Sto bajek - Jan Brzechwa - ebook + książka

Sto bajek ebook

Jan Brzechwa

5,0

Opis

W tej pięknej skarbnicy najpopularniejszych wierszy Jana Brzechwy dzieci odkryją chrząszcza, który brzmi w trzcinie, kaczkę-dziwaczkę, żurawia i czaplę, srokę, co siedzi na żerdzi, ślimaka, sójkę, która wybierała się za morze, wyspy Bergamuty, gdzie widziano kota w butach, stonogę, suma matematyka, Prota i Filipa, jajko mądrzejsze od kury, kłamczuchę, stryjka, co zamienił siekierkę na kijek, samochwałę, kokoszkę smakoszkę i wiele, wiele innych cudownych utworów, które stanowią bezcenny kanon polskiej poezji dziecięcej. Wiersze Jana Brzechwy żyją od pokoleń w pamięci małych i dużych Polaków, a ich popularność jest tak wielka, że liczne cytaty utrwaliły się w postaci powiedzonek czy aforyzmów i przeszły do języka potocznego, stając się nierozerwalną częścią naszego dziedzictwa narodowego. Ta piękna książka prezentowa – opatrzona pełnymi ciepła i radości ilustracjami, a wydana z edytorską starannością w postaci albumowej – stanie się ulubioną pozycją w biblioteczce każdego dziecka!

Lektura w klasie I

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 90

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0

Popularność




IlustracjeArtur Piątek
Żaden fragment książki nie może być powielany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-66837-88-1
© Copyright by Spadkobiercy Jana Brzechwy
Księgarnia internetowawww.siedmiorog.pl
Wrocław 2021
Konwersja:eLitera s.c.

Wiosenne porządki

Wiosna w kwietniu zbudziła się z rana,

Wyszła wprawdzie troszeczkę zaspana,

Lecz zajrzała we wszystkie zakątki:

– Zaczynamy wiosenne porządki.

Skoczył wietrzyk zamaszyście,

Pookurzał mchy i liście.

Z bocznych dróżek, z polnych ścieżek

Powymiatał brudny śnieżek.

Krasnoludki wiadra niosą,

Myją ziemię ranną rosą.

Chmury, płynąc po błękicie,

Urządziły wielkie mycie,

A obłoki miękką szmatką

Polerują słońce gładko,

Aż się dziwią wszystkie dzieci,

Że tak w niebie ładnie świeci.

Bocian w górę poszybował,

Tęczę barwnie wymalował,

A żurawie i skowronki

Posypały kwieciem łąki,

Posypały klomby, grządki

I skończyły się porządki.

Chrząszcz

W Szczebrzeszynie chrząszcz

brzmi w trzcinie

I Szczebrzeszyn z tego słynie.

Wół go pyta: „Panie chrząszczu,

Po co pan tak brzęczy w gąszczu?”

„Jak to – po co? To jest praca,

Każda praca się opłaca.”

„A cóż za to pan dostaje?”

„Też pytanie! Wszystkie gaje,

Wszystkie trzciny po wsze czasy,

Łąki, pola oraz lasy,

Nawet rzeczki, nawet zdroje,

Wszystko to jest właśnie moje!”

Wół pomyślał: „Znakomicie,

Też rozpocznę takie życie”.

Wrócił do dom i wesoło

Zaczął brzęczeć pod stodołą

Po wolemu, tęgim basem.

A tu Maciek szedł tymczasem.

Jak nie wrzaśnie: „Cóż to znaczy?

Czemu to się wół próżniaczy?!”

„Jak to? Czyż ja nic nie robię?

Przecież właśnie brzęczę sobie!”

„Ja ci tu pobrzęczę, wole,

Dosyć tego! Jazda w pole!”

I dał taką mu robotę,

Że się wół oblewał potem.

Po robocie pobiegł w gąszcze.

„Już ja to na chrząszczu pomszczę!”

Lecz nie zastał chrząszcza w trzcinie,

Bo chrząszcz właśnie brzęczał w Pszczynie.

Pająk i muchy

Pająk na stare lata był ślepy i głuchy,

Nie mogąc tedy złapać ani jednej muchy,

Z anten swej pajęczyny obwieścił orędzie,

Że zmienił się i odtąd much zjadać nie będzie,

Że pragnąłby swe życie wypełnić czymś wzniosłym

I zająć się, jak inni, uczciwym rzemiosłem,

A więc po prostu szewstwem. Zaś na dowód skruchy

Postanowił za darmo obuć wszystkie muchy.

Niech śmiało przybywają i młode, i stare,

A on, szewskim zwyczajem, zdejmie każdej miarę!

Muchy, słysząc o takiej poprawie pająka,

Przyleciały i jęły pchać się do ogonka.

Podstawiają więc nóżki i wesoło brzęczą,

A pająk je okręca swą nitką pajęczą,

Niby mierzy dokładnie, gdzie stopa, gdzie pięta,

A tymczasem wciąż mocniej głupie muchy pęta.

Muchy patrzą i widzą, że wpadły w pułapkę,

Pająk zaś, który dawno miał już na nie chrapkę,

Pogłaskał się po brzuchu i zjadł obiad suty.

Odtąd mówi się u nas: „Uszyć komuś buty”.

Przyjście lata

I cóż powiecie na to,

Że już się zbliża lato?

Kret skrzywił się ponuro:

– Przyjedzie pewno furą.

Jeż się najeżył srodze:

– Raczej na hulajnodze.

Wąż syknął: – Ja nie wierzę.

Przyjedzie na rowerze.

Kos gwizdnął: – Wiem coś o tym –

Przyleci samolotem.

– Skąd znowu – rzekła sroka –

Nie spuszczam z niego oka

I w zeszłym roku, w maju,

Widziałam je w tramwaju.

– Nieprawda! Lato zwykle

Przyjeżdża motocyklem!

– A ja wam to dowiodę,

Że właśnie samochodem.

– Nieprawda, bo w karecie!

– W karecie? Cóż pan plecie?

Oświadczyć mogę krótko:

Przypłynie własną łódką.

A lato przyszło pieszo –

Już łąki nim się cieszą

I stoją całe w kwiatach

Na powitanie lata.

Mucha

Z kąpieli każdy korzysta,

A mucha chciała być czysta.

W niedzielę kąpała się w smole,

A w poniedziałek w rosole,

We wtorek – w czerwonym winie,

A znowu w środę – w czerninie,

A potem w czwartek – w bigosie,

A w piątek – w tatarskim sosie,

W sobotę – w soku z moreli...

Co miała z takich kąpieli?

Co miała? Zmartwienie miała,

Bo z brudu lepi się cała,

A na myśl jej nie przychodzi,

Żeby wykąpać się w wodzie.

Konik polny i boża krówka

Konik polny z bożą krówką

Poszli raz ku Kalatówkom.

Patrzą w górę – a tu góra

Cała szczytem tonie w chmurach.

Konik polny rzekł, pobladłszy:

„Popatrz, góra jak się patrzy!”

Boża krówka aż struchlała:

„Idzie na nas góra cała!”

Co tu robić? Konik polny,

Do decyzji szybkich zdolny,

Rzecze: „Mam ja wyjście proste;

Trzeba jej dorównać wzrostem,

W walce z górą ten coś wskóra,

Kto się stanie sam jak góra!”

Szybko wzięli się do dzieła,

Boża krówka się nadęła,

Rosła, rosła i pęczniała,

Wkrótce miała metr bez mała.

Rósł też dzielnie jej towarzysz

I wciąż pytał: „Ile ważysz?”

Bo im przecież z każdą chwilą

Przybywało po pięć kilo.

Tak więc rośli, rośli, rośli,

Aż wyrośli znad zarośli,

Aż się stali, daję słowo,

Jedno koniem, drugie krową.

Jeż

Idzie jeż, idzie jeż,

Może ciebie pokłuć też!

Pyta wróbel: „Panie jeżu,

Co to pan ma na kołnierzu?”

„Mam ja igły, ostre igły,

Bo mnie wróble nie ostrzygły!”

Idzie jeż, idzie jeż,

Może ciebie pokłuć też!

Zoczył jeża młody szczygieł:

„Po co panu tyle igieł?”

„Mam ja igły, ostre igły,

Żeby kłuć niegrzeczne szczygły!”

Sroka też ma kłopot świeży:

„Po co pan się tak najeżył?”

„Mam ja igły, ostre igły,

Będę z igieł robił widły!”

Wzięła sroka nogi za pas:

„Tyle wideł! Taki zapas!”

W dziesięć chwil już była na wsi:

„Ludzie moi najłaskawsi,

Otwierajcie drzwi sosnowe,

Dostaniecie widły nowe!”

Żółw

Najgłupszy nawet muł wie,

Jak są powolne żółwie.

Żeby żółwiowi dopiec,

Szydził zeń pewien chłopiec:

– Pan chodzi wprost pokracznie.

Niech się pan wprawiać zacznie!

Doprawdy, jak to można?

Istota czworonożna,

A ledwie się telepie!

Już ślimak chodzi lepiej!

Żółw żachnął się w skorupie:

– Też mi gadanie głupie!

Gdyby ci ktoś dla hecy

Władował dom na plecy,

Czy również w tym wypadku

Chodziłbyś szybko, bratku?

To rzekłszy, łypnął okiem

I odszedł żółwim krokiem.

Żuk

Do biedronki przyszedł żuk,

W okieneczko puk-puk-puk.

Panieneczka widzi żuka:

„Czego pan tu u mnie szuka?”

Skoczył żuk jak polny konik,

Z galanterią zdjął melonik

I powiada: „Wstań, biedronko,

Wyjdź, biedronko, przyjdź na słonko.

Wezmę ciebie aż na łączkę

I poproszę o twą rączkę”.

Oburzyła się biedronka:

„Niech pan tutaj się nie błąka,

Niech pan zmiata i nie lata,

I zostawi lepiej mnie,

Bo ja jestem piegowata,

A pan – nie!”

Powiedziała, co wiedziała,

I czym prędzej odleciała,

Poleciała, a wieczorem

Ślub już brała – z muchomorem,

Bo od środka aż po brzegi

Miał wspaniałe, wielkie piegi.

Stąd nauka

Jest dla żuka:

Żuk na żonę

żuka szuka.

Stonoga

Mieszkała stonoga pod Białą,

Bo tak się jej podobało.

Raz przychodzi liścik mały

Do stonogi,

Że proszona jest do Białej

Na pierogi.

Ucieszyło to stonogę,

Więc ruszyła szybko w drogę.

Nim zdążyła dojść do Białej,

Nogi jej się poplątały:

Lewa z prawą, przednia z tylną,

Każdej nodze bardzo pilno,

Szósta zdążyć chce za siódmą,

Ale siódmej iść za trudno,

No, bo przed nią stoi ósma,

Która właśnie jakiś guz ma.

Chciała minąć jedenastą,

Poplątała się z piętnastą,

A ta znów z dwudziestą piątą,

Trzydziesta z dziewięćdziesiątą,

A druga z czterdziestą czwartą,

Choć wcale nie było warto.

Stanęła stonoga wśród drogi,

Rozplątać chce sobie nogi,

A w Białej stygną pierogi!

Rozplątała pierwszą, drugą,

Z trzecią trwało bardzo długo,

Zanim doszła do trzydziestej,

Zapomniała o dwudziestej,

Przy czterdziestej już się krząta,

„No, a gdzie jest pięćdziesiąta?”

Sześćdziesiątą nogę beszta:

„Prędzej, prędzej! A gdzie reszta?”

To wszystko tak długo trwało,

Że przez ten czas całą Białą

Przemalowano na zielono,

A do Zielonej stonogi nie proszono.

Sum

Mieszkał w Wiśle sum wąsaty,

Znakomity matematyk.

Krzyczał więc na całe skrzele:

„Do mnie, młodzi przyjaciele!

W dni powszednie i w niedziele

Na życzenie mnożę, dzielę,

Odejmuję i dodaję,

I pomyłek nie uznaję!”

Każdy mógł więc przyjść do suma

I zapytać: jaka suma?

A sum jeden w całej Wiśle

Odpowiadał na to ściśle.

Znała suma cała rzeka,

Więc raz przybył lin z daleka

I powiada: „Drogi panie,

Ja dla pana mam zadanie,

Jeśli pan tak liczyć umie,

Niech pan powie, panie sumie,

Czy pan zdoła, w swym pojęciu,

Odjąć zero od dziesięciu?”

Sum uśmiechnął się z przekąsem,

Liczy, liczy coś pod wąsem,

Wąs sumiasty jak u suma,

A sum duma, duma, duma.

„To dopiero mam z tym biedę –

Może dziesięć? Może jeden?”

Upłynęły dwie godziny,

Sum z wysiłku jest już siny.

Myśli, myśli: „To dopiero!

Od dziesięciu odjąć zero?

Żebym miał przynajmniej kredę!

Zaraz, zaraz... Wiem już... Jeden!

Nie! Nie jeden. Dziesięć chyba...

Ach, ten lin! To wstrętna ryba!”

A lin szydzi: „Panie sumie,

W sumie pan niewiele umie!”

Sum ze wstydu schnie i chudnie,

Już mu liczyć coraz trudniej,

A tu minął wieczór cały,

Wszystkie ryby się pospały

I nastało znów południe,

A sum chudnie, chudnie, chudnie...

I nim dni minęło kilka,

Stał się chudy niczym kilka.

Więc opuścił wody słodkie

I za żonę pojął szprotkę.

Ryby

Leszcz za wąsy suma szarpie.

„A to śmiałość!” – rzekły karpie.

„Karpie dobre są, lecz w sosie” –

Odezwały się łososie.

„Głupie żarty”– rzekła flądra.

„Patrzcie, flądra jaka mądra,

Skąd u flądry rozum taki” –

Obruszyły się szczupaki.

„Cóż za dziwne obyczaje,

Że okoniem szczupak staje?” –

Mruknął sandacz. Więc sandacza

Zbeształ okoń: „Pan uwłacza

Mnie i całej mej rodzinie,

Niech pan od nas precz odpłynie!”

Rzekły śledzie: „Ryby rzeczne

Są zazwyczaj niedorzeczne”.

„Każda woda im za słodka” –

Przygadała śledziom płotka.

Karaś milczał. Tylko kilka

Jeszcze słów rzuciła kilka,

A sardynki z tej rozmowy

Potraciły całkiem głowy.

Śledzie po obiedzie

Bardzo w kuchni gniewały się śledzie,

Że nikt nie chce ich jeść po obiedzie,

Tak jak gdyby istniały powody,

Wyżej cenić owoce lub lody.

Przed obiadem dobry jest śledź,

A po obiedzie – cicho siedź!

Kucharzowi zrobiło się przykro:

Taki śledzik, czy z mleczkiem, czy z ikrą,

Przed obiadem to przysmak nie lada,

Lecz na deser się śledzi nie jada.

Przed obiadem dobry jest śledź,

A po obiedzie – cicho siedź!

Na to śledzie: „To pan niech się biedzi,

Niech ukręci pan lody ze śledzi,

Bo nie w smak nam są takie zwyczaje,

Że się śledzi na deser nie daje.

Przed obiadem dobry jest śledź,

A po obiedzie – cicho siedź?”

Kucharz słuchał milczący i blady,

Tegoż dnia jeszcze odszedł z posady,

Nawet nie chciał zgotować kolacji,

Bo, doprawdy, czyż śledź nie ma racji?

Przed obiadem dobry jest śledź,

A po obiedzie – cicho siedź!

Śledź i dorsz

Raz się kiedyś zdarzyło, że w pobliżu Helu

Przepływały dorsze dwa.

Jeden z nich rzekł: „Przyjacielu,

Nasza przyjaźń serdeczna tyle lat już trwa,

Lecz żeby kogo poznać w doli i w niedoli,

Trzeba z nim zjeść beczkę soli”.

Usłyszał te słowa śledź,

Więc do śledzia-sąsiada

Powiada:

„Przyjaciela chciałbym mieć,

Chyba panu nie uchybia,

Proszę pana, przyjaźń rybia?”