Rozbitki - Juliusz Verne - ebook

Rozbitki ebook

Juliusz Verne

0,0

Opis

Rozbitki” to powieść Juliusza Verne’a, uznanego za jednego z pionierów gatunku science fiction.

Ogólnym tematem powieści jest rozwój autonomicznej społeczności ludzkiej, nie podlegającej żadnej władzy.

Powieść opowiada historię tajemniczego człowieka imieniem Kaw-dier który mieszkał na ziemiach w owym czasie nietkniętej jeszcze przez cywilizację i nie należącej do żadnego państwa.

Pewnej nocy w 1891 w pobliżu wyspy Hoste rozbija się statek Jonathan, z liczną grupą osadników na pokładzie, płynących w kierunku Afryki. Kaw-Dier spieszy na ratunek i pomaga im wydostać się na brzeg, a potem w założeniu na wyspie kolonii; nie chce jednak nad nimi panować lub ich w jakikolwiek inny sposób kontrolować. Gdy jednak nowa kolonia staje się polem walki o władzę, Kaw-Dier jest zmuszony do czasowego zawieszenia swych anarchistycznych zasad. Staje na czele krzywdzonych osadników.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 192

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-202-5
This ebook was created with StreetLib Writehttp://write.streetlib.com

Table of contents

Część pierwsza

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

Część druga

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

Credits

Część pierwsza

I

Jaguar.

Na horyzoncie niezmiernej równiny, tu i owdzie usianej niewielkiemi wzgórzami i samotnie sterczącemi skatami, ukazało się stado dzikich koni w galopie pędzących na południe, gdzie widać było błyszczące wody rzeki.

 Dopadłszy podnóża niewielkiego pagórka, konie zatrzymały się, wyciągnęły szyje, nadstawiły uszy i przez chwilę zdawały się patrzeć i nasłuchiwać, czy nie grozi im z którejkolwiek strony jakie niebezpieczeństwo. Widać, że wśród ciszy niczem nie zamąconej, nic dla siebie groźnego nie spostrzegły, gdyż wkrótce zaczęły spokojnie skubać i gryźć trawę, kiedy-niekiedy tylko podnosząc do góry swe zgrabne łby i strzygąc uszami.  Ale niebezpieczeństwo tuż-tuż czyhało na stado wolnych biegunów pustyni.  Ostrożnie, wśród wysokich traw, w pobliżu pagórka, czołgał się nawpół nagi Indjanin, trzymając strzelbę w ręku i lasso.  Nagle ze zręcznością węża podsunął się do miejsca, gdzie jeden z najpiękniejszych z całego stada koni skubał soczystą trawę, i uniósłszy się, z szybkością błyskawiczną rzucił lasso, które ze świstem upadło na kark zwierzęcia.  Indjanin powstał na równe nogi, szarpnął lasso i już był pewnym zdobyczy, gdy naraz ogłuszający ryk dał się słyszeć w pobliżu.  Zawahał się, odwrócił głowę i w tejże chwili ujrzał ogromnego jaguara: zwierz jednym susem rzucił się na niego.  Przeraźliwy, bolesny krzyk bólu i rozpaczy wyrwał się z piersi Indjanina, który poczuł w swem ciele szpony i kły okrutnego zwierza.

 Napad jaguara był tak błyskawiczny, tak silny, że Indjanin nie miał czasu chwycić za nóż myśliwski, który miał za pasem, ani za kolbę swej strzelby. Jaguar powalił swą ofiarę na ziemię i byłby ją rozszarpał w kawałki, gdyby nie celny strzał, który się nagle rozległ w powietrzu.

 W tejże chwili jaguar odskoczył od swej ofiary, zakrwawione szpony wyrwał z jego piersi i nagle runął łbem na ziemię. Widocznie jakimś iście cudownym trafem ktoś był świadkiem tej sceny i celnym strzałem zwalił z nóg okrutne zwierzę.

Białawy obłoczek, który się ukazał w powietrzu o jakie sto kroków od miejsca, gdzie leżał ranny Indjanin, wskazywał, że stamtąd padł strzał i że tam znajdował się wybawca.

 Jakoż z za skalistego złomu wychylił się strzelec o wspaniałej postaci z dymiącą jeszcze strzelbą w ręku.  Szybkim krokiem zbliżał się on do jęczącego Indjanina, aby mu dać pomoc. Szedł krokiem lekkim, pewnym.  Był to mężczyzna w sile wieku, o wyniosłej postaci, twarzy pięknej, zdobnej orlem spojrzeniem, czole białem, myślącem. Z pod szerokiego kapelusza wiły się kędziory ciemnych włosów i jak skrzydło kruka czarna broda dodawała mu powagi i godności.  Nim pochylił się nad rannym, rzucił oczami na rozciągniętego w trawie jaguara, który już nie żył, poczem, zwracając głowę w stronę rzeki, głośno zawołał:  — Karro!... hej, Karro!..  Na to wezwanie dał się słyszeć plusk wody poruszanej wiosłami i wśród zarośli nadbrzeżnych ukazała się łódka, a w niej dwóch Indjan.  Jeden z nich mógł mieć lat około czterdziestu, drugi był młodzieńcem szesnastoletnim. Dobrze zbudowani, muskularni, o twarzach miedzianego koloru, włosach czarnych, spadających na ramiona, sprawiali wrażenie posągów z bronzu odlanych. Za całe ubranie służyły im skóry kozie, któremi byli obwiązani dokoła bioder.  Chłopiec był wysmukły, zręczny, o spojrzeniu młodego sępa, w którem przebijała śmiałość i pewna siebie odwaga.  Z tygrysią zręcznością obaj Indjanie wyskoczyli z łódki, zanurzyli się w zaroślach i w kilka chwil znaleźli się przy nieznajomym, z uległością i oddaniem się spoglądając w jego oczy i oczekując rozkazu.  Nieznajomy śpiesznie wyrzekł do nich słów kilka w narzeczu indyjskiem, dziwnem dla ucha europejczyka.  Na rozkaz jego i objaśnienie obaj Indjanie uklękli przy rannym i unieśli jego skrwawioną głowę.  Nieznajomy znów rzekł słów parę, poczem jeden z nich zerwał się, szybko pobiegł do łódki i za chwilę wrócił, niosąc w kamiennem naczyniu wodę i jakieś zawiniątko. Rzeczy te oddał nieznajomemu.  Ten pochylił się i ze zręcznością i wprawą lekarza zaczął opatrywać rany Indjanina i oblewać go wodą.  Po chwili tenże ocucił się i spojrzał na trzech nieznajomych wzrokiem, w którym zabłysła radość.  Z ust jego dał się słyszeć szept dziękczynny i jeden wyraz, którym zdawał się witać dającego mu ratunek:  — Kaw-dier!...  Ten wyraz w języku Indjan oznacza to samo, co przyjaciel, dobroczyńca, zbawca.  — Kaw-dier! — powtórzył znowu ranny i usiłował pochwycić rękę nieznajomego, aby ją ucałować, lecz siły nie pozwoliły mu na to.  Rany jego były bardzo niebezpieczne; pomimo szybkiego i umiejętnego ratunku tracił przytomność, głowa jego wnet opadła bezwładnie, oczy przymknęły się i omdlał.  Wtedy nieznajomy znowu twarz jego obmył zimną wodą, do ust wlał mu kilka kropli jakiegoś orzeźwiającego płynu z małego flakonika, który wyjął z kieszeni, poczem ranny znów odzyskał przytomność.  Nieznajomy westchnął, czarne jego oczy wyrażały smutek, widać było, że stan poszarpanego przez jaguara Indjanina nie wróżył nic dobrego.  Wtem starszy z przybyłych Indjan, bacznie wpatrujący się w twarz rannego, dostrzegł, że on znów otworzył oczy, zapytał go więc:  — Gdzie twoje obozowisko?...  — Tam... tam... — wyrzekł z trudem ranny, wskazując wzrokiem w stronę południową. — Tam są moi...  — Obozowisko, o którem ranny mówi — rzekł nieznajomy — leży stąd o jakie trzy mile... Wczoraj widziałem porozpalane ogniska i dymy w tej stronie. Można go tam zawieźć łódką; tam się nim zajmą.  Po chwili zwrócił się do młodszego Indjanina:  — Halg, pomóż mnie i ojcu... Musimy rannego przenieść na łódź naszą i odwieźć go do jego obozu.  Jakoż młody chłopiec chętnie rozkazu posłuchał, i gdy ranny leżał już w łodzi, pobiegł wraz z ojcem na miejsce, gdzie leżał powalony celnym strzałem nieznajomego jaguar i szybko zaczął zdejmować z niego skórę, mającą wielką cenę dla Indjan.  Podczas tego nieznajomy troskliwie spoglądał na rannego. Ten przecież leżał ciągle w znak, z przymkniętemi oczami.  Czekając na swych towarzyszy, kończących operację z zabitym jaguarem, nazwany Kaw-dierem stanął w końcu łodzi i rozglądał się dookoła.  Daleko hen, na prawo i na lewo, ciągnęła się zielona powierzchnia obszernych łąk poprzerzynanych tu i owdzie strumykami, o brzegach skalistych. Przed nim zaś złociła się w promieniach wschodzącego słońca powierzchnia morza, pokryta tysiącem wysp i wysepek, o kształtnych, fantastycznych brzegach skalistych lub okrytych gęstą roślinnością. Rzekłbyś, że tę ogromną, pierwszemi promieniami wschodzącego słońca ozłoconą powierzchnię wód i lądu, dotychczas nie deptała noga europejczyka, ani dotknęło żadne narzędzie cywilizacji.  Nie było widać nigdzie na szerokim horyzoncie ani wieżyc miejskich, ani kominów wiejskich, ani osad fabrycznych, nigdzie szos, bitych gościńców, dróg żelaznych, słupów telegraficznych, nic z tego, co cywilizacja stworzyła. Przed oczami nieznajomego ciągnęła się przestrzeń bezmierna lądu i morza, wysp, skał, lasów, łąk i strumieni, ciągnęła bez końca ozłocona wschodzącem słońcem i osłoniona błękitami nieba.  Nieznajomy z rękami skrzyżowanemi na piersiach, podobny do posągu, stał nieruchomie i patrzył w dal. Spojrzenie jego było podobne w tej chwili do spojrzenia orła, gdy ze szczytów gór niebotycznych spogląda na niedosięgłe dla żadnej z żyjących istot dziedzictwo swoje.  Niema tu ani pana, ani władcy, niema nikogo prócz niego! Niczyja myśl, niczyj wzrok, niczyja wola nie dosięgnie tutaj, nie zapanuje, nie zamąci, nie zmieni niczego!  Właśnie promienie słoneczne i cienie skał przejrzały się i odbiły w ruchliwych falach morskich, gdy nieznajomy, widać przejęty urokiem tej pierwotnej krainy, którą miał przed oczami, wyciągnął przed siebie ręce, jakby chciał niemi objąć te wyspy, ten step, te łąki, tę całą ziemię i przycisnąć do serca.  Krzyk radosny, na pół dziki, na pół stłumiony wyrwał się z jego piersi. Dźwięczała w nim nuta zwycięska, nuta uniesienia i zachwytu, swobody i tryumfu.  — Nikogo, prócz Boga i natury!... Nikogo, jak okiem sięgnąć... — szeptał w zachwycie. — Jak ziemia długa i szeroka, nigdzie, nigdzie nie znalazłbym podobnego zakątka... Ach, tu żyć i umierać!...  W tej chwili obaj Indjanie wstąpili do łodzi, niosąc skórę z zabitego jaguara, i łódź, wprawnemi poruszona wiosłami, szybko popłynęła w dół rzeki.

II

Tajemniczy nieznajomy.

Kto był ten nieznajomy, który czuł się tak szczęśliwym w pierwotnej, niedotkniętej stopą człowieka ucywilizowanego ziemi?... Co zmusiło go do przybycia w ten zdala od świata europejskiego położony zakątek kuli ziemskiej, która nosi nazwę ziemi i wysp Magellana?

 Że był europejczykiem, nie ulegało wątpliwości. Cała postać jego świadczyła o tem.  Ale jak żył tutaj?... do czego dążył?... czego chciał?...  Nadaremnie sililibyśmy się teraz to odgadnąć.  Wyspy i ziemie Magellana, położone między oceanami Spokojnym i Atlantyckim, na samym południu lądu amerykańskiego, w roku 1881 rzeczywiście były swobodne, żadnemu państwu nie oddane i niepodległe. Ta część lądu i morza Nowego Świata nie należała do nikogo. Ani poblizkie rzeczypospolite Argentyny i Chili, ani Stany Zjednoczone nie rozciągały wówczas w tych stronach swojej władzy.  Kolonie, które mogłyby tutaj się utworzyć, nie miałyby żadnej nad sobą zwierzchności.  Gdy powieść nasza się rozpoczyna, były pierwsze dni kwietnia 1880 roku. Nieznajomy, którego nazwiemy tak, jak go w malowniczem swem narzeczu nazwali Indjanie, to jest Kawdierem, co znaczy «Dobroczyńcą» — nieznajomy, powtarzamy, płynął w dół rzeki, na południe sąsiedniej Ziemi Ognistej, w pobliżu archipelagu wysp Gordona, Hosta i Nadaryna. Więcej jeszcze na południe ciągnął się kapryśną, gzygzakowatą linią archipelag przylądka Horn.  Wśród tego labiryntu wysp i wysepek Magellana i Ziemi Ognistej, przed dziesięciu laty zjawił się właśnie Kaw-dier.  Skąd tu przybył i w jaki sposób, nikt nie wiedział.  Tutaj, w tym pierwotnym zakątku kuli ziemskiej, nikt nie mógł go zapytać, kim był i poco tu przybył, ani do jakiej należał narodowości. Czy był z północy, czy z południa Europy, trudno było osądzić, dość tylko, że dzicy mieszkańcy tych wysp osamotnionych, którzy się z nim zetknęli, widzieli w nim istotę wyższą, prawie nadziemską, gdyż tylko dobroci, pomocy i opieki doznawali z jego strony.  On zaś poczynał sobie wśród tych przestrzeni łąk, puszcz, wód, skał i strumieni tak jak orzeł w niedościgłych dla nikogo sferach podsłonecznych. Był tutaj panem, nie miał nad sobą nikogo prócz Boga.  Ze strzelbą na ramieniu, sam lub w towarzystwie oddanych sobie Karra i Halga, błądził wśród puszcz i lasów. Od kolonji, zamieszkałych przez białych, najwidoczniej stronił. Nigdy tam się nie zapuszczał.  Życie jego w niczem nie różniło się od sposobu życia krajowców. Polowanie i połów ryb najwięcej zajmowały mu czasu. Indjanie, poznawszy jego dobroć, czcili go i mieli za istotę nadprzyrodzoną, za bożka. Szczególnie umiejętność obchodzenia się z rannymi i leczenia różnych chorób zjednała Kaw-dierowi tubylcze plemiona dzikich.  Indjanie różnych szczepów, którzy go znali, imię jego wymawiali z poszanowaniem, a w razie niebezpieczeństwa, osoby jego broniliby jak świętej.  Tajemniczy ten człowiek bez wątpienia musiał studjować niegdyś medycynę, gdyż chorych Indjan leczył wprawnie i biegle. Ci, nie znając się na sztuce leczniczej, każde uzdrowienie brali za cud. Dotychczas nikt ich nie leczył, więc chorzy, pozostawieni swemu losowi, marli.  Przytem odznaczał się nadzwyczajną zdolnością do języków. Wszystkie narzecza plemion indyjskich rozumiał, w każdem mógł się rozmówić.  Ale nietylko Indjanie, lecz i biali, jak Hollendrzy, Anglicy, Francuzi, Niemcy i Hiszpanie mówili z nim w ich rodowitym języku. Gdy podczas swych długich wędrówek i łowów wśród puszczy natknął się na białych osadników, każdy z europejczyków, czy to Hiszpan, czy Anglik, czy Niemiec, mógłby go uważać za swego ziomka, gdy się odezwał w jego języku ojczystym.  Co zadziwiało najbardziej, to dobroć w tym człowieku. Wśród dzikiej przyrody wysp Magelanii, wśród jej mieszkańców, ciemnych i zabobonnych, rad przebywał i o ile umiał i mógł, niósł im pomoc w nieszczęściu.  Czego chciał, do czego dążył, w jakim celu pędził żywot tułaczy w tym nieznanym pierwotnym zakątku kuli ziemskiej?...  Było to tajemnicą.  Jedynie okrzyk radosny, który wyrwał się z jego piersi, gdy patrzył przed siebie na niezmierzone obszary nietkniętej przez cywilizację ziemi, okrzyk, który brzmiał: «Ach, nikogo prócz Boga!» okrzyk ten dawał dużo do myślenia, że Kaw-dier nadewszystko ukochał wolność i swobodę, że właśnie tutaj nie miał pana nad sobą, że był wolnym, jak ptak w przestrzeniach powietrznych.  Dobroć jego i dziwne poświęcenie się dla Indjan tamtejszych były tak głośne, że biali z chilijskiej osady Punta Arenas, odległej o sto mil od wyspy, na której ten tajemniczy człowiek osiadł, przybyli doń pewnego razu, prosząc, aby wśród nich się osiedlił. Ani słyszeć o tem nie chciał, wysłańców odprawił słowem krótkiem i stanowczem, tak, że odeszli z niczem i już nigdy nie próbowali zapraszać go do siebie. Toż samo było z wysłańcami sąsiednich plemion Patagończyków.  Ci ostatni, prowadzący życie koczownicze, przeważnie zajęci polowaniem na dzikie zwierzęta, pragnęli mieć wśród siebie takiego dzielnego i nigdy w strzale niechybiającego strzelca, jakim był właśnie Kaw-dier.  Całe prawie życie spędzając na koniu, Patagończycy są nieporównanymi jeźdźcami. Silnej budowy ciała, okrutni w walce orężnej, żyli w ciągłych niezgodach granicznych z sąsiadami swymi, to jest z indyjskiemi plemionami rybackiemi, wśród których właśnie lubił przebywać nasz nieznajomy.  Indjanin Karro i syn jego Halg na śmierć i życie oddani mu byli wraz z plemieniem, do którego należeli i któremu Karro przewodniczył. Około dwudziestu rodzin rybackich, Jakanasów, prowadzących żywot nędzny, podlegało władzy tego Indjanina.  Skąd się wzięło to ślepe przywiązanie Karra i Halga, ludzi dzikich, do nieznajomego?..  Z wdzięczności, uczucia dostępnego nawet dla istot najpierwotniejszych.  Kaw-dier ocalił życie Halgowi. Było to przed kilku laty.  Wódz jednego z sąsiednich plemion Patagończyków napadł na Jakanasów, chcąc zabrać ich dobytek, uprowadzić do niewoli dzieci i młodzież, aby mieć z nich siłę roboczą.  Lepiej uzbrojeni i liczniejsi Patagończycy pokonali Jakanasów. Podczas walki część zwyciężonych ukryła się śpiesznie na łodziach i odpłynęła na sąsiednie wyspy. Atoli jedną z tych łodzi zatrzymało kilku ogromnych Patagończyków, rzuciwszy się do wody. W łódce był tylko młody chłopiec indyjski, napróżno usiłujący się bronić. Nieprzyjaciele pochwycili go, unieśli na brzeg i już mieli uprowadzić z sobą, gdy powstrzymał ich jakiś wojownik indyjski, zasypując celnemi strzałami. Napastnicy porzucili chłopca, a rzucili się na Indjanina. Los jego był zdecydowany. W nierównej, rozpaczliwej walce musiałby był uledz, gdyby nie nadspodziewana pomoc. W lekkiej łódce zbliżył się do brzegu jakiś uzbrojony nie łukiem i toporkiem, jak dzicy Jakanasi,

lecz bronią palną strzelec i celnemi strzałami odpędził napastników. Oswobodzeni Indjanie, z których młodszy podczas walki został zraniony w ramię strzałą Patagończyków, upadli do nóg swojemu zbawcy.

 Byli to Karro i Halg, zaś tym, który ich ocalił, nasz tajemniczy nieznajomy.  Od tego czasu miał w tych dwóch ludziach oddanych sobie na śmierć i życie przyjaciół.  — Mój namiot niechaj będzie twoim — rzekł wówczas Karro — moja broń i zdobycz myśliwska, moja łódź rybacka i ludzie mi podwładni niech należą do ciebie... Niema rzeczy pod słońcem, którejbym nie oddał tobie... Ocaliłeś mi życie i wyrwałeś z rąk okrutnych wrogów mojego syna...  Od tej chwili Kaw-dier udał się wraz z ocalonymi przez siebie Indjanami na wyspy w pobliżu przylądka Horn i stale tutaj przebywał, niekiedy tylko, jak właśnie w chwili rozpoczęcia niniejszego opowiadania, udając się na ląd stały i zapuszczając w puszcze i stepy patagońskie.

III

Niespodziewane odwiedziny.

Czółno z ranionym przez jaguara Indjaninem kierowane wprawną ręką Karra i Halga, szybko płynęło wśród skał nadbrzeżnych.  Kaw-dier, pochylony nad rannym, z niepokojem badał stan jego, małą mając nadzieję, czy uda mu się uratować życie.  Dzień cały upłynął, słońce zniżało się ku zachodowi, gdy nareszcie Karro i Halg zwolnili nieco bieg czółna i skierowali je w stronę niewielkiej piaszczystej wyspy, pokrytej z rzadka karłowatą roślinnością i poprzerzynaną kilku strumieniami o wysokich brzegach.  Wysepka ta, leżąca w pobliżu lądu i posiadłości chilijskich, stanowiła schronienie dla plemienia Indjan, któremu przewodniczył Karro. Plemię to przeważnie trudniło się rybołówstwem i polowaniem w puszczach przyległych do terytorjów chilijskich, prowadząc życie koczownicze. Obecnie przybyło ono w te strony na połów ryb i na pobyt wybrało sobie tę właśnie wysepkę, do której zdążało czółno naszych znajomych. Tuż w sąsiedztwie rozciągał się archipelag wielkich wysp, odwiedzanych przez chilijczyków, prowadzących handel zamienny z ich nawpół dzikimi mieszkańcami.  Na olbrzymiej wyspie, do której przybiła łódź Karra, z północnej strony wznosiły się fantastyczne, olbrzymie skały, wierzchołkami swemi sięgające nieba. Z dala patrzącemu na nie zdawało się, że widzi ruiny jakiegoś potężnego grodu, przez niespodziany kataklizm zdruzgotanego i pożartego przez burzliwe fale morza. Wśród skał tych nie brakowało przejść ciasnych, jakby ręką ludzką wykutych, i grot obszernych, w których łatwo tak człowiek, jak zwierz znaleźć mógł schronienie.  W jednej z takich grot, zasłoniętych ze wszystkich stron przez labirynt skał i olbrzymich kamieni, obrał sobie mieszkanie Kaw-dier.  Gdyby tutaj istnieli budowniczowie i za sowitą zapłatę wznieśli pałac na mieszkanie dla naszego bohatera, to z pewnością wnętrze jego nie byłoby tak wspaniałe, jak ta grota o wysokich, ręką natury w dziwaczne łuki, zagłębia i zagięcia rzeźbionem sklepieniu. Tuż w pobliżu, obok tej olbrzymiej, otwierały szerokie wejścia trzy inne mniejsze groty, w których wygodnie mieściło się gospodarstwo Karra i jego rodzina.  Kaw-dier, zamieszkując od dłuższego czasu swoją grotę, urządził się w niej wygodnie. Widać tutaj było, że przybywając do tych miejscowości pierwotnych, przywiózł z sobą to, co jest bodaj najznamienniejszą cechą każdej cywilizacji — książki.  Obszerna, jak czarodziejska sala królewska wyglądająca grota, pełna była przeróżnych, niezbędnych dla człowieka cywilizowanego przedmiotów.  Nie brakło nawet mandoliny, zawieszonej obok wyborowej broni palnej, nie brakło pudełek blaszanych i waliz, w których mieściły się różne przyrządy, jak naprzykład wyborowe narzędzia chirurgiczne, słoiki, butelki i szklaneczki z lekarstwami.  Wszystkie te przedmioty Karro wraz z Halgiem przenieśli niegdyś z szalupy, na której nieznajomy przybył w te strony i która zasłonięta od burz i wichrów morskich, stała bezpiecznie wśród skał nadbrzeżnych, ukryta najzupełniej od oczu ludzkich.  Nikt niewtajemniczony nie odgadłby nigdy, że na tej dzikiej skalistej wysepce, na tej wydmie wśród tysiąca wysp i wysepek nadbrzeżnych, mieszkać może człowiek cywilizowany.  Cóżby go tutaj trzymało?.. Czegoby szukał w tak dzikich pierwotnych zakątkach ziemi?...  Karro i Halg nie zadawali sobie tych pytań. Dla nich pobyt Kaw-diera był Opatrznością, był zstąpieniem bóstwa na ziemskie padoły.  Ot, i teraz, gdy wynieśli z łodzi zranionego Indjanina, nieznajomy ułożył go troskliwie na posłaniu z traw morskich i opatruje jego rany.  — Ciężkie są, bardzo niebezpieczne — mówił ze smutkiem — jaguar ostremi pazury rozszarpał piersi nieszczęśliwego i uszkodził mu płuca... Idź, Halg, i powiedz, niech przyjdą tutaj kobiety i czuwają nad rannym.  Chłopiec pobiegł w głąb wysepki, kierując się do miejsc, pokrytych roślinnością. Wkrótce dało się słyszeć szczekanie psów i ukazały się namioty Jakanasów. Około czterdzieści rodzin mieszkało tutaj, trudniąc się przeważnie połowem ryb i polowaniem.  Halg oznajmił im, z czem przybywa, i wkrótce kilka Indjanek, trzymając na rękach nawpół nagie dzieci, udało się za nim, aby zobaczyć rannego.  Było około południa dnia następnego, gdy przed Kaw-dierem, zajętym przygotowaniem lekarstw, stanął Halg.  — Biali! — zawołał tajemniczo — biali!...  Wyraz ten podziałał na nieznajomego, jak iskra elektryczna; zerwał się z miejsca, na którem siedział, i na spokojnem, męskiem jego obliczu odmalowało się zaniepokojenie.  — Gdzie? — zapytał.  — Na Nowej wyspie, gdzieśmy przed tygodniem polowali.  — Kto ich widział?  — Ludzie nasi ich widzieli.  Kaw-dier wyszedł przed grotę, skinął na Halga, polecając mu, aby zawołał tych, którzy widzieli białych.  Halg wkrótce przyprowadził przed niego dwóch nawpół nagich Jakanasów. Ci, ujrzawszy nieznajomego, upadli przed nim na kolana i pochylili głowy.  Kaw-dier podniósł dzikich z ziemi i w ich narzeczu zaczął wypytywać, co wiedzą o białych.  Opowiadali, że do południowego brzegu, tak zwanej Nowej wyspy, przypłynął okręt z którego wysiedli na ląd uzbrojeni majtkowie. Okręt miał flagę rzeczypospolitej chilijskiej.  Majtkowie ci natychmiast zabrali się do ustawiania namiotów, część ich pozostała w nich, część zaś odpłynęła z powrotem.  Jeden z opowiadających zbliżył się do przybyszów i zapytał, czy przybyli w celu zakupna skór dzikich zwierząt, na co otrzymał odpowiedź od dowodzącego białymi, że rząd rzeczypospolitej przysłał ich, aby zajęli w wieczyste posiadanie wszystkie na okół ziemie i wody, które dotychczas nie mają pana.  Indjanin zakończył swe opowiadanie podziwem dla ulepszonej broni, którą widział u chilijczyków.  — Jedna ich strzelba daje raz po razu sto strzałów i wyrzuca jednę po drugiej sto kul! — dodał drugi z przerażeniem.  Wiadomości te podziałały na nieznajomego wielce przygnębiająco.  — Jakto? — pomyślał — miałyżby skończyć się chwile mojej wolności?... Miałyżby te wolne dotychczas wyspy otrzymać pana, rząd, sądy, policję?...  Na myśl o tem chwycił się za głowę i zrozpaczony wołał:  — Biali! I tutaj już przybyli!... biali...  Myśl jego zaczęła pracować, gdzie teraz się podziać?.. gdzie się schronić, aby żyć niepodległym? nie być podwładnym żadnemu z rządów?...  Dwa dni następne Kaw-dier poświęcił na przekonanie się, czy opowiadaniu o przybyciu marynarzy chilijskich można w zupełności wierzyć i czy zostaną tutaj.  Niestety, tak było.  Gdy niepostrzeżenie w towarzystwie nieodstępnego Karra i Halga podpłynął do wybrzeży, gdzie niedawno ciągnęły się wolne stepy, aż do pogranicza argentyńskiego i chilijskiego, ujrzał marynarzy zajętych budową fortu.  Jakkolwiek znikąd białym przybyszom nie groziło niebezpieczeństwo, ustawili wartę, którą pełnili żołnierze marynarki.  A więc dla Kaw-diera nastąpił koniec jego dotychczasowej wolności!...  Niebawem rząd chilijski w porozumieniu z argentyńskim podzieli się władzą nad temi wodami i ziemią, przyśle tutaj swoich dobrze płatnych agentów, zacznie mierzyć i opisywać wszystko, wyznaczać granice, regestrować, sporządzać mapy zajętych obszarów lądu i morza. Nic nie ujdzie czujnego oka przeróżnych urzędów, wszystko musi się poddać porządkowi i prawu z góry przepisanemu.  Nadejdzie wreszcie dzień, że panowie urzędnicy chilijscy zjawią się przed Kaw-dierem i zapytają: kto jest zacz, co tu porabia, jak długo tutaj przebywać zamierza?... Będzie zmuszony odpowiadać na te pytania, zdradzić swoje incognito, poddać się przepisom rygorom ich urzędów.  Na myśl o tem, Kaw-dier czuł się wzburzonym do głębi duszy.  Po powrocie z wycieczki rzekł krótko do Karra i Halga, troskliwie wpatrujących się w niego i czekających na jego skinienie:  — Jutro o świcie szalupa moja niech będzie gotowa!.. I Zol popłynie z nami...  Zol był to piękny pies, bardzo przywiązany do swego pana.  Jakoż nazajutrz w towarzystwie wiernego Karra i Halga, wsiadłszy na swój statek, Kaw-dier skierował się w stronę przylądka Horn.  — Mamy dziś dzień siódmego marca — rzekł sam do siebie — czas ciepły trwać będzie jeszcze kilka tygodni, powinno mi to wystarczyć do znalezienia sobie kawałka ziemi, na którym czułbym się zupełnie wolnym.

IV

Katastrofa.

Szalupa płynęła szybko po niezmierzonem przestworzu morza, omijając zdradliwe skały i rafy podwodne i trzymając się w pobliżu lądu.  Po kilku dniach żeglugi, gdy minęli już wyspę Nawaryna, w oddali ukazały się na widnokręgu wierzchołki skał wysp Wallaston i Herschell.  Tutaj, przybiwszy do brzegu, nasi podróżni zaopatrzyli szalupę w świeże zapasy wody, poczem zaraz popłynęli w kierunku północnym.  Na trzeci dzień obaj Indjanie zaczęli rzucać na Kaw-diera niespokojne spojrzenia.  Dokąd dążył? Toć jeszcze pół dnia żeglugi, a na wątłym swym statku wpłyną na wzburzone wody oceanu, tuż u dzikich wybrzeży przylądka Horn.  — Mamy dziś jedenastego marca — mówił do nich Kaw-dier — żywności wystarczy jeszcze conajmniej na tydzień. Przez ten czas musimy znaleźć schronienie w innych stronach tej dzikiej, pierwotnej krainy.  Mówiąc to, spojrzał w stronę szarzejącej na widnokręgu olbrzymiej masy skał spiętrzonych ku niebu, tworzących przylądek Horn, hardo stawiający opór wzburzonym, z wściekłością bijącym w jego granitowe podnóże falom oceanu.  Rozmawiając przyjaźnie ze swymi towarzyszami, pod wieczór dnia tego, Kaw-dier przestał płynąć naprzód, gdzie już groziło niebezpieczeństwo od wzburzonych wód oceanu, skręcił na prawo i wkrótce przybił do brzegu.  — Poczekajcie tutaj na mnie! — rzekł, wysiadając z szalupy, poczem świsnąwszy na Zola, aby szedł za nim, szybko zaczął piąć się w górę po skalistem wybrzeżu.  Szedł długo, z wprawą człowieka przyzwyczajonego do wycieczek w górach.  Przed nim wznosiły się coraz to dziksze urwiska i kamienne zwały, poszarpane przed wiekami przez podziemne wybuchy wulkaniczne.  Z pewnością zwiedzał już niegdyś te dzikie okolice, gdyż omijał niebezpieczne przejścia po nad przepaściami i szybko dążył ku najwyższemu wierzchołkowi przylądka.  W jakim celu tam dążył?... Czy na tych niedostępnych dla zwykłego człowieka wyżynach pragnął znaleźć dla siebie schronienie?..  Tymczasem nagle widnokrąg pokryły chmury, wicher zerwał się od strony północnej i z głośnym szumem, z hukiem i rykiem fal wzburzonego oceanu uderzał w skały nadbrzeżne.  Karro i Halg, ze zręcznością właściwą dzikim Indjanom, umieścili szalupę w miejscu zacisznem, pomiędzy skałami. Czekając na pana, pilnie patrzyli, jak ten piął się coraz to wyżej, pragnąc zapewne dosięgnąć szczytu jednej ze skał, z której szeroki otwierał się widok na ocean.  Po godzinie czasu wicher wzmógł się, chmury ciemne zasnuły horyzont, najwidoczniej zbliżała się burza. Nadchodząca noc, a z nią ciemność, pogorszały położenie.  Karro i Halg z trwogą spoglądali ku górze, gdzie na szczycie skał zdawało im się, że dostrzegają ciemną sylwetkę swego dobroczyńcy.  Przez chwilę trwoga ich przejęła. A gdyby tak Kaw-dier zginął, strącony do oceanu wściekłemi podmuchami wiatru?  Ale nie!... To się stać nie może...