Starsza pani znika - Ethel Lina White - ebook

Starsza pani znika ebook

Ethel Lina White

3,4

Opis

 

Podczas podróży pociągiem do Anglii z wakacji w górach bliżej nieokreślonego państwa na Bałkanach znika pasażerka.

 

Iris Carr, młoda, atrakcyjna kobieta z towarzystwa mieszka w małym hoteliku gdzieś z dalekim zakątku Europy. Chodzi po górach i zażywa świeżego powietrza. Pewnego dnia  paczka jej przyjaciół po zakończeniu wakacji wyjeżdża pociągiem do Triestu, Iris decyduje się pójść w ich ślady. W pociągu trafia do przedziału, w którym jedzie tylko jedna osoba mówiąca po angielsku - panna Winifred Froy. Zwierza się ona Iris, że ostatnio uczyła dzieci jakiegoś „przywódcy opozycji”, co jak się okazuje było jakąś frakcją komunistów. Iris udaje się z panną Froy do wagonu restauracyjnego na lunch i po powrocie zażywa tabletki na ból głowy, które dostaje od panny Froy. Po ocknięciu się stwierdza, że panna Froy znikła z przedziału. Wszyscy współpasażerowie przeczą jakoby kiedykolwiek widzieli pannę Froy…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ROZDZIAŁ I

BEZ ŻALU

W przededniu katastrofy Iris Carr po raz pierwszy przeczuła niebezpieczeństwo. Przywykła do chroniącego ją „tłumu”, jak to określała, któremu – w swej nieświadomości – pochlebiała, nazywając go „paczką przyjaciół”. Tę atrakcyjną, niezależną finansowo sierotę zawsze otaczali ludzie. Oni za nią myśleli – czy też może ona raczej akceptowała ich opinie, odzywali się w jej imieniu, ponieważ miała nieco za słaby głos, aby móc nawiązywać szersze stosunki towarzyskie.

Ich stała obecność stwarzała wrażenie, iż porusza się w dużym kręgu osób, mimo że w istocie z cykliczną regularnością ciągle pojawiały się te same twarze. Ale ta paczka uświadomiła jej też, czym jest popularność. W piśmie ilustrowanym pojawiła się fotografia Iris, chociaż była to tylko reklamowa oferta zamieszczona podczas ogłaszania jej zaręczyn z jednym z mężczyzn z paczki.

Ale to już była Sława.

Wkrótce zaręczyny zostały zerwane za obopólnym porozumieniem – co też okazało się znakomitą okazją do zamieszczenia kolejnego zdjęcia. Jeszcze więcej Sławy. Matka Iris, która zmarła przy porodzie córki, teraz mogłaby tylko płakać albo śmiać się z tych żałosnych przebłysków próżności rodzących się gdzieś w czarnych głębinach i pojawiających się na powierzchni niczym bańki gazującego bagna.

Kiedy po raz pierwszy doświadczyła uczucia niepewności i wręcz zagrożenia, Iris była w szczególnie dobrym nastroju po niekonwencjonalnym urlopie zdrowotnym. Paczka jej przyjaciół, z triumfem bliskim pionierom-odkrywcom, zjechała do przepięknej wsi ukrytej gdzieś na peryferiach Europy, którą zdobiła malownicza bieda. Tu wzięła ją w swe posiadanie, wpisując nazwiska do księgi gości.

Prawie miesiąc okupowali jedyny hotel ku zachwytowi miejscowego oberżysty i jego personelu. Łazili po górach, pływali w jeziorze, opalali się na każdym dostępnym stoku. A kiedy pozostawali na miejscu, tłoczyli się w barze, wrzeszczeli, zagłuszając dźwięki radia, i rozdawali sute napiwki za każdą nawet najdrobniejszą usługę. Właściciel promieniał uśmiechem nad dławiącą się od gotówki kasą, a rozradowani kelnerzy traktowali ich z wyszukaną grzecznością, co doprowadzało do szału innych angielskich gości.

Wśród tych sześciu osób Iris była raczej mało towarzyska – próżna, samolubna i zupełnie dla nich bezużyteczna. Cała szóstka oczywiście nie zastanawiała się nad czymkolwiek, co ujawniało jej zalety – na przykład wspaniałomyślne akceptowanie rachunków po zjedzeniu lunchu z całą paczką, a także współczucie dla pewnych trudnych spraw, które dotąd przed nią ukrywano.

Chociaż ledwo doświadczała ulotnych chwil niezadowolenia z samej siebie, w pełni uświadamiała sobie absolutną pogardę trzymającą ją z dala od jakichkolwiek skłonności do Saturnaliów1. Owszem, podczas tego urlopu zdarzało jej się słyszeć fleciki bożka Pana, lecz nie miała ani doświadczenia, ani chęci kopnięcia go w owłosioną tylną część ciała.

Wkrótce złagodniały konwenanse i obyczaje jej paczki rozluźniły się. Jej członkowie nabrali wigoru, dużo pili, ich twarze zarumieniły się, stali się radośniejsi, a ich poczucie wierności małżeńskiej przyjemnie się zatarło. Krótko mówiąc, otoczenie w postaci takiej mieszaniny młodych małżeństw było dla Iris dużym szokiem, szczególnie wtedy, gdy jedna z kobiet, Olga – nagle pobudzona spóźnionym poczuciem utraty własności – oskarżyła ją o kradzież męża.

Iris poczuła się obrażona w swym poczuciu uczciwości i niewinności. Był to bowiem jedynie zaniedbany mężczyzna, który zrobił na niej wrażenie sponiewieranej i wymęczonej jednostki z gatunku domowego popychadła. Nie było jej winą, że stracił dla niej głowę.

Co gorsza, w czasie kryzysu zakończonego bardzo nieprzyjemną sceną Iris nie dostrzegła żadnych oznak prawdziwej lojalności wśród przyjaciół, których wyraźnie bawiła cała ta sytuacja.

Dlatego, żeby rozładować napięcie, miała zamiar nie wracać razem z nimi do Anglii, tylko zostać w hotelu sama jeszcze przez jakiś czas.

Następnego dnia, ciągle jeszcze czując się obolała na duszy, towarzyszyła paczce swych „przyjaciół”, odprowadzając ich na prymitywną stację kolejową. Tam, gotowi już do powrotu do świata cywilizowanego, znowu mieli na sobie modne garnitury i z grubsza udało im się połączyć w legalne pary, co przede wszystkim wynikało oczywiście z konieczności identyfikacji walizek i rezerwacji miejsc.

Pociąg jechał do Triestu, miasta wyraźnie zaznaczonego na mapie. Był przepełniony turystami, którzy wracali do normalnych ulic z chodnikami i ulicznymi latarniami.

Zapominając już o górskich zboczach i świetle gwiazd, paczka przyjaciół wchłaniała w siebie panujący tu hałas i zgiełk. Wydawało się, że odzyskali dawne poczucie lojalności, skupiając się wokół Iris.

– Czy na pewno nie będziesz się tu nudzić, kochanie?

– Zmień zdanie i wskakuj z nami.

– Zabierzemy cię ze sobą!

Rozległ się gwizdek. Próbowali ją wciągnąć do wagonu – tak jak stała, w szortach, butach podbitych ćwiekami i z opalenizną na nieupudrowanej twarzy. Walczyła o wolność jak boksujący kangur i w końcu udało jej się, gdy peron zaczął się wolno przesuwać pod oknami. Chichocząc i ciężko dysząc, stała i machała ręką za oddalającym się pociągiem, aż w końcu zniknął za zakrętem.

Czuła się niemal winna, ale równocześnie z prawdziwą ulgą przyjęła rozstanie z przyjaciółmi. Chociaż cały urlop uznała za udany, najweselsze fragmenty zawdzięcza źródłom pierwotnym – słońcu, wodzie i górskiemu wietrzykowi. Pogrążając się w urokach natury, niejasno odczuwała oburzenie z powodu brutalnego wtarg­nięcia w nie ludzkiej istoty.

Wszyscy byli ze sobą zbyt blisko i zbyt intymnie. Od czasu do czasu dochodziły jeszcze do jej świadomości drażniące dźwięki piskliwego kobiecego chichotu, widziała zarys nazbyt pulchnego męskiego ciała przygotowującego się do skoku do wody albo nonszalanckie wezwanie: „Mój Boże!”.

Prawdą było, że krytykując przyjaciół, równocześnie wtórowała im, naśladowała ich. Tak jak oni zachwycała się cudowną scenerią i tak jak oni akceptowała ją niemal automatycznie. Naturalną konsekwencją rzeczy było, że gdy ktoś podróżował palcem po mapie, natychmiast – również niemal automatycznie – w jej wyobraźni ukazywał się udoskonalony krajobraz, z całą jego typową niedoskonałością higieny.

Ale teraz nareszcie była sam na sam z górami i ciszą. Poniżej leżało jezioro o powierzchni w kolorze świeżej zielonej trawy, iskrzącej się niczym diamenty w promieniach słońca. Na tle chabrowego nieba odznaczały się odległe ośnieżone szczyty.

Na wzgórzu widziała ciemną bryłę starożytnego zamku z wyraźnie rysującymi się pięcioma wieżyczkami przypominającymi rozpostarte palce złowrogiej dłoni.

Otaczało ją szaleństwo barw: ogród przy stacji mienił się kolorami egzotycznych kwiatów – płomiennożółtych, o kolczastym listowiu; wyżej na zboczu stał niewielki drewniany budynek hotelu, pomalowany na kolor ochry, z elementami zgodnymi z seledynem jeziora. Na tle zielonej ściany wąwozu unosiło się ostatnie pasemko dymu, jak zanikające wstęgi białych piór, aby na koniec zniknąć w oddali.

Po rozwianiu się i zniknięciu wstęgi dymu Iris poczuła, że została zerwana ostatnia więź między nią i jej paczką przyjaciół. Posłała więc w tym kierunku szyderczego całusa, odwróciła się i zaczęła schodzić kamienną ścieżką. Po dotarciu do rzeki zasilanej wodami topniejącego lodowca przystanęła na mostku, aby chłonąć woń lodowato zimnego powietrza utworzonego ze styczności z zielono-lodową kipielą.

Myśląc o wczorajszej scenie, poprzysięgła sobie już nigdy nie kontaktować się ze swoją paczką. Związane to było z epizodem, który nadszarpnął jej pojęcie o przyjaźni. Nawet trochę polubiła tę Olgę, dzięki której poprawiła swoją wiarę w lojalność, do czego przyczynił się prymitywny pokaz zazdrości.

Teraz, wspominając incydent, wzruszyła tylko ramionami. Tu, pod nieskończonym błękitem, ludzie wydawali się tacy mali – ich namiętności takie nieważne. Byli tylko jakimś przypadkowym fragmentem drogi prowadzącej od kołyski do grobu. Więc spotkali się i rozstali bez żalu.

Z każdą minutą powiększała się przepaść między nią i nimi. Po prostu znikali z jej życia. Myśląc o tym, a przy tym czując wolność, poczuła dreszcz rozkoszy, tak jakby jej duch został wyzwolony ciszą i samotnością.

Jednak minie jeszcze wiele godzin, zanim będzie mogła ponownie wtopić się w całą wspaniałość natury.

1 Saturnalia – doroczne święto ku czci boga rolnictwa Saturna obchodzone w starożytnym Rzymie od 17 do 23 grudnia.

ROZDZIAŁ II

ZAGROŻENIE

Mniej więcej cztery godziny później Iris leżała na zboczu góry, wysoko nad doliną. Po opuszczeniu chłodnego zmierzchu w wąwozie, wkraczając w sieć ścieżek, zaczęła stopniowo wspinać się po biegnących zygzakiem drożynach.

Gdy wyłoniła się z pasa cieni, gwałtownie przebiło się słońce, jednak ona nie zwolniła kroku. Natłok myśli o Oldze, od których nie mogła się uwolnić, pchał ją wyżej i wyżej.

To imię czepiało się jej mózgu jak rzep. Olga. Olga jadająca chleb pod postacią tostów – pewnie ze względu na sylwetkę. Olga szczędząca sobie soli – z powodu diety, co stwarzało w kuchni problemy. Olga używająca jej telefonu. Olga niewłaściwie korzystająca z auta. Olga pożyczająca od niej futro. Olga pożyczająca jej swego zbytecznego męża.

Na wspomnienie tego Oskara Olgi Iris zaczęła prawie biec.

„Zupełnie jakbym poślizgiem wpadła na mężczyznę wyglądającego niczym Myszka Miki” – wściekała się.

Na koniec zabrakło jej tchu i padła na trawę. Góra, którą chciała pokonać, zdawała się wciąż przed nią cofać, więc poddała się i zrezygnowała z zamiaru dotarcia na szczyt.

Leżąc z zamkniętymi oczami, wsłuchiwała się w odgłosy wiatru. Powrócił spokój. Widoczna w oddali na tle nieba szara, bezkształtna bryła zdawała się powiększać i zmieniać w potężną, metaliczną dzwonnicę – podczas gdy w rzeczywistości była niewielka i ledwo odstawała od ziemi – podobnie jak głazy albo korzenie… Iris w wyobraźni niemal słyszała nad głową bicie jej wielkiego serca.

Ta chwila minęła i znowu zaczęła myśleć o Oldze. Tym razem jednak z innej perspektywy, bowiem na tej wysokości nawet zwyczajna iluzja zdawała się mieć swoje natężenie. Pamiętała, że dolina leżała na wysokości czterech tysięcy stóp nad poziomem morza, podczas gdy ona wspięła się na wysokość około pięciu tysięcy stóp.

Dzięki tym wyliczeniom mogła sobie pozwolić na wielkoduszność, bowiem znalazła się o wiele wyżej od swojej byłej przyjaciółki – zakładając oczywiście, że Olga byłaby na tyle uczynna, aby zostać na poziomie morza.

Postanowiła pozbyć się z myśli wspomnień jako niewartych nerwów.

– Nigdy więcej – powiedziała głośno. – Nigdy już nikomu nie pomogę.

Głos, jakim to wypowiedziała, wskazywał na zapał kogoś, kto z całej duszy postanowił się czemuś poświęcić. I z tym cnotliwym uczuciem konieczności wyciągnięcia wniosków z odbytej lekcji, która dużo ją kosztowała, zapaliła papierosa przed rozpoczęciem powrotu do hotelu. Powietrze było tak czyste, że góry, których przedtem nie dostrzegała, teraz drżały i rozpływały się na tle nieba w jasnofioletowej przezroczystości. Daleko w dole mogła widzieć zakole powierzchni jeziora – teraz nie było zielone, ale przyćmione odległością zamglonego błękitu.

Niechętnie wstała. Czas wracać. Zejście okazało się nie tylko monotonne, ale też mozolne, ponieważ wymagało wysiłku niewprawnych mięśni. Zaczęły ją boleć łydki i palce stóp od kamienistej ścieżki.

Na skutek rosnącego zniecierpliwienia postanowiła porzucić zygzakowatą ścieżkę i skrócić drogę bezpośrednim zejściem po zboczu. Skierowała się prosto na widoczne w dole jezioro.

Było to śmiałe przedsięwzięcie i szybko się przekonała, że zbocze jest bardzo strome. Ponieważ schodzenie zaczynało być zbyt szybkie, jedynym sposobem wydało się zajęcie pozycji siedzącej, zsunięcie się po śliskiej powierzchni – i zaufanie szczęściu.

Od tej chwili wszystko potoczyło się bardzo szybko. Mimo próby hamowania piętami tempo zsuwania rosło z każdą sekundą. Mijały ją płachty zieleni i błękitu, dolina gwałtownie się zbliżała. Ślizgając się po nierównym terenie, skierowała się w kierunku pasma drzew w nadziei, że się na nich zatrzyma, choć było to dość ryzykowne.

Niestety, okazało się, że pnie są już spróchniałe ze starości i przebiła się przez nie, lądując na środku dna kamienistej przełęczy.

Chociaż udało się jej częściowo złagodzić upadek, czuła się obolała i wstając, cała się trzęsła. Mimo obrażeń nie zapomniała o wymuszonym uśmiechu, co wpojono jej już w szkole jako coś nieodłącznego, towarzyszącego każdemu wypadkowi w czasie zabawy.

– Tak, to było nawet dość śmieszne – mruknęła, strzepując z nóg jakieś odłamki i drzazgi.

Z przyjemnością dostrzegła w odległości kilku jardów na szlaku kapliczkę, co wzięła za symbol boskiej interwencji pozwalającej ustrzec ją od czegoś poważniejszego.

Uznała, że znajduje się z pewnością niedaleko hotelu, pokuśtykała zatem dnem wąwozu, rozmyślając o perspektywie czekającego na nią komfortowego wypoczynku. Duży zimny drink, gorąca kąpiel, kolacja w łóżku.

Ujrzawszy błysk powierzchni wody za zakrętem wąwozu, ruszyła, kulejąc, pobudzona nową energią. Lecz kiedy wyszła na otwartą przestrzeń, stanęła, patrząc przed siebie całkowicie oszołomiona. Wszystkie znajome punkty orientacyjne znikły, jakby ktoś złośliwy starł je gumką z powierzchni krajobrazu. Nie widziała małych, drewnianych domów, nie było tam stacji kolejowej, peronu ani hotelu.

Uświadomiła sobie z konsternacją, że kierowała się jakimś fałszywym kompasem. To nie było dobrze jej znajome zielone jezioro, w którym codziennie kąpała się z przyjaciółmi. Zamiast owalnego kształtu i głębokiej wody, widoczna przed nią powierzchnia było krętą, jasnoniebieską sadzawką o płytkich porośniętych sitowiem brzegach.

W tej sytuacji pozostało tylko jedno – cofnąć się do kapliczki i szukać innego wąwozu.

Postanowiła uznać to za zdecydowanie zabawne i zanim zaczęła znowu wlec się wolno w górę, wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.

Ale tak naprawdę była teraz w ponurym nastroju, który nie pozwolił jej docenić dzikiego piękna okolicy. A otaczała ją sceneria surowego pustkowia przystrojonego osuwiskami i rumowiskiem odłamków skalnych. Tu, wśród nagich skał, brakowało nawet roślinności, nie było słychać ćwierkania ani śpiewu ptaków. Jedynymi dźwiękami był łoskot spadających spod jej stóp luźnych kamieni i szum rachitycznego potoku usiłującego się przebić przez na pół wyschnięte łożysko, a potem wijącego się jak splątana nić.

Iris, przyzwyczajona do stałego towarzystwa, zatęskniła za twarzami i głosami. Posunęła się nawet do tego, że zaczęła się nad sobą rozczulać. Przypomniała sobie, że po powrocie do Anglii nie pojedzie, tak jak inni, do swojego domu – ona po prostu tylko „wróci”.

Teraz mieszka w hotelu dlatego, że wynajmuje swoje małe, luksusowe mieszkanie. Chociaż taki sposób życia był jej wyborem, czuła w tym miejscu i w tym czasie, że płaci wysoką cenę za swoją wolność.

Ten stan nie trwał długo, na szczycie przełęczy oczekiwało ją bowiem następne wyzwanie sprawdzające hart jej ducha. Rozejrzała się, aby zorientować się w sytuacji, i odkryła, że kolejna kapliczka różni się od tamtej, stanowiącej dla niej punkt orientacyjny wtedy, gdy porzucając zygzakowatą ścieżkę, zsuwała się z góry.

Tym razem już się nie śmiała, czuła, że beztroska może ją dużo kosztować. Zamiast tego była na siebie wściekła. Myślała, że zna te góry, wraz z przyjaciółmi zdeptali je – w górę i w dół wąwozów – niczym stado kozic.

Ale ona tylko szła za nimi, to oni prowadzili. Wśród nich zawsze był jakiś lider, ktoś z mapą.

Teraz, zdana na własne siły, nie miała pojęcia, jaki jest właściwy kierunek. Mogła tylko iść wąwozem do następnego rozgałęzienia i zaufać szczęściu.

– Jeżeli będę ciągle szła przed siebie, muszę przecież w końcu dokądś dojść! – tłumaczyła sama sobie. – A poza tym nikt, kto potrafi mówić, nie może się zgubić.

Teraz bardzo potrzebowała spokoju, bowiem czuła się już zmęczona, nie wspominając o obolałej pięcie. Kiedy w końcu dotarła do rozgałęzienia dającego możliwość wyboru kierunku drogi, uświadomiła sobie, że nie jest pewna, czy podejmie słuszną decyzję. Siedząc na głazie, czekała, licząc na możliwość spotkania jakiegoś człowieka.

To była jej godzina zero, kiedy uświadomiła sobie, że jej niezależność polega jedynie na zdolności podpisywania czeków wystawianych na pieniądze zarobione przez innych i dające dywidendy w postaci właśnie tych czeków.

„Przez całe życie ktoś prowadził mnie za rękę – myślała. – Ale nawet jeżeli tu pojawi się jakiś człowiek, to i tak najgorsza ze mnie lingwistka na świecie!”

Dotąd pochlebiała jej taka opinia – nigdy nie miała ambicji, żeby być doskonałą w tej dziedzinie. Jej nieznajomość języków obcych wynikała z faktu, że całe życie spędziła w świetnych szkołach Paryża i Drezna. Tam zadawała się tylko z innymi angielskimi dziewczętami, nieliczne dziewczęta miejscowe również rozmawiały z nią w jej języku, doskonaląc swój angielski akcent.

To była jej własna interpretacja fragmentu tekstu narodowego hymnu: „Boże chroń króla i obdarz go zwycięstwem”.

Teraz jednak na nic się zda patriotyzm, ponieważ poczuła ogarniającą ją niepewność, ujrzawszy krępego mężczyznę w skórzanych spodenkach trzymających się na brudnych, kolorowych szelkach.

W skład paczki Iris wchodził między innymi młodzieniec znający doskonale języki. Dzięki wspólnym korzeniom rodzinnym wykorzystywał niemiecki jako rodzaj języka łącznikowego; a mimo to w tym miejscu Europy musiał także wykorzystywać swoją wyobraźnię, by interpretować i być zrozumianym.

Zwracając się do tego mężczyzny po angielsku i pytając o drogę do wioski, Iris przypomniała sobie, jak członkowie jej paczki drwili z jego niepowodzeń.

Mężczyzna spojrzał na nią, wzruszył ramionami i potrząsnął głową.

Druga próba – wyrażona już głośniejszym tonem – też zakończyła się niepowodzeniem. Wieśniak wyraźnie się spieszył, ale Iris zastąpiła mu drogę.

Zdawała sobie sprawę ze swej bezsilności, czując się jak okaleczone stworzenie, któremu wyrwano język. Jednak musiała zwrócić na siebie jego uwagę i zmusić do zrozumienia, o co jej chodzi. Czując, jak traci godność osoby myślącej, zmusiła się do wykonywania gestów rodem z pantomimy, pokazujących, że chce, aby jej wskazał drogę do wioski, której nazwę powtarzała raz za razem.

„Musi to zrozumieć, chyba że jest idiotą” – pomyślała.

Wieśniak zdawał się chwytać sens i kilka razy skinął głową, mamrocząc coś w nieznanym żargonie.

Iris, słuchając potoku gardłowych dźwięków, poczuła, jak puszczają jej nerwy. Miała wrażenie, że nagle zatarła się granica kontaktów międzyludzkich i zamiast świadomości, że przecież jest tu, w Europie, zdawało jej się, jakby utknęła gdzieś na peryferiach Azji.

Mogłaby tak wędrować w nieskończoność, bez pieniędzy, bez wspólnego języka. Przecież nie znając drogi, groziło jej, że ruszy w przeciwnym kierunku, oddalając się od wioski prosto w dzikie rejony gór. Wąwóz posiadał mnóstwo odgałęzień, na podobieństwo wijącego się morza śródlądowego.

Wraz z wyraźnie widoczną na jej twarzy obawą oblicze wieś­niaka również przybrało wyraz wahania, jakby miał wrażenie, że to, co teraz wokół niego się dzieje, to zły sen. Zauważyła, że jego skóra cała lśni od potu i że ma wole; i była w pełni świadoma jego ostrego, koziego zapachu, ponieważ spocił się przy wspinaczce.

– Nie rozumiem ciebie! – krzyknęła histerycznie. – Nie rozumiem ani słowa. Przestań! Och, przestań! Doprowadzasz mnie do szału!

Z kolei wieśniak jej słowa odebrał jako niezrozumiały bełkot. Widział przed sobą kobietę ubraną jak mężczyzna, w dodatku nieatrakcyjnie chudą – zgodnie z miejscowym standardem piękna – z pokaleczonymi, brudnymi kolanami. Wyraźnie cudzoziemka, chociaż nie znał jej narodowości. A ponadto uznał, że jest podenerwowana i wyjątkowo głupia.

Wydawało się, że nie rozumie, iż podała mniej niż połowę nazwy wioski – co było bardzo mylące, bowiem co najmniej trzy wioski nosiły ten sam przedrostek. Wyjaśnił jej to i poprosił o podanie pełnej nazwy.

Ale Iris nie mogłaby mu jej podać, nawet gdyby zrozumiała, o co pytał. Pełna nazwa wioski była tak dziwaczna, że nigdy nawet nie próbowała jej rozwikłać i dlatego – podobnie jak w przypadku wielu innych nazw – ograniczyła się tylko do trzech sylab.

Sytuacja stała się patowa. Wieśniak skrzywił się, wzruszył ramionami i poszedł dalej swoją drogą, zostawiając Iris samą z górami.

A góry piętrzyły się nad nią jak jakieś betonowe zagrożenie. Kiedyś kupiła widokówki, na których zostały uwiecznione, i opatrzyła je stereotypowym komentarzem: „Cudowna sceneria”. A nawet na jednej nabazgrała: „Oto mój pokój” i drwiąco zaznaczyła jakiś szczyt krzyżykiem.

Teraz te góry mściły się. Skuliła się pod nawisami skalnymi, czując, jakby drżały z zamiarem starcie jej na pył pod lawiną głazów. Sprowadziły ją do nic nieznaczącej istoty; zniszczyły jej indywidualność. Zgasiły ducha.

Koszmar, w jakim się znalazła, przerwały głosy mówiące po angielsku. Z zakrętu przełęczy wyłoniła się para z hotelu, która trafiła tu na swój miesiąc miodowy.

Ta para kochanków zawsze cieszyła się szacunkiem paczki Iris, za swą powściągliwość i doskonałą prezencję. Mężczyzna był wysoki, przystojny i miał władczą naturę człowieka lubiącego dowodzić. Cechował go autorytatywny głos i trzymał głowę pod kątem świadczącym o dumie. Kelnerzy biegli na każde jego skinienie. Oberżysta – zapewne pod wpływem salonowych manier gościa – zwracał się do niego „milordzie”.

Żona niemal dorównywała mu wzrostem; miała idealną figurę i twarz. Nosiła piękne stroje – zupełnie niepasujące do tej dziczy; jednak oczywiste było, że wkładała je, chcąc sprawić przyjemność mężowi.

Wyznaczali własne standardy i wydawali się zupełnie nieświadomi innych gości, którzy zaliczali ich do osób należących do wyższych sfer towarzyskich. Podejrzewano, że nazwisko „Todhunter”, pod którym zameldowali się w hotelu, było fikcyjne i miało na celu zachowanie anonimowości.

Teraz minęli Iris, prawie jej nie zauważając. Mężczyzna uniósł lekko kapelusz, ale jego spojrzenie nie zdradzało, że ją poznał. Żona nawet nie oderwała fioletowych oczu od kamiennego traktu, bowiem musiała uważać, idąc na bardzo wysokich obcasach.

Mówiła niskim głosem, wyraźnie podekscytowanym, mimo próby jego tłumienia.

– Nie, kochanie. Ani jednego dnia. Nawet dla ciebie. Byliśmy już zbyt…

Reszty Iris nie dosłyszała. Przygotowywała się do pójścia ich śladem w dyskretnej odległości, zdawała sobie bowiem sprawę, że nie prezentuje się najlepiej.

Pojawienie się tej pary nowożeńców odnowiło w niej poczucie własnej wartości. Ich obecność dowodziła, że hotel znajduje się w pobliżu, ponieważ oni nigdy nie wędrowali daleko. Iris, wiedząc o tym, odniosła wrażenie, jakby góry nagle skurczyły się do wielkości przedstawionej na widokówkach; natomiast ona sama przekształciła się z osoby zagubionej w dziewczynę z Londynu, która samokrytycznie uznała, że jest niechlujnie ubrana i brudna. Wkrótce dostrzegła i rozpoznała tę pierwszą kapliczkę, od której odeszła przełęczą. A także iskrzącą się powierzchnię ciemniejącego jeziora i przebijające się przez zielony zmrok światła hotelu.

Znowu zaczęła marzyć o gorącej kąpieli, o kolacji, uświadamiając sobie, jak bardzo jest zmęczona i głodna.

Chociaż pozostały u niej fizyczne ślady tej przygody, tym, co w rzeczywistości zostało poważnie zaatakowane, było jej poczucie bezpieczeństwa – tak jakby to doświadczenie stanowiło zagrożenie pochodzące z przyszłości, ujawniając całą grozę bezradności, jakiej się doznaje z dala od wszystkiego co znane.

ROZDZIAŁ III

FRAGMENT ROZMOWY

Kiedy para nowożeńców wróciła do hotelu, czwórka gości, którzy tam zostali, siedziała akurat na zewnątrz, na pokrytym żwirem placyku przed werandą. Cieszyli się kojącym antraktem „między światłami”. Było już zbyt ciemno, by pisać listy albo czytać – i zbyt wcześnie, żeby ubierać się na kolację. Puste kubki i okruchy ciasta na jednym ze stolików wskazywały, że pito na powietrzu popołudniową herbatkę i od tego czasu nie ruszano się stąd.

Dwie z tych osób były to panny Flood-Porter. Nie należały do gości szybko zmieniających miejsca; liczyły sobie średnio około pięćdziesięciu lat, o czym mogły zaświadczyć ich figury i zdecydowanie ustalone zwyczaje. Obie miały nieskazitelnie ułożone siwe włosy, które zdołały zachować jeszcze dość dużo oryginalnego koloru, by grzecznościowo uznać je za blondynki. Miały też – obie – wspaniałą naturalną cerę i dość żywy wyraz twarzy.

Starsza – panna Evelyn – była trochę sucha i przez to miała pomarszczoną skórę, tym bardziej że powoli zbliżała się już do sześćdziesiątki, podczas gdy panna Rose kilka lat wcześniej skończyła zaledwie czterdziestkę. Młodsza siostra była wyższa i tęższa; jej głos brzmiał głośniej i był głębszy; w jego skądinąd miłym brzmieniu wyczuwało się odcień despotyzmu, co skłaniało ją do karcenia towarzyszki.

W czasie pobytu w hotelu siostry tworzyły kwartet z wielebnym Kennethem Barnesem i jego żoną. Cała czwórka przybyła tym samym pociągiem i razem też planowali wrócić do Anglii. Pastor i jego żona, ludzie mili i towarzyscy – cech tych panny Flood-Porter były zupełnie pozbawione – okazali się doskonałymi partnerami do wyrażania wspólnych upodobań i uprzedzeń.

Miejsce, które teraz zajmowali, wyposażone było w metalowe krzesełka i stoły emaliowane w różnych kolorach; było też ozdobione donicami z wiecznie zakurzonymi, ale zawsze zielonymi krzewami. Gdy starsza panna Flood-Porter rozejrzała się dookoła, natychmiast pomyślała o swoim zachwycającym domu w katedralnym mieście.

Zgodnie z tym, co piszą w gazetach, w Anglii pada deszcz, więc jej ogród powinien pięknie wyglądać z żywą zielenią trawnika, bujnymi rabatami astrów i dalii.

– Nie mogę się doczekać, żeby móc znowu zobaczyć mój ogród – oznajmiła.

– Nasz ogród – poprawiła ją siostra.

– A ja nie mogę się doczekać wygodniejszego krzesła – zaśmiał się pastor. – Ha! Oto zbliża się młoda para.

Mimo zwykle życzliwego zainteresowania współtowarzyszami nie wykonał żadnego gestu przyjaznego powitania. Z pierwszej – i ostatniej takiej próby wywnioskował, że nie podoba się im tego rodzaju naruszanie prywatności. Oparł się więc na krześle, puścił kółko dymu z fajki i przyglądał się, jak wchodzą po stopniach na werandę.

– Przystojna para – oznajmił z aprobatą.

– Zastanawiam się, kim oni naprawdę są – zauważyła młodsza panna Flood-Porter. – Twarz mężczyzny wydaje mi się znajoma. Wiem, że na pewno gdzieś go już widziałam.

– Może w filmie – zasugerowała siostra.

– Och, chodzi pani do kina? – wtrąciła pani Barnes niecierpliwie, mając nadzieję wzbudzić ogólne zainteresowanie tematem kinematografii.

– Tylko po to, żeby zobaczyć George’a Arlissa i Dianę Wynyard – odparła natychmiast panna Flood-Porter.

– To wszystko wyjaśnia – rzekł pastor. – On z pewnością nie jest George’em Arlissem ani ona Dianą.

– Mimo wszystko jestem przekonana, że stoi za nimi jakaś tajemnica – upierała się panna Flood-Porter.

– Ja również – zgodziła się pani Barnes. – Nawet… zastanawiam się, czy oni naprawdę są małżeństwem.

– Zastanawiasz się? Naprawdę? – szybko zapytał jej mąż i zaśmiał się, widząc, że żona rumieni się aż po gałki oczu.

– Przepraszam, że cię przestraszyłem, moja droga, ale czy nie lepiej wierzyć, że wszyscy jesteśmy tacy, za jakich chcemy uchodzić? Nawet duchowni i ich żony. – Wypróżnił fajkę z popiołu i wstał z krzesła. – Myślę, że powinienem pójść do wioski i pogadać ze znajomymi.

– Jak on może z nimi rozmawiać, skoro nie zna ich języka? – zapytała prosto z mostu panna Rose, gdy pastor wyszedł z ogrodu.

– Och, on coś takiego zrobi, że zrozumieją go – wyjaśniła z dumą żona. – Współczucie, no wie pani, i zwykłe człowieczeństwo. On nawet tarłby się nosami z dzikusami.

– Obawiam się, że może wybuchnąć skandal i będziemy musieli go stamtąd wywieźć – stwierdziła starsza panna Flood-Porter.

– To był mój błąd – oświadczyła pani Barnes. – Wiem, że ludzie myślą, iż jestem zbyt ciekawska. Ale tak naprawdę to zmuszam się, by okazać zainteresowanie sprawami mojego sąsiada. To mój protest przeciwko tej naszej okropnej narodowej nieśmiałości.

– Ależ my jesteśmy z tego dumni! – wtrąciła panna Rose. – Anglia nie musi się reklamować.

– Oczywiście, że nie… Ale my i tak kiedyś pójdziemy tą drogą. Ciągle przypominam sobie, że siedzącemu obok mnie nieznajomemu, mającemu być może jakieś kłopoty, to ja właśnie powinnam pomóc.

Siostry spojrzały na nią z aprobatą. Była szczupłą kobietą po czterdziestce, z bladą, owalną twarzą o słodkim wyrazie, okoloną ciemnymi włosami. Jej duże, brązowe oczy wyrażały równocześnie życzliwość i szczerość – z natury była osobą poważną.

Można ją było łączyć tylko z bezwzględną szczerością – wiedziano, że woli się plątać, wyjaśniając cokolwiek, niż ryzykować wyrobienie o sobie fałszywego mniemania.

Niemniej lubiła obie siostry. Uważała je za osoby solidne i sprawiały na niej wrażenie godnych szacunku. Czuło się, że wypełniają obowiązki wobec Boga i bliźnich – nie pozwalając sobie na żadne odstępstwa.

Siostry były osobami mającymi dużo wolnego czasu i żyjącymi w czarującym domu z ogrodem, z dobrze wyszkoloną służbą i zamrożonymi aktywami w banku. Pani Barnes wiedziała o tym, więc będąc istotą głęboko ludzką, siłą rzeczy miała poczucie wyższości, gdy uświadamiała sobie, iż jedynym mężczyzną w tym towarzystwie jest jej mąż.

Doceniła to w pełnej rozciągłości, gdy na czterdzieste urodziny udała się na doroczny urlop w towarzystwie grupy starych panien. Po skończeniu szkoły zarabiała na życie, udzielając lekcji, aż ostatecznie – jakimś cudem – los dał jej nie tylko męża, ale też syna. Oboje byli nim tak zajęci, że pastor czasami bał się, że ich oddanie chłopcu było wręcz kuszeniem losu. W noc poprzedzającą urlop pokiwał głową, patrząc na śpiącego w dziecięcym łóżeczku chłopca.

– Tak. Jest piękny. Ale… moim obowiązkiem jest uczyć ludzi boskich przykazań. I czasami zastanawiam się…

– Wiem, co masz na myśli – przerwała żona. – Bałwochwalstwo.

Skinął głową.

– Jestem równie winny jak ty – przyznał. – Zatem muszę się zdyscyplinować. W naszej sytuacji mamy szczególne możliwości wpływania na innych. Nie możemy stosować uników, ale musimy rozwijać każdy fragment naszej osobowości. Jeżeli ten urlop okaże się dla nas korzystny, to musi zmienić i wpłynąć na nasze umysły. Moja droga, przypuszczam, że oboje się zgodzimy, iż będąc z dala od naszego synka, nie będziemy rozmawiać wyłącznie o Gabrielu?

Pani Barnes zgodziła się. Jednak mimo danej obietnicy nie mogła się oprzeć pokusie, aby ciągle o nim nie myśleć. Chociaż zostawili go pod dobrą opieką kompetentnej babci, nieustannie głupio bała się o jego zdrowie.

W czasie gdy liczyła godziny dzielące ją od powrotu do syna, a starsza panna Flood-Porter uśmiechała się, widząc już siebie w swoim ogrodzie, panna Rose kontynuowała pierwotny tok myśli. Zawsze orała prostą bruzdę – od początku do końca.

– Nie pojmuję, jak ktoś może kłamać – stwierdziła. – Chyba że jakiś biedak, który boi się, że straci pracę. Ale… ludzie tacy jak my… Znamy bogatą kobietę, która szczyci się składaniem fałszywych deklaracji celnych. Czysty brak uczciwości.

W chwili gdy to mówiła, w bramie hotelowego ogrodu pojawiła się Iris. Udało się jej ominąć osoby przy stoliku, jednak nie zdołała nie usłyszeć, co tam mówiono.

– Może nie powinnam osądzać innych – zauważyła pani Barnes donośnym, stanowczym głosem byłej wychowawczyni – ale nigdy nie odczułam nawet najmniejszej pokusy, żeby kłamać.

„Zakłamana baba” – pomyślała automatycznie Iris.

Iris była kompletnie wyczerpana, czuła się tak, jakby miała zaraz zemdleć. Do hotelu udało się jej dotrzeć tylko dzięki niezwykłej sile woli. Ta przygoda wyczerpała jej nerwy do granic wytrzymałości. Chociaż tęskniła za ciszą własnego pokoju, wiedziała, że nie zdoła pokonać schodów bez krótkiego odpoczynku. Padła na żelazne krzesło i zamknęła oczy, czując, że boli ją każdy mięsień.

„Jeżeli ktoś się teraz do mnie odezwie, zacznę krzyczeć” – pomyślała.

Panny Flood-Porter wymieniły spojrzenia i zagryzły wargi. Nawet wyraz łagodnych oczu pani Barnes zmienił się na odpychający, ponieważ stała się szczególną ofiarą złych manier grupy przyjaciół Iris i ich egoizmu.

Zachowywali się tak, jakby kupili ten hotel, a inni goście byli w nim intruzami, nieustannie wymagali jakiegoś szczególnego traktowania – i otrzymywali je – na skutek… tak, nazwijmy to wprost… korupcji. To uniemożliwiało w pełni korzystanie z usług hotelowych, irytując innych turystów, którzy stosownie do poniesionych opłat w biurze podróży mieli prawo do takich samych udogodnień i warunków.

Grupa Iris monopolizowała stół bilardowy i oblegała co lepsze krzesła. Zawsze jako pierwszych obsługiwano ich podczas posiłków, a ich woda do kąpieli miała odpowiednią temperaturę.

Nawet pastor stwierdził, że zostało naruszone jego poczucie tolerancji. Dokładał wszelkich starań, aby brać poprawkę na ich młodość i jej pierwotne odruchy, chociaż wiedział, że większości tego towarzystwa nie można już nazwać ludźmi młodymi.

Niestety, w skład tak zwanych przyjaciół Iris wchodziły też dwie osoby, które niezbyt dobrze świadczyły o narodzie angielskim; ponieważ jednak trudno odróżnić jedną dziewczynę w kostiumie kąpielowym od drugiej, pani Barnes wyraziła opinię, że wszystkie robiły to samo – piły i prowadziły się niemoralnie.

Jej standard przyzwoitości został naruszony przez ich stroje kąpielowe i nocne hałasy. Dlatego była szczególnie wdzięczna za perspektywę spędzenia dwóch spokojnych dni we wspaniałej scenerii i sympatycznym towarzystwie.

Teraz, widząc tę dziewczynę, zorientowała się, że jednak nie pozbyła się tej grupy w całości – bo wraz z nią mogą pojawić się inni. Pani Barnes ledwo zauważała Iris – ale jak już, to chyba tylko dlatego, że była ładna i że wciąż łaził za nią dość pokaźnej tuszy mężczyzna w kąpielówkach.

Co wydawało jej się wyjątkowo irytujące, jako że był żonaty.

Teraz jednak dziewczyna sprawiała wrażenie tak wyczerpanej, że życzliwe serce pani Barnes uczyniło jej wyrzut braku współczucia.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IV

ANGLIA WZYWA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ V

EKSPRES NOCNY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VI

POCZEKALNIA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VII

PASAŻEROWIE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VIII

PRZERWA NA HERBATĘ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IX

RODACY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ X

WOLNE MIEJSCE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XI

IGŁA W STOGU SIANA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XII

ŚWIADKOWIE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIII

SEN WE ŚNIE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIV

NOWE DOWODY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XV

SCENA PRZEMIANY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVI

GŁÓWNY ŚWIADEK

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVII

TO NIE BYŁA PANNA FROY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVIII

NIESPODZIANKA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIX

UKRYTA RĘKA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XX

OBCY INTERWENIUJĄ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXI

KŁAMSTWA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXII

ZABIJANIE CZASU

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXIII

NIECH LICZNIK BIJE NADAL

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXIV

KOŁO SIĘ KRĘCI

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXV

„DZIWNE ZNIKNIĘCIE”

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXVI

PODPIS

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXVII

PRZERAŻAJĄCY TEST

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXVIII

UNIEŚ RĘKĘ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXIX

TRIEST

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXX

RETRAKCJA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXXI

MISKA ZUPY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXXII

SEN

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXXIII

ZWIASTUN

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Wheel Spins

Copyright © 2020, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-638-2

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Zdjęcia i ilustracje wykorzystane na okładce: polona.pl (domena publiczna)

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Aneta Pudzisz