Siódma ofiara - Aleksandra Marinina - ebook

Siódma ofiara ebook

Aleksandra Marinina

4,1

Opis

Dwie śledcze na tropie seryjnego mordercy!

W transmitowanym na żywo programie telewizyjnym „Kobiety niezwykłych profesji” biorą udział dwie rosyjskie śledcze – Anastazja Kamieńska i Tatiana Obrazcowa. Niedługo po jego emisji na ulice Moskwy pada blady strach.

Jedni po drugich zaczynają umierać ubodzy mieszkańcy Moskwy, a obok zwłok tajemniczy morderca zostawia wiadomości, których nie sposób rozszyfrować. Do kogo są adresowane? Tatiany czy Anastazji?

I przede wszystkim – kto będzie następną ofiarą?

Anastazja Kamieńska powraca w kolejnej zagadce kryminalnej!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 609

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Седьмая жертва

Copyright © Aleksandra Marinina, 1999

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Stronka, 2020

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Agnieszka Zygmunt / Słowne Babki

Korekta: Lena Marciniak-Cąkała, Zofia Żółtek / Słowne Babki

Skład i łamanie: TYPO Marek Ugorowski

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce: © Alexey Borodin / Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-99-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Kryminał ze zjawami

Zastąpienie liczby 19 liczbą 20 na początku numeru roku wywołało na świecie niezwykłą falę zainteresowania okultyzmem, magią, czarami, parapsychologią oraz ufoludkami. Od pewnego czasu wszyscy z dnia na dzień oczekują końca świata, widząc oznaki jego niewątpliwego nadejścia a to w komecie Halleya, a to w trzęsieniu ziemi w Turcji, i biegną do bioenergoterapeutów, magów, astrologów oraz specjalistów od UFO po miarodajną. To samo działo się sto lat temu, tyle że wtedy nie było jeszcze ufoludków i ludzie rozmawiali z duchami, entuzjastycznie odnosząc się do spirytyzmu.

Literatura bardzo żywo reaguje na zainteresowania społeczne – właściwie jest na ich usługach. Literatura masowa w większym stopniu, a elitarna – w mniejszym, ale zarówno jedna, jak i druga zależy od gotowości i chęci czytelników, by poruszać ten czy ów temat. Nic więc dziwnego, że od jakiegoś czasu modne stały się kryminały z odchyleniem „mistycznym”.

Mistycyzm wymaga jednak niezbędnych atrybutów. Najlepiej żeby akcja rozgrywała się w starym zamku albo klasztorze, żeby badana tajemnica sięgała głęboko w przeszłość, a ofiary umierały jedna po drugiej nie wskutek banalnego strzału z pistoletu, lecz w wyniku zażycia zagadkowej trucizny albo w ogóle nie wiadomo czego.

Chyba najbardziej znany kryminał „mistyczny” to Imię róży Umberta Eco.

Ale w literaturze to, co nowe, jest jedynie tym, co zostało dawno zapomniane. Kiedyś, dwa wieki temu, Anna Radcliffe poruszyła czytającą Europę powieściami gotyckimi, to znaczy powieściami grozy i tajemnic, opartymi na filozofii „światowego zła”. Bohaterowie powieści gotyckiej naznaczeni są piętnem losu, a na fabułę składają się straszne, niewytłumaczalne i krwawe przestępstwa. Czyż to nie kryminał mistyczny?

W swojej książce Umberto Eco nie wymyślił niczego nowego – jedynie zaśpiewał starą piosenkę na nową nutę, zdobył rzesze wielbicieli i wszedł z Imieniem róży do historii światowego postmodernizmu.

Jednakże Eco to niemal geniusz. Jego powieść jest elegancka, wyrafinowana, piękna i nie przekracza granic dobrego smaku. Tymczasem przeważnie dzieje się, niestety, tak, że atrybuty powieści gotyckiej przerastają przeciętnego pisarza i wciągają go w odmęty banału. Szczególnie niebezpieczne staje się nęcące pragnienie, by podjąć temat „światowego zła” i władzy Księcia Mgły – bez względu na to, czy jest nim Szatan, czy buddyjskie bóstwo Czojżał (władca piekieł).

Postmoderniści (teraz to oni pasjonują się mistycyzmem) lubią zabawiać się religiami. Przyrządzają na przykład niewyszukaną sałatkę z buddyzmu i chrześcijaństwa. I doprawiają przestępstwa poglądami religijnymi. Wprowadzają też jeszcze jeden modny motyw, ściśle związany z religiami i życiem w zaświatach – stosunek postaci do śmierci. Przestępca często wyznaje kult śmierci, uważa, że, zabijając, oddaje przysługę swoim ofiarom, pozwala im wyzwolić się z niepotrzebnych i absurdalnych okowów życia.

Aleksandra Marinina nie złapała się jednak na mistyczną przynętę – w jej książkach nie znajdziecie mistycyzmu, co jest słuszne: w dobrym kryminale wszystko powinno mieć racjonalne wytłumaczenie, przestępstwo musi być umotywowane psychologicznie i usprawiedliwione okolicznościami. Jeżeli po nagromadzeniu rozmaitych tajemnic schwytany przestępca macha ręką i ulatnia się przez komin – bo niby jest zjawą i za nic nie odpowiada – cóż to za kryminał?

Marinina wprowadziła jednak na scenę przestępcę wyznającego kult śmierci. Ale zrobiła to inaczej niż zwolennicy mistycyzmu, nie otoczyła owego kultu zagadkowymi i straszliwymi zjawiskami – w powieści nie ma żadnej tajemniczej sekty, tortur w podziemiach, rodzinnych kosztowności, zabójstw w zamkach oraz eleganckich dam w wieczorowych sukniach i z pobladłymi twarzami. Pojawiają się wprawdzie rodzinne kosztowności, ale należą do skąpej i niesympatycznej staruszki, no i nie mają żadnego związku z przestępstwem.

Przestępca Marininy to samotny racjonalista, równie inteligentny, trzeźwo i logicznie myślący jak jej ulubiona bohaterka, Nastia Kamieńska. To nie przypadek, że przestępca wybiera ją na swojego jedynego oponenta. Nikt inny nie może go schwytać, tylko ona. Wszystkie ofiary składane są na ołtarzu śmierci jak gdyby na jej cześć. Umierając ze strachu, Nastia musi podążać za zbrodniarzem i rozwiązywać jego obrzydliwe szarady.

Czym to wszystko się skończy? Domyślcie się sami…

Rozdział 1

KAMIEŃSKA

– Nie wiem, jak wy, szanowni państwo, ale ja nie znoszę książek Gogola już od czasów szkolnych. Nie rozumiem, co w nich ciekawego!

Andriej Timofiejewicz buchnął gromkim śmiechem i zręcznie wsunął do ust kawałek soczystej cielęciny przyrządzonej przez Iroczkę. Nastia zerknęła na Tatianę i stłumiła uśmiech. Ależ zabawny ten ich sąsiad! Jest już wprawdzie niemłody, na emeryturze, a mimo to zachowuje się przy nich jak kolega z jednej klasy. Zaśmiewa się, opowiada pikantne dowcipy, w ogóle się nie przejmuje, że trącą myszką, i nawet nie wstydzi się przyznać, że nie żywi szacunku do klasyków rodzimej literatury. Ludzie w jego wieku zazwyczaj są poważniejsi. Gdy znajdą się w towarzystwie osób przed czterdziestką, ze znużeniem i znaczącym naciskiem wygłaszają nieomylne ich zdaniem sądy. Jednakże Andriej Timofiejewicz, mieszkający na tej samej klatce schodowej co Stasow z rodziną, nie należał do tej kategorii.

– No cóż, wałkowanie literatury na lekcjach potrafi obrzydzić twórczość każdego pisarza – zauważył Stasow. – Może teraz dzieci są uczone inaczej, ale w naszych czasach byliśmy zmuszani na przykład do tego, żeby wykuć na pamięć rozmyślania księcia Andrzeja pod niebem Austerlitz. Który piętnastoletni smarkacz to wytrzyma? Wiadomo, że nabierze trwałej niechęci i do fragmentu, i do powieści, i do wszystkiego, co napisał Tołstoj. A przy okazji, co pan o nim myśli?

– Ja, szanowny panie, nie oceniam żadnego pisarza – z niespodziewaną powagą odrzekł sąsiad. – Osądowi poddaję tylko konkretne utwory. Lubię Wojnę i pokój, Jeńca kaukaskiego, a także Opowiadania sewastopolskie, ale nie cierpię Anny Kareniny.

– To znaczy, że nie poważa pan naszej Tani? – zapytała Iroczka z urazą. – W końcu ona też jest pisarką.

Andriej Timofiejewicz znowu parsknął śmiechem. Robił to z takim zapałem i smakiem, że nie sposób było nie uśmiechnąć się w odpowiedzi.

– Daj spokój, Iro. – Tatiana próbowała ją powstrzymać. – To się nazywa wymuszanie komplementów.

– Przecież nie chodzi o komplementy pod moim adresem… – Ira zaczęła się usprawiedliwiać, ale Andriej Timofiejewicz jej przerwał.

– Nie kłóćcie się, moje drogie. Po pierwsze, prowadzimy abstrakcyjną dyskusję na temat rosyjskich klasyków, a nie obecnych przy stole pięknych pań. Po drugie, o ile wiem, Tatiano Grigorjewna, pisze pani kryminały, ja zaś ich nie czytuję i, proszę mi wybaczyć, nie będę czytał nawet przez wzgląd na panią. Dlatego nie potrafię wydać opinii o pani twórczości. No a po trzecie, czuję dla pani osobiście głęboki szacunek, podobnie jak dla pani gościa, Anastazji Pawłowny, bo młode, inteligentne i piękne kobiety, które wykonują ciężką i brudną robotę, zamiast błyszczeć na salonach, przyprawiają moją męską duszę o nieustanne drżenie.

Wygłosiwszy ową przyciężkawą, ale wyszukaną tyradę, sąsiad starannie złożył leżącą na jego kolanach wykrochmaloną serwetkę i wstał od stołu.

– A teraz pozwólcie, że się pożegnam.

– Dokąd to, Andrieju Timofiejewiczu? – Iroczka się zaniepokoiła. – Mamy jeszcze bułeczki…

– Nie, nie, moja droga, przepraszam, ale nie mogę zostać. Syn obiecał, że przyjedzie, więc muszę być w domu. Dzisiaj jest rocznica śmierci żony, wybieramy się razem na cmentarz.

Ira odprowadziła sąsiada do drzwi, po czym wróciła do pokoju. Na jej twarzy odmalował się smutek, jakby dzisiejsza data budziła bolesne wspomnienia w niej, a nie w Andrieju Timofiejewiczu.

– Miły z niego człowiek… Otwarty, wesoły… – powiedziała z westchnieniem, zwracając się do nieokreślonego słuchacza, i zaczęła robić miejsce na stole, żeby umieścić na nim półmisek z bułeczkami.

– Aha – przytaknęła Nastia złośliwie. – I szarmancki. Nie wiem jak ty, Taniu, ale ja już dawno nie słyszałam takich komplementów. Obie jesteśmy młode, a na dodatek inteligentne i piękne. Wasz wspaniały sąsiad ma chyba problemy ze wzrokiem.

– Nie martw się. – Tatiana się roześmiała. – Z jego wzrokiem wszystko w porządku. To raczej ty cierpisz na nadmiar samokrytyki. Zapamiętaj, kochana, że twój gust nie jest wcale normą. Niewykluczone, że w ogóle go nie masz. To, że nie podobasz się sama sobie, wcale nie oznacza, że nie możesz podobać się reszcie ludzi na tej planecie. Jest rzeczą całkiem prawdopodobną, że nasz Timofieicz-Kotofieicz uważa cię za nieziemską piękność. No cóż, skoro sąsiad nas opuścił, wróćmy do naszej sprawy.

Nastia posmutniała. Sprawa, o której wspomniała Tatiana, była jej nie na rękę, ale pochopnie wyraziła zgodę na udział i teraz nie mogła się wycofać. To znaczy mogła, oczywiście, świat by się nie zawalił, ale sumienie jej nie pozwalało. Chodziło o to, że do Tatiany zadzwonił ktoś z telewizji i zaprosił ją do programu poświęconemu kobietom wykonującym typowo męską pracę. Tak właśnie nazywał się program: Kobiety niezwykłych profesji. Tatiana zaczęła się wymawiać, tłumacząc, że kobieta na stanowisku śledczej to całkiem normalne zjawisko i że kobiety stanowią prawie połowę śledczych, więc do programu należy raczej poszukać kobiety zatrudnionej w wydziale kryminalnym, ponieważ pań tam rzeczywiście jak na lekarstwo. Na pytanie, czy wobec tego może kogoś polecić, Tatiana odpowiedziała bez wahania. Nastia Kamieńska była jedyną znaną jej kobietą-oficerem z wydziału kryminalnego. Sprawa skończyła się tym, że Nastia dała się namówić w zamian za obietnicę Tatiany, że ona też weźmie udział w programie. Żadna z nich nie miała ochoty występować na antenie, obie uciekały się do różnych chytrych wykrętów, starając się nie obrazić pracowników telewizji bezpośrednią odmową, ale szefowa programu wykazała się zaciętym uporem, a także niesłychaną przenikliwością i znalazła w końcu sposób, żeby je złamać.

Gdy udzieliły zgody, ustalono termin spotkania na antenie i nie mogły się już wymigać, więc Tatiana zaprosiła Nastię na niedzielny obiad, żeby uzgodnić najważniejsze kwestie.

– Skoro dałyśmy się wciągnąć w tę imprezę – powiedziała – opracujmy wspólną taktykę. Program idzie na żywo, i co najgorsze, w formie telemostu, więc jeśli nie zajmiemy wspólnego stanowiska, za którym się opowiemy, koncepcja autorów przepadnie. Niepotrzebnie stracimy tylko czas.

– Ta-a-ak – wycedziła Nastia z zakłopotaniem. – Telemost to nie przelewki. Gdyby chodziło jedynie o występ na żywo, można by się nie przejmować. O ile wiem, telefony od widzów są teraz niemal zawsze filtrowane, żeby nie marnować czasu na oczywiste głupstwa. Telemostu nie da się jednak całkowicie kontrolować.

Obiad dobiegł końca, Ira sprzątnęła ze stołu i poszła na spacer z rocznym synkiem Tatiany, Griszeńką. Stasow ruszył do sypialni, wymownie szeleszcząc gazetami, a dwie przyszłe bohaterki programu telewizyjnego Kobiety niezwykłych profesji usiadły na kanapie, podwijając pod siebie nogi, i zaczęły układać przebiegłe plany odparcia niespodziewanych i niewykluczone, że głupich pytań. Obie były zdania, że nie istnieje podział na męskie i kobiece zawody, są tylko wrodzone predyspozycje, zdolności oraz pewne cechy charakteru, które pozwalają wykonywać określony rodzaj działalności i uniemożliwiają osiąganie sukcesu w innych dziedzinach. Natura rozdaje je ludziom, nie zważając na ich przynależność płciową. Najważniejsze, żeby podsunąć widzom tę myśl i nie pozwolić, by tracono czas na omawianie tematów w rodzaju „Co pani mąż na to, że może pani zostać wezwana nocą do pracy?”.

– Na pytania tego rodzaju odpowiadamy według przyjętego schematu – zaproponowała Nastia. – Na przykład: „Mój mąż traktuje to w taki sposób, jakby traktowała to żona, gdyby jej męża… I tak dalej”.

– Zgoda. – Tatiana kiwnęła głową i poprawiła ciepły pled, który naciągnęła na nogi. – Musimy unikać dyskusji na temat życia osobistego i dążyć do uogólnień, tak żeby wszyscy wiedzieli, że nie ma konkretnej Nastii detektyw i Tani śledczej, są tylko osoby przyuczone do tej pracy, niezależnie od ich płci.

Iroczka dawno wróciła ze spaceru, dobiegające z sypialni chrapanie Stasowa już przed półgodziną zastąpił szelest przewracanych stron gazet, a Nastia z Tatianą wciąż się naradzały. Zbliżający się występ w telewizji jako taki przestał być tematem ich rozmowy. Obie panie szybko przyjęły role, które w rzeczywistości odgrywały: detektywa i śledczej, i zaczęły opracowywać plan trudnego przesłuchania, kiedy to trzeba przewidzieć wszelkie możliwe sposoby zachowania podejrzanego i przygotować odpowiednie kontruderzenia. To zajęcie było pasjonujące i znane z pracy, więc nawet nie zauważyły, jak zgęstniał mrok i za oknami zapaliły się latarnie. Przerwały dopiero, gdy zadzwonił Czistiakow.

– Mam na ciebie czekać w domu czy jak? – zapytał spokojnie.

– To zależy, co rozumiesz pod określeniem „czy jak”? – natychmiast odparowała Nastia.

– Są dwie możliwości – odparł rzeczowo profesor matematyki. – Albo zostajesz tam na noc, albo przyjadę po ciebie.

– A jakbyś wolał?

– Jechanie po ciebie nie za bardzo mi się uśmiecha, znowu zmarnuję benzynę i nadwyrężę silnik. Poza tym w naszym mieszkaniu panuje straszliwe zimno i nie ma ciepłej wody…

– Wobec tego zostaję.

– W porządku, już jadę.

Nastia odłożyła słuchawkę i zerknęła na zegarek.

– Irusiu, mam czterdzieści minut. Mogę liczyć na kubek kawy i resztki bułeczek?

CZISTIAKOW

Okazuje się, że życie z poczuciem winy nie jest wprawdzie przyjemne, ale możliwe. W końcu czy to on jest winien temu, co się stało? Już dawno należało zrobić remont w mieszkaniu Nastii, więc jedyną rzeczą, którą może sobie zarzucić, jest to, że wcześniej nie wykazał należytego uporu. Wtedy byłoby już po sprawie. Dopiero tego lata udało mu się namówić żonę, żeby przymknęła oczy i przemęczyła się parę miesięcy. Znaleźli ekipę, kupili część potrzebnych materiałów, prace ruszyła pełną parą… A potem, siedemnastego sierpnia, gwałtownie stanęły. I już tydzień później było wiadomo, że odłożonych na remont pieniędzy wystarczy najwyżej na wykończenie kuchni. Najbardziej irytujące było to, że Czistiakow je miał. Jako uczciwy podatnik otworzył konto w Inkombanku, na które przelewano mu honoraria za wydawane za granicą podręczniki i monografie. Ale co z tego? Konta zostały zamrożone, nie można z nich wypłacić ani dolara, ani centa, ani nawet rubla.

I w tym momencie, jak na zawołanie, pojawiło się zaproszenie do Niemiec na trzy tygodnie – żeby poprowadzić cykl wykładów. Wynagrodzenie miało być wypłacone w gotówce, więc po krótkiej rodzinnej naradzie postanowili wykorzystać okazję. Pensji żony milicjantki i męża naukowca, otrzymywanych od państwa, może nie wystarczyć nawet na życie bez remontu, jako że na początku września ceny straciły poczucie rzeczywistości i poszły ostro w górę, zupełnie zapominając o tym, że powinny przynajmniej w minimalnym stopniu odpowiadać sile nabywczej ludności. Wypłacone gotówką honorarium za wykłady pomogłoby im przetrwać parę miesięcy, no a później sytuacja jakoś się wyklaruje.

Jednakże państwo po raz kolejny podłożyło obywatelom nogę. Gdy tylko Czistiakow wyjechał do Niemiec i rozpoczął pierwszy wykład, w kraju ogłoszono, że wszyscy chętni mogą przenieść swoje oszczędności z banków prywatnych do państwowego Sbierbanku. Że niby dzięki temu odzyskają swoje pieniądze, może nie od razu i nie pełną kwotę, ale przynajmniej jakąś część. Procedura wymagała, żeby każdy stawił się osobiście i napisał stosowny wniosek. W ten sposób problem rozwiązał się, zanim się pojawił. Czistiakow nie miał wizy wielokrotnego wjazdu, więc gdyby spróbował wyskoczyć do Moskwy na dwa dni, żeby uratować swoje pieniądze, nie zdołałby wrócić do Niemiec, otrzymanie nowej wizy zajęłoby dwa do trzech tygodni. Tymczasem harmonogram wykładów został ogłoszony, z całego świata zjechali się matematycy i nie wypadało ich prosić, żeby pojechali do domu i wrócili za miesiąc, gdy profesor Czistiakow dostanie nową wizę. Czas mijał, termin wyznaczony przez nasze kochane państwo na rozwiązanie osobistych problemów finansowych się kończył, a Aleksiej Michajłowicz stał za katedrą i płynną angielszczyzną… Zanim wrócił do Moskwy, było już za późno, żeby stawić się w banku i złożyć wniosek.

Krótko mówiąc, los oszczędności wciąż pozostawał niejasny, pewne było jedno: pieniędzy nie ma i w najbliższym czasie nie będzie. Mieszkanie, przypominające raczej zrujnowane gniazdo niż miejsce do życia, przez długi czas pozostanie w takim stanie, a co się wydarzy po Nowym Roku – aż strach pomyśleć. Wyglądało na to, że strach ogarnął nie tylko Aleksieja, ale też Nastię. Żadne z małżonków nie podejmowało drażliwego tematu, teraz jednak, w drodze do domu, Nastia po raz pierwszy zadała pytanie i Czistiakow domyślał się, jaki będzie ciąg dalszy.

– Losza, dużo pieniędzy przelano ci zza granicy do tego cholernego Inkombanku? –ostrożnie zapytała Nastia, mimo że nigdy przedtem nie wtrącała się w finanse męża.

– Łącznie czterdzieści dwa tysiące, jeśli liczyć w dolarach.

– I zamierzasz pójść w styczniu do urzędu skarbowego, żeby wszystko zgłosić?

– No a jak to sobie wyobrażasz? – Czistiakow się uśmiechnął. – Wolę spać spokojnie.

– I będziemy musieli zapłacić jakieś trzydzieści procent od tej kwoty?

– Mniej więcej.

– A skąd weźmiemy pieniądze na podatek, Losza? To przecież czternaście tysięcy dolarów. Aż mi się w głowie kręci, gdy o tym pomyślę.

Aleksiej kątem oka zauważył, że Nastia się skuliła. Przez cały dzień padał deszcz, droga była mokra, więc odwrócił się do żony, dopiero gdy stanął na światłach.

– Aż tak się tym martwisz? – zapytał poważnie.

Nastia kiwnęła głową w milczeniu i wyjęła papierosa.

– Nie przejmuj się, Asieńko, to jeszcze nie tak prędko. W styczniu zgłoszę dochód, ale podatek od niego trzeba będzie zapłacić do połowy czerwca. Poza tym wiem z ubiegłorocznego doświadczenia, że gdy kwota jest duża, można ją rozłożyć na raty.

– Sądzisz, że do lata oszczędności zostaną odblokowane? Nie chce mi się w to wierzyć. – Nastia pokręciła głową. – Losza, czy nikt tam na górze nie wie, co się dzieje? Nie możemy korzystać z pieniędzy, ale musimy płacić podatki. Jak niby mamy je płacić? Z czego?

– Jedno z dwojga. Albo zostanie uruchomiony jakiś mechanizm na taką okoliczność, albo zaczniemy się wyprzedawać. Opchniemy na przykład samochód.

– Dużo za niego nie dostaniemy, jest stary – zaoponowała Nastia. – Są jeszcze prezenty od ciebie – kolczyki, naszyjnik, bransoletka ze szmaragdami. Ale to przecież prezenty, dostałam je na urodziny, z okazji rocznicy ślubu… Mam się ich pozbyć? Nie potrafię.

– Nie myśl o najgorszym, Asieńko, musimy jeszcze dożyć do następnego lata. W rządzie nie siedzą głupcy, nie mogą tego nie rozumieć.

– Nawet jeśli nie głupcy, to na pewno dranie! – rzuciła w uniesieniu.

Czistiakow po raz kolejny poczuł ukłucie winy. Pieniędzy odłożonych na remont i kupno nowych mebli wystarczyłoby akurat na zapłatę tego cholernego podatku, wtedy Aśka nie martwiłaby się i nie zadręczała czarnymi myślami. Boże, mieszkała w tej rozpadającej się kawalerce ponad dziesięć lat, pomieszkałaby jeszcze ze dwa. Kto jednak mógł wiedzieć?

Zarówno przed ślubem, jak i po nim, nie mieszkali stale razem. Instytut, w którym pracował Czistiakow, znajdował się pod Moskwą, tam też mieszkali jego rodzice, więc Aleksiej zostawał w Moskwie tylko wtedy, gdy nie musiał chodzić do pracy. Zdarzały się, oczywiście, wyjątki, gdy przez dwa, trzy tygodnie mieszkał z Nastią, codziennie jeżdżąc tam i z powrotem do Żukowskiego, ale były to tylko pojedyncze przypadki. Teraz jednak czuł się w obowiązku towarzyszyć żonie tam, gdzie mieszkanie było praktycznie niemożliwe, inaczej wyglądałoby to tak, jakby wpakował ją w remont, a gdy pojawiły się kłopoty, uciekł do ciepłego, przytulnego mieszkanka rodziców. Na propozycję przeniesienia się na jakiś czas do rodziców Czistiakowa, Nastia odpowiedziała natychmiastową, ale z góry przewidzianą odmową: „jakiś czas” potrwa nie wiadomo jak długo, a jeździć musiałaby daleko, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że przeważnie późno wraca z pracy.

Teraz musieli chodzić po domu, wysoko podnosząc nogi, żeby nie wpaść na rolki tapet, worki z cementem, puszki farby, opakowania szpachlówki i kartony z płytkami. Ze wszystkich ścian zerwano tapety i skuto kafelki, więc widok nie był budujący. Jedynym miejscem, w którym nie ogarniała ich natychmiastowa zgroza, była kuchnia, udało się bowiem ją wykończyć i zabudować meblami na wymiar. Tam też spędzali cały czas, tylko na noc przenosili się do pokoju i za każdym razem było to jak przejście Suworowa przez Alpy. Szczupła Nastia dosyć zręcznie przeciskała się pomiędzy stosami materiałów budowlanych, masywniejszy Czistiakow ledwie pokonywał owe Alpy, nierzadko z okropnym łoskotem przewracając napotkane stosy. Najgorsze było to, że dwunastego sierpnia, gdy jak to mówią, nic nie zapowiadało katastrofy, a prezydent pewnym tonem oznajmiał, że trzyma rękę na pulsie i nie dopuści do zapaści… no więc w połowie sierpnia Czistiakow wpadł na pomysł, żeby zamówić i opłacić włoskie meble wypoczynkowe, które miały być gotowe w ciągu dwóch miesięcy. Termin właśnie minął i teraz, w połowie października, z dnia na dzień mógł się pojawić kolejny problem w postaci dostawy mebli. Skromne Alpy groziły, że zamienią się w Czomolungmę i nieprzebytą dżunglę. Wszystko to razem wzięte powodowało, że Aleksiej Czistiakow, lat trzydzieści osiem, czuł się okropnie winny.

OBRAZCOWA

Dla Tatiany występ w telewizji był czymś naturalnym. Nieraz udzielała wywiadów i jako pisarka, autorka popularnych kryminałów, i jako śledcza, gdy proszono ją o komentarz do jakiejś głośnej sprawy, nad którą pracowała. Tymczasem Nastia miała się znaleźć przed kamerami po raz pierwszy, więc bardzo się denerwowała.

Charakteryzatorki troskliwie się nimi zajęły i Nastia wyglądała wręcz olśniewająco.

– Aż trudno panią poznać! – Szefowa programu klasnęła w ręce na widok Kamieńskiej, gdy ta wstała od stołu do makijażu. – Gdybym sama pani tutaj nie przyprowadziła, uznałabym, że to ktoś inny.

– Cieszę się. – Nastia się uśmiechnęła. – Kobiet w wydziale kryminalnym jest niewiele, więc to raczej niewskazane, żeby cały kraj znał ich twarze.

Pracownica telewizji znieruchomiała na chwilę, po czym kiwnęła głową ze zrozumieniem i roześmiała się.

Ulokowano je w studiu na twardych, niewygodnych krzesłach umieszczonych wokół równie niewygodnego okrągłego stołu, na którym znajdowała się butelka jakiegoś bezalkoholowego napoju i trzy wysokie szklanki ozdobione reklamą sponsorów programu. Zręczni asystenci szybko owinęli Tatianę i Nastię kablami mikrofonowymi i poprosili, żeby nie wykonywały gwałtownych ruchów, bo mogą się zsunąć. Widzów w studiu było około setki, wszyscy bezceremonialnie gapili się na dwie bohaterki programu. Po lewej wisiał olbrzymi ekran, na razie jeszcze niewłączony, na którym miał się pojawić obraz tego, co będzie się działo po drugiej stronie telemostu, na Nowym Arbacie.

– Odpręż się, Nastiu – powiedziała Tatiana półgłosem. – To nie boli.

– Łatwo ci mówić – wybąkała Nastia. – Boję się, że palnę jakieś głupstwo i cały kraj je usłyszy. Najem się tylko wstydu i nie będę miała życia w pracy. I po co ja się zgodziłam?! Ależ ze mnie kretynka! Siedziałabym sobie teraz w domu i oglądała cię w telewizji. Cicho i spokojnie.

– No to siedź cicho i spokojnie – poradziła bardziej doświadczona Tatiana. – Nikt ci nie zrobi krzywdy ani cię nie wyszydzi.

Prezenter programu przysiadł się do nich, rozległo się wołanie asystenta: „Trzydzieści sekund!”, i Tatiana mrugnęła wesoło do Nastii.

– Wszystko w porządku? – zapytał prezenter rzeczowo. – Jesteście panie w bojowych nastrojach?

– Ależ skąd. – Tatiana obojętnie wzruszyła ramionami. – Z kim miałybyśmy toczyć bój? Nie przyszłyśmy przecież do pracy.

– Słusznie, Tatiano Grigorjewna – przyznał. – Tutaj nie macie wrogów. A pani, Anastazjo Pawłowna, jak się czuje?

– Normalnie, dziękuję.

– W takim razie za dziesięć sekund wchodzimy na antenę. Są panie gotowe?

Równo dziesięć sekund później na monitorach pokazała się czołówka programu.

– Dzień dobry, drodzy przyjaciele – odezwał się żywo prezenter. – Oleg Małachow wita was w programie Kobiety niezwykłych profesji. W ten słoneczny sobotni dzień zebraliśmy się w studiu, żeby porozmawiać o czymś słonecznym i radosnym, rzecz jasna. A co jest najradośniejsze i najjaśniejsze w naszym życiu? Oczywiście kobiety. Bo niosą w sobie miłość i macierzyństwo. Dzisiaj jednak porozmawiamy o kobietach, które wykonują typowo męskie zajęcia. Razem z widzami w studiu o problemie dyskutować będą moskwianie i goście stolicy, przechadzający się w tym czasie po Nowym Arbacie. Właśnie tam ustawiliśmy dzisiaj kamery i tam znajduje się nasz drugi prezenter Dmitrij Korzun. Jest pan gotów, Dmitriju?

Na dużym ekranie pojawiła się sympatyczna twarz drugiego prezentera.

– Dzień dobry. Tak, jesteśmy gotowi.

Tuż za Korzunem Tatiana zobaczyła znajomy szyld Jołki-pałki. Przedtem była tutaj kawiarnia Wałdaj, później chińska restauracja Palma. Początek Nowego Arbatu. Wokół prezentera zgromadził się spory tłumek, ale to wcale nie oznaczało, że wszyscy zechcą zadać pytania. Stanie i przyglądanie się to zupełnie co innego niż aktywne uczestnictwo.

– A zatem gościmy dzisiaj kobiety niezwykłych profesji – ciągnął prezenter w studiu. – Starsza śledcza, major milicji Tatiana Grigorjewna Obrazcowa, i starsza oficer wydziału kryminalnego, podpułkownik milicji Anastazja Pawłowna Kamieńska.

Tatiana skinęła głową i ze zdziwieniem zauważyła, że Nastia uśmiecha się czarująco. Mądrala, pomyślała z aprobatą, wzięła się w garść.

Pierwsze dziesięć minut rozmowy minęło spokojnie, pytania zadawał przeważnie Małachow, sala nie była jeszcze rozgrzana i nie wykazywała szczególnego zainteresowania. Nastia i Tatiana odpowiadały po kolei, były przygotowane na te pytania. Najważniejsze, żeby nie wdawać się w dywagacje na swój temat, ale wciąż podkreślać, że między mężczyznami i kobietami nie ma żadnych różnic, z wyjątkiem czysto biologicznych.

– Skąd wziął się pomysł na pracę w milicji?

– Pewnego pięknego dnia ta myśl przyszła mi do głowy, tak jak przychodzi do głowy młodym chłopcom i mężczyznom.

– Jak tę decyzję przyjęli pani rodzice?

– No cóż, w czasach, gdy wybierałam zawód, trudno było znaleźć rodziców przeciwnych takiemu wyborowi. Pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych pracę w milicji traktowano jako zaszczytną i prestiżową.

– Nie bała się pani?

– Kogo? – Oczy Tatiany zaokrągliły się ze zdumienia.

– Jak to kogo? Przestępców.

– Przestępców boją się wszyscy na całym świecie. To normalne. Nie może być inaczej.

– A więc bała się pani przestępców, mimo to wybrała ten zawód…

– Panie Olegu, tego rodzaju strach ma niewiele wspólnego z wyborem zawodu. Każdy wie, że jeżeli uderzy autem w betonową ścianę, najpewniej umrze. Innymi słowy, wypadek samochodowy prawie zawsze prowadzi do okaleczenia lub śmierci. Nie ma osoby, która by o tym nie wiedziała. Mimo to mnóstwo ludzi decyduje się na zawód kierowcy. Sądzi pan, że nie boją się śmierci? Oczywiście, że się boją. Podobnie ma się sprawa z lekarzami: są świadomi chorób, które są dzisiaj nieuleczalne. Każdy może na nie umrzeć, lekarz też, nikt nie jest bezpieczny. Tak czy inaczej, wszyscy wiemy, że prędzej czy później umrzemy. Więc co, mamy w ogóle nie żyć?

Małachow się zmieszał, nie spodziewał się tak logicznego wywodu i nie miał pojęcia, jak powinien zareagować, więc zwrócił wzrok ku sali, szukając na niej ratunku. Miał szczęście, gdzieś ze środka podniosła się ręka.

– Widzę, że mamy pytanie z sali. Proszę wziąć mikrofon.

– Zna pani jakieś sztuki walki? – zapytał barczysty, umięśniony chłopak, podejrzanie przypominający zapaśnika.

– Ja – nie – odparła Tatiana, napotykając pełne wyrzutu spojrzenie Nastii. Racja, przecież się umówiły, że nie będą sprowadzać rozmowy na prywatne tory. Musi się poprawić. – Sztuki walki są przydatne tym, którzy zatrzymują przestępców, śledczy to całkiem inny zawód.

– A pani, Anastazjo Pawłowna? – zapytał prezenter. – Pani chyba przeprowadza zatrzymania, jeśli się nie mylę?

– Myli się pan. – Nastia uśmiechnęła się promiennie. – Zatrzymanie to już ostatni, najłatwiejszy etap. Najpierw trzeba przestępcę namierzyć, odgadnąć, kim jest, a potem go znaleźć. To właśnie moje zadanie.

Sala się ożywiła. Widzowie w studiu nie byli bynajmniej głupi, nie nabrali się na chytrą sztuczkę. Padło pytanie, jedna z zaproszonych kobiet odpowiedziała, natomiast druga nie, w dodatku zamiast odpowiedzi usłyszeli coś niespodziewanego, coś, o czym przedtem w ogóle nie pomyśleli. A przecież rzeczywiście… W głowach obecnych zaczęły się kłębić myśli: o co by jeszcze zapytać, żeby usłyszeć coś nowego i ciekawego, a nie banalny wykręt?

– Mam pytanie do podpułkownik Kamieńskiej. Powiedziała pani, że zna pięć języków obcych. Często ma pani do czynienia z przestępcami zza granicy?

– Bardzo rzadko.

– W takim razie po co pani znajomość pięciu języków?

– To rodzaj gimnastyki umysłowej. Wywiadowca nie ma prawa być tępy. Chyba że jest pan innego zdania?

Pytania posypały się jedno za drugim. Do dyskusji włączyli się też widzowie z Nowego Arbatu, program się rozkręcił i nabrał rumieńców. Nastii i Tatianie udało się parę razy dowcipnie zażartować i wywołać salwy śmiechu zarówno w studiu, jak i na ulicy. Trzy minuty przed końcem widz z Nowego Arbatu zwarł się w śmiertelnym starciu z widzem ze studia, oskarżając go o męski szowinizm i antykonstytucyjne tłumienie indywidualności kobiety.

W tej samej chwili nad głową „feministy” z Arbatu pojawił się transparent z odręcznym napisem:

„SKORO JESTEŚ TAKA MĄDRA, ZGADNIJ, GDZIE SPOTKASZ ŚMIERĆ”.

Prezenter znieruchomiał z otwartymi ustami. Pierwsza oprzytomniała Nastia. Wyrzuciła rękę w górę i zawołała głośno:

– Korzun! Niech pan wezwie milicję! Szybko! Zatrzymajcie go!

Tatiana zesztywniała, po jej ciele rozlewał się martwy chłód. Do kogo zaadresowano te słowa? Do Nastii? Czy do niej, Tatiany? Co to jest: głupi żart czy poważne ostrzeżenie? Miała wrażenie, że ogłuchła ze strachu, bo nie słyszała histerycznych krzyków w studiu, mimo że wyraźnie widziała otwierające się usta i gwałtownie gestykulujące ręce.

Małachow wreszcie się ocknął, do końca programu pozostały niecałe dwie minuty, więc spróbował ratować sytuację.

– Szanowni telewidzowie, mamy teraz wyjątkową okazję, by zobaczyć, jak doświadczone funkcjonariuszki milicji, zetknąwszy się z niespodziewanym chuligańskim wybrykiem, właśnie stąd, z naszego studia, będą kierować zatrzymaniem. Proszę o ciszę na sali! Niech wszyscy uczestnicy programu wrócą na swoje miejsca i przestaną hałasować! Dima! Korzun! Co tam się u was dzieje?

Obraz na dużym ekranie kołysał się na boki, widocznie kamera wędrowała wśród tłumu. Tatiana w milczeniu patrzyła na ekran i obojętnie myślała: Doświadczone funkcjonariuszki milicji… Pogubiłam się, wystraszyłam, nie potrafię nawet logicznie myśleć, a co dopiero wydawać poleceń i kimś kierować. Brawo, Nastiu, nie straciłaś twarzy. Czemu oni przeciągają to widowisko? Co chcą osiągnąć? Trzeba przerwać program.

Obraz na dużym ekranie znieruchomiał, widocznie operator zdołał odzyskać swoją kamerę. Pojawiła się twarz Korzuna.

– Udało nam się zatrzymać mężczyznę z transparentem, zaraz operator pokaże go z bliska…

Kamera odjechała w bok i uchwyciła postaci zwalistych mężczyzn, którzy popychali między sobą jak szmacianą lalkę mniej więcej piętnastoletniego chłopaka z pryszczatą twarzą i obłąkanymi oczami. Tatiana zaczęła się dusić ze śmiechu. Była to oznaka nadchodzącej histerii. Boże, jakiś smarkacz… To oczywiście głupi żart. Dziecięcy wygłup. A ja się przelękłam, uwierzyłam. Strach ma jednak wielkie oczy.

Korzun podsunął chłopakowi mikrofon.

– To ty stałeś z transparentem? – zapytał nerwowo.

– Coście się przyczepili? – płaczliwie wyjęczał nastolatek.

Pozostawała minuta, wskazówka sekundnika na tarczy zegara wiszącego w studiu rozpoczęła ostatni obrót.

– To on, widzieliśmy! – rozległy się głosy z tłumu.

– Powiedz, dlaczego to zrobiłeś? – znowu zapytał Korzun. – Po co zrobiłeś ten napis?

– To nie ja…

– Ale to ty go pokazywałeś?

– No… puśćcie…

Chłopak podjął nieskuteczną próbę uwolnienia się, ale od razu dostał po karku od jednego z trzymających go mężczyzn.

– Po co pokazywałeś transparent?

– Ktoś mnie poprosił…

– Kto?

Trzydzieści sekund. Dwadzieścia dziewięć. Dwadzieścia osiem. Nagle Tatiana zapragnęła, żeby wskazówka stanęła. Obudziła się w niej profesjonalistka. Sytuacja jest wyjątkowa, prezenter ma rację. Jej osobliwość polega na tym, że chłopak, złapany za rękę na miejscu przestępstwa, musi składać zeznania przed olbrzymim tłumem i przed kamerami, na oczach całego kraju. Czy to wpłynie na mechanizm kłamstwa? Czy smarkacz będzie szedł w zaparte, wymyślając nieprawdopodobne usprawiedliwienie swojego czynu, połechtany sławą, która nagle się na niego zwaliła? Czy może od razu się załamie i powie prawdę?

Dwadzieścia pięć sekund.

– Kto cię poprosił, żebyś pokazał transparent? Kto ci go dał? – powtórzył pytanie Korzun.

– Jedna baba. To znaczy kobieta…

– Jaka?

– A skąd mam wiedzieć? Puśćcie… Dała mi pieniądze i powiedziała, żebym pokazał transparent, bo ona jest chora i nie rady przecisnąć się przez tłum.

Dziesięć sekund.

– Drodzy telewidzowie, czas naszego programu dobiega końca, ale na pewno poinformujemy państwa, jak się skończyła ta historia. Nasze następne spotkanie odbędzie się w sobotę, dwudziestego czwartego października. Oglądajcie nas o tej samej porze. Do zobaczenia.

Duży ekran zgasł, na monitorach pojawiły się napisy końcowe. Widzowie w studiu siedzieli jak skamieniali, nikt nie wstał. Tylko asystenci podbiegli do stołu na scenie, by uwolnić Nastię i Tatianę od mikrofonów.

– Czy to była gra? – zapytała Tatiana. – Prowokacja?

– Ależ skąd! – oburzył się prezenter. – Komu przyszłyby do głowy takie głupie żarty?

– A więc chłopak jest prawdziwy? – doprecyzowała Nastia. – I transparent też?

– Przysięgam, że to nieprzewidziany wypadek. Same panie rozumiecie, telemost, prospekt. Jest tam, oczywiście, ochrona, ale wszystkiego nie da się przewidzieć…

– Ma pan łączność z Korzunem?

– Owszem. Co mu powiedzieć?

– Niech znajdzie jakichś milicjantów, naświetli im sytuację i poprosi o pomoc. Chłopaka należy tutaj przywieźć. Natychmiast. Zrozumiał pan?

Tatiana mówiła twardym głosem. Była rozgniewana, nie mogła sobie wybaczyć nagłego, paraliżującego strachu.

– Dobrze, zrozumiałem, Tatiano Grigorjewna, zaraz się z nim połączę.

Małachow się oddalił, Tatiana i Nastia zostały same. Nikt nie zwracał na nie uwagi, widzowie powoli opuszczali studio, obrzucając bohaterki programu spojrzeniami na poły współczującymi, na poły szyderczymi. Zobaczyli, że się przestraszyłam, uznała Tatiana. Wszystkiego się domyślili. Też mi kobieta niezwykłej profesji! Co za wstyd. A zresztą, niech ich diabli.

– Trzymasz się? – zapytała Nastię.

– Z trudem. – Nastia spróbowała się uśmiechnąć, ale wargi jej nie słuchały.

– Przestraszyłaś się?

– No pewnie! Okropnie!

– Ja też – wyznała Tatiana. – To ci paskudny smarkacz! Jak sądzisz, kłamie na temat kobiety?

– Nie wiem… Jest za głupi na taki wybryk. Trzeba go przecież wymyślić. No i ten tekst…

– Co z nim?

– Żadnego błędu. Dzisiaj raczej ze świecą szukać nastolatka, który pisze poprawnie. A tutaj ortografia w porządku, przecinki na swoim miejscu. I charakter pisma, Taniu. Nie należy do chłopaka.

Tatiana kiwnęła głową potakująco. Napis na plakacie został zrobiony odręcznie, czarnym flamastrem na dużym kawałku tektury, oderwanym od jakiegoś kartonu. Pryszczaty młokos, podekscytowany i zachwycony własną bezczelnością, raczej nie zdołałby tak starannie i równo wykaligrafować wszystkich liter.

Małachow wrócił niebawem, twarz miał zatroskaną.

– Połączyłem się z Korzunem. Przyjechali już milicjanci z dzielnicowego komisariatu.

– Zgodnie z regulaminem. – Tatiana się uśmiechnęła. – Przynajmniej w tej kwestii dopisało nam szczęście.

– Okazało się, że oglądali program w dyżurce – wyjaśnił prezenter. – Gdy tylko zaczęło się zamieszanie, od razu pognali na miejsce. Przywiozą tutaj chłopaka. Powołałem się na panią, Tatiano Grigorjewna, powiedziałem, że pani prosiła.

– Czyżby się opierali?

– Chcieli go zabrać do swojego komisariatu.

– Słusznie, zgodnie z procedurą. Chłopak na komisariat, a my z Anastazją Pawłowną do nich w gości. Nie na odwrót.

– Tak, tak, oni też to powtarzali, ale powiedziałem, że jeżeli chłopak będzie się wypierał, to tutaj, w Ostankinie, pokażemy mu nagranie. Na taśmie widać, że to właśnie on trzymał plakat.

– Naprawdę? – zdziwiła się Nastia. – Szczerze mówiąc, widziałam tylko ręce i kawałek tektury, a nie twarz.

– Ja też niczego nie widziałem. – Małachow się roześmiał. – Ale powiedzieć przecież można.

– Jest pan bystry –oszczędnie pochwaliła go Tatiana. – Ma pan pomieszczenie, w którym mogłybyśmy z Anastazją Pawłowną zaczekać, aż przywiozą chłopaka, a później z nim porozmawiać?

– Coś się znajdzie – obiecał. – Proszę za mną.

Piętnaście minut później znaleźli odpowiednie pomieszczenie. Tatiana usiadła w fotelu i wyciągnęła nogi, a Nastia ulokowała się przy stole i przysunęła sobie popielniczkę. Palce, w których trzymała papierosa, drżały i Tatiana, patrząc na nie, znowu pomyślała o swoim strachu.

– Nigdy nie sądziłam, że tak łatwo dam się wyprowadzić z równowagi – powiedziała w zadumie. – Dawniej byłam inna. Widocznie się starzeję.

– Ależ skąd – zaoponowała Nastia łagodnie. – Po prostu masz teraz więcej do stracenia. Dawniej byłaś bezdzietna, więc mogłaś sobie pozwolić na luksus, żeby się nikogo i niczego nie bać. A teraz musisz się bać i o syna, i o siebie, bo dziecko nie powinno dorastać bez matki.

– Jeżeli masz rację, to powinnam odejść z pracy. Nie przypuszczałam, że macierzyństwo uczyni ze mnie osobę nieprzydatną do zawodu – z gorzkim uśmiechem stwierdziła Tatiana.

– Nie mów głupstw, Taniu. Jesteś wspaniałą śledczą, przypomnij sobie, jakich bandziorów przypierałaś do muru. Masz jasny i przenikliwy umysł, jesteś uparta, skrupulatna i…

– Słaba. Nie nadaję się już do tej pracy. Dobrze, że zrozumiałam to dzisiaj, póki jeszcze nic złego się nie stało. Zawsze lepiej odejść w porę.

– No i co?! – niemal krzyknęła Nastia. – No i co takiego dzisiaj się stało? Ktoś cię wystraszył, wpadłaś w panikę. Mnie też wystraszył, ja też się przelękłam. Strach to normalna reakcja, silni psychicznie ludzie czują strach w określonych sytuacjach. Coś ty sobie uroiła?

Tatiana milczała. Nagle sobie przypomniała, że po programie nie włączyła telefonu komórkowego, który miała w torebce. Mąż dał go jej dzisiaj w drodze wyjątku. Irka pewnie oglądała program i teraz trzęsie się ze strachu, zamartwia się o nią. Stasow prawdopodobnie też. A ona nawet o nich nie pomyślała. Strach całkowicie odebrał jej rozum. O tym właśnie próbuje powiedzieć Nastii. Oto co jest najważniejsze. Wyjęła telefon, włączyła go, uważnie wpatrując się w małe klawisze, żeby się nie pomylić podczas wybierania numeru.

– Strach to rzecz normalna, tutaj masz rację – powiedziała cicho do Nastii. – Ale ty poradziłaś sobie z nim niemal natychmiast. A ja nie. Na tym polega problem. Jeżeli strach działa mobilizująco, to wszystko w porządku. Ale jeżeli uniemożliwia myślenie i paraliżuje umysł, praca na stanowisku śledczej jest wykluczona.

Nastia zgasiła papierosa, podeszła do przyjaciółki, przykucnęła przed nią i pogłaskała jej miękkie, pulchne dłonie z nienagannym manikiurem.

– Nie przesadzasz, Taniu? Minęło zaledwie pół godziny, a ty już całkiem trzeźwo rozumujesz. Chyba sobie z tym poradziłaś, prawda?

Tatiana mocno ścisnęła palce Nastii na znak podziękowania za współczucie.

– Pół godziny to dużo. To katastrofalnie dużo, Nastiu. Śledczy nie mają do tego prawa. Pół minuty to maksimum, na które mogłabym sobie pozwolić. To i tak dużo. Pięć do dziesięciu sekund, nie więcej. Zresztą nie muszę ci tego tłumaczyć, sama doskonale wiesz. Nie mówmy już o tym. Zaraz przywiozą chłopaka. Zastanówmy się, co z nim zrobić.

– Obić mu gębę. – Nastia się roześmiała. – Na nic więcej na razie nie zasłużył, a…

Nie zdążyła dokończyć, bo drzwi otworzyły się szeroko. Pierwszy wszedł Dmitrij Korzun, w ślad za nim pojawił się funkcjonariusz z Okręgu Centralnego, Siergiej Zarubin. Nie dalej jak trzy miesiące temu pracował razem z Nastią nad sprawą zabójstwa ważnej bizneswoman.

– Dzień dobry – powiedział uradowany. – Nie minął nawet rok, Nastiu Pałna[1].

– Cześć, Sieriożyk. – Nastia cmoknęła go w policzek, lekko się przy tym nachylając, bo Zarubin był od niej niższy o dobre pół głowy. – Pewnie przywiozłeś mi chłopaka.

– A jakże. Ale właściwie niepotrzebnie ciągnąłem go do ciebie przez pół Moskwy. Pożytku z niego tyle, co kot napłakał.

– Niby czemu?

– Przez całą drogę się mazgaił, jęczał i trząsł portkami. Jest słaby i głupi. Myślał, że łatwo zgarnie sto baksów, ucieszył się, ale gdy go wepchnięto do suki i przykuto do mnie kajdankami, żeby przypadkiem nie uciekł, no i powieziono nie wiadomo dokąd, to zaczął śpiewać baranim głosem. Ze strachu nie może przypomnieć sobie własnego imienia, a co dopiero kobiety, która rzekomo dała mu plakat i pieniądze. Jeszcze ze dwie godziny trzeba go będzie cucić.

– Ocucimy. Sierioża, poznaj starszą śledczą Tatianę Grigorjewnę Obrazcową.

Tatiana słuchała ich rozmowy, nie wstając z fotela. Nie dlatego, że była nieuprzejma czy wyniosła. Naprawdę chciała wstać. Ale nie dała rady. Nogi jej nie słuchały, w głowie się kręciło. Tak, nie ma żadnej wątpliwości, musi odejść, póki nie jest za późno. Nie nadaje się już do tej pracy…

– Taniu, to Siergiej Zarubin. Dobry wywiadowca, jeżeli interesuje cię moje zdanie.

Tatiana niemal nadludzkim wysiłkiem poderwała się z fotela, usiłując się nie zatoczyć wskutek silnego zawrotu głowy, i wyciągnęła rękę do Zarubina.

– Bardzo mi miło. No to zaczynajmy. Niech pan przyprowadzi tego łobuza.

Cokolwiek postanowi, zawsze należy doprowadzać do końca wszystkie sprawy. Sama kazała przywieźć tutaj chłopaka. Nie może stracić twarzy. W końcu jest jeszcze śledczą. Na razie...

[1] Nieformalny skrót patronimiku „Pawłowna” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Rozdział 2

KAMIEŃSKA

– A więc próba zostania gwiazdą telewizji zakończyła się fiaskiem – skonstatował posępnie Czistiakow, otwierając jej drzwi. – Dowiedzieliście się, co to za gierki?

– I tak, i nie. – Nastia westchnęła. – Jak dasz mi jeść, to ci powiem.

Ale zaczęła opowiadać, nie czekając na kolację. Potrzebowała trzeźwego spojrzenia na sytuację, niezmąconego nagłym strachem oraz późniejszym gniewem i nienawiścią do smarkacza, który zapragnął zarobić sto dolarów w ciągu trzech minut.

Smarkacz, który się nazywał tak jak bohater opowiadania Czechowa – Wania Żukow, opowiedział mało wiarygodną historyjkę, ale żadne inne prawdopodobne wyjaśnienia nie przychodziły do głowy. Chłopak spacerował Nowym Arbatem, a mówiąc bez ogródek, szwendał się bez celu, zabijając czas. Sobota, w szkole nie ma zajęć, a lekcje można odrobić jutro. O dziwo, Wania Żukow był pilnym uczniem i nie miał kłopotów w nauce, tak w każdym razie twierdzili jego rodzice. No więc przeszedł się trochę, zjadł loda, później uraczył się butelką piwa i skonsumował hamburgera na świeżym powietrzu w chłodnym październikowym słońcu, a tu raptem podchodzi do niego jakaś kobieta w nieokreślonym wieku i o niekreślonym wyglądzie. I proponuje sto baksów za nic. Widzisz o-o-o tamten tłum? To telewizja. Trzeba wziąć ten kawałek kartonu, przecisnąć się w pobliże kamer i unieść go nad głową, żeby wszyscy widzowie przed telewizorami go zobaczyli. I po robocie.

Wyobrażacie sobie, co dla piętnastoletniego chłopaka znaczy sto dolarów? Według obecnego kursu to miesięczne wynagrodzenie Nastii. Półtora tysiąca, jeśli liczyć w rublach. Ona, podpułkownik milicji z wyższym wykształceniem i szesnastoletnim stażem, starszy oficer, dostaje tyle za miesiąc pracy, która, nawiasem mówiąc, łączy się z dużym ryzykiem. A tutaj pięć minut i żadnego ryzyka. To oczywiste, że Wania się zgodził. Każdy chłopak w Moskwie, a nawet w całej Rosji, zrobiłby to samo na jego miejscu. Na plakacie jest groźny napis? Ale to przecież tylko słowa, nie chodzi o podłożenie ładunku wybuchowego na dworcu. Ludzie mówią i piszą różne rzeczy. A sto dolarów – oto one, w palcach kobiety, szeleszczą na wietrze, można ich dotknąć, można je wziąć i włożyć do swojej kieszeni.

– Dlaczego powiedziałaś, że kobieta była w nieokreślonym wieku i o nieokreślonym wyglądzie? – zapytał czujnie Aleksiej.

– Bo nasz Wania jest jeszcze za młody, żeby trafnie określić wiek kobiety. Wnioskując z tego, jak opisał jej ubranie, jego zleceniodawczyni nie należy do osób zamożnych, jest brudna i obszarpana. Z uzębieniem też niewesoło, są duże braki. A skoro tak, to najprawdopodobniej jest pijaczką albo bezdomną nędzarką. Taka kobieta nawet w wieku dwudziestu ośmiu lat może wyglądać na pięćdziesiąt – wyjaśniła Nastia.

– Skąd więc miała sto dolarów? – zdumiał się Losza.

– Ano miała. Albo Wańka, skończony drań, wszystko wymyślił, albo to nie jej pieniądze, ona jest tylko ogniwem pośrednim.Za plakatem stoi ktoś trzeci. I to właśnie najbardziej mnie niepokoi. Lepiej, gdyby się okazało, że Żukow kłamie. Wyobraź sobie, Losza, że on naprawdę miał w kieszeni sto dolarów. Skąd je wziął? Rodzice zapewniają, że syn nigdy nie miał takich pieniędzy. Dawali mu, oczywiście, kieszonkowe, ale nie tyle. Skoro nie było żadnej kobiety, to trzeba się dowiedzieć, skąd chłopak ma pieniądze. Zdaje się, że jestem pozbawiona kręgosłupa moralnego, Losza, ale niech się okaże, że on je ukradł albo wygrał na loterii, albo dostał za jakąś szemraną przysługę. Wtedy zyskam pewność, że nie było żadnej kobiety, i zasnę spokojnie. Bo jeśli kobieta była i dała Wańce sto dolarów, to znaczy, że tamten trzeci to ktoś poważny. Sto baksów dla chłopaka, jeszcze ileś tam dla kobiety za pośrednictwo, po co to wszystko? Żeby nastraszyć dwie pracujące w milicji kobiety. Zwyczajnie nastraszyć. Zażartować, by tak rzec. W żadnym wypadku niewarta skórka wyprawki. A wnioski, które z tego płyną, w ogóle mnie nie bawią.

– Dobrze, przeanalizujmy je. – Aleksiej ochoczo kiwnął głową. – Po pierwsze: ten żartowniś to zwariowany milioner. Lubi stroić żarty, ale jego czarny humor nie pociąga za sobą groźnych skutków. Facet ma kupę forsy i się z nią nie liczy. Taki wniosek jest ci na rękę?

– Owszem – przyznała Nastia. – Mogę dokładkę?

– Pewnie.

Nastia nałożyła sobie kolejną porcję kalafiora. Przez chwilę się zawahała, wpatrując się w samotny kotlet na patelni, później starannie odkroiła widelcem połowę i natychmiast wsunęła sobie do ust.

– Jestem lojalna – wyjaśniła, siadając na swoim miejscu. – I uczciwa, bo przecież mogłam zjeść cały kotlet za twoimi plecami.

Czistiakow uśmiechnął się, wyciągnął ręką w stronę kuchenki, zdjął patelnię i nałożył żonie na talerz resztę kotleta.

– Jedz, moja ty uczciwa żono, w lodówce jest pełna miska farszu, mogę jeszcze usmażyć. Drugi wniosek nie budzi żadnych wątpliwości. Skórka jest najwyraźniej warta o wiele więcej, niż ty i Tatiana przypuszczacie. Masz trzeci wniosek?

– Nie. Drugi wniosek rodzi pytania: która z nas, Tania czy ja, jest ową skórką?

– A jakbyś wolała?

Nastia westchnęła. Jakby wolała? Wolałaby, żeby wszystko okazało się żartem szalonego idioty milionera. Ale jeśli tak nie jest… Kogo on tak naprawdę chciał przestraszyć?

W milczeniu zmyła naczynia, przysunęła krzesło do okna i usiadła, opierając się łokciami o parapet. Zrobiło się całkiem ciemno. Na ulicy panuje głucha noc i nic nie przypomina, że to sobotni wieczór, nawet samochodów jest dziwnie mało. Można odnieść wrażenie, że Moskwa zamarła, wstrzymała oddech i czeka na coś ze strachem. Nic w tym zresztą szczególnego, w obecnej sytuacji nie wiadomo, co się wydarzy nie tylko jutro, ale też za godzinę. Włączając telewizor, nikt dzisiaj nie może być pewien, że nie usłyszy jakiejś strasznej wiadomości, na przykład o zakazie obrotu dewizami albo o podniesienia kursu dolara do nowej, niebotycznej wysokości. Albo o jakimś nieszczęściu, które spotkało prezydenta. Podobno z jego zdrowiem ostatnio nie najlepiej. Jeżeli ogłoszone zostaną wybory nowego prezydenta, to zacznie się takie zamieszanie, że nikt nawet nie pomyśli o nieszczęsnej ekonomii. Co znaczy jakiś kryzys w sytuacji, gdy trzeba przejąć władzę? A ludzie muszą egzystować, spinać swój skromny budżet, by przeżyć do wypłaty, muszą podejmować ważne decyzje. Jak mają je jednak podejmować, skoro nie wiadomo, co się wydarzy za godzinę? Wszyscy się przyczaili, pochowali do swoich norek i czekają.

Ona, Nastia Kamieńska, też czeka. Bo na razie nie potrafi odgadnąć, gdzie spotka ją śmierć.

PIERWSZA OFIARA

To dopiero oszołom! Kompletny oszołom, a nie facet. No i czego on ode mnie chce? Owszem, ofiarował mi pieniądze, dzięki mu za to. Chociaż lubię sobie dziabnąć, nie jestem jednak nałogową alkoholiczką i nie przepiłam jeszcze rozumu, więc wiem, że nie dał mi zarobić, ale zwyczajnie podarował te pieniądze. A raczej grubą forsę! No bo co to niby za praca? Znaleźć smarkacza i wsunąć mu sto zielonych razem z kawałkiem tektury. Mogłabym to robić tysiąc razy dziennie za samą szklankę wódki, tymczasem on odpalił mi tyle, że mózg staje. Mówię przecież, że to oszołom.

Żeby jeszcze podarował tylko dolary. Mało to ludzie mają dziwactw? Gdy pracowałam na kolei, był tam jeden taki, też oszołom. To znaczy psychiczny. Jak dostawał napadu, to za wszystko, co miał, kupował wódkę i rozdawał ją za darmo. „Masz – mówił – Michałna[2], wypij za moje zdrowie”. I wtykał mi całą butelkę. Zresztą nie tylko mnie. Ile butelek kupił, tylu znajomych uszczęśliwiał, sobie nic nie zostawiał. Był niepijący, dacie wiarę? Nie brał alkoholu do ust, dosłownie ani grama, a nam kupował. Bywają tacy pomyleńcy…

Ale ten oszołom chyba naprawdę jest niespełna rozumu. Znalazłam smarkacza, skaptowałam go do zadania, wróciłam i mówię, że tak i tak, twoje zlecenie, dobry człowieku, zostało wykonane. A on mnie łaps pod rękę, jak wielką damę, i ciągnie zaułkami w stronę Starego Arbatu. „Musimy pogadać, Michałna – mówi. – Pociesz moje zbolałe, pogrążone w bezbrzeżnym smutku serce. Zjedz ze mną dzisiaj kolację. Wiedz jednak, że jestem przyzwoitym człowiekiem, nie nawykłem wycierać się po klatkach schodowych, bramach czy dworcach, jadam wyłącznie smaczne posiłki w komfortowych warunkach. I dlatego, Michałna, biegnij się umyć. Zaraz, a może jesteś bezdomna?”. Aż mnie zatkało ze złości. Ja bezdomna? Nie jestem kloszardką bez dachu nad głową, mam własne jednopokojowe mieszkanie. A w nim nawet łazienkę z gorącą wodą. Z mydłem, co prawda, nie jest za ciekawie...

Mężczyzna jakby czytał w moich myślach, uśmiechnął się pod nosem i mówi: „Nie gniewaj się, Michałna, zapytałem bez zastanowienia, język mnie zaświerzbił. Masz tutaj pieniądze, kup sobie normalne mydło i wyszoruj się dokładnie, tak żeby ci skóra błyszczała. Jak się umyjesz, wróć tutaj, ja tymczasem kupię ci ubranie, bo w tych łachach nie możesz usiąść ze mną przy stole. Patrząc na ciebie, niczego nie przełknę i dostanę mdłości”. Już miałam ponownie się obrazić. Czemu on się czepia mojego ubrania? Noszę je już piąty rok i chociaż go w ogóle nie zdejmuję, nic się z nim nie dzieje. Chwilę później doszłam jednak do wniosku, że nie pora na pokazywanie urażonej dumy, bo facet jeszcze się rozmyśli w kwestii kolacji. Niech kupi nowe ubranie, włożę je ten jeden raz, a jutro opchnę i będę miała za co tankować. Ojej, co ja plotę? Teraz mam przecież kupę forsy, przez rok jej nie przepiję, zwłaszcza że nie jestem jakąś tam zwyczajną moczygębą czy nałogową alkoholiczką, piję tylko dla kurażu i poprawy nastroju.

Może ten i ów uważa mnie za głupią, ja jednak mam głowę na karku. „Kup mi ubranie teraz, dobry człowieku – mówię. – Wezmę je ze sobą, umyję się i od razu się przebiorę. Po co mam wkładać stare szmaty na czyste ciało? Poza tym tutaj nie ma gdzie się przebrać, chyba tylko w płatnym kiblu, ale tam jest brudno”. Mówię do niego i myślę: skoro jesteś oszołomem, nie mogę ci wierzyć. Pobiegnę do domu jak posłuszna owieczka, żeby się umyć, wrócę, a po tobie ani śladu. Po co w takim razie, moi kochani, wysilałam się, marnowałam wodę, uchodziłam sobie nogi, kręcąc się tam i z powrotem? Co to, to nie, wykładaj forsę na nowe ciuchy, skoro cię przypiliło, wezmę je ze sobą. A jeśli się ulotnisz, zostaną mi przynajmniej one. Jak to się mówi, głupi też ma swój rozum. Nie oszukasz mnie, nie wystrychniesz na dudka.

On też chyba nie jest ciemię bity. I nie wydaje się chciwy. „Dobrze, Michałna – mówi. – Pójdę do sklepu, kupię ci coś porządnego, wrócisz w nowym ubraniu. Tylko nie idź razem ze mną, bo ekspedientki pochowają się ze strachu pod lady. Jakoś sobie poradzę, wybiorę coś na oko”. Znowu chciałam się obrazić, ale machnęłam ręką. Czego się spodziewać po oszołomie?

Jak powiedział, tak zrobił. Ruszył do sklepu, wrócił po jakichś trzydziestu minutach z dużymi torbami. Gdy na niego czekałam, rozejrzałam się po okolicy, znalazłam parę butelek i schowałam do worka. Przydadzą się. Wieńka Brityj też tam krążył, wypytywał o wieczór, mówił, że Tamarka ma dzisiaj urodziny i funduje. Na wszelki wypadek powiedziałam, że wpadnę. Bo jeszcze, nie daj Boże, pochwalę się kolacją z oszołomem, a ten mnie wystawi do wiatru. Z głodu, rzecz jasna, nie zdechnę, ale lepiej załapać się na poczęstunek u Tamarki. Chociaż co tam może być u niej do jedzenia, sama ledwo wiąże koniec z końcem, wystarcza jej tylko na alkohol, więc pewno postawi najwyżej pół szklanki. Ale i tym nie pogardzę.

Chwyciłam więc torbę, niemal wydarłam ją z rąk oszołoma i ruszyłam biegiem do domu. Mieszkam na szczęście niedaleko, w zaułku Małyj Własjewskij. Wpadłam do siebie, rozpakowałam zakupy i dalej oglądać ciuchy. Ta-a-ak, muszę wam powiedzieć, że tego akurat się nie spodziewałam. Można by pomyśleć, że facet zamierza mnie zabrać do restauracji dla dewizowców. Oszołom to jednak oszołom. Wyobraźcie sobie, że kupił nawet majtki i biustonosz. Nieźle, co? I rajstopy. Nawet nie obejrzałam wszystkiego jak należy, bo wystarczył mi jeden rzut oka, żeby się domyślić, jaki facet ma... W gazetach często o tym piszą… Jak to się mówi? O, już wiem! Poziom ambicji. Dziwicie się, że czytam gazety? Zbieram je przecież, gdy ktoś wyrzuci, i wyściełam nimi podłogę, kładę na skrzynię albo na stół, żeby postawić szklankę. Łyknie sobie człowiek i patrzy przed siebie, czeka, aż organizm przyjmie dawkę i jakoś zareaguje. A przed nosem ma artykuły prasowe. Więc mimo woli ślepi się w tekst.

Poszłam więc do łazienki, wzięłam ze sobą mydło i szampon, które też były w torbie. Namydliłam się ku własnej radości. Trzeba przyznać, że człowiek czuje się lepiej, gdy jest czysty. Włosy wyłażą mi garściami, łachmany rozłażą się w rękach. Kiedy myłam ostatnio głowę? Chyba miesiąc temu, a może jeszcze dawniej. Tylko nie myślcie, że jestem fleją. Specjalnie myję głowę rzadko, bo podczas mycia włosy wychodzą jeszcze bardziej. Ale jeśli ich nie ruszać, a nawet nie rozczesywać, jakoś się trzymają.

Wyszłam z łazienki i zaczęłam wkładać nowe ciuchy. Niby wszystko pasuje, nawet bielizna. Szkoda, że nie mogę się przejrzeć w lustrze. Dlaczego? Bo się rozbiło. Wieńka Brityj stłukł je w ubiegłym roku. Upił się, drań, rzucił do bitki z gachem Tamarki, no i strącili lustro. Na nowe żal mi pieniędzy. Gdy się pojawi niespodziewana kopiejka, lepiej ją przepić… To znaczy, chciałam powiedzieć, kupić coś na rozgrzewkę, zaprosić przyjaciół i posiedzieć w miłym towarzystwie. Tylko sobie nie myślcie, że jestem pospolitą pijaczką. Mogłabym jeszcze popracować, ale po co? Emeryturę naliczono mi zgodnie z przepisami, a to, że nie jestem jeszcze stara, nie ma nic do rzeczy, od osiemnastego roku życia pracowałam w szkodliwych warunkach. Może trochę przesadzam z tymi szkodliwymi warunkami, ale jeśli się zastanowić, praca w zespole teatralnym jest na pewno szkodliwa. Przez całe dnie próby, wieczorami przedstawienia i bez przerwy o pustym żołądku. Primabaleriny mają znacznie lepiej, występują najwyżej raz w tygodniu, a my, tancerki baletowe, musimy harować codziennie. Primabalerin jest dużo, a zespół tylko jeden. Tancerki przechodzą na emeryturę w wieku trzydziestu trzech lat, więc należą mi się jeszcze podziękowania, że do trzydziestego piątego roku życia biegałam po scenie. Emeryturę mam wprawdzie niewielką, ale w pełni zasłużoną: kosztowała mnie mnóstwo potu i krwi. W dodatku zaraz po odejściu z baletu zatrudniłam się na kolei jako dyspozytorka. Byłam śliczna jak malowanie, faceci nie odrywali ode mnie wzroku. Filigranowa, zgrabna, poruszałam się lekko, na paluszkach. Zalecał się wtedy do mnie jeden ważny naczelnik z Zarządu Kolei, to on dał mi posadę dyspozytorki. „Pragnę – mówił – mieć cię, Nadieńko, bliżej siebie, żeby droga z mojego gabinetu do twojej dyżurki zajmowała dziesięć minut”. Przeniósł mnie więc na Dworzec Kazański, rzut kamieniem od Zarządu Kolei na ulicy Krasnoprudnej. Wiązałam z tą znajomością wielkie nadzieje, miałam już przecież trzydzieści pięć lat, żadnego zawodu z wyjątkiem tańca, wykształcenie, jak się domyślacie, też niezbyt solidne, a pragnęłam założyć rodzinę, no i żeby przy tym nie biedować, żyć przyzwoicie i niczego sobie nie odmawiać. O tym, że facet mnie oszukał, nie muszę mówić, to oczywiste. Bardzo mi zależało, żeby wyjść za mąż, póki nie jest za późno, i urodzić dziecko! A on wciąż mnie zapraszał na „śniadania”, obiecywał, że lada dzień się rozwiedzie, ja zaś mu wierzyłam. Czym to się skończyło? Naczelnik lubił sobie popić, i to nie sam, ale koniecznie w towarzystwie. Więc mu towarzyszyłam. Zaczynał tankować już rano i nie przestawał aż do północy, a żonie wciskał kit, że ma dużo pracy, że wykończyły go zebrania i narady. Piłam razem z nim, chciałam się podobać. Jak wtedy kombinowałam? Lepiej niech facet pije ze mną, bo jeśli odmówię, znajdzie sobie inne towarzystwo, no a jaką mam gwarancję, że nie będzie w nim ładnej kobiety do wzięcia? Nie mam takiej gwarancji, nikt mi jej nie da. Dlatego mój wybór był prosty jak rachunki w pierwszej klasie: albo go puszczę, żeby pił z innymi, albo będę chlać razem z nim. Tutaj muszę się do czegoś przyznać: gdy naczelnik sobie wypił, prawił mi czułe słówka, a ja mogłam ich słuchać na okrągło. Że jestem najlepsza na świecie, najpiękniejsza, najukochańsza, że na pewno się ze mną ożeni, gdy tylko jego dzieci trochę podrosną, bo nie potrafi wytrzymać beze mnie ani dnia, ani minuty. Jego słowa były jak balsam na moją duszę, więc nie oponowałam, gdy pił. Ale sama też nie wylewałam za kołnierz… Po tym śmierdzącym draniu spływało to jak woda po kaczce, tymczasem ja szybko się wciągnęłam. Podobno kobiety są słabsze w tych sprawach od facetów. Przyklejono mi łatkę alkoholiczki i wywalono z pracy. Wtedy skończyła się nasza miłość. Tak właśnie mi powiedział, tłusty wieprz: „Taki ważny naczelnik jak ja – mówi – nie może mieć żony alkoholiczki”. Jaka ze mnie alkoholiczka, sami powiedzcie? Jaka alkoholiczka? Alkoholicy to ludzie, którzy chodzą nieprzytomni i gotowi są sprzedać własną matkę za pół szklanki wódki. Tymczasem ja jestem świadoma tego, co robię. No dobrze, zostawmy te wspominki.

Włożyłam nowe rzeczy i na samym dnie jednej z toreb zauważyłam jakieś zawiniątko. W środku była peruka. Najprawdziwsza. Najpierw wybuchnęłam śmiechem, a później doszłam do wniosku, że oszołom pewnie zauważył, w jakim stanie są moje włosy. Ma rację, do takich ciuchów potrzebna jest ładna fryzura, a moje kosmyki do niczego się już nie nadają. Tak, szkoda, że nie mam lustra! Teraz by się przydało! Wyjęłam puderniczkę, przypudrowałam sobie twarz, próbując jednocześnie dojrzeć coś w małym lusterku umieszczonym od wewnątrz. Dużo, ma się rozumieć, nie zobaczyłam, ale przynajmniej udało mi się pomalować. Na rzęsy nałożyłam grubą warstwę tuszu.

Ogarnął mnie niejasny niepokój, jakbym była kimś innym, nie sobą. Jakby moja dusza przeniosła się do innego ciała. Skóra obca, ubranie nieznane, na głowie peruka. Łyknęłam szklankę wódki, w szafie stała butelka, i poszłam z powrotem tam, gdzie oszołom wyznaczył mi spotkanie. Po drodze stawałam przed wszystkimi oknami sklepowymi, chciałam się przejrzeć. Szczegółów nie udało mi się, oczywiście, wypatrzeć, ale ogólny widok napełnił mnie radością. Ciało jakby przypomniało sobie dawny sposób poruszania się. Szczerze mówiąc, w oknie sklepowym odbijał się ktoś inny. To nie byłam ja. A może ja? Niech diabli porwą tych oszołomów, potrafią nieźle namieszać w głowie.

Idę w stronę zaułków Nikołopieskowskich i myślę ze strachem: a może facet mnie oszukał, może się ulotnił i nie wróci? W tej samej chwili zapragnęłam znaleźć się w porządnej restauracji i poczuć się jak inne kobiety: żeby kawaler zaprowadził mnie do stolika i podsunął krzesło, żeby wokół snuli się kelnerzy i grała muzyka, żeby goście byli wystrojeni i nie przypominali Wieńki Britego ani Tamarki. A może oszołom dostrzegł we mnie dawną piękność? W końcu nie jestem stara, mam dopiero czterdzieści dwa lata. Zdarzają się przecież przypadki, kiedy nieszczęsne, pechowe kobiety, podobne do mnie, spotykają normalnych, bogatych facetów. Los daje szansę każdemu, ale nie każdy potrafi ją dostrzec i wykorzystać. Kiedyś uznałam, że moja szansa to naczelnik kolei, ale może wcale tak nie było? Może moja szansa to ten oszołom z kieszeniami pełnymi dolarów? To znaczy, że los słusznie rozdzielił mnie z naczelnikiem, wprawdzie za cenę zwolnienia z pracy, wstydu i łez, ale rozdzielił, przeznaczył dla oszołoma. Bo przecież gdybym dopięła swego i wyszła za tamtego wieprza, dzisiaj nie spotkałabym oszołoma. A więc to tak!

Zbliżam się do wyznaczonego miejsca i widzę mojego oszołoma. Stoi, kochaniutki, o czymś rozmyśla, nie rozgląda się na boki. Zobaczył mnie i mówi:

– Brawo, Michałna, wyglądasz świetnie. Jedziemy.

Odwrócił się i ruszył przed siebie. W pierwszej chwili się zmieszałam, ale pobiegłam za nim. Facet idzie, nie odwraca się, jakby o mnie zapomniał. Idzie tak szybko, że ledwo za nim nadążam. A niech to, okazuje się, że jest samochodem! Ależ mam dzisiaj farta! Pojadę sobie gablotą do restauracji. Jak normalna kobieta.

No i jedziemy. On za kierownicą, ja obok. Milczy przez całą drogę. Już zaczęłam się niepokoić. Miasto się skończyło, minęliśmy obwodnicę Kolcewaja, a on pędzi gdzieś dalej. Nie szkodzi, myślę, za miastem też są restauracje, nawet szykowniejsze niż w Moskwie. Co prawda, Wieńka mówił, że w takich lokalach przeważnie zabawia się mafia i że to nie miejsce dla zwyczajnych śmiertelników, bo zdarzają się tam też strzelaniny i dochodzi do różnych porachunków. Z tego wniosek, że mój oszołom to mafioso? Koń by się uśmiał. Zresztą co za różnica, byleby się okazał dobrym człowiekiem.

Oszołom zatrzymał się wcale nie koło restauracji. Jakieś domki letniskowe, wokół ciemno, choć oko wykol. Nie ma latarni. No pięknie, myślę, wpadłaś jak śliwka w kompot, Nadieżdo Michałna. Teraz facet zaprowadzi cię gdzieś i… Od razu uśmiechnęłam się w duchu. Czego mam się bać? Nie jestem przecież niewinną panienką, która nigdy nie widziała gołego faceta. Wielkie mi rzeczy, czego tu się bać?

Oszołom zamknął samochód i w milczeniu zaprowadził mnie do domu. Otworzył kluczem drzwi, zapalił światło. Wnętrze niczego sobie. Bywałam w takich, gdy tańczyłam w balecie. Panowała wtedy moda, żeby przywozić grupę baletnic do domków letniskowych. Tam właśnie radzieccy i komsomolsko-partyjni bonzowie odprężali się i rozładowywali stres po wytężonej pracy związanej z kierowaniem naszym krajem i wielkim radzieckim narodem. Nie była to sama wierchuszka, rzecz jasna, raczej łajdacy średniego kalibru. Tamte domki nie równają się z dzisiejszymi. To nie drewniana chatka na sześciu arach, ale solidny, piętrowy dom z olbrzymią werandą i sześcioma albo siedmioma pokojami, położony na co najmniej hektarowej działce. Kiedyś w telewizji szedł film zatytułowany Spaleni słońcem, akcja działa się po rewolucji na letnisku pewnego czerwonego dowódcy. No więc tamten filmowy dom jest kubek w kubek taki jak ten tutaj. Właśnie do takich domów wożono nas po przedstawieniach, dzisiaj znowu się w nim znalazłam. Może to naprawdę ręka losu?

Oszołom zrzucił kurtkę i powiedział:

– Rozgość się, Michałna, zaraz nakryję do stołu i zjemy kolację.

Chyba miałam przestraszoną minę, bo popatrzył na mnie uważnie i odchrząknął, ale nic nie powiedział. No cóż, a więc domek letniskowy… Nie restauracja. Szkoda. A już się rozmarzyłam…

I znowu przez głowę przeleciała mi niespokojna myśl, aż się wzdrygnęłam, jakby poraził mnie prąd. Skoro nie jemy kolacji w restauracji, ale na letnisku, po co ta maskarada? Po co, pytam się, te wszystkie ciuchy, pucowanie się i staranna fryzura? No dobrze, mycie jeszcze rozumiem, oszołom wspominał przecież, że może go zemdlić w mojej obecności. Ale po co strojenie się? Gdy ludzie siedzą przy stole, zapach wpływa oczywiście na apetyt, wygląd zewnętrzny nie ma jednak nic do rzeczy. Po chwili ochłonęłam, bo przypomniałam sobie, z kim mam do czynienia. Z oszołomem. Facet kieruje się swoją prawdą, a ja wciąż próbuję mierzyć jego postępki swoją miarą. On przecież też nie przyjechał jak oberwaniec, ale w porządnym garniturze. Z uwagi na mizerną emeryturę jestem trochę w tyle za trendami w modzie, ale gdy spaceruję po arbackich zaułkach, oglądam okna wystawowe. Teraz jest tam sporo drogich sklepów, mają nawet specjalną zagraniczną nazwę. Butiki. Co oznaczają te butiki-wabiki, nie wiem, ale ciuchy są tam ładne. Najbardziej przykre jest to, że pasują tylko na mnie. Weźmy na przykład suknie na przyjęcia. Dla młodych, szczuplutkich dziewcząt są zbyt poważne, w tym wieku nie chodzi się jeszcze na przyjęcia, no a ile widzieliście kobiet w średnim wieku, które noszą rozmiar czterdziesty drugi? W dodatku niewysokich. Takich jak ja dzisiaj ze świecą szukać, dlatego suknie wiszą na wystawach i nikt ich nie kupuje. A ja patrzę na nie każdego dnia i cieszę się, że nie znalazła się jeszcze kobieta z moją figurą. Są trzynastoletnie dziewczynki, ale kobiet nie ma.

Znowu odbiegłam od tematu. Mśli gdzieś uciekły… W oknach wystawowych wiszą też męskie garnitury, dlatego mam jakie takie wyobrażenie. Oszołom jest dobrze ubrany, drogo i gustownie. Podczas gdy rozmyślałam o garderobie, on nakrył do stołu. Ustawił talerze i pucharki, sztućce umieścił na serwetkach, przyniósł jedzenie z kuchni. Wyszło nie gorzej niż w restauracji.

Otworzył butelkę wódki, nalał mi, a sobie kapnął wody mineralnej.

– Pij, Michałna – mówi – na mnie nie zwracaj uwagi. Prowadzę samochód, muszę cię jeszcze odwieźć na Arbat, a potem wrócić do domu. Nie chcę ryzykować, gliniarze z drogówki dzisiaj całkiem zbezczelnieli, dolar idzie w górę, a ich pensje stoją w miejscu, więc odbijają sobie straty na posterunku, i to w trójnasób. Rozumiesz?