Ruchome obrazki - Terry Pratchett - ebook
Opis

Kolejna powieść mistrza literatury fantastycznej poświęcona „Światu Dysku”. Ukryte we wnętrzu kamer chochliki błyskawicznie malują kolejne klatki na celuloidowej taśmie. Świat Dysku odkrywa magię Srebrnego Ekranu! Nie wystarczy jednak usiąść w kinowym fotelu i z przejęciem śledzić losy bohaterów "Porwanego wiatrem", najdziwniejszego filmu o Wojnie Domowej, jaki kiedykolwiek powstał. Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, jaką tajemnicę skrywa wzgórze Świętego Gaju (czyli Holy Woodu), nie przejmując się tym, że Gaspode, Cudowny Pies, ma wielką ochotę na to, by uratować świat...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



TERRYPRATCHETT

RUCHOME OBRAZKI

Świat Dysku Fragment

Przełożył Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Chcę podziękować wszystkim wspaniałym ludziom, dzięki którym mogła powstać ta książka. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję...

Ruchome obrazki

Spójrzcie...

Oto kosmos. Nazywany czasem ostatnią granicą.

(Tyle że – naturalnie – nie może istnieć ostatnia granica, bo niby z czym miałaby graniczyć? Ale jak na granicę, ta jest należycie przedostatnia...).

Na tle rojów gwiazd zawisła mgławica, ogromna i czarna; jeden czerwony olbrzym lśni w niej niby szaleństwo bogów...

I raptem to lśnienie okazuje się błyskiem w gigantycznym oku, przesłoniętym nagle mrugnięciem powieki; ciemność porusza płetwą i Wielki A’Tuin, gwiezdny żółw, płynie dalej przez mrok.

Na jego grzbiecie – cztery słonie. Na ich grzbietach, obramowany wodą, migoczący pod maleńkim, orbitującym wokół słońcem, wirujący majestatycznie wokół gór otaczających zamarzniętą Oś, spoczywa Dysk – świat i zwierciadło światów.

Niemal nierzeczywisty.

Rzeczywistość nie jest cyfrowa, zero-jedynkowa, lecz analogowa. Jest czymś stopniowym. Inaczej mówiąc, rzeczywistość to cecha, którą obiekty posiadają w taki sam sposób, w jaki posiadają – powiedzmy – ciężar. Na przykład niektórzy ludzie są bardziej rzeczywiści niż inni. Ocenia się, że na dowolnej planecie istnieje tylko pięciuset prawdziwych ludzi, i właśnie dlatego przez cały czas niespodziewanie na siebie wpadają.

Świat Dysku jest tak nierzeczywisty, jak to tylko możliwe, a przy tym dostatecznie rzeczywisty, by istnieć.

I dostatecznie prawdziwy, by mieć prawdziwe kłopoty.

Jakieś trzydzieści mil w kierunku obrotowym od Ankh-Morpork przybój huczał na omiatanym wiatrem, pokry tym falującą trawą i piaszczystymi wydmami skrawku lądu – w miejscu gdzie Okrągłe Morze spotyka się z Oceanem Krawędziowym.

Samo wzgórze było widoczne na wiele mil dookoła – niezbyt wysokie, ale wznosiło się pośród wydm niby łódź odwrócona dnem do góry albo wyjątkowo pechowy wieloryb. Porastały je karłowate drzewa. Nie moczył go żaden deszcz, jeśli tylko mógł się jakoś z tego wykręcić. I chociaż wiatr rzeźbił wydmy wokół, niski wierzchołek trwał w wiecznej, dzwoniącej ciszy.

Nic prócz piasku nie zmieniło się tu od setek lat.

Aż do dzisiaj.

Prymitywna chata z wyrzuconego przez morze drewna została zbudowana na długim łuku plaży... Chociaż określenie „zbudowana” to obraza dla wszystkich w historii budowniczych prymitywnych chat z wyrzuconego przez morze drewna. Gdyby morze zwyczajnie zostawiało drewno na stosie, pewnie uzyskałoby lepszy wynik.

W tej chacie umarł właśnie pewien starzec.

– Oj – powiedział.

Otworzył oczy i rozejrzał się po izbie. Od jakichś dziesięciu lat nie widział jej zbyt wyraźnie.

Potem zsunął jeśli nawet nie nogi, to wspomnienie nóg z legowiska z morskiego wrzosu i wstał. Następnie wyszedł na zewnątrz, w krystalicznie czysty poranek. Z zaciekawieniem spostrzegł, że choć jest martwy, nadal ma na sobie widmowy obraz ceremonialnej szaty – poplamionej i wytartej, to prawda, jednak wciąż można było poznać, że kiedyś uszyto ją z czerwonego pluszu ze złotymi lamówkami. Ubranie umiera chyba razem z człowiekiem, a może człowiek ubiera się w myślach, ze zwykłego przyzwyczajenia.

Przyzwyczajenie doprowadziło go też do stosu drewna przy chacie. Kiedy jednak spróbował podnieść jakieś polano, dłoń przeniknęła przez nie na wskroś.

Zaklął.

Wtedy dopiero zauważył jakąś spoglądającą w morze postać na granicy fali. Opierała się na kosie. Wiatr szarpał jej czarną szatę.

Ruszył ku niej utykając, przypomniał sobie, że nie żyje, i pomaszerował sprężystym krokiem. Nie chodził tak już od dziesięcioleci; zdumiewające, jak szybko wracają takie rzeczy.

Był w połowie drogi, gdy postać się odezwała.

DECCAN RIBOBE.

– To ja.

OSTATNI STRAŻNIK WRÓT.

– No, chyba tak.

Śmierć zawahał się.

JESTEŚ NIM CZY NIE? spytał.

Deccan poskrobał się po nosie. To jasne, pomyślał; trzeba nadal móc siebie dotykać. Inaczej człowiek rozpadłby się na kawałki.

– Formalnie rzecz biorąc, Strażnik musi być wyznaczony przez Najwyższą Kapłankę – wyjaśnił. – A Najwyższych Kapłanek nie ma już od tysięcy lat. Widzisz, nauczyłem się wszystkiego od starego Tento, który tu mieszkał przede mną. Pewnego dnia zawołał mnie i mówi: „Deccan, wygląda na to, że umieram, więc teraz wszystko spada na ciebie, bo jeśli nie zostanie tu nikt, kto należycie pamięta, wszystko zacznie się od początku, a wiesz, co to oznacza”. No i w porządku... Ale trudno to nazwać oficjalnym naznaczeniem, ot co.

Obejrzał się na piaszczyste wzgórze.

– Żyliśmy tu tylko on i ja – westchnął. – Potem już tylko ja, który pamiętałem Holy Wood. A teraz...

Podniósł dłoń do ust.

– O rany...

TAK, powiedział Śmierć.

Błędem byłoby stwierdzenie, że po twarzy Deccana Ribobe przemknął wyraz paniki, ponieważ w tej chwili jego twarz znajdowała się o kilka sążni od niego i ozdabiał ją rodzaj zastygłego uśmiechu, jakby Deccan wreszcie zrozumiał dowcip. Ale jego duch wyraźnie się zmartwił.

– Widzisz, bo to jest tak – zaczął pospiesznie. – Nikt tu nie przychodzi, tylko rybacy z sąsiedniej zatoki, ale oni zostawiają ryby i uciekają, a to z powodu zabobonów. No a przecież nie mogłem iść i szukać sobie ucznia, bo musiałem podtrzymywać ogień i wznosić modły...

TAK.

– ...To straszna odpowiedzialność, kiedy jest się jedynym, który potrafi wykonywać jakąś pracę...

TAK! zgodził się Śmierć.

– Oczywiście, tobie nie muszę tłumaczyć...

NIE.

– ...I wiesz, miałem nadzieję, że znajdzie się jakiś rozbitek albo ktoś przyjdzie tu szukać skarbów, a ja mu wszystko wytłumaczę, jak kiedyś stary Tento mnie, nauczę pieśni... No, jakoś to pozałatwiam, zanim umrę...

TAK?

– Pewnie nie ma możliwości, żebym tak jakby...

NIE.

– Tak myślałem – westchnął przygnębiony Deccan.

Spojrzał na fale załamujące się przy brzegu.

– Kiedyś, tysiące lat temu, stało tu wielkie miasto – powiedział. – Znaczy się tam, gdzie teraz jest morze. Kiedy przychodzi sztorm, można usłyszeć dawne dzwony świątyni bijące pod wodą.

WIEM.

– Lubiłem tu siadać w wietrzne noce i słuchać. Wyobrażałem sobie martwych ludzi na dole, jak dzwonią w dzwony.

A TERAZ MUSIMY JUŻ IŚĆ.

– Stary Tento mówił, że coś jest pod pagórkiem i to coś może kazać ludziom robić różne rzeczy. Wkłada im w głowy dziwne mrzonki – mówił Deccan, z ociąganiem ruszając za wysoką postacią. – Ja tam nigdy nie miałem żadnych mrzonek.

ALE TY ŚPIEWAŁEŚ, zauważył Śmierć. Pstryknął palcami.

Koń przerwał skubanie suchej trawy na wydmach i podbiegł posłusznie. Deccan spostrzegł zdumiony, że zwierzę zostawia na piasku ślady kopyt. Spodziewał się raczej snopów iskier, a przynajmniej nadtopionych kamieni.

– Ehm... – odchrząknął. – Możesz mi powiedzieć, no... co teraz będzie?

Śmierć powiedział.

– Tak myślałem – mruknął smętnie Deccan.

Ognisko, przez całą noc płonące na niewysokim wzgórzu, rozsypało się w chmurę popiołu. Żarzyło się jeszcze kilka głowni.

Wkrótce zgasną i one.

....

...

..

.

Zgasły.

.

..

...

....

Przez cały dzień nic się nie wydarzyło. Potem, w niewielkim zagłębieniu u stóp drzemiącego pagórka, poruszyło się kilka ziarenek piasku. Odsłoniły maleńki otwór.

Coś się wynurzyło. Coś niewidzialnego. Coś radosnego, samolubnego i cudownego. Coś tak niematerialnego jak idea, którą właśnie było. Dziką ideą.

Była stara w sposób, jakiego nie mierzą kalendarze znane Człowiekowi; w tej chwili miała wspomnienia i potrzeby. Pamiętała życie w innych czasach i innych wszechświatach. Potrzebowała ludzi.

Uniosła się ku gwiazdom, zmieniając kształt i wijąc się jak dym.

Na horyzoncie płonęły światła.

Lubiła światła.

Przyglądała im się przez kilka sekund, po czym – jak niewidzialna strzała – wydłużyła się w stronę miasta i pomknęła naprzód.

Lubiła też akcję...

I minęło kilka tygodni.

Przysłowie mówi, że wszystkie drogi prowadzą do Ankh-Morpork, największego z miast Dysku.

W każdym razie przysłowie mówi, że istnieje takie przysłowie, które mówi, że wszystkie drogi prowadzą do Ankh-Morpork.

To nieprawda. Wszystkie drogi prowadzą z Ankh-Morpork, ale czasami ludzie podążają nimi w niewłaściwym kierunku.

Poeci już dawno zrezygnowali z opisywania tego miasta. Teraz ci bardziej przebiegli starają się je usprawiedliwiać. Mówią, że owszem, może i jest śmierdzące, może jest zatłoczone, może faktycznie wygląda tak, jak wyglądałoby Piekło, gdyby wygasić tam wszystkie ognie i przez rok trzymać stado krów z rozstrojem żołądka, ale trzeba uczciwie przyznać, że pełne jest wszechobecnego, wibrującego, dynamicznego życia. To prawda, chociaż mówią o tym poeci. Inni, którzy nie są poetami, odpowiadają: co z tego? Materace też bywają pełne życia, a nikt nie tworzy o nich sonetów. Obywatele nienawidzą mieszkania tutaj. Kiedy muszą wyjechać w interesach, szukać przygód, czy – najczęściej – odczekać, aż upłynie termin jakichś prawnych ograniczeń, wręcz marzą o powrocie, żeby nienawidzić mieszkania tutaj jeszcze trochę. Z tyłu powozów przyczepiają naklejki z napisami: „Ankh-Morpork – rzygaj albo rzuć”. Nazywają je Wielkim Wahooni[1], od owocu.

Od czasu do czasu jakiś władca buduje wokół Ankh-Morpork mur – oficjalnie po to, by nie wpuszczać wrogów. Ale Ankh-Morpork nie obawia się wrogów. Więcej nawet; wita wrogów serdecznie, pod warunkiem że są to wrogowie zamożni[2]. Miasto przetrwało powodzie, pożary, dzikie hordy, rewolucje i smoki. Niekiedy tylko dzięki przypadkowi, to prawda, ale przetrwało. Radosny, nieodwracalnie skorumpowany duch miasta okazał się odporny na wszystko...

Aż do dzisiaj.

[1] Rośnie tylko w niektórych częściach pogańskiego Howondalandu. Ma dwadzieścia stóp długości, pokrywają go kolce barwy woskowiny usznej i pachnie jak mrówkojad, który zjadł bardzo nieświeżą mrówkę.

[2] Słynne wydawnictwo Gildii Kupców, Witajcie w Ankh-Morpork, Grodzie TysiącaNiespodzianek, zawiera cały rozdział zatytułowany Jesteś więc barbarzyńskim najeźdźcą?, gdzie zamieszczono informacje o nocnym życiu miasta, niezwykłych okazjach na bazarze i – pod nagłówkiem „Gdzie pomaszerować” – listę restauracji serwujących przyzwoite kobyle mleko i pudding z jaka. Wielu wandali w szpiczastych hełmach powróciło do swych lodowatych jurt, nie całkiem rozumiejąc, dlaczego wydają się biedniejsi niż poprzednio i w jaki sposób stali się właścicielami marnie utkanego dywanu, litra wina nie nadającego się do picia i wypchanego fioletowego osła w słomkowym kapeluszu.

Bum!

Eksplozja zniszczyła okna, drzwi i większą część komina.

Przy ulicy Alchemików taki wybuch nie był niczym niezwykłym. Sąsiedzi woleli nawet eksplozje, które przynajmniej łatwo jest zlokalizować i które szybko się kończą. Są o wiele lepsze od zapachów, które się sączą zewsząd i bez końca.

Eksplozje były tu naturalnym elementem krajobrazu – a raczej tego, co z niego zostało.

Ta ostatnia nieźle się udała, według opinii miejscowych koneserów. W kłębach czarnego dymu błysnęło czerwone jądro, które nie zawsze daje się zauważyć. Odłamki na wpół roztopionego muru były bardziej roztopione niż zwykle. Stanowczo, uznano, eksplozja robiła wrażenie.

Bum!

Minutę czy dwie po wybuchu jakaś postać wytoczyła się z poszarpanego otworu, gdzie kiedyś tkwiły drzwi. Nie miała włosów, a jej ubranie jeszcze się tliło.

Zataczając się dotarła do grupki gapiów podziwiających dzieło zniszczenia. Całkiem przypadkiem położyła dłoń na ramieniu sprzedawcy gorących mięsnych pasztecików i kiełbasek w bułce, znanego jako Gardło Sobie Podrzynam Dibbler. Dysponował on niemal magiczną zdolnością pojawiania się w miejscach, gdzie można coś sprzedać.

– Szukam... – oznajmiła postać z rozmarzeniem – słowa. Mam na końcu języka.

– Pypeć? – podpowiedział Gardło.

I natychmiast odzyskał handlowe zmysły.

– Po takich przeżyciach – dodał, podsuwając postaci tacę z taką ilością zutylizowanych szczątków organicznych, że była już prawie świadoma – przyda się panu gorący pasztecik...

– Nienienie... To nie pypeć. Takie coś, co się mówi, kiedy człowiek coś odkryje. Biegnie się po ulicy i krzyczy... – gorączkowo tłumaczyła osmalona postać. – Takie specjalne słowo... – dodała, marszcząc czoło pod warstwą sadzy.

Tłumek niechętnie pogodził się z faktem, że więcej wybuchów nie będzie; teraz otoczył osmalonego alchemika. Widowisko mogło się okazać równie zajmujące.

– Tak, zgadza się – oświadczył starszy mężczyzna, nabijając fajkę. – Krzyczy się „Pożar! Pożar!”. – Był wyraźnie dumny z siebie.

– To nie to...

– Albo „Ratunku!”, albo...

– Nie, on ma rację – przerwała mu kobieta z koszem ryb na głowie. – Jest takie specjalne słowo. Zagraniczne.

– Szczera prawda – potwierdził jej sąsiad. – Specjalne zagraniczne słowo dla ludzi, którzy coś odkryli. Wynalazł je jakiś zagraniczny typek w kąpieli...

– Dajcie spokój... – Pierwszy mężczyzna odpalił fajkę od tlącego się kapelusza alchemika. – Ja na przykład nie rozumiem, dlaczego obywatele tego miasta mają biegać po ulicy i wrzeszczeć po pogańsku tylko dlatego, że wzięli kąpiel. Zresztą spójrzcie na niego. On wcale nie brał kąpieli. Potrzebuje kąpieli, owszem, ale się jeszcze nie kąpał. Po co ma biegać i wrzeszczeć po pogańsku? My też mamy doskonałe słowa do wrzeszczenia.

– Na przykład jakie? – wtrącił Gardło Sobie Podrzynam.

Palacz fajki zawahał się.

– No... – powiedział. – Na przykład... „Coś odkryłem”... albo... „Hurra!”...

– Nie! – znów mu przerwała handlarka rybami. – Myślałam o tym typie gdzieś spod Tsortu czy gdzie. Siedział w kąpieli i wpadł na jakiś pomysł, więc wyskoczył z wrzaskiem na ulicę.

– A co wrzeszczał?

– Nie wiem. Może „Dajcie mi ręcznik!”.

– Na pewno by wrzeszczał jak nie wiem co, gdyby spróbował czegoś takiego u nas – oświadczył wesoło Gardło. – A teraz, panie i panowie, mam tu kiełbaski w bułce, od których ślinka...

– Eureka – oznajmił człowiek pokryty sadzą.

– Co z nią? – zdziwił się Gardło.

– Nic, o to właśnie słowo mi chodziło. Eureka. – Zakłopotany uśmiech rozjaśnił czarną twarz. – To znaczy „Mam to”.

– Co takiego?

– To. A przynajmniej miałem. Oktocelulozę. Niezwykły materiał. Miałem go w ręku. Ale trzymałem za blisko ognia – westchnął alchemik tonem człowieka, który doznał wstrząsu. – To bardzo ważne. Muszę zanotować. „Nie dopuszczać do rozgrzania”. Bardzo ważne. Muszę zanotować bardzo ważny fakt.

I poczłapał z powrotem do ruin.

Gardło spoglądał za nim przez chwilę.

– Ciekawe, o co mu chodziło – mruknął. Po czym wzruszył ramionami i podniósł głos do krzyku. – Paszteciki! Gorące kiełbaski! W bułce! Świeżutkie! Świnia jeszcze nie zauważyła, że zniknęły!

Migotliwa, wirująca idea ze wzgórza przyglądała się temu z wysoka. Alchemik nie miał pojęcia, że tam jest. Wiedział tylko, że jest dzisiaj niezwykle pomysłowy.

Teraz idea zauważyła umysł sprzedawcy pasztecików.

Znała takie umysły. Uwielbiała takie umysły. Umysł, który potrafi sprzedawać koszmarne paszteciki, potrafi również sprzedawać marzenia.

Skoczyła.

Na dalekim wzgórzu bryza rozwiewała zimny, szary popiół.

Niżej, o stóp pagórka, w zagłębieniu między dwoma kamieniami, gdzie walczył o przetrwanie karłowaty jałowiec, poruszył się wąski strumyczek piasku.

Bum!

Delikatny obłok tynkowego pyłu spłynął na biurko właśnie w chwili, kiedy Mustrum Ridcully, nowy nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu, usiłował zawiązać wyjątkowo oporną muchę.

Wyjrzał przez witrażowe okno. Chmura dymu unosiła się nad przedmieściem Ankh-Morpork.

– Kwestooor!

Zdyszany kwestor zjawił się po kilku sekundach. Głośne hałasy zawsze go niepokoiły.

– To alchemicy, mistrzu – wysapał.

– Już trzeci raz w tym tygodniu. Przeklęci handlarze fajerwerków – mruczał pod nosem nadrektor.

– Obawiam się, że tak, mistrzu – zgodził się kwestor.

– Co oni tam wyprawiają?

– Naprawdę nie wiem, mistrzu. – Kwestor powoli odzyskiwał oddech. – Alchemia nigdy mnie nie interesowała. Jest zbyt... zbyt...

– Niebezpieczna – oświadczył stanowczo nadrektor. – Tylko mieszają różne paskudztwa i powtarzają: „Zaraz, a co się stanie, jeśli dodam kropelkę tego żółtego...”. A potem biegają przez dwa tygodnie bez brwi.

– Chciałem powiedzieć: niepraktyczna – dokończył kwestor. – Próbują robić wszystko trudniejszym sposobem, kiedy jest przecież dostępna zwyczajna, codzienna magia.

– Myślałem, że próbują leczyć kamienie filozofów czy coś takiego. Same bzdury, gdyby ktoś mnie pytał. A poza tym wychodzę.

Gdy nadrektor zaczął wymykać się z pokoju, kwestor pospiesznie zamachał do niego plikiem papierów.

– Zanim pan wyjdzie, nadrektorze – zawołał z rozpaczą – może zechciałby pan podpisać kilka...

– Nie teraz, człowieku – odburknął nadrektor. – Muszę się z kimś spotkać w sprawie konia, tak?

– Tak...?

– No właśnie.

Drzwi się zatrzasnęły.

Kwestor popatrzył na nie i westchnął.

Niewidoczny Uniwersytet miewał w przeszłości najrozmaitszych nadrektorów. Dużych, małych, sprytnych, lekko obłąkanych i zupełnie obłąkanych – przychodzili, służyli przez jakiś czas, niekiedy tak krótko, że nie zdążył nawet powstać oficjalny portret do zawieszenia w Głównym Holu, a potem umierali. Starszy mag w magicznym świecie ma mniej więcej takie perspektywy długotrwałego zatrudnienia jak biegacz przez płotki na polu minowym.

Jednakże z punktu widzenia kwestora nie miało to znaczenia. Owszem, imię zmieniało się od czasu do czasu, ale najważniejsze, że zawsze był jakiś nadrektor. A najważniejszym zajęciem nadrektora, jeśli kwestor to dobrze rozumiał, było podpisywanie papierów, najlepiej – z punktu widzenia kwestora – bez ich uprzedniego czytania.

Ten jednak był inny. Przede wszystkim rzadko kiedy bywał u siebie, chyba że akurat chciał zmienić zabłocone ubranie. I krzyczał na ludzi. Zwykle na kwestora.

A przecież pomysł, by wybrać na nadrektora kogoś, kto od czterdziestu lat nie postawił nogi na Niewidocznym Uniwersytecie, wydawał się naprawdę znakomity.

Ostatnio zbyt wiele było starć między różnymi obrządkami magii. Dlatego, dla odmiany, najstarsi magowie zgodzili się, że Uniwersytet potrzebuje spokoju, by przez kilka miesięcy mogli knuć swoje spiski i intrygi w ciszy i bez przeszkód. Po przestudiowaniu akt odkryto, że niejaki Ridcully Bury, kiedy w zadziwiająco młodym wieku dwudziestu siedmiu lat osiągnął poziom maga Siódmego Stopnia, porzucił uczelnię i wyjechał, by doglądać rodzinnych posiadłości gdzieś na wsi.

Wydawał się idealny.

– Odpowiedni człowiek – uznali wszyscy. – Nowa miotła. Nowe porządki. Wiejski mag. Powrót do natury, do korzeni magii... Wesoły staruszek z fajką i błyszczącymi oczami. Taki co potrafi jedno zioło odróżnić od drugiego, taki co idzie przez las, a każdy zwierz jest mu bratem. Te rzeczy. Sypia pod gwiazdami jak nic. Nie zdziwimy się, jeśli wie, co mówi wiatr. Można się założyć, że zna imię każdego drzewa. I jeszcze rozmawia z ptakami.

Wysłano gońca. Ridcully Bury westchnął, poklął trochę, w warzywniku znalazł swoją laskę, służącą za podpórkę stracha na wróble, i wyruszył.

...A jeśli zacznie sprawiać kłopoty, dodali magowie, choć już tylko w myślach, to przecież kogoś, kto gada do drzew, można się bez kłopotu pozbyć.

A potem Ridcully Bury przybył i okazało się, że rzeczywiście rozmawia z ptakami. Właściwie to krzyczy na ptaki, a krzyczy zwykle „Trafiłem cię, draniu!”.

Zwierzęta lądowe i ptaki powietrzne istotnie znały Ridcully’ego Burego. Osiągnęły taką doskonałość w rozpoznawaniu kształtów, że na dwadzieścia mil wokół jego posiadłości uciekały, kryły się, a w sytuacjach rozpaczliwych gwałtownie atakowały na sam widok szpiczastego kapelusza.

W ciągu dwunastu godzin od przybycia Ridcully umieścił w spiżarni dla służby stado myśliwskich smoków, ostrzelał ze swej potwornej kuszy wrony na starożytnej Wieży Sztuk, wypił tuzin butelek czerwonego wina i zwalił się do łóżka o drugiej nad ranem, śpiewając piosenkę ze słowami, które co starsi i obdarzeni słabszą pamięcią magowie musieli sprawdzać w słownikach.

Po czym wstał o piątej rano i poszedł polować na kaczki wśród mokradeł wokół ujścia Ankh.

Wrócił narzekając, że na całe mile wokół nie ma tu dobrych miejsc do łowienia pstrągów. (W Ankh nie da się łowić ryb; trzeba skakać po haczykach, żeby je zmusić do zanurzenia).

I zamówił piwo do śniadania.

I opowiadał dowcipy.

Z drugiej strony, myślał kwestor, przynajmniej nie próbował się wtrącać w kierowanie Uniwersytetem. Ridcully’ego Burego kierowanie zupełnie nie interesowało, chyba że sforą psów myśliwskich. Jeśli czegoś nie można było trafić strzałą, upolować albo złowić, nie widział w tym większego sensu.

Piwo na śniadanie! Kwestor zadrżał. Magowie nie czuli się najlepiej przed południem, więc śniadania w Głównym Holu przebiegały w spokoju i ciszy, zakłócanej jedynie chrząknięciami, dyskretnym stąpaniem służby i tylko z rzadka czyimś stęknięciem. Ludzie żądający głośno cynaderek, kaszanki i piwa byli tu zjawiskiem nowym.

Jedyną osobą, której nie przerażał ów okropny człowiek, okazał się Windle Poons. Windle Poons miał sto trzydzieści lat i był głuchy. Był także specjalistą od starożytnych tekstów, jednak potrzebował sporej dozy uwagi i dłuższego przygotowania, by poradzić sobie z dniem dzisiejszym. Przyswoił jakoś fakt, że nowy nadrektor to przyjaciel zwierzątek i ptaszynek; potrwa tydzień, albo i dwa, nim zauważy zmianę sytuacji. Tymczasem starał się rozmawiać uprzejmie i grzecznie, wykorzystując swoją skromną wiedzę o Naturze i innych sprawach.

Mniej więcej tak: „Przypuszczam, że to, mm, miła odmiana, mm, spać teraz w normalnym łóżku zamiast pod, mm, gwiazdami?”. Albo „Te przedmioty tutaj, mm, nazywamy nożem i widelcem, mm”. I „Te, mm, zielone kawałki w jajecznicy, mm, to pewnie będzie pietruszka, nie sądzi pan?”.

Nowy nadrektor podczas jedzenia na nic prawie nie zwracał uwagi, a Poons nie zauważał, że nikt mu nie odpowiada, więc doskonale się dogadywali.

Zresztą kwestor miał inne problemy.

Na przykład alchemików. Alchemikom nie można ufać. Traktują siebie zbyt serio.

Bum!

I to była ostatnia. Potem mijały kolejne dni, nie akcentowane nawet najmniejszą eksplozją. Miasto uspokoiło się z wolna, co było posunięciem bardzo nierozsądnym.

Kwestorowi nie przyszło do głowy, że koniec wybuchów wcale nie oznacza, iż przestali to robić, czymkolwiek to było. Oznacza po prostu, że zaczęli to robić jak należy.

Była północ. Przybój huczał o brzeg i fosforyzował wśród nocy. Wokół pradawnego wzgórza dźwięk wydawał się tak martwy, jakby dobiegał przez kilka warstw aksamitu.

Otwór w piasku stał się już całkiem spory.

Gdyby przyłożyć do niego ucho, można by odnieść wrażenie, że słychać stamtąd oklaski.

Wciąż była północ. Księżyc w pełni sunął ponad dymami i oparami Ankh-Morpork, wdzięczny za kilka tysięcy mil nieba, które dzieliły go od miasta.

Dom Gildii Alchemików był nowy. Zawsze był nowy. Został wybuchowo zdemolowany i odbudowany czterokrotnie w ciągu minionych dwóch lat, ostatnio bez sali wykładowo-prezentacyjnej – w nadziei że okaże się to rozsądnym posunięciem.

Tej nocy pewna liczba zakapturzonych postaci ukradkiem dostała się do wnętrza. Po kilku minutach światła w oknie na ostatnim piętrze pociemniały i zgasły.

No, prawie zgasły.

Coś się tam działo. Przez chwilę w oknie widoczne było dziwne migotanie, a zaraz potem zabrzmiały okrzyki radości.

Był też dźwięk. Tym razem nie wybuch, ale niezwykłe, mechaniczne mruczenie, jakby ktoś umieścił zadowolonego kota na dnie blaszanego bębna.

Brzmiało tak: klikaklikaklikaklika... klik.

Trwało to kilka minut, na tle radosnego gwaru. A potem ktoś powiedział:

– To już wszystko, kochani.

– Co już wszystko? – zapytał następnego ranka Patrycjusz Ankh-Morpork.

Stojący przed nim człowiek drżał ze strachu.

– Nie wiem, wasza wysokość. Nie chcieli mnie wpuścić do środka. Kazali czekać pod drzwiami, wasza wysokość.

Nerwowo splatał palce. Spojrzenie Patrycjusza przebijało go na wylot. To było dobre spojrzenie; wśród innych miało i tę zaletę, że skłaniało ludzi do mówienia, chociaż wydawało im się, że już skończyli.

Tylko Patrycjusz wiedział, ilu ma w mieście szpiegów. Ten akurat był służącym w Gildii Alchemików. Miał kiedyś pecha i stanął przed Patrycjuszem, oskarżony o włóczęgostwo. Po czym z własnej i nieprzymuszonej woli zgodził się zostać szpiegiem[3].

– To wszystko, wasza wysokość – zajęczał. – Tylko to dziwne klikanie i jakiś taki migotliwy blask pod drzwiami. I jeszcze, tego... powiedzieli, że światło słońca nie jest tu odpowiednie.

– Nie jest odpowiednie? To znaczy jakie?

– No... Nie wiem, wasza wysokość. Powiedzieli tylko, że nieodpowiednie. I że powinni pojechać gdzieś, gdzie jest lepsze. Ehm... A potem kazali mi iść i przynieść coś do jedzenia.

Patrycjusz ziewnął. W szaleństwach alchemików było coś nieopisanie nudnego.

– Doprawdy – mruknął.

– Ale jedli kolację ledwie piętnaście minut wcześniej – wyrzucił z siebie służący.

– Może to, co robili, wzmaga apetyt.

– Tak, tylko kuchnia była już zamknięta na noc, więc musiałem wyjść i kupić tacę kiełbasek w bułkach od Gardła Dibblera.

– Doprawdy... – Patrycjusz spojrzał na papiery, czekające na jego biurku. – Dziękuję ci. Możesz iść.

– I wie wasza wysokość? Smakowały im. Naprawdę im smakowały!

[3] Alternatywą było trafienie z własnej i nieprzymuszonej woli do jamy ze skorpionami.

To, że alchemicy w ogóle mieli swoją gildię, było zadziwiające. Magowie są tak samo niechętni wszelkiej współpracy, ale też z natury skłonni do hierarchizacji i współzawodnictwa. Potrzebują organizacji. Co komu przyjdzie z bycia magiem Siódmego Stopnia, jeśli nie ma sześciu niższych stopni do spoglądania na nie z góry i Ósmego Stopnia, do którego się dąży? Inni magowie są niezbędni, by ich nienawidzić i nimi pogardzać.

Tymczasem każdy z alchemików pracował w samotności, w zaciemnionych pokoikach albo ukrytych lochach, poszukując wielkiej wygranej: kamienia filozoficznego albo eliksiru życia. Alchemicy byli zwykle chudzi, mieli zaczerwienione oczy, a ich brody właściwie trudno uznać za brody, raczej za grupki pojedynczych włosów, garnące się do siebie dla wzajemnej ochrony. Wielu alchemików nosiło też na twarzach mglisty, nieziemski wyraz, jaki jest skutkiem zbyt długiego przebywania w obecności wrzącej rtęci.

Nie chodzi o to, że alchemicy nienawidzili innych alchemików. Oni ich nie zauważali albo myśleli, że to morsy.

Dlatego też ich mała, pogardzana gildia nie aspirowała to statusu gildii tak potężnych, jak – powiedzmy – Złodziei, Żebraków czy Skrytobójców. Starała się wspomagać wdowy i sieroty po tych alchemikach, którzy z przesadną swobodą podeszli do cyjanku potasu, na przykład, albo przedestylowali jakieś ciekawe grzybki, wypili rezultat i weszli na dach, by tańczyć z wróżkami. Tych wdów i sierot nie było zbyt wiele, naturalnie, ponieważ dostatecznie długie kontakty z innymi ludźmi sprawiały alchemikom poważne trudności. Na ogół, jeśli już się żenili, to tylko po to, żeby ktoś mógł przytrzymywać im kolby.

Podsumowując: jedyną sztuką, jaką odkryli do tej pory alchemicy z Ankh-Morpork, była zamiana złota w mniej złota.

Aż do teraz...

Teraz narastało w nich nerwowe podniecenie ludzi, którzy na swoim koncie bankowym odkryli nieoczekiwaną fortunę i zastanawiają się, czy zwrócić na nią uwagę innych, czy zwyczajnie brać wszystko i uciekać.

– Magom się to nie spodoba – stwierdził jeden z nich, chudy, nerwowy, imieniem Lully. – Powiedzą, że to czary. Wiecie, że zawsze się wściekają, kiedy myślą, że ktoś czaruje, a nie jest magiem.

– Nie ma tu żadnych czarów – zapewnił Thomas Silverfish, przewodniczący Gildii.

– Są chochliki.

– To nie czary. To całkiem zwykły okultyzm.

– I salamandry.

– Całkiem zwyczajna historia naturalna. Nie ma w niej nic złego.

– No, niby tak. Ale oni powiedzą, że to czary. Sam wiesz, jacy oni są.

Alchemicy smętnie pokiwali głowami.

– To reakcjoniści – rzekł Sendivoge, sekretarz Gildii. – Nadęci thaumokraci. A inne gildie nie lepsze. Co oni wiedzą o postępie? Co ich to obchodzi? Mogliby robić takie rzeczy od lat, i co? Nie, to nie oni. Pomyślcie tylko, możemy zmienić życie ludzi, uczynić je... no, lepszym. Możliwości są ogromne.

– Edukacyjne – zauważył Silverfish.

– Historyczne – dodał Lully.

– I oczywiście rozrywkowe – stwierdził Peavie, skarbnik Gildii.

Był niski, nerwowy. Zresztą alchemicy w większości są nerwowi. Bierze się to z niepewności, co za chwilę zrobi trzymana w ręku kolba pełna bulgoczącej cieczy, z którą właśnie przeprowadza się doświadczenia.

– Owszem, to też. Jakaś rozrywka, w samej rzeczy – zgodził się Silverfish.

– Wielkie dramaty historyczne – mówił Peavie. – Wystarczy przygotować scenę, zebrać paru aktorów, zagrają raz, a potem ludzie na całym Dysku będą mogli to oglądać do woli! Przy okazji zaoszczędzi się na honorariach – dodał.

– Byle ze smakiem – zaznaczył Silverfish. – To wielka odpowiedzialność. Musimy dopilnować, żeby nie powstało coś, co może być w jakiś sposób... – Ucichł na moment. – No wiecie... nieokrzesane.

– Przeszkodzą nam – mruknął posępnie Lully. – Już ja znam tych magów.

– Przemyślałem tę sprawę – oznajmił Silverfish. – Zresztą światło i tak jest tutaj marne. Co do tego się zgodziliśmy. Musimy mieć czyste niebo. I musimy to robić daleko, jak najdalej stąd. Chyba znam odpowiednie miejsce.

– Wiecie, wciąż nie mogę uwierzyć w to, co robimy – rzekł Peavie. – Miesiąc temu była to tylko szalona idea. A teraz wszystko jakoś działa! Jak zaczarowane! Ale nie dzięki czarom, jeśli rozumiecie, co mam na myśli – dodał pospiesznie.

– Nie tylko iluzja, ale prawdziwa iluzja – stwierdził Lully.

– Nie wiem, czy ktoś o tym pomyślał – rzucił Peavie. – Ale dzięki temu możemy zarobić trochę pieniędzy.

– To nie jest istotne – zaznaczył Silverfish.

– Nie, nie. Oczywiście – wymamrotał Peavie. Zerknął na pozostałych. – Możemy obejrzeć jeszcze raz? – spytał zakłopotany. – Mogę sam kręcić korbą. I jeszcze... No... Wiem, że nie przyczyniłem się specjalnie do sukcesu tego projektu, ale przyniosłem te... no, coś takiego.

Wyjął z kieszeni szaty bardzo wielką torbę i postawił ją na stole. Upadła na bok; z wnętrza wytoczyły się jakieś białe, nieforemne kulki.

Alchemicy przyglądali się im podejrzliwie.

– Co to jest? – spytał Lully.

– No... – zaczął niepwenie Peavie. – Trzeba wziąć trochę kukurydzy i wrzucić ją do, powiedzmy, kolby numer trzy, razem z olejem kuchennym, rozumiecie. Potem przykrywa się talerzem albo czymś innym, a kiedy podgrzać kolbę, kukurydza strzela, znaczy, nie tak naprawdę, raczej puka. Jak już przestanie, zdejmuje się talerz, a kukurydza zmienia się w te, no, w te rzeczy... – Spoglądał na ich zdumione twarze. – Można to jeść – wymamrotał przepraszająco. – Jeśli doda się masła i soli, smakują trochę jak słone masło.

Silverfish sięgnął poplamioną od chemikaliów dłonią i ostrożnie wybrał puszysty kawałek. Przeżuł go starannie.

– Właściwie nie wiem, czemu to zrobiłem. – Peavie się zarumienił. – Tak jakby... Miałem ideę, że to słuszne.

Silverfish przeżuwał dalej.

– Smakuje jak tektura – zauważył po chwili.

– Przepraszam. – Peavie spróbował zgarnąć pozostałe kawałki do torby.

Silverfish powstrzymał go delikatnie.

– Jednak – powiedział, sięgając po następną kulkę – coś w sobie mają, prawda? Rzeczywiście, wydają się właściwe. Mówiłeś, że jak się nazywają?

– Tak naprawdę to nie mają nazwy. Mówię na nie „pukane ziarna”.

Silverfish wziął kolejne.

– Zabawne, że człowiek ma ochotę ciągle je zjadać. Takie są... jeszczetrochowe. Pukane ziarna? Nieźle. W każdym razie... Panowie, zakręćmy jeszcze raz korbą.

Lully zaczął z powrotem zwijać film do latarni niemagicznej.

– Mówiłeś, że znasz takie miejsce, gdzie moglibyśmy zająć się projektem, a magowie by nie przeszkadzali – przypomniał.

Silverfish wziął ze stołu garść pukanych ziaren.

– To na wybrzeżu – wyjaśnił. – Ładnie, słonecznie i ostatnio nikt tam nie zagląda. Nic tam nie ma, tylko jakiś poszarpany wiatrem lasek, świątynia i piaszczyste wydmy.

– Świątynia? Bogowie naprawdę mogę się wściec, jeśli... – zaczął Peavie.

– Posłuchaj mnie – przerwał mu Silverfish. – Cała okolica jest opuszczona od tysięcy lat. Nikogo tam nie ma. Ani ludzi, ani bogów; nic zupełnie. Tylko dużo światła i ziemia, która na nas czeka. To wielka szansa, chłopcy. Nie wolno nam próbować czarów, nie potrafimy robić złota, nie umiemy nawet zarobić na życie. Więc weźmy się za ruchome obrazki. Stwórzmy historię!

Alchemicy usiedli wygodniej. Wyraźnie poprawiły im się humory.

– Tak – zgodził się Lully.

– No pewnie – dodał Peavie.

– No to za ruchome obrazki! – Sendivoge podniósł garść pukanych ziaren. – Jak się dowiedziałeś o tym miejscu?

– Och, po prostu... – Silverfish urwał nagle zdumiony. – Nie wiem – wyznał po chwili. – Nie bardzo pamiętam. Musiałem gdzieś o nim usłyszeć i zapomniałem, a teraz jakoś wpadło mi do głowy. Wiecie, jak to bywa.

– Pewno – mruknął Lully. – To tak jak ze mną i filmem. Jakbym sobie przypominał, jak się to robi. Pamięć wyczynia czasem zabawne sztuczki.

– Tak.

– Tak.

– To po prostu idea, dla której nadszedł właściwy czas.

– Tak.

– Tak.

– Na pewno.

Wokół stołu zapadła lekko niespokojna cisza. Był to odgłos umysłów, próbujących uchwycić w psychiczne palce coś, co je martwiło.

Powietrze zdawało się połyskiwać.

– Jak się nazywa to miejsce? – zapytał w końcu Lully.

– Obecnie mówią na nie Święty Gaj – odparł Silverfish. Oparł się i przysunął sobie torbę pukanych ziaren. – Kiedyś, w dawnej mowie, nazywało się Holy Wood.

– Holy Wood... Brzmi jakoś znajomo.

Znowu umilkli, rozważając ten problem.

Ciszę przerwał Sendivoge.

– Co tam – zawołał wesoło. – Święty Gaju, nadchodzimy!

– Właśnie. – Silverfish potrząsnął głową, jakby próbował pozbyć się niepokojącej myśli. – Wiecie, to zabawne. Mam uczucie... że szliśmy tam... przez cały czas.

Kilka tysięcy mil pod Silverfishem Wielki A’Tuin, żółw świata, wiosłował sennie wśród gwiaździstej nocy.

Rzeczywistość jest krzywą.

To nie stanowi problemu. Problemem jest to, że owej rzeczywistości jest mniej, niż być powinno. Według niektórych mistycznych tekstów na półkach w bibliotece Niewidocznego Uniwersytetu...

...pierwszej uczelni magii i wielkich bankietów na Dysku, której zbiór ksiąg jest tak ogromny, że deformuje Przestrzeń i Czas...

...co najmniej dziewięć dziesiątych oryginalnej rzeczywistości, jaka została stworzona, znajduje się na zewnątrz multiwersum, a że multiwersum z samej definicji zawiera wszystko, co jest czymkolwiek, fakt ten generuje w obiektach pewne napięcie.

Poza granicami uniwersów leżą pierwotne rzeczywistości, różne „niemal się stało”, „mogłoby być” i „nigdy nie było”, dzikie idee kreowane i rozpadające się chaotycznie niby pierwiastki w fermentujących supernowych.

Od czasu do czasu, rzadko, w miejscach gdzie bariery światów trochę się przetarły, mogą przesączyć się do wnętrza.

A rzeczywistość wycieka.

Skutkuje to zjawiskiem podobnym do podmorskich gorących gejzerów, wokół których dziwaczne wodne istoty znajdują dość ciepła i pożywienia, by stworzyć krótkotrwałą oazę życia w środowisku, gdzie nic żyć nie powinno.

Idea Świętego Gaju sączyła się niewinnie i radośnie do świata Dysku.

A rzeczywistość wyciekała.

I była zauważana. Są bowiem na zewnątrz Stwory, których umiejętność wyczuwania maleńkich, kruchych zgęstków rzeczywistości czyni legendę o rekinach i śladach krwi czymś całkiem trywialnym.

Stwory zaczynały się gromadzić.

Burza przemknęła nad wydmami, ale tam, gdzie wyrastało wzgórze, chmury zdawały się rozsuwać na boki. Tylko kilka kropli deszczu trafiło na wyschniętą glebę, a wichura zmieniła się w lekki zefirek, który zasypał piaskiem dawno wystygłe resztki ogniska.

Niżej, na stoku, niedaleko otworu – dostatecznie już dużego dla, powiedzmy, borsuka – niewielki kamień poruszył się i odtoczył na bok.

Miesiąc minął szybko. Wolał nie zostawać na miejscu zbyt długo.

Kwestor zapukał z szacunkiem do drzwi nadrektora. Otworzył je.

Bełt przybił mu kapelusz do drzwi.

Nadrektor opuścił kuszę i spojrzał na niego gniewnie.

– Wściekle nieostrożne zachowanie – powiedział. – Mogłeś doprowadzić do paskudnego wypadku.

Kwestor nie stałby się tym, kim był – a raczej kim był jeszcze dziesięć sekund temu, czyli człowiekiem spokojnym i pewnym siebie, nie tym, kim był teraz, czyli człowiekiem na skraju ataku serca – nie posiadając umiejętności panowania nad sobą mimo nieoczekiwanych szoków.

Odpiął kapelusz od tarczy wyrysowanej kredą na starym drewnie.

– Nic się nie stało – oznajmił. Żaden głos nie mógłby brzmieć tak spokojnie bez gigantycznego wysiłku. – Dziury prawie nie widać. Dlaczego, hm, strzelasz do drzwi, mistrzu?

– Pomyśl rozsądnie, człowieku! Na dworze jest ciemno, a te przeklęte mury są z kamienia. Nie spodziewasz się chyba, że będę strzelał do murów?

– Aha – rzekł kwestor. – Te drzwi mają, hm, pięćset lat – dodał z bardzo dyskretnym wyrzutem.

– Wyglądają na to – odparł bezceremonialnie nadrektor. – Wielkie i czarne, ot co. Tutaj, człowieku, trzeba nam mniej kamieni i drewna, a więcej radości. Kilka wesołych obrazków, na przykład. Jakiś ornament czy dwa.

– Natychmiast tego dopilnuję – skłamał gładko kwestor. Przypomniał sobie o pliku dokumentów pod pachą. – A tymczasem, mistrzu, zechciałbyś może...

– Doskonale. – Nadrektor wbił na głowę szpiczasty kapelusz. – Zuch. A teraz muszę zajrzeć do chorego smoka. Biedaczysko od paru dni nie rusza swojej smoły.

– Twój podpis na jednym czy dwóch... – rzucił pospiesznie kwestor.

– Nie mam głowy do tego wszystkiego. – Nadrektor machnął na niego ręką. – I tak za dużo tutaj tego przeklętego papieru. W dodatku... – Spojrzał na kwestora, jakby właśnie coś sobie przypomniał. – Widziałem dzisiaj coś zabawnego – powiedział. – Po dziedzińcu chodził jakiś małpiszon. Jakby nigdy nic.

– A tak... Pewnie bibliotekarz...

– Trzyma takiego zwierzaka?

– Źle mnie pan zrozumiał, nadrektorze – uśmiechnął się kwestor. – Ten zwierzak to właśnie był bibliotekarz.

Nadrektor przyglądał mu się z uwagą.

Uśmiech kwestora nieco zmartwiał.

– Bibliotekarz jest małpiszonem?

Chwilę trwało, zanim kwestor wyjaśnił całą sprawę.

– Chcesz mi powiedzieć, że chłop magicznie zmienił się w małpiszona?

– Zdarzył się wypadek w Bibliotece, owszem. Eksplozja magiczna. W jednej chwili był jeszcze człowiekiem, a w następnej już orangutanem. I nie wolno go nazywać małpiszonem, mistrzu. Jest małpą. Człekokształtną.

– To chyba niewielka różnica?

– Chyba jednak spora. Kiedy nazwie się go małpiszonem albo małpiatką, robi się bardzo, hm, agresywny.

– Ale nie wypina tyłka na ludzi, co?

Kwestor przymknął oczy i zadrżał.

– Nie, mistrzu. Myśli pan o pawianach.

– Aha. – Nadrektor zastanowił się szybko. – Czyli one u nas nie pracują?

– Nie, mistrzu. Tylko bibliotekarz, mistrzu.

– Nie można się na to zgodzić. Niemożliwe. Nie pozwolę, żeby wściekle wielkie kudłate stwory włóczyły się dookoła – oświadczył stanowczo nadrektor. – Pozbądź się go.

– Na bogów, nie! To najlepszy bibliotekarz na świecie! I bardzo tani.

– Dlaczego? Jak mu płacimy?

– Fistaszkami. Poza tym jest jedynym, który wie, jak Biblioteka naprawdę funkcjonuje.

– Więc trzeba zmienić go z powrotem. Co to dla człowieka za życie, tak być małpiszonem.

– Małpą, nadrektorze. Człekokształtną. I obawiam się, że takie życie bardziej mu odpowiada.

– A skąd niby wiesz? – zapytał podejrzliwie nadrektor. – Pewnie gada, co?

Kwestor zawahał się. Z bibliotekarzem zawsze był ten sam kłopot. Wszyscy tak się do niego przyzwyczaili, że nie mogli już sobie przypomnieć, kiedy Biblioteką nie kierowała małpa o żółtych kłach, obdarzona siłą trzech mężczyzn. Jeśli nienormalne trwa dostatecznie długo, staje się normalnym. Tylko że kiedy trzeba było coś wyjaśnić osobom trzecim, brzmiało to dziwnie.

Odchrząknął nerwowo.

– Mówi „uuk”, nadrektorze – wyjaśnił.

– A co to znaczy?

– To znaczy „nie”, nadrektorze.

– A w jaki sposób mówi „tak”, w takim razie?

Kwestor obawiał się tego pytania.

– „Uuk”, nadrektorze.

– Przecież to takie samo uuk jak tamto uuk!

– Ależ nie! Zapewniam pana. Różnią się intonacją... To znaczy, kiedy się pan przyzwyczai... – Kwestor wzruszył ramionami. – Myślę, że jakoś nauczyliśmy się go rozumieć, nadrektorze.

– No tak... Przynajmniej jest w dobrej formie – odpowiedział złośliwie nadrektor. – Nie tak jak wy wszyscy. Dziś rano zajrzałem do sali klubowej i pełno tam było chrapiących ludzi.

– To starsi mistrzowie, mistrzu – wyjaśnił kwestor. – Moim zdaniem są wręcz w doskonałej formie.

– W formie? Dziekan wygląda, jakby połknął łóżko!

– Ależ mistrzu.... – Kwestor uśmiechnął się pobłażliwie. – Określenie „w dobrej formie”, jak je rozumiem, oznacza „w formie odpowiedniej dla funkcji”. I trzeba przyznać, że ciało dziekana idealnie nadaje się do funkcji siedzenia przez cały dzień i zjadania obfitych posiłków. – Znowu pozwolił sobie na lekki uśmieszek.

Nadrektor rzucił mu spojrzenie tak staroświeckie, że mogłoby należeć do amonitu.

– To ma być żart? – spytał tonem kogoś, kto nie potrafiłby zrozumieć terminu „poczucie humoru”, choćby człowiek tłumaczył mu przez godzinę i pokazywał wykresy.

– To tylko moje spostrzeżenie, mistrzu – odparł ostrożnie kwestor.

Nadrektor pokręcił głową.

– Nie znoszę żartów. Nie znoszę facetów, którzy włóczą się i próbują cały czas być zabawni. To się bierze ze spędzania czasu w zamkniętych pomieszczeniach. Parę przebieżek po dwadzieścia mil i dziekan stałby się innym człowiekiem.

– To prawda – przyznał kwestor. – Martwym.

– Byłby zdrowszy.

– Owszem, ale jednak martwy.

Nadrektor z irytacją zaczął przekładać na biurku papiery.

– Gnuśność – mruczał pod nosem. – Za często się ją tu spotyka. Cały Uniwersytet jest leniwy. Ludzie albo śpią cały dzień, albo się zmieniają w jakieś małpiatki. Kiedy ja byłem studentem, nikt nawet nie myślał, żeby zostać małpiatką.

Z irytacją podniósł głowę.

– Czego ode mnie chciałeś? – burknął.

– Słucham? – odparł zaskoczony kwestor.

– Chciałeś, żebym coś zrobił, prawda? Przyszedłeś prosić, żebym się czymś zajął. Pewnie dlatego że jestem tu jedyny, który nie śpi mocno ani nie siedzi na drzewie i nie wyje każdego ranka.

– Hm... Wydaje mi się, że myśli pan o pawianach, nadrektorze.

– Co? Co? Mówże z sensem, człowieku!

Kwestor wziął się w garść. Nie rozumiał, dlaczego tak się go traktuje.

– Istotnie, chciałem się z panem zobaczyć w sprawie jednego z naszych studentów, mistrzu – oznajmił lodowatym tonem.

– Studentów? – warknął nadrektor.

– Tak, mistrzu. Kojarzy pan? Ci chudzi, z bladymi twarzami? Ponieważ to jest uniwersytet. Należą do zestawu, jak szczury...

– Zdawało mi się, że mamy ludzi, którzy powinni się nimi zajmować.

– Wykładowców. Tak. Ale czasami... A może, nadrektorze, zechce pan zerknąć na wyniki egzaminów...

Nastała północ – nie ta sama północ co poprzednio, ale bardzo podobna. Stary Tom, pozbawiony serca dzwon na uniwersyteckiej dzwonnicy, wybił właśnie dwanaście dźwięcznych chwil ciszy.

Deszczowe chmury wycisnęły z siebie nad miastem ostatnie krople. Ankh-Morpork leżało pod kilkoma wilgotnymi gwiazdami, realne jak cegła.

Myślak Stibbons, student magii, odłożył książkę i przetarł dłońmi twarz.

– No dobra – powiedział. – Zapytaj mnie o coś. No... O cokolwiek.

Victor Tugelbend, student magii, sięgnął po swój pomięty egzemplarz Necrotelicomniconu – omówienie dla studentów, z ćwiczeniamipraktycznymi i przerzucił kilka stron. Leżał na łóżku Myślaka. Przynajmniej leżały tam jego łopatki; reszta ciała wyciągała się w górę po ścianie. To absolutnie normalna pozycja dla studenta zażywającego relaksu.

– Dobra – powiedział. – Gotów? Dobra. Jak brzmi imię pozawymiarowego monstrum, którego okrzyk to „Tycotycotyco”?

– Yob Soddoth – odparł natychmiast Myślak.

– Zgadza się. W jaki sposób Tshup Aklathep, Piekielna Gwiezdna Ropucha z Milionem Młodych, zadręcza swoje ofiary na śmierć?

– Ona... Czekaj, nie mów... Trzyma je i pokazuje portrety swoich dzieci, aż im mózgi eksplodują.

– Tak. Osobiście zawsze się zastanawiałem, jak to się dzieje. – Victor przerzucił kolejne strony. – Myślę, że kiedy już tysięczny raz powiesz „Rzeczywiście, oczy ma całkiem jak twoje”, zaczynasz marzyć o samobójstwie.

– Strasznie dużo wiesz, Victorze – stwierdził z podziwem Myślak. – Dziwię się, że wciąż jesteś studentem.

– E... No tak. Hm... Miałem pecha przy egzaminach i tyle.

– No dalej. Zapytaj jeszcze o coś.

Victor zastanowił się.

– Gdzie leży Holy Wood? – zapytał.

Myślak zamknął oczy i uderzył pięścią w czoło.

– Czekaj, zaraz... Nic nie mów... – Otworzył oczy. – Co to znaczy „Gdzie leży Holy Wood”? – spytał. – Nie pamiętam żadnego Holy Woodu.

Victor spojrzał na stronę. Nie było tam ani słowa o Holy Woodzie.

– Mógłbym przysiąc, że słyszałem... Chyba myślałem o czymś innym – dokończył niepewnie. – To przez te powtórki.

– Fakt. Naprawdę można mieć dosyć, nie? Ale warto się starać, żeby zostać magiem.

– To prawda – zgodził się Victor. – Nie mogę się doczekać.

Myślak zatrzasnął książkę.

– Deszcz przestał padać – zauważył. – Chodź, przejdziemy przez mur. Możemy się chyba napić.

Victor pogroził mu palcem.

– Ale tylko jedno piwo. Trzeba być trzeźwym – dodał. – Jutro końcowe egzaminy. Musimy zachować jasny umysł.

– Ha! – zgodził się Myślak.

Oczywiście, jest rzeczą bardzo ważną, by do egzaminu przystępować na trzeźwo. Wiele obiecujących karier w zamiataniu ulic, zbieraniu owoców czy graniu na gitarze w przejściach podziemnych rozpoczęło się od braku zrozumienia dla tego prostego faktu.

Jednak Victor miał szczególne powody do czujności.

Mógłby przecież popełnić błąd i zdać.

Zmarły wuj zostawił mu niewielką fortunę w zamian za to, że nie zostanie magiem. Nie zdawał sobie z tego sprawy, kiedy pisał testament, ale tak właśnie zrobił. Myślał, że pomaga siostrzeńcowi skończyć studia, jednak Victor Tugelbend okazał się bardzo inteligentnym, choć nietypowym młodzieńcem.

Rozumował tak:

Jakie są korzyści z bycia magiem? Owszem, zyskuje się niejaki prestiż, ale człowiek często znajduje się w niebezpiecznych sytuacjach i z całą pewnością zawsze narażony jest na śmierć z rąk innego maga.

Nie podobała mu się rola powszechnie szanowanych zwłok.

Z drugiej strony...

Jakie są zalety i wady bycia studentem magii? Ma się dużo wolnego czasu, sporo swobody w kwestiach picia dużych ilości piwa i śpiewania sprośnych piosenek, nikt nie próbuje człowieka zabić – chyba że w zwykłym, codziennym ankh-morporkańskim stylu, a dzięki spadkowi ma się też zagwarantowane skromne, lecz dostatnie życie. Oczywiście, trudno liczyć na prestiż, ale przynajmniej jest się żywym, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Dlatego też Victor poświęcił sporo energii na studiowanie najpierw warunków testamentu, a potem bizantyjskich regulaminów egzaminacyjnych Niewidocznego Uniwersytetu oraz wszystkich tematów egzaminów z ostatnich pięćdziesięciu lat.

W końcowych egzaminach, aby zdać, należało zdobyć 88 procent punktów.

Oblanie jest łatwe. Każdy idiota sobie z tym poradzi.

Wuj Victora nie był durniem. Jeden z wymienionych w testamencie warunków stwierdzał, że jeśli Victor choć raz osiągnie rezultat gorszy niż 80, strumyk pieniędzy wyschnie jak ślina na gorącej blasze.

W pewnym sensie zwyciężył. Niewielu studentów uczyło się tak pilnie jak Victor. Mówiono, że swoją wiedzą dorównuje niektórym najsłynniejszym magom. Długie godziny spędzał na lekturze grimoire’ów w Bibliotece. Słuchał wykładów, aż mógłby cytować je z pamięci. Kadra naukowa uważała go za najzdolniejszego i z pewnością najpilniejszego studenta od dziesięcioleci. A na kolejnych egzaminach końcowych starannie i kompetentnie uzyskiwał wynik 84.

To było niesamowite.

Nadrektor dotarł do ostatniej kartki.

– Aha. Rozumiem – odezwał się w końcu. – Żal chłopaka, co?

– Chyba nie całkiem pan zrozumiał, o co mi chodziło – powiedział kwestor.

– To całkiem oczywiste. Co roku jest o włos od zaliczenia. – Nadrektor sięgnął po kartkę. – Zresztą tu jest napisane, że zdał trzy lata temu. Dostał 91.

– Tak, ale się odwołał.

– Odwołał się? Bo zdał?!

– Jego zdaniem egzaminatorzy nie zauważyli, że źle wymienił odmiany alotropowe oktironu w pytaniu szóstym. Powiedział, że nie mógłby żyć z takim ciężarem. Że do końca jego dni dręczyłaby go świadomość, że zdał nieuczciwie, pokonując lepszych i godniejszych studentów. Zauważy pan, że w kolejnych dwóch egzaminach dostał tylko 82 i 83.

– A to dlaczego?

– Uważamy, że z ostrożności, mistrzu.

Nadrektor zabębnił palcami po blacie.

– To niemożliwe – rzekł. – Nie możemy dopuścić, żeby ktoś kręcił się tutaj i prawie był magiem, i jeszcze śmiał się z nas pod... pod... Co to jest, pod czym ludzie się śmieją?

– Całkowicie się z panem zgadzam – zapewnił kwestor.

– Musimy go sparodiować – zdecydował nadrektor.

– Spacyfikować, mistrzu – poprawił go kwestor. – Sparodiowanie oznaczałoby wygłaszanie o nim pogardliwych i ośmieszających uwag.

– Tak jest. Słusznie myślisz. Tak właśnie zrobimy.

– Nie, mistrzu. To on nas parodiuje, więc my go spacyfikujemy.

– Słusznie. To sparodiuje sytuację.

Kwestor westchnął ciężko.

– Albo spacyfikuje – dodał nadrektor. – Czyli mam mu przekazać rozkaz wymarszu? Posłać go o świcie...

– To parada, nadrektorze, nie parodia, a tym bardziej pacyfikacja. Nie możemy robić takich rzeczy.

– Nie możemy? Przecież my tu rządzimy!

– Tak, ale wobec pana Tugelbenda należy zachowywać najwyższą ostrożność. Jest ekspertem we wszelkich procedurach. Dlatego pomyślałem, żeby jutro, podczas egzaminów końcowych, wręczyć mu tę oto kartę.

Nadrektor spojrzał na przygotowaną przez kwestora kartę egzaminacyjną. Bezgłośnie poruszył wargami, czytając jej treść.

– Tylko jedno pytanie?

– Tak. I albo zda, albo obleje. Chciałbym widzieć, jak uda mu się na tym uzyskać 84 procent.

W pewnym sensie, niepojętym dla wykładowców i bardzo dla nich irytującym, Victor Tugelbend był także najbardziej leniwym człowiekiem w historii świata.

Nie zwyczajnie, normalnie leniwym. Zwyczajne lenistwo to po prostu niechęć do wysiłku. Victor minął ten etap już dawno, przemknął po pospolitym nieróbstwie i przeszedł na przeciwną stronę. Więcej kosztowało go unikanie wysiłku niż innych ludzi ciężka praca.

Nigdy nie pragnął zostać magiem. Właściwie niczego specjalnie nie pragnął, tyle żeby zostawić go w spokoju i nie budzić przed południem. Kiedy był jeszcze mały, ludzie zadawali mu pytania typu: „Kim chciałbyś zostać, mój mały?”. Odpowiadał: „Nie wiem. A co możecie zaproponować?”.

Na takie rzeczy nie pozwalają człowiekowi zbyt długo. Nie wystarczy, żeby był tym, kim jest – musi jeszcze starać się być kimś innym.

Próbował. Przez dłuższy czas starał się wzbudzić w sobie ochotę na kowalstwo, ponieważ wydawało się to interesujące i romantyczne. Ale wiązało się również z ciężką pracą i nieustępliwymi kawałkami metalu. Potem spróbował wzbudzić w sobie ochotę na skrytobójstwo, co wyglądało na pełne fantazji i romantyczne. Ale także wymagało ciężkiej pracy, a kiedy się lepiej zastanowić, czasem także zabicia kogoś. Jeszcze potem chciał wzbudzić w sobie ochotę na aktorstwo, gdyż jest dramatyczne i romantyczne, jednak niezbędne były zakurzone rajtuzy, ciasne mieszkania i – ku jego zdumieniu – ciężka praca.

Dał się skłonić się do pójścia na Niewidoczny Uniwersytet, gdyż okazało się to łatwiejsze od niepójścia.

Uśmiechał się często, odrobinę zdziwiony. Sprawiało to na innych wrażenie, że jest trochę bardziej inteligentny niż w rzeczywistości. Tak naprawdę zwykle starał się zrozumieć, co do niego mówią.

Miał też cienki wąsik, który w pewnym oświetleniu nadawał mu elegancki wygląd, a w innym wygląd człowieka, który przed chwilą pił gęsty koktail czekoladowy.

Był z niego dumny. Kiedy już zostanie się magiem, oczekują od człowieka, że w ogóle przestanie się golić i zapuści brodę jak krzak jałowca. Najstarsi magowie wyglądali na zdolnych do wychwytywania pożywienia wprost z powietrza poprzez własne wąsy – na sposób wielorybów.

Minęło już wpół do drugiej. Victor wlókł się powoli spod Załatanego Bębna, tawerny o stanowczo najgorszej reputacji w mieście. Victor Tugelbend zawsze sprawiał wrażenie, że wlecze się powoli – nawet kiedy biegał.

Był też całkiem trzeźwy, a zatem i trochę zdziwiony, kiedy znalazł się na placu Pękniętych Księżyców. Zmierzał przecież do niewielkiego zaułka za Uniwersytetem i do kawałka muru z wygodnie rozmieszczonymi wyjmowanymi cegłami. Od setek lat studenci magii omijali w ten sposób – a raczej przechodzili nad nimi – przepisy porządkowe uczelni.

Plac nie leżał po drodze.

Victor zawrócił, by powlec się z powrotem, i nagle znieruchomiał. Działo się coś niezwykłego.

Na placu można było zwykle spotkać jakiegoś bajarza, kilku grajków czy przedsiębiorcę poszukującego potencjalnych nabywców takich nadmiarowych ciekawostek Ankh-Morpork, jak Wieża Sztuk czy Mosiężny Most. Teraz zobaczył tylko grupkę ludzi ustawiających wielki ekran, podobny do prześcieradła rozpiętego na drągach.

Zbliżył się do nich powolnym krokiem.

– Co robicie? – zapytał przyjaźnie.

– Odbędzie się przedstawienie.

– Aha. Teatr – mruknął Victor bez szczególnego zaciekawienia.

Powlókł się z powrotem przez wilgotną ciemność, ale przystanął, kiedy usłyszał głos dobiegający z mroku między dwoma budynkami.

– Pomocy – powiedział głos, całkiem cicho.

– Po prostu to oddaj, dobrze? – zaproponował drugi głos.

Victor podszedł bliżej i wytężył wzrok.

– Hej! – zawołał. – Co się tam dzieje?

Na chwilę zapadła cisza, po czym drugi głos odpowiedział:

– Nie wiesz, w co się pakujesz, mały.

On ma nóż, pomyślał Victor. Idzie do mnie z nożem. To znaczy, że albo mnie dźgnie, albo będę musiał uciekać, a to prawdziwa strata energii.

Ludzie, którzy nie starają się analizować faktów, mogliby pomyśleć, że Victor Tugelbend jest gruby i słaby. Tymczasem był on bez wątpienia najbardziej sportowo usposobionym studentem na całym Uniwersytecie. Konieczność dźwigania zbędnego ciężaru to zbyt wielki wysiłek, pilnował więc, by zawsze utrzymywać się w formie. Zresztą z porządnie rozwiniętymi mięśniami o wiele łatwiejsze jest robienie czegokolwiek.

Dlatego machnął ręką od siebie. Nie tylko trafił, ale poderwał napastnika w powietrze.

Potem spojrzał na niedoszłą ofiarę, wciąż kulącą się pod murem.

– Mam nadzieję, że nic się panu nie stało – powiedział.

– Nie ruszaj się!

– Nie miałem zamiaru.

Mężczyzna wynurzył się z cienia. Pod pachą ściskał jakiś pakunek i wyciągał przed siebie obie dłonie w dziwnym geście: oba palce wskazujące i oba kciuki rozstawione pod kątami prostymi i zetknięte razem, tak że szczurze oczka tego osobnika zdawały się spoglądać przez ramkę.

Pewnie próbuje odegnać zły urok, pomyślał Victor. Z tymi symbolami na płaszczu wygląda na maga.

– Zadziwiające – oznajmił mężczyzna, wyglądając zza palców. – Odwróć trochę głowę, dobrze? Znakomicie. Pechowo się składa z tym nosem, ale chyba coś na to poradzimy.

Podszedł bliżej i spróbował objąć Victora ramieniem.

– Masz szczęście – rzekł – że mnie spotkałeś.

– Naprawdę? – zdziwił się Victor, któr y sądził, że jest odwrotnie.

– Właśnie kogoś takiego szukałem.

– Przepraszam. Wydawało mi się, że pana okradają.

– Chodziło mu o to. – Mężczyzna klepnął w paczkę pod pachą. Zadźwięczała jak gong. – Ale nic by mu z tego nie przyszło.

– Nic nie jest warte? – spytał Victor.

– Jest bezcenne.

– No to w porządku.

Mężczyzna zrezygnował z prób objęcia obu ramion Victora i zadowolił się jednym.

– Sporo ludzi bardzo by się rozczarowało – stwierdził. – Spójrzmy jeszcze raz. Postawę masz niezłą. I dobry profil. Posłuchaj, chłopcze, chciałbyś się zająć ruchomymi obrazkami?

– Ehm... – odparł Victor. – Nie. Raczej nie.

Mężczyzna wytrzeszczył na niego oczy.

– Słyszałeś chyba, co powiedziałem? – upewnił się. – Ruchome obrazki.

– Tak.

– Wszyscy chcą trafić do ruchomych obrazków!

– Nie, dziękuję – odmówił grzecznie Victor. – Jestem pewien, że to godziwe zajęcie, ale ruszanie obrazków nie wydaje mi się szczególnie ciekawe.

– Mówię o ruchomych obrazkach!

– Tak. Słyszałem pana.

Mężczyzna pokręcił głową.

– No cóż – westchnął. – To rzeczywiście niezwykłe. Po raz pierwszy od tygodni spotykam kogoś, kto nie usiłuje rozpaczliwie dostać się do ruchomych obrazków. Sądziłem, że każdy chce się dostać do ruchomych obrazków. Jak tylko cię zobaczyłem, pomyślałem: za to, co zrobił, spodziewa się pewnie pracy w ruchomych obrazkach.

– Dziękuję mimo wszystko – powtórzył Victor. – Ale chyba nie skorzystam.

– Jestem ci jednak coś winien. – Mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyjął wizytówkę. Wręczył ją Victorowi. Było na niej napisane:

– To gdybyś kiedyś zmienił zdanie. Wszyscy w Świętym Gaju mnie znają.

Victor wpatrywał się w kartonik.

– Dziękuję – rzucił. – Ehm... Czy jest pan magiem?

Silverfish spojrzał gniewnie.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – burknął.

– Nosi pan suknię z magicznymi symbolami...

– Magiczne symbole? Przyjrzyj się dokładniej, mój chłopcze! Z pewnością nie są to naiwne symbole śmiesznego i przestarzałego systemu wierzeń! To znaki oświeconej sztuki, której czysty, nowy świt właśnie... tego... świta. Symbole magiczne... – zakończył tonem bezbrzeżnej pogardy. – I to jest szata, nie suknia – dodał jeszcze.

Victor przyjrzał się kolekcji gwiazd, półksiężyców i innych rzeczy. Znaki oświeconej sztuki, której nowy świt właśnie świtał, wyglądały zupełnie jak naiwne symbole śmiesznego i przestarzałego systemu wierzeń. Ale chwila nie była chyba odpowiednia, by mówić o tym głośno.

– Przepraszam – powiedział. – Nie przyjrzałem się dokładnie.

– Jestem alchemikiem – wyjaśnił Silverfish, z lekka tylko udobruchany.

– Rozumiem. Ołów w złoto i takie sprawy...

– Nie ołów, mój chłopcze. Światło. Z ołowiem to nie wychodzi. Światło w złoto...

– Naprawdę? – zdziwił się uprzejmie Victor.

Silverfish zaczął na środku placu ustawiać trójnóg.

Zebrał się niewielki tłumek. Niewielkie tłumki w Ankh-Morpork zbierają się bardzo łatwo – wśród mieszkańców miasta można znaleźć najznakomitszych gapiów we wszechświecie. Chętnie oglądaliby wszystko, zwłaszcza jeśli istnieje szansa, że ktoś w zabawny sposób dozna krzywdy.

– Może zostaniesz na pokazie? – rzucił jeszcze Silverfish i odszedł gdzieś.

Alchemik... Wszyscy przecież wiedzą, że alchemicy są trochę zwariowani, myślał Victor. To całkiem normalne.

Kto by chciał marnować czas na ruszanie obrazków? Większość z nich dobrze wygląda tam, gdzie jest.

– Kiełbaski w bułce! Kupujcie, póki gorące! – huknął czyjś głos tuż za jego uchem.

Victor odwrócił się.

– O... Witam, panie Dibbler.

– Dobry wieczór, chłopcze. Masz ochotę na pyszną gorącą kiełbaskę?

Victor zerknął na lśniące wałeczki na tacy zwisającej z szyi Dibblera. Pachniały apetycznie. Jak zawsze. A potem człowiek odgryzał pierwszy kęs i odkrywał, że Gardło Sobie Podrzynam Dibbler potrafił wykorzystać takie kawałki zwierzęcia, z których posiadania zwierzę nie zdawało sobie nawet sprawy. Odkrył bowiem, że z dostateczną ilością smażonej cebuli i musztardy ludzie zjedzą wszystko.

– Specjalna zniżka dla studentów – szepnął konspiracyjnie Dibbler. – Piętnaście pensów, i gardło sobie tym podrzynam.

Strategicznie uchylił pokrywkę patelni, wypuszczając obłok pary.

Pikantny zapach smażonej cebuli spełnił swe niegodziwe zadanie.

– Ale tylko jedną – zgodził się ostrożnie Victor.

Dibbler wyrzucił kiełbaskę z patelni i ze sprawnością żaby łapiącej ważkę chwycił ją w bułkę.

– Do końca życia nie będziesz żałował – obiecał wesoło.

Victor ugryzł kawałek cebuli. Była w miarę bezpieczna.

– O co tam chodzi? – Wskazał kciukiem ekran.

– Jakiś pokaz – odparł Dibbler. – Gorące kiełbaski! Znakomite! – Znów zniżył głos do zwykłego konspiracyjnego szeptu. – Istny szał w innych miastach. Tak słyszałem. Jakieś ruchome obrazki. Starali się wszystko dopasować, zanim pokażą to w Ankh-Morpork.

Razem obserwowali, jak Silverfish i dwóch jego asystentów majstruje coś przy pudle na trójnogu. W okrągłym otworze z przodu błysnęło nagle białe światło i rozjaśniło ekran. W tłumie rozległ się dość niepewny gwar.

– Aha – powiedział Victor. – Rozumiem. I to już wszystko? To przecież zwyczajny, stary teatrzyk cieni. Nic więcej. Wujek kiedyś próbował mnie w ten sposób zabawiać. Wie pan? Trzeba ruszać rękami przed światłem i wtedy cienie tworzą różne sylwetki.

– A tak – zgodził się niezbyt pewnie Dibbler. – Takie jak „Wielki Słoń” albo „Łysy Orzeł”. Dziadek umiał robić takie rzeczy.

– Mój wujek robił głównie „Kalekiego Królika”. Nie radził sobie najlepiej. To były kłopotliwe sytuacje. Siedzieliśmy wszyscy i próbowaliśmy zgadywać różne „Zaskoczone Jeże” czy „Rozjuszone Gronostaje”, a on szedł do łóżka nadąsany, bo nikt z nas się nie domyślił, że tak naprawdę pokazuje „Lorda Henry’ego Snippsa i Jego Ludzi, rozbijających Trolle w Bitwie pod Pseudopolis”. Właściwie nie widzę niczego szczególnego w cieniach na ekranie.

– Słyszałem, że to wygląda inaczej. Wcześniej sprzedałem jednemu z tych ludzi Specjalną Kiełbaskę Gigant, a on mi tłumaczył, że chodzi o pokazywanie obrazków bardzo szybko. Trzeba ułożyć mnóstwo obrazków razem i pokazywać jeden po drugim. Bardzo, bardzo szybko. Tak mówił.

– Nie za szybko – poprawił go stanowczo Victor. – Gdyby przesuwać je za szybko, nikt by nie widział, że się przesuwają.

– On mówił, że to jest właśnie cały sekret: żeby nie widzieć, jak się przesuwają – odparł Dibbler. – Trzeba je oglądać wszystkie naraz czy jakoś tak.

– Wszystkie będą rozmazane – stwierdził Victor. – Nie pytał pan o to?

– Właściwie nie. Szczerze mówiąc, musiał już iść. Powiedział, że trochę dziwnie się czuje.

Victor przyjrzał się w zadumie resztce kiełbaski w bułce, a jednocześnie poczuł, że jemu również ktoś się przygląda.

Spojrzał w dół. U jego nóg siedział pies.

Był mały, krzywonogi, w zasadzie szary, ale w brązowe, czarne i białe łaty na wystających częściach ciała. I patrzył.

Było to z pewnością najbardziej przenikliwe spojrzenie, jakie Victor w życiu oglądał. Nie groźne czy proszące – tylko bardzo spokojne i bardzo dokładne, jakby pies starał się zapamiętać każdy szczegół, by potem przekazać władzom dokładny rysopis.

Kiedy był już pewien, że zwrócił na siebie uwagę Victora, przeniósł wzrok na kiełbaskę.

Czując się obrzydliwie – z powodu okrucieństwa wobec biednego, bezrozumnego zwierzęcia – Victor rzucił mu kiełbaskę. Pies pochwycił ją i połknął jednym ekonomicznym ruchem.

Coraz więcej ludzi pojawiało się na placu. I nie tylko ludzi. Victor o kilka stóp od siebie rozpoznał wielką, górzystą sylwetkę Detrytusa, starego trolla, dobrze znanego wszystkim studentom jako ktoś, kto znajdował pracę wszędzie, gdzie trzeba było za pieniądze bardzo stanowczo usuwać ludzi z różnych miejsc. Troll również go zauważył i spróbował mrugnąć. Wymagało to zamknięcia obojga oczu, gdyż Detrytus nie radził sobie z bardziej skomplikowanymi czynnościami. Powszechnie uważano, że gdyby nauczył się czytać i pisać w stopniu dostatecznym, by usiąść i rozwiązać test na inteligencję, okazałoby się, że jest nieco mniej inteligentny od stołka.

Silverfish podniósł do ust megafon.

– Panie i panowie – powiedział. – Spotkał was zaszczyt obserwowania zwrotnego punktu w historii Wieku... – Odsunął megafon, schylił się i Victor usłyszał, jak nerwowo pyta jednego z asystentów: – Który to wiek? Naprawdę? – Po czym znów uniósł megafon i podjął w tym samym, uroczyście optymistycznym tonem: – Wieku Nietoperza! Mówię tu o narodzinach Ruchomych Obrazków! Obrazków, które poruszają się bez udziału magii!

Umilkł, czekając na oklaski. Nie rozległy się. Tłum przyglądał się tylko. Potrzeba czegoś więcej niż kończenia zdań wykrzyknikami, by otrzymać oklaski od gapiów z Ankh-Morpork.

Trochę rozczarowany, Silverfish mówił dalej:

– Zobaczyć znaczy uwierzyć, jak powiada przysłowie. Ale, panie i panowie, nie uwierzycie Świadectwu Własnych Oczu! Zobaczycie bowiem za chwilę Tryumf Nauki! Cud Wieku! Odkrycie Wstrząsające Podstawami Świata, nie, co ja mówię, Podstawami Uniwersum!

– W każdym razie musi to być coś lepszego niż ta nieszczęsna kiełbaska – odezwał się spokojny głos przy kolanie Victora.

– Okiełznanie Naturalnych Mechanizmów dla stworzenia Iluzji! Iluzji, panie i panowie, nie odwołującej się do Magii!

Victor powoli spuścił wzrok. W dole nie było nikogo, jedynie drapiący się pracowicie pies. Podniósł łeb i powiedział:

– Hau?

– Potencjał Edukacyjny! Sztuka! Historia! Dziękuję wam, panie i panowie. Panie i panowie, jeszcze niczego nie widzieliście!

Nastąpiła kolejna przerwa, pełna nadziei na oklaski.

– Zgadza się. Nie widzieliśmy – odezwał się ktoś w pierwszym rzędzie gapiów.

– Właśnie – poparła go stojąca obok kobieta. – Kiedy wreszcie przestaniesz pan tyle gadać i zaczniecie z tymi cieniami?

– Ma rację – wtrąciła druga kobieta. – Zróbcie „Kalekiego Królika”. Moje dzieciaki strasznie go lubią.

Victor na chwilę odwrócił głowę, by uśpić podejrzliwość psa, po czym znów spojrzał na niego surowo.

Pies przyjaźnie obserwował tłum i pozornie nie zwracał na Victora uwagi.

Victor podłubał sobie palcem w uchu. To musiało być złudzenie, echo albo coś jeszcze. Nie chodziło o „hau”, chociaż „hau” samo w sobie nie jest właściwie dziwne. Co prawda większość psów we wszechświecie nie wydaje takich dźwięków. Ich szczekanie jest bardziej złożone, w stylu „ułof” albo „hrrwau”. Nie; problem polegał na tym, że pies wcale nie zaszczekał. On powiedział „hau”.

Victor pokręcił głową. Obejrzał się na Silverfisha, który zszedł z podwyższenia przed ekranem i skinięciem dał znak asystentowi, by zaczął kręcić korbą wystającą z boku pudła. Zabrzmiał cichy zgrzyt, który zmienił się w równe klikanie. Niewyraźne cienie zatańczyły na bieli ekranu, a potem...

Ostatnią rzeczą, jaką Victor zapamiętał, był głos rozlegający się z okolic jego kolana.

– Mogło być gorzej, wie pan? Mogłem powiedzieć „miau”.

Sny Holy Woodu...

Minęło jakieś osiem godzin.

Straszliwie skacowany Myślak Stibbons zerkał smętnie na pusty stolik obok. Victor nigdy nie opuszczał egzaminów. Zawsze powtarzał, że lubi wyzwania.

– Przygotujcie się do odczytania pytań – powiedział egzaminator z końca sali.

Sześćdziesiąt piersi sześćdziesięciu potencjalnych magów poczuło ucisk straszliwego napięcia. Myślak nerwowo obracał w palcach swoje szczęśliwe pióro.

Mag na katedrze odwrócił klepsydrę.

– Możecie zaczynać.

Kilku co bardziej ekstrawaganckich studentów odwróciło kartki z pytaniami jednym pstryknięciem palców. Myślak znienawidził ich natychmiast.

Sięgnął do swego szczęśliwego kałamarza, nie trafił i nerwowym ruchem przewrócił go na bok. Niewielka czarna rzeczka popłynęła na kartkę z pytaniami.

Panika i wstyd zalały go bez reszty. Próbował skrajem szaty zetrzeć atrament i rozsmarował go równo po blacie. Jego szczęśliwa suszona żaba spadła na podłogę.

Czerwony ze wstydu i czarny od atramentu, spojrzał błagalnie na maga na katedrze, po czym wskazał wzrokiem puste miejsce obok siebie. Mag skinął głową. Myślak z wdzięcznością przemknął do sąsiedniego stolika, odczekał, aż serce przestanie mu walić, i bardzo ostrożnie odwrócił kartkę.

Po dziesięciu sekundach, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, odwrócił ją po raz drugi, na wypadek gdyby wskutek jakiegoś błędu resztę pytań wypisano jednak na poprzedniej stronie.

Wokół panowała cisza pięćdziesięciu dziewięciu umysłów skrzypiących we wspólnym wysiłku.

Myślak odwrócił kartkę raz jeszcze.

Może to pomyłka? Nie... Była pieczęć Uniwersytetu, podpis nadrektora i wszystko, co trzeba. Więc może to jakaś szczególna próba, może obserwują go teraz, żeby sprawdzić, jak się zachowa...

Rozejrzał się ukradkiem. Inni studenci pracowali pilnie. Może to jednak nie pomyłka. Tak... Im dłużej o tym myślał, tym bardziej logiczne mu się wszystko wydawało. Nadrektor podpisał pewnie kartki, a potem, kiedy sekretarze przepisywali tematy, któryś z nich zdążył zapisać tylko najważniejsze pierwsze pytanie i pewnie ktoś go odwołał albo co, i nikt nie zauważył, i kartka trafiła na stolik Victora, tyle że on nie przyszedł, a Myślak zajął jego miejsce, co oznacza – uznał w nagłym przypływie pobożności – że bogowie chcieli, by dostał tę kartkę. W końcu to nie jego wina, jeśli w wyniku jakiegoś błędu otrzymał na egzaminie takie pytanie. Zlekceważenie okazji można by pewnie nazwać świętokradztwem czy nawet gorzej.

Muszą uznać odpowiedź. Myślak nie na darmo mieszkał w jednym pokoju z największym autorytetem w dziedzinie przepisów egzaminacyjnych. Nauczył się tego i owego.

Raz jeszcze przeczytał pytanie: „Jak się nazywasz?”.

Odpowiedział.

Po chwili podkreślił jeszcze odpowiedź kilka razy, używając swojej szczęśliwej linijki.

Jeszcze po chwili, by wykazać dobrą wolę, dopisał wyżej: „Odpowiedź na pytanie pierwsze brzmi”.

Po kolejnych dziesięciu minutach dodał jeszcze linijkę niżej: „Takie bowiem jest moje imię i nazwisko”. To także podkreślił.

Biedny Victor; będzie żałował, że nie przyszedł.

Ciekawe, co się z nim stało.

Żadna droga nie prowadziła jeszcze do Świętego Gaju. Ktokolwiek chciałby się tam dostać, musiał wyruszyć traktem do Quirmu i w pewnym nieoznaczonym miejscu pośród karłowatych krzaków skręcić i podążyć w kierunku piaszczystych wydm. Dzika lawenda i rozmaryn porastały pobocza. Nie słychać było żadnego dźwięku prócz brzęczenia pszczół i dalekiej pieśni skowronka, które czyniły ciszę tym wyraźniejszą.