Słodka wendeta - Maya Blake - ebook
Opis

Zaccheo Giordano wychodzi po roku z więzienia. Myśli tylko o zemście na rodzinie Penningtonów, przez której oszustwa tam trafił. Chce się też odegrać na Evie Pennington, niedoszłej żonie, która, jak sądzi, też nie jest bez winy. Zjawia się na rodzinnym przyjęciu i żąda, by Eva go poślubiła. Zaccheo obmyślił plan zemsty w najdrobniejszych szczegółach, jednak wkrótce okazuje się, że nie wszystko był w stanie przewidzieć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maya Blake

Słodka wendeta

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Platynowy zegarek z chronografem. Wysadzane brylantami spinki. Złoty sygnet. Sześćset dwadzieścia pięć funtów w gotówce i… obsydianowa karta kredytowa. Tak, to chyba wszystko, proszę pana. Tu proszę pokwitować odbiór.

Gryzmoląc po ledwo czytelnym formularzu, Zaccheo Giordano nie reagował na szyderstwo naczelnika. Ani na pełną urazy zawiść w oczach mężczyzny na widok lśniącej srebrzystej limuzyny, czekającej za potrójnymi zasiekami z drutu kolczastego.

Romeo Brunetti, współpracownik Zacchea i jedyny człowiek, którego mógł określić słowem „przyjaciel” stał przy samochodzie, zadumany i bez uśmiechu, obojętny na uzbrojonego strażnika przy bramie i smętne otoczenie.

Gdyby Zaccheo był w dobrym nastroju, pewnie uśmiechnąłby się do niego. Ale nie był w dobrym nastroju. Już od dawna. Dokładnie od czternastu miesięcy, dwóch tygodni, czterech dni i dziewięciu godzin. Mógłby to wyliczyć z precyzją co do sekundy. Za dobre sprawowanie skrócono mu półtoraroczny wyrok o trzy i pół miesiąca. Wściekłość wtopiła się w jego DNA. Nie dał nic po sobie poznać, chowając swoje rzeczy do kieszeni. Szyty na miarę w londyńskim City garnitur, w którym przekroczył bramę więzienia, cuchnął teraz stęchlizną, ale nie dbał o to. Nigdy nie był niewolnikiem luksusu. Cenił głębsze wartości. Zaczął piąć się w górę, odkąd dorósł na tyle, żeby poznać życie, w jakim się urodził. Życie będące wirem upokorzeń, przemocy i chciwości. Jego ojciec umarł w upodleniu w wieku zaledwie trzydziestu pięciu lat. Wspomnienia przewracały się niby kostki domina, gdy szedł źle oświetlonym korytarzem na wolność. Brama zatrzasnęła się za nim ze szczękiem. Zatrzymał się i zaczerpnął pierwszy haust świeżego powietrza. Pięści miał zaciśnięte i zamknięte oczy. Wsłuchał się w głosy ptaków, ćwierkających w promieniach zimowego słońca, i szum nieodległej autostrady. Otworzył oczy i ruszył ku potężnej bramie. Po minucie był już na zewnątrz.

– Zaccheo, dobrze cię widzieć – powiedział Romeo uroczyście i objął go, mrużąc oczy. Zaccheo wiedział, że fatalnie wygląda. Od trzech miesięcy nie golił się ani nie obcinał włosów. Odkąd poznał prawdę kryjącą się za jego uwięzieniem, prawie nie jadł. Ale sporo czasu spędził w więziennej siłowni. Inaczej oszalałby szarpany żądzą zemsty.

Zignorował troskę przyjaciela i podszedł do otwartych drzwi samochodu.

– Przywiozłeś to, o co prosiłem?

– Si. Wszystkie trzy dossier znajdziesz w laptopie.

Zaccheo osunął się na miękkie skórzane siedzenie. Romeo usiadł w fotelu obok i nalał im do szklaneczek włoski koniak.

– Salute – wymamrotał. Zaccheo wziął drinka bez słowa i wlał w siebie bursztynowy napój, wdychając zapach władzy i bogactwa. Narzędzi, których potrzebował do realizacji swego planu. Gdy luksusowe auto z niskim pomrukiem silnika zabierało go z miejsca, które przez ponad rok musiał nazywać domem, sięgnął po laptop. Palce mu zadrżały, kiedy po kliknięciu na ekranie pojawił się logotyp firmy Giordano Worldwide Incorporation. Dzieła jego życia, niemal zniweczonego przez czyjąś chciwość i żądzę władzy. Tylko dzięki Romeo firma nie przepadła, kiedy Zaccheo znalazł się w więzieniu za przestępstwa, których nie popełnił. Czuł satysfakcję, że nie tylko przetrwała, a wręcz rozkwitła. Niestety, nie jego osobista reputacja.

Teraz wyszedł z więzienia. Był wolny i mógł doprowadzić winnych przed oblicze sprawiedliwości. Nie spocznie, póki ostatnia z osób odpowiedzialnych za zrujnowanie mu życia nie poniesie kary. Potrzasnął dłonią, pozbywając się drżenia, i nacisnął klawisz „otwórz”. Wypuścił powietrze, kiedy pierwsza fotografia wypełniła ekran. Oscar Pennington Trzeci. Daleki krewny rodziny królewskiej. Absolwent Eton College. Mocno związany z establishmentem. Chciwy. Niewybredny. Portfel jego kurczących się akcji otrzymał potężny zastrzyk kapitału dokładnie czternaście miesięcy i dwa tygodnie wcześniej, gdy stał się właścicielem najsłynniejszego budynku w Londynie – Iglicy. Z lodowatym spokojem oglądał, jak Pennington świętował swój sukces na niezliczonych galach, wystawnych przyjęciach i turniejach polo. Na zdjęciu stał roześmiany z jedną ze swoich córek.

Sophie Pennington. Prywatne szkoły łącznie z uniwersytetem. Klasyczna uroda. Modliszka. Wierna kopia Oscara.

Z zaciętą miną przeszedł do ostatniego dossier. Eva Pennington. Włosy o karmelowym odcieniu blond spływały jej na ramiona w grubych, niesfornych falach. Ciemne brwi i rzęsy okalały intensywnie zielone oczy, mocno podkreślone czarną kredką. Te oczy pozbawiły go spokoju od pierwszej chwili, kiedy w nie spojrzał. Podobnie jak pełne wargi, na zdjęciu uwodzicielsko uśmiechnięte. Fotografia ujmowała ją tylko do ramion, ale resztę postaci Evy miał odwzorowane w pamięci. Bez trudu przypomniał sobie jej drobne, rzeźbione kształty i to, że zmuszała się do chodzenia na znienawidzonych obcasach, żeby wydawać się wyższa. Przypomniał też sobie jej okrucieństwo. Leżąc na więziennej pryczy, wyrzucał sobie zaskoczenie, jakim była dla niego jej zdrada. Umiał czytać między wierszami, intrygantów i naciągaczy wyczuwał na milę. A jednak dał się nabrać.

Z zaciśniętymi ustami przeglądał wycinki rejestrujące życie Evy z ostatnich osiemnastu miesięcy. Przy ostatnim zamarł.

– Romeo, jak nowy jest ten ostatni anons?

– Dołączyłem go wczoraj. Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć.

– Si, grazie…

– Chcesz jechać do posiadłości Esher czy do penthausu? – zapytał Romeo.

Zaccheo jeszcze raz przeczytał anons, wyławiając istotne szczegóły. Dwór Penningtonów. Ósma. Trzystu gości. W niedzielę kameralna kolacja w gronie rodzinnym w Iglicy.

Iglica… ten budynek miał być największym osiągnięciem Zacchea.

– Do posiadłości. – Tam było bliżej. Zamknął komputer i gdy Romeo wydawał instrukcje kierowcy, osunął się na oparcie, licząc, że miarowy szum silnika go uspokoi. Ale daleko mu było do spokoju. Musiał zweryfikować swój plan. Ostatnia informacja wymagała zmiany taktyki. Nie spocznie, dopóki cała trójka Penningtonów nie zostanie pozbawiona tego, co kochali najbardziej – bogactwa i prestiżu. Jego plan nie mógł czekać do poniedziałku. Pierwszy ruch musiał wykonać dziś wieczorem. Zacznie od najmłodszej w rodzinie – Evy Pennington. Swojej byłej narzeczonej.

Eva Pennington gapiła się na trzymaną przez siostrę suknię.

– Żartujesz? Nie ma mowy, żebym ją włożyła. Dlaczego nie uprzedziłaś mnie, że pozbyliście się moich ubrań?

– Kiedy się wyprowadzałaś, powiedziałaś, że ich nie chcesz. Zresztą były stare i niemodne. To przysłano dziś rano kurierem z Nowego Jorku. Pochodzi z najnowszej kolekcji couture. Wypożyczono ją nam na dwadzieścia cztery godziny – odrzekła Sophie.

Eva zacisnęła usta.

– Nieważne, że utkało ją dziesięć tysięcy jedwabników. Nie noszę sukienek, w których wyglądałabym jak naciągaczka i prostytutka. Zważywszy na stan naszych finansów, myślałam, że ostrożniej wydajesz pieniądze.

Sophie obruszyła się.

– To suknia jedyna w swoim rodzaju. Jeśli się nie mylę, właśnie w takich twój przyszły mąż lubi oglądać swoje kobiety. Zresztą zdejmiesz ją po czterech godzinach, jak tylko zostaną zrobione odpowiednie zdjęcia i przyjęcie dobiegnie końca.

Eva zacisnęła zęby.

– Nie próbuj mną rządzić, Sophie. Zapominasz, kto zdobył dla nas pieniądze. Gdybym nie doszła do porozumienia z Harrym, w przyszłym tygodniu czekałoby nas bankructwo. Szkoda, że nie porozmawiałaś najpierw ze mną. Oszczędziłabyś sobie niepotrzebnych wydatków. Ubieram się dla siebie i dla nikogo innego.

– Porozmawiała z tobą? Kiedy ty i ojciec odmówiliście mi tej grzeczności, knując ten plan za moimi plecami?

Wyraźna zazdrość brzmiąca w głosie siostry zabolała Evę. Jak gdyby nie było dosyć, że od dwóch tygodni dręczyła się podjętą przez siebie decyzją. Mężczyzna, którego zgodziła się poślubić, był wprawdzie jej przyjacielem, a ona pomagała mu w tym samym stopniu, co on pomagał jej, ale małżeństwo było krokiem, którego nie chciała stawiać. Najwyraźniej jednak siostra patrzyła na to inaczej. Niezadowolenie Sophie z powodu każdej jej próby zbliżenia się do ojca było po części przyczyną, dla której wyprowadziła się z Dworu Penningtonów. Ojciec nie był łatwy we współżyciu, ale Sophie zawsze zaborczo pragnęła jego uwagi. Za życia ich matki Eva łatwiej to znosiła, bo sama była ulubienicą matki, choć chciała być kochana na równi przez oboje rodziców. Po śmierci matki każdy pojednawczy gest Evy spotykał się z niechęcią Sophie i obojętnością ojca. Próbowała jednak zrozumieć siostrę.

– Nie robiliśmy niczego za twoimi plecami. Wyjechałaś w interesach.

– Próbując zrobić użytek z dyplomu w dziedzinie biznesu, co zdaje się, teraz już nic nie znaczy. Bo ty wpadasz po trzech latach śpiewania smętnych ballad w obskurnych pubach i ratujesz sytuację.

Lekceważenie jej pasji dotknęło Evę.

– Zrezygnowałam z firmy Penningtonów, bo ojciec chciał, żebym złapała tam odpowiedniego męża i ponieważ moje marzenia rozmijają się z waszymi.

– No właśnie. Masz dwadzieścia cztery lata i nadal marzysz. Nas nie stać na taki luksus. Nie lądujemy jak kot na czterech łapach, bo żaden milioner na pstryknięcie palców nie rozwiązuje naszych problemów.

– Harry ratuje nas wszystkich. Myślisz, że wylądowałam na czterech łapach, zaręczając się po raz drugi w ciągu dwóch lat?

Sophie rzuciła suknię na łóżko Evy.

– Dla wszystkich, którzy coś znaczą, to twoje pierwsze zaręczyny. Te inne trwały wszystkiego pięć minut. Mało kto o nich wie.

– Wystarczy, że ja wiem.

– Jeśli moje zdanie się jeszcze liczy, lepiej tego nie rozgłaszaj. Zapomnij o tym. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebujemy, to najmniejszy powiew skandalu. Nie wiem, dlaczego obwiniasz ojca o to, co się stało. Powinnaś być mu raczej wdzięczna, że wyrwał cię ze szponów tamtego mężczyzny.

Tamten mężczyzna. Zaccheo Giordano. Nie była pewna, czy zabolała ją myśl o nim, czy wspomnienie własnej naiwności, kiedy uwierzyła, że był inny niż faceci, których wcześniej spotkała. To przez to wolała żyć z dala od rodzinnego domu. To dlatego jej koleżanki kelnerki znały ją jako Evę Penn, hostessę w Syrenie, londyńskim nocnym klubie, gdzie także czasem śpiewała, a nie jako lady Evę Pennington, córkę lorda Penningtona.

Odchrząknęła.

– Sophie, umowa z Harrym nie dyskredytuje niczego, co robisz z ojcem, żeby ratować firmę. Nie masz powodu do zazdrości. Nie próbuję zająć twojego miejsca…

– Zazdrości! Nie bądź śmieszna. Nigdy nie mogłabyś zająć mojego miejsca. Jestem prawą ręką ojca, gdy ty… jesteś niczym innym jak tylko… – umilkła. Po kilku sekundach zrobiła ważną minę. – Niedługo zjawią się goście. Nie spóźnij się na własne przyjęcie zaręczynowe.

– Nie zamierzam się spóźniać. Ani wkładać sukienki, która ma w sobie mniej materiału niż nitka, którą ją zszyto. – Podeszła do stojącej naprzeciw łóżka szafy w stylu Jerzego III. Zaglądając tam wcześniej, odnalazła tylko niewielką część garderoby pozostawionej, gdy wyprowadzała się z domu w swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Teraz do pracy wystarczył jej strój hostessy, w wolne dni nosiła dżinsy i swetry. Haute couture, dni spędzane w spa, strojenie się dla czyjejś przyjemności należały do przeszłości, którą zostawiła za sobą. Niestety tym razem nie było ucieczki, skoro znalazła sposób na uratowanie rodziny. Odsunęła na bok wspomnienia, wywołane powrotem do Dworu Penningtonów. Zaccheo należał do przeszłości. Był błędem, jaki nie powinien się zdarzyć.

Westchnęła z ulgą, kiedy jej dłoń zacisnęła się na jedwabnym szalu. Czerwona suknia była stanowczo zbyt skąpa. Ubrana w nią stałaby się prawdziwym widowiskiem dla trzystu zaproszonych przez ojca gości. Na szczęście mogła okryć się szalem.

Wolałaby być gdziekolwiek, byle nie tu, uczestnicząc w tej bladze. Ale czy całe jej życie nie było blagą? Począwszy od rodziców, pozornie idealnej pary, zaciekle ze sobą walczących w domowym zaciszu, póki nie wydarzyła się tragedia w postaci raka matki, aż po ekstrawaganckie przyjęcia i kosztowne wakacje, na które ojciec potajemnie się zapożyczał. Rodzina Penningtonów była jedną wielką blagą, jak daleko sięgała jej pamięć. Pojawienie się w ich życiu Zacchea jeszcze to spotęgowało. Nie, nie będzie teraz myśleć o Zaccheo. Należał do rozdziału jej życia, który został definitywnie zamknięty. Tego wieczora liczył się tylko Harry Fairfield, wybawca jej rodziny i wkrótce jej narzeczony, a także zdrowie ojca i dlatego jeszcze raz dała siostrze szansę.

– Dla dobra ojca chcę, żeby dzisiaj wszystko poszło gładko. Czy możemy współpracować?

Sophie zesztywniała.

– Jeśli masz na myśli jego pobyt w szpitalu dwa tygodnie temu, to nie zapomniałam. – Widok ojca z trudem łapiącego oddech z powodu tego, co lekarze określili jako epizod kardiologiczny, przeraził Evę. To głównie dlatego przyjęła propozycję Harry’ego. – Dzisiaj czuje się dobrze, prawda?

– Poczuje się lepiej, kiedy pozbędziemy się dłużników straszących nas bankructwem.

Eva wypuściła powietrze. Nie było więc odwrotu, żadnej nadziei na inne rozwiązanie. Nic nie ocali jej przed poświęceniem, na jakie się zdecydowała. Starannie zbadała wszystkie opcje. Zażądała wglądu do ksiąg firmy Penningtonów. Spędziła dzień z księgowymi i upewniła się ponad wszelką wątpliwość, że znaleźli się w poważnych tarapatach. Nieprzemyślany zakup przez ojca Iglicy doprowadził firmę do załamania. Harry Fairfield był ich ostatnią nadzieją. Odsunęła zamek błyskawiczny w sukni, opierając się chęci, aby ją zmiąć i rzucić na ziemię jak szmatę.

– Pomóc ci? – spytała Sophie niechętnie.

– Nie, poradzę sobie. – Tak jak poradziła sobie po śmierci mamy z odrzuceniem przez ojca. Z coraz bardziej niezrozumiałym zachowaniem Sophie. Ze złamanym po zdradzie Zacchea sercem.

– Więc do zobaczenia na dole.

Eva wślizgnęła się w suknię, nie patrząc już więcej w lustro po tym, jak pierwszy rzut oka potwierdził jej najgorsze obawy. Sukienka podkreślała jej kształty, odsłaniając całe połacie nagiego ciała. Drżącą ręką umalowała usta, potem wsunęła stopy w pasujące do sukni sandały na platformie. Otuliła ramiona złoto-czerwonym szalem i w końcu zerknęła na swoje odbicie w lustrze.

– Głowa do góry, dziewczyno. Przedstawienie czas zacząć.

Żałowała, że tych słów nie wypowiedziała szefowa Syreny, jak to robiła, ilekroć Eva wychodziła na scenę. Niestety, to nie działo się w jej klubie. Obiecała poślubić mężczyznę, którego nie kochała, dla ratowania swego rodowego nazwisko. Żadne słowa otuchy nie mogły powstrzymać szarpiących nią emocji.

Organizatorzy przyjęcia przeszli samych siebie. Palmy w doniczkach, ozdobne parawany i nastrojowe światła rozmieszczono umiejętnie w głównych salach Dworu Penningtonów, maskując odpadające tynki, rozpadającą się drewnianą boazerię i podarte kobierce z Aubusson, tak pomarszczone, że nie dało się ich już w żaden sposób wygładzić.

Eva pociągnęła łyk szampana z kieliszka, który trzymała w ręku od dwóch godzin. Żałowała, że czas nie płynął szybciej. Zgodnie z tekstem wydrukowanym na eleganckich zaproszeniach, przyjęcie miało trwać „Od dwudziestej do północy”. Musiała się na czymś skupić, żeby nie oszaleć. Z zaciśniętymi zębami uśmiechnęła się, kiedy kolejny gość zażyczył sobie obejrzeć jej pierścionek zaręczynowy. Olbrzymi różowy brylant ostentacyjnie podkreślał bogactwo Fairfieldów. Ciążył jej na palcu jako niezbity dowód na to, że sprzedała się dla nazwiska.

Grzmiący głos ojca oderwał ją od tych ponurych myśli. Otoczony grupą wpływowych polityków, spijających słowa z jego ust, Oscar Pennington był w swoim żywiole. Krępy, ale wystarczająco wysoki, żeby tuszować nadwagę, zachował budzącą respekt sylwetkę. Służba wojskowa trzydzieści lat wcześniej pozostawiła w nim rys bezwzględności, co łagodził wrodzonym wdziękiem. Ta mieszanka czyniła go na tyle intrygującym, że przyciągał uwagę, wchodząc do pokoju. Ale nawet ta charyzma nie ocaliła go od finansowego fiaska przed czterema laty. To i niewiele wcześniejsza tragedia związana z chorobą matki Evy sprawiły, że towarzyskie i finansowe kręgi rodziny stopniały niemal z dnia na dzień. Zdesperowany ojciec wszedł wtedy w spółkę z Zaccheo Giordanem. Eva czuła zakłopotanie, że jej myśli krążyły wokół mężczyzny, o którym pamięć zepchnęła do najciemniejszych zakątków umysłu. Mężczyzny, którego po raz ostatni widziała wyprowadzanego w kajdankach.

– Tutaj jesteś. Wszędzie cię szukam.

Uśmiechnęła się do Harry’ego. Jej stary przyjaciel ze studiów, błyskotliwy geniusz techniczny tuż po dyplomie wykoleił się, jak tylko zdobył sławę i bogactwo. Obecnie multimilioner z wystarczającą ilością pieniędzy, żeby spłacić Penningtonów. Ostatnia nadzieja jej rodziny.

– I znalazłeś mnie. – Niewiele przewyższał ją wzrostem. Przy swoich stu sześćdziesięciu trzech centymetrach nie musiała zadzierać głowy, żeby spojrzeć w jego w migotliwe, łagodne piwne oczy.

– Owszem. Dobrze się czujesz? – W tych oczach czaiła się troska.

– Świetnie – odrzekła pogodnie. Harry jako jeden z niewielu wiedział o jej zerwanych zaręczynach. Zapytał wprost, czy przeszłość z Zaccheo Giordanem nie stanowi dla niej problemu. Jej natychmiastowe „nie” uspokoiło go. Teraz jednak miał niepewną minę.

– Nie denerwuj się, Harry, poradzę sobie – upierała się.

Przyjrzał jej się uważnie, a potem zawołał kelnera i wymienił pusty kieliszek szampana na pełny.

– Skoro tak mówisz. Ale uprzedź mnie, jeśli to zamieni się w koszmar, okej? Moi rodzice dostaną szału, czytając o mnie znowu w gazetach.

Skinęła z wdzięcznością, a potem zmarszczyła brwi.

– To miał być spokojny wieczór. – Wskazała na jego kieliszek.

– Rany, już mówisz jak żona – zaśmiał się. – Przestań, rodzice już mnie zrugali. – Poznała ich tydzień wcześniej i umiała to sobie wyobrazić.

– Pamiętaj, po co to robisz. To ma być kampania reklamowa wybielająca twój wizerunek. – Harry zupełnie nie dbał o swoją pozycję towarzyską, ale jego rodzice łaknęli prestiżu i koneksji. Widmo zagrożenia interesów zmusiło Harry’ego do zajęcia się reputacją bezmyślnego playboya. Ujął jej rękę, pochylając płową głowę. – Obiecuję zachowywać się wzorowo. Skoro uciążliwe toasty zostały już wzniesione i jesteśmy oficjalnie zaręczeni, czas na atrakcję wieczoru. Fajerwerki!

Eva odstawiła kieliszek.

– To nie miała być niespodzianka?

Harry puścił oko.

– Owszem, ale skoro udało nam się wszystkich nabrać, że jesteśmy w sobie szaleńczo zakochani, udawanie zaskoczenia powinno był łatwe.

– Nie pisnę słowa, jeśli i ty się nie zdradzisz.

Harry położył rękę na sercu.

– Dziękuję, moja cudowna lady Pennington.

Wyszli na taras, prowadzący do wielohektarowego ogrodu Dworu Penningtonów. Niegdyś były tam wielkie stawy z karpiami koi, ogromna altana i wymyślny labirynt. Ale z uwagi na rosnące koszty ich utrzymania teren wyrównano i obsiano sztuczną trawą.

Przywitały ich lekkie brawa. Eva spojrzała w stronę, gdzie stali Sophie, ojciec i rodzice Harry’ego. Poczuła ucisk w żołądku. Cieszyła się, że znalazła rozwiązanie problemów rodzinnych, ale miała poczucie, że nic nie mogło zbliżyć jej ani do siostry, ani ojca. On wprawdzie przyjmował jej pomoc i pieniądze Harry’ego, ale jego niechęć do wybranej przez nią profesji była jeszcze jedną kością niezgody.

Odwrócona, uśmiechnęła się i wykrzyknęła, tak jak powinna, gdy pierwsza wymyślna seria fajerwerków wystrzeliła w niebo.

– Moi rodzice chcą, żebyśmy zamieszkali razem – wyszeptał jej Harry do ucha.

– Co?

Zaśmiał się.

– Bez obawy, przekonałem ich, że nie przepadasz za moją garsonierą i musimy znaleźć miejsce bardziej nasze niż moje.

– Dziękuję. – Poczuła ulgę.

Pogładził dłonią jej policzek.

– Bardzo proszę. Ale zasługuję na nagrodę za swoje poświęcenie. Może kolacja w piątek?

– Zgoda, pod warunkiem, że nie będzie tam paparazzich.

– Świetnie. Mamy randkę. – Ucałował jej dłonie. – Ta suknia, nawiasem mówiąc, wygląda na tobie powalająco.

Skrzywiła się.

– To nie ja ją wybierałam, ale dziękuję.

Kolejna sekwencja fajerwerków powinna uciszyć gości, ale gwar narastał.

– O mój Boże, ktokolwiek to jest, chyba mu życie niemiłe – ktoś wykrzyknął.

Harry zmrużył oczy.

– Chyba mamy spóźnionego gościa.

Eva spojrzała w górę, skąd dochodził narastający dudniący dźwięk. Jeszcze jedna raca wybuchła, oświetlając zbliżający się obiekt.

– Czy to…?

– Helikopter nadlatujący w samym środku pokazu sztucznych ogni? Tak. Organizatorzy dodali chyba jeszcze jedną niespodziankę.

– Tego raczej nie było w programie – Eva próbowała przekrzyczeć hałas lądującego helikoptera. Serce podeszło jej do gardła, gdy kolejna rakieta eksplodowała niebezpiecznie blisko czarno-czerwonego śmigła.

– Cholera, jeśli to wygłup, to chylę czoło przed pilotem. Trzeba naprawdę mieć jaja, żeby lecieć w takie niebezpieczeństwo – uznał Harry.

Eva jak zahipnotyzowana patrzyła na helikopter lądujący na środku ogrodu. Światła były wygaszone, aby wzmocnić efekt fajerwerków, i nie mogła dostrzec, kim był pasażer. Ale dreszcz przebiegł jej po plecach. Ktoś krzyknął do pirotechników, żeby przerwali pokaz, lecz jeszcze jedna rakieta wystrzeliła w stronę wirujących śmigieł. Z helikoptera wysiadł mężczyzna ubrany od stóp do głów na czarno. Ostatni rozbłysk rozświetlił niebo i Eva zamarła. To nie może być…

Przebywał przecież za kratkami, pokutując za chciwość. Sprawiedliwość zadbała, żeby poszedł do więzienia i odsiadywał swój wyrok. Nie mógł wylądować w środku pokazu fajerwerków na prywatnym przyjęciu, jak gdyby ta ziemia należała do niego.

Światła rozbłysły. Patrzyła, jak szedł trawnikiem i wspiął się szerokimi schodami na taras. Tam stanął i zapiął guziki jednorzędowego smokingu.

– O Boże! – wyszeptała.

– Czekaj… znasz tego faceta? – spytał Harry, nareszcie poważnym tonem.

Chciała zaprzeczyć, że zna tego mężczyznę, górującego o głowę nad otaczającym go tłumem. Stał bez ruchu i wpatrywał się w nią. Tamten Zaccheo Giordano, z którym była krótko związana tuż przed jego aresztowaniem, miał włosy ostrzyżone na krótko i gładko ogoloną twarz. Teraz nosił brodę, a włosy opadały mu na ramiona w gęstych niesfornych falach. Eva z trudem przełknęła ślinę. W miejsce tamtego zgrabnego, niemal zbyt szczupłego mężczyzny dyszał neandertalczyk o szerokich ramionach i silnym torsie, podkreślonych czarną jedwabną koszulą. Równie czarne spodnie opinały mu wąskie biodra i silne uda, ich nogawki opadały dokładnie o cal nad drogimi, ręcznie szytymi butami. Eleganckie ubranie nie tuszowało emanującej z niego aury. Prymitywnej. Uderzająco męskiej. Zabójczej. Goście rozpychali się, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

– Eva? – głos Harry’ego brzmiał jak echo. Zaccheo przeniósł swoje spojrzenie na jej rękę spoczywającą na ramieniu narzeczonego. Wyczuwając pytanie Harry’ego, skinęła głową.

– Tak. To Zaccheo.

Podążyła za nim wzrokiem, gdy odwrócił się w stronę jej bliskich. Gniew na twarzy Oscara mieszał się z przerażeniem, a Sophie wyglądała jak ogłuszona. Eva patrzyła, jak mężczyzna, którego miała nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć, splótł ręce na plecach i niespiesznie podszedł do jej ojca.

– Twój były? – naciskał Harry. Przytaknęła tępo.

– Więc powinniśmy się przywitać. – Pociągnął ją za ramię. Zbyt późno pojęła, co miał na myśli.

– Nie. Czekaj! – syknęła. Ale był zbyt pijany albo nieświadomy niebezpieczeństwa, żeby zwrócić na to uwagę. Kiedy podeszli, jej ojciec i Zaccheo stali twarzą w twarz.

– Nie wiem, co sobie myślisz, pojawiając się tutaj, Giordano, ale lepiej wsiądź z powrotem do tego horrendum i odleć, zanim każę cię aresztować za wtargnięcie. – Szmer przebiegł przez tłum, ale Zaccheo nawet nie mrugnął.

– Doskonale wiesz, dlaczego tu jestem, Pennington. Możemy się zwodzić, jeśli wolisz. Ale odczujesz boleśnie, kiedy mi się to znudzi. – Ten głos był niewiele głośniejszy od szmeru, ale tak pełen jadu, że na ramionach Evy uniosły się włoski. Jej zwykle niewzruszona siostra była wyraźnie wzburzona i niepokojąco blada.

– Ciao, Eva – wycedził Zaccheo, nie oglądając się. – Miło, że do nas dołączyłaś.

– To moje przyjęcie zaręczynowe, więc zabawiam swoich gości. Nawet tych niemile widzianych, którzy będą proszeni o natychmiastowe wyjście.

– Nie obawiaj się, cara. Nie zostanę długo. – Z leniwą nonszalancją ujął jej lewy nadgarstek i uniósł do światła. Przyglądał się pierścionkowi dokładnie przez trzy sekundy. – Można się było tego spodziewać. – Puścił jej rękę niedbale, a Eva zacisnęła pięść, żeby powstrzymać dreszcz wywołany jego dotknięciem.

– Co to ma znaczyć? – wykrzyknął Harry. Zaccheo spojrzał na niego, a potem na jego rodziców. – To prywatna rozmowa. Proszę odejść.

Peter Fairfield zaśmiał się z niedowierzaniem.

– Myślę, że to ty źle zrozumiałeś, kolego. To raczej ty powinieneś wybrać się na spacer.

Eva widziała zbolały wzrok Harry’ego. Z sercem w gardle patrzyła, jak Zaccheo stanął tuż przed Peterem Fairfieldem.

– Czy zechciałbyś to powtórzyć, il mio amico?

– Oscarze, kto to jest? – Peter Fairfield zwrócił się do jej ojca, któremu drwina Zacchea odebrała zdolność mówienia. Eva wcisnęła się pomiędzy dwóch mężczyzn, zanim sytuacja wymknęła się spod kontroli. Odchrząknęła.

– Panie Fairfield, pani Fairfield, Harry, to potrwa kilka minut. Porozmawiamy tylko z panem Giordanem. – Spojrzała na ojca. Żyła pulsowała mu na skroni i twarz przybrała niepokojący odcień fioletu. – Ojcze?

Ten ocknął się i rozejrzał wokół, przywołując swój czarujący, choć nieobecny teraz uśmiech.

– Omówimy to w moim gabinecie. Dajcie znać obsłudze, jeśli mogą wam czymś służyć – rzekł do Fairfieldów i zniknął we wnętrzu domu, a za nim niepokojąco cicha Sophie.

Harry dzielnie wytrzymał przez kilka sekund ostry jak laser wzrok Zacchea, zanim zwrócił się do Evy.

– Jesteś pewna? – zapytał z tą wzruszającą troską w oczach. Czuła panikę, ale skinęła głową.

– Okej. Wracaj szybko, moja słodka. – Musnął wargami jej usta. Zadrżała, słysząc cichy pomruk. Szczelnie otuliła się szalem. Mogłaby się założyć o zniszczony rodowy kobierzec pod nogami, że działo się tu coś dziwnego. Idąc, czuła na plecach jego wzrok i droga do gabinetu ojca nigdy jej się tak nie dłużyła. Wchodząc tam, Zaccheo zamknął za sobą drzwi. Ojciec odwrócił wzrok od wygasłego kominka. Eva znowu dostrzegła lęk w jego oczach.

– Jakiekolwiek pretensje wydaje ci się, że masz prawo wnosić, lepiej to przemyśl jeszcze raz, synu. To nie miejsce i czas…

– Nie jestem twoim synem, Peddington. A co do powodu, dla którego tu jestem, to posiadam pięć tysięcy trzysta dwadzieścia pięć dokumentów, które są dowodem, że zmówiłeś się z innymi osobnikami, żeby przypisać mi przestępstwo, którego nie popełniłem.

– Co? – Eva z trudem chwyciła oddech. – Nie wierzymy ci.

Zaccheo nie spuszczał wzroku z jej ojca.

– Ty może nie, ale on tak.

Oscar Pennington roześmiał się, ale ten śmiech nie był już tubalny ani radosny.

– Wszystkie dowody, które, jak myślisz, posiadasz, nasi prawnicy z pewnością obalą. Jeśli szukasz jakiegoś zadośćuczynienia, wybrałeś nieodpowiedni moment. Może spotkamy się kiedy indziej? – spytała.

Zaccheo nie poruszył się. Nie mrugnął. Ręce jeszcze raz splótł na plecach i po prostu obserwował jej ojca niczym przyczajony drapieżnik. Pulsująca cisza gęstniała. Eva przeniosła wzrok z ojca na siostrę i znowu na ojca, z rosnącym lękiem.

– O co tu chodzi?

Pennington uchwycił się gzymsu kominka, aż zbielały mu kłykcie.

– Wybrałeś sobie niewłaściwego wroga. Nie pozwolę ci się szantażować w moim własnym domu.

– Świetnie, nie straciłeś rezonu. Liczyłem na to. Oto, co zamierzam. Za dziesięć minut wyjdę stąd z Evą, na oczach wszystkich gości. Nie kiwniesz palcem, żeby mnie powstrzymać. Powiesz im, kim jestem, i złożysz oficjalne oświadczenie, że twoja córka poślubi mnie za dwa tygodnie, z twoim błogosławieństwem. Spostrzegłem tu kilku dziennikarzy, więc ta część twojego zadania powinna być łatwa. Jeśli odpowiednie artykuły ukażą się w prasie, skontaktuję się w poniedziałek, żeby omówić z tobą dalsze kroki. Ale jeśli jutro, zanim Eva i ja obudzimy się rano, wieści o naszych zaręczynach nie pojawią się w mediach, wszystko przepadnie.

Oddech Penningtona niepokojąco się zmienił. Otworzył usta, ale żadne słowa nie padły. W gabinecie panowała lodowata cisza.

– Musisz być szalony, myśląc, że te absurdalne żądania zostaną spełnione. – Wybuch Evy także przywitała cisza. – Ojcze? Dlaczego nic nie mówisz?

– Bo zrobi dokładnie to, co powiedziałem.

Natarła na niego. Zmiana w jego wyglądzie jeszcze raz nią wstrząsnęła. Tak mocno, że przez kilka sekund nie mogła wydobyć słowa.

– Jesteś niespełny rozumu – wypaliła w końcu.

Zaccheo nie spuszczał oczu z jej ojca.

– Możesz mi wierzyć, cara mia, nigdy nie myślałem jaśniej niż w tej chwili.

Tytuł oryginału: A Marriage Fit for a Sinner

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Anna Jabłońska

© 2015 by Maya Blake

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2530-4

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.