Śmierć dziennikarki. Tom 37. Komisarz Oczko - Tomasz Wandzel - ebook + audiobook

Śmierć dziennikarki. Tom 37. Komisarz Oczko ebook i audiobook

Tomasz Wandzel

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Gdy Edyta Gryfińska, znana radiowa dziennikarka przyjeżdża do swojego domu na przedmieściach Gdańska, zamaskowany sprawca oddaje w jej stronę kilka strzałów. Dla policji jest jasne, że morderca czekał na swoją ofiarę. Komisarz Oczko musi zatem ustalić, kto wiedział o planach dziennikarki oraz jaki był motyw tej zbrodni.

To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu.

Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko i również cykl o komisarzu Andrzeju Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.

Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 92

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 20 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TOMASZ WANDZEL

Śmierć dziennikarki

Komisarz Oczko (t. 37)

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Śmierć dziennikarki

Seria: Komisarz Oczko (t. 37)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68636-69-7

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Budzik zadzwonił o szóstej dziesięć, jednak nim Edyta Gryfińska zmobilizowała siły, aby sięgnąć po smartfon, dźwięki alarmu zdążyły rozlać się po niewielkiej sypialni i odbić od gładkich ścian, jakby urządzenie uparło się, że nie pozwoli jej oszukać poranka nawet o dodatkową minutę. Pokój był urządzony oszczędnie, niemal ascetycznie. Wygodne, szerokie łóżko z grafitowym zagłówkiem zajmowało centralne miejsce, a naprzeciwko stała wysoka szafa z lustrzanymi drzwiami, ciągnąca się przez całą dłuższą ścianę. Żadnych bibelotów, żadnych zdjęć na komodzie, żadnych sentymentalnych drobiazgów, które mówiłyby cokolwiek o właścicielce poza tym, że nie cierpi bałaganu i nie lubi, kiedy przedmioty próbują zagarniać dla siebie przestrzeń.

Edyta leżała jeszcze przez chwilę nieruchomo, wpatrzona w sufit. Czuła suchość w ustach i ciężar pod powiekami, ten szczególny rodzaj zmęczenia, który nie bierze się z niewyspania, tylko z nadmiaru myśli. Za uchylonym oknem słychać było odległy szum budzącego się Gdańska. Sierpniowy, bezchmurny poranek zapowiadał piękny dzień, co po ostatnich deszczowych dniach było miłą odmianą. Dolne Miasto podnosiło się ze snu powoli, niechętnie, w rytmie dzwoniących tramwajów, samochodowych klaksonów i rozmów przechodniów, które docierały na pierwsze piętro z zadziwiającą wyrazistością. Jej dziennikarskie ucho bez trudu wychwytywało pojedyncze zdania i urwane przekleństwa.

Przetarła twarz dłonią, usiadła na łóżku i skrzywiła się lekko. Spała krótko i źle, a wszystko przez nocne spotkanie z informatorem, który przekazał jej kilka rewelacyjnych informacji na temat sprawy, o której właśnie montowała materiał.

Ale dla takich newsów warto zarwać noc – pomyślała, podchodząc do szafy. Spojrzała na swoje odbicie w ogromnym lustrze, szukając śladów zmęczenia, lecz, o dziwo, rysy twarzy wciąż pozostawały wyostrzone, a pod błękitnoszarymi oczami nie dostrzegła żadnych cieni. Jedynie zafarbowane na wyrazisty, niemal prowokacyjny rudy kolor włosy wymagały interwencji. Sterczały na wszystkie strony, jakby przez noc stoczyły osobną wojnę z poduszką. Na szczęście były krótkie, praktyczne, więc ich mycie i suszenie zajęło tylko kilka minut. Wybór stroju też nie nastręczał żadnego problemu, ponieważ w jej szafie można było znaleźć wyłącznie czarne jeansy i białe koszule w różnych wariantach, od zwykłych T-shirtów zaczynając, a na eleganckich bluzkach kończąc. Po krótkiej chwili zastanowienia zdecydowała się na czarne, dobrze leżące jeansy, biały T-shirt i białe sportowe buty. Ubiór prosty, praktyczny, bezpieczny. Jej odzieżowe upodobania, oparte na kontraście czerni i bieli, stały w pewnej sprzeczności z poglądami na życie i świat, w których nic nie było tylko czarne lub tylko białe. Jako dziennikarka śledcza wiedziała o tym aż za dobrze.

W kuchni uruchomiła ekspres, oparła się pośladkami o blat i, czekając, aż urządzenie przygotuje dla niej poranną porcję czystej kofeiny, bez mleka i cukru, sięgnęła po smartfon. Najpierw sprawdziła pocztę. Kilka reklam, newsletter z księgarni, przypomnienie o płatności za miejsce w chmurze i standardowy spam, którego teoretycznie nie powinna dostawać, skoro płaciła za wersję premium. Potem komunikator redakcyjny. Dwa nieodebrane powiadomienia. Pierwsze, o imprezie integracyjnej, zaplanowanej na połowę sierpnia, drugie, o drobnych zmianach w ramówce. Nic pilnego – oceniła.

Następnie dotknęła kciukiem ikonki aplikacji z audiobookami. Ekran rozświetlił się miękkim błękitem, pokazując zestawienie nowości oraz najchętniej słuchanych pozycji. W gronie tych pierwszych wyróżniała się okładka „Martwej sławy”. Edyta uruchomiła odtwarzanie, a głos lektora rozgościł się w jej uszach. Jako dziennikarka radiowa potrafiła ocenić, czy ktoś jest dobrym lektorem, przeciętnym czy zwyczajnie marnym. Dlatego z prawdziwą przyjemnością chłonęła każde słowo płynące z głośników smartfona. Charakterystyczna, męska barwa, matowa, a jednak uderzająco czysta, pozwalała wczuć się w fabułę. Gdy uwolniony od ciężaru kawy kubek przestał ciążyć w dłoni, Edyta zatrzymała odtwarzanie, wstawiła naczynie do zmywarki, wrzuciła do dużej torby notatnik, dyktafon, teczkę z materiałami dotyczącymi zabójstwa Leokadii Cygan, ładowarkę, paczkę gum do żucia i długopis z logo stacji.

Gdy zamykała drzwi mieszkania, przez głowę przemknęła jej jeszcze jedna myśl, nieprzyjemna i uporczywa. Musiała dziś spotkać się z facetem, w którym przez pewien czas widziała nawet godnego następcę swojego męża. To określenie samo w sobie ją drażniło, bo sugerowało, jakby mężczyźni ustawiali się w szeregu na miejsce po poprzedniku. W praktyce wyglądało to znacznie mniej romantycznie i znacznie bardziej żałośnie. Mirosław, choć przez chwilę wydawał się inny, zaczął z czasem odsłaniać te same cechy, które wcześniej doprowadzały ją do szału u Wiktora: oszczędność emocji, zamiłowanie do wygodnych półprawd, przekonanie, że jeśli czegoś nie nazwie się wprost, to można udawać, że nie istnieje. Musiała skończyć to, co i tak nie miało dalszego sensu, przynajmniej z jej perspektywy. Ten związek kosztował ją już zbyt wiele energii, a ona nie zamierzała ponosić dalszych kosztów tej nietrafionej inwestycji uczuciowej.

Na parking zbiegła szybko, niemal z ulgą. Szara Toyota Aygo nie wyróżniała się zbytnio wśród pozostałych aut i o to właśnie chodziło. Wrzuciła torbę na fotel pasażera, wsiadła i po chwili wyjechała, kierując się w stronę Wrzeszcza. Ulice były już coraz bardziej zatkane, choć poranny ruch dopiero nabierał rozpędu. Światła, autobusy, przejścia dla pieszych, rowerzyści przecinający jezdnię w ostatniej chwili. Gdańsk o tej porze przypominał organizm, który z każdym kwadransem przyspiesza tętno. Edyta prowadziła pewnie, jedną ręką trzymając kierownicę, choć doskonale pamiętała, jak to właśnie przez takie nonszalanckie zachowanie oblała pierwszy egzamin na prawo jazdy. Egzaminator, mężczyzna o twarzy pozbawionej wszelkiej empatii wobec kursantów, powiedział wtedy tylko: „Pani nie prowadzi, pani improwizuje”. Do dziś uważała, że było to złośliwe, ale uczciwe podsumowanie.

Pod rozgłośnię dotarła kilka minut po siódmej. Zabrała rzeczy z samochodu i szybkim krokiem weszła do budynku. Na korytarzu, pachnącym świeżo zmieloną kawą, panował już typowy poranny rozgardiasz. Z jednego studia dobiegał energiczny głos prowadzącego poranną audycję, z drugiego krótkie wejścia serwisowe, w których co kilkanaście minut podawano najnowsze wiadomości z miasta i kraju. Ktoś w pośpiechu niósł wydruki, ktoś inny, z telefonem przy uchu, ustalał szczegóły lokalnego materiału. W newsroomie na bieżąco składano serwisy z wiadomościami, lokalnymi zdarzeniami i utrudnieniami na drogach. Wszystko działo się szybko, trochę nerwowo, ale według rytmu, który dla stałych bywalców tego miejsca był równie naturalny jak oddech.

Edyta odpowiadała mechanicznie na rzucane w pośpiechu powitania. Minęła młodego reportera sportowego, który wyglądał tak, jakby spał w kurtce, producentkę porannego pasma, zaciskającą w ręku kubek z yerba mate, oraz stażystę, który z miną człowieka skazanego na śmierć szukał jakiegoś kabla.

Przed drzwiami studia montażowego stała już Milena Kwiatkowska. Z dwoma styropianowymi kubkami w dłoniach i słuchawkami przewieszonymi przez szyję wyglądała niepozornie, ale jej pomoc w powstawaniu każdego odcinka była nieoceniona. Milena była od Edyty nieco niższa, ciemnowłosa, ubrana jak zwykle na czarno, z twarzą na tyle zwyczajną, że przy pierwszym spotkaniu łatwo było jej nie zapamiętać. Dopiero później człowiek zauważał ostre kości policzkowe, uważne, ciemne oczy i ten rodzaj cierpliwego skupienia, który u jednych budzi zaufanie, u innych dyskomfort. Jej głos był niższy, niż sugerował wygląd, lekko zachrypnięty, przez co na antenie, gdy zdarzało jej się zastępować kogoś nocą, brzmiał zaskakująco dobrze, ale do audycji, w których konieczne było budowanie napięcia, kompletnie się nie nadawał.

– Długo czekasz?

Milena uniosła jeden kubek wyżej i spojrzała na niego, jakby właśnie od tego zależała odpowiedź.

– Na tyle krótko, że kawa nie zdążyła jeszcze wystygnąć.

Kiedy weszły do środka, od razu otulił je przyjemny, niemal nastrojowy półmrok. Drzwi i ściany, obłożone matowymi panelami akustycznymi, pochłaniały każdy zbędny dźwięk z korytarza, a ciemna wykładzina wyciszała kroki. Przy szerokim blacie stały dwa monitory, mikser i głośniki odsłuchowe, w których za chwilę miały ożyć cudze głosy, lęki i tajemnice. W takim miejscu człowiek szybko zapominał, która jest godzina i jaka pogoda panuje na zewnątrz. Liczyła się tylko ścieżka dźwiękowa, rytm, cięcia, napięcie.

Milena usiadła przy komputerze, a Edyta położyła teczkę z materiałami na blacie i zdjęła torbę z ramienia. Od dawna pracowały w podobnym rytmie. Kwiatkowska odsłuchiwała i analizowała nagrania, wyłapując fragmenty, które należało usunąć albo, wręcz przeciwnie, zostawić. Natomiast Gryfińska porządkowała konstrukcję audycji i pilnowała, żeby całość nie rozjechała się w emocjach. Dobrze się uzupełniały. Edyta była bardziej intuicyjna i bezkompromisowa, Milena cierpliwsza, dokładniejsza i lepiej znosiła żmudne przesłuchiwanie wielominutowych wypowiedzi.

– To od czego zaczynamy? – zapytała Milena, uruchamiając program do montażu.

– Od sąsiadki z trzeciego piętra. Tej, co mówiła o uchylonych drzwiach u Cyganowej – odparła Edyta. – Ma dobry głos, ale trzeba jej skrócić połowę dygresji.

– Czyli standard – mruknęła Milena. – Daj to tutaj.

Przez kilka minut pracowały w skupieniu, przerywając sobie tylko krótkimi uwagami. Edyta przesuwała znaczniki na osi nagrania, marszcząc przy tym czoło i odruchowo przygryzając wnętrze policzka, gdy coś nie układało się tak, jak powinno. Milena notowała czasy, unosiła lekko brwi przy bardziej interesujących fragmentach i co jakiś czas zerkała na Edytę, jakby sprawdzała, czy ta nadal nadąża za własnym tempem myślenia. Gdy trafiały na słabsze wypowiedzi, Edyta przewracała oczami, a Milena uśmiechała się pod nosem. Przy lepszych obie pochylały się w stronę głośników, jakby sam dźwięk miał zaraz wyjść z urządzenia i usiąść między nimi na stole.

– To zostawmy – zdecydowała Edyta po odsłuchaniu fragmentu z bratem Leokadii Cygan. – Słychać, że facet coś wie, tylko jeszcze nie umie tego nazwać.

– Albo nie chce – zauważyła Milena.

– Jedno drugiego nie wyklucza.

W pewnej chwili Edyta sięgnęła po telefon, odblokowała go i szybko zerknęła na ekran. Milena wychwyciła ten ruch kątem oka.

– Coś pilnego?

– Nie – odparła Gryfińska zbyt szybko, po czym po sekundzie dodała już swobodniej: – Tylko sprawdzam, czy nie odpisał mi jeden człowiek od Cyganowej.

To nie było stuprocentowe kłamstwo, ale też nie była cała prawda. Przez ułamek sekundy znów zobaczyła ikonę aplikacji z audiobookami i pulsującą liczbę nowych odsłuchań. Natychmiast zablokowała ekran. Milena wzruszyła ramionami i wróciła do montażu.

Po dwóch godzinach audycja była niemal gotowa. Edyta odsunęła się od stołu, przeciągnęła ramiona i poczuła przyjemne, krótkie rozluźnienie mięśni.

– Dobra, robimy przerwę – zarządziła, wyjaśniając, że musi pojechać do domu rodziców, aby podlać kwiaty, zetrzeć kurze i opróżnić skrzynkę pocztową.

Milena odchyliła się na krześle i uniosła na nią spojrzenie.

– Nie myślałaś, żeby go sprzedać?

Edyta zrobiła minę, jakby pytanie było jednocześnie rozsądne i zbyt wcześnie zadane.

– Czasami pojawia się taka myśl – przyznała, wypijając resztę zimnej już kawy. – Mam w końcu swoje mieszkanie, lecz jakoś nie mam czasu, aby się tym zająć.

– Znam dobrą i uczciwą agencję nieruchomości, która wszystkim może się zająć, więc jak już się zdecydujesz, to daj znać.

Gryfińska kiwnęła głową, ale jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok. Dom na Jasieniu nie był tylko nieruchomością. Był sumą zapachów, głosów, rodzinnych obiadów, nerwów ojca, spokojnych dłoni matki, śmierci rozłożonej na dwa etapy. Najpierw zawał Danuty w ogrodzie, później nowotwór ojca, który zabrał resztę. Sprzedaż tego miejsca była logiczna. Logika jednak miała tę wadę, że rzadko pomagała przy rzeczach, które bolały.

Już chciała podziękować za pomoc, ale przeszkodziło jej wibrowanie smartfonu. Spojrzała na wyświetlacz, a widząc numer męża, z którym właśnie się rozwodziła, poczuła, jak mięśnie w szczęce napinają się odruchowo. Dotknęła zielonej słuchawki.

– Cześć, pamiętasz o naszym spotkaniu? – zapytał Wiktor, jak zwykle oszczędny i konkretny w słowach, co po kilku latach małżeństwa zaczęło doprowadzać Edytę do szewskiej pasji.

Przymknęła oczy, policzyła w myślach do dwóch i dopiero wtedy odpowiedziała.

– No jasne, że pamiętam o spotkaniu.

Chciała dodać, że trudno zapomnieć o rozprawie rozwodowej, kiedy druga strona traktuje ją jak zebranie wspólnoty mieszkaniowej, ale Wiktor rzucił krótkie:

– To dobrze.

I przerwał połączenie.

Edyta przez moment patrzyła na wygaszony ekran z takim wyrazem twarzy, jakby naprawdę rozważała, czy nie rzucić telefonu o ścianę.

– Nie ma jak to pogawędka z prawie byłym mężem. Człowiek nawet nie zdąży się zirytować, a już jest po wszystkim i od razu czuje, że rozwód to jednak piękna instytucja.

Milena parsknęła cicho.

– Czyli Wiktor w formie.

– Jak zawsze. Gdyby dało się prowadzić relacje międzyludzkie w punktach, byłby geniuszem.

– Przynajmniej oszczędził ci czas.

– O, tak, Wiktor zawsze był mistrzem w oszczędzaniu – mruknęła Gryfińska, wstając od komputera. – Emocji, słów, czułości, wszystkiego.

To ostatnie powiedziała ciszej, bardziej do siebie niż do Mileny. Potem otrząsnęła się, wrzuciła do torby materiały, obiecała Milenie, że wróci mniej więcej o trzynastej, i wyszła ze studia, omal nie wpadając na redaktora naczelnego, który w ostatniej chwili uskoczył pod ścianę, unikając zderzenia.

– Muszę przyznać, że masz refleks – zauważyła, ale pochwała nie zrobiła na nim większego wrażenia.

– Ty mi lepiej powiedz, jak tam kolejny odcinek „Aktu północy”? – zapytał naczelny.

– Montaż praktycznie zamknięty, zostały tylko kosmetyczne poprawki. Milena robi ostatnie szlify, a ja muszę wyskoczyć do domu po rodzicach, podlać kwiaty i sprawdzić skrzynkę na listy. Wrócę około południa, to odsłucham całość, ale jak znam Milenkę, to nie będzie co poprawiać.

– Myślisz, że to będzie mocny materiał?

– Na tyle, żeby słuchacze nie przełączyli po pierwszych dwóch minutach.

Witkowski skinął tylko głową, a Edyta szybkim krokiem ruszyła do wyjścia.

Na parkingu panował większy spokój niż w budynku. Wrzuciła torbę na fotel pasażera, usiadła za kierownicą i przez chwilę siedziała bez ruchu, zastanawiając się, czy podczas montażu niczego nie pominęły. Gdy uznała, że najważniejsze wątki i wypowiedzi zostały zawarte w materiale, uruchomiła silnik i wyjechała. Choć poranny szczyt, przynajmniej w teorii, skończył się jakąś godzinę temu, Wrzeszcz nadal był porządnie zakorkowany. Autobusy mozolnie przeciskały się między samochodami, na światłach piętrzyły się krótkie zatory, tramwaje przecinały skrzyżowania z uporem metronomu, a przejścia dla pieszych co chwilę zatrzymywały ruch. Dopiero kiedy zostawiła za sobą gęstą, wielkomiejską zabudowę i skierowała się w stronę zachodnich dzielnic, poczuła lekką ulgę. Miasto traciło tu swój śródmiejski ciężar. Ulice robiły się szersze, bloki ustępowały miejsca nowym osiedlom, a za ekranami akustycznymi zaczynały się pasy nieużytków, krzewów i deweloperskich inwestycji. Jasień miał w sobie coś z miejsca, które wciąż nie zdecydowało, czy jest już miastem, czy jeszcze jego peryferiami, o podmiejskim charakterze.

Dom po rodzicach stał przy krótkiej bocznej ulicy, odchodzącej od głównej drogi. Okolica była jedną z tych, które powstawały na początku lat dwutysięcznych, gdy każdy marzył o własnym domu z ogródkiem, podjazdem z kostki brukowej i balkonem od strony ogrodu. Nie brakowało tu schludnych elewacji, wysokich tui i metalowych bram, ale między działkami nadal tkwiły resztki dawnych pól i zarośniętych rowów. Edyta rzadko tu bywała. Za każdym razem miała wrażenie, że wraca nie tyle do miejsca, ile do czasu, którego od dawna nie chciała dotykać. Mijając domy odgrodzone żywopłotami, zastanawiała się, czy Teresa Kaleta, jedna z najbardziej wścibskich sąsiadek, jest w domu. Jeśli tak, to niechybnie przyjdzie się z nią przywitać.

Teresa Kaleta rzeczywiście była w domu i właśnie oglądała swój ulubiony turecki serial. Siedziała w salonie na miękkiej, lekko wytartej kanapie, z pilotem w jednej dłoni i cienkim kocem przewieszonym przez kolana, choć wcale nie było jej zimno. W telewizorze właśnie kończył się kolejny odcinek „Zakazanego owocu”, pełen podniesionych głosów, urażonych spojrzeń i rodzinnych sekretów, które w jej odczuciu były znacznie ciekawsze niż to, co od miesięcy serwowały polskie seriale. Kiedy na ekranie popłynęła muzyka końcowa, Teresa cmoknęła pod nosem, jakby chciała skomentować głupotę jednej z bohaterek, podniosła się z westchnieniem i przeszła do kuchni. Nalała wodę do niewielkiego czajnika, postawiła go na gazie i podpaliła uniwersalną zapalarką, której używała nie tylko do odpalania gazu, ale też wkładów do zniczy, gdy odwiedzała grób męża. Następnie wyjęła z szafki szklankę w metalowym koszyczku, wsypała do niej mieszankę melisy i rumianku, której używała od lat na uspokojenie, a kiedy woda zawrzała, zalała susz i przykryła szklankę małym talerzykiem. Zioła miały naciągnąć kilka minut. Teresa lubiła ten moment czekania, podczas którego podchodziła do okna i obserwowała okolicę w nadziei, że będzie świadkiem czegoś ciekawego. Niestety zazwyczaj nie działo się nic godnego uwagi.

Stojąc przy kuchennym oknie, miała doskonały widok na większą część ulicy oraz front domu, należącego kiedyś do państwa Gryfińskich, poczciwego małżeństwa, które wiodło zwyczajne życie. Niestety przed dwoma laty pani Danuta zmarła na zawał serca, kiedy wczesną wiosną robiła porządki w ogrodzie za domem. Kilka miesięcy później u jej męża zdiagnozowano chorobę nowotworową i w ten oto sposób z ich ulicy ubyło dwoje sąsiadów. Dom odziedziczyła ich jedyna córka, ale doglądała go sporadycznie, przez co sprawiał wrażenie martwego. Owszem, nadal był zadbany, ale tylko na tyle, by nie wyglądał na całkowicie opuszczony.

Dziś jednak na podjeździe stał samochód, a przed drzwiami stała Edyta. Teresa od razu ją rozpoznała, bo jak na seniorkę po siedemdziesiątce wzrok miała niemal perfekcyjny, tak przynajmniej twierdził jej okulista. Poza tym jaskraworude włosy dziennikarki ułatwiały zadanie. Edyta pojawiała się tu rzadko, najwyżej dwa lub trzy razy w miesiącu. Chociaż kilka razy, głównie w nocy, Kaleta widziała, że przed domem naprzeciwko stały aż dwa samochody i od razu domyśliła się, że Gryfińska ma kochanka, a dom po rodzicach był idealnym miejscem na potajemne schadzki. Mimo wszystko Teresa zachodziła w głowę, dlaczego dziennikarka nie sprzeda tego domu.

Patrząc, jak rudowłosa sąsiadka wkłada klucz do zamka, znów o tym pomyślała, a po chwili postanowiła, że gdy tylko wypije ziółka, złoży pani Edycie sąsiedzką wizytę. Nim pomysł na dobre rozgościł się w umyśle seniorki, dostrzegła, jak gdzieś z boku, spomiędzy gęstych zarośli rosnących przy ogrodzeniu, wybiegła jakaś postać.

Teresa najpierw nie zrozumiała, co widzi. Mignęła jej ciemna koszulka z krótkim rękawem, czapka z daszkiem, przesłaniająca połowę twarzy, szybki ruch ramienia, coś czarnego w dłoni. Dopiero po ułamku sekundy dotarło do niej, że to pistolet.

Zastygła z palcami zaciśniętymi na odchylonej firance, czując, jak jej serce zwalnia niczym hamujący przy peronie pociąg. Dopiero strzały, krótkie, stłumione, ale wystarczająco wyraźne, podziałały na nią otrzeźwiająco. Edyta szarpnęła się gwałtownie, jakby ktoś niewidzialny pchnął ją z całej siły. Klucze wypadły jej z ręki. Zachwiała się i runęła na wybrukowaną ścieżkę przed wejściem. W tym samym momencie Kaleta cofnęła się o krok, ale nadal miała doskonały widok.

Człowiek z pistoletem nie podszedł bliżej. Obrócił się i popędził, wypadając przez otwartą bramę na ulicę, by po chwili zniknąć Teresie z oczu. Seniorka zdążyła jedynie zarejestrować, że był to ktoś średniego wzrostu, poruszający się zwinnie i szybko.

Przez sekundę stała jeszcze bez ruchu, z dłonią przyciśniętą do piersi. Potem oprzytomniała. Rzuciła się do blatu, omal nie strącając na podłogę szklanki z ziołami, porwała leżący obok chlebaka telefon i drżącymi palcami wystukała numer alarmowy. Sygnał połączenia dłużył się potwornie, choć trwał najwyżej chwilę. Kiedy w słuchawce odezwał się spokojny głos dyspozytora, Teresa poczuła, że serce wali jej tak mocno, jakby chciało rozerwać klatkę piersiową.

– Numer alarmowy, słucham?

Kaleta przełknęła ślinę i spojrzała jeszcze raz przez okno na nieruchomą sylwetkę, leżącą przed domem naprzeciwko.

– Właśnie ktoś strzelał do mojej sąsiadki – wydusiła, odruchowo kreśląc przed sobą znak krzyża.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY