Śmierć nadeszła wczoraj - Aleksandra Marinina - ebook

40 osób właśnie czyta

Opis

Caryca rosyjskiego kryminału powraca!

W eksplozji samochodu ginie dwoje pracowników popularnego programu telewizyjnego. Niedługo potem jego prezenter, Aleksander Ułanow, otrzymuje groźbę, że wkrótce podobny los czeka także jego. Okazuje się, że zabójstwo zleciła jego żona, bez której Ułanow nie wyobraża sobie życia.
Niespodziewanie mężczyzną zaczyna się interesować milicja, prowadząca równolegle śledztwo w sprawie zabójstwa pewnej wróżbitki. Okazuje się, że między tymi dwiema sprawami może istnieć powiązanie…
Anastazja Kamieńska, która wyjaśnia sprawę tajemniczego zamachu na pracowników telewizji, oraz Tatiana Obrazcowa, śledcza badająca morderstwo wróżbitki, będą musiały połączyć swoje siły i spróbować rozplątać złowieszczą intrygę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 641

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Я умер вчера

Copyright © Aleksandra Marinina, 1997

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Stronka, 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Gabriela Niemiec

Korekta: Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Łamanie: MELES-DESIGN

Fotografie na okładce: © djumandji/Shutterstock

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-66381-15-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Rozdział 1

Śmierć nadeszła wczoraj. Przedwczoraj jeszcze żyłem, byłem taki jak przedtem, jak przez całe życie. A od wczoraj nie żyję. Cholera wie, co ze mną teraz będzie. No i czy w ogóle będę?

Do wczoraj wszystko wyglądało może nie nazbyt przyjemnie, ale znośnie. Byłem prezenterem jednego z programów telewizyjnych, pracowałem w miłym, zżytym gronie i zarabiałem całkiem przyzwoite, można by nawet rzec: duże pieniądze. Miałem żonę, którą kiedyś namiętnie kochałem, potem zacząłem darzyć tkliwym uczuciem, a w końcu zrozumiałem, że miłość i namiętność nie mają już żadnego znaczenia, bo łączy nas silne przywiązanie. Przeżyliśmy razem dwanaście lat i byłem pewien, że resztę życia spędzę u jej boku. Miałem przyjaciół, kolegów, wiele luźnych, niezobowiązujących znajomości. Jednym słowem, wszystko, czego potrzebuje normalny facet, łącznie z nie najdroższym, ale dobrym samochodem i wygodnym, dość sporym mieszkaniem dla dwojga.

To prawda, że w pracy nie wszystko układało się różowo i bez problemów, zwłaszcza ostatnio. Znaleźli się ludzie, którym nie spodobał się sposób, w jaki prowadziliśmy nasz program, więc usiłowali wywrzeć na nas nacisk. Presja wciąż rosła, a tydzień temu doszło do tragedii: zginęli dyrektor programu Witia Andriejew i dziennikarka Oksana Bondarienko. Eksplodował samochód, którym jechali.

Milicjanci, ma się rozumieć, długo i cierpliwie nas przesłuchiwali, po sto razy zadając te same pytania. Wszyscy mówiliśmy to samo, bo nic więcej nie potrafiliśmy powiedzieć. Ale wtedy jeszcze żyłem. Martwiłem się, cierpiałem, ale żyłem.

A wczoraj umarłem. Wydarzyło się bowiem coś, dzięki czemu jasno zrozumiałem: zostało mi niewiele czasu, wielka szkoda, że nie wiem, ile dokładnie. Dwie godziny, parę dni, miesiąc? W każdej chwili wszystko może się skończyć. W dodatku moja żona ma z tym bezpośredni związek.

Od chwili śmierci Oksany minął tydzień, wyemitowaliśmy już wszystkie materiały, które zdążyła przygotować. Na razie nie zatrudniliśmy innego dziennikarza, więc od dzisiaj będę musiał występować na żywo. Żywy trup na wizji… Zabawne. Miejmy nadzieję, że nikt nie zauważy.

Nastia Kamieńska wciąż nie mogła się nadziwić uczuciu radości, które ją ogarniało za każdym razem, gdy wchodziła do pokoju szefa. A jednak to prawda, myślała, uśmiechając się w duchu, że człowiek docenia coś, dopiero gdy to straci. Przez niemal dziesięć lat wchodziłam tutaj, widziałam Pączka i sądziłam, że to normalne, że nie może być inaczej. A potem Pączek odszedł, przysłano nam nowego szefa i moje życie zamieniło się w prawdziwy koszmar. Niedawno Pączek wrócił, znowu jest z nami, ze mną, i dopiero teraz zrozumiałam, co to za szczęście mieć dobrego szefa.

Nastia nie miała ochoty zajmować się zabójstwem pracowników stacji telewizyjnej. Dobrze wiedziała, że telewizja to albo bulwersujące informacje, albo pieniądze, albo obie rzeczy naraz. W dodatku jeśli chodzi o informacje, one i tak dotyczą przeważnie pieniędzy. Które ktoś sobie przywłaszczył, ukradł, przelał na konto w szwajcarskim banku albo po prostu przyjął jako zwyczajną, pospolitą łapówkę. Na dźwięk słowa „pieniądze” Nastia dostawała gęsiej skórki.

ProgramTwarz bez makijażu nie miał charakteru informacyjnego, sensacyjnego czy demaskatorskiego, dziennikarka Oksana Bondarienko nie relacjonowała wydarzeń z punktów zapalnych ani nie przeprowadzała gorących wywiadów z deputowanymi Gosdumy[1], którzy właśnie opuścili salę obrad i wciąż jeszcze podekscytowani i zirytowani, nie panowali nad sobą, dzięki czemu można było z łatwością wywołać ciekawy skandalik niszczący wizerunek polityka i konfliktujący go z otoczeniem. Program przebiegał w spokojnej i życzliwej atmosferze. Po zabójstwie dyrektora i dziennikarki Nastia specjalnie obejrzała parę odcinków, żeby wyrobić sobie zdanie. Goście sprawiali wrażenie poważnych i szanowanych obywateli, a prezenter nie próbował zarzucić ich podchwytliwymi pytaniami. Wręcz przeciwnie – najwyraźniej bardzo mu zależało, żeby pokazali się z jak najlepszej strony, wygłosili przemyślane, głębokie sądy, zaprezentowali nieszablonowe i ciekawe stanowiska. Raczej nie chodziło o niebezpieczne informacje. A zatem była to kwestia pieniędzy. Tymczasem Nastia Kamieńska organicznie nie znosiła przestępstw związanych z pieniędzmi. Na studiach uczyła się ekonomii tylko dlatego, że był to przedmiot obowiązkowy. O wiele bardziej interesowały ją zemsta, zazdrość, zawiść, jednym słowem: ludzkie namiętności, a nie finansowe rozgrywki. Musiała się jednak pogodzić z tym, że zadania, jakie otrzymywali pracownicy wydziału kryminalnego, nie były przydzielane zgodnie z ich gustami i upodobaniami.

Trudno, musi się zająć telewizją. Na jej prośbę Misza Docenko przytaszczył z domu stos czasopism „TV Park”, regularnie nabywanych przez jego mamę. Jedna z kolumn była poświęcona rankingowi programów telewizyjnych, więc Nastia miała nadzieję, że zdobędzie punkt wyjścia do rozważań. Tak się jednak nie stało, bo program Twarz bez makijażu nigdy nie trafił do pierwszej dziesiątki najchętniej oglądanych.

– Ciekawe, skąd mają pieniądze? – w zamyśleniu zapytała Docenkę. – Skoro program nie należy do najpopularniejszych, ceny reklam w przerwach nie są pewnie wysokie. Popyt na reklamy też jest raczej nieduży. Na zdrowy rozum powinni byli przetrwać ze trzy, cztery miesiące, a potem zdjąć program z anteny, tymczasem nadają go już grubo ponad dwa lata.

– Pewnie dostają dotacje z budżetu – zasugerował Michaił.

– Z jakiej racji? Mogłabym to zrozumieć, gdyby przedstawiali stanowisko rządu albo otwarcie popierali prezydenta. Ale skoro tego nie robią… Program jest dobry, solidny, zrobiony bardzo profesjonalnie, nie irytuje widza, ale brakuje mu, jakby to ująć… pazura. Człowiek nie biegnie po pracy do domu, żeby koniecznie zobaczyć kolejny odcinek. Pora też nie jest najszczęśliwsza, od siedemnastej czterdzieści do osiemnastej, ludzie dopiero wracają z pracy.

– Więc może zabójstwo popełniono z powodów osobistych?

– To by mi pasowało. – Nastia westchnęła. – Powody osobiste są tym, co lubię najbardziej. W każdym razie potrafię je zrozumieć i się w nich połapać. A pieniądze są nudne i przyprawiają o ból głowy. Podzielmy się, Misza.

– Uczciwie czy po przyjacielsku? – Czarnowłosy Docenko się roześmiał. – Jeżeli uczciwie, to pani weźmie pieniądze, a ja miłość, bo jest pani ode mnie starsza i ma więcej doświadczenia. A ja jeszcze raczkuję, nie dorosłem do pieniędzy.

– Co to, to nie, kolego – prychnęła Nastia. – Podzielimy się po dżentelmeńsku. Kobieta powinna się zajmować emocjami, a mężczyzna pieniędzmi. To prawo społeczeństwa, w którym mieliśmy szczęście się urodzić. I niech się pan nie waży robić aluzji do mojego podeszłego wieku, bo jestem niedużo starsza. Proszę się też nie łudzić, Miszeńka, że pańska uporczywa niechęć, by mówić mi po imieniu, kogoś zmyli.

Nastia mówiła prawdę, w dodatku nikt nie potrafił wyjaśnić wspomnianego faktu, nawet sam Michaił. Anastazja była jedyną osobą w wydziale do walki z przestępczością przeciwko życiu i zdrowiu, z wyjątkiem oczywiście zwierzchników, do której Docenko zwracał się oficjalnie, zmuszając ją, by rewanżowała się tym samym. Różnica wieku nie była wcale duża, jakieś sześć lat, Kamieńska przewyższała Miszę tylko o jeden stopień w hierarchii służbowej, mimo to…

Pod koniec dnia na biurku Nastii zaterkotał wewnętrzny telefon.

– Nudzisz się? – rozległ się w słuchawce kpiący głos Igora Lesnikowa, kolegi, który miał dzisiaj dyżur w grupie operacyjnej.

– Bez ciebie zawsze – odparła Nastia szybko. – Czekam, aż mnie czymś rozbawisz.

– W takim razie odpowiedz na pytanie: co można ukraść psychoanalitykowi?

– Komu? – zapytała zdziwiona.

– Psychoanalitykowi – cierpliwie powtórzył Igor.

– Jakiemu?

– Co za różnica… Jakiemukolwiek. Abstrakcyjnemu.

– Prowadzi prywatną praktykę?

– Uhm.

– W takim razie pieniądze. Honoraria za konsultacje są wysokie. A skąd pytanie?

– Z terenu. Właśnie wróciliśmy. Myślisz schematycznie, Nastazjo. Nie ukradziono cennych rzeczy. Ale są wyraźne ślady włamania.

– A co mówi właściciel?

– Nic. Że mu nic nie zginęło.

– Sądzisz, że kłamie?

– Oczywiście, że tak. Wie, co zginęło, ale milczy. Dlatego chcę, żebyś mi powiedziała, co może przedstawiać wartość dla przestępcy, ale do czego nie można się przyznać dobremu wujkowi z milicji.

– Zastanowię się – obiecała Nastia. – A co jeszcze się wydarzyło podczas dyżuru?

– Wszystko byś chciała wiedzieć – burknął Igor. – Zrobisz mi kawy?

– Dziwny jesteś, Igorku. W dzisiejszych czasach faceci zwykle proszą, żeby im nalać czegoś mocniejszego.

– Na dyżurze tylko kawa. No to mogę na ciebie liczyć czy mam się zwrócić do kogoś innego?

– Dobra, możesz przyjść. Już wstawiam wodę.

Wiele osób wpadało do Nastii na kawę i papierosa. Po pierwsze, prawie zawsze była na miejscu, co nie jest normalne w przypadku wywiadowcy. Po drugie, zawsze miała dobrą kawę, bo mimo że milicyjna pensja była żenująco niska, kupowała dobre, drogie gatunki, odmawiając sobie wielu innych rzeczy, na przykład obiadów, a niekiedy nowych rajstop. Po trzecie, przy papierosie można było się zwierzyć z kłopotów, ponarzekać na „nieuprzejmego” szefa i z lekkim sercem pobiec dalej. Czasami Nastię drażniły te pogaduszki, bo nie była szczególnie towarzyska i wolała samotność, ale wiedziała, że radykalna zmiana zachowania mogłaby przysporzyć jej tylko wielu wrogów i cichych „życzliwych”. Nikogo nie można odtrącać, a tym bardziej obrażać. Nawet jeśli się ma na to ochotę.

Igor zjawił się niemal natychmiast, tak przynajmniej uznała Nastia. Ona bowiem pokonywała drogę z dyżurki do pokoju ze trzy razy dłużej. Za każdym razem na widok Lesnikowa Nastia ze zdziwieniem myślała, że największymi babiarzami okazują się przeważnie mężczyźni mało atrakcyjni, a przystojniacy w rodzaju Igora nierzadko są wzorowymi i kochającymi mężami, których nie da się zbałamucić i nakłonić do małżeńskiej zdrady. Wiele dziewcząt pracujących na Pietrowce po cichu wzdychało do Igora, ale żadna nie mogła się pochwalić choćby cieniem zainteresowania z jego strony. Lesnikow był nie zanadto uprzejmy, przeważnie powściągliwy, poważny, a czasami wręcz mrukliwy, z nikim się nie spoufalał i nie zaprzyjaźniał. O jego życiu osobistym wiedziano tylko tyle, że ożenił się po raz drugi i świata nie widział poza swoją córeczką. Trzeba jednak przyznać, że znakomicie nad sobą panował i jeśli musiał prowadzić rozmowę, stawał się czarujący i miły, wskutek czego nikt nie miał sumienia go oszukać. Telefon do Nastii świadczył o tym, że kradzież u psychoanalityka go zaintrygowała, w przeciwnym razie nie zadawałby żadnych pytań. Gabinet psychoanalityka to nie Trietiakowka ani nie Pałac Kremlowski, przestępstwem zajmą się chłopcy z terenu, a jeśli zginęły metale i kamienie szlachetne albo antyki, to koledzy z wydziału do walki z przestępczością przeciwko mieniu, w żadnym razie nie funkcjonariusze wydziału zabójstw. Zdaniem Nastii Lesnikow nie był wścibski ani żądny wiedzy, cudze tajemnice go nie interesowały, więc nie miała podstaw sądzić, że chodzi o zaspokojenie ciekawości. A zatem w kradzieży musi coś być…

– Nie ściemniaj, Igorku – powiedziała, nalewając mu kubek mocnej kawy. – Co ci się nie podoba w tej kradzieży?

– Nie ma w niej niczego szczególnego – odparł niejasno. – Nie spodobał mi się tylko właściciel. Wydawał się mocno przestraszony. I kategorycznie stwierdził, że nic mu nie zginęło.

– Nie przesadzasz? Każdy się przestraszy, gdy odkryje, że ktoś wtargnął do jego mieszkania. Nawet jeśli nic nie zginęło, uczucie nie jest miłe i wywołuje niepokój. A jeśli jutro złodzieje wrócą? Poza tym kradzieże zazwyczaj cię nie interesowały. Więc myślę, że nie mówisz wszystkiego.

– Ależ skąd. – Igor apatycznie wzruszył ramionami. – Zmęczyłem się dzisiaj. Zazwyczaj o tej porze jestem jeszcze w świetnej formie, jak nowo narodzony, a teraz mam wrażenie, że dyżuruję trzecią dobę. A jak tam twoje telewizyjne zwłoki? Są jakieś postępy?

– Marne. Zebrałam informacje, gdzie i z kim ofiary spędziły ostatnie dziesięć dni przed śmiercią, a teraz siedzę i się męczę, usiłując to chronologicznie poukładać. Nawiasem mówiąc, widziałeś kiedyś ten program?

– Jaki?

– Twarz bez makijażu.

– Nie miałem okazji.

Nastia zerknęła na zegarek.

– Chcesz zobaczyć? Zaczyna się akurat za trzy minuty. Wyżebrałam mały telewizor od Pączka, żeby wyrobić sobie zdanie, bo gdy go nadają, jestem jeszcze w pracy.

– Dobra. – Lesnikow skinął głową. – Póki nikt mnie nie ściga.

Ale jak zwykle wykrakał. Ledwo Nastia wyciągnęła z szafy starego czarno-białego silelisa, zadzwonił podpułkownik Kudin.

– Nastazjo, natychmiast przepędź na cztery wiatry Lesnikowa, wiem, że u ciebie siedzi. Niech wyciąga nogi, bo czeka na niego świeży denat.

Igor z westchnieniem wstał, jednym łykiem dopił resztę kawy i poszedł zadbać o spokój podatników, a Nastia zasiadła przed telewizorem, żeby obejrzeć kolejny odcinek Twarzy bez makijażu.

Już od pierwszej chwili poczuła niepokój. Coś było nie tak. Prezenter wyglądał, jakby go ktoś podmienił, to samo dotyczyło gościa. Co się dzieje? Czyżby śmierć przyjaciół i kolegów tak bardzo wytrąciła z równowagi Aleksandra Ułanowa, że nie radzi sobie przed kamerą? Niemożliwe. Po tragedii program wyemitowano pięciokrotnie i za każdym razem Nastia widziała na ekranie spokojnego, życzliwego i rozsądnego prezentera, w którego zachowaniu nikt nie dopatrzyłby się krztyny złośliwości czy taniego efekciarstwa.

Tym razem gościem programu był mało znany producent filmowy. Tytuły filmów, które nakręcił, nic Nastii nie mówiły. Mężczyzna mamrotał coś nieskładnie, a chwilami plótł zupełne głupstwa, Ułanow zaś w ogóle mu nie pomagał, beznamiętnie obserwował szamotaninę filmowca, który usiłował być błyskotliwy i oryginalny. Trzeba jednak przyznać, że mu też nie przeszkadzał. Wydawał się nieobecny, sprawiał wrażenie bezdusznej maszyny, która zadaje pierwsze lepsze pytanie i czeka, aż rozmówca wyduka odpowiedź. Na stoliku przed panami stały kubki z reklamą firmy Beeline. Producent podniósł jeden do ust, pośpiesznie go przechylił, zakrztusił się, po czym zaniósł długim i uporczywym kaszlem. Kamera delikatnie odjechała w bok, pokazując twarz Ułanowa, który biernie przyglądał się walczącemu z kaszlem rozmówcy. Nagle Nastia doznała olśnienia: program jest prowadzony na żywo. Przeciągającą się i nieistotną scenę na pewno by wycięto. A jak było przedtem?

Wszystko jasne. Poprzednie programy najpierw nagrywano, a potem odtwarzano. Teraz, po śmierci dyrektora i dziennikarki, zmieniła się formuła. Wszystko, co nakręcono i zmontowano wcześniej, już wyemitowano, a w ciągu minionego tygodnia nie udało się niczego nagrać. W samochodzie spaliły się też notatki i kasety… Wstępna praca, która miała stać się podstawą przyszłych odcinków, uległa zniszczeniu. Póki nie zostaną zebrane nowe materiały, Ułanow będzie musiał prowadzić program na żywo.

Mimo wszystko prezenter zachowuje się dziwnie, nawet biorąc poprawkę na stres. Owszem, przejmuje się, pewnie cierpi, ale to powinno znaleźć wyraz przede wszystkim w jego reakcjach i mimice, a nie odbić się na profesjonalizmie i ogólnej atmosferze programu. Jak to mówią, talentu nie przepijesz. Nikt też chyba nie zmienił formuły. Dlaczego Ułanow w ogóle się nie stara, żeby jego gość wypadł należycie?

Program się skończył, po ekranie przesuwały się kolorowe obrazy bloku reklamowego. Nastia sięgnęła do swoich notatek, znalazła telefon stacji, odczekała parę minut i stanowczym ruchem wybrała numer.

– Mówi Kamieńska – przedstawiła się, słysząc w słuchawce głos Ułanowa. – Musimy znowu porozmawiać. Kiedy mógłby się pan ze mną spotkać?

– Koniecznie dzisiaj?

– Tak byłoby najlepiej. Ale możemy jutro, jeśli jest pan bardzo zajęty.

– Dobrze, niech będzie dzisiaj. Chce pani, żebym przyjechał na Pietrowkę?

– To niepotrzebne. Możemy się spotkać na neutralnym gruncie, gdzieś między centrum a Ostankinem.

– A co z protokołem? – Nastia wyczuła, że Ułanow nieprzyjemnie się uśmiecha. – Spisze go pani na kolanie?

– Nie sporządzamy protokołów, tym zajmują się śledczy. Ja tylko z panem porozmawiam i spróbuję znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania.

– Ale odpowiadałem już parę razy na różne pytania i powiedziałem wszystko, co wiem. Nie usłyszy pani ode mnie nic nowego. Minął tydzień, a wy wciąż zadajecie pytania, zamiast szukać przestępców. To jakiś nowy styl pracy?

– Aleksandrze Jurjewiczu, tracimy czas na utarczki – powiedziała Nastia łagodnie. – Powiem panu o nowym stylu pracy, gdy się spotkamy. Więc gdzie i kiedy?

Ułanow wyznaczył godzinę i miejsce. Nastia nie usłyszała entuzjazmu w jego głosie, ale gwoli sprawiedliwości musiała przyznać, że nie było w nim też niezadowolenia. Prezenter jest zmęczony, wyzuty z emocji. To efekt przeżytego stresu czy może czegoś innego? Warto się tego dowiedzieć. Niech Miszeńka Docenko szuka finansowego podłoża zbrodni, a ona, Nastia Kamieńska, zajmie się emocjami. To znacznie ciekawsze.

– Moim zdaniem proponowana przez pana operacja jest nazbyt skomplikowana. Nie można wymyślić czegoś prostszego?

– Można. Oczywiście, że można. Ale na tym polega jej sens. On nie powinien się domyślić, co się dzieje.

– Mój Boże, mówi pan rzeczy oczywiste. Wiadomo, że nie powinien się domyślić.

– Nie wysłuchał mnie pan do końca. Gdy człowiek nie ma wszystkich informacji potrzebnych do zbudowania pełnego obrazu, zaczyna kombinować i snuć hipotezy, by znaleźć wytłumaczenie tego, co się dzieje. Złożona operacja, którą opracowaliśmy, nie pozwala stworzyć logicznej wersji wydarzeń. On będzie się męczył, łamał sobie głowę, ale nie wymyśli niczego sensownego ani spójnego, więc zacznie wątpić w zdrowy rozsądek. To z kolei pociągnie za sobą gwałtowne, niekontrolowane zmiany w codziennym zachowaniu. Odegra rolę korozji, rdzy trawiącej metal.

– A jeśli uda mu się jednak znaleźć wytłumaczenie, które uzna za racjonalne? Obserwacja wykazała, że nie jest bynajmniej głupi czy pozbawiony wyobraźni.

– No właśnie, wyobraźni. Jeśli wymyśli własną wersję zdarzeń, szybko się przekona, że jest niedorzeczna. Mania prześladowcza, idea zmaterializowania się absolutnego zła, siły mroku, obcy przybysze, pomysłów może być wiele. Niech uruchomi wyobraźnię. Tak czy inaczej, to się odbije na jego zachowaniu i niekorzystnie wpłynie na relacje z bliźnimi. Każdy jego czyn będzie przypominał działanie wariata, więc reakcja otoczenia może być tylko jedna. Proszę mi wierzyć, że bardzo dokładnie przeanalizowaliśmy jego dotychczasowe życie i sporządziliśmy portret psychologiczny. Chyba zdążył się pan przekonać, że zatrudniamy psychologów o najwyższych kwalifikacjach.

– No dobrze, załóżmy, że na pewien czas rozwiał pan moje wątpliwości. Proszę jednak pamiętać, że to największa operacja od początku naszego istnienia. W grę wchodzą bardzo duże pieniądze, więc jeśli nie zdołamy ich zdobyć, obarczę pana winą za niepowodzenie. Proszę o tym nie zapominać.

– Nie zapomnę…

Nie uśmiechało mi się jechać na spotkanie z Kamieńską z wydziału kryminalnego, ale były w tym pewne pozytywy. Po pierwsze, w jej obecności nikt mnie raczej nie zabije, jeśli oczywiście nie dojdzie do tego wcześniej i zdołam w ogóle dotrzeć na miejsce. Tak więc przynajmniej podczas rozmowy z tą dziwną paniusią będę mógł się nie martwić, odetchnąć i jak to się mówi w wojsku: pójść na stronę i zapalić. A po drugie, zdecydowanie opóźni to mój powrót do domu, jeśli oczywiście dane mi będzie tam wrócić. Dom to niebezpieczeństwo, Wika nie uśmierci mnie własnoręcznie, nie wsypie trucizny do herbaty, wynajęła zabójcę i teraz czeka, aż ten wykona zlecenie. Ale i tak przebywanie z nią sam na sam stanowi dla mnie torturę. Dlaczego? No dlaczego? Za co? Boże, tak ją przecież kochałem, nigdy jej nie skrzywdziłem, niczego nie pozbawiłem. Właściwie nawet nie chcę wiedzieć za co. Skoro podjęła taką decyzję, widocznie uznała, że jest słuszna. Nie mam najmniejszej ochoty omawiać z nią naszych relacji. Gotów jestem przyjąć z jej rąk wszystko, nawet śmierć.

Wyznaczyłem spotkanie na placu Kołchoznym, koło metra. Jeśli zacznie padać, będziemy siedzieć w samochodzie, a jeśli pogoda się nie popsuje, wypijemy kawę w ulicznej kawiarni. Ciekawe, ile minut ona się spóźni. Jeszcze się nie urodziła taka kobieta, która punktualnie przychodziłaby na spotkania, nawet służbowe.

Ku mojemu zdziwieniu Kamieńska się nie spóźniła. Gdy podjechałem na plac, już stała w umówionym miejscu, chociaż do ustalonej godziny brakowało jeszcze dziesięciu minut. Zostawiłem je sobie w zapasie na wypadek korka w okolicy Dworca Ryskiego. Deszcz nie padał, więc zaproponowałem, żebyśmy usiedli na zewnątrz kawiarni przy w miarę czystym, choć nieco koślawym stoliku.

Do tej pory widziałem Kamieńską trzy czy cztery razy, rozmawiałem z nią, ale nie zauważyłem, że dziwnie się ubiera. Naprawdę drogie miała tylko adidasy. Chyba kosztowały tyle, ile obrączka na jej palcu. Cała reszta: dżinsy, kurtka, apaszka na szyi, była tania, w ciemnym, nierzucającym się w oczy kolorze. No cóż, słyszałem, że wynagrodzenie milicjantów jest mizerne, więc nie stać ich na porządne ubrania. Kamieńska pewnie przez cały rok oszczędzała na adidasy.

– Aleksandrze Jurjewiczu, co się stało z pańskim programem? – zapytała.

– Nic. – Wzruszyłem ramionami. – A co się miało stać?

– Oglądałam dzisiejszy odcinek. Zupełnie nie przypominał wcześniejszych.

– Prowadziłem program na żywo – odparłem krótko. – To zawsze wygląda inaczej niż uprzednio nagrany i wyreżyserowany scenariusz.

– Teraz już zawsze tak będzie?

– Nie wiem. Wszystko zależy od tego, kiedy pojawi się dziennikarz, który zastąpi Oksanę.

– Niech mnie pan oświeci, Aleksandrze Jurjewiczu – poprosiła. – Nie bardzo rozumiem, po co panu dziennikarz, skoro może pan prowadzić program na żywo.

Pytanie mi się nie spodobało. Co to znaczy, że mogę prowadzić program na żywo? Dzisiejszy odcinek był fatalny, zdecydowanie odbiegał od przyjętej koncepcji. Gdyby żył nasz dyrektor Witia Andriejew, dałby mi popalić za taką fuszerkę. Sposób prowadzenia rozmowy z producentem filmowym był szczytem braku profesjonalizmu, żaden stres i kłopoty tego nie tłumaczyły. Doskonale o tym wiedziałem, ale nie uważałem za konieczne zmieniać czegokolwiek podczas emisji. Po co się wysilać, skoro bez Witii i Oksany program umrze śmiercią naturalną najdalej za tydzień, ja zaś umrę pewnie jeszcze wcześniej. Zresztą co tam wcześniej, właściwie już nie żyję. Wprawdzie jeszcze oddycham i się poruszam, spożywam posiłki i alkohol, wypowiadam jakieś słowa i robię wrażenie normalnego faceta, ale czy człowiek może uważać się za żywego, gdy takie pojęcia jak „jutro” czy „za godzinę” już go nie dotyczą?

– No cóż – odparłem, siląc się na uprzejmość. – Prezenter musi wiedzieć to i owo o swoim rozmówcy, żeby dyskusja okazała się ciekawa dla widzów. Gdyby program szedł raz w tygodniu, miałbym dość czasu, żeby go poznać bliżej i obmyślić przebieg spotkania. Ale ponieważ jesteśmy na antenie codziennie, w ciągu tygodnia nie jestem w stanie poznać pięciu osób i przygotować z nimi rozmowy, to fizycznie niemożliwe. Od tego właśnie jest dziennikarz. Spotyka się z zaproszonymi gośćmi, zdobywa informacje o ich życiu, pracy, upodobaniach, zwyczajach, poglądach i problemach. A gdy zbierze potrzebny materiał, siada z reżyserem, żeby przygotować scenariusz. Razem planują przebieg rozmowy, odrzucają nieciekawe tematy, akcentują interesujące aspekty. Prezenter włącza się dopiero na ostatnim etapie. Oksana Bondarienko była wyjątkową dziennikarką, niezastąpioną w zbieraniu materiałów. Nie wiem, jak jej się udawało to robić, ale tak właśnie było. Jedna osoba nie może jej zastąpić, potrzeba co najmniej trzech. A to nie takie proste, jak by się mogło wydawać. Dlatego póki ich nie znajdziemy, będę musiał występować na żywo.

Miałem nadzieję, że jestem przekonujący, chociaż Wika zawsze mnie zapewniała, że nie umiem kłamać. Ale przecież nie będę wyjawiał prawdy o naszym programie tej paniusi z Pietrowki…

– Usiłowałam ustalić, co robili Andriejew i Bondarienko w ostatnich dniach przed śmiercią – powiedziała Kamieńska. – Zostało mi jednak parę białych plam. Może przypomniał pan sobie coś jeszcze na temat swoich kolegów?

– Nie, powiedziałem wszystko, co wiedziałem i co zdołałem sobie przypomnieć.

– A więc nic nie może pan dodać?

– Niestety nie.

– Bo widzi pan, ani ich bliscy, ani przyjaciele nie potrafili choćby w przybliżeniu wskazać miejsca ich pobytu w pewnych godzinach. Wszyscy sądzili, że byli w pracy. Ale w studiu ich nie było i nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie na przykład pojechała Oksana i jakie wykonywała zadania.

– To musiał wiedzieć Andriejew.

– Teraz już go o to nie zapytam. – Kamieńska westchnęła.

– No tak – potwierdziłem beznamiętnie. – Niestety nie potrafię pani pomóc. Wiktor miał notes, w którym zapisywał informacje dotyczące zbierania materiałów, na pewno zaznaczył, gdzie i po co pojechała dziennikarka.

– Tak surowo kontrolował Oksanę? – zdziwiła się Kamieńska.

– Chodziło nie o kontrolę, ale o to, żeby się orientować, jak przebiega proces zbierania informacji związanych z konkretnym scenariuszem. Należało też kontrolować kierowcę, żeby wiedzieć, dokąd pojechał i kiedy wróci. Rozmawiała pani z kierowcą?

– Oczywiście. Zdał nam wyczerpującą relację z tego, co robił o interesującej nas porze. Ale nie był wtedy ani z Andriejewem, ani z Bondarienko. Aleksandrze Jurjewiczu, wszystko wskazuje na to, że pańscy koledzy mieli jeszcze jakieś inne zajęcie oprócz pracy nad programem. Może prowadzili wspólny biznes?

– Niewykluczone – przyznałem. – Ale nic mi o tym nie wiadomo.

Rozmowa ciągnęła się powoli i leniwie. Kamieńska najwyraźniej nigdzie się nie śpieszyła, ja tym bardziej. Dokąd zresztą miałem się śpieszyć? Na tamten świat? Ciekawe, jak wygląda zlecenie Wiki. Może kazała mnie zlikwidować w ciągu trzech dni i wykopano już dla mnie grób na cmentarzu?

Usiłowałem niepostrzeżenie się rozejrzeć. A nuż płatny zabójca jest gdzieś w pobliżu i cierpliwie czeka, aż pożegnam się z funkcjonariuszką wydziału kryminalnego? Ale wokół było pełno ludzi, ja zaś nie miałem pojęcia, jak wygląda zabójca. Zresztą do diabła z nim, w końcu i tak mnie dopadnie. Nikt jeszcze nie wymyślił, jak ujść cało przed płatnym mordercą, kilerzy zabijają nawet osoby na wysokich stanowiskach, łącznie z prezydentami.

– Daleko pani mieszka? – zapytałem nagle.

– Daleko pani mieszka? – raptem zapytał Ułanow.

– Owszem – odparła Nastia. – Przy szosie Szczołkowskiej. A dlaczego pan pyta?

– Może odwieźć panią do domu?

– Byłoby wspaniale – przyznała otwarcie. – Ale jakoś mi niezręcznie. Nie chciałabym sprawiać kłopotu.

– To żaden kłopot. – Ułanow nie wiedzieć czemu poweselał, twarz jakby mu odmłodniała. – Akurat jadę w tamtym kierunku. Z panią droga nie będzie mi się dłużyć.

Nastia zerknęła na niego zaintrygowana. Dziwny ten Ułanow. Najpierw siedział zasępiony, rozmawiał niechętnie, cedził słowa, jakby robił łaskę, a teraz nagle jest grzeczny, uśmiecha się, proponuje, że ją podwiezie, i udaje, że potrzebuje kogoś do towarzystwa. A przecież wcale nie sprawia wrażenia osoby, która się ze sobą nudzi. Może w ten niewyszukany sposób próbuje skierować rozmowę na inne tory? No cóż, można pójść mu na rękę, bo i tak nie uda się z niego wyciągnąć niczego sensownego. Po dzisiejszej emisji Twarzy bez makijażu Nastia była pewna, że z Ułanowem dzieje się coś złego, miała jednak nadzieję, że podczas rozmowy zdoła go nakłonić do zwierzeń. Ale chyba się pomyliła, straciła tylko czas i niepotrzebnie go nękała.

– Dziękuję. – Skinęła głową. – To miło z pańskiej strony.

W samochodzie Ułanow znowu milczał ponuro, po niedawnym ożywieniu nie zostało ani śladu. A więc jednak nie potrzebował towarzystwa. Po co w takim razie podwozi ją do domu?

– Aleksandrze Jurjewiczu, nigdy nie odniósł pan wrażenia, że z waszym programem jest coś nie tak? – zapytała.

– Nie – odparł ostro. – Co może być nie tak z programem? Proszę mówić jaśniej.

– Spróbuję. Zginęło dwoje pracowników. To nie wytwór chorej wyobraźni, tylko niezaprzeczalny fakt. Ładunek wybuchowy znajdował się pod samochodem Andriejewa, prywatnym, a nie służbowym. Innymi słowy, celem przestępców był najwyraźniej Andriejew, dyrektor programu Twarz bez makijażu. Zakładam, że ktoś mógł pragnąć jego śmierci niekoniecznie w związku z pracą w telewizji, ale wtedy musielibyśmy przyznać, że zajmował się czymś jeszcze, chociaż ani pan, ani nikt z waszego zespołu nic nie wie na ten temat. Choć może wie, tylko nie mówi, a to, chyba się pan ze mną zgodzi, też jest niezrozumiałe i wielce podejrzane. Jeśli przestępcy chcieli zabić nie tylko Andriejewa, ale też Bondarienko, musieli wiedzieć, że dyrektor i dziennikarka wybierają się gdzieś samochodem o określonej porze. Nasuwa się więc wniosek, że ktoś z waszej stacji albo sam podłożył materiał wybuchowy, albo poinformował zainteresowane osoby o planach Wiktora i Oksany. Którą wersję pan woli?

Ułanow nie odpowiedział od razu i Nastia odniosła wrażenie, że powtarza w myślach jej słowa, próbując przeanalizować to, co usłyszał.

– Żadną – odezwał się wreszcie. – Nie wiem, po co ktoś miałby zabijać Wiktora i Oksanę, zarówno oboje razem, jak i każde z osobna. Dlaczego nie bierze pani pod uwagę hipotezy, że przestępca mógł się pomylić? Witia miał całkiem zwyczajny samochód, żiguli siódemkę, kolor też popularny: biały. Może materiał wybuchowy znalazł się pod niewłaściwym autem?

– Nie wykluczamy tej ewentualności. Sprawdzamy wszystkich właścicieli samochodów, które były w pobliżu. Aleksandrze Jurjewiczu, nie wie pan, czy Andriejew i Bondarienko utrzymywali bliższe kontakty?

Ułanow uśmiechnął się z przymusem.

– Owszem. I co z tego? Oksana nie była zamężna, a Wiktor niedawno się rozwiódł. Komu to przeszkadzało?

– Tutaj akurat nie ma pan racji. – Nastia się roześmiała. – Adnotacja w dowodzie osobistym ma niewiele wspólnego z prawem do zazdrości. Na dobrą sprawę zazdrość nie rządzi się żadnymi prawami. Prawowity mąż może spokojnie patrzeć na flirty małżonki, jeśli go to nie obchodzi, a dawno porzucony przypadkowy kochanek może do samej śmierci cierpieć z rozpaczy i zazdrości.

– To prawda – przyznał Ułanow obojętnie. – Uprawia pani sport?

– Ja? – Nastia popatrzyła na niego ze zdumieniem. – Skąd ten pomysł?

– Wnioskuję z pani markowych adidasów. Zostały starannie wybrane i są bardzo drogie. Czy dzisiejszych milicjantów stać na taki zakup?

– Ależ skąd, mąż przywiózł mi w prezencie ze Stanów. Sama nigdy bym ich nie kupiła, dla mnie są rzeczywiście za drogie.

Nastia nie tylko nie kupiłaby tak ekstrawaganckich adidasów. Gdyby nie szczególne okoliczności, w ogóle by ich nie włożyła. Lubiła tanie i wygodne ubrania, niemarkowe i niekrępujące ruchów, ale nogi były jej słabym punktem. Wieczorem, zwłaszcza podczas upałów, puchły, więc dzień spędzony w eleganckich pantoflach na obcasie stawał się dla niej torturą. Tak więc dla fizycznego komfortu musiała, jak to się mówi, zrezygnować z zasad. Kategorycznie odmówiła włożenia adidasów, które przywiózł Aleksiej, tłumacząc się tym, że są niesłychanie drogie, i uparcie chodziła w sportowych butach kupionych prawie trzy lata temu. Wybrała je sama, były dość wygodne, a przede wszystkim nijakie, więc nie rzucały się w oczy. Wszystko ma jednak swój koniec, ukochane buty nie uniknęły owego smutnego losu. Nie dalej jak przedwczoraj rozpadły się, w dodatku oba naraz, w jednej chwili. Nie wytrzymały kolejnego zamoczenia w głębokiej kałuży, która powstała po obfitych opadach kwietniowego śniegu z deszczem. Przez pół godziny Nastia nad nimi ubolewała, po czym z westchnieniem sięgnęła do szafy po czerwono-niebieskie pudełko z nowymi adidasami.

Jednakże pan Ułanow nie wykazywał chęci kontynuowania rozmowy na temat możliwych motywów zabójstwa kolegów. Adidasy są według niego ciekawszym tematem. A może bezpieczniejszym? Jeśli tak, to zaraz zapyta Nastię o męża.

– Pani mąż jest biznesmenem?

Nastia ledwo stłumiła uśmiech.

– Nie, naukowcem. Wyjechał z cyklem wykładów.

– Z politologii?

– Z matematyki.

– Tak? Byłem pewien, że rosyjscy naukowcy są doceniani za granicą tylko na polu polityki i ekonomii. Wybierają się tam, żeby opowiadać, dlaczego nasze reformy buksują i tak trudno przejść od rozwiniętego socjalizmu do „upośledzonego” kapitalizmu.

Nastia nie mogła się już powstrzymać i zachichotała. Ułanow nawet się nie uśmiechnął w odpowiedzi, minę miał nadal pochmurną i roztargnioną. Wyglądał, jakby był pochłonięty własnymi myślami, ale ze wszystkich sił starał się podtrzymać rozmowę, żeby nie zdradzić niepokoju. Ciekawe, czym pan Ułanow się gryzie? Chyba nie śmiercią Wiktora Andriejewa i Oksany Bondarienko, bo gdyby tak było, chętnie dyskutowałby o tym, co się im przydarzyło. Więc czym?

Za wszelką cenę usiłowałem się nie śpieszyć, ale w końcu dojechaliśmy do domu, w którym mieszkała Kamieńska. Niestety żadna droga nie ciągnie się w nieskończoność. Przypomniałem sobie, jak na czwartym roku dziennikarstwa jechałem zimą na egzamin, którego panicznie się bałem. Chwycił silny mróz, trolejbus wlókł się ulicą Hercena, a ja stałem na tylnym podeście, tępo wpatrywałem się we wzory wymalowane na oszronionym oknie i marzyłem, żeby podróż trwała wiecznie i żebym nigdy nie musiał wysiadać, wchodzić do budynku uniwersytetu, potem do auli, losować pytań i odpowiadać. Nawiasem mówiąc, przeczucie mnie nie myliło, dostałem wtedy tróję, pierwszą i jedyną podczas pięciu lat studiów. Nie uratował mnie nawet indeks pełen ocen celujących.

Trzasnęły drzwi, Kamieńska weszła do środka, a ja znowu zostałem sam. Może Bóg pozwoli mi jednak dotrzeć do domu. Nie zauważyłem żadnego samochodu, który by jechał za nami od placu Kołchoznego do szosy Szczołkowskiej, mimo że przez całą drogę uważnie przyglądałem się pojazdom z tyłu. W domu, jak już wspomniałem, nic mi nie grozi. Koło domu chyba też nie. Wika pewnie nie zgodzi się na to, żeby mnie zlikwidować w pobliżu naszego mieszkania. Chociaż kto wie… Przez wszystkie lata, które spędziliśmy razem, naiwnie sądziłem, że dobrze znam swoją żonę, teraz jednak zaczynam w to poważnie wątpić.

Minęło jeszcze pięćdziesiąt minut, nim wszedłem do mieszkania. Spędziłem w nim ostatnie sześć lat, które okazały się nie najgorsze. Mój Boże, jeszcze parę dni temu wszystko świetnie się układało, wybraliśmy się z Wiką po serwis angielski, planowaliśmy dzień jej urodzin, marzyliśmy o podróży nad Morze Śródziemne we wrześniu. Wreszcie zaczęliśmy wychodzić z głębokiej biedy, w której tkwiliśmy po uszy przez całą młodość. W tamtych czasach ograniczaliśmy swoje potrzeby, oszczędzaliśmy każdą kopiejkę, ciułaliśmy na mieszkanie. Zaciskaliśmy zęby i znosiliśmy moją obłąkaną matkę, która dręczyła Wikę, usiłując zachować niepodzielną władzę w naszym dawno nieremontowanym mieszkanku. Żyliśmy marzeniem o własnym kącie, odkładając na przyszłość decyzję o dziecku, wreszcie w ostatnim zrywie wzięliśmy pożyczkę, dzięki czemu zdobyliśmy brakującą kwotę i kupiliśmy własne mieszkanie. Nie mogliśmy się nim nacieszyć! Na początku spaliśmy na podłodze, jedliśmy z jednego talerza, powoli, z każdej pensji, z każdego honorarium kupowaliśmy meble, naczynia, ręczniki i prześcieradła. Dwa lata temu skończyliśmy wić nasze gniazdko. Sytuacja finansowa też znacznie się poprawiła, sprawiliśmy sobie samochód, zaczęliśmy się dobrze ubierać. Dzisiaj z ręką na sercu mógłbym powiedzieć, że wszystkie kłopoty się skończyły, wyszliśmy z długów i zaczynamy żyć po ludzku.

I nagle się okazało, że Wice to nie odpowiada. Stoję jej na drodze, więc chce się mnie pozbyć. Dlaczego nie możemy się rozwieść? To o wiele prostsze i tańsze. Ona jednak nie chce. No cóż, rozumiem. W razie rozwodu musielibyśmy podzielić majątek, zaczynając od mieszkania, a kończąc na filiżankach z angielskiego serwisu. Wika nie chce się dzielić, zbyt dobrze pamięta, ile zadaliśmy sobie trudu, żeby do czegoś dojść. Chce mieć wszystko od razu. Pewnie każdego wieczoru nasłuchuje z przerażeniem, gdy otwieram drzwi. Znowu się zjawiłem. Wciąż żyję. Biedaczka… Chyba ma dość czekania.

– Sasza? – Z pokoju dobiegł mnie jej głos. – Czemu tak późno?

Wyszła do przedpokoju w szlafroku, chyba zamierzała się już położyć. Jak zwykle nadstawiła policzek do pocałunku, a ja jak co dzień nachyliłem się i ją cmoknąłem. W nozdrza nieprzyjemnie uderzył mnie zapach perfum. Co to za głupi zwyczaj, żeby się perfumować po kąpieli! Do licha, przecież to mi się zawsze podobało. Ale tak było dawniej. Podobał mi się zarówno zapach jej perfum, jak i to, że nasza pościel była nim przesiąknięta.

– Co się stało, Sasza? – zapytała z niepokojem Wika. – Przez cały wieczór telefon się urywa, wszyscy pytają o dzisiejszy program.

– Nic się nie stało. – Nie potrafiłem opanować rozdrażnienia, więc moje słowa zabrzmiały chyba zbyt ostro.

– Ale wszyscy mówią, że to było coś niebywałego! Szkoda, że nie mogłam zobaczyć, o tej porze akurat wracałam do domu. Wytłumacz mi chociaż, co się stało.

– Nic szczególnego. Nie martw się. Po prostu musiałem prowadzić program na żywo, a mój gość nie wypadł najlepiej. To wszystko.

Zerknęła na mnie z ukosa i odwróciła się urażona. Z pozoru. Dawniej nie rozmawiałem z nią tak oschle. Wszystko, co dotyczyło mojej i jej pracy, omawialiśmy żywo i obszernie. Byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. W każdym razie tak mi się wydawało. Nawet dzisiaj, na przekór wszystkiemu, chętnie opowiedziałbym jej o wywiadzie z producentem filmowym, wiedziałem jednak, że ona tego nie oczekuje. Jej nadąsana mina jest tylko na pokaz. Tak naprawdę wcale się nie obraziła. Zupełnie jej nie obchodzi to, co się dzieje w studiu. Interesuje ją tylko jedno: kiedy wynajęty zabójca wybawi ją od mojej uciążliwej obecności.

Szczerze mówiąc, mnie też to interesuje. Co prawda nieco pod innym kątem.

[1] Gosduma (Gosudarstwiennaja duma) – Duma Państwowa (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Rozdział 2

Julia Nikołajewna dość łatwo poradziła sobie ze stresem związanym z wtargnięciem złodziei. Chwała Bogu, nic nie ukradziono. Zamek w drzwiach wejściowych został wprawdzie wyłamany, ale to się da szybko naprawić. Jednakże obserwując męża, Julia Nikołajewna zaczynała odczuwać coraz większy niepokój. Boris Michajłowicz Gotowczyc, doktor nauk medycznych, praktykujący psychoanalityk, na próbę kradzieży zareagował jej zdaniem zbyt emocjonalnie. Zdenerwował się i był ciężko przestraszony, co wzbudziło w Julii Nikołajewnie nie tylko obawę, ale też pewne podejrzenia, w dodatku niezbyt przyjemne. Doszła do wniosku, że Boris ma jakieś nieuwzględnione w budżecie rodzinnym kosztowności, które jednak zginęły, ale do których nie śmie się przyznać ani milicjantom, ani żonie.

Julia Nikołajewna zawsze starała się być lojalnym podatnikiem, nie szukała kłopotów, toteż sprawy finansowe rodziny prowadziła sama. Uważnie odnotowywała wszystkie honoraria męża, wypełniała deklaracje podatkowe i osobiście pilnowała, żeby je złożyć w odpowiednim urzędzie skarbowym. Chciała spać spokojnie. Zbyt wiele nieprzespanych nocy musiała spędzić w dzieciństwie, była bowiem córką operatywnego handlowca. Machinacje tatusia okazały się opłakane w skutkach, a drogę do więziennej celi przerwał sznur, który w przededniu nieuniknionego aresztowania ojciec założył sobie na szyję. Właśnie wtedy czternastoletnia Jula stwierdziła, że nigdy więcej nie pozwoli, by cokolwiek zakłóciło jej dalszą spokojną egzystencję. Rodziców, jak wiadomo, nikt sobie nie wybiera, ale własne życie każdy buduje sam.

Gdy tylko Boris otworzył prywatną praktykę, Julia Nikołajewna od razu jasno postawiła sprawę.

– Albo dasz mi słowo, że będziemy żyć uczciwie, albo natychmiast odchodzę i żądam rozwodu – oznajmiła stanowczo. – Dość się najadłam strachu w dzieciństwie, kiedy rodzice zrywali się na każdy szmer w nocy. Kolejny raz tego nie zniosę.

Sądziła, że Boris Michajłowicz ją zrozumiał, w każdym razie nie musieli wracać do tej rozmowy. Mąż nie oponował, gdy Jula wzięła na siebie finanse i kontakty z organami podatkowymi, dzięki czemu zyskała pewność, że nic przed nią nie ukrywa. Czyżby nie przyznawał się do wszystkich dochodów? I obracał nadwyżką, pakując się w podejrzane interesy? Może nie tylko podejrzane, ale nawet przestępcze? A teraz wspólnicy chcą wyrównać rachunki. Julia Nikołajewna nie potrafiła inaczej wytłumaczyć strachu i zdenerwowania męża. Jednakże wszelkie usiłowania, żeby wyjaśnić sytuację, kończyły się niczym. W czasie wolnym od wizyt Boris Michajłowicz przesiadywał w swoim gabinecie, skrupulatnie kartkował książki i dokumenty, jakby czegoś szukał, ale na pytania małżonki odpowiadał mętnie.

– Przyznaj się, Boria, co ci zginęło? – pytała Julia Nikołajewna każdego dnia.

– Nic – odpowiadał z roztargnieniem. – To właśnie jest straszne, że nic.

– Nie wierzę. Skoro nic ci nie zginęło, dlaczego się zadręczasz? I czego wciąż szukasz? Nie możesz znaleźć jakiejś rzeczy i myślisz, że ją ukradziono? – dopytywała się.

– Ależ niczego nie szukam! – oburzał się mąż. – Daj mi spokój.

– Miałeś pieniądze, o których nie wiedziałam? Dlaczego je przede mną ukrywałeś? Przecież ustaliliśmy…

– Nie miałem żadnych pieniędzy! Ile razy można to samo powtarzać? Nie miałem.

Julia Nikołajewna milkła obrażona i szła do sypialni, jednak już chwilę później rozżalenie zastępował niepokój. Na zdrowy rozum wszystko wydaje się bardzo proste. W mieszkaniu są pieniądze, przy dobrych chęciach można je znaleźć, to nietrudne, tyle że nikt ich nie tknął. Są i kosztowności, też nieruszone, leżą na swoim miejscu. Co więc skusiło złodziei? Odpowiedź jest oczywista. Obiektem ich zainteresowania były zupełnie inne pieniądze, pewnie znacznie większe, podejrzanego pochodzenia. W dodatku przestępcy wiedzieli, że są przechowywane osobno, i wiedzieli gdzie. Jaki stąd wniosek? Boris prowadzi brudne interesy, które ukrywa przed żoną. Zamieszani są w nie, mówiąc oględnie, dobrze poinformowani kolesie, a nie przebierając w słowach: wszawi wspólnicy. Tego jeszcze brakowało w dobrze urządzonym i ustabilizowanym życiu Julii Nikołajewny! Mało nerwów kosztowały ją szkolne lata? Teraz musi się trząść ze strachu z powodu idiotycznych pomysłów męża. Boris ją oszukuje, to jasne jak słońce.

Ale nie to jest najgorsze. Chodzi o coś innego. Wtedy, wiele lat temu, była dzieckiem, więc nie ponosiła odpowiedzialności za matactwa ojca. Teraz jest inaczej. Jeśli raptem się okaże, że Boris oszukuje skarb państwa, wina spadnie też na nią. Kto uwierzy, że o niczym nie wiedziała i nie maczała w tym palców? Nie bez powodu mówi się, że mąż i żona to jedno. Gdy wybuchnie skandal, ona, Julia Nikołajewna Gotowczyc, też będzie w to uwikłana. Ona, gorliwa bojowniczka o dyscyplinę podatkową, deputowana Gotowczyc, dziennikarka, która zdobyła sławę, demaskując nieuczciwych polityków. Będzie się musiała pożegnać z dobrym imieniem! Czy Boris tego nie rozumie? Przecież tyle razy mu powtarzała, prosiła go i przekonywała…

Julia Nikołajewna zaczęła robić to, na co nigdy przedtem sobie nie pozwalała. Gdy mąż rozmawiał przez telefon, podnosiła słuchawkę drugiego aparatu i nadstawiała ucha. Przetrząsała jego kieszenie i szuflady biurka w gabinecie. Podsłuchiwała pod drzwiami, gdy przyjmował pacjentów. Wszyscy przychodzili oczywiście na wizytę, ale kto wie, czy się nie okaże, że któryś z nich jest członkiem przestępczej szajki. Było to poniżające i budziło odrazę. Przez trzydzieści sześć lat małżeństwa Julia Gotowczyc nie robiła takich rzeczy, uważając je za żenujące i niegodne szanującego się człowieka. Chciała jednak poznać prawdę, której mąż najwyraźniej nie mówił.

Zrobiło się już całkiem ciepło, okno w pokoju Nastii na Pietrowce było szeroko otwarte, więc przeraźliwy pisk hamulców sprawił, że wyjrzała na ulicę. Nie, na szczęście nie doszło do wypadku. To tylko Igor Lesnikow. Ze złością trzasnął drzwiami lśniącego bmw i wpadł do budynku. Nie minęły nawet trzy minuty, gdy wparował do Nastii.

– A jednak miałem rację! – zawołał nie wiedzieć czemu triumfująco.

Nastia spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Też mi nowina. Zawsze masz rację. Co tym razem?

– Pamiętasz, jak opowiadałem ci o kradzieży u psychoanalityka? A raczej o włamaniu, bo niczego nie ukradziono.

– Pamiętam. – Kiwnęła głową.

– I pamiętasz, jak ci mówiłem, że psychoanalityk jest jakiś dziwny?

– Owszem. Co teraz zmalował?

– Jeszcze nie wiem. Są za to zwłoki jego żony. Jeszcze ciepłe.

– No to pięknie – wycedziła Nastia, odchylając się na oparcie i prostując plecy zdrętwiałe od długiego ślęczenia nad papierami. – A dlaczego to my, a nie okręg, zaznaliśmy tego szczęścia?

– Dlatego że małżonka przestraszonego psychoanalityka jest ni mniej, ni więcej, tylko deputowaną Dumy. Tak to wygląda, szanowna Anastazjo. Możesz się teraz spodziewać radosnych dni i kupy przyjemnej roboty.

– A niech cię! – Nastia machnęła ręką z niesmakiem. – Zabójstwa deputowanych to nie moja broszka. Wolałabym coś o życiu, miłości albo zadawnionej nienawiści. To akurat potrafię. Na polityce się nie znam.

Lesnikow uśmiechnął się złośliwie.

– Jak mówił profesor, u którego robiłem dyplom: nieuctwo to żaden argument. Nie łudź się, że Pączek cię oszczędzi przez wzgląd na twoją patologiczną niechęć do polityki i ekonomii.

– A skąd. – Nastia westchnęła z rezygnacją. – Wygląda więc na to, że włamania dokonano, żeby okraść nie psychoanalityka, tylko jego żonę. Nawiasem mówiąc, jak ona się nazywa?

– Julia Nikołajewna Gotowczyc.

– Czy to nie ta, która wciąż domagała się wzmocnienia dyscypliny podatkowej?

– No proszę, a mówisz, że nie czytasz gazet. Na okrągło kłamiesz, moja kochana, udajesz głupią.

– Naprawdę ich nie czytam. To znaczy czytam oczywiście, ale tylko to, co dotyczy przestępstw. Za to Loszka ogląda wieczorem wiadomości, więc chcąc nie chcąc słyszę. Możesz mi wierzyć, że znacznie chętniej posłuchałabym Trubadura zamiast Faktów czy Podsumowania dnia. Choć to smutne, Czistiakow nie podziela moich upodobań w tym zakresie.

Nastia mówiła prawdę. Aleksiej rzeczywiście z anielską cierpliwością znosił jej niezliczone słabości i wady, ale w jednej sprawie pozostawał nieugięty: o ósmej wieczorem Wiesti, o dziewiątej Wriemia, a o dziesiątej Siegodnia – to była jego żelazna zasada, jeśli zaś Nastia chce posłuchać muzyki klasycznej, to proszę, tylko nie w porze programów informacyjnych.

Żarty żartami, ale włamanie i wtargnięcie do mieszkania łącznie z idącym w parze zabójstwem parlamentarzystki nie zapowiadały niczego przyjemnego. Chyba szukano nie pieniędzy i biżuterii, tylko jakichś dokumentów. Ojczym Nastii, który przepracował wiele lat w wydziale kryminalnym, miał rację, gdy mówił, że liczy się jedynie walka o informacje. Raz ktoś chce je zdobyć, innym razem zniszczyć – oto cała filozofia. Kiedy nie udaje się znaleźć i zabrać dokumentów, wtedy zazwyczaj likwiduje się ludzi, których wiedza może się okazać niebezpieczna.

Walka o informacje wydawała się Nastii Kamieńskiej interesująca. Szkoda tylko, że owe informacje mają charakter najwyraźniej polityczny. Ale nic na to nie poradzi. Jakby jej było mało spraw finansowych w telewizji… Tak, ostatnio coraz rzadziej ma szczęście, nastały czasy, gdy u podstaw przestępstw leżą motywy i powody, które jej zupełnie nie pociągają, coraz mniej jest miłości, zazdrości, zemsty i skrywanej wrogości.

Igor Lesnikow poszedł zameldować o wszystkim Gordiejewowi, który wezwał Nastię pół godziny później.

– Dosyć tego siedzenia kamieniem – burknął. – Jedź razem z Igorem do męża ofiary. Facet nie będzie oczywiście w stanie złożyć sensownych zeznań, ale nie możemy marnować czasu. Sami rozumiecie, chodzi o deputowaną Dumy. W każdej chwili mogą się rozdzwonić telefony z różnymi żądaniami. Nie ociągajcie się, dzieci, ruszajcie.

– A… – zaczęła Nastia, ale Wiktor Aleksiejewicz nie pozwolił jej dokończyć. Zbyt dobrze znał swoją podwładną.

– Nie bój się, nie wyślę cię do Dumy. Nie masz tam czego szukać. Nie nadajesz się do rozmów z naszymi politykami. Deputowanymi zajmie się Korotkow, jego nikt nie przebije. Dzisiaj będziesz pracowała z Igorem, potem odeślę go na tyły, a tobie zostawię męża zabitej, jej krewnych i przyjaciół.

– Świetnie. – Nastia kiwnęła głową z wdzięcznością, po raz nie wiadomo który dziękując losowi za takiego szefa.

No cóż, nie jest tak źle. Za każdym razem, gdy z rąk przestępców ginął jakiś znany działacz i prasa podnosiła raban („Zabito bankiera!”, „Minister zastrzelony!”, „Usunięto niewygodnych dziennikarzy!”), Nastia pragnęła, by się okazało, że przestępstwo popełniono z pobudek wyłącznie osobistych. W końcu bankierzy, ministrowie i dziennikarze to tacy sami ludzie jak cała reszta, mają krewnych, bliskich, przyjaciół, a więc mają też wrogów, wiele osób im zazdrości. Są jakieś układy finansowe, jest przeszłość, z której często wyłaniają się przerażające, na wpół zapomniane cienie. Dlaczego inni mogą z tego powodu ginąć, a znane osobistości nie? Powodem śmierci uczciwego ministra nie muszą być jego reformy, to po prostu sadysta i szubrawiec, doprowadził kochankę do załamania nerwowego. No więc chwyciła nóż…

Nastia Kamieńska bardzo chciała, żeby zabójstwo deputowanej Julii Gotowczyc miało charakter obyczajowy. I żeby okazało się bardzo zwyczajne.

W ciągu wielu lat spędzonych w wydziale kryminalnym Nastia widziała mnóstwo ludzi, którzy stracili bliskich. Zachowywali się różnie. Jedni byli oszołomieni, stali jak skamieniali, inni dostawali ataku histerii, niektórzy usiłowali nad sobą panować. Ale tacy jak Boris Michajłowicz trafiali się bardzo rzadko. Nastia mogła z ręką na sercu powiedzieć, że właściwie wcale się nie trafiali.

Boris Gotowczyc był przestraszony. W dodatku tak mocno i wyraźnie, że chyba nie odczuwał straty. Nie mógł usiedzieć na miejscu, wciąż zmieniał pozycję, wyłamywał palce, bez przerwy coś w nich obracał i miał nieobecne spojrzenie. Sprawiał wrażenie, jakby słuchał piąte przez dziesiąte.

– Borisie Michajłowiczu, ciało pańskiej żony znaleziono na ulicy Ostrowitianowa. Nie wie pan, co robiła w tamtej okolicy?

– Nie. W ogóle nie mam pojęcia, gdzie to jest.

– Na południu Moskwy, koło stacji metra Końkowo. Jest tam też duży bazar.

– Nie wiem, może coś kupowała…

– Wśród jej rzeczy nie było żadnych zakupów, znaleziono tylko torebkę. Może przy tej ulicy mieszkają państwa znajomi albo krewni?

– Już powiedziałem, że nie wiem. Ile razy można pytać?!

– Tyle, ile trzeba – niespodziewanie ostro oznajmił Lesnikow.

Nastia spojrzała na niego z wyrzutem. Niepotrzebnie się odezwał! Gotowczyc stracił żonę, nic dziwnego, że reaguje emocjonalnie. Gdy człowiek jest w takim stanie, trzeba mu wybaczyć arogancję, nieuprzejmość, głupotę i zapominalstwo. Ale psychoanalityk był tak pochłonięty własnymi myślami, że nawet nie zauważył obcesowości wywiadowcy.

– Proszę szczegółowo zrelacjonować wczorajszy dzień. Gdzie pan był, co pan robił, co robiła Julia Nikołajewna? Gdzie się pan wybrał, kto do pana dzwonił, o czym rozmawialiście?

– To był zwyczajny dzień. Wstaliśmy o wpół do ósmej. Zjedliśmy śniadanie. Rozmawialiśmy… O czymś… Teraz już nie pamiętam dokładnie. O niczym szczególnym. O dziesiątej zacząłem przyjmować pacjentów, a Jula pracowała w swoim pokoju, przygotowywała się do wystąpienia w Dumie. Potem zjedliśmy obiad, mniej więcej koło drugiej. O czwartej znowu zjawili się pacjenci. Gdy wyszła ostatnia pacjentka, Juli nie było już w domu. Potem jej nie widziałem. To wszystko…

Gotowczyc znowu zaczął wyłamywać palce i się odwrócił.

– Czy ktoś do pana dzwonił podczas porannych wizyt? – zapytała Nastia.

– Nie wiem. Mam w gabinecie telefon, ale w trakcie przyjęć zawsze go wyłączam. Chyba pani rozumie.

– Tak, tak, oczywiście – zapewniła pośpiesznie. – A drugi aparat?

– W sypialni i w kuchni. Ale podczas wizyt Jula wycisza dzwonek, żeby jego dźwięk nie docierał do gabinetu. Nawet chodzi na palcach po mieszkaniu. W czasie rozmowy jesteśmy tylko ja i mój pacjent. Tylko my dwoje na całym świecie. Rozumie pani? Wrażenie, że obok jest ktoś trzeci, utrudnia pracę. Nie może być żadnych zewnętrznych odgłosów.

– A więc nie wie pan, czy między dziesiątą a drugą ktoś dzwonił do pana albo do żony?

– Był do mnie telefon… Już nie pamiętam. Jula zawsze zapisywała, co przekazać, i robiła to po wizytach.

– A więc wczoraj podczas obiadu powiedziała panu, że ktoś do pana dzwonił – sprecyzował Igor.

– Tak, oczywiście.

– A nie mówiła, kto dzwonił do niej?

– Nie pamiętam. Możliwe… Nie zwróciłem uwagi.

– Dlaczego?

Pytanie było zwyczajne, ale psychoanalityk nie odpowiedział, obojętnie wzruszył tylko ramionami.

– Czy podczas obiadu Julia Nikołajewna mówiła, jakie ma plany na popołudnie?

– Nie… Chyba nie… Nie zwróciłem uwagi.

– Był pan czymś zatroskany albo zaniepokojony?

– Ja? Nie. Skąd ten pomysł?

– A więc to normalne, że nie słucha pan swojej żony?

Pytanie Lesnikowa było niegrzeczne, należało jednak poznać sytuację. Może małżonkowie się nie dogadywali? I zabójstwo deputowanej Dumy ma charakter nie polityczny, tylko obyczajowy?

Spojrzenie, które Gotowczyc utkwił w Lesnikowie, nagle stało się czujne i rozumne.

– Odnoszę wrażenie, że próbuje pan robić jakieś aluzje. Już się spotkaliśmy, Igorze Walentinowiczu, gdy złodzieje włamali się do mojego mieszkania. Mam nadzieję, że pan pamięta. Włamanie nie dawało mi spokoju, mimo że nic nie zginęło. Wciąż o nim myślałem.

Teraz przed Nastią siedział zupełnie inny człowiek, skoncentrowany i poważny. Coś podobnego, przypomniał sobie nawet imię i patronimik Lesnikowa, chociaż Nastia dobrze pamiętała, że tym razem Igor ich nie podał. Powiedział jedynie: „Kapitan Lesnikow”. A ona: „Major Kamieńska”.

– Czy pańska żona też się martwiła włamaniem? – zapytała.

– Tak.

Odpowiedź była stanowcza, ale zabrzmiała nieprzekonująco.

– Czy w mieszkaniu są notatki albo dokumenty należące do Julii Nikołajewny?

– Oczywiście.

– Proszę je pokazać.

Gotowczyc gwałtownie wstał z fotela. Dopiero teraz Nastia zwróciła uwagę na jego powierzchowność – był przystojny, barczysty, lekko po czterdziestce, miał gęste, dobrze przystrzyżone włosy i grube rysy twarzy. Zdenerwowanie sprawiało jednak, że wydawał się mały i rozkojarzony. W dodatku Nastia musiała usilnie się starać, by nie widzieć, że jest łysy. To chyba czary, uśmiechnęła się w duchu. Każdy aktor oddałby pół życia za umiejętność tworzenia wizerunku niemającego nic wspólnego z rzeczywistością. Nie do wiary, że stan wewnętrzny może wpłynąć na odbiór powierzchowności! Nigdy bym nie uwierzyła, gdybym nie zobaczyła na własne oczy.

– Przynieść tutaj czy przejrzą państwo na miejscu?

– Przejrzymy na miejscu, tam gdzie są – odparł Igor.

Dokumenty Julii Nikołajewny były w salonie, w szafkach meblościanki. Gotowczyc wyjął je w milczeniu i rozłożył na kanapie.

– Proszę, oto one.

– A gdzie Julia Nikołajewna zwykle pracowała, gdy była w domu? – zapytał Igor.

– To zależy. Podczas moich wizyt w sypialni, jak najdalej od gabinetu, już państwu tłumaczyłem…

– Tak, tak. – Lesnikow pośpiesznie skinął głową. – A o innej porze?

– Tutaj, w salonie, albo w kuchni.

– A więc dokumenty mogą być też w salonie i w kuchni?

– Chyba tak. Poszukać?

– Będziemy wdzięczni.

Boris Michajłowicz wyszedł, zostawiając ich samych.

– Zamierzasz przeglądać wszystko na miejscu? – z niedowierzaniem zapytał Lesnikow.

– Oczywiście, że nie, zabierzemy to ze sobą. Ale powinniśmy wstępnie przejrzeć w obecności pana domu. Może

będą potrzebne jakieś wyjaśnienia. Po co go mamy potem niepokoić, wydzwaniając co pięć minut?

– Oszalałaś! – syknął. – Przecież to robota na dwa dni.

– Nie przesadzaj. – Nastia skrzywiła się i sięgnęła po cienką plastikową teczkę. – Zaraz to szybko posegregujemy. A co, śpieszy ci się?

– Mam chore dziecko, żona słania się na nogach, nie zmrużyła oka przez parę nocy. Prosiła, żebym chociaż raz przyszedł wcześniej i pozwolił jej odpocząć.

– No to idź. Sama sobie poradzę. Naprawdę, Igorku, jedź do domu. Miejmy nadzieję, że zacny psychoanalityk nie pożre mnie żywcem.

– A jeśli zabójstwo żony to jego robota? Nie boisz się zostać sam na sam z mordercą?

– Aleś wymyślił! – prychnęła Nastia. – Po pierwsze, wiele razy już przez to przechodziłam i nic mi się nie stało. A po drugie, jeśli to on jest zabójcą, dokumenty żony prawie na pewno nie mają z tym nic wspólnego. Dlatego póki w nich grzebię, nie stanowię dla niego niebezpieczeństwa, bo zajmuję się niesłuszną hipotezą. Będzie mi więc pomagał ze wszystkich sił.

Lesnikow zerknął na zegarek.

– Wpół do ósmej. Naprawdę się nie obrazisz, jeśli pojadę?

– Oczywiście, że nie. Jedź. Zobaczymy się jutro.

Z kuchni dobiegał odgłos przesuwanych krzeseł, trzaskały drzwiczki szafek.

– Zobacz, co on tam robi – szeptem poprosiła Nastia.

Igor wyślizgnął się z pokoju. Rzeczywiście nie powinni byli zostawiać Gotowczyca samego. Kto wie, może nie

zamierza pokazać wszystkich dokumentów zabitej żony? Może chce coś zataić?

Rozległ się łoskot przewracającego się krzesła i przestraszona Nastia pobiegła do kuchni. Na podłodze poniewierały się teczki, pojedyncze kartki i przewrócony taboret, a pan domu stał w milczeniu z opuszczonymi rękami i sprawiał wrażenie, że nie wie, co się dzieje.

– Pomogę panu. – Nastia nachyliła się i zaczęła zbierać kartki. – Idź, Igorze, poradzimy sobie.

Boris Michajłowicz ukląkł koło niej, ale nie podniósł żadnej kartki, tylko obserwował Nastię i czekał, aż ta wszystko pozbiera. Nawet nie drgnął, gdy za Lesnikowem trzasnęły drzwi.

– Przepraszam, Borisie Michajłowiczu, wiem, że moje pytania wydają się panu teraz niestosowne. I że moja obecność pana drażni. Ale musimy rozwikłać sprawę przestępstwa, więc jeszcze przez pewien czas będzie pan musiał, niestety, znosić nasze wścibstwo – powiedziała łagodnie.

– Długo to potrwa? – zapytał Gotowczyc.

– Miejmy nadzieję, że nie. Trudno jednak przewidzieć. To zależy.

Psychoanalityk wolno podniósł się z kolan, odstawił na miejsce przewrócony taboret, po czym usiadł.

– Porozmawiajmy tutaj, dobrze?

– Oczywiście. Zrobić panu herbaty? – zaproponowała Nastia.

– Tak, proszę.

Nastia włączyła czajnik elektryczny i się rozejrzała. Kuchnia była ładna, przestronna, z idealnie dopasowanymi meblami na wymiar. Otwierając szafkę, żeby wyjąć herbatę i cukier, Nastia mimo woli pomyślała, że to nie lite drewno, lecz fornir. Innymi słowy, meble były w dobrym gatunku, ale nie należały do najdroższych. Kosztowały sześć, siedem tysięcy dolarów. Z litego drewna wyszłoby znacznie drożej, około dwudziestu tysięcy albo i więcej. Rodzina jest zamożna, ale bez szpanu i zadzierania nosa.

– Borisie Michajłowiczu, mogłabym wyjaśnić pański stan tragedią, która na pana spadła. Ale wydaje mi się, że jest coś jeszcze. Chyba się nie mylę?

Gotowczyc podniósł na nią zmącony, znowu nieobecny wzrok, z trudem poruszając wargami.

– Nie, nie myli się pani. Ale jeśli powiem, co mnie niepokoi, uzna mnie pani za wariata. A tego bym nie chciał.

– Mimo to…

– Nalega pani?

– Tak, nalegam – odparła Nastia stanowczo.

– Wydaje mi się, że tracę zmysły.

Zrobił pauzę, pewnie spodziewając się jakiejś uwagi. Nie doczekawszy się jej, powtórzył:

– Wydaje mi się, że tracę zmysły.

– Skąd to przypuszczenie?

– Zacząłem cierpieć na manię prześladowczą. To oznaka ciężkiego schorzenia.

– Może pan mówić trochę jaśniej? Jak się objawia pańskie schorzenie?

– Wydaje mi się, że ktoś mnie śledzi. Mam wrażenie, że podczas mojej nieobecności ktoś wchodzi do mieszkania i przeszukuje rzeczy i papiery. Rozum mi podpowiada, że to niemożliwe, ale wciąż znajduję różne potwierdzenia, że to nie przywidzenie. Chyba to jednak prawda, że człowiek mający do czynienia z zaburzeniami psychicznymi prędzej czy później upodabnia się do swoich pacjentów. Mnie też się to przytrafiło.

Masz ci los, pomyślała Nastia z przerażeniem. Zaraz się okaże, że Gotowczyc jest chory psychicznie i w stanie ostrej psychozy zabił ukochaną żonę. A ja, idiotka, zwolniłam Igora i zostałam sam na sam z mordercą. Jesteś niereformowalna, Kamieńska! Życie niczego cię nie uczy.

– Może po kolei – powiedziała, usiłując zachować spokój. – Skąd wrażenie, że ktoś pana śledzi?

– Zauważam te same osoby w pobliżu. W różnych miejscach, w różnych częściach miasta.

– Chodzi o jednego człowieka?

– Nie, tych ludzi jest co najmniej trzech. Może nawet czterech.

– Jest pan pewien, że się nie myli? Podobieństwa się zdarzają.

– Mam świetną pamięć do twarzy. Doskonale widzę, że ubranie jest inne, ale twarz ta sama.

– Borisie Michajłowiczu, to przecież łatwo wyjaśnić. Niedawno próbowano pana okraść. Twierdzi pan, że nic nie zginęło. To znaczy, że przestępcy nie znaleźli tego, czego szukali. Nie zdążyli, musieli uciekać. A skoro nie znaleźli, będą ponawiać próby. Dlatego właśnie pana śledzą, chcą wiedzieć, kiedy mieszkanie będzie puste, żeby jeszcze raz spróbować. Czy moje wyjaśnienie wydaje się panu logiczne?

Gotowczyc spojrzał na nią przytomniej, w każdym razie nie miał już tak zmąconych oczu jak przed chwilą.

– A więc uważa pani, że ktoś naprawdę może mnie śledzić?

– Oczywiście. To bardzo prawdopodobne.

– Chce pani powiedzieć, że to nie wytwór mojej wyobraźni? Że to nie mania?

– Sądzę, że nie – odparła Nastia, choć wcale nie była tego pewna. – Jeśli moje wyjaśnienie pana uspokaja, będziemy musieli wrócić do sprawy kradzieży. Czego przestępcy szukali w pańskim mieszkaniu?

– Już mówiłem Igorowi Walentinowiczowi, że nie wiem. Nie mam pojęcia.

– Jest pan absolutnie pewien, że nic nie zginęło?

– Absolutnie.

Gotowczyc zaczynał się irytować i przez chwilę Nastię opanował prawdziwy strach. A jeśli to naprawdę szaleniec? Zaraz wpadnie we wściekłość i pchnie ją nożem do mięsa, o, proszę, nóż wisi tuż obok, wystarczy sięgnąć ręką. Nie, nie wolno ryzykować.

– Czy Julia Nikołajewna miała wrogów? – Nastia skierowała rozmowę na inne tory.

– Wrogów? – powtórzył Boris Michajłowicz.

– No tak. Osoby zawistne, nieżyczliwe albo takie, które czymś obraziła. Które mogły jej źle życzyć.

– Jest dziennikarką… To chyba zrozumiałe, że nie wszyscy ją lubili. Na przykład ci, o których napisała niepochlebne rzeczy. Jula miała ostre pióro i zjadliwy styl, myślę, że wiele osób żywiło do niej żal. Czyżby dlatego ją zabito? Dotąd nie wierzyłem, że ktoś może zabić dziennikarza za to, co opublikował.

– Dziennikarze to tacy sami ludzie jak pan i ja, można ich zabić za cokolwiek, wcale nie za to, o czym piszą. Ale pańska żona była też deputowaną. Nie wspominała o jakichś konfliktach w tamtym środowisku?

– Ależ skąd… Choć szczerze mówiąc, nigdy w to nie wnikałem. Gdyby jednak sytuacja była poważna, na pewno bym zapamiętał. Bo widzi pani, Jula jest bardzo… natarczywa, nie wiem, czy pani rozumie, co mam na myśli. Nie potrafi odpuścić, w kółko powtarza to samo. Im poważniejsza sytuacja, tym częściej o niej mówi… mówiła… Tak… przepraszam…

Na chwilę przymknął oczy, potem znowu je otworzył.

– Jednym słowem, zapamiętałbym.

– Dobrze, w takim razie proszę mi pomóc posegregować dokumenty. Nie będę pana dłużej męczyć, pewnie wszystko już pan powiedział śledczemu.

– Nie, dzisiaj nie rozmawiałem ze śledczym.

– Jak to? – zdziwiła się Nastia.

– Ano tak, poprosił, żebym przyjechał jutro. Spotkaliśmy się w kostnicy podczas identyfikacji ciała, zapytał, o której i dokąd Jula poszła wczoraj i gdzie ja byłem wieczorem. Pewnie źle wyglądałem, bo się nade mną zlitował i powiedział, że przesłucha mnie jutro.

Nastia uśmiechnęła się w duchu. Śledczy Gmyria to porządny facet, ale zazwyczaj nie okazywał szczególnego współczucia ofiarom. Był wielodzietnym ojcem, uwielbiał czwórkę swoich pociech, więc przedkładał interesy rodzinne nad służbowe. Odszedł z wydziału kryminalnego do prokuratury, bo nie chciał ryzykować, że żona zostanie wdową, a dzieci sierotami (odpukać w niemalowane). Co prawda w dzisiejszych osobliwych czasach praca śledczego nie różni się zbytnio od pracy wywiadowcy, Gmyrii się jednak wydawało, że dzięki temu będzie wiódł spokojniejsze życie. Pewnie się śpieszył do dzieci, do domu albo do szkoły na zebranie z rodzicami, dlatego zwolnił męża denatki po krótkiej rozmowie, mimo że nie powinien był tak postąpić.

W ciągu godziny Nastia z pomocą Borisa Michajłowicza posegregowała dokumenty jego żony, dzieląc je umownie na prywatne, rodzinne, dziennikarskie i parlamentarne, po czym się pożegnała, zostawiając Gotowczyca sam na sam z jego nieszczęściem.

Dziwne, myślała w trzęsącym się, zatłoczonym wagonie metra, mimo że spędziłam sporo czasu w mieszkaniu, ani razu nie usłyszałam dzwonka telefonu. Ani od przyjaciół i krewnych z wyrazami współczucia i otuchy, ani od pacjentów. Nikt nie zadzwonił. Aż trudno w to uwierzyć. Czyżby małżonkowie byli tak nietowarzyscy? Niemożliwe. Chyba że Boris Michajłowicz przezornie wyłączył telefon, by mu nie przeszkadzano.

Tuż przed wejściem do swojego bloku Nastia złapała się na tchórzliwej myśli: byłoby dobrze, gdyby Loszka jeszcze nie wrócił. I się przeraziła. Czy to znaczy, że popełniła błąd, wychodząc za niego dwa lata temu? A teraz zrozumiała, że nie potrzebuje męża, nawet tak wspaniałego jak Aleksiej? Nie, nie, precz z takimi myślami, nie mają prawa przychodzić do głowy. Loszka jest najlepszy, najmądrzejszy, najcierpliwszy, najtroskliwszy i najbardziej wspaniałomyślny.

Uznała swoje argumenty za oczywiste, ale gdy tylko otworzyła drzwi i zobaczyła światło, poczuła ukłucie rozczarowania. Mąż jest w domu. Będzie musiała z nim rozmawiać. Opowiadać o czymś, słuchać go, odpowiadać na pytania… A może chodzi po prostu o to, że ona nikogo nie potrzebuje? Co za różnica, czy Loszka jest dobry czy zły. Nie jest jej potrzebny i tyle.

Bzdury, ofuknęła się w duchu. Kompletne bzdury. Jak mogę nie potrzebować Loszki? Jestem po prostu zmęczona, ostatnie miesiące wyczerpały mnie do cna, więc pragnę jedynie ciszy i spokoju, niczego więcej. Ale to przecież minie, na pewno minie, muszę tylko uzbroić się w cierpliwość i nikogo nie obrażać. Zwłaszcza Loszki. To chodzący anioł, już dwadzieścia lat znosi moje humory i wyskoki. W szkole nie byłam jeszcze najgorsza, ale w miarę upływu lat popsuł mi się charakter, w dodatku praca, którą wykonuję, nie sprzyja wylewności i otwartości. A Loszka wszystko potulnie znosi. Powinnam go wychwalać pod niebiosa!

Prowadząc w myślach monolog, rozsznurowała adidasy, po czym nagle sobie uświadomiła, że mąż nie zjawił się jak zwykle w przedpokoju, by się z nią przywitać. W dodatku ani z pokoju, ani z kuchni nie dobiegały żadne odgłosy. I nie czuć było zapachu kolacji. A może jednak szczęśliwym trafem Aleksiej został w Żukowskim u rodziców? Ale przecież światło się pali…

Nastia szybko wsunęła nogi w miękkie, wygodne kapcie i zajrzała do kuchni, a potem do pokoju. Boże, jakie to proste! Loszka spał na kanapie, nasunąwszy pod brodę ciepły kraciasty koc. No i dobrze, pomyślała z ulgą, jeszcze przez jakiś czas mogę pobyć sama i pomilczeć.

Delikatnie przymknęła drzwi do pokoju i ruszyła na palcach do kuchni. Zajrzała do lodówki, licząc na to, że znajdzie coś na kolację. Nadzieje okazały się jednak płonne. Lodówka była co prawda pełna, ale posiłek należało ugotować. Tymczasem Nastia nie miała ochoty na gotowanie. Trudno, wystarczy kawa i herbatniki. Będzie smacznie, treściwie i bez wysiłku. Trzeba tylko wyjąć czysty kubek, herbatniki i słoik z kawą rozpuszczalną Kapitan Kolumb, a potem można już nie wstawać z miejsca, bo czajnik elektryczny stoi na stole.

Nastia delektowała się błogą ciszą jedynie ze dwadzieścia minut, bo potem dobiegł ją przeraźliwy dzwonek telefonu. Zorientowała się, że aparat został w pokoju koło śpiącego męża, i wyzywając się w duchu od najgorszych, rzuciła się, by podnieść słuchawkę. Było jednak za późno. Aleksiej się obudził i zaczął się wiercić pod kocem.

– Anastazja Pawłowna? – zapytał mgliście znajomy głos.

– Tak, słucham.

– Mówi Gotowczyc.

No tak, Gotowczyc. Teraz Nastia przypomniała sobie i głos, i sposób mówienia.

– Prosiła pani, żebym ją natychmiast powiadomił, gdy ktoś zadzwoni do Juli.

– Tak, oczywiście. I kto dzwonił?

– Jakiś Dmitrij. Nie podał nazwiska.

– Powiedział mu pan, że pańska żona… – Nastia się zająknęła.

– Nie, przecież mnie pani uprzedzała. Zapytałem, co przekazać. Zostawił swój telefon i powiedział, że będzie czekać, aż Jula się odezwie.

– Nie wie pan, kto to?

– Nie.

– Julia Nikołajewna nigdy nie wspominała o Dmitriju?

– Nie – powtórzył Boris Michajłowicz.

Nastia zapisała imię i numer telefonu, które podyktował jej Gotowczyc. Gdzieś już widziała ten numer… Wprawdzie nie ostatnio, ale widziała. Nawet pod niego dzwoniła. Anastazja Kamieńska miała doskonałą pamięć do cyfr.

– Dawno przyszłaś? – zapytał Aleksiej sennie.

– Przed chwilą – skłamała szybko.

– Nie kłam, czuję przecież zapach twojego Kolumba. Już zdążyłaś wypić kawę. Dlaczego mnie nie obudziłaś?

– Spałeś tak smacznie, że żal mi się ciebie zrobiło.

– Nawiasem mówiąc, nie jadłem kolacji, czekałem na ciebie, specjalnie się położyłem, żeby oszukać głód. A ty najchętniej byś mnie zamorzyła.

Nastii zrobiło się wstyd. Ależ z niej egoistka! Myśli tylko o tym, jak uniknąć rozmowy i pobyć w ciszy, tymczasem Loszka czeka na nią głodny.