Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sen o Nowym Jorku - Sandra Marton

 

Caroline Hamilton zna rosyjski. Bardzo potrzebuje pieniędzy, przyjmuje więc nagłą propozycję tłumaczenia dla wpływowego finansisty w Nowym Jorku, Lucasa Vieiry. Na miejscu dowiaduje się, że ma również udawać jego dziewczynę. Nie podoba jej się ta podwójna rola, jednak jest za późno, by się wycofać…

Opinie o ebooku Sen o Nowym Jorku - Sandra Marton

Fragment ebooka Sen o Nowym Jorku - Sandra Marton

Sandra Marton

Sen o Nowym Jorku

Tłumaczenie: Agnieszka Wąsowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lucas Vieira był naprawdę wściekły.

Cały dzień miał do niczego. Do niczego? To mało powiedziane. Ten dzień był kompletną katastrofą. Zaczęło się od przypalonej kawy. Lucas nawet nie miał pojęcia, że coś takiego można zrobić, dopóki jego asystentka nie podała mu filiżanki czarnej, gorącej i wyjątkowo niesmacznej cieczy. Jeden łyk wystarczył, by wylał całą zawartość do zlewu. Kiedy otworzył swój telefon zobaczył, że ma wiadomość od reportera, który od kilku tygodni molestował go o wywiad. Skąd ten człowiek zdobył jego numer? Był przecież zastrzeżony. Lucas bardzo cenił sobie prywatność. Unikał prasy. Podróżował prywatnym samolotem. Do jego mieszkania przy Piątej Alei można się było dostać jedynie prywatną windą. Posiadłość w Hamptons została otoczona wysokim murem. A jedna z karaibskich wysp, którą kupił w zeszłym roku, była oznakowana tabliczkami zakazującymi wstępu.

Lucas Vieira – człowiek tajemnica, jak nazwał go jeden z reporterów. Nie była to do końca prawda. Był multimilionerem i wzbudzał zrozumiałe zainteresowanie. Nie zawsze udawało mu się uniknąć fleszy i mikrofonów. Zdołał osiągnąć sukces w dziedzinie, w której dobre pochodzenie i koneksje były wszystkim. On nie miał ani jednego, ani drugiego. A raczej miał, tyle tylko że nie takie, które znaczyłyby cokolwiek na Wall Street. Mimo to, mając zaledwie trzydzieści trzy lata, stał na czele Vieira Financial i niewielu mogło się z nim równać. Zmęczyły go te ciągłe pytania, dlatego podczas ostatniego wywiadu powiedział, że sukces przychodzi wtedy, gdy rzetelnej pracy towarzyszy przysłowiowy łut szczęścia.

– I to wszystko? – spytał go reporter.

– Wszystko – odparł, odpinając od klapy marynarki maleńki mikrofon i wychodząc ze studia. Nie powiedział jedynie, że aby to osiągnąć, nie można pozwolić, aby cokolwiek stanęło ci na drodze.

Lucas odsunął fotel od masywnego drewnianego biurka i spojrzał na szklaną ścianę, za którą roztaczał się widok na Manhattan. Już jako dziecko nauczył się tego, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się skupić jedynie na swoim celu. Był brudnym, często głodnym menino de rua – dzieckiem wychowywanym przez ulicę w Rio. Kradł, co się dało, jadał to, co znalazł na śmietniku, spał w parkach i żył z dnia na dzień. Nie było innego sposobu. Brazylia to kraj wielkich kontrastów. Część społeczeństwa była niewiarygodnie wprost bogata, większość jednak, tak zwani favelados, mieszkali w slumsach na obrzeżach Rio. Lucas nie należał do żadnej z tych grup. Był nikim. Nędznym robakiem. I co siedmioletnie dziecko miało z tym zrobić?

Miał tylko matkę. Któregoś dnia mężczyzna, którego przyprowadziła do domu, spojrzał na niego i powiedział, że nie zapłaci, żeby pójść do łóżka z puta, kiedy patrzy na jej dziecko. Następnego dnia matka zabrała go na brudne ulice Copacabana, powiedziała, żeby był grzecznym chłopcem i zostawiła. Nigdy więcej jej nie widział.

Nauczył się walczyć o przetrwanie. Nauczył się uciekać przed policją, ale pewnej nocy był zbyt chory i słaby, aby uciec. Tej nocy jego życie dramatycznie się zmieniło. Na policji był pracownik socjalny. Kobieta. Zabrała go do specjalnego domu, gdzie mieszkały dzieci takie jak on. Tam go wyleczono, odkarmiono, dano mu ubranie i środki czystości. Co z tego, że ubranie było za duże? Za to nie było w nim wszy. Tylko to się liczyło.

Lucas nie był głupi. Wręcz przeciwnie. Szybko nauczył się czytać, rachować, odpowiednio zachowywać i mówić. Nauczył się myć zęby, mówić obrigado i por favor. I nauczył się uśmiechać. To ostatnie było najtrudniejsze. Uśmiech nie leżał w jego naturze.

Mijały tygodnie, miesiące i zdarzył się kolejny cud. Pojawiła się para z Ameryki Północnej, która postanowiła go adoptować. Pojechał do New Jersey.

Powinien był się spodziewać, że to nie potrwa długo. Lucas wyglądał ładnie. Pachniał i poprawnie się wyrażał. W duszy jednak pozostał chłopcem, który nikomu nie ufa i który nie cierpi robić tego, co mu każą. Sprawy szybko przybrały zły obrót. Jego przybrany ojciec siłą zaczął go uczyć posłuszeństwa, a matka nieustannie go upokarzała. W końcu uznali, że nie będzie z niego nic dobrego i w dniu jego dziesiątych urodzin odwieźli go do domu dziecka.

Przez kolejne osiem lat zwiedził ich kilka. Jeden czy dwa były całkiem w porządku, ale reszta... Nawet teraz na wspomnienie tego, co w nich przeżył, mimowolnie zaciskał pięści. Jak tylko skończył osiemnaście lat, spakował swój skromny dobytek w poszewkę od poduszki i uciekł.

Teraz jednak dokładnie już wiedział, czego chce od życia: szacunku. I wiedział, że może go zyskać tylko człowiek obdarzony majątkiem i władzą. Dlatego postanowił zdobyć obie te rzeczy. Ciężko pracował całe lata i jednocześnie się uczył. Zrobił maturę, potem rozpoczął studia. Cały czas pracował też nad swoim wyglądem i zachowaniem. Aż doszedł do punktu, w którym okazało się, że zamierzony cel jest możliwy do osiągnięcia.

W wieku trzydziestu jeden lat miał wszystko.

Prawie wszystko.

Zerwał się na równe nogi i zaczął niecierpliwie przechadzać się po gabinecie. Ten wybuch złości był złym znakiem. Żeby osiągnąć sukces, trzeba umieć panować nad emocjami. Był na siebie wściekły za to, że nie dostrzegł wcześniej, jakie wyobrażenie o ich związku ma jego obecna dziewczyna. Zgoła odmienne od tego, co on o tym myślał. Dla niego była to jedynie przelotna znajomość, bez znaczenia.

Teraz jego myśli całkowicie pochłaniał nowy projekt. Miał zamiar kupić firmę Leonida Rostowa wartą dwadzieścia milionów dolarów. Pracował nad tym od dłuższego czasu i wreszcie transakcja była bliska sfinalizowania. Miesiąc temu, kiedy doszły go słuchy, że Rostow ma zamiar sprzedać firmę i że przyjeżdża do Nowego Jorku, Lucas zagrał va banque. Przesłał mu pudełko doskonałych hawańskich cygar i swoją wizytówkę. Z tyłu nakreślił kilka słów: Kolacja w Nowym Jorku w następną sobotę, Palace Hotel, godzina dwudziesta.

Rostow łyknął przynętę.

Zjedli kolację, nie rozmawiając o interesach. Lucas wiedział, że Rostow go ocenia. Pod koniec wieczoru Rosjanin poklepał go jowialnie po plecach i zaprosił do Moskwy. Odbyli nieskończoną ilość rozmów, zawsze przez tłumaczy, gdyż angielski Rostowa zostawiał wiele do życzenia.

Teraz Rostow znów przyjechał do Nowego Jorku.

– Jeszcze jedna kolacja, Lucasz, jedna butelka wódki i uczynię cię szczęśliwym człowiekiem.

Był tylko jeden problem.

Zamierzał przyjechać z żoną.

Lucas poznał ją podczas ostatniego pobytu w Moskwie. Miała piękną, skorygowaną licznymi operacjami twarz, diamentowe kolczyki wielkości kandelabrów w teatrze Balszoj i używała nadmiernej ilości duszących perfum. Mówiła za to płynnie po angielsku i służyła mężowi za tłumacza.

I nie tylko. Podczas kolacji Lucas poczuł na kolanie jej rękę. Jakoś przetrwał do końca posiłku i udało mu się zachowywać tak, żeby ani Rostow, ani ich tłumacz nie zorientowali się, co się dzieje.

I dziś miała z nim przyjechać.

– Żadnych tłumaczy – powiedział twardo Rostow. – Możesz za to przyprowadzić kobietę. Ale jeśli chodzi o rozmowę, moja Ilana jest niezastąpiona.

Lucas prawie się roześmiał. Tym razem miał asa w rękawie i nie da się zaskoczyć.

Miała na imię Elin Jansson. Urodzona w Finlandii, mówiła płynnie po rosyjsku. Była modelką i Lucas ostatnio się z nią spotykał. Ona będzie jego dziewczyną i jego tłumaczką. Bronią przeciwko Ilanie Rostow.

Lucas jęknął, podszedł do okna i oparł czoło o chłodną szybę.

Gdybyż to wszystko było takie proste.

– Panie Vieira?

Jego asystentka stała w drzwiach i uśmiechała się nerwowo. Była bardzo młoda i najwyraźniej się go bała. Wyglądała tak, jakby zobaczyła ducha.

– O co chodzi, Denise?

– Mam na imię Elise, sir. Pukałam, ale pan nie odpowiedział. Dzwonił pan Rostow. Zgodnie z poleceniem powiedziałam, że pana nie ma. Polecił mi przekazać, że może się parę minut spóźnić i...

– I co?

– Zastanawiałam się, czy powinnam zadzwonić do restauracji, żeby powiedzieć, że na kolację przyjdą tylko trzy osoby.

Do licha! Czy cały świat wiedział już, co się stało?

– Czy prosiłem o to?

– Nie. Pomyślałam tylko...

– To nie myśl. Po prostu rób to, o co proszę.

– Sądziłam tylko, że... Wiem, że jest pan przygnębiony i...

– Nie jestem przygnębiony. – Lucas uśmiechnął się w wymuszony sposób. – Dlaczego miałbym być?

– Cóż, panna Jansson była tu przed chwilą i mimo woli słyszeliśmy, co powiedziała, wchodząc do pańskiego biura.

– Jak rozumiem, wszyscy w biurze słyszeli już ostatnią nowinę, tak?

– Nie wiem, panie Vieira. Jeśli pan sobie życzy, mogę się zorientować...

– Życzę sobie, aby nigdy więcej pani o tym nie wspominała. Ani mnie, ani nikomu innemu. Czy wyrażam się jasno?

Dziewczyna skinęła głową.

Obiecał sobie w duchu podwoić pensję swojej stałej asystentce pod warunkiem, że przysięgnie mu, że nigdy nie zachoruje, nie weźmie urlopu, ani nie wyjdzie za mąż.

– Chciałam tylko, żeby pan wiedział, że jest mi przykro z tego powodu, że pan i panna Jansson...

– Niech pani wraca do pracy. I proszę mi więcej pod żadnym pozorem nie przeszkadzać.

Elise skinęła głową i pospiesznie zamknęła za sobą drzwi. Lucas opadł na fotel, odgiął głowę i zaczął wpatrywać się w sufit. Cudownie. Za chwilę ma się spotkać z człowiekiem, który nie mówi po angielsku, i jego paskudną żoną, która marzy jedynie o tym, aby wsadzić mu rękę w spodnie. Nie miał tłumacza, a jego prywatne życie było głównym tematem plotek pracowników.

A niby dlaczego nie?

Elin zrobiła mu karczemną awanturę. Wpadła do biura, dopytując się o to, kim jest ta „nadmuchana blondynka”, z którą go sfotografowano. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby zrozumiał, że było to dzieło fotoshopa i to tak kiepsko zmontowane, że stopy wiszącej na nim kobiety nie dotykały podłogi.

Miał to powiedzieć rozwścieczonej Elin, ale kiedy spojrzał na jej zaciśnięte usta i zimne oczy, ogarnęła go irytacja. Elin spędzała w jego łóżku część nocy, po czym uciekała z niego do swojego mieszkania. Seks to seks, a sen to sen. To ostatnie chciał robić sam.

– Czekam na wyjaśnienie. Czuję się przez ciebie oszukana – oznajmiła, opierając dłonie na biodrach.

Lucas wstał zza biurka.

– Nikogo nie oszukuję – oznajmił zimno. – I nie zamierzam się tłumaczyć. Ani przed tobą, ani przed nikim innym.

Elin znieruchomiała.

Lucas spokojnym, cichym głosem zaczął jej wyjaśniać, jak on to widzi. Spotykają się, uprawiają seks, ale...

Krzyknęła do niego coś po fińsku i tylko z tonu jej głosu mógł się domyślać, że nie było to nic pochlebnego. Wypadła z biura jak burza. Cóż, być może już dawno powinni byli się rozstać.

Problem polegał jedynie na tym, że nie miał tłumacza na spotkanie z Rostowem. I nie miał nikogo do obrony przed jego żoną.

To jego wina. Nie powinien mieszać interesów z przyjemnością. Potrzebna mu piękna kobieta, która wie, jakiego widelca użyć do jakiej potrawy i potrafi płynnie mówić po rosyjsku i po angielsku. Gdzie, do diabła, można taką znaleźć o jedenastej wieczorem, nawet tu, w Nowym...

– P-panie Vieira?

– Niech to diabli. – Lucas spojrzał na drzwi. Jego tymczasowa asystentka drżała. Obok niej stał Jack Gordon. Lucas zatrudnił go kilka lat temu. Był bystry i operatywny, choć czasami Lucas miał wątpliwości co do jego uczciwości.

– Lepiej, żebyś miał dla mnie dobre wiadomości.

– Sir, wydaje mi się, że powinien pan wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.

– Mów, a potem się wynoś.

– Nie wiem, jak zacząć. Wiem, co się stało z panną Jansson... Proszę mi dać dokończyć. Nie przyszedłem tu, żeby rozmawiać o niej.

– Tylko spróbuj.

– Wiem, że miała pójść dziś z panem na spotkanie. Wspomniał pan o tym w poniedziałek rano. O tym, że Rostow nie lubi profesjonalnych tłumaczy i że jego żona...

– Do rzeczy.

– Sir, znam kogoś, kto płynnie mówi po rosyjsku.

– Być może nie słyszałeś wszystkiego, co mówiłem w poniedziałek. Rostow nie chce słyszeć o żadnym tłumaczu z agencji, ponieważ uważa, że nie można im ufać. Może w jego świecie tak jest, ale tu...

– Dani może udawać, że jest z panem.

– Nie sądzę, żeby mi uwierzyli, że nagle zacząłem interesować się chłopcami.

– Dani jest dziewczyną, sir. I to piękną. A na dodatek bardzo inteligentną. I płynnie mówi po rosyjsku.

W Lucasie obudziła się nadzieja. Choć zaraz stłumił ją niepokój. Nigdy jej przecież nie widział. Nie może ryzykować. Zbyt wiele miał do stracenia.

– Zapomnij o tym.

– Sir, to naprawdę może się udać.

Lucas potrząsnął głową.

– To bardzo sprytne, ale mówimy o umowie za dwadzieścia milionów dolarów. Nie mogę tak ryzykować.

Gordon uśmiechnął się.

– Powiedziałem coś zabawnego?

– Nie, nie. Ale proszę mi wierzyć, znam Dani od lat. Jest osobą, której pan potrzebuje.

– A jeśli nawet się zgodzę, dlaczego miałaby to zrobić?

– Jak powiedziałem, znamy się od lat. Jestem pewien, że nie odmówiłaby mi, gdybym ją poprosił.

Lucas nie wiedział, co zrobić. Cała sytuacja była tak absurdalna, że paradoksalnie wszystko mogło się udać.

– Zgoda. Zadzwoń do niej. Powiedz jej...

– Dani. Nazywa się Dani Sinclair.

– Dani. Powiedz jej, że podjadę po nią o siódmej trzydzieści. Gdzie mieszka?

– Ona tu przyjedzie.

– Niech czeka na mnie w holu Palace. Dokładnie za dziesięć ósma.

Chciał mieć chwilę, żeby z nią porozmawiać i przekonać się, czy dziewczyna jest w stanie wykonać to, czego od niej oczekuje.

– I powiedz jej, żeby się odpowiednio ubrała. Mam nadzieję, że potrafi to zrobić?

– Na pewno ubierze się odpowiednio.

– I powiedz jej, że zapłacę jej za poświęcony mi czas. Powiedzmy tysiąc dolarów za wieczór.

Dostrzegł, że Gordon znów się uśmiechnął. Nic dziwnego. Jeśli wszystko się uda, będzie miał u swego pracodawcy dług wdzięczności. Jeśli jednak wszystko spali na panewce...

– To brzmi rozsądnie, sir. – Gordon wyciągnął rękę. – Powodzenia.

Lucas spojrzał na wyciągniętą dłoń i, pokonując niechęć, uścisnął ją.

Jack Gordon ruszył w pośpiechu do swojego biura, gdzie natychmiast po zamknięciu drzwi wyciągnął telefon.

– Dani, skarbie, mam dla ciebie robotę.

Wyjaśnił jej pospiesznie, o co chodzi. Dani nie należała do kobiet, które przepadały za prowadzeniem konwersacji, ale w końcu mężczyźni nie za to jej płacili.

– Zreasumujmy. Powiedziałeś jakiemuś facetowi...

– Nie jakiemuś facetowi, tylko Lucasowi de Vieira. On ma więcej forsy niż ja włosów na głowie.

– Powiedziałeś mu, że się z nim umówię.

– Generalnie tak, tylko że chodzi o inny rodzaj randki. Vieira jest umówiony w interesach na kolację z Rosjaninem i jego żoną. Chodzi o to, żebyś udawała jego dziewczynę, a przy okazji służyła za tłumacza. Okazuje się, że ten pomysł ze studiowaniem słowiańskich języków nie był wcale taki zły.

– Dziewczyna musi myśleć o swojej przyszłości. Ile mi za to zapłacą?

– Tysiąc.

– Chyba zapomniałeś, jaka jest moja stawka. Dziesięć tysięcy za wieczór. No, dla ciebie mogę zrobić wyjątek i zejść do pięciu tysięcy.

– Tylko za kolację? – jęknął Jack.

– Oczywiście, jeśli pan Vieira zechce czegoś ekstra, będzie musiał dodatkowo zapłacić.

– Jeśli będzie chciał czegoś więcej, sama negocjuj cenę.

– Jack, ty stary draniu. Chyba mu o mnie nie powiedziałeś? Chcesz go zaszokować?

– Chcę, żeby był moim dłużnikiem – odparł zimnym tonem Jack Gordon. – I będzie, niezależnie od tego, jak wszystko się uda.

– Czarujący jak zawsze. Kiedy to ma mieć miejsce?

– Myślałem, że już ci mówiłem. Dziś wieczorem. Za dziesięć ósma w lobby Palace.

– Tak, ale... – Dani przerwała. Propozycja była bardzo kusząca, tyle tylko, że ona była już na dziś wieczór umówiona z pewnym Teksańczykiem, który regularnie odwiedzał ją raz w miesiącu właśnie tego dnia.

Musi być jakiś sposób.

– Dani?

I był. Wystarczy wykonać jeden telefon.

– Zgoda. Za dziesięć ósma w lobby Palace.

Rozłączyła się i wyszukała w telefonie odpowiedni numer.

– Caroline? Mówi Dani. Chodziłyśmy razem na seminaria z Czechowa. Posłuchaj, skarbie. Mam zlecenie, którego nie mogę wziąć. Chodzi o tłumaczenie. Pomyślałam o tobie. Nie chciałabyś zarobić paru groszy?

Caroline Hamilton przytrzymywała telefon między uchem a ramieniem, gdyż obie ręce miała zajęte zakupami. Przypomniała sobie koleżankę ze studiów, wysoką, atrakcyjną blondynkę, zawsze ubraną w ciuchy od najlepszych projektantów. Nigdy nie zamieniły więcej niż kilka słów, ale wymieniły numery telefonu, na wypadek gdyby potrzebowały jakiejś pomocy przed egzaminami.

– Caroline? Jesteś tam?

– Jestem. – Caroline odstawiła torby z jedzeniem na kuchenny blat i wyjęła z jednej dietetyczny batonik. – Mówisz, że chodzi o tłumaczenie?

– Tak. Dość nietypowe. Podczas kolacji.

Caroline była głodna. Od lunchu nic nie miała w ustach. Otworzyła wreszcie opakowanie z batonikiem, omal nie upuszczając przy tym telefonu.

– Co powiedziałaś?

– Powiedziałam, że tłumaczenie jest podczas kolacji. Mój klient ma spotkanie z bardzo ważnym kontrahentem z Rosji w Palace Hotel. Masz udawać jego dziewczynę i jednocześnie służyć mu za tłumacza.

– Dlaczego miałabym udawać jego dziewczynę?

– Bo tak sobie zażyczył.

– Dzięki, ale chyba nie skorzystam. Brzmi nieźle, ale...

– Sto dolarów.

– Posłuchaj, Dani...

– Dwieście i kolacja. Potem możesz wracać do domu z dwustoma dolarami w kieszeni dżinsów. Tyle tylko że nie możesz włożyć dżinsów.

– Sama widzisz, nawet nie mam się w co ubrać.

– Mam rozmiar szósty, a ty?

– Też sześć, ale...

– Buty numer siedem?

– No tak, ale naprawdę nie wiem...

– Trzysta. Jadę do ciebie. Sukienka, buty, makijaż. Pomyśl, ile będziesz miała z tego zabawy.

Caroline mogła myśleć tylko o tych trzystu dolarach. Nie trzeba być tłumaczem, żeby zrozumieć, że to lwia część jej przyszłomiesięcznej opłaty za mieszkanie.

– Caroline! Muszę wiedzieć, gdzie mieszkasz.

Dwie godziny później ujrzała w lustrze Kopciuszka. Dani roześmiała się, widząc jej zaskoczoną minę.

– I jeszcze jedno. Nich ten facet myśli, że jesteś mną. Ten przyjaciel, który z nim rozmawiał, sądził, że ja wezmę to zlecenie, więc niech już tak zostanie.

Caroline raz jeszcze spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Dzięki cudom dokonanym przez Dani jej włosy miały teraz złocisty odcień, oczy błyszczały, a sukienka... Czarna, prosta, przylegała ciasno do figury, bardziej ją eksponując, niż zakrywając. Na nogach miała złote sandałki na tak wysokich obcasach, że zastanawiała się, czy zdoła na nich iść.

Nie wyglądała już jak Caroline Hamilton i trochę ją to przerażało.

– Dani, nie mogę...

Będzie na ciebie czekał za pół godziny.

– Jakoś mi się to nie podoba. Dlaczego mam udawać, że jestem tobą i w dodatku, że jestem dziewczyną tego Luki?

Lucasa. Lucasa Vieiry. No dobrze. Pięćset dolarów.

Caroline spojrzała na nią zaskoczona.

– Pięćset dolarów?

– Czas ucieka. Zgadzasz się, czy nie?

Caroline westchnęła ciężko.

– Tak.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lucas wrócił do domu, wziął prysznic i zmienił ubranie. Biała koszula, błękitny krawat, szary garnitur. Elegancko, ale na luzie.