Śmiałe marzenia - Rosie Rushton - ebook

Śmiałe marzenia ebook

Rushton Rosie

0,0

Opis

 

Kim byłaby Emma z powieści Jane Austen, gdyby żyła w dwudziestym pierwszym wieku? Emma Woodhouse jest miłą i rozsądną dziewczyną, świadomą własnych przywilejów i talentów, przy tym zawsze gotowa użyć ich dla dobra innych. Dlatego, kiedy spotyka osoby, którym się nie wiedzie za sprawą niewiary w siebie, odkłada na bok wszystkie inne sprawy i stara się odmienić ich życie, czy tego chcą, czy nie. Kiedy przyjaciel Emmy z lat dziecinnych, George Knightley, potrzebuje pomocy w prowadzeniu należącej do jego rodziny wiejskiej rezydencji zamienionej w hotel, ona dostrzega w tym szansę na odmianę losu swojej nowej koleżanki, onieśmielonej i niezbyt szczęśliwej Harriet Smith. Ale gdy pomysły Emmy jeden po drugim okazują się niewypałami, odkrywa ona, że nic na świecie nie jest tak proste, jak nam się wydaje. Rzadko się zdarza, by sprawy nie były ani trochę pogmatwane i ani trochę nie wprowadzały nas w błąd.

 

Cykl: 21st Century Austen, t. 3

 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Starogardzie Gdańskim

Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin

Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 254

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

Tytuł oryginału: Secret Schemes and Daring DreamsFirst published by Piccadilly Press Ltd.

Copyright 2008 by Rosie Rushton

Copyright for the Polish translationby Akapit Press Sp. z o.o., Łódź 2009

All rights reserved. No part of this publication may bereproduced, stored in a retieval system or trasmitedin any form or by any means, electronic, mechanical,photocopying, recording or otherwise withoutthe prior permission of the copyright owner.

Tłumaczenie: Karolina Sobiepanek

Ilustracja na okładce: Susan Hellard

Wydanie I

ISBN 978-83-61635-72-7

Wydawnictwo AKAPIT PRESS Sp. z o.o.

93-410 Łódź, ul. Łukowa 18 Btel./fax: (042) 680-93-70

Księgarnia internetowa: www.akapit-press.com.ple-mail: [email protected]

ROZDZIAŁ 1

Tajny plan:

Maksimum efektu przy minimum starań

W WIEKU SIEDEMNASTU LAT I DZIESIĘCIU miesięcy Emmie Woodhouse niczego nie brakowało do szczęścia (jeśli pominąć brak matki, którą niestety utraciła, będąc niemowlęciem w pieluszkach, oraz niedawny bal w South Downs, gdzie nie wiedziała, że ma dużą plamę na policzku), więc nie sądziła, że cokolwiek w jej życiu powinno się zmienić. Wierzyła, że wystarczy postarać się z całych sił, by dostać wszystko to, czego się bardzo pragnie. Nie mogła bez zniecierpliwienia słuchać tych, którzy rozpoczynają zdanie od: „Nie potrafię”. Lecz przy tym była dziewczyną miłą, życzliwą ludziom i skorą do pomocy, świadomą, że dobrze jej się wiedzie, że robi wrażenie na innych ludziach i ma talent do wydobywania z nich tego, co najlepsze. Właśnie dlatego zdarzało jej się odłożyć na bok swoje sprawy i zająć się układaniem życia komuś, kto nie umiał wykorzystać własnego potencjału. Była gotowa wiele dla niego zrobić, czy tego chciał, czy nie.

Jej ostatnim sukcesem było uporządkowanie życia uczuciowego najbliższej przyjaciółki. Lucy Taylor doprowadziła do rangi sztuki swoją niezawodną umiejętność wyboru najbardziej nieodpowiedniego faceta. Zadawała się z jakimiś wymoczkami, bo im współczuła i nie umiała odmówić, kiedy proponowali spotkanie. Albo też zakochiwała się w takich, którzy nie chcieli na nią nawet spojrzeć, a wtedy na okrągło zalewała się łzami i obnosiła się z czerwonymi oczami i zasmarkanym nosem.

Więc kiedy Emma dowiedziała się, że India Hood z klubu tenisowego zerwała z przystojnym Adamem Westonem dla jakiegoś komputerowca, którego spotkała podczas wycieczki na wyspy Orkney, wyczuła moment i zorganizowała podwójną randkę (z poświęceniem godząc się spędzić cały wieczór w nieco oślizłym towarzystwie Simona Witteringa, a wszystko to dla przyszłego szczęścia przyjaciółki, bo lubiła zaskarbić sobie czyjąś wdzięczność). I tak jak oczekiwała, intryga odniosła skutek. Adam okazał się dla Lucy najwłaściwszą partią. Był dobrze zbudowany i miał piękny uśmiech. A kiedy stało się widoczne, że jego inteligencja jest nie najwyższych lotów, pomyślała — oczywiście, w tym także miała stuprocentową rację — że to będzie dla Lucy dodatkowa korzystna okoliczność. Co więcej, studiował w Bornemouth na wydziale Wychowania Fizycznego, więc w każdy weekend pędził autostradą A27 do Brighton w swoim trawiastozielonym volkswagenie garbusie, żeby spotkać się z Lucy. To była dla nich nieustająca radość, i już we czwartek Lucy zaczynała z zapałem grać w „kocha, lubi, szanuje”, obrywając płatki każdemu nieszczęsnemu kwiatkowi, który wpadł jej w ręce.

Parą byli już od pięciu miesięcy, bijąc wszelkie rekordy długotrwałości związku, jakie Lucy kiedykolwiek osiągnęła. Uśmiech szczęścia nie schodził z jej ust, nawet jeśli przez cały weekend musiała oglądać mecze koszykówki, krykieta, albo cokolwiek, co Adam akurat miał w swoim miesięcznym planie zajęć. Nieustająco wymieniała z nim esemesy i wciąż powtarzała Emmie, jak bardzo jest, dzięki niej, szczęśliwa.

Skarżyła się tylko na jedno — była bez grosza, jak zwykle.

—Adam prawie zawsze funduje mi bilety do kina albo do klubu — zwierzała się Emmie, kiedy znali się już od sześciu tygodni — ale obawiam się, że to nie jest w porządku i nie czuję się z tym całkiem dobrze.

— Jasne, że tak być nie powinno — zgodziła się Emma. — Powinien uważać cię za niezależną finansowo, dzielną kobietę dwudziestego pierwszego wieku.

— Pewnie masz rację — powiedziała z ociąganiem Lucy.

— Na pewno mam — Emma nie przyznała się, że powtórzyła niemal słowo w słowo powiedzonko własnego ojca. Choć powodziło mu się bardzo dobrze i mógłby dać jej wszystko, czego tylko zapragnęła, wspieranie jej pieniędzmi uzależniał od tego, czy sama postara się zarobić choć trochę. Było wiele gadania o tym, że świat nie ma obowiązku troszczyć się o jej potrzeby, a kraj schodzi na psy z powodu zaniku etosu pracy. Emma posłusznie kiwała głową i zaraz po końcowych egzaminach szkolnych ruszyła szukać pracy. Szybko jednak przekonała się, że w barach z hamburgerami, centrach handlowych i nadmorskich kawiarenkach wcale jej się nie podoba, choć gdyby zaproponowano jej pracę z elastycznym grafikiem, nie kolidującym z jej zobowiązaniami towarzyskimi, to oczywiście wzięłaby ją z pocałowaniem ręki. Po czym kwestia znalezienia pracy na lato kompletnie wyleciała jej z głowy.

Przez kilka tygodni po egzaminach ojciec żałośnie ponawiał swoje apele, podsuwając jej pomysły, które dyskwalifikowała od ręki. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby pracować po osiem godzin dzień w dzień w przebraniu osiemnastowiecznej pokojówki, sprzedając przewodniki turystyczne w Royal Pavilion? A jeśli chodzi o pakowanie warzyw dla sklepu miejscowej spółdzielni ogrodniczej, lepiej od razu o tym zapomnieć. Jak wyjaśniła ojcu, nie po to płaci się fortunę za francuski manicure, żeby potem szorować marchew. Kiedy wspomniał o pracy przy usuwaniu graffiti z murów i o strzyżeniu żywopłotów, zrozumiała, że musi jednak szybko coś przedsięwziąć, inaczej ojciec nie przestanie jej ciosać kołków na głowie.

Ucieszyła się więc, kiedy doskonałe rozwiązanie samo wpadło jej w ręce. I była to nie tylko dobra, łatwa, mało obciążająca praca na pół etatu, lecz, co nie mniej ważne, szansa na zarobek dla Lucy, która właśnie po raz kolejny przeżywała zespół napięcia przedmiesiączkowego pod hasłem „chyba jestem do niczego, bo nikt nie chce mnie zatrudnić”. Kiedy Emma przedstawiła jej swój plan, Lucy słuchała z nieco roztargnioną miną i nie okazała spodziewanego entuzjazmu, ale można to było zwalić na zdenerwowanie przed zbliżającym się egzaminem z prawa jazdy. I kiedy już będzie po tym egzaminie, to zastanowi się nad propozycją Emmy i po prostu zaniemówi z zachwytu.

Toteż ostatnią rzeczą, jakiej Emma się mogła spodziewać o dziewiątej wieczorem w dniu pożegnalnego spotkania absolwentów Deepdale Hall, ekskluzywnej szkoły koedukacyjnej na przedmieściach Brighton, było zawalenie się jej bezcennego planu.

Wieczór rozpoczął się wspaniale. Krąg wtajemniczonych spotkał się w ogrodzie na dachu Freaked Out Frog (każdy, kto ma choć trochę rozeznania, wie, że w Brighton to najbardziej lajtowe miejsce w gorący letni wieczór), a Emma od razu znalazła się w centrum zainteresowania. Nie bez związku z plikiem kart wstępu na koncert rockowy na świeżym powietrzu, który miał się odbyć w drugiej połowie lipca. Wszyscy wiedzieli, że zawdzięczają je uprzejmości jej ojca. Ojciec sam był gwiazdą rocka w latach siedemdziesiątych i występował pod nazwiskiem Tarquin Tee. Porzucił karierę na rzecz działania w organizacjach ekologicznych. Zawsze uważał, że nazwisko Woodhouse zupełnie do niego nie pasuje. Brzmi jakoś głupio, mawiał. Choć Tarquin nie pojawiał się już na rozkładówkach kolorowych czasopism dla fanów rocka ani na plakatach, nadal był obecny w mediach, ponieważ prowadził telewizyjny magazyn ekologiczny Bądź zielony, a ponadto uczestniczył w licznych akcjach propagujących energooszczędne żarówki i samochody napędzane paliwem alternatywnym oraz regularnie mieszał z błotem straż miejską za to, że z nich nie korzysta, powiększając emisję dwutlenku węgla. Dla Emmy poważnym atutem było posiadanie ojca, którego nazwisko, niezobowiązująco wtrącone w rozmowie, zawsze robiło odpowiednie wrażenie, Tarquin zaś wciąż jeszcze miał tak rozległe kontakty wśród rockmanów, że zdobycie paru kart wstępu na co ważniejsze koncerty nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Emma była skłonna wybaczyć mu wiele, gdy dzięki niemu czuła się królową całej szkoły.

— Nie mogę iść — powiedziała Lucy, gdy Emma podała jej kartę wstępu. — Będę wtedy w pracy.

— Pracujesz? — Serena Middleton-Hyde strzeliła zamkiem swojej torebki od Gucciego i spojrzała na Lucy z bezgranicznym zdumieniem. — Po co?

— Żeby mieć pieniądze — odparła Lucy. — Potrzebuję ich na... Na różności.

— Nie martw się o to, ja ci załatwię wolne — zapewniła ją pośpiesznie Emma. — Przecież Knightleyowie to moi przyjaciele.

— Knightleyowie? — zawołała Chelsea Finch, zwracając się do Lucy. — Masz zamiar pracować w tym hotelu? W Donwell Abbey?

— To nie jest hotel — poinformowała sucho Emma. — To wiejska rezydencja, która przyjmuje gości. Owszem, Lucy i ja dostałyśmy tam pracę, i to taką, że można oszaleć ze szczęścia, prawda, Lucy?

— No, tak, właściwie tak, ale...

— Co takiego? Więc ty też idziesz do pracy, Emma? — przerwała jej Serena, wieszając się na szyi Angusa MacKenzie z miną jego prawowitej właścicielki. — Jak możecie marnować lato, wypruwając sobie żyły za jakieś marne grosze, zamiast plażować i cieszyć się życiem jak my?

Emma, która absolutnie nie miała zamiaru wypruwać sobie żył nawet przez pięć minut, nie mówiąc już o całym lecie, zrewanżowała się Serenie jednym ze swoich najbardziej miażdżących spojrzeń.

— Dlaczego miałybyśmy marnować czas na plaży z głupkami z sąsiedztwa, kiedy możemy mieć do czynienia ze sławnymi ludźmi?

I te słowa, tak jak się spodziewała, natychmiast wywarły odpowiednie wrażenie.

— Ze sławnymi ludźmi? Na przykład z jakimi? — spytała Serena podejrzliwie.

—Z najróżniejszymi — oświadczyła Emma. — Donwell przyciąga wszelkie znakomitości ze świata filmu — i to nawet nie było zupełne kłamstwo, bo nie dalej jak miesiąc temu zawitał tam prezenter znanego programu telewizyjnego — a oprócz tego przyjedzie ekipa ze stacji Today, żeby kręcić materiał do programu Bądź zielony. Ojciec powiedział, że ja i Lucy możemy się przydać w tym programie.

— To ja mam sprzedawać hamburgery na trzy zmiany, a wam się dostanie szampańskie życie w wiejskiej rezydencji i sława! — wybuchnęła Tabitha Baxter.

— Po prostu nie wszyscy godzą się na byle co — odparła spokojnie Emma. — Prawda, Lucy?

— Co? Tak. Tak, jasne. — Lucy wydawała się jakaś nieswoja, jakby podenerwowana, i Emma nagle pojęła przyczynę. Najwyraźniej niepokoiła ją sama myśl o nowej pracy, która się pojawiła na horyzoncie. Lucy zawsze się bała wszystkiego i była marudą pierwszej klasy. Donwell Abbey to od pokoleń rezydencja rodu Knightleyów. Knightleyowie byli bliskimi przyjaciółmi ojca Emmy. Dom wznosił się na wzgórzu nad miasteczkiem Ditchdean, dwanaście kilometrów od Brighton, a przez jego okna widać było z jednej strony wody kanału La Manche, z drugiej South Downs. Dom Emmy, Hartfield, otaczały rozległe pola. Kiedyś była to część posiadłości Knightleyów. Jako dziecko Emma bawiła się z synami Knightleyów, George’em i Johnem, i czuła się u nich jak u siebie w domu.

Knightleyowie mieszkali w Donwell od trzynastu pokoleń, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że pierwszym dziesięciu pokoleniom rodu pieniądze przeciekały przez palce. Guy i Candida, którzy stanowili jedenaste pokolenie, zmarli oboje w odstępie kilkumiesięcznym, co zrobiło, owszem, wrażenie na ludziach z urzędu skarbowego, ale w niczym nie pomogło spadkobiercom. Emma była jeszcze małą dziewczynką i jeździła na kucyku w ogrodzie Knightleyów, kiedy należący do nich las zamieszkiwany przez dziką zwierzynę zamieniono na pola golfowe, a jezioro, po którym pływali na łódkach, zostało udostępnione wędkarzom w nadziei na stały dochód. W dawnej stajni otwarta została kawiarnia, a oranżerię zamieniono na niewielki klub fitness, ku uciesze okolicznych przedstawicieli klasy średniej oraz właścicieli miejscowej wytwórni sportowych dresów z dodatkiem lycry. Wielki ogród był otwarty dla publiczności we wszystkie weekendy. Dzieci można było wypuścić na Dziki Szlak, gdzie zainstalowano konstrukcje z linami do popisów w stylu Tarzana i urządzono liczne kryjówki, w sam raz do zabawy w chowanego. Mimo tych wszystkich decyzji utrzymanie ogromnego domu było dla rodzinnego budżetu znacznym obciążeniem. Więc kiedy rok temu ojciec George’a, Max Knightley podsłuchał przypadkiem wypowiedź któregoś z turystów zwiedzających ogrody, że „byłoby fajnie pomieszkać tak jak ci arystokraci”, wpadł na pomysł, by zamienić swój dom w miejsce, gdzie ludzie bez pochodzenia, ale za to z pieniędzmi, mogliby zrealizować podobne marzenia, oczywiście płacąc słono za ten przywilej. Zdecydował, że gości byłoby naraz najwyżej dwunastu, mogliby za to cieszyć się do woli pałacową atmosferą i dziewiętnastowieczną ziemiańską gościnnoścą. Zdaniem Emmy to był wspaniały pomysł. Ale widocznie Lucy czuła się nim całkowicie onieśmielona.

— Słuchajcie — powiedziała, kiedy Lucy zaczęła już ze zdenerwowania obgryzać paznokcie — ja i Lucy musimy teraz zamienić parę słów na osobności, spotykamy się potem...

Wzięła Lucy pod łokieć, i zabrawszy ze stołu swojego drinka, pociągnęła ją za sobą w stronę jedynej wolnej ławki przy zatłoczonej alejce. Był to najgorętszy jak dotąd wieczór sezonu. Fontanny przyciągały lekko trąconych weekendowych zabawowiczów oraz migdalące się pary. Właśnie takie Brighton Emma kochała najbardziej: z morską bryzą, w gasnącym splendorze osiemnastowiecznej architektury i nieustającym krzyku mew, które polowały na resztki rożków waflowych od lodów i okruchy ciastek.

— Muszę ci coś powiedzieć — odezwała się Lucy, zanim Emma zdążyła otworzyć usta, by wygłosić improwizowaną mowę dla pokrzepienia serc. — I obawiam się, że to, co powiem, wcale ci się nie spodoba.

Była tak przejęta, jakby miała obwieścić Emmie, że pożyczyła sobie i zniszczyła jej ukochaną sukienkę.

— W porządku, chyba wiem, co mi chcesz powiedzieć — uspokoiła ją Emma.

— Naprawdę?

— To dotyczy tej pracy, tak?

— Tak, rzeczywiście. Bo widzisz, chodzi o to...

—Naprawdę nie ma się czego obawiać — przerwała jej Emma, która spokojnie sączyła swojego drinka. — Przecież nie musisz nawet zamieszkać w Donwell. Mieszkać będziesz u mnie, a przecież nieraz już u mnie mieszkałaś.

— Tak, ale...

— Zobaczysz, będzie wspaniale. Wszystko, co masz do zrobienia, to podawać do stołu w czasie śniadania i obiadu...

— Czemu nie zamkniesz się chociaż na chwilę! — wybuchnęła Lucy, a jej piegowata twarz poczerwieniała. — Ja nie wezmę tej pracy!

— Nie weźmiesz jej? — Emma patrzyła na nią z otwartymi ustami. — O czym ty w ogóle mówisz? Jasne, że weźmiesz. Nie pozwolę, żeby taka okazja przeszła ci koło nosa tylko dlatego, że się bez sensu czegoś wystraszyłaś.

— To nie ma nic wspólnego ze strachem. Parę tygodni temu zaczęłam się starać o inną posadę i właśnie dziś rano dowiedziałam się, że ją dostanę — powiedziała Lucy i pociągnęła łyk ze szklanki, unikając wzroku Emmy.

—A więc to taka sprawa? — Emma wzruszyła ramionami. — Nie ma problemu. Możesz się wycofać. Wymyślimy jakąś dobrą wymówkę. I jeśli chcesz, mogę nawet napisać za ciebie odpowiedni list. Wiesz, że jestem dobra w pisaniu.

— Wcale nie chciałam się wycofać — zawołała Lucy. — Byłam wniebowzięta, kiedy mi to zaproponowałaś. Ale widzisz, tam będę pracować razem z Adamem. W Nadmorskim Ośrodku Sportowym. Dostał pracę instruktora żeglarskiego. A ja będę prowadzić naukę pływania.

— Lucy, co ty wyprawiasz? Jak ta historia będzie wyglądała w twoim CV?

— Co mnie obchodzi CV!

— A powinno. Trzeba mieć choć trochę ambicji — odparła Emma. — Zresztą i tak nie możesz się wycofać tak od razu. Nie teraz, kiedy ojciec George’a jest na łożu śmierci, a on sam wyskakuje ze skóry, żeby jakoś ciągnąć to przedsięwzięcie.

— Jak to na łożu śmierci? — Lucy była w szoku.

— No, prawie. A przecież wiesz, jak bardzo jestem przywiązana do tej rodziny — dodała Emma z westchnieniem, które jej zdaniem było pełne troski. Nie kłamała: razem ze swoją starszą o cztery lata siostrą Beą przez całe dotychczasowe życie mogła zawsze liczyć na Sarę i Maxa Knightleyów. Byli dla nich jak zastępczy rodzice, spędzały u nich mnóstwo czasu. Sara pomagała im szyć stroje na maskarady, wspierała, kiedy cierpiały z powodu bólów miesiączkowych, i robiła dla nich to wszystko, czego potrzebowały dziewczynki wychowujące się bez matki. A kiedy były już prawie dorosłe, Knightleyowie zabierali je do swojego letniego domu w Prowansji. Starszy brat George’a, John, był do szaleństwa zakochany w Bei (trwało to już od czterech lat, a zaczęło się jeszcze zanim zostali wolontariuszami w jakimś azjatyckim kraju o nazwie niemożliwej do wymówienia). George przyjął wobec Emmy rolę starszego brata. — I w dodatku powiedziałam już George’owi, że się zgodziłaś. Liczy na ciebie — zakończyła Emma z wyrzutem.

— Więc będziesz musiała to odwołać — powiedziała Lucy współczująco i zdecydowanym ruchem ściągnęła swoje jasne włosy w koński ogon. — Bo jadę z Adamem. I koniec.

— A więc teraz, kiedy on się pojawił na scenie, ja się już dla ciebie nie liczę? — powiedziała Emma, i poczuła niespodziewanie, że w oczach ma łzy.

— Myślisz tylko o sobie — odparła Lucy, a jej piegi znowu zniknęły pod rumieńcem. — Ale przypomnij sobie, czyj to był pomysł, żebym poznała Adama? Twój!

— Wiem, ale...

— „Lucy, on jest jak stworzony dla ciebie! Do dzieła!”. Tak mi wtedy powiedziałaś. No i posłuchałam cię.

Lucy znowu pociągnęła łyk ze szklanki.

— Ale z tego nie wynika, że masz przyjąć taką marną pracę — narzekała Emma.

— Nie jest taka mama. Chcę w przyszłości pracować z dziećmi, a to świetna okazja, żeby zacząć. A poza tym będę razem z Adamem. To najważniejsze. Myślałam, że ucieszysz się razem ze mną. Zawsze mówiłaś, że wybieram nieodpowiednich facetów. Teraz mam odpowiedniego.

Emma pomyślała, że Lucy jeszcze nigdy nie wydawała jej się tak asertywna.

— Przepraszam — powiedziała. — Może jestem zbyt samolubna.

— W porządku. Postawię ci drinka — zanim Emma zdołała wykrztusić słowo, Lucy zerwała się z ławki i ruszyła w kierunku baru, najwyraźniej korzystając z szansy na ostudzenie konfliktu, jaką dostrzegła w przeprosinach Emmy.

Emma westchnęła. Czuła się zmaltretowana. Jeśli istniało cokolwiek, z czym naprawdę trudno jej się było pogodzić, to właśnie rozsypka planów, zanim zdążyły zostać wprowadzone w życie. Przez ostatnie dziesięć lat to ona rządziła, a Lucy słuchała i nigdy nie wyłamywała się ze scenariuszy, które układała dla niej przyjaciółka. Weekendy spędzały zawsze razem. Razem oceniały chłopaków — który by się nadawał, a który odpada w przedbiegach. Każdego lata Lucy spędzała miesiąc u Emmy, kiedy pani Taylor, znana i ceniona jako historyk sztuki, jeździła po świecie z wykładami o Boticellim i Breughlu. Teraz Lucy pochylała się nad barem, dowcipkując z kilkoma znajomymi studentami szkoły sztuk plastycznych. W przeszłości nigdy by się na to nie zdobyła. Ale już od świąt wielkanocnych, kiedy poznała Adama, stała się zupełnie inną osobą. Ubierała się swobodniej, w lepszym stylu, i emanowała z niej świeżo zdobyta pewność siebie.

A na dodatek we własnych sprawach sama podejmowała decyzje. I tę okoliczność Emma uznała za szczególnie kłopotliwą.

— Cześć, Emma! Co powiesz, jeśli zmienię teraz lokal na Mango Monkey i ktoś mnie tam poderwie?

Jej zadumę przerwał Simon Wittering, który gapiąc się pożądliwie szturchnął ją pod żebro, a przy okazji niechcący chlusnął jej piwem pod nogi.

— Odczep się ode mnie, znajdź sobie inne zajęcie!

Emma uważała, że mając do czynienia z idiotą, należy załatwiać sprawę krótko.

— Inne zajęcie, właśnie to mam w planie! Przez całe lato dwie rzeczy: dawać w gaz i rwać dziewczyny!

— Jesteś tak żałosny — oświadczyła Emma, wstając z ławki i patrząc na niego z bezgraniczną pogardą — że aż trudno uwierzyć w twoje istnienie. Brak pewnej rzeczy na „m” musi być dla ciebie wielkim problemem.

— Jakiej rzeczy na „m”?

— Mózgu, Simon, mózgu. Nieposiadanie go to najgorsze kalectwo.

— Kurczę, Emma, czasami tak zadzierasz nosa, że lepiej się do ciebie nawet nie odzywać — łyknął piwa ze szklanki. — Szkoda mi czasu dla ciebie.

— Mnie też szkoda — odparła Emma miłym głosem. — Więc może zechciałbyś zwolnić nas oboje z kontynuowania tej wymiany zdań?

Ledwie Simon się oddalił, Lucy była już znowu przy niej.

— No, mów. Czego chciał. Umówił się z tobą? Gdzie cię zaprosił?

— Daj spokój — zawołała Emma. Włożyła do ust dwa palce i wydała z siebie taki dźwięk, jakby zbierało jej się na wymioty. — Może to cię zdziwi, ale nie umawiam się z gówniarzami. Jeśli chcesz mojej opinii, nadmiar testosteronu przejawia się głównie w postaci spoconych rąk i nieświeżego zapachu podkoszulka.

Lucy roześmiała się.

— W tym tygodniu to chyba tobie daje się we znaki zespół napięcia przedmiesiączkowego.

— Możliwe — przyznała Emma, i nawet się uśmiechnęła, mimo że przewracało jej się w żołądku. To nie huśtawka hormonalna. Zepsuło jej humor nagłe odkrycie, że wszystko wokół się zmienia i że ona sama nie ma na to żadnego wpływu. W szkole to ona narzucała innym styl i każdy chciał się z nią kolegować. Ale miała dość rozsądku, żeby rozumieć, że to nie może trwać wiecznie. Kiedy się znajdzie na uniwersytecie, nikt już nie będzie jej uważał za pępek świata. A pamiętając, ile znaczyła dla innych w przeszłości, niełatwo będzie się z tym pogodzić.

Była malutkim dzieckiem, kiedy umarła jej matka, zbyt małym, by dotknął ją skandal, który towarzyszył tej śmierci. „Małżonka gwiazdy rocka martwa w basenie po narkotykowym przyjęciu w willi na Florydzie”. Na ojca medialny skandal wpłynął druzgocąco. Przekonany, że to wszystko jego wina — poczucie winy ochoczo podtrzymywała w nim prasa codzienna, przedstawiając go jako nieodpowiedzialnego playboya — postanowił zmienić wszystko w swoim życiu i zaczynać od początku. W ciągu następnego roku sprzedał swoje domy w Ameryce i w Londynie, pozbył się szybkich samochodów, porzucił scenę klubową i razem z ukochanymi córeczkami przeprowadził się do Sussex. Przysiągł sobie, że odpokutuje swoje wcześniejsze życie, działając na rzecz ochrony środowiska oraz walcząc z głodem na świecie.

Szesnaście lat później Tarquin nadal całkowicie poświęcał się tym sprawom, do tego stopnia, że zdaniem Emmy graniczyło to z obsesją. Kiedy wydawał w Hartfield proszone obiady, na stole pojawiały się tylko naturalne produkty wyhodowane w najbliższej okolicy i rodzime angielskie wina uzyskane z odmian winogron zaadaptowanych do lokalnego klimatu. Na punkcie mięsa miał takiego hopla, że nie jadł, jeśli nie wiedział, z którego gospodarstwa pochodziło, a nawet, jeszcze bardziej dokładnie, z jakiej krowy albo owcy. Jego dom był zaopatrzony w baterie słoneczne zainstalowane na dachu, pomalowany specjalnymi nietoksycznymi farbami, ocieplony warstwą papieru z recyklingu, a żeby nie brać na swoje sumienie zatrucia atmosfery, kupił samochód napędzany elektrycznością i kosiarkę, do której wlewało się jakiś obrzydliwy roztwór śmierdzący zgniłą rybą. Ostatnio zaczął myśleć o ekologicznych toaletach. Kiedy powiedział o tym Emmie, stanowczo zagroziła, że wyprowadzi się z domu.

— Ale nie pogniewasz się na mnie na serio? — Lucy wyrwała ją z zamyślenia, podsuwając jej cocktail z owocami. — Bo załamałabym się, gdybyś nie chciała mnie więcej znać.

— Coś ty... — westchnęła Emma. — Może trochę za bardzo na ciebie naciskałam.

— Nie tylko — dodała Lucy z cieniem uśmiechu.

— To było dla twojego dobra, a poza tym... Będzie mi ciebie brakowało...

— Nie wygłupiaj się, przecież nie wyjadę daleko! — upomniała ją Lucy. — I będę miała mnóstwo wolnego czasu. Będziemy się spotykać tak jak do tej pory. I będziesz mogła mnie odwiedzić w domku campingowym...

Lucy urwała, bo zadzwonił jej telefon komórkowy.

Emma poczuła wewnętrzne drżenie. Jak to w ogóle możliwe, że Lucy myślała o spędzeniu wakacji w jakimś obskurnym domku campingowym, o taplaniu się w ledwo ciepłej wodzie w towarzystwie gromady zasmarkanych dzieciaków, kiedy mogła wybrać Donwell? Zupełnie bez sensu.

— To Adam — powiedziała Lucy. — Czeka na mnie w Mango Monkey. Przyłączysz się do nas?

— Chyba tak — Emma dopiła swój napój i sięgnęła po torebkę. — A skoro już trzymasz ten telefon, mogłabyś zadzwonić do George’a i powiedzieć mu, że go puściłaś kantem.

Wiedziała, że to cios poniżej pasa, ale poczuła się tak podle, że przestała dbać o styl.

— Lepiej ty mu powiedz — odparła spokojnie Lucy. — Przecież ty to wszystko załatwiałaś, a poza tym znasz go dużo lepiej.

Tu potrzeba jakiegoś sporego sztabu antykryzysowego, pomyślała Emma, kiedy lawirowały w tłumie na deptaku Old Steyne, zmierzając w stronę klubu. Wiedziała, że jeśli nie będzie dość czujna, to ojciec zażyczy sobie, żeby pracowała za siebie i za Lucy, a przecież zawsze starała się nie przeciążać zanadto sprawami w rodzaju zmywania, prania i słania łóżek.

Jednym uchem słuchając zachwytów Lucy nad wspaniałą kondycją Adama i jego urodą, Emma przypomniała sobie ostatni czwartek, kiedy George, który miał dwadzieścia dwa lata i zazwyczaj emanował spokojem, wpadł do Hartfield w stanie skrajnego wzburzenia.

—Nie zgadniecie, co się stało — wyrzucił z siebie szybko, opadając na jedno ze starych krzeseł kuchennych, które jej ojciec ocalił ze składnicy odpadków, i w roztargnieniu przeciągnął dłonią po niesfornej ciemnej czuprynie. — Mama właśnie dzwoniła. Pewnie wiecie, że są w Cape Town, mieli tam świętować srebrne wesele.

— Wiem — westchnął Tarquin. — Przelecieli samolotem tysiące kilometrów. Doradzałem im Szetlandy, ale to ich nie interesowało. Mam nadzieję...

— Ale co się właściwie stało? — wtrąciła się Emma, przerywając mu. Zauważyła, że George zachowuje się inaczej niż zwykle.

— Mama została napadnięta...

— Rany boskie! — zawołał Tarquin.

— A ojciec, jak skończony idiota, rzucił się w pościg za napastnikiem. Bandyta uderzył go w głowę i wsadził mu nóż w klatę.

George ciężko przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

— Czy on... — Emma krzyknęła i urwała.

— Ma wstrząs mózgu. Zaszyli mu ranę i zrobili to, co było trzeba, lekarz mówi, że wszystko dobrze się skończy. Najgorszy problem jest z ich paszportami. Były w torebce mamy. Władze nie chcą ich teraz wypuścić, dopóki nie wyrobią sobie nowych.

Umilkł i ugryzł marchewkę, którą położyła przed nim Emma.

— Wyhodowana bez chemii — zapewnił Tarquin, jakby wierzył, że George’owi to robi różnicę.

— Posiedzą tam jeszcze około tygodnia — ciągnął dalej George. — Jeśli nie dłużej. Ze złożeniem wniosku muszą czekać, aż ojciec wyjdzie ze szpitala.

— Nie ma się czym zamartwiać — powiedział Tarquin. — Najważniejsze, że ojciec jest cały.

— Nie ma się czym zamartwiać? — wybuchnął George, plując na wszystkie strony okruchami ciasta. — Nie rozumiesz, o co chodzi. Znasz przecież matkę i ojca... Wiedziałem, że nie mają smykałki do interesów, ale to, co odkryłem, to kompletny chaos... Murarze nie wykończyli należycie tych nowych sypialni nad stajniami...

— Ostrzegałem twojego ojca, że to partacze — mruknął Tarquin. — Ale czy ktoś mnie słucha?

— A urząd sanitarno-epidemiologiczny żąda umieszczenia poręczy przy schodach i mnóstwa bzdurnych oznaczeń w rodzaju: „uwaga, woda” przy stawie, inaczej nie będziemy mogli przyjąć gości. Więc dzwonię do mamy. I co mi powiedziała? Żebym radził sobie sam aż do ich powrotu. Skąd ja mam wiedzieć, co należy zrobić?

— No ale przecież robisz dyplom z zarządzania — zauważył spokojnie Tarquin. — I to może być dla ciebie dobra okazja, żeby spróbować własnych sił. Wielu początkujących przedsiębiorców pozazdrościłoby ci takiej możliwości.

— I właśnie o to chodzi — rzucił niecierpliwie George. — Bez mamy i taty nie będzie dość rąk do pracy. Pamiętasz, że nasz kucharz odszedł w zeszłym miesiącu do Seafood&Swallow? A wczoraj dwie dziewczyny, które w weekendy pracowały jako kelnerki, powiedziały mi, że też odchodzą. Saefood&Swallow lepiej płaci.

— To trochę komplikuje sprawę — przyznał Tarquin. — Ale na szczęście jest pani Palmer.

Pani Palmer, potężnej postury kobieta o złotym sercu i bardzo tradycyjnym podejściu do spraw kuchni pracowała u Knightleyów, prowadząc im dom od niepamiętnych czasów. Była najgłębiej dotknięta, kiedy przyjęli tego nowego kucharza. Nazywała go „nowomodnym cudzoziemskim oszustem”.

— No, tak, zgadza się — odparł George. — Ale pudding słodowy i babeczki z bakaliami nie rzucą nikogo na kolana w dwudziestym pierwszym wieku, prawda? Agencja pośrednictwa obiecuje, że przyśle innego kucharza z referencjami. Niestety, nie są w stanie zaproponować nam żadnej kelnerki, żadnego barmana i nikogo do pomocy w kuchni, kiedy pani Palmer ma wolne.

—Agencja nie potrafi znaleźć kelnerek? — zdziwił się Tarquin.

— Większość to dziewczyny ze wschodniej Europy, a my, żeby stworzyć odpowiednią atmosferę, musimy zatrudnić Angielki. I nie wiem, co powie pani Palmer, kiedy się dowie o Luigim — westchnął. — Biorą nieludzki procent za pośrednictwo i w dodatku nie da się nikogo przyjąć do pracy na czarno — wszyscy chcą mieć runowy i świadczenia. Co byłoby najzupełniej na miejscu, gdyby moi czcigodni rodzice prowadzili ten interes jak należy. Ale nie. Nie mają pojęcia o reklamie...

— George!

— Przykro mi, ale to wszystko prawda. I co się dalej dzieje? W jeden weekend mamy komplet, a potem przez dwa następne nie ma prawie żadnych rezerwacji.

Zrobił dłuższą pauzę, zanim podjął wątek.

— Wczytałem się w rachunki. Mówiąc między nami, ten sezon będzie decydujący. Ojciec przeinwestował, kupując urządzenia do sali odnowy biologicznej. On naprawdę nie ma pojęcia o tych sprawach. Bank monituje o spłatę rat, ale on przestał się tym interesować i mówi, że jeśli nie wyjdziemy na swoje, to zawsze można sprzedać posiadłość. Podobno hotele sieci Sheppard są zainteresowane zakupem Donwell na centrum konferencyjne.

— Co? Ci kowboje od szybkich zysków chcą się zainstalować tuż za miedzą? Mowy nie ma! — Tarquin wydawał się wstrząśnięty. — Czuję, że tego lata będzie trzeba zadbać o oszałamiające sukcesy.

— Jasne — odparł nie bez sarkazmu George. — Żeby osiągnąć sukces, trzeba przybrać odpowiedni ton... Nawet jeśli wszystko pozostałe będzie szwankowało, moi rodzice okażą się czarującymi gospodarzami. Mama uśmiechnie się i zawróci gościom w głowach, a ojciec stanie za barem i utnie sobie z nimi uroczą pogawędkę... Dziękuję pięknie!

W tym momencie Emma zapewniła go, że wszystko będzie dobrze. Podkreśliła, że ktoś taki jak ona, mający właśnie rozpocząć studia psychologiczne, może stać się podporą przedsięwzięcia. Jej zdolności interpersonalne są bardzo wysokiej klasy. (Wiedziała o tym, bo ojciec powtarzał to przy każdej okazji).

— I przypomnij sobie, jakie miałam powodzenie w zeszłym roku, kiedy w przebraniu służki podawałam do stołu podczas uczty średniowiecznej.

— Ale teraz chodzi o prawdziwą pracę, Emma. To już nie jest paradowanie między gośćmi w sukni z epoki i dolewanie miodu do szklanic. Co będzie, jeśli przy pracy złamiesz paznokieć?

— Nic gorszego niż jeśli ciebie będzie szlag trafiał co pięć minut — odgryzła się. — A poza tym, nie staram się o posadę kelnerki. To może robić Lucy. Będzie zachwycona.

Uśmiechnęła się do niego.

— Wezmę na siebie czarowanie gości — oznajmiła. — Aż do powrotu twoich rodziców. Oprócz wtorku rano, bo wtedy mam masaż i fryzjera. No i w sobotę jest ten koncert... Ojej! Byłabym zapomniała, jeszcze impreza urodzinowa Lucy...

— Rzeczywiście, będziesz nieocenioną podporą! — wyzłośliwiał się George. — Po prostu powie się gościom, żeby sprawdzali grafik twoich zajęć, zanim o cokolwiek poproszą.

— Zapomnij o tym — odparła Emma. — Nie musisz korzystać z moich umiejętności. Prawdę mówiąc...

— Z umiejętności? Nazwałbym to raczej łaską i fochami! — George nie pozostał jej dłużny. — Zawsze taka byłaś...

— No, pięknie. A kto doczyszczał ubikacje papierem ściernym? — odszczeknęła się Emma.

— Natychmiast uspokójcie się obydwoje! — zażądał Tarquin. — Zachowujecie się jak małe dzieci, co się pokłóciły w piaskownicy o wiaderko!

George spojrzał na Emmę, a ona na niego i jednocześnie wybuchnęli śmiechem.

Należy tu dodać, że śmiech George’a dał się słyszeć tylko przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by Emma doznała prawdziwej ulgi i by jej ojciec zdecydował się zająć stanowisko w spornej kwestii, oświadczając, że lepiej zatrudnić Emmę i Lucy, miłe i ładne dziewczyny, niż zapłacić agencji pośrednictwa jej wygórowane stawki.

— I sam też będę ci pomagał w miarę swoich możliwości — obiecał wielkodusznie. — Jesteś przecież moim ukochanym chrześniakiem, a poza tym, zawsze interesowało mnie, czy da się użyć baterii słonecznych do oświetlenia waszego kortu tenisowego. Twoi rodzice to przemili ludzie, ale w kwestiach ochrony środowiska...

— Okej, Bąblu, witamy na pokładzie! — George pośpiesznie uciął nowy wątek, zwracając się do Emmy, a Emma z trudem zrezygnowała z rozgniewania się na George’a za przypomnienie tego przezwiska z zamierzchłych czasów dzieciństwa. — Jesteś pewna, że Lucy się na to zgodzi?

— Będzie w siódmym niebie! — zapewniła go Emma.

— Przede wszystkim potrzebuje pieniędzy, a to, że będziemy pracować razem, dla niej to dodatkowy bonus.

I gdzie ja mam teraz szukać kogoś, kto ją zastąpi? — pomyślała Emma, kiedy minęły Pool Valley i zobaczyły zielono-pomarańczową fasadę klubu Mango Monkey’s. Nie zamierzała przecież zacząć się zrywać o siódmej, żeby osobiście podawać o wsiankę gromadzie starych snobów.

Nie miała jeszcze pojęcia, że rozwiązanie jej problemu znajduje się niedaleko, w kącie klubu, i gorzko płacze, a łzy kapią mu do szklanki z bananowo-truskawkowym cocktailem.

ROZDZIAŁ 2

Śmiałe marzenie:

Z nędzy do luksusów, czyli łaskawość Emmy W.

KIEDY EMMA I LUCY DOTARŁY NA MIEJSCE, prawie cała paczka siedziała już przy barze albo popisywała się na parkiecie w jaskrawym neonowym oświetleniu. Lucy potrzebowała zaledwie paru sekund, by dopaść Adama, rzucić mu się na szyję i wykonać zawiły układ gimnastyczny zakończony pocałunkiem w usta. Emma nie była nastawiona bardziej restrykcyjnie niż ktokolwiek inny, nie sprawiało jej jednak przyjemności przyglądanie się tej scenie. Z pewnością nie miała zamiaru usłuchać błazeńskich wezwań (patrzcie na nich, patrzcie!) Simona i jego śliniących się kolegów. Rozejrzała się po sali, w nadziei, że w półmroku rozpozna kogoś znajomego, z kim da się pogadać po ludzku.

— Czy to Harriet tam siedzi? — powiedziała półgłosem, lekko trącając łokciem Serenę, która razem z Tabithą próbowała się dopchnąć do baru. — O, tam, w rogu?

Serena spojrzała w najdalszy kąt sali.

— Nie wiem, czego ona tu szuka — mruknęła. — Udawaj, że jej nie widzisz. Pewnie przywlokła tu całą resztę smutasów z Mole Hill.

Emma zgromiła ją spojrzeniem. Kiedy szkoła Mole Hill, najgorsza w mieście, została podpalona, Deepdale Hall zaoferowało miejsca dla Harriet i sześciu innych uczniów ostatniej klasy, żeby mogli przygotować się do egzaminów końcowych. Jak wyjaśniła swoim dobrze sytuowanym wychowankom pani Goddard, elegancka i charyzmatyczna dyrektorka szkoły, należy dzielić się tym, co dał nam los, z innymi, skromniej przez los obdarowanymi. (Zapomniała tylko wspomnieć o najświeższym rządowym rozporządzeniu, zgodnie z którym szkoły prywatne mają obowiązek uczestniczyć w pomocy dla borykających się z kłopotami szkół państwowych i o swoim własnym oczekiwaniu, że ta pomoc zostanie nagłośniona w prasie i oceniona ze wszech miar pozytywnie, co przełoży się na jej osobisty sukces).

Każdy z przybyszów z Mole Hill pozostał sam jak palec wśród wyszczekanych i pewnych siebie uczniów Deepdale Hall, a przyjaciele Emmy traktowali ich po prostu jak powietrze. Nawet sama Emma, choć była tak dumna z tego, że potrafi dogadać się z każdym, musiała przyznać, że z początku nie była dla nich zbyt miła. Kiedy więc przypadkiem usłyszała, jak pani Goddard mówiła do ich wychowawcy, że Harriet Smith „wiele przeszła w ciągu ostatnich paru lat” i „gdyby pan przeczytał o tym w jakiejś książce, nie chciałby pan wierzyć, że takie rzeczy się zdarzają naprawdę” — z ciekawości postarała się poznać bliżej tę dziewczynę.

Dość łatwo zawarła z nią znajomość i odkryła, że Harriet, bardzo ładna, w typie pulchnych dziewcząt z obrazów Rubensa, jest przemiłą osobą. Mówiła powoli, z ledwie słyszalnym walijskim akcentem i nie nosiła żadnych kolczyków w nosie ani tatuaży. Dziwne, że dotąd nikt nie zauważył jej wspaniałych kasztanowych loków. Niestety, brakowało jej pewności siebie, a ciuchy miała zawsze sprzed kilku sezonów. Trzeba przyznać, że okazała Emmie prawdziwą wdzięczność za jej zainteresowanie i z chęcią odpowiedziała na wszystkie jej pytania. W ciągu półgodzinnej rozmowy wyszło na jaw, że była kiedyś uczennicą szkoły prywatnej Oak Lodge, ale trzy lata temu z powodu problemów rodzinnych musiała się z tej szkoły przenieść do Mole Hill.

— Z powodu jakich problemów? — Emma lekko dotknęła jej przedramienia, żeby dodać jej odwagi i zachęcić do wyznań.

— Straciliśmy wszystko — odpowiedziała Harriet bez owijania w bawełnę i westchnęła. — Mój ojciec jest hazardzistą. Ciężki przypadek. Kiedy przegrywa, pije. A moja mama rozchorowała się ze zmartwienia i wylądowała w psychiatryku, w Lady Chichester Hospital.

Emma była pod wrażeniem jej otwartości, bo wiedziała, że w podobnych sytuacjach ludzie na ogół wstydzą się za rodziców i trzymają karty przy orderach.

— Myślę, że jest ci z tym bardzo ciężko — zdobyła się na wyrazy współczucia.