Opis

W Hong Kongu została uznana za nieprzyzwoitą, ocenzurowana i zakazana dla czytelników poniżej 18 roku życia. W Japonii w środowisku skrajnej prawicy wywołała oskarżenia wobec Harukiego Murakamiego o zdradę narodową, choć jednocześnie została okrzyknięta jednym z największych dokonań tego pisarza. „Śmierć Komandora” to obszerna dwutomowa powieść, na którą fani Murakamiego czekali aż pięć lat.

Żona malarza w średnim wieku porzuca go – z dnia na dzień. Podobnie, z dnia na dzień, on sam podejmuje decyzję, by wyprowadzić się z domu. Rezygnuje ze zleceń, wsiada w samochód i przez parę miesięcy włóczy się po północno-wschodniej części wyspy Honsiu. Gdy zmęczony tułaczką wraca do Tokio i prosi przyjaciela o nocleg, ten ma mu do zaoferowania coś znacznie lepszego: opuszczony dom w górach należący do jego ojca, sławnego malarza. W nowym, inspirującym otoczeniu bohater zamierza wieść spokojne życie poświęcone twórczości – korzysta z pracowni mistrza, zaczyna prowadzić lekcje malarstwa w pobliskiej Odawarze i wdaje się w niewiele znaczące romanse. Dom ten dla bohatera powieści stanie się epicentrum przemiany i szczególnej formy odrodzenia – i w sztuce, i w życiu. Pierwszym epizodem tej przemiany będzie odnalezienie na strychu nieznanego obrazu starego mistrza: niemal wiernego odtworzenia sceny zabójstwa Komandora z „Don Giovanniego”.

Od momentu tego odkrycia realistyczna narracja zaczyna się stopniowo przeplatać z surrealistycznymi wątkami, a fabułę zaludniają niezwykłe postaci, które uosabiają symbole, idee i metafory. Murakami z lekkością kreśli niezwykłe wizerunki swoich bohaterów, subtelne podważając granicę między marzeniem i rzeczywistością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Kichidanchōgoroshi

Daiichibu

Arawareru idea hen

Tytuł przekładu angielskiego: Killing Commendatore

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Ula Pągowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus, Maria Śleszyńska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Andrea/Fotolia

Copyright © 2017 by Haruki Murakami

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-1037-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Prolog

Kiedy obudziłem się dzisiaj z popołudniowej drzemki, ujrzałem przed sobą Mężczyznę Bez Twarzy. Siedział na krześle stojącym naprzeciw kanapy, na której spałem, i wpatrywał się we mnie parą niewidzialnych oczu.

Był ubrany tak samo jak poprzednim razem. Wysoką sylwetkę okrywał długi ciemny płaszcz, a czarny kapelusz z szerokim rondem zakrywał połowę nieistniejącej twarzy.

– Chcę, żebyś namalował mój portret – powiedział, upewniwszy się, że już nie śpię. Miał niski głos pozbawiony ciepła i modulacji. – Obiecałeś mi to. Pamiętasz?

– Pamiętam. Ale wtedy nie miałem papieru, więc nie mogłem pana narysować – odparłem. Mój głos też był pozbawiony ciepła i modulacji. – Zamiast rysunkiem zapłaciłem panu amuletem w kształcie pingwina.

– Uhm, mam go ze sobą. – Wyciągnął ku mnie prawą dłoń.

Miał bardzo długie ręce. W dłoni trzymał plastikową figurkę pingwina. Był to kiedyś amulet przymocowany do komórki. Mężczyzna upuścił pingwina na szklany stolik. Rozległo się ciche stuknięcie.

– Zwrócę ci go. Pewnie jest ci potrzebny. Ten mały pingwinek będzie chronił twoich bliskich. Ale w zamian chcę, żebyś namalował mój portret.

Zawahałem się.

– Nie wiem, czy będę umiał. Nigdy nie malowałem człowieka bez twarzy.

Strasznie zaschło mi w gardle.

– Słyszałem, że jesteś wybitnym portrecistą. A poza tym zawsze musi być ten pierwszy raz – powiedział Mężczyzna Bez Twarzy. I się roześmiał. To znaczy, myślę, że się roześmiał. Rozległo się coś w rodzaju śmiechu, coś, co przypominało głuchy świst wiatru dobiegający z głębi jaskini.

Zdjął kapelusz zakrywający mu dotąd pół twarzy. Tam, gdzie powinna być, wirowała nieśpiesznie biała jak mleko mgła.

Wstałem i przyniosłem z pracowni szkicownik oraz miękki ołówek. Usiadłem na kanapie, żeby zabrać się do rysowania Mężczyzny Bez Twarzy. Nie wiedziałem jednak, jak zacząć, gdzie znaleźć punkt zaczepienia. Przecież miałem przed sobą tylko nicość. Jak nadać formę czemuś, czego nie ma? W dodatku spowijająca nicość mleczna mgła nieustannie zmieniała kształt.

– Lepiej się pośpiesz – powiedział Mężczyzna Bez Twarzy. – Nie mogę tu długo zostać.

Serce głucho waliło mi w piersi. Nie miałem czasu. Musiałem się śpieszyć. Lecz moje ściskające ołówek palce zamarły w przestrzeni i nie chciały się poruszyć. Zupełnie jakby dłoń ogarnął paraliż. Tak jak powiedział, było kilka bliskich osób, które musiałem chronić. A jedyną rzeczą, jaką potrafiłem, było malowanie. Jednak za nic nie udawało mi się narysować Mężczyzny Bez Twarzy. Kompletnie bezradny gapiłem się na drżącą mgłę.

– Przykro mi, ale czas minął – powiedział Mężczyzna Bez Twarzy i wypuścił z niewidzialnych ust duży obłok oddechu przypominającego mgłę unoszącą się nad rzeką.

– Niech pan poczeka. Za chwilę…

Mężczyzna włożył czarny kapelusz, zakrywając nim połowę twarzy.

– Kiedyś znowu cię odwiedzę. Może wtedy będziesz już umiał mnie narysować. Do tego czasu zatrzymam twój amulet, tego pingwina.

Potem Mężczyzna Bez Twarzy zniknął. W jednej chwili rozpłynął się w powietrzu jak mgiełka rozwiana silnym podmuchem wiatru. Zostały po nim tylko puste krzesło i szklany stolik. Na stoliku nie było już pingwina.

Przypominało to wszystko niezbyt długi sen, ale dobrze wiedziałem, że mi się nie śniło. Bo gdyby to był sen, cały świat, w którym żyłem, mógłby się okazać snem.

Być może kiedyś uda mi się namalować portret nicości. Tak jak pewnemu malarzowi udało się namalować obraz zatytułowany Śmierć Komandora. Ale potrzebowałem na to czasu. Musiałem uczynić czas swoim sprzymierzeńcem.

Rozdział 1Jeżeli wydaje się z wierzchu zakurzone

Od maja tamtego roku do początku roku następnego mieszkałem na szczycie góry nieopodal wylotu wąskiej doliny. Latem w dolinie nieustannie padał deszcz, ale poza nią zazwyczaj była ładna pogoda. To z powodu południowo-zachodniego wiatru od morza. Niósł pełne wilgoci chmury, które napływały nad dolinę, a kiedy wznosiły się wzdłuż zboczy, przeradzały się w deszcz. Mój dom stał na samym krańcu doliny, więc często się zdarzało, że przed domem było ładnie, a w ogrodzie z tyłu padał rzęsisty deszcz. Na początku wydawało mi się to bardzo dziwne, ale wkrótce przywykłem, a wręcz zacząłem traktować to zjawisko jako coś oczywistego.

Nad otaczającymi dolinę górami unosiły się nisko strzępy chmur. Kiedy wiał wiatr, wędrowały niepewnie po zboczach jak błądzące dusze, które przybyły z przeszłości, poszukując utraconych wspomnień. Zdarzało się też, że na wietrze tańczyły bezszelestnie bielusieńkie krople deszczu przypominające drobne płatki śniegu. Dzięki temu, że zawsze wiał wiatr, letnie upały wcale nie dawały się we znaki, choć nie miałem klimatyzacji.

Dom był stary i mały, ale za to ogród całkiem duży. Z początku nic w nim nie robiłem, więc wszędzie rozrosły się wysokie chwasty. Zamieszkała w nich kocia rodzina, jednak gdy ogrodnik skosił trawę, koty gdzieś się przeniosły. Pewnie poczuły się zagrożone. Rodzina składała się z pręgowanej kotki i trojga kociąt. Kotka była wychudzona, miała zdeterminowany wyraz pyszczka, jakby z trudem udawało jej się przeżyć.

Dom stał na szczycie góry. Z tarasu wychodzącego na południowy zachód widać było prześwitujący między drzewami skrawek morza. Było go akurat tyle, że starczyłoby na wypełnienie umywalki. Maleńki fragment olbrzymiego Pacyfiku. Znajomy pośrednik handlu nieruchomościami powiedział mi, że cena nieruchomości jest znacznie wyższa, jeśli widać morze, nawet taki skrawek, ale mnie było obojętne, czy je widać, czy nie. Z pewnej odległości ten skrawek morza wyglądał jak ciemna bryła węgla. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludziom tak bardzo zależy na tym widoku. Ja wolałem raczej przyglądać się otaczającym dom górom. Góry po drugiej stronie doliny zmieniały się wraz ze zmianą pór roku i w zależności od pogody. Nigdy nie nużyło mnie obserwowanie ich codziennych przeobrażeń.

Wtedy rozstałem się na pewien czas z żoną, nawet się oficjalnie rozwiedliśmy, ale potem miały miejsce różne wydarzenia i postanowiliśmy jeszcze raz spróbować wspólnego życia.

Trudno wytłumaczyć, jak do tego doszło. Przyczyny, skutki i ich powiązania są nieuchwytne nawet dla dwojga zainteresowanych, ale gdyby chcieć krótko to ująć, najlepsze zdaje się utarte określenie, że zatoczyliśmy pełne koło i wróciliśmy do punktu wyjścia. Ponad dziewięć miesięcy dzielących te dwa okresy naszego małżeńskiego życia (nazwijmy je wcześniejszym i późniejszym) przypominało wąski kanał o stromych brzegach.

Sam nie potrafię ocenić, czy ponad dziewięć miesięcy życia w separacji to był długi, czy krótki okres. Kiedy patrzę na niego z perspektywy czasu, zdaje mi się, że był niezmiernie długi albo że nieoczekiwanie szybko dobiegł końca. Każdego dnia inaczej to odczuwam. Niekiedy chcąc pokazać rzeczywisty rozmiar fotografowanego przedmiotu, umieszcza się obok niego paczkę papierosów. W przypadku moich wspomnień w zależności od nastroju paczka papierosów leżąca obok dowolnie się powiększa lub kurczy. W ramie otaczającej te wspomnienia rzeczy i zjawiska nieustannie się zmieniają, a jednocześnie, jakby stawiając im opór, zmienia się też ta paczka papierosów – chociaż to miarka, która powinna być niezmienna.

To nie znaczy, że wszystkie moje wspomnienia tak się bez sensu dowolnie poszerzają i kurczą. Moje życie zasadniczo było spokojne i funkcjonowałem w skoordynowany i zazwyczaj sensowny sposób. Tylko że w ciągu tych dziewięciu miesięcy wszystko pogrążyło się w niewytłumaczalnym chaosie. Pod każdym względem był to dla mnie okres wyjątkowy i niezwykły. Przypominałem pływaka, który spokojnie pływa sobie pośrodku morza i nagle zostaje wciągnięty w jakiś nieznany wir.

Przywołuję ten okres we wspomnieniach (tak, piszę te słowa, wracając myślą do wydarzeń sprzed lat) i pewnie dlatego często niejasne staje się względne znaczenie różnych spraw, zmieniają się dystans i powiązania między nimi, przez co nie jestem ich już pewny. A także, kiedy na chwilę odwrócę wzrok, błyskawicznie zmienia się logiczny porządek wydarzeń. Mimo to pragnę włożyć wszystkie siły w to, żeby uczynić swoją opowieść tak systematyczną i logiczną, jak tylko możliwe. Być może ta próba pójdzie na marne, ale za wszelką cenę postaram się trzymać hipotetycznej miarki, którą sam stworzyłem. Jak bezsilny pływak chwytający się kawałka drewna, który akurat kołysał się obok.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po przeprowadzce do tego domu, było kupienie taniego starego samochodu. Poprzedni zajeździłem nieco wcześniej i oddałem na złom, więc potrzebowałem nowego. Samochód był niezbędny dla kogoś mieszkającego w prowincjonalnym mieście, a szczególnie samotnie na szczycie góry, skąd trzeba jeździć po codzienne zakupy. Poszedłem do punktu sprzedaży używanych aut na przedmieściach Odawary i znalazłem tanią toyotę corollę kombi. Sprzedawca określił jej kolor jako „powder blue”, ale był to kolor cery człowieka wyniszczonego chorobą. Na liczniku miała tylko trzydzieści sześć tysięcy kilometrów, lecz była po wypadku, więc cenę znacznie obniżono. Przejechałem się nią na próbę i nie zauważyłem żadnych problemów z hamulcami czy oponami. Ponieważ nie zamierzałem często jeździć autostradą, w zupełności mi wystarczała.

Dom wynajął mi Masahiko Amada. Byliśmy na tym samym roku na Akademii Sztuk Pięknych. Zaprzyjaźniliśmy się, choć był ode mnie o dwa lata starszy. Okazał się jednym z nielicznych ludzi, z którymi się dogadywałem, więc po studiach widywaliśmy się od czasu do czasu. Po ukończeniu akademii porzucił malarstwo i znalazł pracę jako grafik w agencji reklamowej. Na wieść, że po rozstaniu z żoną wyprowadziłem się z domu i nie mam się gdzie podziać, zapytał, czy nie chciałbym zaopiekować się domem jego ojca. Był synem Tomohika Amady, słynnego malarza obrazów w stylu japońskim. Amada miał w górach w pobliżu Odawary dom z pracownią. Po śmierci żony żył tam sobie spokojnie przez dziesięć lat, ale ostatnio stało się jasne, że jego demencja się pogłębia, więc przeniósł się do luksusowego domu opieki na wyżynie Izu i dom w górach od paru miesięcy stał pusty.

– Stoi samotnie na szczycie góry, więc nie da się go nazwać dogodnie usytuowanym, ale stuprocentowo ci gwarantuję, że panują tam cisza i spokój. To idealne otoczenie do malowania obrazów. Absolutnie nic cię nie rozprasza – powiedział Masahiko.

Czynsz był symboliczny.

– Niezamieszkany dom niszczeje, poza tym martwię się, że może zostać okradziony albo wybuchnie w nim pożar. Ja też będę spokojniejszy, jak ktoś tam zamieszka. Ale gdybym powiedział, że możesz mieszkać zupełnie za darmo, pewnie byś się krępował. Chciałbym jednak, żebyś obiecał, że szybko się wyprowadzisz, jeśli cię o to poproszę.

Nie miałem nic przeciwko temu. Wszystko, co posiadałem, mieściło się z tyłu pick-upa. Mogłem się przeprowadzić choćby jutro.

Przeniosłem się tam w maju pod koniec długiego weekendu. Dom był parterowy, w stylu zachodnim, niewielki i przytulny z rodzaju tych nazywanych „cottage”, dla jednej osoby było tam dość miejsca. Stał na szczycie góry w otoczeniu drzew i sam Masahiko nie wiedział, gdzie przebiega granica posesji. W ogrodzie rosła duża sosna rozpościerająca grube gałęzie na cztery strony świata. Tu i tam rozmieszczono dekoracyjne kamienie, a obok kamiennej ogrodowej latarni rósł wspaniały bananowiec.

Tak jak mówił Masahiko, rzeczywiście było tu cicho. Ale kiedy teraz wracam tam myślami, nie mogę powiedzieć, że nic mnie nie rozpraszało.

W ciągu ośmiu miesięcy spędzonych w tym domu po rozstaniu z żoną sypiałem z dwiema kobietami. Obie były mężatkami. Jedna młodsza, druga starsza ode mnie. Uczęszczały na prowadzony przeze mnie kurs malarstwa.

Wykorzystałem okazję i kolejno zaprosiłem każdą na randkę (normalnie nie zrobiłbym czegoś takiego. Z natury jestem dość nieśmiały, więc nie mam zwyczaju się tak zachowywać), a one nie odmówiły. Sam nie wiem dlaczego, wtedy wydawało mi się, że zaproszenie ich do łóżka jest bardzo proste i logiczne. Prawie nie czułem winy, nakłaniając do seksu własne uczennice. Pójście z nimi do łóżka wydawało mi się rzeczą równie zwyczajną, jak spytanie przypadkowego przechodnia o godzinę.

Pierwsza z nich dobiegała trzydziestki. Była wysoka, miała duże czarne oczy, niewielkie piersi i wąskie biodra. Do tego szerokie czoło, piękne proste włosy i stosunkowo duże uszy jak na kobietę jej postury. Nie była może piękna w powszechnym rozumieniu, ale miała charakterystyczną, interesującą twarz, którą każdy malarz chciałby namalować (rzeczywiście jestem malarzem i rzeczywiście kilka razy ją naszkicowałem). Nie miała dzieci. Jej mąż był nauczycielem historii w prywatnym liceum i miał zwyczaj ją bić. W szkole nie mógł zachowywać się brutalnie, więc w domu w ten sposób rozładowywał swoją frustrację. Ale nie dostawała w twarz. Kiedy pierwszy raz ją rozebrałem, okazało się, że ciało ma posiniaczone i pokryte bliznami. Nie lubiła go pokazywać, więc zawsze kochaliśmy się przy zgaszonym świetle.

Seks prawie jej nie interesował. Jej wagina nie wilgotniała wystarczająco i kiedy w nią wchodziłem, narzekała na ból. Nie pomagało nawet, że poświęcałem dużo czasu na grę wstępną i że używaliśmy żelu nawilżającego. Ból był gwałtowny i nie przechodził. Czasami nawet głośno krzyczała.

Mimo to chciała uprawiać ze mną seks. A przynajmniej nie czuła do tego niechęci. Dlaczego? Może pragnęła czuć ból? A może pragnęła braku przyjemności? Albo chciała zostać w jakiś sposób ukarana? Bo ludzie pragną w życiu naprawdę różnych rzeczy. Lecz jednej rzeczy na pewno nie pragnęła. Nie chciała bliskości.

Nie lubiła przychodzić do mnie ani nie chciała, żebym przychodził do niej, więc jeździliśmy moim samochodem do nieco oddalonego nadmorskiego hotelu dla par i tam uprawialiśmy seks. Umawialiśmy się na dużym parkingu przy taniej restauracji, zwykle docieraliśmy do hotelu po pierwszej, a wychodziliśmy przed trzecią. Zawsze nosiła wtedy duże okulary przeciwsłoneczne. Nawet w pochmurne czy deszczowe dni. Aż pewnego dnia nie przyszła na spotkanie. Przestała też przychodzić na kurs. I to był koniec tego krótkiego, prawie pozbawionego emocji romansu. Spałem z nią w sumie cztery czy pięć razy.

Druga mężatka, z którą się spotykałem później, miała szczęśliwą rodzinę. A w każdym razie zdawało się, że w życiu rodzinnym niczego jej nie brakuje. Miała czterdzieści jeden lat (o ile pamiętam), o pięć więcej niż ja. Drobna, o regularnych rysach, zawsze gustownie ubrana. Co drugi dzień chodziła do klubu fitness na jogę, dzięki czemu miała zupełnie płaski brzuch. Jeździła czerwonym mini cooperem. Świeżo kupiony, nowiutki samochód w pogodne dni lśnił z daleka. Jej dwie córki chodziły do elitarnej prywatnej szkoły na wybrzeżu Shōnan. Sama była jej absolwentką. Mąż prowadził jakąś firmę, ale nie pytałem jaką (oczywiście specjalnie mnie to nie obchodziło).

Nie wiem, dlaczego zgodziła się na moją bezczelną propozycję seksu. Może w tamtym okresie miałem w sobie jakiś rodzaj magnetyzmu. Przyciągnąłem ją duchowo jak (dajmy na to) magnes przyciąga zwykły opiłek żelaza. A może duchowość ani magnetyzm nie miały z tym nic wspólnego, tylko ona po prostu szukała jakiegoś zewnętrznego seksualnego bodźca, a ja akurat byłem w pobliżu.

Tak czy inaczej, w tamtym czasie mogłem bez wahania zaoferować jej wszystko, czego ode mnie pragnęła, otwarcie i bez zahamowań. Na początku zdawało się, że ona też bardzo naturalnie traktuje nasz związek. Pod względem seksualnym był wyjątkowo harmonijny (nie miał właściwie innych aspektów, o których warto by mówić). Oddawaliśmy się seksowi bezpośrednio i wyłącznie. I ta wyłączność osiągnęła nieomal abstrakcyjny wymiar. Kiedyś nagle uderzyła mnie ta myśl i lekko się zdziwiłem.

Ale pewnego dnia nieoczekiwanie oprzytomniała. W przytłumionym świetle zimowego poranka zadzwoniła do mnie i powiedziała, jakby odczytywała jakiś tekst:

– Myślę, że lepiej będzie, jeżeli przestaniemy się spotykać. Bo nasz związek nie ma przyszłości. – To było coś w tym rodzaju.

Rzeczywiście miała rację. Nie tylko nie miał przyszłości, nie miał też prawie żadnych podstaw w teraźniejszości.

Kiedy studiowałem na akademii, malowałem głównie abstrakcje. Pojęcie sztuki abstrakcyjnej jest dość szerokie, sam nie wiem, jak wytłumaczyć jej formy i treść, ale w każdym razie jest to „malarstwo będące efektem swobodnego i pozbawionego ograniczeń przedstawiania niefiguratywnych form”. Otrzymałem kilka pomniejszych nagród na wystawach. Moje prace publikowano także w czasopismach dotyczących sztuk pięknych. Kilku profesorów i kolegów wysoko oceniało moje obrazy i zachęcali mnie do dalszego tworzenia. Nie byłem może artystą rokującym wielkie nadzieje na przyszłość, ale jakiś tam talent malarski miałem. Jednak moje obrazy olejne w wielu przypadkach wymagały dużych płócien i użycia dużej ilości farb. Naturalnie przez to koszty tworzenia stawały się wysokie. Poza tym nie muszę chyba wyjaśniać, że prawdopodobieństwo pojawienia się dobroczyńcy, który kupi abstrakcję dużego formatu pędzla nieznanego malarza, żeby ją powiesić u siebie w domu, jest bliskie zeru.

Oczywiście nie mógłbym się utrzymać jedynie z malowania obrazów, które chciałem malować, więc żeby po studiach zarobić na życie, zacząłem robić portrety na zamówienie. Malowałem jak najbardziej figuratywne portrety prezesów firm, ważnych osób w stowarzyszeniach naukowych, posłów oraz lokalnych sław, czyli osób będących „filarami społeczeństwa” (choć te filary często różniły się kalibrem). Od malarza portretów oczekuje się realistycznego, poważnego i spokojnego stylu. Są to obrazy przeznaczone do bardzo praktycznego użytku: mają wisieć w recepcji firmy lub w gabinecie prezesa. To znaczyło, że musiałem zajmować się zawodowo malowaniem obrazów będących całkowitym przeciwieństwem tych, które sam pragnąłem jako malarz tworzyć. Dodam, że malowałem je niechętnie, co nie było wcale wyrazem artystycznej arogancji.

W Yotsui była mała firma specjalizująca się w przyjmowaniu zamówień na portrety. Z prywatnego polecenia profesora z akademii zawarli ze mną umowę na wyłączność. Nie płacili mi stałej pensji, ale jeżeli wykonałem pewną liczbę zamówień, udawało mi się, młodemu kawalerowi, jakoś przeżyć. Wiodłem skromne życie: płaciłem czynsz za niewielkie mieszkanie niedaleko linii Seibu Kokubunji, w miarę możliwości jadłem trzy posiłki dziennie, czasami kupowałem tanie wino i niekiedy szedłem z zaprzyjaźnioną dziewczyną do kina – to wszystko. Przez kilka lat tak właśnie żyłem: robiłem pewną liczbę portretów, zdobywałem środki na utrzymanie, a potem mogłem przez pewien czas malować, co chciałem. Oczywiście wtedy portrety były dla mnie tylko sposobem na przeżycie i nie miałem zamiaru robić ich w nieskończoność.

Jeśli chodzi o wkładany wysiłek, malowanie portretów było dość łatwą pracą. Na studiach przez pewien czas dorabiałem w firmie przeprowadzkowej. Pracowałem również jako sprzedawca w sklepie całodobowym. W porównaniu z tym malowanie portretów kosztowało mnie znacznie mniej wysiłku fizycznego i psychicznego. Jeżeli raz człowiek pojął, na czym to polega, potem wystarczało tylko powtarzać ten sam proces. Wkrótce wykonanie portretu przestało zabierać mi dużo czasu. Do złudzenia przypominało to lot z autopilotem.

Ale po roku takiego mechanicznego trzaskania portretów dowiedziałem się, że moje obrazy są nieoczekiwanie wysoko oceniane. Klienci też podobno byli w pełni usatysfakcjonowani. Gdyby wyrażali co pewien czas niezadowolenie, oczywiście przestałbym dostawać zlecenia albo firma zerwałaby ze mną umowę. Skoro cieszyłem się dobrą opinią, przybywało zamówień i rosło wynagrodzenie za każdy kolejny obraz. Portretowanie to w pewnym sensie poważna dziedzina. A jednak, mimo że byłem właściwie początkującym portrecistą, zamówienia pojawiały się jedno za drugim. Wynagrodzenie wzrastało. Pracownik firmy, który przekazywał mi zlecenia, był pełen podziwu. Wśród zamawiających zapanowała opinia, że mam smykałkę do malowania portretów.

Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego moje portrety są tak wysoko oceniane. Nie wkładałem w nie specjalnej pasji, wykonywałem jedynie kolejne zlecenia. Szczerze mówiąc, nie mogę sobie przypomnieć twarzy żadnej z osób, które portretowałem. Ale jednocześnie dążyłem do tego, żeby zostać malarzem, więc kiedy stawałem przed blejtramem z pędzlem w dłoni, nie potrafiłem namalować czegoś całkowicie bezwartościowego, bez względu na typ obrazu. Inaczej byłoby to zdradą mojego umiłowania malarstwa i wyrazem pogardy dla zawodu, który pragnąłem wykonywać. Jeśli nie mogłem malować tego, z czego byłbym dumny, starałem się przynajmniej malować obrazy, których nie musiałem się wstydzić. Można to chyba nazwać etyką zawodową. Ja po prostu nie umiałem postępować inaczej.

Poza tym od samego początku w malowaniu portretów przestrzegałem pewnych własnych zasad. Przede wszystkim nigdy portretowana osoba mi nie pozowała. Dostawałem zlecenie i musiałem się spotkać z klientem (który miał zostać sportretowany). Prosiłem o godzinne spotkanie, rozmawialiśmy, siedząc naprzeciw siebie. Tylko rozmawialiśmy. Nie robiłem żadnych szkiców. Zadawałem różne pytania, a klient odpowiadał. Kiedy, gdzie i w jakiej rodzinie się urodził, jakie miał dzieciństwo, do jakiej szkoły chodził, czym się zajmuje, jaką ma rodzinę, jak osiągnął obecną pozycję – o takie rzeczy pytałem. Rozmawialiśmy też o jego codziennym życiu i hobby. Większość osób chętnie opowiadała o sobie. I zazwyczaj robiły to z dużym zapałem (pewnie nikt inny nie chciał słuchać takich opowieści). Zdarzało się, że ta godzinna rozmowa zmieniała się w dwu- albo trzygodzinną. Potem pożyczałem od klienta kilka zdjęć. Zwyczajnych zdjęć pstrykniętych w zwyczajnych sytuacjach. Do tego czasami (nie zawsze) sam robiłem mu kilka zdjęć z różnych stron niewielkim aparatem. To wystarczało.

Wiele osób pytało mnie z niepokojem: „Nie będę musiał siedzieć bez ruchu i pozować?”. Od chwili, kiedy zdecydowali, że zamówią portret, wszyscy przygotowywali się na taką ewentualność. Malarz z poważną miną stoi przed płótnem z pędzlem w dłoni – w dzisiejszych czasach już chyba bez beretu – a przed nim sztywno siedzi model. Nie wolno mu się poruszyć. Wyobrażali sobie taką scenę dobrze im znaną z filmów.

– Czy życzyłby pan sobie pozować? – odpowiadałem pytaniem na pytanie. – Dla kogoś nieprzyzwyczajonego do pozowania to ciężka praca. Trzeba przez długi czas zachować tę samą pozycję, więc się człowiek nudzi, kark mu boleśnie sztywnieje. Jeżeli pan sobie tego życzy, oczywiście możemy tak zrobić.

Naturalnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent klientów wcale sobie czegoś takiego nie życzyło. Prawie wszyscy byli bardzo zajętymi ludźmi u szczytu kariery. Albo emerytami w podeszłym wieku. W miarę możliwości chcieli uniknąć bezsensownego wysiłku.

– Wystarczy mi, żeśmy się spotkali i porozmawiali – uspokajałem rozmówcę. – To, czy mi pan będzie pozował, czy nie, absolutnie nie wpłynie na portret. Jeżeli obraz nie przypadnie panu do gustu, będzie to moja wina i poprawię go.

Zazwyczaj po dwóch tygodniach portret był gotowy (choć mijało kilka miesięcy, zanim farba kompletnie wyschła). Bardziej niż siedzący przede mną nieruchomy model potrzebne mi były żywe wspomnienia (obecność portretowanego raczej by mi przeszkadzała w tworzeniu). Były to wspomnienia trójwymiarowej formy portretowanego. Wystarczyło ją przenieść na płótno. Miałem chyba wrodzoną dobrą pamięć wzrokową. I ta umiejętność – można ją chyba nazwać specjalną techniką – stanowiła dla mnie jako portrecisty bardzo użyteczne narzędzie.

W tej pracy ważne było to, żebym portretowanego choć trochę polubił. Dlatego podczas owej godzinnej rozmowy starałem się znaleźć w nim jak najwięcej elementów budzących sympatię. Oczywiście wśród portretowanych byli i tacy, którzy nic w sobie nie mieli. Odrzucało mnie na samą myśl, że któryś z nich miałby być moim znajomym. Jeżeli jednak traktowałem ich jak osoby, z którymi będę miał do czynienia tylko w określonym miejscu i tylko przez określony czas, zawsze udawało mi się bez większego trudu znaleźć jedną lub dwie rzeczy, które można było pokochać. Jeśli zajrzało się bardzo głęboko, każdy miał w sobie coś lśniącego. Trzeba to odnaleźć, a jeżeli wydaje się z wierzchu zakurzone (chyba w większości przypadków tak jest), należy zetrzeć kurz szmatką. Robiłem to dlatego, że nastawienie malarza przenikało jakoś do obrazu.

W ten sposób nie wiadomo kiedy zostałem malarzem portrecistą. W szczególnym, niewielkim światku sztuki portretowej stałem się dosyć znany. Kiedy się ożeniłem, zerwałem umowę na wyłączność z firmą w Yotsui, zacząłem pracować niezależnie, za pośrednictwem agencji specjalizującej się w usługach malarskich dostawałem teraz zlecenia na znacznie lepszych warunkach. Mój agent był o dziesięć lat starszy ode mnie, zdolny i ambitny. Zachęcał mnie, żebym się uniezależnił i przywiązywał większą wagę do pracy. Od tego czasu namalowałem wiele portretów (w większości ludzi ze świata finansów i polityki, w swoich dziedzinach byli sławni, ale ja prawie o żadnym z nich wcześniej nie słyszałem) i zacząłem nieźle zarabiać. Ale to nie znaczy, że zostałem sławnym mistrzem portretów. Świat sztuki portretowej funkcjonuje inaczej niż świat tak zwanych sztuk pięknych. I inaczej niż świat fotografii artystycznej. Fotograficy specjalizujący się w portretach cieszą się uznaniem opinii publicznej, nierzadko stają się sławni. Nie zdarza się to jednak malarzom. Portrety niezwykle rzadko wychodzą w świat. Nie pojawiają się w czasopismach malarskich ani nie są wystawiane w galeriach. Wiszą zwykle w jakiejś recepcji i zbierając kurz, popadają w zapomnienie. Nawet jeżeli ktoś się takiemu obrazowi starannie przyjrzy (prawdopodobnie ktoś, kto ma za dużo czasu), na pewno nie zapyta o nazwisko malarza.

Czasami myślałem o sobie jak o wysokiej klasy prostytutce świata malarstwa. Opanowałem w pełni technikę malowania portretów, w miarę możliwości sumiennie i bezbłędnie wykonywałem konieczne czynności. Zwykle udawało mi się zadowolić swoich klientów. Umiałem to robić. Byłem w dużym stopniu profesjonalistą, ale to nie znaczy, że działałem mechanicznie. Wkładałem we wszystko naprawdę dużo serca. Ceny, które proponowałem, nie były niskie, ale klienci płacili bez mrugnięcia okiem. Bo w większości malowałem ludzi, dla których pieniądze nie grały roli, a cieszyłem się sławą bardzo dobrego malarza. Dzięki temu nigdy nie brakowało mi klientów i zawsze miałem wypełniony po brzegi grafik. Lecz ja sam wcale tego nie pragnąłem. Ani trochę.

Nie zostałem tego rodzaju malarzem ani tego typu człowiekiem, bo sam tego pragnąłem. Po prostu poddałem się biegowi wydarzeń i nie wiadomo kiedy przestałem malować dla siebie. Jednym z powodów było to, że się ożeniłem i musiałem zarabiać na utrzymanie, ale to nie był jedyny powód. Prawdę mówiąc, już wcześniej przestałem odczuwać silną chęć malowania dla siebie. Być może małżeństwo było jedynie pretekstem. Nie byłem już „młodym” malarzem i coś zaczęło we mnie zanikać – coś, co dawniej paliło mi się w piersi jasnym płomieniem. Powoli zapominałem, jak się czułem, kiedy mnie to od środka ogrzewało.

Powinienem był pewnie zrezygnować z takiego życia. Podjąć jakieś kroki. Ale ciągle to odkładałem. I pierwsza zrezygnowała ze mnie żona. Miałem wtedy trzydzieści sześć lat.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz