Spisek - Robert Harris - ebook
Opis

Powieść historyczna napisana w konwencji thrillera.

Intrygi i walka o władzę, w której nie istnieją takie słowa, jak: lojalność, uczciwość, litość.

Rok 63 p.n.e. Pięciu mężczyzn rywalizuje o władzę w republice rzymskiej: prawnik i doskonały mówca Marek Tuliusz Cyceron, który właśnie objął stanowisko konsula; jego niezrównoważony psychicznie zaprzysięgły wróg, zadłużony po uszy arystokrata i populista, Katylina; młody i pozbawiony wszelkich skrupułów Gajusz Juliusz Cezar; przywódca legionistów Pompejusz, oraz Krassus – najbogatszy człowiek w Rzymie. Cycero broni tradycji republikańskich, występuje przeciw stronnictwu popularów, zwolenników przejęcia władzy przez lud. Popularzy, wspierani przez Juliusza Cezara, planują zabójstwo świeżo mianowanego konsula. Tymczasem Katylina, chcąc dekretem unieważnić długi, przygotowuje zamach stanu. Cycero jednak demaskuje Spisek, domagając się dla konspiratorów kary śmierci. Gdy trzej najpotężniejsi ludzie republiki – Cezar, Pompejusz i Krassus – zawierają nieoficjalne przymierze, dni młodego prawnika wydają się policzone...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 588

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

POWIEŚĆ HISTORYCZNA NAPISANA W KONWENCJI THRILLERA.INTRYGI I WALKA O WŁADZĘ,W KTÓREJ NIE ISTNIEJĄ TAKIE SŁOWA, JAK: LOJALNOŚĆ,UCZCIWOŚĆ, LITOŚĆ.

MAREK TULIUSZ CYCERO

UWIKŁANY W POLITYCZNE ROZGRYWKI GENIALNY ORATORI MĄŻ STANU, KTÓRY WAŻY SIĘ NA WYSTĄPIENIE PRZECIWKOJULIUSZOWI CEZAROWI.

Nad republikę rzymską nadciągają czarne chmury. Do dwóch dawnych konkurentów w walce o władzę – osławionego wodza legionistów, Pompejusza, i najbogatszego człowieka w Rzymie, Krassusa – dołącza młody i pozbawiony wszelkich skrupułów Juliusz Cezar oraz niezrównoważony Katylina. Ten ostatni, żeby pozbyć się długów, znalazł sobie sojuszników i przygotowuje zamach stanu. Jedynym człowiekiem, który może go udaremnić, jest Marek Cycero. Tylko że może to przypłacić życiem.

Robert Harris

Brytyjski pisarz i dziennikarz; pracował m.in. dla BBC i współpracował jako komentator polityczny z „The Observer”. Autor kilku książek popularnonaukowych, ale przede wszystkim dziesięciu przetłumaczonych na prawie czterdzieści języków powieści: thrillerów – Vaterland, Enigma, Archangielsk, Autor widmo, Indeks strachu (pierwsze cztery zostały sfilmowane) – a także powieści historycznych z elementami sensacji – Pompeje, Oficer i szpieg (adaptację filmową przygotowuje Roman Polański) oraz „Trylogia rzymska”, w której ukazały się Cycero, Spisek i Dyktator.

Tego autora

ARCHANGIELSKENIGMAINDEKS STRACHUPOMPEJEAUTOR WIDMOOFICER I SZPIEGTrylogia rzymskaCYCEROSPISEKDYKTATOR

Tytuł oryginału:LUSTRUM: VOL 2 OF THE ROMAN TRILOGY

Copyright © Robert Harris 2009All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Magdalena Słysz 2010

Redakcja: Jacek Ring

Konsultacja naukowa: dr Włodzimierz Sochacki

Ilustracje: British Library/public domain

Projekt graficzny okładki i serii: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-355-7

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Peterowi

Dramatis personae

AFRANIUSZ LUCJUSZ – sprzymierzeniec Pompejusza z jego rodzinnego Picenum, legat podczas wojny przeciwko Mitrydatesowi, później kandydat Pompejusza na urząd konsula.

ARRIUSZ KWINTUS – były pretor i wódz, blisko związany z Krassusem.

ATTYK TYTUS POMPONIUSZ – najbliższy przyjaciel Cycerona, szwagier Kwintusa Cycerona, ożenionego z jego siostrą Pomponią.

AURELIA – matka Juliusza Cezara.

BIBULUS MAREK KALPURNIUSZ – kolega Cezara podczas konsulatu i jego zażarty przeciwnik.

CEZAR GAJUSZ JULIUSZ – przywódca popularów w Rzymie; sześć lat młodszy od Cycerona, żonaty z Pompeją, mieszkający z nią, matką Aurelią i córką Julią.

CETEGUS GAJUSZ KORNELIUSZ – senator patrycjuszowski, jeden z uczestników spisku Katyliny.

CYCERON KWINTUS TULIUSZ – młodszy brat Cycerona, senator i legionista; ożeniony z Pomponią, siostrą Attyka.

GABINIUSZ AULUS – były trybun, pochodzący z rodzinnego miasta Pompejusza, Picenum; przeprowadził ustawę, na mocy której Pompejusz uzyskał naczelne dowództwo na wschodzie; nagrodzony przez niego stanowiskiem legata podczas wojny z Mitrydatesem.

HORTENSJUSZ HORTALUS KWINTUS – były konsul, przez wiele lat najwybitniejszy adwokat w Rzymie, dopóki jego miejsca nie zajął Cycero; szwagier Katyliny, przywódca patrycjuszy.

HYBRYDA GAJUSZ ANTONIUSZ – kolega Cycerona podczas konsulatu, potomek jednego z najznamienitszych rzymskich rodów, mimo to usunięty z senatu za korupcję i bankructwo.

IZAURYKUS PUBLIUSZ SERWILIUSZ WATIA – jeden z najstarszych i najsławniejszych senatorów; siedemdziesięcioletni, gdy Cycero został konsulem; zaprawiony w bojach i zasłużony wódz, który dwukrotnie odbył triumf; były konsul i członek Kolegium Kapłańskiego.

KATON MAREK PORCJUSZ – brat przyrodni Serwilii, wnuk Katona Cenzora, obrońca tradycji republikańskich.

KATULUS, KWINTUS LUTACJUSZ – były konsul, członek Kolegium Kapłańskiego, jeden z najbardziej doświadczonych senatorów, przywódca patrycjuszy.

KATYLINA LUCJUSZ SERGIUSZ – były namiestnik Afryki, pokonany przez Cycerona w wyborach na konsula.

KLODIA – siostra Klodiusza, pochodząca z jednego z najznamienitszych rodów rzymskich, żona Metellusa Celera.

KLODIUSZ PULCHER PUBLIUSZ – potomek patrycjuszowskiego rodu Klaudiuszy, były szwagier Lukullusa, brat Klodii, z którą podobno utrzymywał kazirodcze stosunki; poplecznik Mureny, namiestnika Galii Zaalpejskiej.

KRASSUS MAREK LICYNIUSZ – były konsul, wódz, który brutalnie stłumił powstanie niewolników pod wodzą Spartakusa; najbogatszy człowiek w Rzymie, rywal Pompejusza.

LABIENUS TYTUS – wódz z Picenum, rodzinnego miasta Pompejusza; trybun ludowy, popierający Cezara i Pompejusza.

LUKULLUS LUCJUSZ LICYNIUSZ – były konsul i wódz armii rzymskiej podczas wojny na wschodzie przeciwko Mitrydatesowi, zastąpiony później przez Pompejusza; wyniosły arystokrata, posiadający ogromny majątek; jego wrogowie z senatu przez wiele lat czynili wysiłki, żeby pozbawić go prawa do triumfu i utrzymać poza granicami Rzymu; rozwiedziony z jedną z sióstr Klodiusza i Klodii.

METELLUS CELER KWINTUS CECYLIUSZ – szwagier Pompejusza (który ożenił się z jego siostrą), mąż Klodii, brat Neposa; członek Kolegium Augurów, pretor, głowa największego i najpotężniejszego rodu w Rzymie, bohater cieszący się wielką sławą wojenną.

NEPOS KWINTUS CECYLIUSZ METELLUS – brat Celera i szwagier Pompejusza, który odesłał go ze wschodu, gdzie był legatem, żeby został trybunem i dbał o jego interesy w Rzymie.

PIUS KWINTUS CECYLIUSZ METELLUS – pontifex maximus, sześćdziesięcioletni i schorowany; adopcyjny ojciec Scypiona.

POMPEJUSZ GNEJUSZ – rówieśnik Cycerona, najpotężniejszy człowiek w świecie rzymskim, były konsul i zwycięski wódz, który aż dwa razy odbył triumf; cztery lata nieobecny w Rzymie, bo prowadził kampanię wojenną na wschodzie – najpierw walczył przeciwko piratom, a potem przeciw Mitrydatesowi; ożeniony z Mucją, siostrą Celera i Neposa.

RUFUS MAREK CELIUSZ – były uczeń Cycerona, syn jednego z jego politycznych popleczników z prowincji.

SERWILIA – ambitna i zorientowana politycznie żona Juniusza Silanusa, kandydata na urząd konsularny; przyrodnia siostra Katona, wieloletnia kochanka Cezara, matka trzech córek i syna Brutusa, których miała z pierwszym mężem.

SERWIUSZ SULPICJUSZ RUFUS – przyjaciel Cycerona, były pretor, znany jako jeden z najlepszych znawców prawa w Rzymie; kandydat na urząd konsularny; ożeniony z Postumią, kochanką Cezara.

SILANUS DECYMUS JUNIUSZ – żonaty z Serwilią, wieloletnią kochanką Cezara; członek Kolegium Kapłańskiego; pokonany w walce o konsulat i zmierzający do odzyskania swojej pozycji.

SURA PUBLIUSZ KORNELIUSZ LENTULUS – były konsul; niegdyś usunięty z senatu z powodu obrazy moralności; żonaty z wdową po bracie Hybrydy; ojczym młodego Marka Antoniusza; powracający na scenę polityczną jako pretor miejski i sprzymierzeniec Katyliny.

TERENCJA – żona Cycerona; dziesięć lat od niego młodsza i szlachetniejszego pochodzenia; żarliwie religijna, słabo wykształcona, o konserwatywnych poglądach politycznych; matka dwojga dzieci Cycerona, Tulii i Marka.

TIRON – prywatny sekretarz Cycerona; niewolnik, trzy lata młodszy od swojego pana, wynalazca stenografii.

TULIA – córka Cycerona.

WATYNIUSZ PUBLIUSZ – młody senator, znany z brzydoty; później trybun i bliski sprzymierzeniec Cezara.

Patrzymy na minione wieki protekcjonalnie, jak na coś poprzedzającego nas… a jeśli to my jesteśmy tylko słabym ich odbiciem?

J.G. Farrell, The Siege of Krishnapur

Lustrum – (1) w lm. legowisko dzikich zwierząt; (2) w lm. dom publiczny, stąd życie rozwiązłe, rozpusta; (3) lit., ofiara oczyszczalna, przebłagalna, zwłaszcza składana co pięć lat przez cenzorów; przen.: okres pięcioletni.

Część pierwszaKONSUL64 r. p.n.e.

O condicionem miseram non modo administrandaeverum etiam conservandae rei publicae!

„Nie tylko rządzenie republiką, ale jeszczejej ratowanie – co za niewdzięczna praca!”.

Cycero, mowa z 9 listopada 63 r. p.n.e.

I

Dwa dni przed tym, jak Marek Tuliusz Cycero objął w Rzymie konsulat, wyłowiono z Tybru ciało młodego chłopca; było to w pobliżu doków republikańskiej floty wojennej.

Takie odkrycie, choć wstrząsające, w normalnych okolicznościach nie wymagałoby uwagi konsula elekta. Ale w tym znalezisku było coś tak groteskowego i stanowiącego groźbę dla ładu publicznego, że urzędnik odpowiedzialny za utrzymanie porządku w mieście, Gajusz Oktawiusz, wysłał wiadomość do Cycerona, prosząc go o natychmiastowe przybycie.

Ze względu na nawał pracy Cycero początkowo odniósł się do tej prośby niechętnie. To on jako kandydat na stanowisko konsula, który zdobył najwięcej głosów w wyborach, miał przewodniczyć pierwszej sesji senatu, a nie kolega, i właśnie pisał mowę inauguracyjną. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie jest to jedyny powód takiej postawy. Wszystko bowiem, co wiązało się ze śmiercią, budziło w nim niezwykły lęk. Niepokoiło go nawet zabijanie zwierząt podczas łowów i ta słabość – bo, niestety, wrażliwe serce zawsze uchodzi w polityce za przejaw słabości – zaczęła być już widoczna. W pierwszej więc chwili pomyślał, że w swoim zastępstwie wyśle mnie.

– Oczywiście, że pójdę – odparłem posłusznie. – Ale…

– Ale? – zapytał ostro. – Ale co? Uważasz, że to będzie źle widziane?

Ugryzłem się w język i wróciłem do notowania jego mowy. Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.

– Och, niech będzie – mruknął w końcu. Wstał. – Oktawiusz jest męczący, ale dość zrównoważony. Nie wzywałby mnie, gdyby to nie było coś ważnego. Zresztą dobrze mi zrobi, jeśli odetchnę świeżym powietrzem.

Zbliżał się koniec grudnia i pod ciemnoszarym sklepieniem chmur wiał wiatr na tyle silny, że trudno było złapać oddech. Na ulicy tłoczyło się kilkunastu petentów, którzy liczyli, że zostaną przyjęci, i gdy tylko zobaczyli w drzwiach frontowych konsula elekta, natychmiast do niego podbiegli.

– Nie teraz – rzucił Cycero, przepychając się między nimi. – Nie dzisiaj.

Zarzucił brzeg płaszcza na ramię, opuścił brodę, przyciskając ją do piersi, i szybkim krokiem ruszył po stoku wzgórza na dół.

Musieliśmy ujść z milę; przecięliśmy forum i wyszliśmy z miasta bramą przy rzece. Wody Tybru wezbrały i płynęły wartko, tworząc żółtobrązowe wiry i prądy. Dalej, naprzeciwko Isola Tiberina, wśród żurawi na nabrzeżu Navalii, zobaczyliśmy tłum ludzi. (Jeśli przy okazji powiem, że wyspa nie była jeszcze połączona mostami z brzegami, zdacie sobie sprawę, jak dawno temu to się działo – ponad pół wieku). Gdy się zbliżyliśmy, kilku gapiów rozpoznało Cycerona; rozstąpili się, żeby nas przepuścić, i w tłumie zapanowało poruszenie. Miejsce wypadku otaczał kordon legionistów z koszarów floty morskiej. Oktawiusz już na nas czekał.

– Przyjmij przeprosiny, że ci przeszkodziłem – zaczął i uścisnął dłoń mojemu panu. – Wiem, jak bardzo musisz być zajęty, zwłaszcza przed inauguracją.

– Drogi Oktawiuszu, zawsze miło mi cię widzieć. Znasz mojego sekretarza, Tirona?

Oktawiusz spojrzał na mnie bez zainteresowania. Choć dziś jest pamiętany głównie jako ojciec Augusta, wówczas był edylem plebejskim i człowiekiem z przyszłością. Pewnie zostałby konsulem, gdyby nie umarł przedwcześnie z powodu gorączki, ze cztery lata po tym zdarzeniu. Zabrał nas z dworu do jednego z wielkich budynków portowych, gdzie na potężnych drewnianych walcach spoczywał szkielet liburny1, którą rozebrano do naprawy. Obok na ziemi leżał jakiś podłużny kształt owinięty w płótno żaglowe. Oktawiusz bez wstępów i ceremonii odrzucił materiał i ukazało się przed nami nagie ciało chłopca.

Jeśli dobrze pamiętam, wyglądał na jakieś dwanaście lat. Miał piękną pogodną twarz, wręcz kobiecą ze względu na delikatność, ze śladami złotej farby na nosie i policzkach oraz czerwoną wstążką w mokrych ciemnych włosach. Podcięto mu gardło, a ciało rozpruto aż po pachwinę i wyjęto wnętrzności. Nie widać było tam krwi, tylko podłużną jamę jak u wypatroszonej ryby, wypełnioną rzecznym mułem. Nie wiem, jak Cycero zdołał wytrzymać ten widok i zachować opanowanie; jednakże przełykał ślinę i nie odwracał wzroku. W końcu rzekł ochryple:

– Straszne.

– To jeszcze nie wszystko – zapowiedział Oktawiusz.

Przykucnął na piętach, ujął w dłonie czaszkę chłopca i obrócił ją w lewą stronę. Przy tym ruchu rana na szyi otworzyła się i zamknęła nieprzyzwoicie, niczym drugie usta, które próbowały nas szeptem przed czymś ostrzec. Wydawało się, że na Oktawiuszu nie robi to żadnego wrażenia; przecież był wojskowym, niewątpliwie nawykłym do takich widoków. Odgarnął włosy chłopca i odsłonił wgłębienie tuż za jego prawym uchem, a następnie przesunął po nim palcem.

– Widzisz? Wygląda na to, że został uderzony czymś od tyłu. Pewnie młotkiem.

– Pomalowano mu twarz. I związano wstążką włosy. Potem uderzono go od tyłu młotkiem – powtórzył Cycero; mówił coraz wolniej, w miarę jak uświadamiał sobie, dokąd prowadzi ten tok rozumowania. – Następnie przecięto mu gardło. I w końcu… go wypatroszono.

– Właśnie – potwierdził Oktawiusz. – Oprawcy chcieli obejrzeć jego wnętrzności. Zabito go na ofiarę… jak zwierzę.

Włosy zjeżyły mi się na karku, gdy usłyszałem te słowa w owym zimnym, ciemnym pomieszczeniu, i zrozumiałem, że stoję w obliczu zła, zła tak namacalnego, tak potężnego jak piorun.

– Słyszałeś o jakichś kultach w mieście, które nakazują tak ohydne praktyki? – zapytał Cycero.

– Nie. Przychodzą mi na myśl tylko Galowie… którzy podobno robią takie rzeczy. Ale obecnie nie ma ich tu tak wielu, a ci, którzy zostali, zachowują się przyzwoicie.

– A kim jest ofiara? Czy ktoś zgłosił się po tego chłopca?

– To kolejny powód, dla którego chciałem, żebyś przybył i sam zobaczył. – Oktawiusz przewrócił ciało na brzuch. – Ma tu na plecach mały tatuaż wskazujący właściciela. Ci, którzy wrzucili ciało do wody, musieli to przeoczyć. G.Ant.M.f.G.n., czyli Gajusz Antoniusz, syn Marka, wnuk Gajusza. To znany ród! Chłopiec był niewolnikiem twojego kolegi konsula, Antoniusza Hybrydy. – Wstał i wytarł ręce w płótno żeglarskie, a potem niedbale przykrył nim zwłoki. – Co zamierzasz uczynić?

Cycero jak urzeczony patrzył na żałosną postać leżącą na ziemi.

– Kto wie o tej sprawie?

– Nikt.

– A Hybryda?

– Też nie.

– A skąd wziął się ten tłum na zewnątrz?

– Rozeszła się pogłoska, że odkryto jakiś rytualny mord. Ty wiesz najlepiej, jaki jest motłoch. Ludzie już gadają, że coś takiego w przeddzień objęcia przez ciebie konsulatu to zły znak.

– Być może mają rację.

– To ciężka zima. Mogliby się już uspokoić. Chyba powinniśmy zawiadomić o tym zdarzeniu Kolegium Kapłańskie i poprosić, żeby odprawili jakiś obrzęd oczyszczający…

– Nie, nie – szybko zaoponował Cycero, gdy oderwał wreszcie wzrok od ciała zamordowanego. – Żadnych kapłanów. Oni tylko pogorszą sytuację.

– Co więc zrobimy?

– Nic nikomu nie mów. Jak najszybciej spal ciało. Niech nikt go nie ogląda. Zabroń tym, którzy je widzieli, mówić cokolwiek na ten temat pod groźbą uwięzienia.

– A co powiemy plebsowi?

– Ty zajmij się ciałem, ja zajmę się plebsem.

Oktawiusz wzruszył ramionami.

– Jak sobie życzysz – powiedział. Zabrzmiało to obojętnie. Do końca urzędowania pozostał mu jeszcze tylko jeden dzień; wiedziałem, że chętnie pozbędzie się problemu.

Cycero podszedł do drzwi i kilka razy odetchnął głęboko, żeby jego policzki odzyskały kolor. Potem zobaczyłem – jak już nie raz – że prostuje ramiona i przybiera wyraz twarzy znamionujący pewność siebie. Wyszedł na zewnątrz i wspiął się na stertę drewna, żeby przemówić do tłumu.

– Ludu rzymski, upewniłem się, że ponure pogłoski, które obiegły miasto, są nieprawdziwe! – Musiał krzyczeć na wietrze, żeby jego słowa były słyszane. – Wracajcie do domów, do rodzin, i świętujcie dalej!

– Ale ja widziałem zwłoki! – wykrzyknął jakiś mężczyzna. – Złożono ofiarę z człowieka, żeby ściągnąć klątwę na republikę!

Reszta zebranych podjęła okrzyk.

– To miasto jest przeklęte! Twój konsulat jest przeklęty! Wezwijcie kapłanów!

Cycero uniósł ręce.

– Owszem, ciało było w strasznym stanie. Ale czego się spodziewaliście? Nieszczęsny chłopak leżał w wodzie przez długi czas. Ryby są głodne. Żywią się czym popadnie. Naprawdę chcecie, żebym wezwał kapłana? Po co? By przeklął rybę? A może ją pobłogosławił? – Kilku ludzi zaczęło się śmiać. – Od kiedy to Rzymianie boją się ryb? Idźcie do domów. Bawcie się dobrze. Pojutrze rozpocznie się nowy rok, z nowym konsulem… który będzie o was dbał!

Nie była to wspaniała oracja, ale spełniła swoją funkcję. Rozległy się nawet wiwaty. Cycero zeskoczył na ziemię. Legioniści utorowali nam drogę w tłumie i szybko wycofaliśmy się w stronę miasta. Gdy zbliżaliśmy się już do bramy, obejrzałem się przez ramię. Zebrani zaczęli się rozchodzić w poszukiwaniu nowych atrakcji. Odwróciłem się do Cycerona, żeby pogratulować mu przemówienia, które okazało się skuteczne, ale on stał pochylony nad rowem przy drodze i wymiotował.

* * *

Tak wyglądała sytuacja w mieście w przededniu objęcia przez Cycerona konsulatu – panowały głód i niepewność, ludzie żyli plotkami; kalecy weterani wojenni i chłopi, którzy stracili pieniądze, żebrali na rogach ulic; rozbawione bandy pijanych młodych ludzi terroryzowały sklepikarzy; kobiety z dobrych rodzin jawnie uprawiały prostytucję pod tawernami; wybuchały pożary, przychodziły gwałtowne burze i bezksiężycowe noce; psy grzebały po śmietnikach; pełno było fanatyków, wróżbitów, żebraków, awanturników. Pompejusz wciąż przebywał na wschodzie, gdzie dowodził legionami, a pod jego nieobecność nad Rzymem niczym mgła znad rzeki wisiał lęk, tak że każdego aż przechodziły ciarki. Wszyscy przeczuwali, że stanie się coś złego, ale nie bardzo wiedzieli co. Mówiono, że nowi trybunowie wspólnie z Cezarem i Krassusem przygotowują w tajemnicy wielki plan mający na celu przekazanie ziemi publicznej miejskiej biedocie. Cycero usiłował się dowiedzieć na ten temat czegoś więcej, ale odprawiono go z kwitkiem. Wiadomo było jedynie, że jeśli taki plan powstanie, patrycjusze na pewno będą mu przeciwni. Brakowało wszelkich dóbr, sklepy były puste, ludzie gromadzili żywność. Nawet lichwiarze przestali udzielać pożyczek.

Co do kolegi konsularnego Cycerona, Antoniusza Hybrydy – Antoniusza Półkrwi; Pół Człowieka, Pół Bestii – był on jednocześnie nieokrzesany i głupi, co nie dziwiło u kandydata, który ubiegał się o urząd przy wsparciu zaprzysięgłego wroga Cycerona, Katyliny. Niemniej Cycero, zdając sobie z sprawę z niebezpieczeństw, jakim będzie musiał stawić czoło, i czując, że przydadzą mu się sojusznicy, czynił wiele starań, żeby się z nim porozumieć. Niestety, te jego próby nic nie dały, i powiem dlaczego. Wybrani na dany rok konsulowie zwyczajowo losowali w październiku prowincję, którą mieli objąć w zarząd po złożeniu urzędu. Hybryda, który tonął w długach, upatrzył sobie buntowniczą, ale bogatą Macedonię, gdzie można było zbić majątek. Ku swemu wielkiemu rozczarowaniu wylosował jednak spokojną, pasterską Galię Przedalpejską, w której wszyscy siedzieli jak mysz pod miotłą. Macedonia natomiast przypadła Cyceronowi i kiedy ogłoszono to w senacie, na twarzy Hybrydy pojawiło się takie zaskoczenie, a potem dziecinna uraza, że cała izba zatrzęsła się od śmiechu. Od tego czasu Hybryda nie rozmawiał z moim panem.

Nic więc dziwnego, że Cyceronowi trudno szło pisanie mowy inauguracyjnej; kiedy wróciliśmy znad rzeki do domu i znowu zaczął mi ją dyktować, wręcz łamał mu się głos. Patrzył w dal z nieobecnym wyrazem twarzy i wciąż głośno się zastanawiał, dlaczego chłopiec zginął w taki sposób i jakie to ma znaczenie, że należał do Hybrydy. Zgadzał się z Oktawiuszem: prawdopodobnie sprawcami zbrodni byli Galowie. Jeden z ich kultów wymagał składania ofiar z ludzi. Cycero przesłał więc wiadomość swojemu przyjacielowi, Kwintusowi Fabiuszowi Sandze, który był głównym protektorem Galów w senacie, i zapytał go dyskretnie, czy jego zdaniem są zdolni do takiego bestialstwa. Sanga w ciągu godziny odpowiedział jednak wyniośle, że na pewno nie i że Galowie byliby bardzo urażeni, gdyby konsul elekt trwał przy tak krzywdzącym podejrzeniu. Cycero westchnął więc, rzucił list i próbował podjąć urwany wątek przemówienia. Nie mógł jednak przekształcić go w żadną spójną myśl i krótko przed zachodem słońca poprosił o płaszcz i buty.

Przypuszczałem, że zamierza udać się do ogrodów publicznych położnych niedaleko domu, do których często chadzał, kiedy układał mowę. Ale gdy dotarł na szczyt wzgórza, zamiast skręcić w prawo, poszedł dalej ku Bramie Eskwilińskiej i ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że zmierza poza świętą granicę, do miejsca, gdzie palono zwłoki – którego zwykle za wszelką cenę unikał. Minęliśmy wózkarzy, którzy za bramą czekali na klientów, oraz przysadzistą oficjalną siedzibę carnifexa, który jako kat nie mógł mieszkać w granicach miasta. W końcu wkroczyliśmy do świętego gaju Libitiny, bogini śmierci i ceremonii pogrzebowych, pełnego kraczących wron, i zbliżyliśmy się do świątyni. W tamtych czasach stanowiła siedzibę cechu grabarzy i można tam było kupić wszystko, czego potrzeba na pogrzeb, od olejów, którymi namaszcza się zwłoki, po łoże, na którym się je pali. Cycero poprosił mnie o pieniądze i poszedł porozmawiać z kapłanem. Wręczył mu monety i pojawiło się kilku oficjalnych żałobników. Potem przywołał mnie.

– Jesteśmy w samą porę – powiedział.

Co za dziwną grupę musieliśmy tworzyć, gdy tak szliśmy gęsiego przez Pole Eskwilińskie, na przedzie żałobnicy niosący dzbany z kadzidłami, za nimi konsul elekt i wreszcie ja. Wokół nas strzelały w mroku płomienie stosów pogrzebowych, niósł się płacz osieroconych i zapach kadzidła – silny, ale nie na tyle, by zamaskować smród palonych ciał. Żałobnicy zawiedli nas do publicznej ustriny, gdzie na wózku czekała sterta zwłok, które miały być rzucone do ognia. Nagie i bez butów, te bezimiennie ciała były po śmierci tak ubogie jak za życia. Nakryto tylko szczątki chłopca; rozpoznałem je po płótnie żeglarskim, które starannie zaszyto. Gdy dwóch pracowników rzuciło je na metalową kratę, Cycero skłonił głowę, a wynajęci żałobnicy podnieśli szczególnie głośny lament, bo bez wątpienia liczyli na suty napiwek. Płomienie wznosiły się i przygasały na wietrze i wkrótce było po wszystkim: chłopiec odszedł tam, dokąd odejdzie każdy z nas.

Była to scena, której nigdy nie zapomniałem.

Z pewnością największą łaską opatrzności jest to, że nie możemy poznać przyszłości. Wyobraźcie sobie, co by to było, gdybyśmy znali wynik naszych nadziei i planów albo mogli przewidzieć, jaka spotka nas śmierć – nasze życie zostałoby zrujnowane! Zamiast tego żyjemy z dnia na dzień w błogiej nieświadomości, zadowoleni jak zwierzęta. Ale wszystko kiedyś musi obrócić się w pył. Temu prawu nie ujdzie ani człowiek, ani żaden system, żadna epoka; wszystko sczeźnie pod gwiazdami, nie ostanie się najtwardsza skała. Przetrwają tylko słowa.

Mając to na uwadze, z nową nadzieją, że pożyję na tyle długo, by wywiązać się z tego zadania, przedstawię teraz opowieść o niezwykłym roku z życia Cycerona, gdy sprawował on urząd konsula republiki rzymskiej, a także o następnych czterech latach – czyli okresie, który my, śmiertelnicy, nazywamy lustrum, a który dla bogów jest jak mgnienie oka.

II

Nazajutrz, w przeddzień inauguracji, spadł śnieg – gęsty śnieg, taki, jaki zwykle widuje się w górach. Pokrył świątynie na Kapitolu miękkim białym marmurem i zasłał całe miasto całunem grubości ludzkiej dłoni. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego i mimo sędziwego wieku nie słyszałem, żeby to się kiedykolwiek powtórzyło. Śnieg w Rzymie? To musiał być jakiś znak. Tylko jaki?

Cycero siedział w swoim gabinecie, obok małego paleniska, w którym płonęły węgle, i pracował dalej nad przemówieniem. Nie wierzył w znaki. Kiedy wpadłem do środka i opowiedziałem mu o śniegu, wzruszył jedynie ramionami, jakby mówił: „I co z tego?”, a gdy zacząłem niepewnie przywoływać argumenty stoików, nieodżegnujących się od wiary w znaki – bo jeśli istnieją bogowie, muszą troszczyć się o ludzi, a jeżeli się o nich troszczą, to oznajmiają im swoją wolę za pomocą znaków – przerwał mi ze śmiechem:

– Bogowie, obdarzeni przecież nadprzyrodzonymi mocami, na pewno mają lepsze sposoby porozumiewania się z nami niż poprzez płatki śniegu. Dlaczego nie wyślą nam listu? – Odwrócił się do swojego biurka, pokręcił głową i zaśmiał się, rozbawiony moją naiwnością. – No, doprawdy! Wracaj do swoich obowiązków, Tironie, i postaraj się, żeby nikt mi nie przeszkadzał.

Skarcony wyszedłem, sprawdziłem stan przygotowań do procesji inauguracyjnej, po czym zająłem się korespondencją Cycerona. Pełniłem funkcję sekretarza mego pana już od szesnastu lat i nie było takiej sfery w jego życiu, czy to publicznym, czy prywatnym, której bym nie znał. Miałem wówczas zwyczaj pracować przy składanym stoliku tuż za drzwiami jego gabinetu, żeby nie wpuszczać niepożądanych gości i w razie czego być na wezwanie. W owym miejscu słyszałem tego rana wszystkie dźwięki dobiegające z domu: kroki Terencji, która wchodziła do jadalni i z niej wychodziła, jej burkliwe połajania służących, że zimowe kwiaty są niegodne nowego statusu jej męża, a także pouczenia kierowane do kucharza w związku z wieczorną ucztą; mały Marek, już dwuletni, dreptał za nią niepewnie i na widok śniegu wydawał okrzyki zachwytu; a kochana Tulia, trzynastoletnia dziewczynka, która jesienią miała być wydana za mąż, ćwiczyła grecki heksametr pod opieką nauczyciela.

Tyle miałem pracy, że dopiero po południu mogłem znowu wyjrzeć na dwór. Mimo jeszcze wczesnej pory na ulicy nie było prawie nikogo. Miasto wydawało się przytłumione, złowróżbnie ciche; panował taki spokój jak o północy. Niebo było blade, śnieg wprawdzie przestał padać, ale mróz wszystko pokrył szronem. Przypominam sobie nawet – bo to taka dziwna przypadłość pamięci w starczym wieku – jakie to było uczucie, gdy lód pękał pod naciskiem stopy. Po raz ostatni zaczerpnąłem mroźnego powietrza i już miałem wrócić do ciepłego wnętrza, gdy usłyszałem w tej ciszy trzask bata oraz krzyki i jęki ludzi. Chwilę później zza rogu wyłoniła się lektyka niesiona przez czterech niewolników w liberiach. Nadzorca, który truchtał obok nich, machnął batem w moją stronę.

– Hej, ty! – zawołał. – Czy to dom Cycerona?!

Kiedy odparłem, że tak, krzyknął przez ramię: „To tutaj!” – i smagnął najbliższego niewolnika z taką siłą, że nieszczęśnik prawie upadł. Nadzorca musiał wysoko podnosić w śniegu kolana i idąc w ten sposób, dobrnął do mnie. Za nim pojawiła się druga lektyka, potem trzecia i czwarta. Niosący je niewolnicy zatrzymali się przed domem i gdy tylko postawili lektyki na ziemi, wszyscy osunęli się w śnieg, padając na drągi jak wyczerpani wioślarze na wiosła. Nie patrzyłem jednak na to.

– To jest dom Cycerona, ale mój pan nie przyjmuje gości – zaprotestowałem.

– Nas przyjmie! – Z wnętrza pierwszej lektyki dobiegł znany mi głos i koścista ręka odsunęła zasłonę, zza której ukazało się oblicze Kwintusa Lutacjusza Katulusa, przywódcy patrycjuszowskiego stronnictwa w senacie. Był otulony w skóry zwierzęce aż po wystającą brodę, przez co wyglądał jak duża niebezpieczna łasica.

– Senatorze. – Powitałem go z ukłonem. – Powiem mu, że przybyłeś, panie.

– I nie tylko ja – zwrócił mi uwagę Katulus.

Spojrzałem w głąb ulicy. Z następnej lektyki wysiadł sztywno – narzekając na swoje stare kości – zdobywca Olimpu i głowa senatu, Watia Izaurykus, a obok stał największy rywal Cycerona w palestrze, ulubiony adwokat patrycjuszy, Kwintus Hortensjusz. On z kolei wyciągał rękę do czwartego senatora, którego pomarszczonej, brązowej jak orzech twarzy o bezzębnych ustach nie mogłem rozpoznać. Wydawał się bardzo zniedołężniały. Domyślałem się, że dawno temu przestał chodzić na obrady senatu.

– Znakomici panowie – zwróciłem się do nich uniżonym tonem – proszę za mną. Zaraz powiadomię o waszym przybyciu konsula elekta.

Szeptem nakazałem odźwiernemu wprowadzić ich do tablinum i popędziłem do gabinetu Cycerona. Gdy zbliżałem się do drzwi, usłyszałem jego głos, mówiący z oratorską swadą: „Powiadam więc narodowi rzymskiemu: dość tego!”, a kiedy wszedłem do środka, zobaczyłem, że stoi zwrócony do mnie plecami i przemawia do dwóch młodszych sekretarzy, Sositeusza i Laurei, z wyciągniętą ręką, której kciuk i środkowy palec stykały się, tworząc kółko.

– A tobie, Tironie, mówię – ciągnął, nie odwracając się – nie przeszkadzaj mi znowu! Jakiż to tym razem znak zesłali nam bogowie? Deszcz żab?

Sekretarze zachichotali. Będąc tak blisko celu, który stanowił zwieńczenie jego ambicji życiowych, wymazał z pamięci przykre zdarzenia z poprzedniego dnia i był w świetnym humorze.

– Przybyła delegacja z senatu, która chce się z tobą zobaczyć, panie.

– O, to nazywam znakiem. Kto do niej należy?

– Katulus, Izaurykus, Hortensjusz i jeszcze jeden, którego nie rozpoznałem.

– Sama patrycjuszowska śmietanka? Tutaj? – Rzucił mi przez ramię ostre spojrzenie. – I w taką pogodę? To chyba najskromniejszy dom, w jakim kiedykolwiek postawili stopę! Czego chcą?

– Nie wiem.

– Notuj wszystko starannie. – Zebrał fałdy togi i wysunął brodę do przodu. – Jak wyglądam?

– Jak konsul – zapewniłem go.

Przeszedł nad porzuconym szkicem przemówienia i skierował się do tablinum. Odźwierny przyniósł krzesła dla gości, ale tylko jeden z nich usiadł – trzęsący się stary senator, którego nie znałem. Pozostali stali razem, każdy z własnym służącym przy boku; byli wyraźnie skrępowani faktem, że znaleźli się w domostwie nisko urodzonego, „nowego człowieka”, którego tak niechętnie wybrali na konsula. Hortensjusz nawet przykładał chusteczkę do nosa, jakby mógł się czymś od Cycerona zarazić.

– Witaj, Katulusie – zaczął przyjaźnie Cycero, gdy wszedł do pokoju. – Izaurykusie. Hortensjuszu. To dla mnie zaszczyt.

Skinął głową wszystkim trzem byłym konsulom, ale kiedy miał pozdrowić czwartego senatora, zobaczyłem, że nawet jego zawodzi pamięć, z której przecież słynął.

– Rabiriusz… – Przypomniał sobie w końcu. – Gajusz Rabiriusz, prawda?

Wyciągnął do niego dłoń, ale starzec nie zareagował, więc Cycero wybrnął z tej niezręcznej sytuacji, machnięciem ręki wskazując pokój.

– Witajcie w moim domu. Bardzo mi miło was gościć.

– Nie jesteśmy tu z wizytą – odparł Katulus.

– To oburzająca sprawa – dodał Hortensjusz.

– I oznacza wojnę – oświadczył Izaurykus. – Tak to trzeba nazwać.

– Cóż, przykro mi to słyszeć – odrzekł Cycero uprzejmie.

Nie zawsze traktował ich poważnie. Jak wielu bogatych ludzi najdrobniejszą trudność uznawali za oznakę końca świata.

Hortensjusz pstryknął palcami i jego służący podał Cyceronowi pismo z wielką pieczęcią.

– Wczoraj rada trybunów przesłała ten nakaz sądowy Rabiriuszowi.

Ten na dźwięk swojego imienia uniósł głowę.

– Mogę wrócić do domu? – zapytał płaczliwie.

– Później – odparł Hortensjusz surowo i starzec pochylił głowę.

– Nakaz sądowy? – powtórzył Cycero; spojrzał na niego z rozbawieniem. – A jakież to przestępstwo Rabiriusz mógł popełnić? – Przeczytał głośno treść dokumentu, żebym mógł ją zanotować. – Oskarża się wyżej wymienionego o zamordowanie trybuna Lucjusza Saturninusa i wtargnięcie na święty teren senatu. – Uniósł głowę ze zdziwieniem. – Saturninusa? Ależ on został zabity… ileż to…? Czterdzieści lat temu.

– Trzydzieści sześć – poprawił go Katulus.

– A Katulus dobrze wie – zauważył Izaurykus – bo był przy tym. Tak jak ja.

Katulus wypowiedział imię Saturninusa, jakby wypluwał truciznę:

– Saturninus! Co to był za łotr! Zabicie go to żadne przestępstwo… tylko przysługa wyświadczona narodowi. – Zapatrzył się w dal, jakby miał przed oczami jakieś historyczne hasło na murze świątyni, Zabójstwo Saturninusa w budynku senatu! czy temu podobne. – Widzę go tak dobrze jak ciebie, Cyceronie. Siejący zamęt trybun z tych najgorszych. Zamordował naszego kandydata na konsula i senat uznał go za wroga publicznego. Wtedy nawet plebs się od niego odwrócił. Ale zanim go dopadliśmy, zabarykadował się ze swoją bandą na Kapitolu. Więc odcięliśmy mu wodę z akweduktu. To był twój pomysł, Watio.

– Owszem. – Oczy starego wodza zabłysły na samo wspomnienie. – Już wtedy wiedziałem, jak się prowadzi oblężenie.

– Oczywiście poddali się po paru dniach i zostali umieszczeni w budynku senatu do czasu rozprawy. Ale baliśmy się, że znowu uciekną, więc weszliśmy na dach, zerwaliśmy dachówki i zasypaliśmy ich nimi. Nie mieli gdzie się skryć. Biegali tam i z powrotem jak szczury w rowie. Gdy Saturninusowi przeszły drgawki, z trudem można go było rozpoznać.

– I Rabiriusz był na dachu z wami dwoma? – zapytał Cycero. Spojrzałem na starca znad notatek; miał tępy wyraz twarzy, tylko głowa lekko mu się trzęsła, tak że trudno go było sobie wyobrazić biorącego udział w takiej akcji.

– O tak – potwierdził Izaurykus. – Musiało być nas tam ze trzydziestu. To były czasy – dodał, zwijając dłoń w pięść. – Mieliśmy jeszcze krzepę!

– Nie o to chodzi – włączył się Hortensjusz ze znużeniem; był młodszy od towarzyszy i widocznie nudziło go słuchanie kolejny raz tej dawnej historii. – Nieważne, czy Rabiriusz tam był, czy nie. Nie o to się go oskarża.

– Więc o co? Nie o morderstwo?

– O perduellio.

Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie słyszałem tego słowa, i Cycero musiał mi je przeliterować.

– Perduellio – powtórzył i wyjaśnił: – Tak nasi przodkowie nazywali zdradę. – Zwrócił się do Hortensjusza: – Dlaczego odwołujemy się do takich przestarzałych praw? Nie wystarczy oskarżyć go o zwykłą zdradę i zamknąć sprawę?

– Nie, ponieważ karą za zwykłą zdradę jest wygnanie, a za perduellio śmierć, i to nie przez powieszenie. – Hortensjusz pochylił się, żeby podkreślić swoje słowa. – Jeśli uznają go za winnego, Rabiriusz zostanie ukrzyżowany.

– Gdzie ja jestem? – zapytał Rabiriusz, wstając. – Co to za miejsce?

Katulus łagodnie usadził go z powrotem.

– Spokojnie, Gajuszu. Jesteś wśród przyjaciół.

– Ale żaden sąd nie uzna go za winnego – zaprotestował Cycero spokojnie. – Ten biedny człowiek postradał już rozum.

– Spraw o perduellio nie rozpatruje zwykły trybunał. I tu tkwi haczyk. Tylko dwóch specjalnie powołanych sędziów.

– Powołanych przez kogo?

– Naszego nowego pretora miejskiego, Lentulusa Surę.

Cycero skrzywił się, słysząc to nazwisko. Sura był ekskonsulem, człowiekiem o wielkich ambicjach, ale bezgranicznie głupim; te dwie cechy często występują razem w polityce.

– A kogo Stary Suseł wyznaczył na sędziów? Wiemy?

– Cezara. I Cezara.

– Co takiego?!

– Do rozpatrzenia tej sprawy zostali wyznaczeni Gajusz Juliusz Cezar i jego kuzyn Lucjusz.

– Stoi za tym Cezar?

– Wiadomo więc, jaki będzie werdykt.

– Ale pozostanie jeszcze apelacja – sprzeciwił się Cycero, poważnie już zaniepokojony. – Obywatel rzymski nie może być skazany bez procesu.

– Owszem, może – odparł gorzko Hortensjusz. – Jeśli Rabiriusz zostanie uznany za winnego, oczywiście będzie miał prawo do apelacji. Ale tu też kryje się podstęp. Bo nie stanąłby przed sądem, lecz przed ludem zgromadzonym na Polu Marsowym.

– A to dopiero byłoby przedstawienie! – wtrącił Katulus. – Wyobrażasz sobie? Senator rzymski sądzony przez plebs w sprawie, w której karą jest śmierć? Na pewno by go nie uniewinnili… Mieliby stracić zabawę?

– Wybuchnie wojna domowa, bo do tego nie dopuścimy, Cyceronie – zauważył stanowczo Izaurykus. – Słyszysz?

– Słyszę – odparł mój pan, szybko przesuwając wzrokiem po tekście pisma. – Który z trybunów wniósł oskarżenie? Labienus? To jeden z ludzi Pompejusza. Nie jest wichrzycielem. O co mu chodzi?

– Podobno jego stryj zginął wraz z Saturninusem – wyjaśnił pogardliwie Hortensjusz – i ze względu na honor rodziny chce go pomścić. To bzdury. Cała sprawa stanowi tylko pretekst dla Cezara i jego bandy, żeby zaatakować senat.

– Co więc proponujesz? – zapytał Katulus Cycerona. – Głosowaliśmy na ciebie, pamiętasz? Mimo że niektórzy z nas zrobili to niechętnie.

– Czego ode mnie oczekujecie?

– A jak sądzisz? Podejmij walkę o życie Rabiriusza! Potęp publicznie tę niegodziwość, a potem przyłącz się do Hortensjusza jako obrońca, jeśli sprawa stanie przed zgromadzeniem ludowym.

– Hm, to byłoby coś nowego – zauważył Cycero. Spojrzał na swojego znakomitego rywala. – Pierwszy raz wystąpilibyśmy razem.

– Ta perspektywa wcale nie wydaje mi się bardziej kusząca niż tobie – odciął się Hortensjusz lodowato.

– Spokojnie, Hortensjuszu, nie obrażaj się. Będę zaszczycony, mogąc wystąpić w sądzie jako twój kolega. Ale nie śpieszmy się, bo wpadniemy w zastawioną na nas pułapkę. Zastanówmy się, czy nie da się załatwić tej sprawy bez procesu.

– Jak można go uniknąć?

– Odwiedzę Cezara i porozmawiam z nim. Postaram się dowiedzieć, o co mu chodzi. I sprawdzę, czy da się osiągnąć kompromis.

Na sam dźwięk słowa „kompromis” trzej byli konsulowie od razu chcieli zgłosić protest. Cycero jednak uniósł ręce.

– On czegoś chce, to pewne. Nie zaszkodzi poznać jego warunki. Jesteśmy to winni republice. Jesteśmy to winni Rabiriuszowi.

– Ja chcę do domu – jęknął Rabiriusz. – Czy mogę już wrócić do domu?