Sidła - Sobczak Agata - ebook + książka
BESTSELLER

Sidła ebook

Sobczak Agata

4,2

62 osoby interesują się tą książką

Opis

„Ta historia to istny ogień! Kolejna literacka odsłona Agaty Sobczak sprawiła, że zbierałam szczękę z podłogi! Nie spodziewałam się, że będzie tak gorąco i kontrowersyjnie. Sidła to powieść, która rozpali Wasze zmysły i zabierze do świata, z którego nie będziecie chcieli wychodzić. To po prostu trzeba przeczytać! Miłość od pierwszej strony gwarantowana.”

– Kinga Litkowiec

„Kontrowersyjna, pełna namiętności historia, która wciąga od pierwszych stron i na długo zapada w pamięć. Obok tej lektury nie da się przejść obojętnie. Polecam gorąco!”

– K.C. Hiddenstorm

Pikantna opowieść o miłosnych zawirowaniach.

Mia przeprowadza się do ojca i macochy, która ma dwudziestojednoletniego przystojnego syna. Dziewczyna i Luke od początku za sobą nie przepadają. Mii wpada w oko najlepszy przyjaciel chłopaka – Mason. Pewnego wieczoru życie tej trójki zmieni się diametralnie. Po upojnej nocy nic nie będzie takie jak wcześniej. Dziewczyna wdaje się w gorący romans bez zobowiązań z dwoma chłopakami. Wszyscy dobrze się bawią, dopóki do głosu nie dojdą uczucia... Kogo wybierze Mia? Czy przyjaźń Luke’a i Masona zostanie wystawiona na próbę? Co się stanie, gdy bohaterowie dowiedzą się o istnieniu nagrania wykonanego z ukrycia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (98 ocen)
62
13
9
8
6
Sortuj według:
nanette

Nie polecam

litości...
10
wiktoria8u

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, nie mogłam się oderwać 🙈 Przeczytana w 4h 🥰
00
Aniuffa

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam z całego serducha
00
celebre

Nie oderwiesz się od lektury

🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥😈😈😈😈😈
00
agk85

Nie oderwiesz się od lektury

cholernie gorąca lektura 😈😈😈🔥🔥🔥
00

Popularność




Au­tor: Aga­ta Sob­czak
Re­dak­cja: Li­dia Za­wie­ru­szan­ka
Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak
Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Emi­lia Pryś­ko
Skład: Iza­be­la Kruź­lak
Zdję­cie na okład­ce: li­ght­field­stu­dios (123rf.com)
Zdję­cie au­tor­ki: San­dra Sob­czak
Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ju­sty­na To­mas
Kie­row­nik re­dak­cji: Agniesz­ka Gó­rec­ka
© Co­py­ri­ght by Aga­ta Sob­czak © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal
Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.
Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.
Biel­sko-Bia­ła 2021
Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o. ul. Za­po­ra 25 43-382 Biel­sko-Bia­ła tel. 338282828, fax 338282829pas­[email protected]­cal.plwww.pas­cal.pl
ISBN 978-83-8103-844-7
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

PRO­LOG

Mimo że nie była to prze­pro­wadz­ka, o któ­rej za­de­cy­do­wa­łam oso­bi­ście, to trak­to­wa­łam ją jak nowy po­czą­tek. Jak szan­sę na przy­wró­ce­nie ży­cia na wła­ści­we tory. Wszyst­ko za­po­wia­da­ło się pięk­nie. Wspa­nia­ły dom, ko­cha­ją­ca ro­dzi­na, ro­dzeń­stwo, któ­re­go ni­g­dy nie mia­łam. Szko­da, że to były tyl­ko po­zo­ry.

Gdy­bym wie­dzia­ła, ja­kie kon­se­kwen­cje będą się wią­zać z mo­imi de­cy­zja­mi, na pew­no bym ich nie pod­ję­ła. Po­zwo­li­ła­bym, aby spra­wy przy­bra­ły inny ob­rót. Szko­da, że nie mogę cof­nąć cza­su. Swo­imi wy­bo­ra­mi znisz­czy­łam re­la­cje z naj­bliż­szym oto­cze­niem.

Miał być nowy, lep­szy start, a oka­zał się jesz­cze gor­szy niż po­przed­ni. Nie po­win­nam ni­g­dy ni­ko­mu ufać, to za­wsze źle się koń­czy.

Ob­ser­wu­ję lu­dzi wo­kół: ba­wią się, cie­szą ży­ciem, nie są świa­do­mi dra­ma­tu, jaki roz­gry­wa się w ży­ciu osób, któ­re sto­ją tuż obok nich i od­dy­cha­ją tym sa­mym po­wie­trzem.

Mam ocho­tę krzyk­nąć do nich: „Co wy ro­bi­cie?! Dla­cze­go nie wi­dzi­cie mo­je­go cier­pie­nia?”, ale nie ro­bię tego; na twa­rzy mam przy­kle­jo­ny sze­ro­ki uśmiech i uda­ję, że wszyst­ko gra. Wca­le nie je­stem w roz­syp­ce emo­cjo­nal­nej. Moje ży­cie nie roz­pa­dło się na mi­lion ka­wał­ków.

Mogę być z sie­bie dum­na: pierw­szy raz w ży­ciu uda­ło mi się skłó­cić ze sobą aż tyle osób jed­no­cze­śnie. To ja­kiś nowy re­kord. Każ­dy jest wście­kły na każ­de­go, nikt ze sobą nie roz­ma­wia. Kto by po­my­ślał, że jed­na oso­ba może tak na­mie­szać.

Po­win­nam wró­cić do po­cząt­ku i zo­ba­czyć, kie­dy spra­wy przy­bra­ły tak fa­tal­ny ob­rót...

1.

Nie do wia­ry, że mu­sia­łam zmie­nić uczel­nię w środ­ku roku. Ko­cham mo­ich ro­dzi­ców, na­praw­dę ich ko­cham, ale dla­cze­go nie mo­głam zo­stać w Mia­mi na stu­dia? Dla­cze­go mu­sia­łam zmie­nić szko­łę? To nie jest li­ceum, że­bym mu­sia­ła cały czas spę­dzać z jed­nym z nich. Mo­gła­bym w koń­cu tro­chę po­być sama. Szko­da, że moi ro­dzi­ce, mimo że od daw­na nie są ra­zem, są zgod­ni co do tego, że po­win­nam być gdzieś w po­bli­żu. Ich zwią­zek roz­padł się już lata temu, jed­nak od tam­tej pory ro­dzi­ce są w przy­ja­znych sto­sun­kach i wciąż kon­sul­tu­ją ze sobą, jak ze mną po­stę­po­wać. Te­raz, gdy moja mama po­zna­ła Lo­uisa i po­sta­no­wi­ła wy­ru­szyć z nim do Eu­ro­py, sta­now­czo nie zgo­dzi­łam się na wy­jazd. Nie chcę ni­g­dzie le­cieć, za­mie­rzam skoń­czyć tu­taj stu­dia i zna­leźć so­bie pra­cę. Mama po­wie­dzia­ła o tym ojcu, a on po­sta­no­wił, że sko­ro nie chcę się prze­no­sić na dru­gi ko­niec świa­ta, mam za­miesz­kać z nim i jego żoną Me­lis­są. Ni­g­dy nie po­zna­ły­śmy się w re­alu, ale roz­ma­wia­ły­śmy kil­ka razy na wi­de­ocza­cie. Wy­da­je się sym­pa­tycz­ną ko­bie­tą, ale i tak nie chcę się prze­pro­wa­dzać do Los An­ge­les. To nie moje mia­sto, moim mia­stem jest Mia­mi. Ro­dzi­ce jed­nak mi nie ufa­ją, twier­dzą, że je­stem zbyt im­pre­zo­wa. Nic na to nie po­ra­dzę: lu­bię się ba­wić i chcę ko­rzy­stać z ży­cia, póki je­stem mło­da. Do­brze, że oj­ciec nie wie o wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło, bo ina­czej chwi­lę po moim przy­jeź­dzie za­mknął­by mnie w szpi­ta­lu bez kla­mek.

De­cy­zja za­pa­dła: nic na to nie po­ra­dzę. Na­wet jak­bym się bar­dzo po­sta­ra­ła, to tego nie zmie­nię, bo już je­stem na lot­ni­sku LAX w Los An­ge­les. Wzro­kiem szu­kam taty, ale ni­g­dzie go nie wi­dzę. My­śla­łam, że cho­ciaż ten je­den raz się nie spóź­ni. Nie­ste­ty, my­li­łam się. Jest ko­cha­ny, ale nie ma za grosz wy­czu­cia cza­su i za­wsze przy­cho­dzi moc­no spóź­nio­ny. Być może mam ten sam pro­blem co on.

Roz­glą­dam się, ale da­lej go nie wi­dzę. Do­strze­gam za to bar­czy­ste­go chło­pa­ka, któ­ry wzro­stem gó­ru­je nad po­zo­sta­ły­mi tu obec­ny­mi. Trzy­ma kart­kę z na­pi­sem „Mia”, wy­glą­da, jak­by był tu za karę i szu­kał naj­szyb­szej dro­gi uciecz­ki.

Czy to moż­li­we, żeby cze­kał na mnie? Nie, tata na pew­no uprze­dził­by mnie, gdy­by za­mie­rzał wy­słać po mnie ko­goś in­ne­go. Cho­ciaż, może jed­nak...

Rzu­cam okiem na chło­pa­ka, de­cy­du­ję się w koń­cu do nie­go po­dejść. Je­stem ob­ju­czo­na jak wiel­błąd: mam ze sobą dwie duże wa­liz­ki plus ba­gaż pod­ręcz­ny. Dzię­ki Bogu za wóz­ki ba­ga­żo­we, bo ina­czej na pew­no bym się za­bi­ła o wła­sne tor­by albo ko­goś nimi sta­ra­no­wa­ła.

– Cześć, je­stem Mia, cór­ka Ni­cho­la­sa. Cze­kasz tu­taj na mnie czy jed­nak się po­my­li­łam i wła­śnie ro­bię z sie­bie idiot­kę? – py­tam na wstę­pie.

Wiem, że cza­sa­mi by­wam zbyt bez­po­śred­nia, ale nie­ste­ty taka już moja na­tu­ra i nic z tym nie zro­bię. Lu­dzie mogą albo to za­ak­cep­to­wać, albo odejść i już ni­g­dy nie wra­cać. Odzie­dzi­czy­łam obie naj­gor­sze ce­chy mo­je­go ojca, czy­li spóź­nial­stwo i prze­sad­ną szcze­rość.

– Za­wsze tyle ga­dasz? – mówi za­chryp­nię­tym gło­sem.

Brzmi, jak­by całą noc im­pre­zo­wał, bo nie jest to chry­pa od prze­zię­bie­nia. Do­sko­na­le po­tra­fię ją roz­po­znać. Na no­sie ma oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, cho­ciaż jest w bu­dyn­ku. To może ozna­czać tyl­ko jed­no: ma kaca i sta­ra się to ukryć. Sama ro­bi­łam tak wie­le razy, żeby mama nie wi­dzia­ła mnie w ta­kim sta­nie.

– Może tak, a może nie. Nie od­po­wiem na two­je py­ta­nie, do­pó­ki ty nie od­po­wiesz na moje.

– Jezu, je­steś jesz­cze gor­sza niż Ni­cho­las – ję­czy, chwy­ta­jąc się za gło­wę. Jego od­po­wiedź daje mi do zro­zu­mie­nia, że jed­nak jest tu­taj po mnie. Czy­li do­brze tra­fi­łam.

Mam te­raz chwi­lę, żeby do­brze mu się przyj­rzeć. Na pew­no jest sy­nem Me­lis­sy z po­przed­nie­go mał­żeń­stwa, wi­dać mię­dzy nimi ogrom­ne po­do­bień­stwo. Ma kru­czo­czar­ne wło­sy, nie­co dłuż­sze i ak­tu­al­nie w to­tal­nej roz­syp­ce, na twa­rzy wid­nie­je lek­ki, pew­nie dwu­dnio­wy za­rost, chcia­ła­bym po­znać jesz­cze ko­lor jego oczu. Może kie­dyś w koń­cu zdej­mie te oku­la­ry. Jest przy­stoj­ny, cho­ler­nie przy­stoj­ny.

– Da­lej cze­kam, aż mi od­po­wiesz – mó­wię. Cho­ciaż już wszyst­ko wiem, i tak chcę usły­szeć to od nie­go.

– Je­stem Luke, syn Me­lis­sy, a twój oj­ciec mnie tu­taj przy­słał, bo sam by nie zdą­żył, przez co ja mu­sia­łem wstać z łóż­ka wcze­śniej, niż pla­no­wa­łem – war­czy. Okej, wi­dzę, że chło­pak szyb­ko się iry­tu­je.

– Wresz­cie. Dzię­ku­ję. Te­raz mo­że­my je­chać, a ja sprze­dam ci mój nie­za­wod­ny pa­tent na kaca – mó­wię do nie­go z sze­ro­kim uśmie­chem

– Skąd przy­pusz­cze­nie, że niby mam kaca? – Jest zdzi­wio­ny.

– Na­praw­dę? Nie tak trud­no to po­znać: no­sisz oku­la­ry, mimo że tu­taj nie ma słoń­ca, za­chryp­nię­ty głos su­ge­ru­je noc­ną za­ba­wę, no i szyb­ko się iry­tu­jesz, a wcze­śniej wspo­mnia­łeś, że prze­ze mnie mu­sia­łeś wcze­śniej wstać. Umiem do­dać dwa do dwóch. – Po­now­nie się do nie­go uśmie­cham, a on prze­wra­ca ocza­mi.

Te­raz to już na pew­no nie zo­sta­nie­my przy­ja­ciół­mi. Moc­no go zi­ry­to­wa­łam, bo bez sło­wa kie­ru­je się w stro­nę wyj­ścia. Mu­szę biec, żeby go do­go­nić, a wa­liz­ki nie­co mi to utrud­nia­ją.

– Luke, po­mo­żesz mi z wa­liz­ka­mi? – py­tam, gdy już le­d­wo od­dy­cham ze zmę­cze­nia.

– Niech ci bę­dzie, ale mu­sisz mi sprze­dać ten spo­sób na kaca – mówi, cięż­ko wzdy­cha­jąc.

Pod­cho­dzi i za­bie­ra ode mnie dwie wa­liz­ki, a ja wzdy­cham z nie­ma­łą ulgą. W koń­cu wy­cho­dzi­my z lot­ni­ska i ma­sze­ru­je­my przez ogrom­ny par­king. Cho­ciaż je­stem przy­zwy­cza­jo­na do wy­so­kich tem­pe­ra­tur, to moc­no się pocę. Po co ja za­bra­łam aż tyle gra­tów? Prze­cież część mo­głam po pro­stu wy­słać ku­rie­rem.

– To moje auto – mówi Luke, za­trzy­mu­jąc się za mną, więc co­fam się do jego sa­mo­cho­du.

Wrzu­ca­my wszyst­ko do ba­gaż­ni­ka i wsia­da­my do środ­ka.

Sa­mo­chód śmier­dzi pa­pie­ro­sa­mi i czymś jesz­cze, ale wolę nie wni­kać, czym do­kład­nie. Dro­ga mija nam w mil­cze­niu, a żeby nie sie­dzieć w kom­plet­nej ci­szy, wkła­dam do uszu słu­chaw­ki i włą­czam mu­zy­kę. Pierw­sze dźwię­ki 5 Se­conds of Sum­mer od razu mnie wy­ci­sza­ją. Już nie jest waż­ne, że obok mnie sie­dzi Luke, któ­ry wy­glą­da, jak­by za­raz miał wy­ko­pać mnie z auta. Bęb­nię pal­ca­mi w udo, wy­stu­ku­jąc rytm pio­sen­ki Ima­gi­ne Dra­gons, któ­ra wła­śnie włą­czy­ła się w słu­chaw­kach. Nie pa­nu­ję nad tym i za­czy­nam śpie­wać.

– Mo­żesz się za­mknąć? Masz tak iry­tu­ją­cy głos, że nie je­stem w sta­nie sku­pić się na dro­dze – war­czy Luke, wy­cią­ga­jąc mi z ucha jed­ną ze słu­cha­wek.

Bur­czę nie­za­do­wo­lo­na, ale za­my­kam się.

– Ile masz lat? – Moje mil­cze­nie nie trwa jed­nak zbyt dłu­go.

– Na­praw­dę je­steś jesz­cze bar­dziej iry­tu­ją­ca niż Ni­cho­las – ję­czy nie­za­do­wo­lo­ny.

– Ta­kie geny, nic na to nie po­ra­dzę. Mo­żesz albo się z tym po­go­dzić, albo mnie znie­na­wi­dzić – żar­tu­ję, ale wi­dzę, że on na­praw­dę to roz­wa­ża.

– W ta­kim ra­zie wolę cię nie­na­wi­dzić, niż się uże­rać z dru­gim Ni­cho­la­sem, ale tym ra­zem w spód­ni­cy. Całe szczę­ście, że za­raz bę­dzie­my w domu, bo ina­czej bym cię tu wy­sa­dził – rzu­ca, a ja zbie­ram szczę­kę z pod­ło­gi. Do­bra, tego to się nie spo­dzie­wa­łam. My­śla­łam, że po­lu­bi­my się cho­ciaż tro­chę.

Pod­jeż­dża­my przed dom, któ­ry nie wy­róż­nia się ni­czym spe­cjal­nym na tle in­nych, ale nie od­sta­je też od nich zbyt­nio. Tata wspo­mi­nał wie­lo­krot­nie, że ma tu­taj do­brą pra­cę, ni­g­dy jed­nak nie wi­dzia­łam jego domu, nie chcia­łam zresz­tą wi­dzieć, bo mama i ja do­sko­na­le so­bie ra­dzi­ły­śmy, a on po­ma­gał nam fi­nan­so­wo.

Dziel­ni­ca spra­wia wra­że­nie jed­nej z tych bo­gat­szych, ale nic dziw­ne­go, w koń­cu je­ste­śmy nie­da­le­ko Be­ver­ly Hills, więc nie mo­gło być ina­czej. Tata musi być wzię­tym praw­ni­kiem w tym mie­ście, a może to Me­lis­sa tak do­brze za­ra­bia jako agent­ka nie­ru­cho­mo­ści? Zresz­tą to nie­waż­ne. Mam na­dzie­ję, że po­czu­ję się tu­taj cho­ciaż tro­chę jak w domu.

– Cześć! Ty mu­sisz być Mia, na­sza nowa są­siad­ka! – krzy­czy do mnie z dru­giej stro­ny uli­cy ja­kaś dziew­czy­na.

Roz­glą­dam się do­oko­ła, bo nie wiem, czy mówi do mnie. Je­śli do mnie, to skąd wie, że wła­śnie się wpro­wa­dzam? To ja­kaś przy­ja­ciół­ka Luke’a czy ktoś inny? Ina­czej pew­nie by nie wie­dzia­ła. Spo­glą­dam na nią, cze­ka­jąc na ja­kieś wy­ja­śnie­nie.

– Je­stem Mi­chel­le, moja mama i Me­lis­sa się przy­jaź­nią i ta jej się chwa­li­ła, że cór­ka Ni­cho­la­sa się tu spro­wa­dza. Miło mi cię po­znać i mam na­dzie­ję, że oka­żesz się lep­szym to­wa­rzy­szem niż ten tu­taj.

– Uwa­żaj na sło­wa, Mi­chel­le – upo­mi­na ją Luke wark­nię­ciem, a ja spo­glą­dam to na jed­no, to na dru­gie.

Zna­ją się, to oczy­wi­ste, w koń­cu miesz­ka­ją przy tej sa­mej uli­cy. Jed­nak wy­czu­wam, że wy­da­rzy­ło się tu­taj coś jesz­cze. Nie jest to moja spra­wa, ale cie­ka­wość i tak bie­rze górę.

– Od­czep się, Luke. Mia, bła­gam, po­wiedz, że bę­dziesz cho­dzi­ła na miej­sco­wy uni­we­rek, no i że nie je­steś na jed­nym roku z Lu­kiem i tą jego ban­dą.

– Daj jej spo­kój, wa­riat­ko. Nie bę­dzie z tobą roz­ma­wiać.

– Z tobą też nie za­mie­rzam, bo je­steś ku­ta­sem, Luke. Mo­żesz wziąć moje wa­liz­ki? Mi­chel­le, spo­tka­my się tu­taj za go­dzi­nę? Chcia­ła­bym, że­byś po­ka­za­ła mi oko­li­cę, ale mu­szę się naj­pierw ogar­nąć po lo­cie.

Luke je­dy­nie war­czy w od­po­wie­dzi, ale bie­rze moje wa­liz­ki, a ja w du­chu wy­ko­nu­ję mały ta­niec zwy­cię­stwa. Nowo po­zna­na ko­le­żan­ka uśmie­cha się do mnie sze­ro­ko i zga­dza się na moją pro­po­zy­cję. My­śla­łam, że na­wią­za­nie zna­jo­mo­ści przyj­dzie mi rów­nie trud­no, co u mnie na uni­wer­ku, jed­nak tu­taj nikt nie zna mnie ani mo­jej hi­sto­rii.

– Mia! Cu­dow­nie, że wresz­cie je­steś! Nie­ste­ty, Ni­cho­las utknął w pra­cy, ale nie­dłu­go po­wi­nien wró­cić – przy sa­mym wej­ściu ser­decz­nie wita mnie Me­lis­sa, moc­no mnie ści­ska­jąc, przez co czu­ję się odro­bi­nę nie­swo­jo. Nie spo­dzie­wa­łam się ta­kiej erup­cji uczuć już na star­cie.

– Me­lis­sa, miło cię wresz­cie po­znać oso­bi­ście – uśmie­cham się, sta­ra­jąc się de­li­kat­nie od niej od­su­nąć, ale tak, żeby nie po­czu­ła się zra­nio­na.

Musi mi dać chwi­lę na przy­wyk­nię­cie do no­wej sy­tu­acji, a nie chcę też się czuć, jak­bym zdra­dza­ła moją mamę. Mimo że nie ma mię­dzy nimi żad­ne­go na­pię­cia, to wiem, że by­ło­by jej odro­bi­nę nie­zręcz­nie albo przy­kro.

– Me­lis­so, bo mnie udu­sisz – pró­bu­ję ob­ró­cić całą sy­tu­ację w żart.

– Wy­bacz mi, ale bar­dzo się cie­szę, że pod moim da­chem w koń­cu za­miesz­ka jesz­cze jed­na ko­bie­ta. Ban­da kum­pli mo­je­go syna mo­men­ta­mi do­pro­wa­dza mnie do obłę­du.

– Ban­da kum­pli?

– Nie­ste­ty, Luke, Ma­son i resz­ta chło­pa­ków z dru­ży­ny wy­jąt­ko­wo upodo­ba­li so­bie nasz dom na miej­sce spo­tkań. Nie wiem dla­cze­go, sko­ro resz­ta z nich wspól­nie wy­naj­mu­je spo­ry bu­dy­nek.

– Fak­tycz­nie, tata wspo­mi­nał, że Luke gra – od­po­wia­dam, cie­sząc się, że nie ma go już w po­bli­żu, bo nie chcia­ła­bym, aby to usły­szał.

Nie musi wie­dzieć, że in­te­re­su­je się jego ży­ciem. On jest wred­ny, a ja będę uda­wać obo­jęt­ność, cho­ciaż tak na­praw­dę wca­le nie mu­szę.

– Tak, gra. Resz­ta dru­ży­ny wy­naj­mu­je dom ra­zem, ale Luke ceni pry­wat­ność, więc da­lej miesz­ka z nami, cho­ciaż wię­cej cza­su i tak spę­dza tam na im­pre­zo­wa­niu. Jed­nak gdy chcą zjeść obiad, to za­wsze przy­cho­dzą tu­taj, bo ża­den z nich nie lubi go­to­wać. Wy­obraź so­bie, co wte­dy ma bied­na Gina, na­sza go­spo­sia. Musi wy­kar­mić pię­ciu głod­nych spor­tow­ców, z któ­rych każ­dy je za trzech.

– Ma­cie go­spo­się? – py­tam zdzi­wio­na, cho­ciaż prze­cież mo­głam się tego spo­dzie­wać.

– Oczy­wi­ście. Bez Giny nie da­ła­bym rady pro­wa­dzić domu. Zda­rza mi się jeź­dzić w dłu­gie de­le­ga­cje, a twój oj­ciec czę­sto tra­fia na bar­dzo trud­nych klien­tów, któ­rym musi po­świę­cać masę cza­su. Wie­le razy bywa nie­ste­ty tak, że wi­du­je­my się do­pie­ro w week­en­dy, więc tak na­praw­dę Luke ma dom tyl­ko dla sie­bie. Jest tu­taj dużo prze­strze­ni. Na pew­no po­czu­jesz się swo­bod­nie.

– Nie przy­pusz­cza­łam, że aż tyle pra­cu­je­cie – od­po­wia­dam nie­co zdzi­wio­na.

– Nie­ste­ty, oby­dwo­je je­ste­śmy pra­co­ho­li­ka­mi. Zresz­tą nie­waż­ne. Luke na pew­no z chę­cią po­ka­że ci ju­tro kam­pus i tak da­lej. Ja mu­szę le­cieć do pra­cy, bo do­pi­nam waż­ną umo­wę i mu­szę jesz­cze coś pod­pi­sać – mówi, po czym wy­cho­dzi.

Je­śli każ­dy dzień tak tu­taj wy­glą­da, to na­praw­dę będę po­trze­bo­wa­ła to­wa­rzy­stwa, bo będę cho­ler­nie sa­mot­na. Na­wet nie my­ślę, żeby spró­bo­wać się za­przy­jaź­nić z Lu­kiem, bo chło­pak ewi­dent­nie nie ma na to ocho­ty.

– Se­rio za­mie­rzasz się spo­tkać z Mi­chel­le?

Pod­ska­ku­ję na dźwięk jego gło­su, bo nie sły­sza­łam, jak się zbli­ża. Mu­szę przy­wyk­nąć do ogrom­nej prze­strze­ni w domu.

– Luke, nie strasz mnie! – krzy­czę prze­ra­żo­na.

– Za­po­mnij, to zbyt za­baw­ne – od­pie­ra za­do­wo­lo­ny z sie­bie – Mat­ka już wy­szła? Opro­wa­dzi­ła cię cho­ciaż?

– Nie, le­d­wo uda­ło mi się za­mie­nić z nią kil­ka słów, a już znik­nę­ła. Za­wsze tak jest?

– Mógł­bym skła­mać, po­wie­dzieć, że two­rzy­my szczę­śli­wą ro­dzin­kę, i kar­mić cię in­nym chła­mem, ale nie. Za­wsze tak to wy­glą­da, naj­czę­ściej ja­dam z Giną albo Ma­so­nem, moim kum­plem. Do któ­re­go tak swo­ją dro­gą na­wet się nie zbli­żaj. Sy­piaj, z kim chcesz, ale mo­ich kum­pli zo­staw w spo­ko­ju.

Pa­trzę na nie­go i nie wiem, o czym on gada. My­śli, że od razu za­mie­rzam pod­ry­wać jego kum­pli? Te­raz to już je­stem pew­na, że nie zo­sta­nie­my przy­ja­ciół­mi.

– Je­steś dup­kiem – mó­wię, a on pa­trzy na mnie i wy­bu­cha śmie­chem.

– Nie tyl­ko tym je­stem – od­zy­wa się.

– Do­bra, da­ruj­my so­bie tę roz­mo­wę. Mo­żesz mi przy­naj­mniej po­ka­zać mój po­kój? Nie wiem, w któ­rą stro­nę po­win­nam iść, i naj­le­piej, gdy­byś zro­bił mi ja­kąś mapę, że­bym się tu­taj nie zgu­bi­ła – mó­wię po chwi­li ci­szy, pod­czas któ­rej to­czy­li­śmy wal­kę na spoj­rze­nia. Żad­ne z nas nie chce od­wró­cić wzro­ku, w koń­cu on od­pusz­cza.

– Mam tyl­ko na­dzie­ję, że nie bę­dzie­my mu­sie­li zbyt dłu­go ra­zem miesz­kać – mru­czy ci­cho i nie wiem, czy mówi to do mnie, czy do sie­bie, ale i tak to sły­szę. Auć.

2.

Mój po­kój to na pierw­szy rzut oka nic spe­cjal­ne­go: w rogu stoi szaf­ka noc­na, a przy niej ogrom­ne łóż­ko. Za­uwa­żam dwo­je drzwi, za­glą­dam za pierw­sze i oka­zu­je się, że jest to mała gar­de­ro­ba. Moja wła­sna gar­de­ro­ba. Wow. Dru­gie drzwi pro­wa­dzą do ła­zien­ki. Tego się aku­rat spo­dzie­wa­łam, bo tata wspo­mi­nał, że będę mia­ła swo­ją, że­bym nie mu­sia­ła dzie­lić jej z Lu­kiem. Po­wie­dział, że to mo­gło­by być dla mnie nie­co uciąż­li­we, bo czę­sto spro­wa­dza ja­kieś dziew­czy­ny. Do­brze wie­dzieć: wie­czo­ra­mi będę mu­sia­ła uwa­żać, żeby na żad­ną nie tra­fić.

Wy­cią­gam z wa­liz­ki przy­pad­ko­we ubra­nia, czy­stą bie­li­znę i idę pod prysz­nic. Mu­szę się od­świe­żyć po lo­cie. Naj­chęt­niej po­ło­ży­ła­bym się na łóż­ku, ale już umó­wi­łam się z są­siad­ką, a nie wy­pa­da wy­sta­wiać jej już pierw­sze­go dnia. Nie wy­glą­da­ło­by to naj­le­piej.

Szyb­ko się ogar­niam, nie na­kła­dam ma­ki­ja­żu, bo nie wi­dzę w tym sen­su, i wy­cho­dzę. Całe szczę­ście, że z mo­je­go po­ko­ju jest pro­sta dro­ga do sa­lo­nu, a stam­tąd do wyj­ścia. Spo­glą­dam na te­le­fon: nie mi­nę­ła jesz­cze go­dzi­na, ale gdy wy­cho­dzę przed dom, dziew­czy­na już tam cze­ka.

– Uwi­nę­łaś się szyb­ciej, niż są­dzi­łam – mówi na dzień do­bry.

– Jak wi­dać.

– Przej­dę od razu do rze­czy, bo chcę cię ostrzec. Luke. Uwa­żaj na nie­go, jest dup­kiem i w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach po­wie­dzia­ła­bym, że­byś trzy­ma­ła się od nie­go z da­le­ka. Sko­ro jed­nak bę­dziesz z nim miesz­kać, to ra­czej nie dasz rady tego zro­bić. Jego ko­le­dzy nie są lep­si, a na­wet jesz­cze gor­si. A już naj­gor­szy z nich wszyst­kich jest Ma­son. Ten fa­cet to pra­wie mę­ska dziw­ka. Se­rio. Na uni­wer­ku za chwi­lę nie bę­dzie la­ski, z któ­rą nie spał. Po­dob­no prze­spał się też z pa­ro­ma mo­del­ka­mi i ak­tor­ka­mi, ale nie ma na to do­wo­dów. W każ­dym ra­zie, jak przyj­dą, to nie daj się na­brać na ich urok, to tyl­ko po­zo­ry. Wca­le nie są mili.

Zo­sta­ję za­la­na masą in­for­ma­cji i już wiem, że do­ga­dam się z Mi­chel­le, bo ona za­cho­wu­je się tak samo jak ja. To może nam wie­le uła­twić. Uśmie­cham się do niej sze­ro­ko.

– Co się tak szcze­rzysz? Je­steś se­ryj­nym za­bój­cą i wła­śnie wy­my­śli­łaś, jak mnie sprząt­niesz? – pyta z uda­wa­ną po­wa­gą.

– Nie, po pro­stu zda­łam so­bie spra­wę, że je­steś mną.

– A może to ty je­steś mną? – po­ru­sza su­ge­styw­nie brwia­mi, a ja wy­bu­cham śmie­chem.

Do­pie­ro te­raz le­piej jej się przy­glą­dam: jest ni­ziut­ka, niż­sza ode mnie (mam metr sześć­dzie­siąt pięć, czy­li ona musi mieć le­d­wo metr sześć­dzie­siąt). Ma ja­sną kar­na­cję, całą masę pie­gów na twa­rzy i ogni­ście rude wło­sy. Jest pięk­na, przez chwi­lę na­wet czu­ję ukłu­cie za­zdro­ści, że ja tak nie wy­glą­dam. Nie je­stem brzyd­ka, ale z mo­imi ciem­ny­mi wło­sa­mi ni­czym nie wy­róż­niam się z tłu­mu. Je­dy­ne, co jest we mnie wy­jąt­ko­we­go, to nie­bie­skie oczy. Mają praw­dzi­wie błę­kit­ny ko­lor, nie są sza­re.

– Wi­dzia­łaś już mia­sto?

– Nie, Luke przy­wiózł mnie tu­taj pro­sto z lot­ni­ska.

– W ta­kim ra­zie pój­dzie­my po mój sa­mo­chód i po­ka­żę ci naj­cie­kaw­sze miej­sca. Ta­kie, któ­rych nie zo­ba­czysz w bro­szu­rze tu­ry­stycz­nej. Po­ka­żę ci też, gdzie lu­dzie z uni­wer­ku ro­bią naj­lep­sze im­pre­zy. Mo­że­my po­je­chać na kam­pus, je­śli chcesz, ale za­kła­dam, że ju­tro się tam po­ja­wisz, więc wte­dy będę mo­gła cię opro­wa­dzić.

– Ja­sne, z chę­cią zo­ba­czę z tobą Los An­ge­les, o ile po dro­dze mnie nie za­bi­jesz. Taak, nie­ste­ty już ju­tro mu­szę iść na uczel­nię. W koń­cu to po­ło­wa roku, a ja nie chcę za wie­le tra­cić. Pew­nie i tak będę mu­sia­ła nad­ro­bić ma­te­riał, bo dzie­kan z Mia­mi mnie uprze­dził, że pro­gram tro­chę się róż­ni.

– Su­per, w ta­kim ra­zie chodź­my! A, jesz­cze jed­no waż­ne py­ta­nie: ile masz lat? Albo ina­czej: na któ­rym je­steś roku?

– Przed­ostat­nim. Dwa­dzie­ścia – od­po­wia­dam, a z ust Mi­chel­le wy­do­sta­je się gło­śny krzyk.

Krzy­wię się. Je­śli zro­bi to jesz­cze raz, stra­cę słuch albo ją ude­rzę. Nie­na­wi­dzę tego. Mam na­dzie­ję, że to jed­no­ra­zo­wa ak­cja.

– Mi­chel­le, mo­żesz nie pisz­czeć? Strasz­nie tego nie lu­bię, bo mam wraż­li­wy słuch – mó­wię nie­co po­iry­to­wa­na.

– Sor­ki. Nie mia­łam po­ję­cia, po­sta­ram się wię­cej tego nie ro­bić – od­po­wia­da skru­szo­na.

– Prze­pra­szam, wiem, że je­stem nie­co dziw­na, ale...

– Zwa­rio­wa­łaś? Nie prze­pra­szaj mnie za to!

– Mogę cię o coś spy­tać, Mi­chel­le?

– Ja­sne, śmia­ło. Do­pó­ki nie bę­dzie to do­ty­czy­ło mo­je­go ży­cia in­tym­ne­go, to wal.

– Co cię łą­czy albo łą­czy­ło z Lu­kiem, że aż tak się nie lu­bi­cie? Coś się sta­ło? Czy kie­dyś by­li­ście ra­zem?

Dziew­czy­na nie od­po­wia­da mi od razu, tyl­ko naj­pierw otwie­ra sa­mo­chód, wsia­da do środ­ka i na­ka­zu­je mi to samo. To ja­kieś po­rsche, nie znam się na tym, a roz­po­zna­ję mar­kę dzię­ki znacz­ko­wi. Czer­wo­ny ko­lor, ład­nie wy­glą­da.

Roz­sia­dam się wy­god­nie w fo­te­lu, Mi­chel­le włą­cza mu­zy­kę, ru­sza z pod­jaz­du i do­pie­ro wte­dy za­czy­na mó­wić:

– Zwa­rio­wa­łaś? Ni­g­dy w ży­ciu. Nie zro­zum mnie źle, Luke jest przy­stoj­ny, ale nie w moim ty­pie. Ni­g­dy nie chcia­ła­bym się z nim zwią­zać. Wo­la­ła­bym już na za­wsze zo­stać sin­giel­ką.

– Da­lej nie ro­zu­miem, dla­cze­go aż tak się nie lu­bi­cie – mó­wię zdez­o­rien­to­wa­na.

– Gar­dzę nim. Przez chwi­lę spo­ty­kał się z moją przy­ja­ciół­ką Mi­ran­dą. Ona się w nim za­ko­cha­ła, cho­ciaż ostrze­ga­łam ją, jaki z nie­go typ, i po­wta­rza­łam, że to zły po­mysł, ale ona nie chcia­ła słu­chać. Od­pu­ści­łam więc. Wiesz, to jest sta­ry sche­mat. Po­pu­lar­ny spor­to­wiec spo­ty­ka się z nie­śmia­łą dziew­czy­ną, ale na ho­ry­zon­cie po­ja­wia­ją się che­er­le­ader­ki i inne, go­to­we od razu wsko­czyć mu do łóż­ka. Prze­spał się z inną na im­pre­zie uro­dzi­no­wej Mi­ran­dy. Nie­ste­ty, moja przy­ja­ciół­ka nie po­ra­dzi­ła so­bie z tym naj­le­piej, ta sy­tu­acja bar­dzo ją znisz­czy­ła. Spę­dzi­ła rok w ośrod­ku za­mknię­tym, gdzie pró­bo­wa­li ją le­czyć z de­pre­sji. Kie­dy w koń­cu wró­ci­ła do zdro­wia, jej ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li się prze­nieść. Wy­pro­wa­dzi­li się całą ro­dzi­ną do Okla­ho­my. Mi­ran­da jest tam szczę­śli­wa i, co naj­waż­niej­sze, zdro­wa. Jed­nak ja nie za­mie­rzam wy­ba­czać tego Lu­ko­wi, ni­g­dy. Przez nie­go i przez to, że nie po­tra­fił utrzy­mać fiu­ta w spodniach, stra­ci­łam naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę, a ona zdro­wie. Tak się po pro­stu nie robi.

Hi­sto­ria Mi­chel­le mnie za­ska­ku­je. Te­raz do­sko­na­le ro­zu­miem jej nie­na­wiść do Luke’a i sama mam ocho­tę go za to znie­na­wi­dzić. Zdra­da to naj­gor­sze, co moż­na zro­bić dziew­czy­nie.

– Bar­dzo mi przy­kro – mó­wię, bo nie wiem, co in­ne­go mo­gła­bym w tej chwi­li po­wie­dzieć.

– Cie­szę się po pro­stu, że nic jej nie jest, wiesz? Przez ja­kiś czas było na­praw­dę kru­cho, ale mi­nął rok, od­kąd wy­szła z kli­ni­ki, i rok od prze­pro­wadz­ki. Je­ste­śmy w sta­łym kon­tak­cie, więc nie jest naj­go­rzej. Ma chło­pa­ka.

– Całe szczę­ście, że jest jej le­piej. Naj­chęt­niej w tej chwi­li wy­ka­stro­wa­ła­bym Luke’a za ta­kie za­cho­wa­nie. Czy na­praw­dę aż tacy z nich ko­bie­cia­rze?

– Nie, oni nie są ko­bie­cia­rza­mi. Na­zy­waj­my rze­czy po imie­niu. Są po pro­stu kur­wia­rza­mi.

– Ostre sło­wa.

Żad­na z nas nie mówi już nic wię­cej, cho­ciaż kor­ci mnie, żeby za­dać Mi­chel­le jesz­cze kil­ka py­tań. Po­wstrzy­mu­ję się jed­nak, co jak na mnie jest nie lada wy­czy­nem. W ci­szy ob­ser­wu­ję wszyst­ko za oknem, Ka­li­for­nia jest pięk­na, a ja je­stem w Los An­ge­les. Na pew­no będę mu­sia­ła się wy­brać na wię­cej niż jed­ną wy­ciecz­kę, żeby to wszyst­ko zo­ba­czyć.

– Tak przy oka­zji, co stu­diu­jesz? – od­zy­wa się Mi­chel­le i tyle by było, je­śli cho­dzi o chwi­lę wy­tchnie­nia.

– Psy­cho­lo­gię – od­po­wia­dam.

– No nie ga­daj, ja też! – mówi za­chwy­co­na i wi­dzę, że z tru­dem po­wstrzy­mu­je się od en­tu­zja­stycz­ne­go pi­sku. Do­ce­niam sta­ra­nia.

Ja z ko­lei wal­czę z chę­cią prze­wró­ce­nia ocza­mi. Mi­chel­le jest w po­rząd­ku, ale po­wo­li czu­ję się osa­cza­na. Miesz­ka obok mnie, stu­diu­je ten sam kie­ru­nek, co jesz­cze? Ach, no tak, jej mama przy­jaź­ni się z moją ma­co­chą. Zbyt wie­le, zbyt szyb­ko. Bio­rę głę­bo­ki od­dech, tak jak uczy­li nas na gru­pie wspar­cia. To po pro­stu zbli­ża­ją­cy się atak pa­ni­ki, po­tra­fię nad nim za­pa­no­wać.

– Mia, wszyst­ko do­brze? – pyta zmar­twio­na dziew­czy­na.

– Tak, cza­sa­mi mie­wam ata­ki pa­ni­ki, ale za­zwy­czaj umiem so­bie z nimi ra­dzić.

– Je­steś pew­na? Może mam za­wró­cić do domu? – Do­ce­niam jej tro­skę, ale na­uczy­łam się z tym żyć, już od daw­na nie mia­łam żad­ne­go, po­tra­fię nad nimi za­pa­no­wać.

– Mi­chel­le, nie wy­głu­piaj się. Nic mi nie jest, mo­że­my je­chać da­lej, chcę zo­ba­czyć mia­sto, bo Luke ani mój oj­ciec na pew­no mi go nie po­ka­żą.

– Cze­mu mó­wisz, że twój tata nie opro­wa­dzi cię po Los An­ge­les? Mama mówi, że Ni­cho­las od mie­sią­ca non stop pa­pla o two­im przy­jeź­dzie.

– Może i pa­pla, ale te­raz, gdy przy­je­cha­łam, na­wet nie ra­czył zja­wić się w domu, żeby się ze mną przy­wi­tać. Mógł cho­ciaż do mnie za­dzwo­nić. Wy­obraź so­bie moje zdzi­wie­nie, gdy na lot­ni­sku zo­ba­czy­łam Luke’a trzy­ma­ją­ce­go kart­kę z na­pi­sem „Mia”. Oczy­wi­ście oj­ciec na­wet nie dał rady mnie ode­brać.

– Nie wiem, co mam ci od­po­wie­dzieć – mówi i wi­dać, że czu­je się te­raz nie­zręcz­nie, ale nie wi­nię jej. Ona pew­nie ma ro­dzi­ców, któ­rzy o nią dba­ją.

– Nie mu­sisz prze­cież nic mó­wić. Przy­wy­kłam do tego, a te­raz jedź­my, po­każ mi te two­je cu­dow­ne miej­sca!

Do­jeż­dża­my w koń­cu w pierw­sze miej­sce, któ­re, jak twier­dzi Mi­chel­le, jest naj­lep­szą miej­sców­ką na im­pre­zy. Fak­tycz­nie, gdy się roz­glą­dam, wi­dzę, że w po­bli­żu nie ma do­mów, jest tyl­ko je­den w od­da­li, ale z tego, co mówi dziew­czy­na, jest on od daw­na opusz­czo­ny, więc nikt tu nie za­glą­da. Wy­czu­wam, że to wła­śnie tu­taj bę­dzie chcia­ła mnie wy­cią­gać na im­pre­zy. Już mi to za­po­wie­dzia­ła. Nie mam nic prze­ciw­ko, bo je­śli w domu bę­dzie za­wsze tak jak dzi­siaj, to nie za­mie­rzam spę­dzać w nim zbyt wie­le cza­su. Jest ogrom­ny i pu­sty. To bar­dzo przy­tła­cza­ją­ce.

*

Po ca­łym dniu ob­jaz­dów­ki z nowo po­zna­ną ko­le­żan­ką czu­ję się wy­koń­czo­na, ale jed­no­cze­śnie szczę­śli­wa. Gdy­by Mi­chel­le nie była ta­kim ty­pem oso­by, to te­raz pew­nie sie­dzia­ła­bym sama w swo­im no­wym po­ko­ju i słu­cha­ła mu­zy­ki, bez­ce­lo­wo prze­glą­da­jąc In­sta­gra­ma. Przy oka­zji za­sta­na­wia­ła­bym się, co ro­bią te­raz mama, Luke i wszy­scy inni lu­dzie, któ­rzy mają ja­kieś ży­cie.

– Mi­chel­le, nie zdą­ży­łam po­roz­ma­wiać z oj­cem o sa­mo­cho­dzie. Czy mo­gła­bym się za­brać ju­tro z tobą na kam­pus? – py­tam, gdy za­uwa­żam, że wjeż­dża­my na na­szą uli­cę.

– Ja­sne, na­wet nie mu­sisz py­tać. Sko­ro stu­diu­jesz psy­cho­lo­gię, to pew­nie mamy te same za­ję­cia, ale dla pew­no­ści prze­ślij mi swo­ją roz­pi­skę. Za­pi­szę ci swój nu­mer i do­dam cię do na­szej gru­py stu­denc­kiej.

Wy­mie­nia­my się te­le­fo­na­mi już na pod­jeź­dzie Mi­chel­le oraz wy­sy­ła­my so­bie za­pro­sze­nia w so­cial me­diach, bo pew­nie bę­dzie­my się kon­tak­to­wać za ich po­śred­nic­twem. Że­gnam się z nią, tłu­ma­cząc się wa­liz­ka­mi, któ­re cze­ka­ją na roz­pa­ko­wa­nie, ale tak na­praw­dę mam ocho­tę iść spać. Mu­szę też za­dzwo­nić do mo­jej ko­le­żan­ki z gru­py wspar­cia, Sut­ton, i po­wie­dzieć jej, że je­stem na miej­scu i chy­ba nie bę­dzie aż tak źle, jak za­kła­da­łam.

Wra­cam do domu, a tam po­now­nie ude­rza mnie pust­ka. Ojca da­lej nie ma. Po­waż­nie, mo­głam zo­stać sama w Mia­mi, wca­le nie by­ło­by ina­czej, niż jest te­raz.

– Jest ktoś w domu?! – wo­łam, cho­ciaż nie spo­dzie­wam się od­po­wie­dzi.

Wte­dy jed­nak ktoś wy­ła­nia się z kuch­ni. Wrzesz­czę prze­ra­żo­na, bo nie roz­po­zna­ję męż­czy­zny.

– Kim je­steś? Co tu ro­bisz? – pyta mnie tam­ten.

Se­rio? To on mnie za­da­je ta­kie py­ta­nie? A on kim niby jest?

– Luke! Ja­kaś świ­ru­ska wła­ma­ła ci się wła­śnie na cha­tę, mam wzy­wać gli­ny? – krzy­czy na­past­nik do mo­je­go przy­szy­wa­ne­go bra­ta. Mam ocho­tę wy­buch­nąć śmie­chem, ale chło­pak nie wy­glą­da zbyt przy­jaź­nie, więc sie­dzę ci­cho i cze­kam, aż Luke ła­ska­wie się tu po­ja­wi.

– Mase, o co ro­bisz ha­łas? – W pro­gu po­ja­wia się Luke, jego oczy spo­czy­wa­ją na mnie, a on sam głup­ko­wa­to się uśmie­cha.

– To ta la­ska.

– Sta­ry, to żad­na la­ska, to cór­ka Ni­cho­la­sa. Mia.

Jego ko­men­tarz, że nie je­stem żad­ną la­ską, wy­wo­łu­je we mnie nie­po­żą­da­ne ukłu­cie bólu, cho­ciaż nie po­win­nam tak re­ago­wać.

– Do­brze, że cho­ciaż mnie przed­sta­wi­łeś, dup­ku – od­zy­wam się lo­do­wa­tym to­nem. Sko­ro on nie sta­ra się być uprzej­my, to ja też mogę w to za­grać. Nie mu­szę być miła.

– Mia... – rzu­ca ostrze­gaw­czo, jak­by za­mie­rzał mi za­raz coś zro­bić.

– War­czeć mo­żesz so­bie na te pan­ny, któ­re co chwi­la pie­przysz, a nie na mnie – od­po­wia­dam z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą, a gdy sze­rzej otwie­ra oczy, do­da­ję: – Tak, wiem o was już co nie­co.

– O nie, ta pier­do­lo­na Mi­chel­le na­ga­da­ła jej już ja­kie­goś gów­na – ję­czy wście­kle, pa­trząc na Ma­so­na.

– Na pew­no nie zdą­ży­ła jej nic ta­kie­go po­wie­dzieć.

– „Ona” tu stoi i do­sko­na­le was sły­szy, tak się skła­da, że umie rów­nież mó­wić – od­zy­wam się, zi­ry­to­wa­na ich za­cho­wa­niem.

Roz­ma­wia­ją ze sobą tak, jak­by mnie tu nie było. Spo­glą­dam na nich, a po­tem od­cho­dzę do sie­bie. Otwie­ram wa­liz­ki i przy­glą­dam się im z na­dzie­ją, że na­gle wszyst­ko samo prze­nie­sie się na wie­sza­ki i pół­ki w gar­de­ro­bie. Szko­da, że nikt tego za mnie nie zro­bi. Ję­cząc, kła­dę się na łóż­ku.

– Roz­pa­ku­ję się in­nym ra­zem – mó­wię do sie­bie i bio­rę do ręki te­le­fon.

Pi­szę do mamy, że je­stem cała i zdro­wa, in­for­mu­ję też o no­wej ko­le­żan­ce, a na­stęp­nie pi­szę do Mi­chel­le.

MIA:

WŁA­ŚNIE PO­ZNA­ŁAM MA­SO­NA, CZY­LI NAJ­LEP­SZE­GO KUM­PLA LUKE’A. Z TEGO, CO MÓ­WI­ŁAŚ. FAK­TYCZ­NIE, DU­PEK Z NIE­GO!

MI­CHEL­LE:

MÓ­WI­ŁAM! NIE ROZ­MA­WIAJ Z NIMI, NIE WAR­TO TRA­CIĆ CZA­SU. PA­MIĘ­TAJ, PO­DE­ŚLIJ MI PLAN.

Gdy­by mi o tym nie przy­po­mnia­ła, to pew­nie wy­le­cia­ło­by mi to z gło­wy. Ro­bię zrzut pla­nu, któ­ry do­sta­łam na ma­ila, i jej wy­sy­łam. Po czym do­sta­ję ko­lej­ną wia­do­mość.

MI­CHEL­LE:

DO­BRA, WY­CHO­DZI NA TO, ŻE MAMY PRA­WIE WSZYST­KIE ZA­JĘ­CIA RA­ZEM. ZA­CZY­NA­MY JU­TRO O DZIE­WIĄ­TEJ, WIĘC O ÓSMEJ BĄDŹ GO­TO­WA.

MIA:

CZE­MU AŻ GO­DZI­NĘ WCZE­ŚNIEJ?

MI­CHEL­LE:

DZIEW­CZY­NO, PRZE­CIEŻ TRZE­BA CI JESZ­CZE PO­KA­ZAĆ KIL­KA RZE­CZY, A POZA TYM W TYCH GO­DZI­NACH SĄ KO­SMICZ­NE KOR­KI. DO JU­TRA! LECĘ SIĘ SZY­KO­WAĆ NA RAND­KĘ!

Ona ma chło­pa­ka? Cze­mu wcze­śniej nic o nim nie wspo­mi­na­ła? Czy może mó­wi­ła, a ja by­łam tak za­ję­ta wła­sny­mi my­śla­mi, że nie zwra­ca­łam uwa­gi na jej sło­wa? Mu­szę ją ju­tro do­py­tać. Może to wła­śnie przez chło­pa­ka tak się nie lu­bią z Lu­kiem? Nie wie­rzę, że tu­taj cho­dzi tyl­ko o jej przy­ja­ciół­kę. Ina­czej Ma­son też nie był­by do niej tak wro­go na­sta­wio­ny.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki