Stanisław Bareja alternatywnie - Maciej Replewicz - ebook + książka

Stanisław Bareja alternatywnie ebook

Maciej Replewicz

4,2

Opis

Niszczony przez władzę i nie tylko. Również przez klasyków polskiego kina! Nazywany Wędliniarzem! Wybrany przez widzów! Nieśmiertelny mistrz polskiej komedii, zakazanego śmiechu - Stanisław Bareja powraca!

Z okazji 90 rocznicy znakomitego reżysera prezentujemy jego zaskakującą biografię. Król polskiej komedii i zakazanego uśmiechu. Po raz pierwszy prezentujemy opis jego debiutanckiego filmu, wstrząsającą wojenną etiudę sprzed 66 lat!

W książce zamieszczono 90 nieznanych zdjęć. Ponadto - Bareja jako aktor u innych reżyserów, jako nieznany w Polsce dokumentalista. Kulisy powstawania kultowych komedii i wiele nieznanych dotąd faktów.

Mistrza komedii wspominają aktorzy i reżyserzy m.in. Jerzy Gruza oraz w archiwalnych wywiadach: Janusz Morgenstern i Krzysztof Zaleski. " Stanisław Bareja Król komedii" to pasjonująca lektura obowiązkowa, nie tylko dla fanów kina!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (19 ocen)
8
7
3
1
0
Sortuj według:
marcelo80

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




Maciej Replewicz Stanisław Bareja alternatywnie ISBN Copyright © Maciej Replewicz, 2019All rights reserved Projekt okładki i stron tytułowych Agnieszka Herman Redaktor Paulina Jeske-Choińska Łamanie Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Portret rodowy

Do formularza paszportowego wpisano: „wzrost — 170 cm, oczy — niebieskie, znaki szczególne — brak”. Imiona to: „Stanisław Sylwester”. W rubryce nazwisko: „Bareja”. W Polsce noszą je 952 osoby. Pojawiało się już w spisie nazwisk spotykanych w XIX wieku, głównie na wschodnim Mazowszu, i tam do dziś występuje najczęściej.

Poza Warszawą jest spotykane głównie w Siedlcach, Mińsku Mazowieckim, Iganiach, Łukowie oraz w znanym z dziesiątego odcinka serialu Zmiennicy Skórcu, gdzie nosi je co najmniej 70 osób. Naturalnie nie wszystkie są jego krewnymi. Stanisław Bareja miał jednak świadomość, że właśnie liczący ponad 1100 mieszkańców Skórzec jest miejscem, z którego mogli pochodzić jego przodkowie. W latach 70. i 80., gdy realizował on swoje najbardziej znane filmy, w Polsce żyło co najmniej 5 innych Stanisławów Barejów, urodzonych w 1901, 1923, 1924, 1930 i 1950 roku. O jednym z nich, z zawodu pisarzu, będzie jeszcze mowa. Niewykluczone, że ze Skórca lub okolic Siedlec pochodziła rodzina reżysera lub jego krewni. Jednak z Mazowsza trop wiedzie nas nad Morze Czarne. Ponad wszelką wątpliwość wiemy dziś, że dziadek reżysera, mistrz wędliniarski Jan Bareja oraz jego żona Tekla, z domu Stodulska, pod koniec lat 90. XIX wieku mieszkali w Odessie, wówczas czwartym co do wielkości mieście carskiej Rosji (ob. Ukraina). Ówczesna polska społeczność liczyła ponad 17 tys. osób, czyli ponad 4 procent ludności największego portu nad Morzem Czarnym. Wiemy także, że w 28 listopada 1898 roku w Odessie urodził się Sylwester Kazimierz Bareja, ojciec króla polskiej komedii.

W życiorysie dla Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi (1950) Stanisław Bareja pisał:

Urodziłem się w Warszawie 5 XII 1929 r. Ojciec mój miał do tej pory różne zawody: np. był górnikiem we Francji, posługaczem w cyrku, pomocnikiem chłopa w Niemczech.

17 lipca 1927 roku Sylwester poślubił Stanisławę z domu Chmielarz, jedną z kilku córek Marii z Terleckich (1869–1938).

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej w Rosji Barejowie wrócili do Polski, osiedlając się w Warszawie. W latach 30. Jan Bareja był właścicielem budynku przy Madalińskiego 49, gdzie mieściła się znana na Mokotowie wędliniarnia, oraz połączonej z nim dwukondygnacyjnej części mieszkalnej oznaczonej adresem Lewicka 19. Na tzw. hipotecznym planie Warszawy z 1936 roku należąca do Barejów nieruchomość figuruje jako „Mokotów Cecylówka”. Budynki wyburzono i w 1973 roku zbudowano czteropiętrowy blok mieszkalny Madalińskiego 49/51.

Uzyskany w 1930 roku dyplom mistrza wędliniarskiego był dla Sylwestra Barei paszportem do lepszego życia. Z pomocą ojca udało mu się uruchomić własną wędliniarnię, w oficynie przy należącym do niego murowanym, dwukondygnacyjnym domu mieszkalnym przy Sieleckiej 47.

Zaświadcza się, że Bareja Stanisław Sylwester urodził się w Warszawie dnia piątego grudnia tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego, 5 XII 1929 roku, z ojca Sylwestra Kazimierza Barei, z matki Stanisławy Bareja z domu Chmielarz ochrzczony w parafii świętego Bonifacego, 5 stycznia 1930 r.

— czytamy w akcie chrztu reżysera.

Zgodnie z hasłem „Uśmiech naszego dziecka — premią za trud wychowawcy” (Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz), wdzięczny za rodzicielską miłość mały Staszek uśmiechał się często i radośnie, co wyraźnie widać na najstarszym zachowanym jego zdjęciu. Sylwester Bareja pracował ciężko, by zapewnić godne warunki życia powiększającej się rodzinie, bo już w dzień po drugich urodzinach Staszka, 6 grudnia 1931 roku, na świat przyszedł Wiesław, zaś 30 marca 1936 roku — Anna Teresa, nazywana przez rodzinę Hanią.

Pod koniec 1937 roku funkcjonał już sklep wędliniarski przy Puławskiej 39 (tel. 422–86). Mokotów był wówczas rozbudowującą się „dzielnicą z ambicjami”, gdzie obok odrapanych czynszówek i parterowych biedadomków powstawały kilkupiętrowe budynki mieszkalne o ekskluzywnym charakterze. Motyw wędlin, od pożądanego, lecz nieosiągalnego w PRL baleronu, przez kabanosy i parówki w baraniej kiszce, aż po „ludową” kaszankę będzie obecny w większości filmów Stanisława Barei. Bo w okresie komunizmu, w „gospodarce niedoborów”, mięso i wędliny, a raczej ich chroniczny brak na rynku, były tematem stricte politycznym. Tematem zapalnikiem, przyczyną społecznego niezadowolenia. Można przypuszczać, że postać ojca — solidnego, pracowitego rzemieślnika, uwiecznił reżyser w Misiu jako Jana Kowalskiego, właściciela polskich delikatesów w Londynie. Sam zagrał jowialnego powiernika sekretów (i dewiz), może nieco zbyt zanadto ufającego Ryszardowi Ochódzkiemu. I być może gdyby nie wybuch wojny, okupacja niemiecka, a później komunizm, wędliniarnia Sylwestra Barei przy Puławskiej wyglądałaby jak mały, lecz obficie zaopatrzony sklep „kochanego pana Jana” przy Battersea Rise 81. Czy w wolnej Polsce stałby się właścicielem sieci sklepów lub przemysłowej wytwórni wędlin? To pozostanie na zawsze w sferze naszych przypuszczeń. Wiemy, że harował ciężko dla szybko powiększającej się rodziny. W 1939 roku kupił najstarszemu synowi rower. Wówczas było to spory wydatek, najtańsze modele kosztowały co najmniej 150 złotych, czyli ponad połowę miesięcznych zarobków urzędnika. W ostatnich miesiącach przed nadciągającym wojennym kataklizmem Barejowie jeździli na dalekie wycieczki, głównie w południowe rejony Warszawy oraz jej okolic. Z rodzinnych przekazów wynika, że celem ich wypraw były tereny dzisiejszego osiedla Ursynów, czyli ówczesny folwark Imielin, Służew oraz Las Kabacki, Kępa Zawadowska nad Wisłą, a także okolice Wilanowa, Powsina i Konstancina. Ślady rowerowych eskapad sprzed kilku dekad odnajdziemy w Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz (scena z „kontrolą” cegły na wywrotkach filmowana na autentycznym placu budowy osiedla Ursynów). W tle widoczne są budynki SGGW, a bliżej drzewa-niedobitki, które przetrwały burzenie zagród folwarku Imielin przez buldożery KBM Południe. Akcja serialu Alternatywy 4 w całości toczy się na terenie wielkopłytowego osiedla Ursynów. W latach dzieciństwa Barei były to malownicze łąki i pola rozpościerające się aż do Lasu Kabackiego. Warszawiacy traktowali je jak teren niedzielnego wypoczynku, nie przeczuwając nawet, że kiedyś stanie tu 150-tysięczne blokowisko. Ujęcia integracyjnej popijawy — grzybobrania aktywu Spółdzielni im. Borów Tucholskich w Zmiennikach kręcono właśnie w Lesie Kabackim, który Bareja znał z czasów dzieciństwa. Dwupasmowa Puławska, którą wielokrotnie poruszała się taksówka 1313, była przed wojną drogą z granitowej kostki, obok której powoli sunęła do Piaseczna i dalej na południe doskonale znana reżyserowi wąskotorowa kolej grójecka. To właśnie tu, na stacji kolejowej w Piasecznie, udającej filmowy Paryżew, w 1957 roku Bareja zagrał fotografa w Inspekcji pana Anatola.

Co wiemy o edukacji Stanisława Barei? 1 września 1937 roku rozpoczął naukę w Szkole Powszechnej nr 124 przy ulicy Dolnej 19. Już podczas niemieckiej okupacji kontynuował ją w Szkole Powszechnej nr 121 przy Różanej 22/24.

„Pięć lat wojny, pięć lat okupacji”

Zanim 1 września 1939 roku pierwsze niemieckie bomby spadły na Warszawę, Sylwester Bareja przywiózł do Starostwa Grodzkiego Warszawa-Południe półtorej tony słoniny. Jako szeregowiec WP został zmobilizowany, trafił na front, a następnie dostał się do niemieckiej niewoli. Pierwsza wojenna tragedia dotknęła Barejów 1 listopada 1939 roku. Tego dnia zmarła trzyletnia Anna Teresa Bareja. „W parę dni po zajęciu Warszawy przez Niemców umarła moja siostra, wskutek braku opieki lekarskiej”, wspominał reżyser w pisanym odręcznie życiorysie. Na początku okupacji, jak tysiące Polaków pozbawionych środków do życia, Sylwester Bareja zajmował się handlem, czyli tzw. szmuglem.

Obecnie słowo to ma negatywną konotację, lecz dla cierpiących głód warszawiaków szmuglerzy byli cichymi bohaterami. Uliczni śpiewacy w Zakazanych piosenkach (1947) dedykowali im jeden z popularnych utworów, znany w kilku wersjach tekstu:

Na dworze jest mrok,

W pociągu jest tłok,

Zaczyna się więc sielanka.

On objął ją w pół,

Ona gruba jak wół,

Bo pod paltem schowana rąbanka.

Spod serca kap, kap,

Słonina i schab,

Do tego dwa balerony.

Gdy on się zachwyca,

Wypada polędwica,

I boczek nieosolony.

Teraz jest wojna,

Kto handluje, ten żyje.

Jak sprzedam rąbankę,

Słoninę, kaszankę,

To bimbru się też napiję.

Gdy on się przekona,

Czym handluje ona,

To pociąg na stacji staje.

Żandarmy wsiadają,

I wszystko wygrużają,

Co tylko im się daje.

Ten szuka w kieszeni,

Ten szuka na ziemi,

A inny po paczkach szpera.

Zabrali słoninę,

Rąbankę, kaszankę,

Niech weźmie ich jasna cholera.

Teraz jest wojna,

Kto handluje, ten żyje.

Jak sprzedam rąbankę,

Słoninę kaszankę,

To bimbru się też napiję.

W Misiu aktorzy Teatru Dwójkąt śpiewają okupacyjną piosenkę: Siekiera, motyka, bimbru szklanka, w nocy nalot, w dzień łapanka. Dziś wiemy, że jej słowa napisała Anna Jachinia w 1942 roku, przez lata utwór był anonimowy.

Motyw mięsa oraz wędlin pojawiał się często w komediach Barei. Koniec wojny nie oznaczał końca problemów z zaopatrzeniem. Mechanizmy reglamentacji i czarnego rynku z lat okupacji funkcjonały do końca PRL. Akceptowanego powszechnie „szmuglera” zastąpił napiętnowany przez komunistyczną propagandę „spekulant”. W Misiu handlarka mięsem opowiada sekretarce w komendzie MO: „Na Centralnym strach jak łapią!”. Jak „za okupacji”, również i w stanie wojennym mieszkańcy bloku przy Alternatywy 4 byli zaopatrywani w mięso i wędliny przemycone przez Teklę Wagner ze wsi.

W życiorysie Stanisław Bareja tak opisał lata wojny:

Ojciec zarabiał wtedy na dom przy pomocy drobnego handlu, tzw. szmuglu. Potem handlował przez pewien czas końmi, a na koniec zaczął wyrabiać wędliny w jakiejś wsi pod Sandomierzem. Myśmy z matką mieszkali na Mokotowie Dolnym (…).

Ciężar utrzymania domu oraz wychowania synów spadł na Stanisławę.

W pobliżu Sieleckiej były miejsca, które Polacy omijali z daleka. Park Łazienkowski zamknięto dla Polaków. Na kratach ogrodzenia zamocowano tabliczki z napisem Eintritt Verboten! Nur fur Deutsche. Przedwojenne koszary 1. Dywizjonu Artylerii Konnej na Podchorążych, zajęte przez SS, pełniły funkcję tymczasowego obozu dla osób schwytanych w łapankach. Większe mieszkania i luksusowe apartamenty w budowanych tuż przed wojną kamienicach zajęli Niemcy i volksdeutsche. Okupant zmienił nazwy okolicznych ulic, które nawiązywały do polskiej historii. Pobliską „29 listopada” przerobiono na „Husarenstrasse”, a Stępińską na „Karpathenstrasse”.

W czerwcu 1943 roku Staszek ukończył 7-klasową Szkołę Powszechną nr 121 z wyróżnieniem. Po wybuchu wojny z Sowietami budynek zajęli esesmani, więc z Różanej przeniesiono ją na Polną. Przed wrześniem 1939 roku planowano tam budowę reprezentacyjnej alei Marszałka Piłsudskiego i tak też warszawiacy, w tym i wychowany w szacunku do niego Staszek Bareja, ją nazywali. Plan zrealizowano po wojnie, lecz komuniści nadali jej nazwę „Armii Ludowej”. Warto zwrócić uwagę, iż w maju 1950 roku Bareja w swoim życiorysie pisze: „(…) chodziliśmy do szkoły nr 121 przy ul. Piłsudskiego”! Niewielu miało wtedy odwagę, by w mrocznych czasach szalejącego stalinizmu wymieniać nazwisko szanowanego Marszałka, tak bardzo znienawidzonego przez komunistów.

Powstanie Warszawskie

We wrześniu 1943 roku przyszły reżyser trafił do „szkoły elektrycznej przy Śniadeckich”.

W jednym z kilku życiorysów czytamy: „przerobiłem w domu kurs I gimnazjalnej i i zdałem jako ekstern do II klasy III Miejskiego Gimnazjum Elektrycznego”.

Bareja, który na szczęście dla polskiego filmu specjalistą od prądu stałego nie został, często wracał z kamerą w miejsca swojej młodości. Na planie serialu Alternatywy 4 ulica Śniadeckich stała się miejscem samochodowo-dźwigowego konfliktu pomiędzy Kołkiem a Kotkiem.

Wakacje 1944 roku Bareja wraz z bratem spędził na koloniach letnich Rady Głównej Opiekuńczej prowadzonych przez Zgromadzenie Sióstr Urszulanek w Milanówku. Tam zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.

Piętnastoletni Staszek i jego młodszy brat Wiesio planowali przebić się do walczącego miasta. Z bronią przyjmie ich przecież każdy powstańczy oddział, przymykając oko na przedpoborowy wiek. Wkrótce nadarza się okazja. W budynku obok, tuż za ogrodzeniem, kwateruje oddział Wehrmachtu, są też przychylni Polakom Węgrzy. Mimo zbliżającego się frontu żołnierze są rozluźnieni, pozostawiają broń bez opieki. Rodzeństwo obserwuje oksydowane lufy mauserów i MPi 40. Starszy z braci wspina się na ogrodzenie, kilka metrów i zdobędzie broń! Młodszy stoi obok, „na czatach”. Broń wydaje się w zasięgu ręki, gdy nagle z tyłu słychać krzyk matki: „Staszek, natychmiast wracaj!”.

Interwencja pokrzyżowała romantyczno-samobójcze plany Staszka, zapewne ratując mu życie. Nastolatkowie z bronią mieli niewielkie szanse na przebicie się do walczącej Warszawy. Od zachodu otaczał ją kordon jednostek SS, Schutzpolizei i własowcy, którzy schwytanych do niewoli „Polnische Banditen” mordowali na miejscu. W życiorysie dla WSF czytamy: „U tych zakonnic skończyłem 3 kl. gimnazjalną”. W Milanówku rodzeństwo z matką doczekało końca wojny

A co działo się na Sieleckiej? Samoloty Luftwaffe atakowały pozycje powstańców, masakrując przy okazji ludność cywilną. W nocy z 26 na 27 sierpnia Kompania AK „Krawiec” z pułku „Baszta” nacierała na koszary na Podchorążych. Prawdopodobnie wówczas dom nr 47 uległ uszkodzeniu.

Bareja należał do pokolenia zbyt młodego, by walczyć, i zbyt dojrzałego, by nie rozumieć wojennej tragedii. Zdarzało się, że jego rówieśnicy miotali butelki z benzyną lub „filipinki” na niemieckie czołgi albo też byli łącznikami. Jemu nie było dane walczyć i to pozostawiło trwały ślad w psychice reżysera. Miał świadomość-wyrzut, że powstanie przeżył bezpiecznie w Milanówku, gdy inni nastolatkowie walczyli i ginęli.

W środowisku filmowym podobne postawy były dość pow­szechne. U niektórych w psychice pojawił się tłumiony syndrom partyzanta, powstańca, akowca. W przypadku Stanisława Barei ponad wszelką wątpliwość wiemy, że jego trzej bracia cioteczni służyli w AK. Po 1945 roku komuniści używali całego arsenału czarnej propagandy, by zohydzić Powstanie Warszawskie, żołnierzy AK, rząd londyński, a także II Rzeczpospolitą. Stanisław Bareja był odporny na ideologiczne pranie mózgu, zarówno jako nastolatek, student, jak i jako dojrzały filmowiec. Okupacyjne reminiscencje Barei nie są jednak pełne heroicznych czynów. Jacek Fedorowicz pamięta niezrealizowany scenariusz z lat 60.:

Staszek chciał zrobić ze mną komedię gagową opowiadającą o człowieku, który po kapitulacji Powstania Warszawskiego został w mieście. Był już co prawda film Robinson Warszawski z Kurnakowiczem w roli głównej, chyba nie wszedł na ekrany z powodów cenzuralnych, w każdym razie Staszka fascynowało pokazanie samotnego faceta (miałem go grać) w zrujnowanym pustym mieście i tu — znów — chciał wykorzystać coś, co istnieje, mianowicie zachowane w latach 60. jeszcze w zaskakująco dobrym stanie (ale już nieużywane po wojnie) tory tramwajowe biegnące od placu Trzech Krzyży w dół ulicy Książęcej. Chciał zrobić scenę, w której ja przypadkiem powoduję szaleńczy kilkusetmetrowy zjazd wagonu tramwajowego Książęcą, będąc oczywiście w tym tramwaju w środku. Scena była bliska memu sercu, bo trzeba trafu, że Książęcą jeździłem czasem tramwajem nr 2 jako dziecko — przed Powstaniem mieszkałem na Powiślu. Ten tramwaj, co się miał wyrwać spod kontroli, to typowy przykład praktycznego myślenia Staszka o filmie.

W Misiu statyści w mundurach SS potulnie stoją w kolejce po obiad w filmowym bufecie, całkiem niepodobni do autentycznych, butnych hitlerowców. W tym samym filmie, w scenie, w której Ola Kozeł zapowiada „piosenkę żołnierską”, widzimy inny okupacyjny flashback: uzbrojonych Niemców, warszawski tramwaj i łapankę. Wojennych tropów jest więcej:

Ochódzki: Janek, wiesz, jak było! Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji…

Hochwander: Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem. Robię dwudziesty dziewiąty.

Bareja zbyt dobrze pamiętał wojenną tragedię, by z niej kpić. Ostrze ironii było skierowane w Porębę, Passendorfera, Petelskiego oraz innych „partyjnych” reżyserów, dla których wojna stanowiła pretekst dla „ideologicznie słusznych” filmów, a w rezultacie dla własnej kariery.

Ślady wojny znajdziemy w jednym z dialogów pomiędzy taksówkarzem Lesiakiem a Michalikiem w Zmiennikach:

Lesiak: Niemcy nacierali od Muzeum Narodowego i YMCI. Najpierw wyparli nas z willi Pniewskiego, a potem z poselstwa. Pod wieczór opuściliśmy ZUS. To była największa strata.

Michalik: A czemu to?

Lesiak: Bo tam szpital został. Pod wieczór, jak szedłem na kwaterę na Okrąg, to oberwałem w nogę. I tak się skończyło moje wojowanie.

W realizowanej Symfonii bohaterskiej w dwóch częściach, znanej jako Eroica Andrzeja Munka (cz. I Scherzo alla Pollaco) Stanisław Bareja wcielił się w rolę powstańca.

Chłopak w cywilnej koszuli i zdobycznych, esesmańskich spodniach czyta książkę, oparty plecami o kadłub rozbitego tramwaju-barykady. W pewnej chwili odkłada lekturę, chwyta karabin i celuje w intruza: „Stój!”. Cywil to Dzidziuś Górkiewicz (Edward Dziewoński), który przedziera się do sztabu na Mokotowie z tajną misją. Zaalarmowani koledzy odprowadzają go do kwatery powstańczej żandarmerii. Chłopak z karabinem i książką… Możemy sobie wyobrazić, że tak właśnie wyglądałby w sierpniu 1944 roku szeregowiec AK, Stanisław Bareja jako powstaniec.

W ekranizacji powieści Stefana „Wiecha” Wiecheckiego Cafe pod Minogą w reżyserii Bronisława Broka (1959) Bareja jako powstaniec, obrońca Starego Miasta, z biało-czerwoną opaską na ramieniu stoi w kolejce do kotła po przydziałową zupę, zapewne pamiętną „plujkę” z rozgotowanego jęczmienia pochodzącego ze zdobytych magazynów browaru Haberbusch i Schiele.

Powrót do ruin

Na początku marca 1945 roku wraz z matką i bratem powrócili do Warszawy.

W Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz podczas wizyty Krzakoskiego (Krzysztof Kowalewski) na Węgrzech jego rozmowa z Warszawą zostaje przerwana po uszkodzeniu linii telefonicznej przez kierowcę ciężarówki. Usiłuje się porozumieć z jedną z sekretarek. Słyszy:

Vihar volt, tuja! Vihar! Az oszlop — ledőlt! Nincsen semmi kapcsolásunk. Warszawa nincsen! Nincsen Varsó! (Była wichura! Wichura! Słupy uszkodzone. Nie mamy połączenia! Warszawy nie ma! Nie ma Warszawy!)

„Co, Warszawa zburzona?” — pytał przerażony dyrektor „Pol-Pimu”, który zrozumiał tylko ostatnie zdanie w języku Petőfiego.

Równie przerażony był przyszły reżyser, gdy wraz matką i bratem szedł wiosną 1945 roku ulicami zrujnowanego w ponad 80 procentach miasta. Wkrótce z okolic Sandomierza powrócił Sylwester, który podjął pracę w zakładzie wędliniarskim ojca.

Staszek kontynuował edukację w III Gimnazjum Miejskim im. H. Kołłątaja. W roku szkolnym 1944/45 nie otrzymał promocji do następnej klasy. Jak wynika ze świadectwa wystawionego 20 lipca 1945 roku, przyczyną była niedostateczna ocena z języka niemieckiego. Stanisław Bareja opanował ten język stopniu dobrym i podczas późniejszych pobytów w NRD i RFN komunikował się sprawnie. Wiadomo również, że w latach 1945–46 uczęszczał do Liceum im. T. Rejtana, które wówczas mieściło się przy Rakowieckiej 23, w budynku pofabrycznym. W ankiecie personalnej dla Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi czytamy, że Stanisław Bareja miał krótki epizod harcerski: od maja do lipca 1945 roku był zastępowym w ZHP. Znacznie ważniejszy był fakt, że w roku zakończenia wojny po raz pierwszy odwiedził kino — miejsce, które zmieniło całe jego życie. W zrujnowanej Warszawie jako pierwsze uruchomiono kino „Syrena”, a 2 kwietnia 1945 roku — „Polonia” (przed wojną „Imperial”) przy Marszałkowskiej 56 i tam późniejszy reżyser po raz pierwszy podziwiał dzieła X muzy.

Po wojnie Barejowie nie powrócili już na Sielecką. Przyszły reżyser wraz z rodzicami i rodzeństwem zamieszkał przy ulicy Lewickiej 19, u ciotki, Czesławy Świętochowskiej. Gdy dom przeznaczono do rozbiórki, ciotka w zamian otrzymała niewielkie mieszkanie na parterze jednej z kamienic przy Kwiatowej. Mokotowskie klimaty odnajdziemy w Brunecie wieczorową porą:

Ja widzę, że on cuś pęka, więc ja mu tak: „Pamiętaj, Rysiu, tylko niech cię ktoś ruszy, to cała Kwiatowa i pół Mokotowa pójdzie za tobą”!

W protokole wojennych zniszczeń sporządzonym przez Biuro Odbudowy Stolicy czytamy opis domu Sielecka 47: „budynek murowany, stary, kondygnacje 2, mieszkalny”. Stojącą obok wędliniarnię Barejów opisano jako „oficynę, kondygnacji 1, przemysłowa, stan: spalony”. W raporcie BOS z sierpnia 1945 roku wnioskowano: „wolnostojący komin przy ścianie szczytowej zagraża budynkowi 49”.

Komin wędzarni zakwalifikowano do wyburzenia. Jeszcze 8 lat po wojnie mieszkający wówczas w Jeleniej Górze Sylwester Bareja płacił podatek za zrujnowaną nieruchomość. Na mocy dekretu Bieruta działkę przejął Zarząd Miejski. W latach 60. zabudowano ją blokami spółdzielni „Energetyka”, powstał parking strzeżony. Kilka lat temu w południowej części powstał apartamentowiec przy ulicy Gagarina 26.

Wiesio

Jesienią 1946 roku rodzina Barejów przeprowadziła się do Jeleniej Góry. Zamieszkali przy Jana Kasprowicza 2, u zbiegu z ulicą Chrobrego. Trzykondygnacyjny, poniemiecki budynek z ok. 1912 roku wojnę przetrwał w dobrym stanie. Dziś wygląda znacznie gorzej i prawdopodobnie będzie przeznaczony do rozbiórki.

Położone malowniczo na skraju Sudetów miasto miało swój specyficzny klimat, np. tramwaje. Wielu z ok. 30 tys. mieszkańców było związanych zawodowo z licznymi stacjonującymi tam jednostkami Ludowego Wojska Polskiego. Ponadto w mieście znajdowały się zakłady mięsne, gorzelnia Państwowego Monopolu Spirytusowego, a przy ulicy Karola Miarki zakłady włókien sztucznych (od 1951 „Celwiskoza”). Z prywatnego przedsiębiorcy Sylwester Bareja stał się pracownikiem spółdzielni „Jeleń”, by awansować na kierownika w Państwowych Zakładach Przemysłu Mięsnego przy Wincentego Pola 23, przetwórnia ulica Długa 8. Stanisława Bareja znalazła zatrudnienie jako kasjerka w spółdzielni „Spólnota”, później także jako ekspedientka w sklepie. Wakacje w gorące lato 1947 roku mijały beztrosko. Miejsc do pływania, które tak lubił, nie brakowało: Bóbr, Kamienna, poniemieckie baseny. Dziesiątego sierpnia 1947 roku w upalną niedzielę beztroski nastrój wakacji prysł jak mydlana bańka. Sylwester Bareja wraz z synami wyruszyli na wycieczkę do oddalonego o 17 kilometrów wodospadu Podgórna. Górska miejscowość Przesieka w latach 1945–46 nosiła nieoficjalną nazwę Matejkówka: podczas wojny Niemcy przechowywali tam zrabowane obrazy Jana Matejki.

Na łamach magazynu górskiej turystyki „NPM” (6/2017) ekspert Sudetów Tomasz Rzeczycki tak opisał tragiczne wydarzenie:

Sylwester Bareja, ojciec znanego reżysera, wybrał się tam na letnią wycieczkę ze swoimi synami. Młodszy z nich, Wiesław, zaproponował zrobienie kilku nietypowych zdjęć. Mimo ostrzeżeń wdrapał się na skałkę sterczącą tuż nad wodospadem. Gdy jego brat, Stanisław, szykował aparat fotograficzny, aby mu go podać, skałka obsunęła się wraz z Wiesławem, który wpadł w nurt wody. Ciężko rannego chłopaka wydobyto spod wodospadu i przetransportowano do szpitala w Cieplicach Śląskich-Zdroju. Niestety, kilka godzin po wypadku 16-latek zmarł.

W tekście Rzeczyckiego pojawia się informacja, że zdarzyło się to w „drugiej połowie sierpnia”, lecz z zachowanego aktu zgonu wynika, że stało się to ponad wszelką wątpliwość w niedzielę, 10 sierpnia 1947 roku. Dawny Szpital Miejski przy ulicy Jagiellońskiej 26 w Cieplicach (obecnie leżą one w granicach Jeleniej Góry) nie funkcjonuje od kilkunastu lat. Zachowała się relacja zmarłej kilka lat temu emerytowanej pracownicy, pielęgniarki Marii S. Zapamiętała ona tragiczne wydarzenie wyjątkowo dobrze, bo właśnie na początku sierpnia 1947 roku rozpoczynała swoją pracę w cieplickim szpitalu, były to jej pierwsze dni w nowym zawodzie. Opowiadała ona o „chłopcu lat około 15, którego przyniósł zrozpaczony ojciec z wypadku przy wodospadzie. Miał bardzo rozbitą głowę, nie odzyskał przytomności i zmarł wieczorem tego samego dnia, po kilku godzinach”. Czy Maria S. faktycznie była obecna przy łóżku ciężko rannego Wiesia Barei, czy też opisywała całkiem inną osobę? Śmiertelne wypadki przy sudeckich wodospadach zdarzały się wówczas nawet kilka razy w roku i niestety zdarzają się i obecnie. W sierpniu 1947 roku poza tragicznym upadkiem Wiesia nie odnotowano podobnego incydentu, niewykluczone więc, że Maria S. była faktycznie obecna przy śmierci chłopca.

Dla Staszka śmierć młodszego brata była bez wątpienia ogromną traumą. Z relacji żony i dzieci wynika, że urlopy i wakacje spędzali czas niemal zawsze nad morzem, jeziorem, konsekwentnie unikając górskich szlaków. Próżno by szukać motywu gór w filmach Barei. Wyjątkiem jest krótka scena w Brunecie wieczorową porą, a motyw górala spadającego w przepaść ma w kontekście wypadku brata niepokojącą wymowę.

Kamień z Jeleniej Góry (1946–1949)

W Jeleniej Górze przyszły reżyser, zdeklarowany humanista, trafił do klasy matematyczno-fizycznej w Państwowym Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego przy Kochanowskiego 18. Staszek lubił czytać i prowadził dziennik. Zapisywał tam tytuły przeczytanych książek, a czytał ich naprawdę mnóstwo! Wiele tytułów to klasyka światowej literatury, pozycje historyczne oraz trudna w odbiorze proza przełomu XIX i XX wieku. W dzienniku pojawiły się ślady fascynacji, która wkrótce zmieniła jego życie. To wklejone bilety z seansów w kinach „Marysieńka” i „Lot” oraz teatrów w Jeleniej Górze i Warszawie, do której przyjeżdżał na ferie świąteczne. Obydwa kina zostały uruchomione w 1946 roku. „Lot” przetrwał do dziś przy ulicy Pocztowej 11,„Marysieńkę” zamknięto kilka lat temu. Jakie filmy wówczas pokazywano?

W 1947 roku ze 100 wyświetlanych filmów 34 pochodziły z ZSRR, 6 — z Wielkiej Brytanii, 12 — z Francji. Dwa lata później aż 33 obrazy dostarczył Mosfilm. W innych krajach „demokracji ludowej” wyprodukowano 22, 11 w Francji, 3 — w Wielkiej Brytanii i tylko jeden film pochodził z Hollywood. Przedsiębiorstwo Film Polski sprowadziło także kilka tytułów z Danii i Szwecji. Pod koniec dekady wprowadzano filmy czechosłowackie i węgierskie.

Młodzieńcza fascynacja kinem i teatrem odwróciła uwagę Stanisława od nauki. Z zachowanych luźnych kartek notatnika dowiadujemy się, że od 12 grudnia 1947 przez półtora miesiąca kilkadziesiąt razy odwiedzał salę kinową. Przy niektórych tytułach pojawiają się oceny. Podobne zapiski widzimy przy tytułach sztuk teatralnych, które obejrzał w tym czasie. Angielski dramat Siódma zasłona Benneta otrzymał ocenę 4-, Z kolei obdarzony „szczerością szlachetnej intencji i tendencji społecznej” obraz Jasne łany Cękalskiego Bareja ocenił na „cztery z dwoma”.

Podczas ferii świątecznych 1947/48 wraz z rodzicami wyjechał do Warszawy. Pod datą 2 stycznia 1948 znajdujemy lakoniczny zapis Hamlet. Spektakl o tragicznych losach duńskiego księcia z Marianem Wyrzykowskim w roli głównej otrzymał najwyższą ocenę. Następnego dnia oglądał ocenioną równie wysoko szekspirowską Burzę. W Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz Krzakoski ogląda Otella w budapeszteńskim teatrze. Jego zachwyt sięga zenitu, gdy tytułowy bohater zaciska palce na szyi Desdemony:

— Giń, nierządnico, nic cię nie ocali.

— Zabij mnie jutro, oszczędź dziś tylko.

— Chcesz się opierać?

— Tylko pół godziny.

— Po dokonaniu skończy się wahanie.

— Niech się pomodlę tylko.

— Już za późno…

Według węgierskiego przekładu (przeł. Károly Szász, wydanie z 1886 roku, Budapeszt) cytowany powyżej fragment V aktu brzmi tak:

Otello: Hah szajha! még szemembe siratod?

Desdemona: Oh férjem űzz el! Oh csak meg ne ölj.

Otello: Meg kell halnod, gyalázatos.

Desdemona: Vagy holnap ölj meg, hagyj élnem ma még!

Otello: Ellenszegülsz?

Desdemona: Egy fél órát csupán!

Otello: Az már lejárt, habozni nincs idő.

Desdemona: Csak addig, míg elmondok egy imát.

Otello: Késő!

Dla dyrektora „Pol-Pimu” wariant „wenecki” to znakomita alternatywa dla kosztownego procesu rozwodowego. Fascynacja Barei Szekspirem była naprawdę silna. W czwartym odcinku Zmienników skacowany Mroczkowski odnajduje zwłoki sąsiadki pływające w wannie jak hamletowska Ofelia w strumieniu.

Dziś, ponad trzy dekady po śmierci króla polskiej komedii, uderza nas niezwykła zbieżność losów: klasyk ze Stratford był przez wielu sobie współczesnych pogardzany, uważany za „artystę dla plebsu”. Stanisław Bareja, dziś mistrz gatunku uznawanego w PRL za drugorzędny, na piedestał został wyniesiony dopiero post mortem.

Podczas ferii spędzonych w Warszawie oglądał także Rewizora Nikołaja Gogola, operetkę Smetany Sprzedana narzeczona oraz wystawioną w Teatrze Małym sztukę George’a B. Shawa Żołnierz i bohater. Bareja nie był bezkrytycznym widzem. Przy jednej ze sztuk oglądanych w Jeleniej Górze znajdziemy adnotację „sztuka 4-, wykonanie 3”.

Jak wielu rówieśników zapragnął zostać marynarzem. Korespondował z jednym żeglarskich tytułów. Chciał zamustrować się na statku lub żaglowcu i wypłynąć w daleki rejs. Podczas wakacji 1948 roku odbył nawet miesięczny kurs pracy morskiej, zaliczony do służby Polsce. Po nim szybko „wyleczył się” ze swoich morskich marzeń. Przyszły reżyser trafił do sekcji bokserskiej miejscowego klubu. Na szczęście dla kości nosa (i polskiego filmu!), nie poszedł w ślady uwielbianego Aleksego Antkiewicza, zwanego Bombardierem z Wybrzeża.

Zamiast bokserskiej gruszki Bareja wybrał basen, stając się jednym z najlepszych pływaków wśród swoich rówieśników. Zamiłowanie do pływania pozostało mu do końca życia. Według licznych relacji był znakomitym, wytrwałym pływakiem, dobrze nurkował. W rozmowie przeprowadzonej na początku 2009 kolega ze studiów w Łodzi Janusz Wejchert mówił: „Staszek pływał jak ryba, chyba najlepiej z całego naszego roku”.

W roku szkolnym 1948/49 Stanisław Bareja pracował społecznie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Jeleniej Górze i podobnie jak w przypadku filmów i spektakli, oceniał także przeczytane lektury. Z zachowanych fragmentów zapisków wynika, że w ciągu kilku tygodni na przełomie 1947/48 przeczytał kilkadziesiąt książek! Wśród nich są powieści historyczne Bolesław Chrobry Gołubiewa i Kostka Napierski Orkana oraz francuska proza: Zola Germinal, Gide Fałszerze i Giraudoux Bella. Na liście lektur znajdują się książki przygodowe: Pilot gwiaździstego znaku Meissnera, a także Jules Verne i jego Straszny wynalazca. Żelazną pozycją była Księga dżungli Kiplinga. W spisie lektur nie brak i poważniejszych tytułów: Balzac Stracone złudzenia, Galsworthy Saga rodu Forsyte’ów (ocena 5), Czerwone tarcze Iwaszkiewicza, Hamsun Głód, Undset Krystyna, córka Lavransa. Z polskich książek można wymienić Drugie życie doktora Murka Dołęgi-Mostowicza oraz… Zadanie porucznika Kenta Macieja Słomczyńskiego, znanego jako Joe Alex. Trzydzieści dwa lata później porucznik Kent stanie się hrabią Barrym Kentem, właścicielem tej „znikniętej ostatniej paróweczki”.

W maju 1949 roku Stanisław Bareja stanął przed Państwową Komisją Egzaminacyjną, by zdać egzamin dojrzałości. Z nauki o Polsce i świecie współczesnym otrzymuje ocenę bardzo dobrą. Na maturalnym świadectwie widzimy duży rozrzut ocen. Języki polski, niemiecki, chemia, religia oraz przysposobienie wojskowe — dobra. Stan wiedzy o historii, fizyce i biologii komisja oceniła na dostateczny.

Będąc na studiach filmowych, Bareja wielokrotnie odwiedzał rodziców mieszkających w Jeleniej Górze. Na początku 1977 roku, już po ukończeniu studiów, wraz z operatorem Andrzejem Ramlauem przyjechał do oddalonych od miasta o 15 kilometrów Pilchowic, by zrobić dokumentację fotograficzną plenerów zapory na rzece Bóbr. Wraz z Jackiem Fedorowiczem planowali wówczas realizację komedii wojennej Trójka do bicia. Bareja i Ramlau wykonali serię zdjęć pilchowickiej zapory, jednak scenariusza nigdy nie zrealizowano.

Ukryty talent

Nie sposób pominąć talentu rysunkowego przyszłego króla komedii. Za pomocą kilku, kilkunastu dosłownie kresek potrafił naszkicować niezły satyryczny obrazek, np. zabawną postać. Bez wątpienia posiadał zmysł wyobraźni przestrzennej, widzenia plastycznego. Miało to duży wpływ na jego filmy: dar błyskawicznego i celnego wychwytywania najbardziej charakterystycznych cech postaci, ich syntezy, przetworzenia na prosty zapis rysunkowy godny zawodowych karykaturzystów. Jego rysunki nie były typowymi karykaturami w stylu Edwarda Ałaszewskiego czy Zbigniewa Lengrena. Pochodzące z lat 40. i 50. szkice Barei bliższe były lekkim, pełnym ironii szkicom Mariana Walentynowicza, twórcy przygód Koziołka Matołka. Z tego okresu pochodzi zachowany w rodzinnym archiwum reżysera rysunek ciężarówki jadącej po zygzakowej szosie. Karykaturalnie wydłużona sylwetka samochodu jest elastyczna jak guma, jej obrys idealnie wpisuje się pomiędzy pobocza drogi. Bareja wyprzedził swoją epokę o kilka dekad, stosując znane w Hollywood, a w Polsce wówczas nieznane — storyboardy, szkicowe scenopisy obrazkowe, proste i czytelne wskazówki dla aktorów, operatorów czy innych osób z filmowej ekipy. Aktorzy wspominają, że na kartce potrafił szybko rozrysować daną scenę czy ujęcie, prostym rysunkiem zastąpić setki słów, mentorską tyradę czy powszechną na planie scysję z cyklu „Źle to grasz!”. W wywiadzie („Tygodnik TVP”, 27 maja 2016) żona reżysera Hanna Kotkowska-Bareja wspomina: „Mąż bardzo dobrze rysował. Gdyby zajmował się tym w życiu, też by osiągnął sukces”. Operator Wojciech Jastrzębowski (zm. 2016), który przez kilkanaście lat współpracował z Bareją przy realizacji zdjęć jego późnych filmów i seriali, doceniał rysunkowe umiejętności reżysera:

Plastyczny talent nie jest warunkiem koniecznym w pracy reżysera, lecz w przypadku Staszka bardzo mu pomógł. Wielu najlepszych reżyserów świetnie rysowało. To dotyczyło także Staszka, który stale coś szkicował na kartkach lub na zwykłych, stołowych serwetkach. Niektórzy mówili „On ciągle coś bazgroli”, ale w tych rysunkach widać było pewną kreskę, znakomite oko. Słowo „storyboard” pojawiło się u nas po 1989 roku, a Staszek rozrysowywał niektóre ujęcia już wiele lat wcześniej. Choć i tak precyzyjnie, jasno formułował myśli, mówił bardzo konkretnie, jego rysunki były dla nas pomocne. Miał zmysł rysownika, ale też fantastycznie fotografował. Gdy w 1972 r zaczynałem pracę z nim jako 19-letni fotosista, na planie Poszukiwany, poszukiwana, bardzo mi pomagał, wiele się przy nim nauczyłem nie tylko jako operator, ale także jako fotograf.

Najstarsze fotografie autorstwa Stanisława Barei pochodzą z lat 40., z Jeleniej Góry. Wykonywał je prawdopodobnie popularnym wówczas aparatem marki Leica, zapewne był to jeden ze starszych, przedwojennych modeli. Fotografów nazywano dość powszechnie „lejkarzami” i to słowo znajdziemy także we wczesnym scenariuszu Misia.

Indeks nr 138, czyli kandydat na operatora

Dla wielu osób zaskoczeniem będzie fakt, że początkowo Bareja był zainteresowany pracą operatora filmowego, nie zaś reżysera. W ankiecie dla WSF pisał:

Wybieram się do dalszych studiów W.S.F. dlatego, że najbardziej ze wszystkich zawodów podoba mi się praca w filmie. Przekonanie to powziąłem po długiej lekturze czasopism filmowych (…). Z zawodów filmowych najbardziej interesuje mnie operatorka. Kiedy zacząłem chodzić do kina (w r. 1945), najbardziej interesowała mnie technika wykonywania zdjęć trickowych. Zacząłem więc szukać wyjaśnienia zagadki w starych rocznikach „Kina” i nielicznych broszurach o filmie. Później zainteresowałem się samą techniką wykonywania zdjęć: jak travellingiem, zdjęciami panoramicznymi, rozmaitymi planami itp. Dziś zwracam największą uwagę przy oglądaniu filmu na samo piękno zdjęcia, tj. budowę klatki filmowej i oświetlenie. Do tej ewolucji zainteresowań przyczyniły się pisma wydawane przez „Film Polski”: „Film”, „Gazeta Filmowa”, „Kinotechnik”. Poza tym staram się zużytkować nabyte przy czytaniu wiadomości, jestem bowiem zapalonym fotoamatorem. Według mnie operator musi posiadać następujące uzdolnienia: poczucie piękna, zdolności rysunkowe, wrażliwość na kolory (…), niepoprzestawanie na dotychczasowych osiągnięciach, a ciągłe szukanie nowych form oraz cierpliwość i szybkość decyzji.

Czerwiec 1949 roku. Świeżo upieczony maturzysta i absolwent jeleniogórskiego liceum jedzie na egzamin wstępny do Wyższej Szkoły Filmowej (obecnie Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera w Łodzi). Trwał właśnie nabór na studia na wydziałach operatorskim i reżyserskim.

W 2009 roku Janusz Weychert wspominał pierwsze spotkanie z Bareją:

Czerwcowy dzień. Koło murku, nieopodal budynku szkoły stoi chłopak. Podszedłem i spytałem, gdzie składa się dokumenty na studia. Sprawiał wrażenie osoby bardzo sympatycznej.

— Jestem Staszek Bareja.

Okazało się, że też zdaje do szkoły filmowej. Szybko stał się moim najlepszym przyjacielem.

W pałacu należącym niegdyś do przemysłowca tekstylnego Oskara Kohna studenci WSF żyli jak w koszarach. Na początku mieszkali po trzydzieści osób w sali. Po kilku miesiącach zbudowano prowizoryczne baraki. Później powstał istniejący do dziś „murowaniec”, namiastka prawdziwego akademika.

Na dole znajdowała się stołówka. Pierwsze i drugie piętro przeznaczono na pokoje.

Weychert relacjonował:

Odliczając krótki sen, cały czas spędzaliśmy razem jak w koszarach. Wykłady. Posiłki. Projekcje filmów. Ponad sto pięćdziesiąt osób w jednym miejscu. Czasem zdarzał się wypad do kawiarni, do centrum.

Warto przypomnieć realia, w jakich przyszło studiować rocznikowi ’49. Reżyser Wanda Jakubowska określiła priorytety dla rodzimego kina:

(…) Obiecujemy, że damy filmy robione z myślą służenia polskiej klasie robotniczej, filmy, które pomogą naszej partii wychować polski naród na budowniczych i bojowników socjalizmu (…) Forma i styl filmu polskiego wynikać musi z nowej, rewolucyjnej treści, podobnie jak to jest w Związku Radzieckim, gdzie sztuka filmowa stoi na najwyższym poziomie, służąc masom ludowym.

Jakubowska napiętnowała „amerykańską szmirę filmową, zalewającą inne kraje tandetą, deprawującą, tumaniącą i ogłupiającą masy pracujące”. W PRL filmowcy mieli stać się „bojownikami na froncie walki ideologicznej”.

Jedynym wzorcem dla polskich filmowców stały się produkcje sowieckiego Mosfilmu. Studenci byli poddani silnej indoktrynacji. Stanisław Bareja okazał się jednak na nią wyjątkowo odporny.

Dwutygodnik „Film” (20/1949) informował: „10 października odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. W bieżącym roku akademickim szkoła obejmuje już 4 lata studiów, a liczba słuchaczy wynosi ok. 150 osób”.

Po uroczystości student Bareja odebrał indeks z numerem 138.

Studia na wydziale reżyserii trwały pięć lat. Tok nauki był dwustopniowy: pierwsza część studiów była unitarna, wspólna dla wszystkich. Specjalizacja w kierunku reżyserskim zaczynała się dopiero od czwartego roku.

Z rocznika ’49 obok Stanisława Barei wybrało ją 37 studentów, m.in. Tadeusz Chmielewski, Lech Lorentowicz, Janusz Morgenstern i Andrzej Munk.

Październikowy marszobieg studentów łódzkiej uczelni był raczej zbiorową manifestacją „właściwej postawy ideologicznej” niż zaprawą kondycyjną. Bareja wystartował bez entuzjazmu. Trasa długości około sześciu kilometrów wiodła wokół lasu. W połowie dystansu z kolegą odłączyli od grupy. Wystarczyło porozumiewawcze spojrzenie. Ów student nazywał się Jan Łomnicki i pochodził z Podhajec koło Lwowa. Przebiegli las na skróty i niezauważeni dołączyli do środka grupy.

Niegroźny żart nie uszedł uwadze jednego z „kolegów”, który złożył donos. W trybie nadzwyczajnym zwołano zebranie studentów wydziału. Wybryk nagle stał się poważnym występkiem natury politycznej. Student, który unika marszobiegu to dezerter z frontu ideologicznego! Występek niegodny uczelni!

Z sali rozległy się głosy wzburzonych, żądające relegowania Łomnickiego ze szkoły. Nawet koledzy Morgenstern i Weychert milczeli sparaliżowani strachem. Nagle Bareja wstał i przyznał się do współudziału w „przestępstwie”. Zapanowała martwa cisza. W latach stalinowskich denuncjowanie kolegów, znajomych, a nawet członków własnej rodziny nie dziwiło nikogo. Cywilna odwaga niezwykle zdrożała. Każdy, łącznie z aktywistami, mógł popaść w niełaskę i stać się „wrogiem ludu”. Bareja, przyznając się do współudziału w „dezercji”, uratował Łomnickiego z poważnych opresji. Wina dwóch studentów rozłożyła się na każdego z nich po równo. By przypadkiem nie okazało się, że do „spisku” dołączył trzeci, czwarty lub dziesiąty student, co oznaczałoby „masową dezercję”, sprawę… umorzono.

W styczniu 2009 roku Janusz Morgenstern wspominał:

Staszek zaimponował mi ogromną odwagą i spokojem w trudnej, prawie beznadziejnej sytuacji. Nawet na chwilę nie stracił pogody ducha, choć nikomu nie było wtedy do śmiechu.

„Afera marszobiegowa” zakończyła się naganą. Jednego studenta można było bez trudu usunąć z uczelni. Choćby dla przykładu. Z dwoma było znacznie trudniej. A jeśli mieli utajonych wspólników, którzy biegli po wyznaczonej trasie? Incydent mógł uderzyć w cały wydział i zainteresować śledczych UB ze wszystkimi tego konsekwencjami. W czasie gdy niepoprawny politycznie dowcip opowiedziany niewłaściwej osobie kończył się kilkuletnim wyrokiem, taki scenariusz wydawał się przerażająco realny. Konsekwencje spowodowane „brakiem czujności ideologicznej” ponosił także aktyw. Po raz pierwszy w życiu Bareja stanął w ostrej kontrze do obowiązującego systemu i narzuconych przez niego zasad. Stanął i …wygrał. Z Łomnickim zostali najlepszymi przyjaciółmi na całe życie. Donosiciel, jak obydwie jego ofiary, stał się znanym i szanowanym powszechnie filmowcem. To była pierwsza próba odwagi.

„Dezerterzy” mieli więcej szczęścia od koleżanki ze studiów, Zofii Dwornik. Podczas spotkania towarzyskiego powiedziała, że ojciec jej zmarł w obozie w Starobielsku, a stryj został zamordowany przez NKWD w Katyniu. Kolega z roku, późniejszy reżyser, Wadim B., który sprowokował ją do wyznań, złożył donos. Miesiąc później do drzwi pokoju w internacie zapukali agenci UB. Jacek Trznadel w Powrocie rozstrzelanej armii opisał tragiczne losy studentki:

Dnia 31 stycznia 1951 r. Sąd Wojewódzki dla m. Łodzi w wydziale IV karnym (…) rozpoznawszy dn. 31 stycznia 1951 roku sprawę DWORNIK Zofii, urodz. 23 IX 1922 r. w Żurawicach pow. Przemyśl, córka Stefana i Marii z d. Rzepeckiej, oskarżonej o to, że: w dniu 17 września 1950 roku w Łodzi rozpowszechniała fałszywe wiadomości o rzekomym braku ze strony Rządu Polski Ludowej troski o poprawę bytu klasy robotniczej, o zbrodni Katyńskiej i o rzekomej agresji w 1939 r. Związku Radzieckiego na Polskę i z mocy art. 22 dekretu z dnia 13 VI 1946 r. (Dz. U. nr 30 poz. 192) (…) oskarżoną Zofię Dwornik uznać winną tego, że w 1950 roku, w Łodzi rozpowszechniała fałszywe wiadomości o rzekomym braku ze strony Rządu Polski Ludowej troski o poprawę bytu klasy robotniczej, o zbrodni Katyńskiej i o rzekomej agresji w 1939 r. Związku Radzieckiego na Polskę (…) skazać ją za to na 1 rok więzienia (…).

Siedziałam od października do stycznia w nie opalanej piwnicy. Jedna ściana całą zimę była oblodzona, a od sufitu mżyło światło żarówki palącej się dzień i noc. Wszystkie ciuchy śmierdziały wilgocią (…) W kwietniu 1951 roku przewieziono mnie z więzienia na ulicy Gdańskiej do obozu dla niskowyrokowych w Głazie. Był to rodzaj PGR-u, gdzie pracowały kryminalistki, a więc złodziejki, prostytutki, bajzelmamy. Gdy przywieziono nasz transport i oddziałowy odczytywał listę, nieopatrznie zapytał, czy to ja jestem z wyższej uczelni. W tym środowisku to było coś podejrzanego, prawie jak krwiopijcza burżuazja. Więc kiedy na drugi dzień szukano ochotniczek do rozrzucania gnoju, jedna z proletariuszek wykrzyknęła, że „wyższa uczelnia świetnie się do tego nadaje”. (…) Pozwolono mi zrobić absolutorium, o dyplomie nie było jednak mowy.

Janusz Weychert wspominał:

Zosię pozbawiono środków do życia. Była zdolną montażystką. W końcu przygarnęła ją Wanda Jakubowska, która autentycznie wierzyła, że komunizm to zbawienie ludzkości. Potrafiła zbesztać za brak wiary w Stalina i partię. Nie zaszkodziła jednak nikomu. Brzydziła się donosami. Wybroniła Zosię przed filmowymi hienami.

Ślady wydarzenia odnajdziemy w serialu Zmiennicy, w odcinku Obywatel Monte Christo. Nie był to jedyny epizod przyszłych filmowców z bezpieką w tle.

Z monografii Filmówka — opowieść o łódzkiej szkole filmowej dowiemy się, że podczas zajęć z fotografii, gdy studenci wyruszyli w miasto z aparatami, Andrzej Strzyżowski zobaczył na ulicy wspaniałą limuzynę. Na kliszy fotograficznej chciał utrwalić słoneczne bliki na czarnym lakierze. Z budynku wybiegło kilku mężczyzn. Pobili go dotkliwie i zawieźli na UB. Tam dowiedział się, że jest amerykańskim szpiegiem. Jego „zbrodnia” polegała na próbie fotografowania samochodu jednego z wysokich oficerów enerdowskiej STASI, który wówczas wizytował Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Po sześciu tygodniach odzyskał wolność, tracąc zdrowie i wiarę w ustrój.

Po latach, podczas jubileuszu szkoły, były personalny uczelni, etatowy funkcjonariusz UB przyznał, że jego instytucja rozpięła parasol ochronny nad szkołą, przymykając oko na niektóre wybryki adeptów X muzy. Janusz Morgenstern pamięta, że jego koledzy z innych uczelni opowiadali mu o panującym tam reżimie. Na ich tle łódzka uczelnia mogła uchodzić za oazę wolności.

Drugi raz Bareja stanął murem za Łomnickim, gdy ten po jednej z imprez, dalekich w klimacie i nastroju od spotkań abstynentów, wszedł w konflikt z milicjantami z pobliskiego komisariatu. Zaczęło się niewinnie. Według Janusza Morgensterna Łomnicki wyjął kwiatki z wazoników, które stały na stolikach w kawiarni i wręczył je jednej z obecnych tam dziewcząt. Ktoś zawiadomił milicję, donosząc o „zaborze społecznego mienia”. Ścigany przez patrol student ewakuował się z lokalu i …wtargnął na komisariat MO, po czym zabarykadował się tam przed prawowitymi użytkownikami obiektu. Według Kazimierza Kutza wydarzenie miało miejsce w restauracji na dworcu Łódź Fabryczna. Łomnicki miał podrywać dziewczynę siedzącą z oficerem LWP, który zawiadomił milicjantów.

We wspomnianej już monografii o łódzkiej szkole filmowej czytamy:

— Tak jest, też należę do ZMP, rozumiem — i szybko wyszedł na świeże powietrze. Oprzytomniał trochę, wystraszył i zaczął uciekać. Milicjanci za nim, ale jak to w Łodzi — bramy pozamykane, wszędzie musi być cieć, klucz itd. W końcu trafił na jedne otwarte drzwi, wpadł i… okazało się, że jest na posterunku MO. Bez chwili zastanowienia zamknął się w celi (…) Sprawa stanęła na Radzie Wydziału. Wdała się w to wszystko partia. Odbyło się decydujące zebranie. Łomnicki siedział skruszony. Oskarżyciel z ramienia partii stwierdził, że z takich ludzi jak Łomnicki rekrutują się amerykańscy szpiedzy. Wtedy wstałem i żeby załagodzić sytuację, powiedziałem, że nie ma prawa tak wyrokować o Łomnickim, bo sam jest większym pijakiem. No i w głosowaniu wylaliśmy Janka z ZMP, ale w szkole pozostał.

Kto za? Wszyscy! No, prawie wszyscy… Stanisław Bareja jako jedyny nie poszedł za tłumem i głosował przeciw.

Kto broni wroga, sam wrogiem się staje…

Outsider broniący własnych poglądów. Na początku lat 50. była to postawa ryzykowna. Oprócz Barei i Jana Łomnickiego w „Kolektywie” byli Janusz Wejchert, Janusz Morgenstern i Lech Lorentowicz. Na drugim roku dołączył do nich pochodzący z biednej, kolejarskiej rodziny z Szopienic Kazimierz Kuc, znany pod przybranym w latach 50. nazwiskiem „Kutz”.

Wejchert (2009):

Kazik był „surowym” chłopakiem z biednej kolejarskiej rodziny. Egzaminy zdał słabo. Przyjęto go jednak, ponieważ na roku był zbyt niski odsetek studentów z rodzin robotniczych i chłopskich. Dokonał niezwykłego wysiłku, nadrabiając materiał. Niezwykle ambitny. Lubił skupiać na sobie uwagę. Niedobór wzrostu nadrabiał temperamentem. Do dziś pozostał mu niewyparzony język. Bareja zaprzyjaźnił się z Kazikiem bardzo szybko. Był ufny i otwarty.

Janek (1929–2002)

Janusz Wejchert wspominał w 2009 roku:

Po ucieczce z marszobiegu Staszek i Janek Łomnicki stali się najlepszymi przyjaciółmi. To ich bardzo zbliżyło, choć tak bardzo różnili się temperamentem. Staszek — zawsze uśmiechnięty, dziś się mówi „wyluzowany”, raczej spokojny, nawet gdy wokół sytuacja była dramatyczna. Janek? No, cóż, był moim dobrym kolegą, ale czasem bywał cholerykiem, poza tym wulkan energii, bystry, inteligentny, ale nie zagrzał długo miejsca. Dziś o nadpobudliwych dzieciach mówi się „ma ADHD”, Janek miał coś z takiego nadpobudliwego, trochę niesfornego dziecka. Ale tak w sensie pozytywnym, wszędzie go było pewno. Staszek bardzo dużo czytał, Janek — zwykle wybierał zabawę. No i czasem przy okazji wpadał w tarapaty, z których go wyciągał właśnie Staszek. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze się uzupełniali, rozumieli bez słów, wystarczył gest, mrugnięcie okiem i już obydwaj wiedzieli, o co chodzi. Na początku lat 70. miałem okazję pracować z Jankiem przy Poślizgu. Powiem tylko, że bywało nerwowo. Ale dodam też, że było kilku reżyserów bardziej nerwowych od Janka!

Tomasz Michalak, o którego „podziemnej” (także dosłownie!) współpracy z królem komedii będzie jeszcze mowa w dalszej części książki, miał dość rzadką okazję pobytu na planie Misia Stanisława Barei i serialu Dom Jana Łomnickiego. Nie był filmowcem ani aktorem. W sierpniu 2019 roku mówił:

Bardzo lubiłem Janka Łomnickiego prywatnie, przy kawie. Wspominam go z wielką sympatią, wspaniały sympatyczny człowiek z dużym poczuciem humoru, z dystansem. Ale na planie zachowywał się całkiem inaczej, był wymagający, ale wymagający nerwowo, klął jak szewc, spięci byli i aktorzy, i ekipa z paniami od makijażu włącznie. Kiedyś obsztorcował wózkarza: „Kamera stop!. Ten wózek ma się k…a toczyć, a nie podskakiwać!”. Albo pretensje: „Z czego się pan śmieje? Przecież to będzie widać w kadrze!”. Ze Staszkiem ogromnie się przyjaźnili, tak bardzo różni od siebie. Staszek na planie był okazem absolutnego spokoju i łagodności. Mówił wyraźnie, ale raczej cicho. Inni bywali głośniejsi. Na planie Misia słychać było głównie Tyma, a nie Bareję! Gdy ktoś z aktorów się spóźniał, Staszek czekał cierpliwie, bywał lekko zirytowany, ale absolutnie nie podnosił głosu, nie klął, a gdy winowajca wreszcie się pojawiał, nie robił awantur czy wyrzutów. Mówił konkretnie, tylko tyle, ile trzeba, by aktor zorientował się, co i jak zagrać. Dawał ekipie dużo swobody. Jeśli na przykład pojawiały się chmury, mówił: „Przerwa! Przeczekamy to, zaraz wyjdzie słońce”. Jeśli mimo plan był nadal nieoświetlony, mówił do oświetleniowca: „Niech pan troszeczkę tu doświetli, o tak, teraz dobrze!”. Janek Łomnicki reżyserował „siłowo”, Staszek przeciwnie — u niego rządził spokój. Prywatnie byli najlepszymi przyjaciółmi, zawsze nadawali na jednej i tej samej fali.

Może to właśnie tak odmienne temperamenty spowodowały, że filmowe ścieżki Barei i Łomnickiego krzyżowały się niezwykle rzadko. A jednak król komedii zagrał reżysera w czwartym odcinku serialu Dom. Z kolei pod koniec czerwca 1985 roku Jan Łomnicki wcielił się w rolę naczelnika w ósmym odcinku Zmienników.

Zmarł 18 grudnia 2002 roku.

Janusz (1922–2011)

Janusz Morgenstern był obok Jana Łomnickiego jednym z najlepszych i niezawodnych przyjaciół Stanisława Barei. Poznali się w 1949 roku i w dobrych relacjach pozostali już „dożywotnio”.

W poniedziałkowe przedpołudnie w styczniu 2009 roku zadzwonił telefon. „Pan dyrektor zaprasza na godzinę jedenastą” — mówiła Hanna Bystrowska z sekretariatu Studia Filmowego „Perspektywa”. Ustaliliśmy, że spotkanie z Januszem Morgensternem, szefem „Perspektywy”, potrwa tylko 30 minut.

Używając dzisiejszych określeń, Morgenstern był producentem Misia, lecz w 1979 roku nie posługiwano się tym „kapitalistycznym” słowem. Janusz Morgenstern opowiadał mi o jego niezrealizowanej komedii sensacyjnej Złoto z nieba z początku lat 80. Ogłoszono stan wojenny i projekt zawieszono. Jak się okazało, na zawsze. Reżyser z żalem stwierdził, że mógłby być to sukces na miarę komedii o prezesie Ochódzkim. Moje nadzieje, że z archiwum „Perspektywy” wydobędziemy nieznane, pożółkłe już dokumenty związane z produkcją Misia, okazały się płonne. Niestety, ze względu na brak miejsca do ich przechowywania, dokumentację zniszczono jeszcze w latach 80.

Ustalone pół godziny minęło i choć kalendarz dyrektora był bardzo napięty, nasza rozmowa nie zakończyła się zgodnie z planem. Morgenstern wspominał lata 80. i 70., cofając się we wspomnieniach powoli aż do okresu studiów w Łodzi. Opowiadał o opisanym już incydencie z marszobiegiem i budzącej podziw, niespotykanej w stalinowskich latach cywilnej odwadze Barei. W pewnym momencie zauważyłem, że oczy Janusza Morgensterna zawilgotniały. Był autentycznie wzruszony, gdy mówił:

Jak pewnie pan wie, rodziców straciłem w czasie wojny [Dawid i Estera Morgensternowie zostali zamordowani przez Niemców podczas Holokaustu — przyp. aut.]. Nie miałem właściwie nikogo bliskiego. Był kwiecień, chyba 1950 roku, na pewno tuż przed feriami na święta wielkanocne. Koledzy rozjeżdżali się do domów, ja miałem spędzić święta całkiem sam w internacie. Staszek podszedł do mnie i powiedział: „No, pakuj się, musimy zdążyć na pociąg!”. Na początku nic nie rozumiałem. „Pakuj się, jedziemy do mnie, przecież święta idą!”. Byłem kompletnie zaskoczony, zaszokowany. Nie byłem w stanie nic odpowiedzieć. Tamte święta wielkanocne spędziłem w Jeleniej Górze. Rodzice Staszka przyjęli mnie bardzo serdecznie, jak własnego syna. Nigdy nie doświadczyłem czegoś tak bliskiego, ciepła, czułem się jak w rodzinie, przy rodzinnym stole. Jego rodzice rozumieli, co się wtedy wydarzało, o nic mnie nie pytali, nie mówili o wojnie, o tym, co było dla mnie, ale i dla nich tak bolesne. Byli wspaniałymi ludźmi, a ich syn — wspaniałym kolegą i przyjacielem, który nigdy mnie nie zawiódł.

Byłem zaskoczony łzami w oczach znanego reżysera, a przede wszystkim wspomnieniem tak bardzo prywatnym. Nasze spotkanie przedłużyło się do ponad dwóch godzin.

Wybitny reżyser, przyjaciel bohatera tej książki i producent Misia Janusz Morgenstern zmarł 6 września 2011 roku.

Bareizm po raz pierwszy

Bareja, Kuc (później Kutz), Lorentowicz, Łomnicki, Morgenstern i Weychert stworzyli według modnego wówczas słowa tzw. „kolektyw”, który także prywatnie okazał się zgraną paczką kolegów. W przyszłości jego członkowie okażą się uznanymi reżyserami. Już na studiach panowała opinia, że „Wielka szóstka” skupia najzdolniejszych studentów na roku.

Otóż mieliśmy taki pamiętnik, gdzie każdy wpisywał swoje pomysły, uwagi, żarty. Sporo było tam moich wpisów. Ja miałem skłonność do humoru absurdalnego — ten rodzaj żartu nazwano bareizmem. Potem grupa się rozpadła

— mówił Bareja ćwierć wieku później. Termin „bareizm” miał początkowo pozytywne znaczenie. Zmieniło się to kilkanaście lat później za sprawą Kazimierza Kutza.

Janusz Weychert dodaje, że podczas studiów nikt takiego sformułowania nie używał: „Po prostu mówiliśmy: kolejny żart Staszka”.

Koledzy z „Kolektywu”, nazywanego we wspomnieniach Kutza „Wielką szóstką”, czytają hurtowe ilości książek, które kursują na zasadzie „podaj dalej”. Wśród nich Bareja wiedzie prym, zdobywając przedwojenne lektury niemal egzotyczne w dobie socrealizmu. Czyta bardzo dużo.

Weychert wspominał:

Oszołomił nas tytułami oraz ilością i jakością lektur. Zorientowałem się, że jesteśmy za nim daleko w tyle.

Bareja był częstym gościem Biblioteki im. L. Waryńskiego. Wyklęte przez nową władzę, przedwojenne „Wiadomości Literackie” z tekstami Tuwima i Słonimskiego było dostępne tylko do celów naukowych. Przy ich lekturze późniejszy twórca Misia zetknął się z niepowtarzalnym poczuciem humoru z pogranicza absurdu.

Poza działalnością samokształceniową „Wielka szóstka” chętnie spędza czas tam, gdzie powietrze jest gęste od dymu z papierosów, a kieliszki nigdy nie wysychają.

Bywały głodne dni, gdy w spiżarni zostały tylko ziemniaki i cebula. Potrawę zwaną szumnie „frytami” smażono na łoju z zapasu Kuca i dzielono po równo. Euforia wybuchała, gdy listonosz przynosił długo oczekiwaną paczkę z domu. Po sklepowych ersatzach i wyrobach udających wędlinę kiełbasa i boczek wyrobu Sylwestra Barei nie miały sobie równych. Zawartość przesyłki dzielono na wszystkich mieszkańców pokoju.

Przyszli filmowcy nie wylewali za kołnierz. Niejeden wpadnie w alkoholową otchłań, przegrywając talent i całe życie. Bareja i Weychert komponują receptury trunków, dopasowując je do skromnych budżetów. W ocenie wydziałowych kiperów produkowany w Poznaniu „Wermut owocowy” zmieszany z wódką nie jest szczytem możliwości smakowych. Strzałem w dziesiątkę okazuje się mikstura z ćwiartką spirytusu. Subtelny trunek zwany „siekierą” w krótkim czasie powala każdego. Gdy studenckie kieszenie świecą dziurawym płótnem, sytuację ratuje sprzedaż pustych butelek po uprzednio spożytych trunkach w punkcie skupu przy skrzyżowaniu Sienkiewicza i Głównej. Poza krótkotrwałym szczęściem z paczek menu studentów PWSTiF jest wyjątkowo skromne: marmolada, pasztetowa lub kaszanka, rzadziej jajko, wędlina — tylko od święta. Poza tym nauka, imprezy, imprezy, nauka, sesja.

Pierwsza asysta

Latem 1952 roku Bareja odbył pierwszą z kilku praktyk. Jego pierwszym miejscem pracy była Wytwórnia Filmów Dokumentalnych w Warszawie. Według pisanego odręcznie sprawozdania, przydzielono go ekipy reżysera Ludwika Perskiego realizującej pełnometrażowy film dokumentalny Warszawa. Zdjęcia rozpoczęły się w połowie lipca.

(…) pierwsze dwa tygodnie dyktowałem scenopis maszynistce, obliczałem metraż filmu itp. Zajęcie to dało mi dokładną znajomość scenariusza.

Do jego obowiązków należało także wyszukiwanie niektórych obiektów do zdjęć, „objeżdżanie obiektów” przed zdjęciami, „pomoc przy ustawianiu planu”, czyli ustawianie statystów i rekwizytów.

W zdjęciach łapanych na gorąco moja rola ograniczała się do pomocy operatorowi. Praktykę zakończyłem 1 sierpnia.

Warszawa to 71-minutowy czarno-biały film dokumentalny zrealizowany na taśmie 35 mm. Tematem były wojenne zniszczenia i zbrodnie dokonane przez Niemców w okresie II wojny światowej, a także odbudowa (i rozbudowa) stolicy.

Wspomnianym wyżej operatorem był Sergiusz Sprudin. Stanisław Bareja nie był wymieniony w napisach. Film miał być gotowy w 1953 roku, lecz jeszcze rok później dokręcono ok. 10 minut materiału.

Z zaświadczenia Działu Personalnego PWSF w Łodzi wynika, że kolejna praktyka odbyła się kilka tygodni później. W dokumencie czytamy:

Ob. Bareja Stanisław, student P.W.S.F., reżyser, odbył praktykę wakacyjną od 9 IX do 28 IX 1952 r. W czasie odbywania praktyki ww. pełnił funkcję as. reżysera.

Opinia zakładu pracy

Koleżeński, aktywny, zdolny, wykazał dużo poświęcenia w pracach organizacyjnych masowych planów zdjęciowych.

Pod względem moralno-politycznym bez zastrzeżeń.

Kierownik Działu Personalnego

/podpis/

Nowiński Jerzy

Kolejną praktykę odbywał Bareja u Wandy Jakubowskiej latem 1953 roku. Z pewnością nie była to asysta przy Żołnierzu wolności o gen. Świerczewskim, gdyż film ten wszedł na ekrany 8 maja 1953 roku. „Stała obecność na planie wzbogaciła moje wiadomości” — podsumował odbytą praktykę student z indeksem nr 138.

Powyżej przeciętnej

Wejchert wspominał (2009):

Staszek miał naprawdę niezłe wyniki, na pewno wykraczał ponad poziom przeciętnego studenta. Pomagało mu w tym jego oczytanie, ale też wrodzona inteligencja, przenikliwość i dociekliwość. Lubił zdobywać wiedzę na dany temat, niezależnie od tego, czy to była konstrukcja kamery Arriflex czy tworzenie scenariusza. Chłonął wiedzę.

Jakim studentem był król komedii? Z kart egzaminacyjnych zachowanych w archiwum łódzkiej uczelni wynika, że z większością przedmiotów radził sobie całkiem dobrze lub bardzo dobrze. Po pierwszym roku, w letniej sesji (maj–czerwiec 1950) dominowały oceny dobre. Taką notę wystawił mu Antoni Bohdziewicz na egzaminie z analizy filmu. Znacznie słabiej wypadł na egzaminie z wiedzy o materiałach światłoczułych u Stanisława Wohla (ocena 3-), lecz już egzamin z fotografii zdał na ocenę dobrą. Witold Dederko sformułował trzy tematy do rozwinięcia przez studentów:

1. Perspektywa w fotografii.

2. Dobór aparatu fotograficznego w zależności od zdjęcia.

3. Kompozycja krajobrazu.

W czerwcu 1951 roku, podczas sesji po drugim roku, teorię dramatu u prof. Skwarczyńskiej oraz historię sztuki zdał na oceny bardzo dobre. Także prof. Toeplitz przyznał mu najwyższą wówczas ocenę za wiedzę o historii filmu.

8 czerwca 1953 roku egzamin ze scenografii u prof. Anatola Radzinowicza zdał na ocenę dobrą, lecz dwa tygodnie później trudny egzamin sprawdzający wiedzę o historii sztuki u prof. Krystyny Zwolińskiej zaliczył na ocenę bardzo dobrą.

Gdzieś w połowie drogi między obowiązkiem a przyjemnością były wspólne seanse filmowe. Studenci chłonęli dzieła włoskich neorealistów: Rossellini, De Sica, Visconti, filmy francuskie i całą kinematografię ZSRR z Czapajewem braci Wasiliewów na czele. Ten ostatni film był oglądany ponad trzydzieści razy. Do gwary studentów weszły złote myśli w rodzaju: Tisze! Czapajew dumat’ budiet! (Cisza! Czapajew będzie myślał!). W PRL początku lat 50. produkcje z Hollywood były na indeksie. Pierwszy amerykański film pojawił się na ekranach polskich w 1954 roku, po pięcioletniej przerwie. Ulubiony film Barei — amerykańska komedia Hellzapoppin’ Henry’ego Codmana Pottera (1941) trafiła na ekrany polskich kin dopiero po 21 latach od premiery. Studenci opłacali wódką operatorów na sali projekcyjnej, oglądając „zakazane”, amerykańskie filmy nocą. Trafiały się również filmowe perły jak Obywatel Kane Wellesa.

Janusz Weychert:

To było jak objawienie. Ze Staszkiem obejrzeliśmy go dwa razy pod rząd. Przegadaliśmy całą noc, do czwartej nad ranem.

Gdyby Stanisława Bareję zapytać o nazwisko ulubionego wykładowcy, odpowiedź brzmiałaby „Antoni Bohdziewicz”. Zaczynał od filmów dokumentalnych. W 1939 roku rozpoczął pracę nad ekranizacją powieści Choromańskiego Zazdrość i medycyna, zrealizowanej wiele lat później przez Janusza Majewskiego. Podczas Powstania Warszawskiego dowodził zespołem operatorskim kroniki filmowej Biura Informacji i Propagandy AK. Film można oglądać dziś w Muzeum Powstania Warszawskiego. W łódzkiej uczelni prowadził katedrę reżyserii. Wśród studentów cieszył się wielkim autorytetem. Wykładał realizację i analizę filmową.

Weychert:

Prócz zasad tworzenia filmu Bohdziewicz uczył nas, jak zrobić film na zamówienie władzy, a jednocześnie zachować twarz i margines niezależności. Jak poruszać się w trudnej rzeczywistości i nie zaprzedać się. Nigdy nie powiedział tego wprost, ale do komunizmu czuł silną awersję. Na drugim roku polecił kilku osobom napisać scenariusz na film o urodzinach Bieruta. Okazało się, że im bardziej „zaangażowana” treść, tym gorsza była forma. Na szczęście żadnego tekstu nie skierowano do realizacji. Innym razem wziął na warsztat sowiecką superprodukcję Kubańscy kozacy Pyriewa. Podczas analizy środków artystycznych Bohdziewicz, nie wypowiadając jednego choćby złego słowa, udowodnił nam, że to pospolity kicz, odpowiednik tandetnych amerykańskich B-Picture. Staszek wykorzystał tę wiedzę. W swoich filmach, zwłaszcza tych późnych, do perfekcji opanował sztukę operowania ezopowym językiem. Sztukę inteligentnej aluzji, popartej błyskotliwą puentą. Mówienia żartem o sprawach poważnych i omijania cenzorskich pułapek.

Trudnej sztuki relacji władza — reżyser, choć nie tak skutecznie jak Bohdziewicz, uczyła także ideowa komunistka Wanda Jakubowska. Gdy przed realizacją Ostatniego etapu Stalin wezwał ją do siebie na przyjacielską rozmowę, natychmiast stała się wyrocznią w środowisku. Jako jedna z nielicznych osób ze szczytu kinematografii potrafiła jednak wykorzystać swój autorytet, by pomóc innym. Także tym, których sponiewierał wymarzony przez nią system.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki