Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Śmierć Komandora.Tom 2. Metafora się zmienia ebook

Haruki Murakami  

4.26666666666667 (30)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 527 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śmierć Komandora.Tom 2. Metafora się zmienia - Haruki Murakami

Drugi tom długo oczekiwanej powieści Murakamiego!

W Hong Kongu została uznana za nieprzyzwoitą, ocenzurowana i zakazana dla czytelników poniżej 18 roku życia. W Japonii w środowisku skrajnej prawicy wywołała oskarżenia wobec Harukiego Murakamiego o zdradę narodową, choć jednocześnie została okrzyknięta jednym z największych dokonań tego pisarza. „Śmierć Komandora” to obszerna dwutomowa powieść, na którą fani Murakamiego czekali aż pięć lat.

Żona malarza w średnim wieku porzuca go – z dnia na dzień. Podobnie, z dnia na dzień, on sam podejmuje decyzję, by wyprowadzić się z domu. Rezygnuje ze zleceń, wsiada w samochód i przez parę miesięcy włóczy się po północno-wschodniej części wyspy Honsiu. Gdy zmęczony tułaczką wraca do Tokio i prosi przyjaciela o nocleg, ten ma mu do zaoferowania coś znacznie lepszego: opuszczony dom w górach należący do jego ojca, sławnego malarza. W nowym, inspirującym otoczeniu bohater zamierza wieść spokojne życie poświęcone twórczości – korzysta z pracowni mistrza, zaczyna prowadzić lekcje malarstwa w pobliskiej Odawarze i wdaje się w niewiele znaczące romanse. Dom ten dla bohatera powieści stanie się epicentrum przemiany i szczególnej formy odrodzenia – i w sztuce, i w życiu. Pierwszym epizodem tej przemiany będzie odnalezienie na strychu nieznanego obrazu starego mistrza: niemal wiernego odtworzenia sceny zabójstwa Komandora z „Don Giovanniego”.

Od momentu tego odkrycia realistyczna narracja zaczyna się stopniowo przeplatać z surrealistycznymi wątkami, a fabułę zaludniają niezwykłe postaci, które uosabiają symbole, idee i metafory. Murakami z lekkością kreśli niezwykłe wizerunki swoich bohaterów, subtelne podważając granicę między marzeniem i rzeczywistością. Pojawiają się znane motywy: wyschnięta studnia, która nęci swoją mistyczną pustką, ekscentryczny milioner oraz niespodziewane i niewyjaśnialne zniknięcie. Czytelnik rozpozna nieoczywiste symbole i bezpretensjonalną erotykę o leciutko perwersyjnym odcieniu.

Opinie o ebooku Śmierć Komandora.Tom 2. Metafora się zmienia - Haruki Murakami

Fragment ebooka Śmierć Komandora.Tom 2. Metafora się zmienia - Haruki Murakami

Tytuł oryginału:

Kichidanchōgoroshi

Dainibu

Utsurou metafā hen

Tytuł przekładu angielskiego: Killing Commendatore

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Ula Pągowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus, Maria Śleszyńska

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

Adam Majchrzak, Alexey, dpullman, chic2view/Fotolia

Copyright © 2017 by Haruki Murakami

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-1087-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Rozdział 33Tak samo lubię rzeczy, które widać, jak te, których nie widać

W niedzielę też była ładna pogoda. Wiatr prawie nie wiał, w jesiennym słońcu na zboczach gór pięknie lśniły liście zabarwione na przeróżne kolory. Małe ptaszki o białych brzuszkach przeskakiwały z gałęzi na gałąź, zwinnie skubiąc czerwone owoce. Usiadłem na tarasie i przyglądałem się temu wszystkiemu. Wcale mnie to nie nużyło. Piękno przyrody dane jest sprawiedliwie każdemu – i bogatym, i biednym. Tak samo jak czas… Nie, z czasem może jest inaczej. Może zamożni ludzie kupują sobie za pieniądze więcej czasu.

Punktualnie o dziesiątej intensywnie niebieska toyota prius wjechała na moją górę. Shōko Akikawa miała na sobie cienki beżowy sweter z golfem i wąskie jasnozielone spodnie. Wokół szyi skromnie lśnił złoty łańcuszek. Włosy tak jak przedtem były nieomal idealnie ułożone. Kiedy się poruszały, ukazywała się spod nich na chwilę piękna szyja. Dziś Shōko Akikawa nie miała małej torebki, a większą zamszową torbę na ramię. Do tego brązowe mokasyny żeglarskie. Strój na luzie, ale każdy szczegół był przemyślany. I jej piersi rzeczywiście miały ładny kształt. Według dobrze poinformowanej bratanicy, „nie miała watowanego stanika”. Te piersi mnie oczarowały – oczywiście w sensie estetycznym.

Marie była ubrana swobodnie, zupełnie inaczej niż ostatnim razem. Miała na sobie proste spłowiałe dżinsy i trampki firmy Converse. Dżinsy miały gdzieniegdzie dziury – oczywiście były to dziury starannie i celowo zrobione. Do tego cienka szara bluza z kapturem, a na niej gruba koszula w kratkę, jaką noszą drwale. Jak przedtem nie rysowały się pod nią piersi. I jak przedtem Marie wyglądała na niezadowoloną. Miała minę jak kot, któremu zabrano miseczkę, zanim skończył jeść.

Jak przedtem zrobiłem w kuchni herbatę i zaniosłem do salonu. Potem pokazałem im trzy rysunki z zeszłego tygodnia. Chyba spodobały się Shōko Akikawie.

– Na wszystkich jest jak żywa. Dużo podobniejsza do prawdziwej Marie niż na zdjęciach.

– Mogę je sobie wziąć? – zapytała mnie Marie.

– Oczywiście – powiedziałem – ale dopiero jak skończę obraz. Przedtem mogą mi być potrzebne.

– Marie, jak możesz…?! Czy naprawdę będzie mogła je dostać? – upewniała się speszona ciotka.

– Tak, oczywiście – powiedziałem. – Bo kiedy skończę obraz, nie będą mi już potrzebne.

– Czy zrobi pan szkic obrazu na podstawie jednego z nich? – zapytała Marie.

Pokręciłem głową.

– Nie. Narysowałem je po to, żeby cię zrozumieć trójwymiarowo. Myślę, że na płótnie namaluję cię jeszcze inaczej.

– I ma pan już w myślach trójwymiarowy obraz?

Pokręciłem głową.

– Nie, jeszcze nie mam. Teraz się nad tym we dwoje zastanowimy.

– Będziemy próbować mnie zrozumieć trójwymiarowo? – dopytywała się Marie.

– Tak. Z puntu widzenia fizyki obraz jest płaską powierzchnią, ale musi być namalowany trójwymiarowo. Rozumiesz?

Marie się skrzywiła. Słowo „trójwymiarowy” pewnie skojarzyło jej się z kwestią własnych piersi i nad nią rozmyśla. Rzeczywiście rzuciła okiem na kształtne piersi ciotki rysujące się pod cienkim swetrem, a potem spojrzała na mnie.

– Jak się można nauczyć tak dobrze rysować?

– Chodzi ci o te rysunki?

Skinęła głową.

– Tak, o rysunki i o szkice.

– Trzeba ćwiczyć. Jeśli się ćwiczy, to coraz lepiej wychodzi.

– Ale jest chyba dużo ludzi, którym kiepsko wychodzi, choćby nie wiem ile ćwiczyli.

Miała rację. Kiedy studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych, poznałem tam mnóstwo ludzi, którym rysowanie nie wychodziło, mimo że bardzo dużo ćwiczyli. Choćby się człowiek starał ze wszystkich sił, nie przeskoczy tego, co mu dała natura. Jednak gdybym to powiedział, ta rozmowa nie miałaby końca.

– Ale to nie znaczy, że można sobie darować ćwiczenia. Są pewne rodzaje talentu i zdolności, które nie ujawnią się bez ćwiczenia – oznajmiłem.

Shōko Akikawa z przekonaniem przytaknęła. Marie tylko lekko ukośnie wygięła usta. Jakby się zastanawiała, czy nie kłamię.

– Chcesz się nauczyć lepiej malować, prawda? – zapytałem Marie.

Skinęła głową.

– Tak samo lubię rzeczy, które widać, jak te, których nie widać.

Spojrzałem jej w oczy. Miały w sobie jakiś szczególny blask. Nie całkiem pojmowałem, o co jej chodzi. Ale bardziej niż jej słowa zainteresował mnie ten blask w oczach.

– To bardzo dziwne stwierdzenie – powiedziała ciotka. – Brzmi jak zagadka.

Marie nie odpowiedziała, tylko w milczeniu patrzyła na swoją rękę. Kiedy trochę później podniosła głowę, ten szczególny blask już zniknął. Był tam tylko przez chwilę.

Poszliśmy z Marie do pracowni. Shōko Akikawa wyjęła z torby tę samą książkę co tydzień wcześniej – w każdym razie wyglądała na tę samą – usiadła na kanapie i od razu zabrała się do czytania. Lektura całkiem ją pochłonęła. Jeszcze bardziej niż ostatnim razem ciekawiło mnie, co to za książka, ale powstrzymałem się od zapytania o tytuł.

Tak jak tydzień wcześniej usiedliśmy z Marie o dwa metry od siebie, ale w odróżnieniu od zeszłej niedzieli tym razem stały przede mną sztalugi z blejtramem. Jeszcze nie brałem do ręki pędzla ani farb. Na zmianę patrzyłem to na Marie, to na puste płótno. Zastanawiałem się, jak przenieść ją trójwymiarowo na obraz. Potrzebna była jakaś „opowieść”. Nie jest tak, że wystarczy po prostu kogoś namalować. W ten sposób nie powstanie dzieło sztuki. Pewnie skończy się tylko na dobrze wykonanym wizerunku. Dla mnie ważnym punktem wyjścia było znalezienie opowieści, którą powinienem namalować.

Ze swojego taboretu długo przyglądałem się twarzy Marie, ale dziewczynka nie odwróciła wzroku. Siedziała na krześle, prawie nie mrugając, patrzyła mi prosto w oczy. Nie było to może spojrzenie rzucające wyzwanie, ale dostrzegłem w nim determinację w rodzaju „nie cofnę się ani o krok”. Z powodu jej regularnych jak u lalki rysów ludzie często mylnie ją oceniali, lecz w rzeczywistości było to dziecko o silnym charakterze. Postępowała po swojemu i konsekwentnie. Jeśli wytyczyła sobie jakiś kierunek, łatwo z niego nie zbaczała.

Kiedy się dobrze przyjrzałem, dostrzegłem w jej oczach coś, co mi przypomniało Menshikiego. Wcześniej już to wyczuwałem, ale teraz na nowo zaskoczyło mnie owo podobieństwo. Było w niej przedziwne światło, które miałem ochotę nazwać „szybko zamrożonym płomieniem”. Blask mający w sobie gorąco, ale jednocześnie bardzo zimny. Przywodził na myśl szczególny klejnot z własnym źródłem światła. Ostro zmagały się w nim zwrócona na zewnątrz bezpośrednia siła życzeń i nastawiona na spełnienie siła zwrócona do wnętrza.

Ale być może czułem tak, bo wysłuchałem zwierzeń Menshikiego, kiedy mówił, że Marie może być jego córką. Wiedząc o tym, być może podświadomie starałem się dostrzec między nimi jakieś podobieństwa. Tak czy inaczej, musiałem zawrzeć w obrazie ten szczególny blask będący kwintesencją jej wyrazu twarzy. To coś, co przebijało spod jej regularnych rysów i zakłócało tę regularność. Nie potrafiłem jednak jeszcze odnaleźć kontekstu, w jakim należało ten blask namalować. Jeżeli zrobię to źle, będzie tylko zimnym klejnotem. Musiałem się dowiedzieć, skąd się wzięło kryjące się za tym blaskiem źródło ciepła i dokąd to ciepło uchodziło.

Po piętnastu minutach wpatrywania się na zmianę w Marie i w płótno dałem za wygraną. Odsunąłem na bok sztalugi i wziąłem kilka głębokich oddechów.

– Porozmawiajmy o czymś – zaproponowałem.

– Dobrze – zgodziła się Marie. – O czym?

– Chciałbym trochę więcej się o tobie dowiedzieć. Jeśli się zgodzisz.

– Na przykład?

– Hm… Jaki jest twój ojciec?

Marie lekko skrzywiła usta.

– Nie bardzo wiem.

– Mało ze sobą rozmawiacie?

– Bo rzadko się widujemy.

– Ojciec jest zajęty pracą?

– Nie wiem zbyt wiele o jego pracy – powiedziała. – Ale myślę, że ja go chyba nie interesuję.

– Nie interesujesz go?

– Dlatego w kwestii opieki nade mną zdał się całkowicie na ciotkę.

Nie wyraziłem na ten temat żadnej opinii.

– A pamiętasz mamę? Zdaje się, że umarła, kiedy miałaś sześć lat, prawda?

– Mamę pamiętam tylko fragmentarycznie.

– W jakim sensie fragmentarycznie?

– Zniknęła w jednej chwili, strasznie szybko. A poza tym wtedy nie mogłam zrozumieć, co to znaczy, że ktoś umarł. Dlatego myślałam, że po prostu zniknęła, jak dym uciekający przez szparę.

Po krótkim milczeniu mówiła dalej.

– Ponieważ tak nagle zniknęła i ponieważ nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się stało, nie bardzo pamiętam, co było przedtem i potem.

– Miałaś wtedy duży mętlik w głowie.

– Czas przed zniknięciem mamy i czas po jej zniknięciu są oddzielone jakby wysokim murem. Nie mogę ich ze sobą połączyć – powiedziała, a potem umilkła, przygryzając wargi. – Rozumie pan, o co mi chodzi?

– Wydaje mi się, że rozumiem. Mówiłem ci przedtem, że moja siostra umarła, mając dwanaście lat, prawda?

Marie skinęła głową.

– Miała wrodzoną wadę zastawek. Przeszła poważną operację, która podobno się udała, ale nie wiadomo dlaczego ciągle było z nią coś nie tak. Więc żyła jakby z tykającą wewnątrz bombą. Cała rodzina była zawsze przygotowana na to, że kiedyś stanie się najgorsze. Czyli jej śmierć to nie był grom z jasnego nieba, jak śmierć twojej mamy od użądleń szerszeni.

– Grom z jasnego…

– Grom z jasnego nieba – powiedziałem. – Kiedy jest piękna pogoda, a nagle niespodziewanie uderza piorun. Mówi się tak o nagłych, nieoczekiwanych wydarzeniach.

– Grom z jasnego nieba – powtórzyła. – Jak to się pisze?

– Pisze się „niebieski” i „niebo”. Potem dwa znaki na grom, ale są trudne i sam ich nie umiem napisać. Nigdy nie pisałem. Jak chcesz się dowiedzieć, to sprawdź w słowniku po powrocie do domu.

– Grom z jasnego nieba – powtórzyła jeszcze raz. Zdawało się, że zamknęła te słowa w jakiejś szufladce w głowie.

– W każdym razie w pewnym stopniu się tego spodziewaliśmy. Ale kiedy siostra naprawdę dostała ataku serca i zmarła tego samego dnia, na nic nam się zdały te psychiczne przygotowywania. Ja czułem się dosłownie sparaliżowany. Nie tylko ja, cała rodzina.

– Czy potem różne rzeczy się w panu zmieniły w porównaniu z przedtem?

– Tak, potem w porównaniu z przedtem różne rzeczy się kompletnie zmieniły i we mnie, i wokół mnie. Czas zaczął inaczej płynąć. I tak samo jak ty nie potrafię tych dwóch czasów ze sobą połączyć.

Marie wpatrywała się we mnie nieruchomo przez jakieś dziesięć sekund. W końcu powiedziała:

– Siostra była dla pana bardzo ważna, prawda?

Skinąłem głową.

– Tak, była dla mnie bardzo ważna.

Pochylona głęboko nad czymś rozmyślała, potem podniosła głowę.

– Ponieważ moje wspomnienia są tak rozdzielone, nie bardzo potrafię sobie mamę przypomnieć. Jaka była, jak wyglądała, co mówiła. Ojciec też raczej milczy na jej temat.

O jej matce wiedziałem niewiele. Jedynie to, co Menshiki opowiedział mi niezwykle dokładnie o ich ostatnim gwałtownym seksie na kanapie w jego biurze, podczas którego być może została poczęta Marie.

– Ale trochę musisz mamę pamiętać. Przecież mieszkałaś z nią do szóstego roku życia.

– Pamiętam tylko zapach – powiedziała Marie.

– Zapach jej ciała?

– Nie, zapach deszczu.

– Zapach deszczu?

– Wtedy padał deszcz. Gwałtowny deszcz, taki, że było słychać, jak krople uderzają o ziemię. Ale mama nie wzięła parasolki. Szłyśmy za rękę w deszczu. Myślę, że to było latem.

– Taka letnia popołudniowa ulewa?

– Chyba tak. Bo czułam zapach rozgrzanego asfaltu zmoczonego deszczem. Pamiętam ten zapach. Byłyśmy w jakimś punkcie widokowym w górach. I mama śpiewała piosenkę.

– Jaką piosenkę?

– Nie pamiętam melodii. Ale pamiętam słowa. Po drugiej stronie rzeki rozciągała się zielona łąka. I tam wszędzie świeciło piękne słońce. A z tej strony ciągle padał deszcz… Taka to była piosenka. Słyszał pan kiedyś taką?

Nie przypominałem sobie, żebym podobną słyszał.

– Myślę, że nie.

Marie drgnęła, jakby lekko wzruszając ramionami.

– Pytałam różnych ludzi, ale nikt jej nie zna. Dlaczego? Czy ja ją sobie wymyśliłam?

– A może twoja mama na poczekaniu wtedy ją wymyśliła? Dla ciebie.

Marie podniosła wzrok i się uśmiechnęła.

– Nigdy o tym nie pomyślałam, ale byłoby świetnie, gdyby naprawdę tak było.

Chyba wtedy pierwszy raz widziałem, jak się uśmiecha. Zupełnie jakby spomiędzy gęstych chmur wychynął promyk słońca i żywo oświetlił jakieś szczególnie wybrane miejsce na ziemi, taki to był uśmiech.

– Gdybyś znowu trafiła w to miejsce, poznałabyś je? Gdybyś znalazła ten punkt widokowy?

– Chyba tak – powiedziała Marie. – Nie jestem pewna, ale chyba tak.

– To świetnie, że udało ci się zachować w sercu wspomnienie tej sceny.

Marie tylko przytaknęła.

Potem przez pewien czas wsłuchiwaliśmy się w ćwierkanie ptaków. Pogodne niebo zdawało się bezkresne, jak zwykle jesienią. Nie było ani jednej chmurki. Oboje pogrążyliśmy się w nieokreślonych rozmyślaniach.

– Co to za obraz, ten odwrócony do ściany? – zapytała Marie po pewnym czasie.

Wskazała olejny obraz, na którym namalowałem (czy raczej starałem się namalować) mężczyznę z białego subaru forestera. Odwróciłem go do ściany, bo nie chciałem na niego patrzeć.

– Obraz, który zacząłem. Próbowałem namalować pewnego mężczyznę. Ale przerwałem i tak zostało.

– Mogę go zobaczyć?

– Możesz. Jeszcze jest na etapie podmalówki.

Odwróciłem obraz i postawiłem na sztalugach. Marie wstała z krzesła, podeszła i wpatrzyła się w niego z założonymi rękami. Kiedy przed nim stanęła, w jej oczach znowu pojawił się przenikliwy blask. Usta miała lekko zaciśnięte.

Obraz składał się z czerwonych, zielonych i czarnych linii, mężczyzna, który miał na nim być, nie przybrał jeszcze wyraźnych konturów. Jego narysowana węglem postać kryła się pod farbą. Nie chciał, bym mu dalej nadawał kształt barwy. Ale wiedziałem, że tam jest. Uchwyciłem sedno jego bytu, jak sieć chwyta w morzu niewidzialne ryby. Ja próbowałem znaleźć sposób na jej wyciągnięcie, a on starał się mi w tym przeszkodzić. I w tym siłowaniu się nastąpiła przerwa.

– Na tym się pan zatrzymał? – zapytała Marie.

– Tak. Zatrzymałem się na podmalówce i dalej ani rusz.

– Ale wygląda, jakby już był skończony – powiedziała cicho.

Stanąłem obok niej i jeszcze raz spojrzałem na obraz z tego miejsca co ona. Czyżby widziała ukrywającą się w ciemności postać mężczyzny?

– Chodzi ci o to, że nie ma potrzeby nic do niego dodawać? – zapytałem.

– Uhm, myślę, że jest dobry taki jak teraz.

Na chwilę mnie zatkało. Powiedziała prawie dokładnie to samo, co mężczyzna z białego subaru forestera. Zostaw już ten obraz. Więcej go nie ruszaj.

– Dlaczego tak uważasz? – zadałem kolejne pytanie.

Marie przez chwilę nie odpowiadała. Jeszcze przez pewien czas patrzyła w skupieniu na obraz, rozplotła ręce i przyłożyła dłonie do policzków, jakby były rozpalone i chciała je ochłodzić. Potem powiedziała:

– Nawet na tym etapie przemawia do patrzącego z wystarczającą siłą.

– Z wystarczającą siłą?

– Tak mi się wydaje.

– Czy to jest niezbyt dobra siła?

Marie nie odpowiedziała. Nadal trzymała dłonie na policzkach.

– Dobrze pan zna tego mężczyznę?

Pokręciłem głową.

– Nie. Prawdę mówiąc, nic o nim nie wiem. Spotkałem go przypadkiem w dalekim mieście, kiedy pewien czas temu byłem w długiej podróży. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Nie wiem też, jak się nazywa.

– Nie wiem, czy to jest dobra, czy niedobra siła. Może czasami staje się dobra, czasami niedobra. Niech pan spojrzy, zmienia się w zależności od tego, pod jakim kątem się patrzy.

– Ale uważasz, że lepiej nie nadawać jej kształtu obrazu.

Spojrzała mi w oczy.

– A co pan zrobi, jeśli nada jej pan kształt, a okaże się, że to niedobrasiła? Co będzie, jeśli pana dosięgnie?

Pomyślałem, że rzeczywiście ma rację. Co bym począł, gdyby to była niedobrasiła, gdyby to było ucieleśnienie zła i gdyby mnie dosięgło?

Zdjąłem obraz ze sztalug, odwróciłem i postawiłem na poprzednim miejscu. Poczułem, że gdy zniknął z pola widzenia, nagle rozwiało się napięcie, które wypełniało pracownię.

Pomyślałem, że może powinienem go starannie zawinąć w papier i wynieść na strych. Tak samo jak Tomohiko Amada ukrył przed ludzkim wzrokiem Śmierć Komandora.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz