewej strony. Chwycił Rutherforda za kołnierz. Prawą rękę, niczym żelazną sztabę, przełożył przez pierś tego z zachodniego końca przecznicy. Obrócił się na pięcie w prawo. Pociągnął Rutherforda do tyłu i w bok. I przytrzymał go poza zasięgiem napastników.

– Zachowajmy trochę kultury – powiedział. – Pokażcie legitymacje albo wsiadajcie i zmiatajcie.

– Puść go – warknął ten z zachodniego końca przecznicy.

– Jeśli macie uzasadniony powód do zatrzymania, musicie też mieć służbowe legitymacje. Jeśli tak, to je okażcie. Jeśli nie, spadajcie. To wasza ostatnia szansa.

– Kim ty, do diabła, jesteś?

– Zważywszy na sytuację, powinny was raczej interesować kwestie bezpośrednio z nią związane.

– Kim jesteś?

– Dałem wam konkretny wybór – odparł Reacher. – Ale nie wspomniałem o zadawaniu nieistotnych pytań.

– Puść go. – Ten z zachodniego końca przecznicy wyciągnął rękę. Chciał go obejść i chwycić Rutherforda. Reacher uderzył go w skroń. Mężczyzna odbił się od ściany i runął na chodnik jak marionetka z przeciętymi sznurkami.

Reacher spojrzał na tego drugiego.

– Ostatnia szansa. Pozbieraj śmieci i zjeżdżaj. Ale możesz tego nie robić, tylko że wtedy skończysz jak on. Wybieraj. Mnie jest wszystko jedno.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Opuszczała się szyba toyoty. Siedząca za kierownicą kobieta podnosiła rękę. Patrząc prosto na niego. Miała broń? Nie zamierzał tego sprawdzać. Puścił Rutherforda i obrócił drugiego napastnika w stronę samochodu. Złapał go za kołnierz i pasek. I głową naprzód wpakował w otwarte okno. Wbił go mocno i szczelnie, tak że mężczyzna utknął tam jak korek, z unieruchomionymi rękami i bezradnie wierzgającymi nogami.

Reacher cofnął się, żeby ich uniknąć, i zerknął przez ramię na Rutherforda, który nie uciekł, bo nogi wrosły mu w ziemię. Nagle Reacher wyczuł, że pędzi na nich coś ciężkiego. Odepchnął Rutherforda i ułamek sekundy później na chodnik wpadł ogromny czarny SUV, chevrolet suburban, który zatrzymał się dokładnie w miejscu, gdzie przed chwilą stał Reacher. Otworzyły się drzwi i wysiadł kierowca, mężczyzna niższy od tamtych i bardziej żylasty. Od strony pasażera wysiadł drugi. Dołączył do kumpla i stanęli obok siebie w dziwnej pozycji, która miała pewnie uchodzić za postawę ze wschodnich sztuk walki. Ale po chwili się odprężyli. Podeszli bliżej. Dobrze się razem czuli. Najwyraźniej robili to nie pierwszy raz.

– Proszę odejść – zaczął kierowca. – To nie pana sprawa. Ten człowiek pójdzie z nami.

Reacher pokręcił głową.

– Odpada. Nigdzie nie pójdzie. A jeśli już, to na pewno nie z wami. Pytanie tylko, czy wy też odejdziecie. Bo może macie nieodpartą ochotę poleżeć z kumplami w szpitalu?

Kierowca nie odpowiedział i Reacher usłyszał chrobot po drugiej stronie chevroleta. Gość, którym zakorkował okno, zdołał się wreszcie uwolnić i wraz z rudowłosą kobietą z bocznej uliczki próbował wsadzić do samochodu swojego wciąż nieprzytomnego towarzysza. Utworzył się krąg gapiów, najpierw na chodniku, potem na jezdni. Reacherowi przypomnieli się gapie zbierający się na boisku pierwszego dnia każdej nowej szkoły, do której uczęszczał jako młody chłopak. On i jego brat, Joe. Plecami do siebie. Żeby łatwiej dać odpór pozostałym. Spojrzał na Rutherforda, który nie próbował uciekać. Zawsze to coś. Reacher wiedział jednak, że jeśli tłum stanie się agresywny, zostanie sam.

Ci dwaj z chevroleta wymienili spojrzenia. Zastanawiali się nad kolejnym ruchem. Ukradkowość poszła się bujać i musieli teraz wybierać między frontalnym atakiem i taktycznym odwrotem. Nie podobało im się chyba ani jedno, ani drugie. Zawyła syrena. Gapie się rozpierzchli. Kierowca wcisnął gaz do dechy i toyota odjechała. Dwóch żylastych też wskoczyło do samochodu. Chevrolet gwałtownie wycofał i otarłszy się o róg zderzaka najbliższego radiowozu, zniknął w oddali. Rutherford stał jak sparaliżowany z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi ustami.

Radiowozy zatrzymały się przy krawężniku. Obydwa. Wyłączyły syreny i „koguty”. Wysiadło czterech policjantów. Trzech natychmiast wbiegło na chodnik. Jeden został, aby obejrzeć uszkodzony zderzak. Wszyscy mieli w rękach broń, choć w nikogo nie mierzyli. Wiedzieli, że wystarczy im sama przewaga liczebna, nie chcieli ryzykować. Bardzo sensowne podejście.

– Gleba! – rzucił dowodzący akcją. – Twarzą do ziemi!

– Chcecie nas aresztować? – spytał Reacher.

– A czego się spodziewałeś? Lizaka? Na ziemię!

Reacher nie drgnął z miejsca.

Dowodzący podszedł bliżej.

– Na ziemię. Ale już!

Wszyscy policjanci na świecie są tacy sami. Kiedy już zajmą jakieś stanowisko, nigdy w życiu się nie wycofają. Każda próba nakłonienia ich do zmiany zdania byłaby stratą czasu. Reacher wiedział to z doświadczenia. Mimo to musiał przestrzegać pewnych standardów.

– Dobrze – zdecydował. – Pozwolimy się aresztować. Za pięć minut i tak wyjdziemy. Ale na ziemię się nie położymy.

3

Tymczasową bazę założyli tydzień wcześniej w motelu trzynaście kilometrów za miastem. Ruch był niewielki, dlatego teoretycznie rzecz biorąc, bez zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi mogliby tam dojechać w dwadzieścia minut. Ale tego popołudnia wybrali znacznie dłuższą trasę.

Ci w chevrolecie pokonali ją jako pierwsi. Mieli łatwiejsze zadanie, ponieważ nie było wśród nich rannych. Najpierw pojechali szesnaście kilometrów na północ od miasta. Uciekając przed policją, kierowca – miał na imię Wasilij – pędził początkowo na złamanie karku, ale na pasie nieużytków za gęstym zagajnikiem zwolnił do kilku kilometrów ponad dozwoloną prędkość. Miejsce było wystarczająco odosobnione, lecz wiedzieli, że nie mogą tu spalić uszkodzonego wozu. Równie dobrze mogliby wysłać gliniarzom mapkę z dopiskiem: Tu stoi poszukiwany przez was SUV. Poza tym gdyby udało się go wyreperować, chevrolet wciąż byłby cennym narzędziem pracy. Dlatego zabrali się do roboty. Wasilij ustawił samochód tyłem do betonowego słupa na końcu ogrodzenia na skraju drogi i wjechał w słup na wstecznym. Dał do przodu, powtórzył manewr i wysiadł, żeby obejrzeć uszkodzenia. Uznał, że są w sam raz. Głębokie na tyle, aby zamaskować wgniecenie od stłuczki z radiowozem, były jednocześnie nie na tyle duże, aby dać innym policjantom pretekst do interwencji. Zaparkował wóz za drzewami i dokładnie wytarł wnętrze, tymczasem jego partner Anatol zmienił tablice rejestracyjne. Potem przesiedli się do zapasowego pojazdu na ostatni już, dwudziestokilometrowy, odcinek trasy.

Natasza prowadziła toyotę. Najpierw odbiła dziesięć kilometrów na południe. Jechała bardzo powoli. Nie bez powodu. Martwiła się o swoich towarzyszy. Pietia, ten, którego Reacher wepchnął w okno, miał pokiereszowane ramię. Nie wiedziała, czy zranił się, kiedy lądował głową we wnętrzu kabiny, czy kiedy próbował się z niej wydostać. Wtedy milczał, ale teraz bardzo zbladł i pojękiwał, ilekroć wpadali w dziurę czy trafiali na wybój. Ilja nie odzyskał jeszcze przytomności po ciosie Reachera. Bała się, że ma wstrząśnienie mózgu, i nie chciała, żeby mu się pogorszyło. Pragnęła zrobić co w ludzkiej mocy, aby jak najszybciej wrócić do gry. Tego popołudnia ponieśli klęskę – nie sposób było przedstawić tego inaczej. A klęska pociąga za sobą groźbę tego, że kimś ich zastąpią. Im zespół jest bardziej osłabiony, tym groźba jest większa. I właśnie tego chciała za wszelką cenę uniknąć.

Po piętnastu minutach jazdy skręcili na parking przed kiczowatą jadłodajnią udającą amerykański diner. Natasza zmieniła tablice, a Sonia pomogła Pieti przejść do zapasowego wozu. Przeniosły tam również nieprzytomnego Ilję i dokładnie wyczyściły wnętrze toyoty. Potem pojechały do motelu, naokoło: odbiły na zachód i nadłożyły drogi bardziej, niż było to konieczne, co wydłużyło ostatni odcinek trasy o prawie dwadzieścia kilometrów.

Natasza nie spieszyła się ani na ostatnim odcinku, ani na poprzednich. Po części dlatego, że tak ją wyszkolono. Po części dlatego, że czerpała dumę z dobrze wykonanych zadań, tych wcześniejszych. Ale głównie dlatego, że następny etap procedury przyprawiał ją o dreszcz. Raport. Wykonanie telefonu nie stanowiło większego wyzwania. Podobnie jak zreferowanie tego, co się stało. Wiedziała, że kontakt nie będzie jej przerywał. A jeśli będzie miał jakieś pytania, zada je dopiero na końcu rozmowy. Potem odłoży słuchawkę. Wtedy zacznie się czekanie. Na wyrok. Kontynuować? Czy się wycofać? Jeszcze jedna szansa? Czy katastrofa?

Meldunek będzie wędrował w górę łańcucha dowodzenia, aż ktoś podejmie ostateczną decyzję. Kto i gdzie, tego nie wiedziała. Tak skonstruowano ten system. Ze względów bezpieczeństwa. W świecie, w którym teraz żyła, królowała kompartmentalizacja – maksymalne rozczłonkowanie sieci. Podejrzewała, że jej bezpośrednim łącznikiem jest ktoś miejscowy. Ktoś, kto czuwa z uchem przy ziemi. Kto jako pierwszy podnosi alarm. Kto może, choć nie musi, być z nimi bezpośrednio związany. Kto może, lecz nie musi, mieć decydujące słowo. Jego – lub jej – zidentyfikowanie będzie możliwe. Kto wie, czy nie konieczne. Na pewno pożądane. Ale był to problem do rozwiązania w przyszłości. Teraz martwiła się jedynie tym, żeby utrzymać swoich w grze. Swoich, a tym samym siebie.

• • •

Policjant dowodzący akcją obszukał go osobiście. Bardzo dokładnie. I powoli. Zanim dotarł do pasa, Rutherford siedział już w pierwszym radiowozie. Gliniarz próbował pewnie odzyskać trochę autorytetu. Pokazać, że od teraz pracują według jego rozpiski. Reacher stał nieruchomo, pozwalając mu skończyć. Potem policjant odszedł na bok i zadzwonił gdzieś z komórki, a jego kolega zaprowadził Reachera do drugiego radiowozu.