Rigor mortis - Tomasz Żak, Jacek Piekiełko - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Rigor mortis ebook i audiobook

Jacek Piekiełko, Tomasz Żak

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

26 osób interesuje się tą książką

Opis

W świecie iluzji nic nie jest tym, czym się wydaje. Gdzie kończy się prawda, a zaczyna manipulacja? 

Mikołaj Mortysz — błyskotliwy, bezwzględny i żądny rozgłosu twórca podcastu „Rigor Mortis — obiecuje ujawnić tożsamość Kowboja, brutalnego mordercy ciężarnych kobiet. Internet kocha ten temat, policja błądzi po omacku, a każde nowe nagranie tylko podsyca emocje. Wraz ze wzrostem popularności podcastu rośnie też napięcie — nie tylko wśród słuchaczy oczekujących na kolejny krok zwyrodnialca, ale i wśród tych, którzy chcieliby uciszyć znanego podcastera. 

Honorata Kałuża, ambitna twórczyni konkurencyjnego kanału, postanawia odkryć prawdę o Mortyszu. Z kolei jego lojalny współpracownik, Buła, zaczyna dostrzegać rysy na idealnym wizerunku szefa. Gdzieś między leśnymi potokami, prowincjonalnymi miasteczkami a dźwiękoszczelnymi studiami nagrań zaciera się granica między reportażem i spektaklem. 

Rigor Mortis to opowieść o świecie, w którym mikrofon i wierna publiczność stanowią największą broń, ale też o prawdziwej cenie sławy. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 448

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 53 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Józef Pawłowski

Oceny
4,5 (18 ocen)
11
5
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
GosiaGostomska

Nie oderwiesz się od lektury

Ależ to byla historia! Bardzo wciągająca książka. Bardzo polecam.
00
intermission4reading
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

świetnie poprowadzona intryga. czyta się z dużym zainteresowaniem. a zakończenie wbija w fotel i daje do myślenia.📍Oceniam tę powieść na solidne 4/5 ⭐ za emocje, aktualność i odwagę w dotykaniu niewygodnych tematów
00
smolkosia

Nie oderwiesz się od lektury

Zaskakująca, wciągająca powieść o świecie celebrytów, podcasterów, a przede wszystkim o dziedziczeniu traum, skłonności i zła. Brutalna prawda o ludzkich słabościach.
00
Kaganaabooklover
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

„Rigor Mortis” to książka, która nie jest typowym kryminałem. Pokazuje jak cienka jest granica między rzetelnym reportażem, a zwykłym spektaklem pod kliknięcia. Ma dynamiczną akcję, są zwroty i jest napięcie. To mroczna, aktualna i dająca do myślenia historia o cenie popularności. Pozostawiająca z pytaniem, jak delektować jesteśmy w stanie się posunąć, aby wybić się w medialnym świecie i utrzymać na jego szczycie.
00
ZuzaManiek

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczna odsłona true crime, czyli pp trupach do celu !
00



Tomasz ŻakJacek Piekiełko

Rigor Mortis

Rozdział 1

Miejsce morderstwa, szczególnie tak potwornego, musiało przyciągać gapiów. Za zasłoną utkaną z troski i współczucia, wyrażonych postawieniem znicza, kryła się zwykła ciekawość, rodzaj makabrycznego wojeryzmu. Podkomisarz Artur Kamiński nie miał tego za złe ludziom, co więcej, nawet ich rozumiał. Pewnie ostatnim tak dużym wydarzeniem w tej dziurze było otwarcie elektromarketu z gościnnym występem popowej gwiazdki. Z playbacku, ma się rozumieć.

Kamiński podparł się pod boki i z odległości kilkudziesięciu kroków patrzył na coś, co powinno pozostać w bezpiecznej sferze filmowego strachu. Przyzwyczajony do popkulturowej, oswojonej śmierci, spoglądał raz za razem. Może właśnie dlatego w ogóle potrafił znieść ten widok – pociągający mimo swojej makabryczności. Podkomisarz nie potrafił oderwać wzroku od bladego nagiego ciała, które jeszcze kilka godzin wcześniej było dla tej kobiety świętością, a teraz zostało wystawione jak na katafalku do obejrzenia przez wszystkich. Właśnie dlatego tak bardzo się denerwował na techników, którzy nie przywieźli parawanu ochronnego, przez co nie można było zasłonić miejsca zbrodni. Zaraz jednak doprowadzi wszystko do porządku. Policjanci już rozciągnęli taśmy i nie pozwalają gapiom podchodzić bliżej.

Zadrżał. Wiedział, że to tylko pozory. Wewnętrznie był w emocjonalnej rozsypce. Czekał ze zniecierpliwieniem na przyjazd prokuratora, którego praca oznaczałaby szybsze zakończenie tego szaleństwa. Kamiński nie chciał tkwić w tym miejscu odosobnienia, w leśnej głuszy, gdzie krzyk ofiary musiał być rozdzierający, a jednak pozostał przez nikogo niesłyszany.

Technicy kryminalistyczni zabezpieczali ślady zbrodni, mozolnie przeczesując pochyły i porośnięty teren wokół potoku. Dało się słyszeć kroki stawiane na miękkim podłożu oraz szum płynącej wody, uderzającej o kamienie. Wszędzie wyczuwalna była wilgoć, charakterystyczny, ciężki zapach ziemi i mokrego drewna. Zbierało się na deszcz, dlatego funkcjonariusze policji nie czekali. Nie mogli stracić dowodów, zwłaszcza śladów obuwia, wyraźnie rysujących się na podmokłym terenie.

– Janusz, i co? – zagadnął podkomisarz Kamiński do jednego z techników.

– Co: co? Marzannę ktoś topił. Ale żeby jesienią?

Zaśmiali się, nie zważając na powagę sytuacji. Może to właśnie był najlepszy sposób na radzenie sobie ze stresem. Rozejrzeli się wokół, sprawdzając, czy ktoś z postronnych obserwatorów nie usłyszał żartu. Stali kilka metrów od miejsca, w którym znaleziono ciało i od czekających za taśmą policyjną okolicznych mieszkańców oraz dziennikarzy. Zbrodnia zawsze przyciąga uwagę – im okrutniejsza, tym większy spektakl.

– Ciszej, bo już się pismaki kręcą – zalecił Kamiński. – Skąd tu w ogóle tylu ludzi?

– Kto wam to zgłosił? – Janusz odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Jakiś dziadziuś, co tu sobie drewno na opał zbiera.

– I myślisz, że to do was zadzwonił najpierw? – prychnął z niedowierzaniem technik. – Błagam, Artur. Oglądałeś wczoraj mecz?

– Taa, na telefonie – przyznał z wyraźnym rozczarowaniem.

– Telewizor padł?

– Mamy tylko jeden. Żona oglądała jakieś randkowe gówno. Co z tym meczem?

– Jak nie oglądałeś, to nieważne. Dobrze, że sprzedali tego Mbappé. Swoją drogą, za moich czasów, na takich jak ty mówiło się „pantofel”, a teraz chyba „beciak”.

– Co? Co to w ogóle znaczy?

– A bo ja wiem? Młody ogląda ciągle tego YouTube’a i tak mówi. – Technik rozłożył teatralnie ręce i zaczął gestykulować. – „O, ten to jest sigma. A ten to zwykły beciak”. Z kontekstu sobie wywnioskuj. Beciaku.

Na dłuższą chwilę zapanowała cisza przerywana jedynie głosami komentujących całą sytuację gapiów. Kamiński próbował zrozumieć, o czym w ogóle opowiadał mu Janusz, ale miejsce zbrodni – a w zasadzie świadomość tego, co się tutaj wydarzyło – oraz makabryczny widok nie pozwalały mu się skupić.

– Ciekawe, co i komu ta zrobiła – rozważał Janusz niemal oskarżycielskim tonem, jakby to ofiara była winna zbrodni.

– Młodo wygląda – skonstatował Kamiński. – Ile tu już leży?

– Bo ja wiem… Wołaj chłopaków, trzeba ją wyciągnąć z tej wody. Tylko ostrożnie! Ostatnio rękę urwali!

– Naprawdę?! – spytał z przerażeniem w oczach podkomisarz.

– Żartuję. Beciaku.

– Taa, królem komedii zostaniesz – odparł z przekąsem, po czym spojrzał na techników tłoczących się przy brzegu potoku. – Panowie! Wyciągamy.

Technicy podeszli bliżej, niemal weszli do wody, po czym nachylili się nad ciałem. Szybko jednak zdali sobie sprawę, że bez zamoczenia butów nic nie wskórają. Chlupot wody był coraz wyraźniejszy, jak podczas zabawy dzieci w sadzawce. Pracownikom policji zależało jednak na jak najszybszym wykonaniu roboty. Brodząc po grząskim dnie, szukali idealnej pozycji do chwytu. Wreszcie z niemałym trudem zaczęli podnosić martwą kobietę.

– Powoli… powoli… – mówił technik, jakby naprowadzał kierowcę cofającego ciężarówką na parkingu. –Żebyście niczego nie urwali. O kurwa…

Jeden z szeregowych, jeszcze niedoświadczonych policjantów, nagle pobladł, zgiął się wpół, chwycił za przeponę i stęknął głośno, próbując powstrzymać torsje. Był niemal zielony na twarzy.

– Wypieprzaj mi stąd, ale już! Bo miejsce zbrodni zapaskudzisz – rozkazał technik.

Policjant zatrzymał w gardle zawartość żołądka, a następnie przełknął ją z trudem i zakaszlał. Zbliżył pięść do ust i czym prędzej zaczął się oddalać od leśnego potoku, aby nie puścić pawia i nie stać się pośmiewiskiem wśród kolegów z pracy.

– No to mamy dwie marzanny… – skwitował z politowaniem Kamiński, patrząc na nieszczęsnego kolegę.

– Wiesz co, Artur? Na wszystko jest czas i miejsce. Czas na żarty właśnie się skończył.

– Ale…

– Gdzie łazi ten cholerny prokurator? – przerwał mu technik, wypatrując mężczyzny wśród samochodów zaparkowanych powyżej, na leśnej drodze.

– Ma czas. Poza tym… – Podkomisarz zapatrzył się na leżące na czarnym brezencie ciało ofiary, teraz przed wzrokiem gapiów.

Widział każdy szczegół bardzo wyraźnie. Obcy widok śmierci był jak potężny, niewidzialny cios w splot słoneczny – aż odbierało dech. Bladość skóry kobiety, zmierzwione, mokre włosy przypominające macki ośmiornicy, szlam na ustach, policzkach, klatce piersiowej i wykwity krzepnącej krwi na rękach. Takich obrazów podkomisarz nie chciał oglądać nawet w filmach kryminalnych, a tym bardziej na żywo. Poczuł z niesmakiem, że koszula klei mu się do pleców. Przesunął wzrok niżej, na podbrzusze martwej kobiety, i zmiękły mu kolana.

– Cholera, czy to… Czy to wystaje…

– Jak masz rzygać, to też wypierdalaj.

Kamiński wstrzymał oddech i odszedł na odległość kilku kroków. Kaszlał intensywnie, czując, że lada moment zwymiotuje śniadanie. Zachowywał się tak samo jak ten żółtodziób przed chwilą. Było mu wstyd, tym bardziej że ludzie z firmy widzieli oznaki słabości. Jednak pomimo kilkunastoletniej służby wcześniej nie zetknął się z czymś tak okropnym: wyraźnie rozwinięty płód w rozbebeszonych trzewiach matki. Ściskało mu żołądek. Znowu przypomniała mu się ośmiornica z oślizgłymi, zimnymi mackami. Niemal czuł, jak dotykają jego pleców, przez które przechodził dreszcz za deszczem.

Zmusił się, aby wrócić do miejsca, gdzie stał technik, i z grymasem na twarzy wydusił z siebie:

– Ciekawe, który to miesiąc…

– Chuj wie, patolog potwierdzi – odparł technik, jakby nic już nie mogło go zdziwić. – Narzekałeś na pismaków? To teraz będziesz miał ich całe chmary.

– Wybebeszył ją… – Zawahał się na moment, rzucając krótkie spojrzenie na otwór w brzuchu ofiary. Nie chciał patrzeć w to miejsce, ale taką miał pracę. – Kurwa, czym?

– Wygląda na to, że nożem. Wiesz, co to znaczy? Że dołączyliśmy do zaszczytnego grona objętego zakazem mówienia o… no, wiesz kim. – Technik nachylił się do Kamińskiego i szepnął mu do ucha: – O Kowboju.

Gdy podkomisarz usłyszał ksywę nadaną seryjnemu mordercy przez prasę, aż się w nim zagotowało. Nie chodziło jednak o domniemanego psychopatę, lecz pewnego celebrytę, który nieodłącznie kojarzył się ze sprawami dotyczącymi Kowboja. Bo tam, gdzie pojawiało się choć jego widmo, od razu panoszył się również samozwańczy znawca tematu, przyciągający zasięgami niepotrzebne zainteresowanie internetowych pasjonatów zbrodni.

– Taa… Za to ten pojeb będzie piał z zachwytu. Jeśli tu przyjedzie, zamknę go za coś – obiecał buńczucznie podkomisarz.

– Ciekawe, za co…

– Za głupi ryj, Janusz.

– Jeśli za to groziłoby więzienie, dostałbyś dożywocie.

– A ty podwójne. – Kamiński miał już dość przekomarzania.

Jego rozmówca chyba kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie reakcje wywoła to śledztwo. Jaki zakaz mówienia? Teraz dopiero się zacznie. Jeśli ta sprawa zostanie połączona z postacią Kowboja, wszyscy będą im patrzeć na ręce z powodu szumu, którego na pewno narobi ten celebryta…

– To dobrze, że w Stanach nie jesteśmy. Co my tu…

Gdyby śledztwo w sprawie Kowboja toczyło się w USA, o seryjnym mordercy już pewnie powstałaby niejedna książka. W Polsce Mikołaj Mortysz uczynił ten temat przewodnim w podcaście true crime Rigor Mortis. Kamiński najchętniej zakazałby publikowania materiałów o zbrodniach przez osoby, które nie mają pojęcia o prawdziwej pracy policji, ale niestety, samozwańczy dziennikarze również mieli prawo do produkowania własnych historii, oczywiście ku uciesze gawiedzi. Ile w tym było rzetelnej pracy? Podkomisarz wolał się nie zastanawiać. Najgorsze było to, że sprawa Kowboja stała się w ostatnim czasie bardzo drażliwa dla organów ścigania – właśnie przez takich ludzi jak Mortysz.

Rozległ się dzwonek telefonu komórkowego. Kamiński wyjął smartfon z kieszeni spodni i spojrzał na wyświetlacz.

– Przepraszam na moment.

– Weź tam zerknij, czy prokurator się nie zgubił! – zawołał technik, gdy Kamiński zaczął się oddalać.

– Dobra, dobra.

Gdy podkomisarz był już wystarczająco daleko, aby nikt nie zdołał podsłuchać, że właśnie rozmawia z żoną, przesunął palcem po ekranie i odebrał połączenie.

– Co tam?

– Naprawiłeś piec? – zapytała Anna, ziewając głośno.

Kamiński westchnął zrezygnowany.

– Co już wzdychasz?

– O co ci chodzi? – szepnął, rozglądając się. – Normalnie wzdycham. Nie, nie naprawiłem. Nie dało się.

– A zrobiłeś to, co ci kazał fachowiec?

– Czy ciśnienie dopuściłem? Tak, nic to nie dało. Serwis będzie po południu.

Nie potrafił się skupić. Do tej pory czuł się jak bohater filmu kryminalnego, jak twardy glina, który będzie musiał wyjaśnić brutalną zbrodnię. Jednak rzeczywistość szybko go dogoniła.

– Ty se chyba jaja robisz…

Kamiński odsunął telefon od ucha, aby nie słyszeć zrzędzenia. Gdy zapadła cisza, włączył się ponownie do rozmowy.

– Ciesz się, że w ogóle dzisiaj przyjadą. Wiesz, jakie terminy mają fachowcy?! – odparł wściekły.

Najchętniej by się rozłączył, a wcześniej jeszcze powiedziałby Ance kilka słów prawdy, które ostatnio cisnęły mu się na usta. Nie chciał jednak zaogniać sytuacji między nimi.

– Świetnie. Po prostu świetnie – podsumowała zrzędliwie, ale jak się okazało, był to dopiero początek litanii do najświętszej matki narzekającej. – Potrafisz cokolwiek ogarnąć czy muszę wszystko sama robić w tym domu? Jak ja mam się teraz wykąpać?

Tak, teraz, gdy słuchał tonu głosu swojej żony, Artur Kamiński zdecydowanie czuł się jak beciak. W sferze małżeńskiej już dawno stracił kontrolę nad swoim życiem, a co gorsza, nie potrafił jej odzyskać. Poza tym miał podejrzenie graniczące z pewnością, że Anna go zdradza. Brakowało mu jednak twardych dowodów. Na razie.

– Wody sobie w garnkach zagotuj i dolej – powiedział z pełną powagą.

– Ty wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić takie durne pomysły, patałachu? Pójdę do Jarka.

Ścisnął mocniej telefon. Nie znosił, gdy tak do niego mówiła. Już chciał się odgryźć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.

– Do jakiego Jarka?

– Sąsiada. Znasz jakiegoś innego?

– Sąsiada… – mruknął.

– Co tam mówisz pod nosem?

– Nic nie mówiłem – odparł, będąc na skraju cierpliwości. – I nie jestem żadnym patałachem – dodał z pretensją. – Oglądaj telewizję, bo pewnie dzisiaj tam będę.

– Taa, jasne.

– No mówię ci. Wiesz, co tu się stało?

– Jak masz przynudzać, to nawet nie zaczynaj.

– Wygląda na to, że mamy tu robotę sama wiesz kogo – oznajmił, ściszając głos i cedząc słowa.

– Pierdolisz?! – Anka w ułamku sekundy zainteresowała się rozmową z mężem, zapominając o wcześniejszych pretensjach.

Kamiński wiedział, że gdy tylko podrzuci żonie temat Kowboja, ta będzie wniebowzięta. Anka należała niestety do miłośniczek true crime, których podkomisarz nie cierpiał. Nie mógł się jednak powstrzymać. Może dzięki temu żona w końcu doceni jego pracę.

– Powiem ci w domu.

– W ciąży była? – W głosie Anki dało się słyszeć niezdrowe podniecenie.

Już zaczął żałować, że jej powiedział… Gdyby była na miejscu zbrodni i zobaczyła to, co on widział, śpiewałaby inaczej. Głupia krowa – pomyślał, jednocześnie czując satysfakcję, że mógł jej zaimponować.

– Była. Gdzieś w połowie.

– Ja pier… Widziałeś ciało? – spytała.

– Prowadzę tę sprawę. Jasne, że widziałem.

– Ciało dziecka czy widziałeś?

– Niestety tak…

– Zrób zdjęcie i wyślij.

– Ciebie już do reszty pojebało – prychnął, nie wierząc w to, co usłyszał.

– Nie pozwalaj sobie, Artur. Nie pozwalaj.

– Bo co?

Znowu nie traktowała go jak faceta, twardego glinę. A właśnie tak powinna go postrzegać.

Nagle Anka zmieniła ton. Doskonale wiedział, jak bardzo jej zależało.

– Zrób zdjęcie, plisss – zaszczebiotała jak zawsze, gdy potrzebowała kasy na nowe ciuchy. – Wyślę Mortyszowi.

Na dźwięk tego nazwiska aż się wzdrygnął. Mikołaj Mortysz był celebrity crushem jego żony. Kiedy jeszcze normalnie ze sobą rozmawiali, zagrali kiedyś w znaną grę: każde z nich miało napisać na kartce nazwiska trzech osób, znanych i sławnych, z którymi seks nie byłby zdradą. Jemu marzyła się noc z Duą Lipą, Margot Robbie lub Zoë Kravitz. Ona trzy razy napisała: Mikołaj Mortysz.

– Czy ciebie do reszty pojebało? – Prędko rozejrzał się w obawie, że ktoś usłyszał jego słowa, po czym dodał szeptem: – Chcesz, żeby mnie wyjebali?

– I tak zarabiasz gówno, nie pieniądze.

– To nadal więcej niż ty. – Nic nie denerwowało go bardziej niż utyskiwanie żony na pieniądze, po które i tak chętnie wystawiała rączki. – Ostygnij trochę.

– Wysyłaj. Może być nawet trochę rozmazane, byle było widać…

Napiął wszystkie mięśnie. Miał ochotę rzucić telefonem jak najdalej, a potem wrócić do domu i naprawić piecyk gazowy w taki sposób, aby po uruchomieniu wysadziło w powietrze całą chałupę, oczywiście z Anką w środku. Ta baba miała kompletnego świra na punkcie Mortysza i jego spraw.

– Czy ty siebie słyszysz, Anka?! – przerwał jej, siląc się na szept. – Ktoś zabił kobietę w ciąży, a ty chcesz, żebym ci zrobił zdjęcie martwego płodu?

– Mogę napisać Mortyszowi, że chcemy za to zdjęcie pieniądze. Będzie na nowy piec.

– Nie potrzebujemy nowego pieca. Da się go naprawić.

– Który raz w tym roku szwankuje? Niektórych rzeczy już się nie da naprawić.

– Tu masz rację. Ko… – Zrobił długą pauzę, próbując uporządkować smutne myśli. – Kończyć muszę. Prokurator wraca.

– Dawaj znać, co tam się…

Nie czekał, aż Anka skończy mówić. Rozłączył się, stukając kilkakrotnie i zbyt mocno w ekran, po czym schował telefon do kieszeni. Nie miał już słów. Niepotrzebnie jej o tym wszystkim powiedział. Irytowała go coraz bardziej. Żeby jej zaimponować, musiałby chyba urodzić się na nowo i zdecydowanie być kimś innym. O, może właśnie takim złamasem żerującym na ludzkiej tragedii. Takie rzeczy ją podniecają.

Prokurator Robert Dzięgiel wyglądał najgorzej z nich wszystkich. Już na sam widok martwej kobiety zrobił się sinoniebieski. Złamał protokół, nie wydając szczegółowych poleceń i zostawiając sprawy w rękach policjantów.

– Palisz, Kamiński? – zapytał rozeźlony, próbując wytrząsnąć papierosa z paczki, która okazała się pusta.

– Nie, panie prokuratorze.

– Ja próbowałem rzucić, ale przy tej robocie się nie da… Kurwa, tam naprawdę było dziecko.

– Było. Chce się pan prokurator przyjrzeć?

– Weź się w łeb puknij, Kamiński! Oczywiście, że nie chcę. Ale muszę.

Zapanowała długa cisza. Widok zniesmaczonego Dzięgiela paradoksalnie był jak miód na serce Kamińskiego. Nikt przecież nie pokusi się o komentowanie zachowania nieprzystającego podkomisarzowi, gdy doświadczony prokurator też nie wytrzymał widoku wybebeszonego ciała. Jeśli policjanci pójdą tego dnia na piwo, będą jedynie snuć opowieść o przerażającej zbrodni – o kobiecie leżącej na wznak w potoku, z wnętrznościami na wierzchu, spośród których wyłaniał się martwy płód. Będą gadać o obrazie okrucieństwa, którego nikt nie mógł znieść – nawet stary wyga, słynny prokurator Dzięgiel, wymiękł.

– Zapalę i pójdziemy. Załatwisz szluga?

– Franek! FRANEK! Chodź na chwilę – zawołał Kamiński do policjanta, który toczył się w ich kierunku, ledwo mieszcząc się w mundurze. – Daj panu prokuratorowi papierosa.

Franek przyspieszył, traktując spełnienie polecenia niczym misję ratowania ojczyzny.

– Na zdrowie, panie prokuratorze.

Dzięgiel otarł pot z czoła, po czym niezgrabnie wyjął papierosa z paczki. Nachylił się do ognia z zapalniczki, którą podstawił Franek. Zaciągnął się z lubością, po czym omal nie wypluł płuc.

– Ale mocne… – stwierdził, wciąż pokasłując. – Powiedz mi, Kamiński, czytasz książki?

– Nie mam czasu, panie prokuratorze.

– Nie pierdol. Najwyraźniej masz inne priorytety. Wiesz, jaki gatunek najczęściej czytają Polacy?

– Nie wiem, panie prokuratorze. Harry’ego Pottera?

Prokurator zaryzykował i znowu mocno się zaciągnął, wpuszczając dym papierosowy głęboko w płuca.

– To jest według ciebie gatunek? Kryminały czytają. I thrillery. Kurwa, no zrozumieć tego nie mogę. Raz! Raz by zobaczyli ten pierdolnik i by im się odechciało.

– Że podcasty kryminalne Polacy lubią, to wiedziałem – uzupełnił podkomisarz.

– Nawet nie zaczynaj! – Prokurator przyglądał się spalającej się fajce z miną człowieka niedowierzającego, że niewielka przyjemność może być tak bardzo niezdrowa. – Banda nieudaczników, co myśli, że wszystkie rozumy pozjadała. Mortysz to tutaj na bank przyjedzie.

– I chuj mu na imię – powiedział pod nosem policjant.

– Co mówiłeś? Ostatnie trzy machy i idziemy.

– Tak sobie mruczę, panie prokuratorze.

– A wiedziałeś, Kamiński, że jest jeszcze taka podcasterka… Nazwiska zapominałem, jakieś takie śmieszne. I ona z kolei robi wszystko, żeby Mortysza zdyskredytować.

– Kałuża? – zapytał z zainteresowaniem, ciesząc się w duchu, że może zaimponować prokuratorowi swoją wiedzą.

– Tak! Tak, właśnie ona! Ale ja myślę, że to wszystko ustawka.

– Ustawka? W jakim sensie?

– W takim, że Mortysz mówi: „Ludzie! Kowboj istnieje! Strzeżcie się!”. A ta śmieszna z kolei: „Ludzie! On lying. Lying”, bo ciągle z angielska coś wtrąca. I oni, rozumiesz, są dogadani. Jedno drugiemu nakręca oglądalność i zasięgi. Dobra, miejmy to za sobą.

Przydeptał niedopałek podeszwą buta, wyprostował się jak struna i wypiął klatkę piersiową. Być może liczył na to, że w ten sposób doda sobie odwagi. Ciało, a raczej ciała matki i dziecka leżały już przy brzegu, a gdy podeszli, technik opieprzał wła­śnie jednego z mundurowych:

– …żeby mi to było ostatni raz!

– Co się stało? – zapytał prokurator.

– O! Prokurator nasz kochany wrócił – odparł z przekąsem.

– Daruj sobie, Janusz. Ale śmierdzi…

– Arturowi padł piec i chłopak się nie umył.

Kamiński pokręcił głową i zaczął się zastanawiać, dlaczego wybrał ten zawód. Jedynym światełkiem w tunelu jest wcześniejsza emerytura, na którą miał zamiar przejść, nawet jeśli wysokość świadczenia okaże się żartem niskich lotów. Ale do tego czasu jeszcze latami będzie musiał dogadywać się z tego typu impertynentami.

– To nie ty chwilę temu nie mówiłeś, że na żarty jest czas i miejsce? – przypomniał Kamiński.

– Na żarty z ofiar, owszem – odparł spec od śladów. – Na żarty z ciebie…

– Ogarnijcie się, kurwa – przerwał im prokurator. – Gorzej niż w przedszkolu z wami. Ja pierdolę… – Westchnął ciężko. – Rozmawiał już ktoś ze świadkiem? W sensie z tym dziadziusiem?

– Rozmawialiśmy, ale twierdzi, że nic nie widział i nic nie słyszał – przyznał podkomisarz.

– Nikt nic nie widzi i nie słyszy, a potem pretensje do nas. Do roboty się weźcie!

– Dobrze, już dobrze. Biorę się. Moja robota i tak jest lepsza niż wasza – powiedział technik.

– No nie wiem. Musisz się babrać w tym… w tym… – Dzięgiel szukał odpowiednich słów. Rozejrzał się wokoło, a na jego twarzy odmalowało się obrzydzenie.

– Już wolę się babrać w ludzkich flakach. Wy babrzecie się w czymś dużo gorszym… – Zawiesił na chwilę głos. – W umysłach ludzi, którzy potrafią zabić.

Prokurator wraz z technikiem wzięli się do pracy. Artur Kamiński odszedł na bok. Pod ostrzałem spojrzeń gapiów wyciągnął telefon i zaczął szukać kontaktu do Honoraty Kałuży. Nie do Mikołaja Mortysza, bożyszcza Anki i wielu innych kanapowych poszukiwaczek kryminalnych przygód. W myśl zasady: „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” uznał, że jeśli ma komuś pomóc, to właśnie jej.

***

Studio nagrań tonęło w mroku, nie licząc oświetlonego lampami studyjnymi stołu na środku pokoju. Mikołaj Mortysz wszedł do środka, kurtuazyjnie zamieniając kilka zdań z prowadzącym program.

Szybko zlustrował pomieszczenie. Z uznaniem patrzył na wyposażenie, sprzęt nagraniowy, najdroższe mikrofony i elementy dekoracji, ale nie dał tego po sobie poznać. Mimo ogromnej popularności, jaką cieszył się jego własny podcast o tematyce true crime, Mortysz nie doczekał się jeszcze tak doskonale urządzonego studia jak to, w którym miał właśnie udzielić wywiadu. Każdy dźwięk w pomieszczeniu wydawał się znikać, wsiąkać w panele akustyczne pokrywające ściany. Gdyby nagrywał w takich warunkach, postprodukcja zajmowałaby zdecydowanie mniej czasu. Jeszcze trochę, jeszcze parę ważnych odcinków i wejdziesz, stary, na level nieosiągalny dla nikogo – powiedział sobie w duchu.

Podcaster wciąż próbował zagadywać Mortysza, by rozluźnił się przed wywiadem. Mikołaj znał te techniki, ale nie potrzebował specjalnej troski – wolał sam radzić sobie ze stresem.

– Zaczniemy od serii szybkich pytań – oświadczył mężczyzna. – Już się nagrywa. Dzisiaj u mnie Mikołaj Mortysz. Dzień dobry.

– Dzień dobry.

– Czy masz jakieś lęki lub fobie?

– Nie wydaje mi się. Może trochę przesadnie dbam o czystość.

– W jakim sensie?

– To jest więcej niż jeden? Po prostu lubię być czysty i lubię, jak jest czysto wokół mnie. – Zaśmiał się. – Mam suche dłonie, bo często je myję. Jak chirurg przed operacją.

– Czym byś się zajmował, gdybyś nie robił podcastów?

– Pewnie byłbym profilerem kryminalnym. Zauważ, że jako jedyny z podcasterów true crime, a przynajmniej jedyny z tych, którzy się liczą, mam wykształcenie kierunkowe.

– Jaka była twoja pierwsza praca?

– Oficjalnie?

– Może być i nieoficjalnie.

– Pierwsze pieniądze musiałem zarabiać już w podstawówce…

– Musiałeś? – zaakcentował prowadzący.

– Nie każdy miał szczęście urodzić się w dużym mieście z perspektywami. Byłem umówiony z woźnym w szkole: pomagałem mu, a on odpalał mi kilka złotych. Oficjalnie na studiach dorabiałem jako kelner.

– Jak wyglądał twój pokój?

– Wolałbym na ten temat nie rozmawiać.

– Dlaczego?

Mortysz poczuł suchość w gardle. Wiedział, że to objaw stresu. Co prawda, na razie nagrywali szybkie pytania, głównie content do social mediów, treści promocyjne, które później miały zostać zgrabnie poskładane i wrzucone na reels. Obraz jednak cały czas się nagrywał, a na wideo Mikołaj nie mógł się prezentować w sposób niegodny człowieka, który zawsze ma wszystko pod kontrolą.

Spojrzał ukradkiem na butelkę wody na stole zrobionym z grubego kawałka drewna, ale uznał, że nie będzie to wyglądało profesjonalnie, jeśli napije się tuż przed udzieleniem odpowiedzi na pierwsze niewygodne pytanie. Zazwyczaj bardzo dobrze radził sobie z napięciem, znał metody skutecznego oswajania emocji. Jednak, prowadząc własny program, czuł się całkiem inaczej niż teraz, podczas rozmowy z jednym z najpopularniejszych podcasterów w Polsce. Już niedługo. Właśnie gościsz człowieka, który cię zdetronizuje – pomyślał, a ta pyszna wizja sprawiła, że od razu nabrał pewności siebie.

– Pewien etap życia jest dla mnie… powiedzmy, że bolesny. – Mortysz westchnął. – Ale niech będzie. Ja się wychowałem na wsi, w skrajnej… skromności. Zawsze jednak w moim domu rodzinnym było dużo książek. Z biblioteki.

– Kiedy po raz pierwszy poczułeś się dorosły?

– Co to za zestaw pytań? – odparł, lekko poirytowany.

– Taki jak dla wszystkich. To też jest bolesne?

– W zasadzie to… Ja chyba zawsze czułem się dorosły. Ponownie: musiałem taki być.

– Jaki był twój pierwszy samochód? – zapytał spokojnym tonem prowadzący.

– Uwierzysz, że dopiero ten, którym jeżdżę teraz? – odpowiedział ze śmiechem. – Mercedes GLC. Kiedyś sobie obiecałem, że jak już będę miał jakieś auto, to porządne, a nie trumnę na kółkach.

Szybko jednak zrozumiał, że ta odpowiedź zdecydowanie mogła zostać uznana za drwinę z właścicieli tanich samochodów. Szaremu Kowalskiemu na pewno się nie spodoba, ale tak się robi content. Ważne, żeby mówili, musi być kontrowersyjnie, trzeba pociągać za strunę, kiedy tylko nadarzy się okazja. Podcaster doskonale potrafił pływać w basenie show­-biznesu, ponieważ od razu połknął haczyk i podtrzymał wątek.

– Kiedy auto przestaje być taką trumną?

– Kiedy kosztuje więcej niż sto tysięcy złotych – odrzekł Mikołaj radośnie, aby nieco zniwelować pierwsze, mylne wrażenie. Nie chciał wyjść na gościa, który potrzebuje gadać o drogich samochodach, aby metaforycznie przedłużyć sobie penisa. – A tak na poważnie, to nie wiem. Mogę ci jedynie powiedzieć, że mój współpracownik ma taką trumnę i staram się w ogóle do niej nie wsiadać.

– Kiedy ostatni raz nie miałeś pieniędzy? – Podcaster niespodziewanie zmienił temat, ale poruszał się wciąż w tej samej rzece.

– O! Całkiem niedawno. Niemal wszystko, co udało mi się zarobić, zainwestowałem we własne studio.

Nie takie wypasione jak twoje – pomyślał Mortysz, ale nie mógł się powstrzymać, by nie narzucić sobie wewnętrznej rywalizacji, którą co prawda, przegrywał, ale gospodarz o tym nie wiedział. Chyba że wnikliwie oglądał wszystkie jego relacje na Instagramie. Mikołaj wrzucał tam czasami zdjęcia i filmy z backstage’u nagrywek.

– Sam wiesz, jaki to komfort, ale i koszt – dodał po chwili.

– Nie da się ukryć. Czego się kiedyś wstydziłeś, a co teraz kompletnie cię nie obchodzi?

– Ja nie mam wstydu. – Zachichotał trochę zbyt nerwowo. – Żartuję. Nie mogę powiedzieć, że mnie to kompletnie nie obchodzi, bo obchodzi. Ale wstydu już nie odczuwam, bo to ode mnie niezależne. Przestałem się wstydzić za matkę.

– Dlaczego się za nią wstydziłeś?

– Po prostu – odparł krótko. – Mogę prosić następne pytanie?

– Kto był twoim pierwszym wzorem mężczyzny?

– O cholera. – Przyłożył palce do ust i spojrzał w górę w poszukiwaniu odpowiedzi. – Mogę się zastanowić?

– Jasne.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Jak na format, który tworzyli, milczenie trwało zdecydowanie zbyt długo. Odbiorca, który nie oglądałby wideo, a jedynie słuchał audio, czekałby ze zniecierpliwieniem na kontynuację wywiadu. Mortysz zauważył, że nie potrafi być tu i teraz. Wciąż rozkładał rozmowę na czynniki pierwsze, analizując ją na poziomie meta.

– Nie odpowiem ci – odezwał się w końcu. – Nie było nikogo takiego w moich latach formacyjnych.

– Może to też być postać fikcyjna. – Podcaster nie odpuszczał.

– Nigdy nie przepadałem za fikcją. Nie odpowiem.

– Czy czujesz się doceniony?

– Co to za pytanie? – odparł kpiąco, odchylając się na krześle tak mocno, że niemal zaliczył wywrotkę do tyłu.

– Takie jak dla wszystkich.

– Nie.

– Nie? – zdziwił się gospodarz.

– Nie. Kiedy zacznę się czuć doceniony lub spełniony, to będzie początek mojego końca.

– Z czego to wynika?

– Nie mam pojęcia.

Prowadzący na krótką chwilę spojrzał w notatki. Musiał znów zmienić temat, który okazał się jałową ziemią. Nie sprawiło mu to żadnego problemu.

– Jaki film potrafi wywołać u ciebie płacz?

– Nie ma takiego – odpowiedział Mortysz bez namysłu. – Naprawdę. Zresztą, jak mówiłem, fikcja mnie zbytnio nie interesuje. Ewentualnie… Może być dokument?

– Jasne.

– Co prawda, nie wywołał u mnie łez, ale był… no, mocny. Widziałeś Dear Zachary?

– Nie, nie miałem okazji.

– Moja dobra rada dla ciebie i słuchaczy: po prostu go obejrzyjcie. Wtedy możemy rozmawiać o tym, czy fikcja jest nam potrzebna. Spoiler alert… Nie jest.

Podcaster zerknął na ekran laptopa i wybrał kolejne pytanie z serii „szybkich”.

– Czy miłość jest najważniejsza w życiu?

– Nie.

– Nie? – Gospodarz kompletnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi. – Co w takim razie?

– Ja wiem, że ty jesteś z tych niepoprawnych romantyków, ale ja naprawdę widziałem, co miłość robi z ludźmi. Z miłości ludzie potrafią zabić. Nie wiem, co jest najważniejsze, ale na pewno nie miłość.

Złożył dłonie na blacie i uśmiechnął się, kończąc temat. Gospodarz nie czekał, od razu uderzył mocnym pytaniem.

– Czy uważasz, że aborcja powinna być legalna?

Mortysz wyprostował się na krześle.

– To jest zbyt złożona kwestia, żebym mógł jednoznacznie odpowiedzieć. Powiedzmy więc, że nie mam zdania.

– Czy powinniśmy zakazać reklam alkoholu?

– Powinniśmy zakazać produkcji alkoholu – oznajmił bardzo dosadnie.

– Jeżeli mógłbyś poznać odpowiedź na jedno pytanie, jakie byś zadał?

Mortysz odwrócił wzrok i spojrzał w oko kamery ustawionej z boku.

– Drogi Kowboju, jeśli jakimś cudem tego słuchasz, kim jesteś?

– Chciałbyś poznać datę swojej śmierci?

– Absolutnie tak. Mógłbym wtedy wszystko skrupulatnie zaplanować.

Prowadzący omiótł wzrokiem swoje notatki na ręcznie zapisanych stronach Moleskine’a i treści wyświetlane w edytorze tekstu. Po chwili oznajmił:

– Dobra, szybkie pytania mamy za sobą. Potrzebujesz przerwy czy lecimy od razu z częścią główną?

– Muszę zadzwonić – oświadczył Mikołaj, zmieniając ton na niezbyt miły.

Wstał gwałtownie. Już nie musiał się uśmiechać. Teraz w końcu mógł być sobą, nie myśleć o udzielanych odpowiedziach w kategorii „meta” i zastanawiać się, z jaką reakcją odbiorców się spotka.

– Śmiało, nie krępuj się – rzekł gospodarz, zachowując profesjonalizm.

– To prywatna rozmowa. Wracam za moment.

Wyszedł na korytarz, wyciągnął telefon i zaczął szukać numeru na liście ostatnio wybieranych. Nie lubił wywiadów. Uznawał je za przykry obowiązek. Zazwyczaj były pełne nieznośnie banalnych pytań, które wymagały równie trywialnych odpowiedzi, a on do takich nie miał cierpliwości. Rzadko jednak zdarzało się, że zapraszał go ktoś o tak dużych zasięgach jak ten podcaster. Mimo irytacji i skrępowania, które odczuwał, liczyło się tylko to, ile może na tym zyskać jego podcast.

– Mikołaj? – Po drugiej stronie słuchawki rozległ się głos jego współpracownika, Szymona Bułeckiego. – Ty nie powinieneś teraz rozmawiać z…?

– Rozmawiam. Przerwę mamy.

– I jak idzie?

Mortysz wziął głęboki oddech, po czym głośno wypuścił powietrze z płuc.

– Powiedz mi, menedżerze z koziej dupy, czy przekazałeś mu, jakich tematów nie lubię poruszać?

– No jasne! Dałem mu cały brief – zapewniał Bułecki rozedrganym głosem. – Coś nie tak?

– Drąży rodzinę – wycedził przez zęby. – Mówiłem, żeby o rodzinie nie rozmawiać.

– Niemożliwe.

– Buła, debilu jeden. Pyta mnie na przykład… – zawiesił głos na chwilę, po czym powiedział z emfazą: – o pokój.

– Na Bliskim Wschodzie? – zapytał ze zdziwieniem Bułecki.

– Mój pierwszy pokój! – Westchnął zrezygnowany Mortysz.

– Aaa, to w porządku. Zawsze wszystkich o to pyta.

– Ale to nie jest zawsze, a ja nie jestem wszyscy! Za co ci płacę?

– Mikołaju, jeśli nie chcesz…

– Nie chcę, ale muszę – przerwał mu w pół zdania. – Dużo mi nie brakuje do krajowego top trzy. A wtedy…

Na te słowa w drzwiach pojawił się prowadzący. Spojrzał na Mortysza nieco zaniepokojony. Ewidentnie musiał usłyszeć część rozmowy, a może nieuprzejmy ton, którym jego gość zwracał się do rozmówcy.

– Mikołaj? Wszystko w porządku? Możemy kontynuować?

– Sekunda. Już kończę.

Gdy drzwi do studia się zamknęły, Mortysz wrócił do rozmowy z Szymonem.

– Dobra. Miejmy to już za sobą.

– Wpadnę, kiedy wrócisz do Krakowa, i…

– Po powrocie, Buła, jestem zajęty. Mam randkę – oświadczył z satysfakcją, aby Bułecki mu zazdrościł.

– Z Anetą?

– Tak miała na imię? – zastanawiał się. – Chyba tak… Ale nie, Aneta to przeszłość.

– To było trzy dni temu – stwierdził Bułecki.

– Nawet gdyby to było trzy sekundy temu, to przeszłość – odgryzł się. – Na razie. – Rozłączył się i burknął do siebie: – Głupi grubasie.

Gdy drzwi studia ponownie się otworzyły, Mikołaj uśmiech­nął się na widok gospodarza i powiedział łagodnie:

– Przepraszam, że musiałeś czekać. Jestem gotowy.

Mikołaj Mortysz, autor Rigor Mortis, najpopularniejszego podcastu true crime w Polsce, uważał, że zawsze jest gotowy. Od lat i na każdą ewentualność. W jego osobistym słowniku poszukiwanie pojęć takich jak skromność czy pokora było dużo bardziej daremne niż tropienie Wielkiej Stopy w Górach Skalistych. Los jednak bywa przewrotny. Los, jak mało która siła na świecie, lubi testować.

***

Wybudził ją bliżej nieokreślony hałas. Inka z trudem obróciła się na łóżku i otworzyła oczy. Dopiero wtedy się zorientowała, co się dzieje. To Mikołaj chodził po sypialni z bezprzewodowym dysonem, z którym wyglądał niczym bohater Ghostbusters. Zaspana, ledwo żywa, zapytała:

– Miki? Co ty robisz?

Pokój wypełniało buczenie odkurzacza. Mortysz w pełnym skupieniu obserwował, jak laser przy kręcącej się szczotce oświetla drobinki kurzu zgromadzone na podłodze, a następnie urządzenie błyskawicznie pochłania nieczystości. Wkładał w sprzątanie sto procent zaangażowania.

– Mikołaj… Litości! – zawołała głośniej.

Mortysz wyłączył odkurzacz.

– Mówiłaś coś?

– Tak. Co ty robisz?

– Przecież widzisz. Odkurzam. Wszędzie są twoje włosy.

Włączył ponownie odkurzacz i ustawił na mocny tryb. W samych slipkach prezentował wysportowaną sylwetkę. Poruszał się jednostajnie, rytmicznie, z opuszczoną głową. Nie słyszał nic z tego, co dalej mówiła Inka, a może po prostu nie chciał jej słuchać.

Ona zaś próbowała się przebić przez hałas, wołając coraz głośniej:

– A musisz to robić teraz? Chodź, połóż się jeszcze.

– Nie, dzięki.

– Nie daj się prosić. Nadrobimy to, co nam w nocy nie wyszło.

Mortysz poznał dziewczynę tydzień wcześniej. Napisała do niego na Instagramie, chwaląc wyrzeźbione na siłowni ciało. Wiedział jednak, że imponuje jej nie liczba centymetrów w bicepsie, lecz liczba obserwujących w popularnej aplikacji. I samochód. I mieszkanie, które wynajmował. Dziewczyna przedstawiała się jako Inka. Dlaczego – nie miał pojęcia. Była Mulatką, więc założył, że pewnie istnieje jakiś związek. Inka twierdziła, że jest modelką, ale był wobec tych informacji mocno sceptyczny.

– Nie ma szans. Trochę przesadziliśmy z towarem – usprawiedliwiał swój brak ochoty na seks. – Czasu zresztą też nam brakuje.

– No weź – prosiła. – Na pewno sprawię, że…

– Przesuniesz się? – przerwał jej zaloty. – Dzięki.

Włączył ponownie urządzenie, po czym spojrzał na Inkę zrezygnowany, gdy ona znowu próbowała się przebić słowami przez hałas odkurzacza.

– Nie możesz poczekać, aż skończę? – warknął.

– A ty nie możesz zrobić tego później? – odparła lekko zirytowana.

– Nie.

– Okeeej. To może weźmy razem prysznic? – zasugerowała z nadzieją, że jeszcze uratuje ten poranek. – Zajebistą masz kabinę. Czy tam są bicze wodne?

– Są. Ja już się myłem. Ale ty korzystaj śmiało. Tylko wyciągnij później włosy z odpływu.

– Bardzo śmieszne! – Zaśmiała się, lecz widząc minę Mortysza, szybko się zorientowała, że nowo poznany mężczyzna mówi całkowicie poważnie. – Czekaj… Ty nie żartujesz?

– Ja rzadko żartuję.

Spuściła głowę, poprawiając włosy.

– Mhm, zauważyłam. Dobra, to ja pójdę…

– Ten zielony ręcznik jest mój. Nie używaj go, proszę.

– Dobra, dobra. – Westchnęła.

Wstała z łóżka, stanęła bosymi stopami na podłodze wyłożonej wielkimi płytkami gresowymi. Od razu poczuła chłód, który na moment przewyższył oziębłość ze strony Mikołaja. Wieczór i noc zapowiadały całkiem miły poranek. Widocznie się myliła, facet ma swoje przyzwyczajenia i prawdopodobnie nerwicę natręctw na tle czystości. Każdy ma jakieś odchyły, dlatego postanowiła dać mu jeszcze szansę. Wiedziała, jak może go do siebie skutecznie przekonać. Zniknęła w łazience i odkręciła wodę.

– Wszędzie te pieprzone kudły… – powiedział Mortysz pod nosem. – Ostatni raz taką… lokowatą.

Gdy po naładowaniu włączył telefon, urządzenie rozbrzmiało tysiącem dźwięków i wibracji. Powiadomienia spływały jak szalone.

– Co tu się dzieje? O kurwa… Gdzie ten pilot?!

Spojrzał na pierwsze z informacji wyświetlonych na ekranie smartfona, po czym zerwał się z kanapy, podbiegł do wiszącej szafki RTV i włączył telewizor. Od razu trafił na wiadomości.

– …to jednak nie koniec. Prokurator potwierdza, że znaleziona martwa kobieta była w ciąży – oznajmiła prezenterka telewizyjna.

Mortysz wpatrywał się w ekran jak zahipnotyzowany.

– Niestety, wszystko wskazuje na to, że zamordowana faktycznie była w ciąży – przyznał prokurator, który pojawił się w kadrze z miejsca zdarzenia. – Nie możemy jeszcze dokładnie określić, w którym miesiącu, ale…

– Czy podejrzewacie Kowboja? – zapytał reporter.

– Dla dobra śledztwa nie mogę udzielać więcej informacji.

– Czy ofiara została wcześniej zgwałcona?

– Dla dobra śledztwa nie mogę udzielać więcej informacji – powtórzył Dzięgiel.

– Dlaczego policja i prokuratura nie chcą przyznać, że w Polsce od lat grasuje seryjny morderca kobiet?

– Tak jak powiedziałem, dla dobra śledztwa…

– Co oglądasz?

Mortysz aż poderwał się z kanapy, gdy usłyszał głos tuż przy uchu. Inka, pachnąca żelem pod prysznic, zbliżyła się od tyłu i dotknęła policzka Mikołaja mokrymi włosami.

– Pogięło cię? Dlaczego się skradasz?!

– Nie skradam. To ty się wyłączyłeś. Co się stało?

– Wrócił. – Mortysz pokazał palcem na wyłączony telewizor. – Jestem pewny, że to właśnie on.

– Kto taki?

– Kowboj.

– Ten morderca, o którym ciągle mówisz?

– Właśnie ten. Muszę… – Odsunął się od Inki. – Zaraz, co ty masz na głowie?

– Ręcznik.

– Widzę, że ręcznik. A co ja ci powiedziałem? – Brzmiał jak zdenerwowany ojciec, który kolejny raz upomina niesforne dziecko. – Że zielony jest mój.

– Wiem – przyznała filuternie, nie przejmując się reakcją Mikołaja. – Ale to jest oliwkowy.

Pokazała mu język, odwróciła się na pięcie i wróciła do łazienki. Wszędzie zostawiała mokre ślady stóp, a Mikołaj mógł przysiąc, że spod ręcznika – jego ręcznika – wypadają mokre włosy. Przetarł jeszcze raz policzek. Niespodziewanie przypomniała mu się sytuacja z odwiedzin u znajomego.

Gospodarz przeprosił go na moment, ponieważ musiał pilnie wyprowadzić owczarka szkockiego. Podczas ich krótkiego wyjścia rozszalała się burza z ogromną ulewą. Wrócili mokrzy, jakby właśnie wyszli z basenu. Pies pobiegł zadowolony do salonu i wskoczył na kanapę, na której siedział Mortysz, po czym otrzepał się energicznie, strącając krople deszczu na wszystko wokół.

Teraz oczami wyobraźni widział tamto spotkanie u kumpla, gdy wciąż czuł wilgotny dotyk na policzku i patrzył na mokre plamy na podłodze, którą przed kilkoma chwilami sprzątał.

Rozzłoszczony, otworzył drzwi balkonowe. Zalała go fala słońca i miejskiej kakofonii: warkot silników, dźwięki z przejścia dla pieszych, gwałtowne ruszanie spod świateł, zbliżający się tramwaj. Mortysz wyciągnął telefon i mrużąc oczy, namierzył kontakt do menedżera.

– Co tam? – zapytał zaspany Bułecki.

– Buła, co robisz?

– Odsypiam. Która w ogóle jest godzina?

– W pracy może być twoja ostatnia. Wstawaj z wyra! – krzyknął, ściskając mocniej telefon.

– Dej żyć, Mikołaj. Grałem do trzeciej.

– Ktoś ci kazał? Czemu nie obsługujesz sociali Rigor Mortis?

– Nie mam obowiązku być dwadzieścia cztery godziny pod telefonem.

– Kowboj znowu zaatakował, a ty śpisz, kretynie!

– Serio?

Bułecki nagle się rozbudził. Wystarczyło jedno słowo: „Kowboj” – evergreen Mortysza, dzięki któremu popularność jego podcastu true crime nie gasła.

– Serio? – Mortysz zaczął przedrzeźniać Bułeckiego, jakby nie prowadzili biznesu, lecz naraz znaleźli się na placu zabaw. – Nie, na niby. Ogarnij się, zobacz, czy ktoś napisał coś wartego uwagi, i łapiemy się na siłowni, schaboszczaku. Na razie.

– Mikołaj, ale mój…

Mortysz rozłączył się bez pożegnania, jak to miał w zwyczaju. Oddychał ciężko. Sprawy się rozkręcały. Kowboj wrócił, a to oznaczało ciśnięcie z tematem, robota powinna się palić, łącza rozgrzane do czerwoności, trzeba dokładać do pieca. Ludzie oczekują contentu premium. Tylko on mógł im go dostarczyć. Buła żył w swoim wyimaginowanym świecie, w piaskownicy pełnej zabawek, i jak się kolejny raz okazało, nie wiedział, co się dzieje wokół. Mikołaj pokręcił głową z niedowierzaniem.

Wielu ludzi twierdziło, że Mortysz ma obsesję na punkcie Kowboja, a on nie zaprzeczał. Fascynowało go, skąd się bierze ta nieodparta potrzeba zabijania, mordowania z zimną krwią kobiet w ciąży. Odpowiedź jednak, choć mgliście majacząca gdzieś na horyzoncie, stale mu umykała.

W drzwiach balkonowych pojawiła się Inka.

– Mikołaj? Wow, ale masz widok z tego tarasu! – Spojrzała z wysokości kilku pięter na zatłoczoną krakowską ulicę. – Zjemy coś na mieście? Mam ochotę na croissanta z Charlotte.

– Zjedz sama. Nie mam czasu. Widzisz przecież, co się stało. Będę miał sporo pracy.

– Ale ty jesteś!

– Błagam, przestań się fochować. Nie potrzebuję tego teraz.

– Odwieziesz mnie chociaż na uczelnię?

– Mówiłaś, że jesteś modelką – odparł z przekąsem.

– No i? Jedno drugiego nie wyklucza.

– Nieładnie kłamać.

– Ej, nie kłamię! Po prostu z modelingu jeszcze się nie utrzymuję. Jeszcze.

– Doprawdy?

Rozmowa zaczynała go bawić. Uwielbiał przyłapywać kobiety na kłamstewkach. Robiły się wtedy takie dziecinne, jakby ukradły ze sklepu lizaka i musiały się tłumaczyć rodzicom.

– Co studiujesz?

– Mówiłam ci wczoraj.

– Musiało mi wylecieć z głowy.

– Faceci. Pattern making na SAPU.

– A po polsku? Dobra, nieważne. Podaj mi adres.

– Zamoyskiego pięćdziesiąt dwa. – Westchnęła.

– To w Podgórzu?

– Aha.

– Trochę nie po drodze…

– Kurwa, nie wierzę. Paliwa ci na mnie szkoda?

– Paliwa nie, ale czasu może trochę. Nie patrz tak, żartuję. Idziemy.

Szybko się ubrał, spakował kilka rzeczy do plecaka, po czym niecierpliwie bębnił palcami o drzwi, popędzając strojącą się Inkę. Zjechali windą na podziemny parking i pomaszerowali w kierunku białego mercedesa GLC – całkiem masywnego SUV-a, zawieszonego na tyle wysoko, że nie było problemów z krawężnikami podczas parkowania.

– Mogę później usiąść za kierownicą? – zapytała Inka, gładząc dłonią skórzaną tapicerkę i karbonową konsolę.

– Chyba żartujesz. Nikt poza mną nie będzie prowadził tego auta.

– Ale ja nie chcę go prowadzić – zaoponowała, robiąc sztuczną pozę, jakby znalazła się przed kamerą. – Nie mam prawka. Chcę tylko zrobić fotkę.

– Skoro nie masz prawa jazdy, to po co ci takie zdjęcie?

– Ale o tym, że nie mam, nikt nie wie.

Inka uznała, że ten samochód wygląda na tyle prestiżowo, że idealnie podkręci jej Insta. Niech ludzie widzą, jak się wozi. Niestety szybko skonstatowała, że trafiła na strasznego sztywniaka. Będzie musiała go rozruszać. Oj, tak.

– Dobra, jak nie, to nie. A tobie mogę zrobić zdjęcie w czasie jazdy?

– Możesz.

Wyjechali na ulicę. Mortysz otworzył lekko szyberdach.

– Dobra… Uśmiech! No wow, ale ciacho… Oznaczę cię. Mogę cię oznaczyć?

– Możesz.

Inka zaczęła klikać w smartfona jak szalona, raz za razem uderzając w ekran długimi paznokciami. Podniosła głowę i zapytała rozanielona:

– A mogę włączyć jakąś muzykę? Wyszedł nowy album…

– Nie możesz – odparł Mikołaj tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ej, dlaczego? Tak w ciszy to bez… – Przerwał jej dźwięk powiadomienia. – Ej! Nie mówiłeś, że byłeś na wywiadzie u tego podcastera. Psiapsi mi właśnie podesłała.

– Bo nie pytałaś.

– A to mogę włączyć? Plisss, uwielbiam go. To znaczy… Super będzie ciebie posłuchać przez głośniki.

– Jeśli tak bardzo chcesz…

Mikołaj Mortysz nie lubił wielu rzeczy. Brudu. Głupich ludzi. Kolejek do kas. Ale własny głos nie był jedną z nich. Tej melodii mógł słuchać godzinami.

***

Mikołaj Mortysz, wychylając się zza mikrofonu na statywie, spoglądał na prowadzącego, skupionego na notatkach w MacBooku. Czekał na pytania, dzięki którym będzie mógł się objawić jako tytan pracy i człowiek sukcesu. Tym bardziej się ucieszył, gdy usłyszał:

– W swoim bio na Instagramie napisałeś: „Najciężej pracujący podcaster w Polsce”. Naprawdę tak uważasz?

– To nawet nie kwestia tego, czy ja tak uważam. Takie są fakty, a z faktami się nie dyskutuje – odparł, pewny siebie.

– To bardzo ciekawe, że wspominasz o faktach, bo są osoby, które zarzucają ci, że lubisz je naginać. – Prowadzący się uśmiechnął, co oczywiście zobaczą widzowie na kanale, lecz słuchacze tego nie zarejestrują.

– Bzdura – odparł ze śmiechem Mortysz. – Nigdy w całej mojej karierze niczego sobie nie wymyśliłem. Wiem, o co ci chodzi, ale to, że policja, co jest jej bardzo na rękę, neguje istnienie Kowboja, nie znaczy, że jego nie ma.

– Dlaczego tak myślisz?

– Wiesz, co by się stało, gdyby służby oficjalnie przyznały, że na terenie Polski od niemal trzech dekad działa seryjny morderca? – powiedział nieco zaczepnie. – Seryjny morderca ciężarnych kobiet?

– Ludzie zaczęliby panikować.

Mortysz podniósł kciuk.

– Dokładnie. Po pierwsze, panika sprawi, że ludzie będą wściekli. Jeśli ludzie będą wściekli, odbije się to nie tylko na policji. Odbije się to również na rządzących.

– Czyli to decyzja polityczna.

Mikołaj pokiwał głową. Nie znajdował dodatkowych powodów, dla których policji było wygodnie wciąż nie przyznawać, że za zbrodniami, których genezę omawiał w swoich podcastach, stoi jedna osoba.

– W jakimś stopniu na pewno. Po drugie, co jest dość oczywiste, taka panika w narodzie sprawi, że dużo trudniej będzie prowadzić śledztwo.

– A nie łatwiej? – dociekał dziennikarz. – Przecież ludzie będą wtedy bardziej czujni. Mogą dzwonić z informacjami.

Mortysz spojrzał lekceważąco na prowadzącego.

– Wiesz, ile z tych telefonów miałoby jakąkolwiek wartość? Procent, jeśli nie promil. Uwierz mi, dochodzenie by na tym nie zyskało.

– Zaraz… Czyli odwołując się do tej logiki, ty w jakimś stopniu przeszkadzasz policji.

– Widzisz, tu dochodzimy do dylematu moralnego. Czy społeczeństwo zasługuje na prawdę, czy raczej, dla własnego, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, bezpieczeństwa powinno żyć w kłamstwie? Ja uważam, że to prawda jest najważniejsza. A po trzecie i ostatnie, teraz, po tylu latach aktywności Kowboja, nikt nie będzie miał jaj, żeby uderzyć się w pierś i powiedzieć: „Przepraszamy, spieprzyliśmy sprawę”. Na to jest już zdecydowanie za późno.

– Rozmawiałem z policjantem, który pracował przy jednym z morderstw, które – jak twierdzisz – są dziełem…

Mikołaj podniósł rękę i przerwał:

– Dziełem? Serio?

– Faktycznie, niefortunny dobór słów – poprawił się prowadzący. – W każdym razie rozmawiałem z jednym ze śledczych i on akurat skłania się ku twojej teorii.

– Takich policjantów jest więcej, ale co mają zrobić? Rozkaz jest rozkazem.

Podcaster spojrzał na swoją listę pytań, a następnie przeniósł wzrok na Mortysza.

– Zarzuca ci się również, że jesteś niespełnionym śledczym i teraz mścisz się na formacji.

– Bzdura, i to wierutna. Gdybym chciał nim być, to… – Uśmiechnął się i z rozbawieniem dodał: – …pewnie już bym nim nie był. Odszedłbym właśnie z powodu przełożonych.

– Masz problem z funkcjonowaniem w hierarchii?

– Nie, skąd! Mam problem z funkcjonowaniem w hierarchii, na której szczycie stoją niekompetentni ludzie. Na przykład lubiący sobie odpalić granatnik w budynku.

Mężczyźni wybuchnęli śmiechem, kwitując w ten sposób zna­ną w całej Polsce sytuację z Komendy Głównej Policji w Warszawie.

– Jedna z twoich koleżanek po fachu twierdzi, że uprawiasz kowbojologię.

– Tak, to jej się akurat udało – przyznał z przekąsem Mortysz.

– Ty z kolei powiedziałeś, że gdyby nie podcasty, zostałbyś profilerem. Pokusisz się o stworzenie profilu Kowboja?

Mortysz przez moment się zastanawiał, czy nie wejść w szczegóły techniczne. O profilowaniu wiedział niemal wszystko. Przez lata studiował wszelkie możliwe podręczniki, które udało mu się zdobyć. Rozumiał, dlaczego dla twórców powieści kryminalnych oraz ich czytelników profilowanie behawioralne było catchy. On jednak nie zapominał również o sprawdzaniu modus operandi, o analizie wiktymologicznej, czyli skupieniu się na badaniu roli ofiary w przestępstwie, ani o analizie czasowej i geograficznej. Przy tej sprawie szczególną uwagę przykładał do linkage analysis – niezwykle ważnego sposobu szukania związków między popełnionymi zbrodniami. Ostatecznie uznał, że ciekawiej będzie podać coś nieoczywistego, a następnie zobrazować wyjątkowość Kowboja przykładem.

– To jest właśnie fascynujące w tym człowieku: on się wymyka prostej klasyfikacji. Załóżmy, że ten pierwszy raz, udokumentowany, bo tak naprawdę nie wiemy, kiedy zaczął, że to pierwsze morderstwo wydarzyło się, kiedy miał… – zawiesił głos – ile? Stawiam, że około dwudziestu lat.

– Czyli teraz będzie około pięćdziesiątki.

Mortysz znowu uniósł kciuk.

– Brawo, piątka z matematyki. To przede wszystkim ktoś, kto jest niesamowicie inteligentny i potrafi dobrze planować. Był taki morderca, oczywiście w Stanach Zjednoczonych, bo gdzieżby indziej, który nazywał się Israel Keyes. Słyszałeś o nim?

– Nie wydaje mi się… Nie.

– Bo Netflix nie zrobił serialu, prawda? – powiedział kpiąco. – Dobra, tylko się droczę. Israel Keyes potrafił polecieć do Chicago, wynająć samochód, przejechać nim półtora tysiąca kilometrów do Vermont w Kanadzie, gdzie zamierzał zabić. Najciekawsze jest to, że narzędzie zbrodni zakopał tam, uwaga, dwa lata wcześniej. To jest podobny poziom planowania, przebiegłości.

– Ale został złapany.

– Bo okazał się pazerny. Okradał też banki. I domy. Kowboj taki nie jest. Myślę, że on właśnie potrzebuje tego haju. Haju, którego może doświadczyć jedynie podczas odbierania komuś życia.

– W zasadzie dwóch żyć – wtrącił gospodarz programu. – Dlaczego właśnie kobiety w ciąży? Jak myślisz?

– Tutaj możemy sobie teoretyzować do woli. Może na pierwszą ofiarę trafił zupełnym przypadkiem? Pamiętaj, że to było prawie trzy dekady temu na prowincji. Mordercom było dużo łatwiej. Uznał, że kogoś zabije, i… brzydkie słowo… napatoczyła się Grażyna Goździk. Spodobało mu się na tyle, że później działał już według klucza.

– To chyba najmniej prawdopodobna z teorii.

– Dobra, jak każda inna. – Mortysz się zaśmiał. – Wymyśl sobie, co chcesz. Facet, któremu zmarło dziecko, a żona powiesiła się z rozpaczy, mści się teraz na całym świecie. Ktoś, kto zafiksował się na światowym przeludnieniu. Na pewno wiemy tylko tyle, że zabija. I sam z siebie nigdy nie przestanie.

***

Artur Kamiński był zmęczony. Wstał dużo wcześniej, niż planował. Marzł teraz w mglistym lesie, a buty, te, które dostał w zeszłym tygodniu od żony na urodziny, wyglądały, jakby chodził w nich już cztery lata. Albo i dłużej. Anka nie wyceniła swojego małżeńskiego afektu na więcej niż sto pięćdziesiąt złotych, więc znajdujące się na jego stopach obuwie było dość słabej jakości. Teraz, na domiar złego, z głośnika telefonu jednego z policjantów sączył się irytujący, profesorski ton gościa, którego szczerze nie znosił.

Przyspieszył kroku.

– Ej! Pojebało was? – krzyknął. – Wyłączyć to! W pracy jesteście!

Z telefonu wciąż dało się słyszeć fragment wywiadu z Mikołajem Mortyszem, który podziałał na śledczego jak płachta na byka.

– Nuda, podkomisarzu – usprawiedliwiał się jeden z funkcjonariuszy. – To se słuchamy tego Mortysza. Był u…

Kamiński poczuł, jak zalewa go fala złości.

– W dupie był i gówno widział. Żeby to było ostatni raz!

– Szefie, ale…

– Czy ja, kurwa, po chińsku mówię?

Szeregowi policjanci dawno nie widzieli Kamińskiego w takim stanie, rozjuszonego niczym byk na corridzie. Tak naprawdę nie rozumieli, o co właściwie się czepia.

– Dobrze. Przepraszam.

– Przepraszam…? W dupie mam wasze przeprosiny! Macie zakaz używania telefonów! Jak w szkole.

Odchodząc w stronę grupki kolejnych funkcjonariuszy, usłyszał jeszcze za plecami zdziwione pytanie policjanta:

– A tego co ugryzło?

Na moment przystanął, ale uznał, że puści to mimo uszu. Ruszył dalej, jednak zanim dotarł do śledczych, jeden z policjantów wyszedł mu na spotkanie.

– Jakaś kobieta chce z kimś decyzyjnym rozmawiać.

– A gdzie jest prokurator? – warknął Kamiński.

Mężczyzna rozłożył ręce i stał przez moment, jakby się zapowietrzył.

– Prokurator… On… Nie wiem. Ciężko za nim nadążyć.

– Ja pierdolę, wszystko na mojej głowie. Gdzie ta kobieta?

Policjant wskazał ręką między drzewa, do których przymocowano foliową taśmę.

– Tam stoi. Ta z rowerem.

– No dobra.

Wszystko go wkurzało: burdel na miejscu zbrodni, pełno obowiązków i odpowiedzialność, która oczywiście spadła na jego barki. Do tego irytująca żona, która prawdopodobnie go zdradza. I jeszcze jej uwielbienie dla tej hieny, Mortysza, pożal się Boże, samozwańczego detektywa z YouTube’a… Ten świat trzeba rozwalić, ale Kamiński jeszcze nie wiedział jak. Najchętniej rzuciłby wszystko w diabły, kupił flaszkę wódki, tonik i zniknął gdzieś na jakiś czas. Teraz jednak musiał ogarnąć ten bajzel i co gorsza, porozmawiać z jakąś babką, która – jak właśnie zauważył – modliła się cicho.

– Halo! Co mi pani tu wylewa? Co to jest? – zawołał, obserwując rytuały odprawiane przez kobietę.

Zanim do niej dotarł, jeden z lokalnych policjantów, Arek, podbiegł do niego i szepnął mu do ucha:

– Panie Arturze, to Szalona Kazia, znana w całej wsi. Proszę na nią uważać.

– Co tu się, kurwa, wyprawia… – skwitował pod nosem.

– Ona ma bystre oko. Taki chodzący szpieg z CIA albo Koła Gospodyń Wiejskich. I wszystko wymodli…

– Arek, spierdalaj już.

Kobieta chowała głowę w chustce, miała na sobie szerokie, różnokolorowe łachmany, które pasowały do siebie jak pięść do nosa. W jednej dłoni trzymała różaniec, a w drugiej metalowe kropidło, z którego co jakiś czas strząsała wodę święconą. Nie zważając na obecność podkomisarza, kończyła swoje modły:

– …módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen. Pan tu dowodzisz?

– Można tak powiedzieć – przyznał Kamiński. – Proszę niczego nie wylewać.

– Ksiądz czasu nie miał, to sama zadziałam. – Poruszyła kropidłem, ignorując słowa policjanta.

– Od działania, pani szanowna, to my tu jesteśmy. Proszę opuścić miejsce, gdzie są aktualnie prowadzone czynności. I żadnego syfu więcej nie wylewać.

– Syfu?! Syfu?! To jest woda święcona, bezbożniku ty jeden ty! – Pogroziła mu kropidłem.

Kamiński za późno zrozumiał swój błąd. Gdyby wiedział, ugryzłby się w język. Ale nie miał już sił niczego tłumaczyć, prosić, rozkazywać, a tym bardziej kłócić się z lokalną dewotką. Westchnął głośno i powiedział zmęczony:

– Pani szanowna, to może być nawet woda, którą Jezus mył stopy swojej bandzie. Kompletnie mnie to…

– Bandzie?! Bandzie?! Ty łachmyto w służbie diabła! Ślepi jesteście! Ślepi i głusi! Ja to załatwię.

– Jeśli to wszystko, to… – Odwrócił się na pięcie i zaczął wypatrywać policjanta, a gdy go dostrzegł, zawołał: – Arek, odprowadź panią!

– Święty Michale Archaniele, broń nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną…

Arek podbiegł do rozciągniętej taśmy policyjnej i chwycił Kazię pod łokieć.

– Puszczaj! Puszczaj mnie, poganinie!

– Proszę opuścić teren! – wrzeszczał Kamiński, nie zważając na gapiących się na niego pismaków. – W tej chwili! Bo do aresztu wsadzę!

– Wy nie rozumiecie! To był demon! Wielki demon z samych wrót piekielnych wylazł! To trzeba wodą święconą! Trzeba przeciwdziałać…

– Taa, a ja mam na imię Belzebub. Już mi stąd!

– Teraz wszystko jasne! Wy są z nim w zmowie! Diabły!

– Proszę się nie szarpać, nie chcę pani… – poradził Arek.

Gdy pociągnął kobietę za łokieć, ta nagle skręciła głowę ze zwinnością bohatera Mortal Kombat i wykonała niespodziewane fatality, zatapiając zęby sztucznej szczęki w przedramieniu policjanta.

– Aaa! Ona mnie użarła!

– Dość tego! Wypad mi stąd, stara wariatko! Chłopaki, pomóżcie! Co się tak patrzycie?! Ty! Od Mortysza! Już mi tu w podskokach!

Kamiński nie miał już na nic sił. Jedna szalona baba sabotowała pracę policji, która w oczach zgromadzonych dziennikarzy musiała jawić się jako banda niekompetentnych tępaków. To też miał w dupie, obserwując, jak funkcjonariusze otaczają Szaloną Kazię niczym groźnego szefa grupy przestępczej i zabierają ją z miejsca zbrodni.

– Pożałujecie! Wszyscy tego pożałujemy, zobaczycie! – odgrażała się, aż w końcu zniknęła z pola widzenia.

Kamiński przeczesał dłonią włosy. Same problemy, zwłaszcza z babami – uznał.

– Ja pierdolę, co za dzień… – podsumował na głos.

Nagle usłyszał za plecami głos prokuratora Dzięgiela:

– Co tu się, za przeproszeniem, odpierdala?

– O, pan prokurator! – odparł z przekąsem.

– Pogięło was? Wszędzie media, a wy się wydzieracie jak opętani.

– Opętana to była ta baba.

Albo i ty – pomyślał, spoglądając na zmierzwione, przyprószone siwizną włosy Dzięgiela, wytrzeszczone przekrwione oczy i zdziwioną minę, jakby ten właśnie wrócił z czeluści piekieł.

– Kamiński, jak Boga kocham, zaraz wyjdę z siebie i stanę obok! – Spojrzał na podkomisarza, a ponad jego ramieniem w oddali dostrzegł jeszcze rękę dzierżącą kropidło w otoczeniu policjantów. – Pięknie. Jeszcze nam tu religijnych fundamentalistów brakuje – prychnął pod nosem, po czym zwrócił się do podkomisarza: – Słuchaj, Kamiński, jedna rzecz mi spokoju nie daje…

– Jedna? Szczerze zazdroszczę.

– Nie bądź taki rozkoszny. Ten starszy pan, co to ciało znalazł… – zaczął prokurator.

– Co z nim? Przecież nic nie widział, nic nie słyszał i nie wydaje mi się też, żeby to on był sprawcą – pospieszył z odpowiedzią Kamiński, chcąc pokazać prokuratorowi, że już wykonał najważniejsze czynności.

– Nie, gdzie tam! Rozmawiałem z nim, czy aby na pewno nie działo się nic podejrzanego w tej okolicy.

– I co, przypomniało mu się coś? – zapytał wątpiącym tonem.

– Taaa… – Dzięgiel zapalił papierosa. – Powiedział mi, że dwa dni temu, jak łaził po lesie, po ten chrust czy co on tam zbiera, widział jakieś auto.

– Aha. I teraz dopiero o tym wspomniał? – podejrzliwie dopytywał Kamiński.

– Jak dwa dni temu, to uznał, że nieistotne. Auto było zielone. Albo granatowe.

– Niezwykle nam to pracę ułatwia, panie prokuratorze.

Dzięgiel rozłożył szeroko ręce.

– Kamiński, lewą nogą dzisiaj wstałeś? – Wypuścił dym z płuc prosto na podkomisarza. – Coś taki uszczypliwy?

– Odniósł pan mylne wrażenie, panie prokuratorze – pokajał się Artur, obrzucając spojrzeniem zabezpieczone miejsce zbrodni.

– Jasne… Więc dziadzia latarką zaczął świecić, a to auto, rozumiesz, odjechało. I mówi, że też jakieś dziwne dźwięki wydawało.

Podkomisarz ściągnął brwi.

– Co to znaczy: dziwne? Bo co drugie auto w tym kraju wydaje jakieś dziwne dźwięki.

– Niby tak. Ale staruszek mówi, że ten samochód był akurat na obcych blachach.

– W sensie, że na zagranicznych?

– Dopytajcie dziadka, o co mu chodzi. Byłem się tam przejść i generalnie to miejsce to jeden wielki syf. Porozbijane butelki, prezerwatywy. Może ktoś przyjechał na małe tiruriru.

Kamiński miał wrażenie, że ktoś właśnie przeniósł go na plan Seksmisji. Gdyby mógł zdystansować się od wszystkich wydarzeń, czułby się jak na dobrej komedii.

– Na małe co takiego, panie prokuratorze?

Dzięgiel zaciągnął się dymem papierosowym i westchnął:

– Ruchać się przyjeżdżają, Kamiński, ruchać.

Artur od razu pomyślał o żonie. Ona też się rucha, ale na pewno nie z nim. Ciągłe spotkania z koleżankami, wymówki, unikanie go jak ognia, jakby parzył już samą obecnością. Nie chciał wierzyć, że tylko robiła mu na złość. Widział, jak się ślini do innych facetów, nagle potrafi być miła nawet dla sprzedawcy w sklepie budowlanym. Zauważył to podczas ostatniej wizyty, gdy kupowali nową deskę klozetową. Szczebiotała jak sikorka. Może warto wynająć prywatnego detektywa? Oni są dobrzy w te klocki – pomyślał. Zbiorą materiał dowodowy. Tylko ile to będzie kosztować…

– Kamiński! Kurwa, no co jest z tobą? – zapytał prokurator, gdy się zorientował, że jego rozmówca duchem jest w całkiem innym miejscu.

– Przepraszam, zamyśliłem się.

– Ty płaczesz?

– Oczy mi od wiatru łzawią. – Kamiński poczuł, że jest na skraju wyczerpania emocjonalnego. Zaszkliły mu się oczy, ale nie mógł tego przyznać. Ten świat nie lubi słabości. – Sprawdzimy to, panie prokuratorze. Kto wie, może coś w tym syfie znajdziemy.

– Szukajcie. Idę rzucić hienom jakieś ochłapy. Chyba tylko BBC i CNN nie przyjechały.

Dzięgiel ruszył w kierunku czekających na niego przedstawicieli mediów. W tym samym momencie zawibrował telefon Kamińskiego. Podkomisarzowi bardzo nie spodobał się suchy komunikat od żony. Planowała babski wyjazd. Co więcej: do Krakowa. Tam, gdzie stacjonował on, fircykowaty podcaster, z którym wciąż jeszcze całkiem niebrzydka żona mogła go zdradzić – i to bez skrupułów.

***

Gospodarz programu uśmiechnął się do Mortysza siedzącego po drugiej stronie stołu. Przez przypadek wylałby wodę na komputer, ale w porę podniósł laptop. Kamera tego nie zarejestrowała, ponieważ skierowana była na Mikołaja. Autor Rigor Mortis powstrzymał uśmiech. Uznał, że tak będzie profesjonalnie, gdyż jego rozmówca nie odniósł się do tej przypadkowej sytuacji, tylko od razu przeszedł do nowego pytania.

– Myślisz, że nadejdzie taki dzień, kiedy morderca stwierdzi, że wystarczy?

– Nie, nie ma na to najmniejszych szans – odparł Mikołaj. – Zauważ, że między morderstwami Kowboja mijały lata. Nie wiemy dlaczego. Może tak rzadkie ataki zaspokajają jego… potrzeby. A może policja kiedyś była już blisko jego ujęcia, więc musiał odczekać. Ale zawsze wraca.

– Przed naszym spotkaniem czytałem raport FBI mówiący o…

– Ten z dwa tysiące ósmego roku?

– Tak, dokładnie ten. – Podcaster spojrzał na Mortysza, z uznaniem kiwając głową. – Jego autorzy wyszczególnili czynniki skłaniające seryjnego mordercę do zaprzestania krwawego procederu. Według tego raportu seryjni mordercy mogą przestać zabijać w wyniku zmiany okoliczności życiowych, które albo utrudniają zabijanie, albo sprawiają, że staje się ono mniej atrakcyjne.

– Swoją drogą, Robert J. Morton to nader inteligentny i sympatyczny facet.

– O, to ciekawe!

– Wracając do motywacji seryjnych morderców: słowo klucz to „atrakcyjne”. Wyobraź sobie kogoś uzależnionego od, dajmy na to, heroiny. Co jest bardziej atrakcyjne od kolejnej dawki?

– No… – Prowadzący zawahał się na moment. – W większości przypadków nic.

– Otóż to! Nic, absolutnie nic, nie da ci tego uczucia, co kolejny strzał. Moim zdaniem to jest właśnie case Kowboja. On jest uzależniony od dreszczyku, który daje odbieranie życia. Może kiedyś próbował czegoś na kształt odwyku, ale głód powracał…

– Jesteś bardzo arbitralny i do tego stanowczy w swoich ocenach. Przejrzałem sobie komentarze pod twoim podcastami.

– Podziwiam. Naprawdę, bez szyderstwa.

– No, trochę ich jest. Wśród całego tego miodu znaleźć można także nieco dziegciu. I to nie jedną łyżkę. Czytasz je w ogóle?

– Nie, przestałem to robić jakiś czas temu. Odwracają uwagę od pracy.

– Główny zarzut, który się tam pojawia, jest taki, że jesteś bardzo, cytuję: „zadufany w sobie i arogancki”. Proszę nie zabijać posłańca.

– Nie będę polemizował! – Zaśmiał się.

– Ale z ciebie czaruś.

– Skądże! Uważam, że ci komentujący mają sto procent racji. Tak, jestem zadufany w sobie. Tak, jestem arogancki. Ale nie ma w tym kraju osoby, która o Kowboju wie więcej niż ja. Poświeciłem tej sprawie dużo czasu. Bardzo dużo. Ujmę to w ten sposób. Czy Cristiano Ronaldo jest arogancki? Oczywiście, że tak, bo jest najlepszy. Może sobie na to pozwolić. Ja też mogę. – Parsknął śmiechem. – Nawet jeśli przysporzy mi to wielu przeciwników.

– Co do przeciwników… Pokazujesz ostatnio w social mediach sporo relacji z treningów w MMA Academy. Układa mi się to w dość logiczną całość.

– O! A jaka to całość?

– Olbrzymia fala wznosząca popularności twojego podcastu, trenowanie sztuk walki. Tylko mi nie mów, że nie dostałeś propozycji walki we freakach, bo wiem, że dostałeś.

– Pomidor.

Zarechotali.

– Nie no, nie ma takiej opcji – podkreślił Mortysz. – Za żadne pieniądze. Sztuki walki to tylko miły dodatek do siłowni. Taki wentyl bezpieczeństwa dla rozładowania stresu.

– Nawet za milion złotych?

– Brutto czy netto? – żachnął się. – Naprawdę, nawet za milion. Co ja miałbym zrobić z tymi pieniędzmi? Pójść na emeryturę? Jestem pracoholikiem, kocham to, co robię. Poza tym reputacji nie da się wycenić. Może się niektórym wydawać inaczej, ale nie jestem żądną atencji prostytutką.

– No dobrze, ale załóżmy, że mógłbyś komuś, bez konsekwencji, dać po gębie i do tego jeszcze zarobić. Kto by to był?

– Mój współpracownik, Buła. – Mortysz zaczął się śmiać głośno, trochę za długo, ale ten żart doskonale go bawił. – Żartuję, oczywiście. Pozdrawiam cię, Szymon. Jest taka jedna osoba. – Zrobił długą pauzę. Jego myśli powędrowały w rejony, których wolałby unikać. Nikt nie irytował go tak jak ta osoba. – Tylko że ja jestem dżentelmenem i nigdy w życiu nie uderzyłbym kobiety.

***

Mortysz nagle wcisnął pedał gazu do oporu, a komputer automatycznej skrzyni biegów zareagował błyskawicznie. Mercedes przyspieszył na tyle gwałtownie, by zarówno kierowca, jak i pasażerka odczuli wyraźne wbicie w fotel.

Mikołaj kątem oka obserwował, jak Ince świecą się oczy. Była pewna, że złapała Pana Boga za nogi. Uznał, że jednak warto było iść na ten wywiad. Kobiety będą lgnęły do niego jeszcze bardziej.

– Ej! A co, jeśli mylisz się w sprawie Kowboja? Tak sobie myślałam… – Inka zawiesiła głos.

– No proszę! Słucham, do jakich wniosków doszłaś?

– Bo ty ciągle mówisz, że to mężczyzna. Nie wziąłeś nigdy pod uwagę, że Kowboj to tak naprawdę… – Zaczęła imitować werble, stukając paznokciami o tapicerkę, co wyraźnie zaniepokoiło Mortysza. – Jesteś gotowy? Że Kowboj to tak naprawdę Kowbojka! Mózg rozjebany, co nie?

– No. Zaraz mi uszami wypłynie.

– No ej! Pomyśl tylko. To kobieta, na bank!

Mikołaj zaczął rytmicznie uderzać palcami w kierownicę, jakby wybijał rytm ulubionej piosenki. Lubił grać historią, przyglądać się jej z różnych stron. Jego słuchacze również to doceniali.

– Dobra, zamieniam się w słuch. Dlaczego według twojej niezwykle profesjonalnej opinii Kowboj to Kowbojka?

– Bo baby są wredne! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo! Z zazdrości zrobią wszystko. Ja myślę, że to jest jakieś babsko, które nie może mieć dzieci. Albo ich nie lubi, bo drą japę w samolotach. W zasadzie to ja też ich nie lubię. Ale nie tak bardzo, żeby zaraz je zabijać!