RAIN. Wróć nim zgasnę - Katarzyna Wycisk - ebook
NOWOŚĆ

RAIN. Wróć nim zgasnę ebook

Katarzyna Wycisk

5,0

58 osób interesuje się tą książką

Opis

PODOBNO NASTOLETNIA MIŁOŚĆ JEST NAJBARDZIEJ SZALONA I NAMIĘTNA.

NIKT JEDNAK NIE WSPOMINA, ŻE BYWA RÓWNIE BOLESNA.

Szesnastoletni Jace od zawsze odstaje od rówieśników. Wrażliwy, utalentowany, zamknięty w świecie poezji i własnych cieni, każdego dnia musi się mierzyć z okrucieństwem szkolnych korytarzy. Niespodziewanie w jego życie wkracza May, dziewczyna, która jako pierwsza naprawdę chce go poznać.

Łączące ich uczucie jest intensywne, niebezpiecznie piękne i zbyt kruche, by przetrwać bez ran.

Lata później Jace spełnia swoje marzenie i zostaje strażakiem, lecz przeszłość wciąż tli się w nim niczym ogień, którego nigdy nie ugasił. May z pozoru ma wszystko pod kontrolą, ale za uśmiechem i obiektywem aparatu skrywa własne pęknięcia.

Kiedy los ponownie splata ścieżki tych dwojga, emocje wracają z taką siłą, że trudno przed nimi uciec.

Czy dawna miłość, która kiedyś ich ocaliła i złamała jednocześnie, dostanie drugą szansę?

A może niektóre pożary zostawiają po sobie jedynie zgliszcza?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 564

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jadwinior

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, przejmująca opowieść o trudnych przeżyciach i pięknym uczuciu, które jest kroplą nadziei w ogniu nienawiści. Pierwsza część opowiada o licealistach, a w drugiej przenosimy się 14 lat w przyszłość. Polecam!
10



RAIN

Wróć, nim zgasnę

Ka­ta­rzyna Wy­cisk

CZĘŚĆ I

PRZESZŁOŚĆ

wrzesień 2006 roku

Rozdział 1

Jace

Słysząc głośne śmiechy i odgłosy rozmów, stanąłem pod czerwonymi drzwiami prowadzącymi do sali lekcyjnej. Serce mi przyspieszyło, a wszystkie zmysły w ułamku sekundy uległy wyostrzeniu. Każda część mnie wzbraniała się przed przekroczeniem progu tego pomieszczenia, jednak nie miałem wielkiego wyboru.

Wziąłem głęboki wdech, zbierając siły na kolejny dzień w tym przeklętym piekle, o ile na coś takiego da się w ogóle uodpornić. Nie uważałem, że jestem słaby, choć wielu próbowało mi to wmówić. Byłem po prostu… niekonfliktowy. Gardziłem przemocą i robiłem wszystko, co w mojej mocy, by jej uniknąć. Szkoda, że tak rzadko mi się to udawało.

Położyłem dłoń na klamce. W momencie gdy ją nacisnąłem, ogarnęły mnie silne mdłości. Najwyraźniej nie skończy się tylko na porannych wymiotach. Przełknąłem żółć podchodzącą do gardła i z nisko opuszczoną głową wszedłem do klasy.

– Hej, spójrzcie, ciota przybyła! – krzyknął jeden z uczniów.

Znieruchomiałem na dźwięk tego głosu. Wystarczyło, że Ben Kraus kiwnął palcem, żeby stado idiotów, zwanych przez niektórych moimi kolegami, podążyło za nim bez wahania. To, co mówił, było święte, a jeśli ktoś miał na tyle odwagi, by się z nim nie zgodzić… no cóż, wtedy kończył dokładnie tak jak ja. Bo przecież ze szkolną gwiazdą nie wolno dyskutować!

– Śmierdzisz gównem – oświadczył, podchodząc niebezpiecznie blisko mnie.

– Fuuuj! – Reszta klasy natychmiast mu przytaknęła i wykrzywiła twarze, jakby wyczuła potworny smród.

– Kiedy ty się ostatni raz kąpałeś, co? – zadał mi pytanie, na które odpowiedziałem niby obojętnym wzruszeniem ramion. – No tak, w sumie to ty przecież nawet ciuchów nie zmieniasz, więc po co marnować wodę.

– Ojej – mruknęła Klara, przewodnicząca klasy. – Zaraz się popłacze.

– Niczego innego bym od tej pizdy nie oczekiwał – dorzucił ktoś jeszcze.

Zacisnąłem pięści, po skroni spłynęła mi strużka potu, co tylko pogorszyło moją i tak beznadziejną sytuację. Miałem ochotę naciągnąć na głowę kaptur czarnej bluzy, jednak nie byłem w stanie unieść rąk. Jakby ciężar spojrzeń tych dupków zupełnie mi odebrał zdolność ruchu. Jedyne, na co mogłem się w tym momencie zdobyć, to zrobienie kilku kroków w tył i przyparcie pleców do framugi drzwi. Ciągle przełykałem ślinę i mruga­łem, żeby nie uronić ani jednej łzy. Nie teraz, nie przy nich. Nigdy więcej nie dam im tej satysfakcji.

Ben złapał mnie za szczękę, ścisnął mocno i zmusił do uniesienia głowy. Chichot pozostałych uczniów odbijał się echem od ścian, potęgując poczucie bezradności. Już jakiś czas temu zrozumiałem, że stawianie oporu nie miało najmniejszego sensu, a wręcz nakręcało Krausa, który potrafił się wykazać niezwykłą kreatywnością, jeśli chodziło o gnębienie mnie. ­Powiedzenie o wszystkim rodzicom nie wchodziło w grę. Sądziłem, że takie posunięcie okazałoby się gorsze od postrzału w kolano. Oczywiście mógłbym porozmawiać z Reinerem, tylko że on miał ważniejsze rzeczy na głowie niż wysłuchiwanie mojego ględzenia. Minął prawie rok od wypadku jego rodziców. Rok od śmierci ojca, a jemu nadal było trudno. O wiele trudniej niż mnie. Chciałem dawać mu wsparcie, a on potrzebował silnego przyjaciela, a nie rozpadającego się wraku. Postanowiłem więc wybrać milczenie i przeczekać ten szajs, licząc, że po zakończeniu szkoły odzyskam w miarę normalne życie.

– Słyszałem, że lubisz połykać. – Ben z chamskim uśmiechem zerknął na swoją widownię i upewniwszy się, że wszyscy patrzą, dodał: – Otwórz japę, cipo!

Ścisnął mnie jeszcze mocniej, a kiedy spróbowałem się wyrwać, zatopił paluchy drugiej ręki w materiale mojej bluzy i szarpnął gwałtownie, przygważdżając mi plecy z powrotem do framugi. Zacisnąłem zęby tak mocno, że przez chwilę myślałem, iż szczęka pęknie na pół. Chciałem zniknąć, rozpłynąć się, byle nie musieć dłużej stać w tym miejscu.

Kraus charknął i splunął mi celnie w usta. Gęsta ślina spłynęła po moich wargach i brodzie. Zrobiło mi się niedobrze. Wbijałem paznokcie w dłonie, sprawiając sobie lekki ból. Skoncentrowałem uwagę na tym pulsującym odczuciu, błagając w duchu, by ktoś w końcu przerwał tę ich posraną zabawę.

– Co jest? Nie zliżesz tego? – Ben nie zamierzał odpuścić.

Gnojek dopiero się rozkręcał, a ja doskonale wiedziałem, że stać go na o wiele więcej, jednak w sali lekcyjnej musiał pozostać czujny. Co innego toaleta, szatnia, autobus, którego wręcz nie cierpiałem…

– Pan Schröder idzie! – ostrzegła Greta, która zapewne czekała na korytarzu i pilnowała, by nikt przypadkiem nie zauważył tego, co ze mną robią.

– Jeszcze z tobą nie skończyłem, pedale! – fuknął Kraus, po czym migiem pobiegł do swojej ławki.

Kiedy tylko mnie puścił, wytarłem twarz przedramieniem, powstrzymując się od zwymiotowania na podłogę. Poprawiłem plecak i już chciałem zająć miejsce, gdy usłyszałem srogi głos nauczyciela:

– Becker, co ty tutaj robisz?! Natychmiast siadaj na tyłku!

Śmiech… cichy, a jednocześnie tak donośny, że ledwo trzymałem się na nogach. Do tego szepty, które równie dobrze mogłyby być sztyletami wbijanymi w plecy.

Spuściłem wzrok i ruszyłem w stronę ostatniej ławki, ale zanim do niej dotarłem, ktoś podstawił mi nogę. Ku rozczarowaniu klasy udało mi się nie upaść na twarz i nie wybić sobie zębów.

– Ruchy! – zagrzmiał Schröder. – Za każdym razem to samo…

Zignorowałem jego dalszą wypowiedź. Znałem tę przemowę na pamięć. Nie przepadał za mną, zresztą większość belfrów mogłaby sobie z nim podać rękę. No, może poza panią Herfurth, nauczycielką języka angielskiego – ona jako jedyna widziała we mnie kogoś więcej niż odrzuconego przez klasę dziwaka. Dla niej teksty, które tworzyłem, miały duszę, dla innych stanowiły wyłącznie powód do kpin. Nigdy nie przeszkadzały jej mój wygląd ani styl bycia. Byłem sobą i nie zamierzałem się zmieniać jedynie po to, żeby komukolwiek dogodzić.

Wyjąłem z plecaka książkę do matmy, długopis i notatnik. Otworzyłem zeszyt na ostatnio zapisanej stronie. Słowa same pojawiły się w głowie, musiałem je tylko ułożyć w logiczną całość i przenieść na papier. To mnie odprężało, sprawiało, że zapominałem o otaczającym syfie. Potrzebowałem tych momentów, tej odskoczni od rzeczywistości.

Odkąd pamiętałem, wyróżniałem się na tle rówieśników, a przeczytanie na głos przed całą klasą długiego wiersza mojego autorstwa jedynie potwierdziło fakt, że nie byłem jak inni uczniowie.

To nie tak, że nie przepadałem za swoją innością, lubiłem ją, lecz problem w tym, że pozostali niekoniecznie ją tolerowali. Większość postrzegała mnie jako introwertyka, marną imitację Williama Szekspira, dzieciaka, z którym nie warto się kumplować.

Dzięki Reinerowi trzymałem w Grundschule1 status nietykalnego, ale po tym, jak on i moja siostra trafili do Gymnasium, a ja do Realschule, wszystko uległo zmianie. Nie miałem już obok przyjaciela, który w razie czego mógłby się za mną wstawić. Zostałem sam.

Piąta klasa była dla mnie piekłem. Wtedy jeszcze wierzyłem, że gorzej być nie może. Nie wiedziałem, że każdy kolejny rok tylko dokręci śrubę.

Został mi jeszcze jeden. A jednocześnie całe, nieskończenie długie miesiące, ciągnące się przede mną jak ciemny korytarz bez wyjścia. Nie umiałem stwierdzić, czy dam radę przez niego przejść. Czy któregoś dnia po prostu nie pęknę.

Rzygałem tym gównem, miałem serdecznie dość codziennych szykan… upokorzeń, które wracały nawet wtedy, gdy zamykałem za sobą drzwi domu.

– Dzień dobry. – Głos dyrektora Kaufmanna wyrwał mnie z zamyślenia.

Niechętnie spojrzałem na niskiego starszego mężczyznę w eleganckim garniturze, a później przeniosłem wzrok na stojącą obok niego dziewczynę.

– Przyprowadziłem panu nową uczennicę – zakomunikował, kładąc dłoń na drobnym ramieniu szatynki. – Niech sama przedstawi się klasie, ja mam kilka ważnych spraw do załatwienia.

I już go nie było. Tymczasem uczniowie obserwowali z zaciekawieniem nową koleżankę, zapewne oceniając ją pod niemal każdym względem. Pomiędzy ławkami przepływały komentarze. Zarówno pochlebne, jak i te ironiczne. Zignorowałem je wszystkie. Wkurzało mnie, że wyrabiają sobie opinię na jej temat bez zamienienia z nią ani jednego słowa. Niektórzy szeptali, że pewnie wyleciała z poprzedniej szkoły, inni, że wygląda na zdzirę. Ben uznał, że przed końcem roku z pewnością mu obciągnie, na co Klara zaśmiała się odrobinę zbyt głośno i kiwnęła zgodnie głową.

Byli obrzydliwi. Nienawidziłem ich i najchętniej potrząs­nąłbym każdym z osobna. Miałem wrażenie, że otacza mnie stado dzikich hien gotowych w każdej chwili rzucić się na ofiarę i rozszarpać ją na drobne części.

– Witaj, młoda damo. Trafiłaś na bardzo ciekawą lekcję. Ale zanim zaczniemy, przedstaw się i znajdź sobie wolne miejsce.

Pan Schröder nagle przyjął pozę potulnego, kulturalnego misia. Ciekawe, kogo chciał oszukać? Miał nas wszystkich w głębokim poważaniu i podejrzewałem, że siedział w tym miejscu równie chętnie jak ja.

– Nazywam się Maya Wolf, ale wszyscy mówią mi May – odpowiedziała dziewczyna z lekkim szwajcarskim akcentem, a któryś z chłopaków głośno zawył, prezentując nowej uczennicy poziom intelektualny tej jakże wspaniałej klasy.

Przewróciłem oczami, co było głupim błędem, którego skutki odczułem niemal natychmiast. Felix wystrzelił w moją stronę poślinioną kulkę papieru. Odrażające. Tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymały mnie od pokazania temu pajacowi środkowego palca. Zamiast tego przeczesałem włosy i naciągnąłem kaptur na głowę, starając się wtopić w tło.

– Hej.

Aż podskoczyłem i raptownie zasłoniłem twarz z obawy, że ktoś spuści mi wpierdol na oczach Schrödera. Mój instynkt zadziałał prędzej niż umysł i dopiero po chwili się zorientowałem, że nikt nie podniósł na mnie ręki.

– Wszystko w porządku? – zapytała May.

Głos miała niski i ciepły. Pomyślałem, że fajnie by było usłyszeć, jak jego właścicielka się śmieje. Właściwie to nie przepadałem za cudzym śmiechem. Kojarzył mi się głównie z bólem i poczuciem wstydu. Dziwne…

– Na twoim miejscu nie siadałbym obok niego! – poradził Ben, podczas gdy ja nadal milczałem niczym ostatni palant.

– Ja bym się bała, że zarazi mnie wszami – dorzuciła Greta.

Ścisnąłem trzymany w dłoni długopis, wyobrażając sobie, jak jego koniec ląduje w jej oku. Dlaczego?, pytałem sam siebie, co było zupełnie bezsensowne, ale czasami nie potrafiłem tego powstrzymać. Zachodziłem w głowę, co takiego im zrobiłem. Czym podpadłem?

– Poza tym on nie lubi dziewczyn – dodał Felix.

– Dużo bardziej podoba mu się ruchanie od ty…

– Spokój! – krzyknął Schröder.

May pochyliła głowę, by spojrzeć mi w twarz. Kurtyna delikatnych kasztanowych loków zasłoniła przedzierające się przez okna promienie słońca. Słodki, przyjemny zapach trafił do moich nozdrzy i sprawił, że zapragnąłem się uśmiechnąć.

– Mogę? – zapytała, wskazując na krzesło obok.

Ona tak serio? Chce dobrowolnie trafić na czarną listę Krausa, i to od razu pierwszego dnia? Jest nienormalna? A może nie rozumie dobrze po niemiecku i nie załapała, że siedzenie ze mną w jednej ławce będzie jak wkroczenie w ognistą pułapkę?

Wzruszyłem ramionami, wracając do notatek.

Maya

Minęły prawie trzy tygodnie, odkąd przeprowadziłam się do Tuttlingen. Tęskniłam za domem w Szwajcarii, ale postanowiłam nie pękać. Nie należałam do nieśmiałych, skrytych dziewczyn, zatem znalezienie nowych znajomych nigdy nie sprawiało mi problemów. Byłam przekonana, że niebawem poczuję się tutaj jak u siebie.

Nie mogłam skupić uwagi na lekcji prowadzonej przez pana Schrödera. Podejrzewałam, że jego monotonny sposób mówienia uśpiłby nawet najbardziej niezłomnych uczniów. Zakryłam usta ręką i ziewnęłam szeroko, po czym oparłam się na łokciu i skierowałam wzrok na siedzącego obok mnie chłopaka.

Odniosłam nieodparte wrażenie, że biedak próbuje wniknąć w krzesło albo po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Był bardzo szczupły i blady, ale przystojny. Kruczoczarne, wyglądające na farbowane włosy miał dłuższe z przodu, krótsze z tyłu. Postrzępiona grzywka opadała na czoło, zasłaniając brwi. Zielone oczy mocno obrysował czarną kredką. Nosił cienki okrągły kolczyk w lewym nozdrzu i drugi identyczny w dolnej wardze. Ubrany był w obcisłe, ciemne dżinsy i czarną bluzę z nazwą zespołu Slipknot.

Chyba zauważył, że go obserwuję, bo przygryzł paznokieć kciuka i jeszcze bardziej się zgarbił, zapisując coś w zeszycie.

Westchnęłam, opadając na oparcie krzesła. Chciałam dać mu trochę przestrzeni, by poczuł się swobodniej, jednak nie mogłam powstrzymać odruchu zerkania w jego kierunku.

Nie musiałam umieć czytać w myślach, żeby wiedzieć, jak bardzo ten chłopak był przerażony. Głupie docinki prawdopodobnie stanowiły tylko kroplę w morzu otaczającego go mroku. Znałam to. Dzieciaki z mojej dawnej szkoły też potrafiły być istnymi potworami.

Pamiętam, jak kilka dziewczyn uwzięło się na pochodzącą z Turcji Elif. Wyśmiewały ją na każdym kroku, nazywając Kanake2. Zresztą sama nie byłam lepsza. Zawsze gdy inni jej dokuczali, stałam, patrzyłam i czekałam, aż skończą. Prawda taka, że paraliżował mnie strach. Obawa, że wstawienie się za Elif będzie moim końcem. Przełamałam się dopiero kilka dni przed wyjazdem z Szafuzy i postanowiłam z nią pogadać, przeprosić za swoje tchórzostwo, ale było za późno. Jadąc z rodzicami samochodem w stronę Tuttlingen, przysięg­łam sobie, że już nigdy nie będę obojętna na krzywdę innych.

Rzuciłam okiem na zegar wiszący nad tablicą. Do końca lekcji zostało dziesięć minut. Schröder właśnie zadawał zadanie domowe, a blondyn, który wcześniej zaczepił mojego kolegę z ławki, zarechotał, gdy podawał sąsiadowi kartkę wyrwaną z zeszytu. Strona została puszczona w obieg po całej klasie, aż wreszcie trafiła na blat naszego stołu.

Obrazek przedstawiał dwójkę chłopców robiących sobie dobrze. Nietrudno było odgadnąć, kogo autor miał na myśli. Do tego ktoś dopisał czerwonym markerem: „Jeszcze się nie powiesiłeś, pedale?”.

Czarnowłosy chłopak zerwał się z miejsca równo z dzwonkiem, ale mogłabym przysiąc, że na widok rysunku zacisnął mocno zęby.

Sięgnęłam po tę cholerną kartkę, przeklęłam pod nosem, po czym zmięłam papier, by wyrzucić śmieć do kosza.

– A ty, dokąd, skarbie? – Zatrzymał mnie postawny blondyn. Typ, który gnębienie słabszych najwyraźniej postawił sobie za cel życiowy. – Jestem Ben – przedstawił się, wyciągając do mnie rękę.

Spojrzałam na jego dłoń, później w lekko zmrużone niebieskie oczy. Uważał się za gwiazdę i przypuszczalnie nikt go jeszcze nie wyprowadził z błędu. Założyłam ramiona na piersi, chowając pod pachę pięść ze zgniecioną kartką. Uniosłam dumnie głowę. Chciałam mu w ten sposób pokazać, że nie warto ze mną pogrywać.

– To twój pierwszy dzień, więc nic dziwnego, że jesteś troszeczkę pogubiona. Pozwól, że wyjaśnię ci kilka podstawowych reguł. – Ten impertynencki gnojek objął mnie ramieniem, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, po czym zaczął prowadzić w stronę korytarza.

Od razu po opuszczeniu sali lekcyjnej wymknęłam się z jego uścisku, co w ogóle mu nie podpasowało.

– O co ci chodzi, maleńka?

– Nazwij mnie tak jeszcze raz, a przysięgam, że złamię ci, za to nos – ostrzegłam śmiertelnie poważnie.

– O, jaka narwana, podoba mi się to.

Stanęłam do niego plecami, podeszłam do kosza i wyrzuciłam pomięty rysunek.

– Wstałaś dziś lewą nogą czy zimna suka to twój stały stan? – zaśmiała się jakaś dziewczyna.

Ktoś inny wyciągnął kartkę ze śmietnika, rozłożył ją i wyszczerzył zęby.

– Toż to istne dzieło sztuki! – stwierdził, prezentując rysunek towarzyszącym nam uczniom. – Proponowałbym umieścić go w szkolnej gablotce.

– Dawaj to, mam taśmę klejącą! – odezwała się stojąca obok dziewczyna.

– Odbiło wam? – Chciałam wyrwać rysunek z jej rąk, ale Ben zastawił mi drogę.

Chłopak patrzył na mnie w taki sposób, jakbym to ja postradała rozum.

– Co ci to przeszkadza? Tylko sobie niewinnie żartujemy. Poza tym ani razu nie skłamałem. Becker to ciota, ma nawet swojego chłoptasia. Pech ciał, że musieli się rozstać. Idę o zakład, że beczał przez co najmniej tydzień…

– Nawet jeśli jest gejem, nie rozumiem, co w tym śmiesznego. To żaden powód, by się z niego nabijać.

– Wyluzuj, mała, złość piękności szkodzi. Żal by było takiej ślicznej buźki.

Chciał mnie dotknąć, więc pospiesznie się odsunęłam. W tle usłyszałam rozbawioną gromadkę dzieciaków. Pewnie właśnie zrealizowali plan wywieszenia tych okropnych bazgrołów w gablotce.

– W sobotę jest imprezka u Feliksa. – Ben niespodziewanie zmienił temat. – Byłoby fajnie, gdybyś wpadła. Zapoznam cię z naszą paczką.

– Skąd pomysł, że chcę was poznać?

– Słodka jesteś. – Znów objął mnie ramieniem.

Wszystkie moje mięśnie się spięły w ułamku sekundy.

– Bez nas zginiesz – oświadczył, posyłając mi szelmowski uśmiech.

Nie powiem, był cholernie przystojny, ale miał naprawdę paskudny charakter. Piękne, czerwoniutkie, lecz robaczywe jabłko.

Kolejną pauzę, tę dwudziestominutową, spędziliśmy na dworze, siedząc na schodach i gadając o wszystkim i niczym. Z tym że głównie mówił Ben, a jego nieodłączni kompani przytakiwali mu niczym stado bezmózgich baranów. Nie czułam się komfortowo w tym towarzystwie, ale zauważyłam, że dzięki temu odwróciłam ich uwagę od szykanowanego chłopaka. Nie miałam pojęcia, gdzie spędzał przerwy. Dosłownie wybiegał z klasy po każdym dzwonku i znikał jak ninja.

1 Na końcu książki znajduje się wykres obrazujący system szkolnictwa w Niemczech (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).

2Kanake – obraźliwe określenie ludzi pochodzenia tureckiego mieszkających w Niemczech.

Rozdział 2

Jace

Wbrew pozorom to był naprawdę dobry dzień. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałem tyle luzu w szkole. Doskonale wiedziałem, komu zawdzięczam te chwile beztroski. Ben i jego klika zajęli się nową, której na razie nie potrafiłem rozgryźć.

Na pierwszy rzut oka May wydawała się dokładnie taka jak reszta mojej klasy. Jej dizajnerskie ciuchy aż krzyczały, że rodzice dziewczyny dobrze zarabiają, do tego nosiła perfekcyjnie ułożone włosy i delikatny, podkreślający urodę makijaż. Niemalże ideał. Nic więc dziwnego, że Kraus tak się nią zainteresował.

W chwili gdy zajęła miejsce w mojej ławce, Ben aż kipiał ze złości. Narysowany przez niego obrazek zapewne nawet w małym stopniu nie zrekompensował mu tej zniewagi, ale wywołał na jego wrednej gębie szeroki uśmiech.

Nienawidziłem, kiedy obrażali mojego przyjaciela. Mogli wyżywać się na mnie, do tego zdążyłem przywyknąć, lecz Rei­ner nie zasłużył sobie na takie traktowanie. Na moim miejscu obiłby Krausowi dziób i dopilnował, żeby taka sytuacja nigdy się nie powtórzyła. Ale ja nie byłem taki jak on. Potrafiłem tylko uciekać i chować tyłek przed kłopotami, a dopiero zepchnięty na granicę wytrzymałości odszczekiwałem się ostatnim bezradnym odruchem, co jedynie pogarszało sytuację.

– Jak było w szkole? – Mama postawiła na stole talerz z kanapkami i usiadła naprzeciwko.

– Jak zwykle nudno – oświadczyła siostra. – Ej, Reini ­pytał o ciebie. Ponoć macie się spotkać w sobotę u babci?

Przytaknąłem.

– Biedny chłopak – skomentował tata, dolewając sobie gorącej herbaty.

– Pewnie ciągle jest mu bardzo trudno. – Mama pokręciła głową, wyraźnie pochmurniejąc.

Moi i Reinera rodzice od lat dobrze się znali, dlatego tragiczny wypadek samochodowy, śmierć pana Schneidera i zły stan jego żony wstrząsnęły całą naszą rodziną. Starałem się być twardy i wspierać przyjaciela, mimo że pocieszenie go czasami graniczyło z cudem. Był bardzo przywiązany do matki, a ona leżała teraz przykuta do łóżka i walczyła o każdy kolejny dzień.

Nigdy nie zapomnę pustki w oczach Reinera, kiedy spuszczono trumnę z jego tatą do grobu. Bałem się, że go stracę, a przecież traktowałem tego chłopaka jak rodzonego brata. Nie mogłem do tego dopuścić.

– Pamiętasz Mię? – zapytała mnie Sabrina. – Wygląda na to, że Reiner się w niej zabujał. Idę o zakład, że ci dwoje będą parą jeszcze przed zakończeniem roku.

Też mi niespodzianka. Ruda interesowała się moim najlepszym kumplem już w Grundschule i tylko ślepy by tego nie zauważył. No dobra… ślepy i Reiner.

– Pomyślałam, że możemy ją zaprosić na moje urodziny, to już za dwa miesiące! – ciągnęła siostra.

– Błagam cię, nie baw się w swatkę. – Rzuciłem jej wymowne spojrzenie.

– Czasami szczęściu trzeba pomóc.

– A jak minął twój pierwszy dzień? – Mama zaczęła mi się wnikliwie przyglądać.

– W porządku – odpowiedziałem bez wahania, przyklejając do twarzy uśmiech, który z pozoru miał wyglądać naturalnie.

– Jak zwykle gadatliwy – podsumowała z ironią Sabrina.

– Jedna gaduła w rodzinie w zupełności wystarczy – odciąłem się złośliwie.

Po odrobieniu lekcji wziąłem prysznic, włożyłem piżamę i wskoczyłem do łóżka ze słuchawkami w uszach. Zgasiłem światło, zamknąłem oczy i wsłuchałem się w ostre kawałki zespołu Bullet for My Valentine.

Odkąd skończyłem dziesięć lat, miałem poważne problemy z zasypianiem. Nawet gdy byłem wyczerpany i padałem ze zmęczenia. Obawiałem się koszmarów, w których na nowo przeżywałem najgorsze chwile swojego życia. Nie wystarczało, że mnie szykanowano i poniżano w szkole, nocą wszystko wracało, i to ze zdwojoną siłą. Gdybym tylko mógł, w ogóle przestałbym sypiać.

Zastanawiałem się, co mnie jutro czeka. Czy nowa znów usiądzie ze mną w ławce? A może Ben i jego banda opowiedzieli jej wystarczająco dużo obrzydliwych historyjek, by trzymała się z daleka? I czy uwierzyła w ich opowieści?

Nie chciałem robić sobie nadziei, że coś może ulec zmianie, jednak w jakiejś małej części ubzdurałem sobie, że May zobaczyła we mnie kogoś więcej niż ofiarę losu wdeptaną psychicznie w podłogę.

Może dlatego, że nie odwróciła wzroku, gdy Ben zaczął swoje głupie komentarze. Nie śmiała się razem z resztą. Te szczegóły wciąż powracały w myślach jak piosenka zapętlona w słuchawkach.

Próbowałem sobie wmówić, że to nic nie znaczyło. Że jutro wszystko wróci do normy. Ona usiądzie gdzie indziej, będzie unikała mojego wzroku, a Kraus i jego banda znajdą nowy powód do szydery.

A jednak coś w głębi nie chciało się z tym pogodzić.

Leżałem w ciemności, wsłuchany w ciężkie riffy gitary, i wyobrażałem sobie, że następnego dnia May po prostu usiądzie obok mnie. Bez wahania. Jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.

Unikałem autobusów szkolnych. Jeździłem nimi tylko wtedy, gdy pogoda nie dawała mi wyboru. Zwykle budziłem się godzinę wcześniej i całą drogę pokonywałem pieszo lub na rowerze. Niestety tego dnia lało i wiał porywisty wiatr.

Czekając na przystanku, wsłuchiwałem się w muzykę rozbrzmiewającą w słuchawkach. Co chwilę przygryzałem dolną wargę, nie mogąc przestać myśleć o tym, jakie atrakcje przygotowano dla mnie tym razem. Potrafiłem znieść naprawdę wiele, ale też miałem granicę wytrzymałości.

Naciągnąłem na twarz szeroki kaptur bluzy, opuszczając go aż do nasady nosa, zasunąłem zamek skórzanej kurtki i wszedłem do autobusu. Najchętniej zająłbym miejsce zaraz obok kierowcy, może wtedy Ben i jego paczka zostawiliby mnie w spokoju. Szkoda, że pan Frank nie pozwolił mi na to jeszcze ani razu. Nie lubił towarzystwa dzieciaków… aż dziw, że zdecydował się na taką, a nie inną pracę.

– Na co czekasz, siadaj na tyłku! – pogonił mnie otyły mężczyzna.

– Panu również życzę miłego dnia – powiedziałem sarkastycznie.

W uszach pojawił mi się znajomy pisk, a gdy rozpoznałem zagrożenie, serce przyspieszyło. Utkwiwszy spojrzenie w czubkach glanów, stawiałem krok za krokiem, okłamując w myślach samego siebie, że dziś dadzą mi spokój.

Złapałem się stalowej poręczy, wolną ręką pociągnąłem za krawędź kaptura, by jeszcze bardziej zasłonić twarz.

– Co jest, cioto? Nie siadasz? Dupsko boli? – Ben nie omieszkał się ze mną przywitać, a cała reszta zaakompaniowała mu gromkim śmiechem.

Górna warga mi zadrżała i zanim zdążyłem się od tego powstrzymać, uniosłem rękę i pokazałem gnojowi ­środkowy palec.

– Śmierdzący pedał! – warknął Kraus.

Raptownie wstał z fotela, chwycił mnie za fraki i nie zważając na dorosłego prowadzącego pojazd, posłał mi kolano w brzuch. Powietrze uciekło z płuc z głuchym świstem. Zgiąłem się wpół, a zanim zdążyłem złapać oddech, Ben poprawił łokciem w plecy. Ostra fala bólu przeszła po kręgosłupie.

– Tam jest twoje miejsce, cwelu, na ziemi, razem z robakami! I nie wstawaj, dopóki ci nie pozwolę! – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Nie zamierzałem oberwać kolejny raz, więc nie zostało mi nic innego, jak posłuchać. Klęczałem przed tym dupkiem, drżąc ze wściekłości i bezradności. Czułem twardą gulę rosnącą w gardle, piekące oczy. Serce waliło mi tak mocno, że aż dudniło w uszach.

Chciało mi się płakać. Jednocześnie miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, takim pustym, histerycznym, niemającym nic wspólnego z radością. Emocje szarpały mną z każdej strony. Wstyd palił skórę, gniew ściskał szczęki, a gdzieś pod tym wszystkim czaiło się coś jeszcze.

Bezsilność.

Najgorsze było to, że nikt nic nie powiedział. Że wszystko działo się przy innych, a oni tylko patrzyli… albo udawali, że niczego nie dostrzegają. Jakby klęczący chłopak na podłodze stanowił zupełnie normalny widok. Jakby właśnie tak powinno wyglądać moje miejsce.

Maya

– Córuś, wstawaj! Tata już dawno jest gotowy!

Mało co nie dostałam zawału, gdy poczułam na karku lodowate palce. Jak się po chwili okazało, należały do mojej rodzicielki. Wciągając z sykiem powietrze, wyskoczyłam z łóżka i prawie przyładowałam głową w jej szczękę.

– Co? Przecież… jakim cudem? Głupi budzik! – Przeczesałam zmierzwione włosy, potarłam twarz i z kwaśną miną skontrolowałam godzinę na nowiusieńkiej Nokii. – Szlag!

– Maya! – zagrzmiała mama.

– Już pojechał? Zaraz się przebiorę, daj mi pięć… nie, dziesięć minut.

– Masz cztery! – doszedł mnie głos ojca.

– Scheiße3, Scheiße, Scheiße, Scheiße!

– Jeszcze jedno Sch… – Mama nie dokończyła, a jej policzki aż poczerwieniały. – Jeszcze jedno przekleństwo, a nie wyjdziesz z domu przez najbliższe dwa tygodnie.

W przypływie gniewu już chciałam ponownie rzucić mięsem, ale perspektywa gnicia w mieszkaniu przez całe czternaście dni w ogóle mi nie odpowiadała. Ugryzłam się w język i z prędkością godną Flasha4 zrzuciłam piżamę, włożyłam świeże ciuchy i zniknęłam w łazience.

Nie miałam czasu, by umyć włosy i zrobić makijaż, więc związałam kasztanowe kosmyki w koński ogon i pomalowałam usta błyszczykiem. Nie wyglądałam źle, ale coś mi mówiło, że niektóre dziewczyny z mojej nowej klasy wyrażą inne zdanie na ten temat… Niech się walą.

Wybiegłam na korytarz, wyrwałam z rąk mamy tost posmarowany dżemem, podziękowałam i wgryzłam się w chrupiące pieczywo, wychodząc na klatkę schodową, gdzie czekał na mnie tato.

– Kobiety – podsumował, przewracając oczami, po czym dał mi całusa w czoło i razem zeszliśmy po schodach.

Przeprowadziliśmy się do Tuttlingen z powodu pracy ojca polegającej na programowaniu maszyn CNC. Byłam świadoma, że nie zabawimy tutaj długo. Za jakiś rok mieliśmy wrócić do Szwajcarii. Firma taty wysłała go do Niemiec, żeby przypilnował pewnego ważnego projektu.

Gdy tylko rozsiadłam się na fotelu pasażera naszego terenowego Audi, jeszcze raz skontrolowałam wygląd w lusterku samochodowym.

– Wyglądasz ślicznie, Bienchen5 – skomentował tata, wyjeżdżając z garażu podziemnego.

Uśmiechnęłam się jednocześnie szczęśliwa i zakłopotana. Rodzice nazywali mnie tak, odkąd pamiętam. Byłam ich kochaną Pszczółką Mają. W kartonach na strychu naszego domu w Szafuzie trzymaliśmy książki i przeróżne zabawki z tej bajki: od maskotek po puzzle. Gdy miałam pięć lat, mama uszyła mi nawet kostium i od tego czasu większość członków mojej rodziny, jak tylko mnie widzi, zaczyna głośno bzyczeć.

– Wczoraj nie było okazji pogadać. – Tata zatrzymał się na czerwonym świetle i rzucił mi krótkie spojrzenie. – Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze. Poznałaś jakieś fajne koleżanki?

– Za rok wrócimy do Szwajcarii, nie widzę więc sensu w szukaniu nowych przyjaciół.

– Masz mi za złe tę przeprowadzkę. Myślałem, że wszystko sobie wyjaśniliśmy i…

– To nie tak! – przerwałam mu z wymuszonym uśmiechem. – Jest spoko, choć niektórzy zdążyli mi już zajść za skórę.

Staruszek zaśmiał się głośno, a kiedy zaświeciło zielone, ruszył w kierunku Realschule.

– Nie ma to jak dobre pierwsze wrażenie – oświadczył.

– Mogę cię o coś zapytać? – Spochmurniałam, co od razu zauważył, bo również przybrał posępną minę.

– Oczywiście, Bienchen.

– Co byś zrobił, gdyby ktoś, a raczej więcej ktosiów dokuczało słabszemu na twoich oczach?

– Ktoś ci dokucza?

Mogłam się domyślić, że odbierze to w ten sposób. Każdy, kto choć trochę mnie znał, wiedział, że byłam córeczką tatusia. Kochałam tego zwariowanego staruszka i choć niektórzy uważali to za dziwne, o wiele łatwiej mi się rozmawiało z nim niż z mamą.

– Nie chodzi o mnie – wyjaśniłam, na co uniósł brew z niedowierzaniem. – Odpowiesz mi?

– Wstawiłbym się za tym biedakiem. Gnębienie słabszych jest oznaką tchórzostwa i niskiej samooceny. Ludzie, którzy dopuszczają się takich rzeczy, często szukają uwagi, chcą być w centrum zainteresowania i nie zważają na to, że sprawiają ból innym. A wystarczyłoby trochę więcej empatii.

Mówił tak, jakby sam doświadczył czegoś podobnego, co odrobinę mnie zaniepokoiło. Zanim jednak zdążyłam wyciągnąć od niego więcej informacji, zatrzymał się na szkolnym parkingu.

– Na pewno wszystko u ciebie w porządku? – Tata położył mi rękę na udzie, powstrzymując mnie od wyjścia z auta.

– Nie musisz się martwić, dam radę. Kto jak nie ja?

– Ale w razie gdyby coś… Pamiętaj, że możesz mi o wszystkim powiedzieć, okej?

Nachyliłam się i mocno go przytuliłam. Był kochany i nie zamieniłabym go na nikogo innego.

– Do zobaczenia w domu – pożegnałam się.

– Bienchen.

– Tak?

– Masz dżem na brodzie.

Zdążyłam na zajęcia w ostatnim momencie. Nie znałam jeszcze babki od anglika, ale z tego, co opowiadała Klara, wynikało, że należała do grona sympatyczniejszych nauczycieli.

Weszłam do sali i szybko ruszyłam w stronę ostatniej ławki. Dziewczyny z grupy Bena pomachały do mnie, gestykulując, żebym usiadła z którąś z nich. Uśmiechnęłam się, lecz zajęłam miejsce obok chłopaka, którego imienia nie znałam.

– Hej. – Szturchnęłam go łokciem, czego prawie natychmiast pożałowałam.

Brunet wzdrygnął się tak mocno, jakbym przyłożyła mu pięścią w twarz.

– Mam na imię May – przedstawiłam się na wypadek, gdyby nie pamiętał. – A ty?

Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami, chyba nie do końca pewien, co zrobić. Promienie światła zatańczyły w jego zielonych tęczówkach, przez co nie mogłam oderwać od nich wzroku. Było w nich coś wyjątkowego i tak intensywnego, że zapragnęłam więcej. Miałam gdzieś ciche śmiechy w tle czy obraźliwe docinki szeptane przez część klasy. Chciałam poznać tego chłopaka. Przekonać się, jaki jest naprawdę.

– Jace? – odpowiedział pytająco, wywołując delikatny uśmiech na mojej twarzy.

Chciałam dodać coś jeszcze, ale zanim to zrobiłam, próg pomieszczenia przekroczyła nauczycielka. W trakcie lekcji okazało się, że pani Herfurth jest dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałam. Miła oraz uprzejma, jednak w razie potrzeby potrafiła także upomnieć i przywołać nieposłusznych uczniów do porządku. Klasa ją szanowała, co budziło mój podziw. To były pierwsze zajęcia, na których nikt nie zaczepił siedzącego przy mnie chłopaka. Pierwsze, na których czułam się naprawdę dobrze.

Pięć po dziesiątej nastała długa pauza. Jace znów zniknął mi z oczu, a Ben wraz z całą paczką otoczyli mnie na korytarzu i zasypali pytaniami:

– To jak będzie z tą sobotą? Mam nadzieję, że wpadniesz.

– Mogę po ciebie podjechać, mój brat ma prawko.

– Będą procenty i może coś ekstra.

– Kameralna atmosfera, tylko najlepsi z najlepszych!

– Może się pojawię – odpowiedziałam, żeby ich zbyć, ale tak po prawdzie nie bardzo ciągnęło mnie na tę imprezę.

– Pokażemy ci, jak pić, tańczyć i dobrze się bawić – oświadczył Ben, po czym stanął tuż za mną.

Kiedy ułożył dłonie po obu stronach moich bioder, postawiłam krok do przodu. Nie chciałam, żeby mnie dotykał. W ogóle się nie znaliśmy!

– Wiesz, że nie musisz siedzieć obok tego frajera? – zagaiła nagle Leoni, niska rudowłosa dziewczyna trzymająca dłoń Alana.

– Nie rozumiem, dlaczego miałabym się przesiadać. – Wyprostowałam plecy i zmierzyłam ją gniewnym spojrzeniem.

– Dajcie jej spokój. – Ben machnął ręką. – Ale nie mów, że cię nie ostrzegaliśmy, kiedy oblezą cię wszy! – zwrócił się do mnie.

Zignorowałam go. Ku mojej uciesze, rozmowa szybko zeszła na inny temat. Dziewczyny opowiadały, co włożą na sobotnią imprezę, a chłopaki, jak dużo alkoholu są w stanie wydoić i ile lasek zaliczyć.

Mieliśmy po szesnaście lat i chyba każdy z nas już nieraz myślał o seksie. Ja nie czułam się gotowa na ten krok, poza tym jeszcze nie spotkałam nikogo odpowiedniego. W Szwajcarii znałam kilku chłopaków, którzy bardzo mi się podobali, ale przecież nie chodziło wyłącznie o wygląd. Szukałam kogoś wyjątkowego. Kogoś, w kim mogłabym zatonąć i przy kim nie musiałabym niczego udawać.

Po przerwie wróciliśmy na zajęcia. Jace nie odezwał się do mnie ani słowem. Nie do końca wiedziałam, czy nie chciał ze mną gadać, czy po prostu się cieszył, że dano mu trochę przestrzeni. Ben spędzał każdą pauzę ze mną, a zważywszy na fakt, że nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie, śmiało wywnioskowałam, że zostawił Jace’a w spokoju.

Lekcje skończyły się dziś wcześniej, bo przed czternastą. Zanim opuściłam budynek, wyjrzałam przez okno. Deszcz przestał padać kilka godzin temu, a przepiękna tęcza przyozdobiła niebo. Reszta dnia zapowiadała się słonecznie, co wprawiło mnie w dobry nastrój. Jeszcze nie miałam okazji, by poznać Tuttlingen. Tata kończył pracę dopiero po piętnastej, więc postanowiłam napisać mu SMS-a, że będę krążyć po rynku, a o wpół do czwartej chcę się z nim spotkać w pubie, gdzie – jak twierdził – robią najlepsze kebaby w mieście.

Zarzuciłam plecak na ramię i zeszłam do szatni. Na schodach zatrzymała mnie Klara, która koniecznie chciała mi coś pokazać.

Wzruszyłam ramionami. Miałam jeszcze wystarczająco dużo czasu, by chwilę z nią pogadać. Zawróciłam i razem z blondynką usiadłyśmy pod ścianą obok świetlicy.

Jace

Z szafki w szatni wyjąłem skórzaną kurtkę, przewiesiłem ją przez ramię i włożyłem słuchawki do uszu. Włączyłem muzykę na odtwarzaczu MP3 i mocno podgłośniłem. Nie pomogło. I tak słyszałem głosy, zarówno te rzeczywiste, jak i wyimaginowane. Wyzwiska, docinki, śmiechy…

Zmierzwiłem włosy tak, by gęsta grzywka zasłoniła mi oczy. Nie mogłem stać się niewidzialny, co nie oznaczało, że nie próbowałem. Poprawiłem plecak, odciągając myśli od szykanujących mnie idiotów, i ruszyłem do wyjścia.

– A tobie gdzie tak spieszno?

Zamknąłem oczy i chciałem wziąć głęboki wdech, ale nie zdołałem. Miałem wrażenie, że coś przygniotło mi przeponę. Wszystko we mnie krzyczało, bym uciekał. Co z tego, skoro stopy były jak przyklejone do podłogi? Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem krzyczeć, nie mogłem zrobić nic. Zastygłem, serce waliło szaleńczo w klatce piersiowej, jakby chciało wyskoczyć na zewnątrz.

Zmusiłem się do uchylenia powiek, a kiedy odnalazłem spojrzeniem Bena, Feliksa, Alana i Petera, wiedziałem, że nie opuszczę szkoły bez kolejnych siniaków.

– Ani trochę mi się nie podoba, że krążysz koło tej nowej. Trzymaj się od niej z daleka! – rozkazał Kraus, co totalnie mnie rozbawiło, bo przecież tylko się przedstawiłem tamtej dziewczynie.

Powstrzymałem śmiech, ale nie kpiące westchnienie. Błąd! Chłopaki natychmiast podbiegły, jeden wyrwał mi plecak i wyrzucił zawartość na ziemię, drugi złapał mnie od tyłu, a trzeci ściągnął kaptur z głowy i szarpnął za włosy, zwracając twarz w stronę ich lidera. Słuchawki wypadły mi z uszu.

Nie było sensu walczyć. Musiałem to po prostu przetrwać. Zaczekać, aż wyładują na mnie frustrację i gniew, a później zapomnieć. Nie miałem innego wyjścia. Nikt się za mną nie wstawi, nikt ich nie powstrzyma. Jestem tu tylko ja i paraliżujący strach.

– Masz się nie zbliżać do May! Zostaw tę pannę w spokoju! – Ben zacisnął pięść i wpakował ją w mój brzuch.

Zgiąłem się wpół z bólu, ale jego koleżka przypilnował, bym wrócił do poprzedniej pozycji. Nagle ogarnął mnie bezgraniczny gniew i mimo świadomości, że dyskutowanie z tym gnojkiem skończy się większym laniem, nie potrafiłem utrzymać języka za zębami.

– Pytanie, czy ona zechce zostawić w spokoju mnie. Jak myślisz?

Twarz Krausa błyskawicznie poczerwieniała, a pięść powędrowała na spotkanie z moim policzkiem.

– Bijesz jak baba – stwierdziłem, następnie przejechałem językiem po zębach, z ulgą rejestrując, że wszystkie są na miejscu.

Byłem naprawdę dobry w prowokowaniu. Czasami tylko dzięki temu nadal trzymałem fason. Bałem się tych dupków i oni doskonale o tym wiedzieli, a słowa stanowiły moją jedyną broń. Zwykle potrafiłem milczeć, ale kiedy miarka się przebierała, wybuchałem jak wulkan i miałem gdzieś, ile razy mnie zdzielą.

– Chłopcy przestali ci wystarczać, szmato? – zapytał, znów uderzając, tym razem w żebra. Nie włożył w to całej siły, hamował się. Przypuszczalnie nie chciał przegiąć i stracić worka do bicia.

Powód, dla którego postanowił spuścić mi łomot, był śmieszny i zupełnie niepoważny, ale Ben potrafił mnie skopać nawet za to, że oddychałem tym samym powietrzem co on. Każdy pretekst brzmiał dla niego wystarczająco dobrze.

Wątpiłem, by May się mną interesowała. Przypuszczalnie wybrała moją ławkę, bo było jej mnie żal. Takie dziewczyny jak ona nie zadają się z przegrywami. Żywiłem przekonanie, że wytrwa w postanowieniu góra kilka tygodni, po czym usiądzie z kimś innym.

– Nie zbliżaj się do niej – powtórzył Ben, wymierzając mi jeszcze jeden cios.

Przytrzymujący mnie Felix zarechotał tuż obok mojego ucha, następnie popchnął tak, że upadłem na kolana. Ale to im nie wystarczyło. Ktoś sprzedał mi kopniaka w plecy, a później nacisnął stopą, aż dotknąłem twarzą podłogi.

– Jesteś nikim, nie wiem, po co w ogóle tu przychodzisz. Byłoby lepiej, gdybyś się zabił.

– No co ty, nie zrobię ci tego – rzuciłem. – Za bardzo byś za mną tęsknił.

Kopniak w bok odebrał mi dech na kilka sekund. Przewróciłem się na plecy, sycząc z bólu, i zacząłem się histerycznie śmiać. Nie lubili tego, ale ten odruch był ode mnie silniejszy. Kiedy czułem, że docieram do granicy wytrzymałości, całkowicie traciłem kontrolę.

– Chory pojeb! – ryknął Kraus na pożegnanie.

Jeden na mnie splunął, inny kopnął w nogi. Nie wstałem, dopóki nie nabrałem pewności, że sobie poszli.

Maya

Kiedy przeglądająca „Bravo”6 Klara zaczęła się dosłownie rozpływać z zachwytu nad jednym z wokalistów US57, podeszła do nas grupka chłopaków z klasy. Dziewczyna zamknęła czasopis­mo i schowała je do plecaka. Odetchnęłam z ulgą, bo miałam dość tej bezsensownej paplaniny. Po pierwsze nie przepadałam za tego typu muzyką, po drugie zaczynało mnie mdlić od wysłuchiwania wzdychań blondynki. Okej, Richie8 był niczego sobie, ale to tylko wygląd. Poza tym Ben praktycznie stanowił jego łatwiej dostępną kopię. Ciekawe, czy Klara podkochiwała się także w nim?

– Co tam? – Felix mrugnął zadziornie do siedzącej obok mnie blondynki.

– Mam ochotę na loda – oświadczyła, a po jej minie wywnioskowałam, że wcale nie chodziło o zimny deser.

– Spadajmy stąd! – Kącik ust Feliksa powędrował w górę. Chłopak wyciągnął rękę do Klary i pomógł jej wstać, po czym razem zniknęli bez pożegnania.

– A ty? – zapytał mnie Ben.

– Co ja?

– Masz ochotę na loda?

Przewróciłam oczami, podnosząc się z miejsca. Poprawiłam włosy i z wymuszonym uśmiechem poklepałam Bena po ramieniu.

– Obawiam się, że nie masz takiego, który by mi posmakował. – Puściłam do chłopaka oczko, pomachałam i odeszłam, nie reagując na jego głośne narzekanie i protesty.

Czasami się zastanawiałam, czy nastoletni faceci rzeczywiście myślą wyłącznie o seksie. Nie potrzebowałam tego, przynajmniej nie w tamtym momencie. Marzyłam o czymś prawdziwym, głębokim… i wiedziałam, że zdobycie tego graniczyło z cudem.

Gdy schodziłam do szatni, usłyszałam szelest i cicho wymawiane przekleństwa.

W pierwszej chwili nie rozpoznałam głosu, ale kiedy podążyłam za nim, odkryłam źródło hałasu. Zacisnęłam pięści, zdając sobie sprawę z własnej naiwności. Przez krótki moment się łudziłam, że Ben zostawił Jace’a w spokoju, lecz to byłoby zbyt piękne.

Uświadomiłam sobie coś jeszcze. Klara nie zagadała mnie przypadkiem. Nie chciała, żebym nakryła bandę na gnojeniu chłopaka i, nie daj Boże, ich od tego powstrzymała. Poczułam złość, ale nie potrafiłam stwierdzić, czy wkurzyłam się bardziej na Bena, czy na samą siebie.

Nie czekając, podeszłam do klęczącego na podłodze bruneta, który chował do plecaka porozrzucane książki i zeszyty. Pomogłam mu bez słowa, a kiedy skończyliśmy i Jace chciał wstać, z jego ust wydobyło się ciche syknięcie.

– Coś cię boli? – zapytałam jak kompletna idiotka, ponieważ w głębi wiedziałam, że przed chwilą go pobili.

– Pytanie, co mnie nie boli – mruknął, a po czym parsknął ironicznym śmiechem.

Tak, on naprawdę tak zareagował, a ja śmiało stwierdziłam w myślach, że mi się to podoba. Dawno nie słyszałam czegoś tak prawdziwego i spontanicznego. Większość ludzi wolała udawać i pokazywała innym kogoś, kim wcale nie są.

– Daj mi to – rozkazałam i ignorując protesty Jace’a, chwyciłam jego plecak.

– Nie powinnaś mi pomagać.

– A to niby dlaczego?

– To im się nie spodoba.

– No i? – Uniosłam brwi, wnikliwie lustrując chłopaka.

Nie chciałam go spłoszyć ani zabrzmieć nieuprzejmie. Wydawał się całkiem fajnym gościem i wbrew temu, co próbowali mi wmówić Ben i jego przyjaciele, zasługiwał na szacunek. Byłam także przekonana, że przy nim mogłabym być sobą i czuć się swobodnie. Może to tylko pozory, bo przecież praktycznie go nie znałam, ale tak właśnie podpowiadała mi intuicja.

– Wkurzą się – podkreślił i spojrzał mi prosto w oczy.

– Mam ich w dupie – rzuciłam ostro.

– Chcesz skończyć jak ja?

– To byłoby lepsze niż zostanie jedną z nich, nie sądzisz?

Z rozbawieniem pokręcił głową. Gdy przygryzł dolną wargę, zatrzymałam wzrok na jego ustach. Były suche i popękane, a miejsce, które chwycił między zęby, wyglądało tak, jakby nieustannie się nad nim znęcał.

– Jesteś szurnięta – oświadczył niespodziewanie.

– To źle?

– Jeszcze nie zdecydowałem.

Wyszliśmy na zewnątrz, ale ja nie zamierzałam się z nim rozstawać. Intrygował mnie do tego stopnia, że zapragnęłam go poznać. Tak naprawdę poznać, o ile mi na to pozwoli.

– Jest jeszcze wcześnie – stwierdziłam, ściskając mocniej szelkę jego plecaka.

– Oddaj mi go, serio, zaczynam czuć się głupio. Nie jestem niepełnosprawny.

– Tego nie powiedziałam.

– Ale tak się zachowujesz – burknął.

– Zawsze masz z tym problem? – zapytałam prowokacyjnie.

– Z czym?

– Z tym, że ktoś chce ci pomóc.

Spoważniał i znów przygryzł dolną wargę. Najwyraźniej ten gest w pewnym stopniu go uspokajał.

– Oddam ci plecak, jeśli ty oprowadzisz mnie po mieście – zaproponowałam.

– Ja? – Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

– A widzisz tutaj kogoś innego?

– To nie jest najlepszy pomysł – powiedział, naciągając kaptur na głowę.

Aż mnie palce świerzbiły, żeby go od tego powstrzymać. Zdążyłam zauważyć, że w ten sposób Jace się ukrywał. Było mi źle z myślą, że w mojej obecności także odczuwał dyskomfort. Niewykluczone, że robił to podświadomie. Budował wokół siebie mur obronny na wypadek, gdyby ktoś postanowił go zaatakować.

– Odnoszę dziwne wrażenie, że wcale nie chcesz odzyskać plecaka – zażartowałam, usiłując rozładować atmosferę.

– Na zwiedzenie całego miasta zabrakłoby nam czasu, ale… jeśli chcesz…

– A już ustaliliśmy, że chcę… – dokończyłam po swojemu i pełna zaciekawienia zaczekałam, co powie dalej.

– Często po lekcjach chodzę w pewne miejsce. Pomyśleć. Odpocząć… No wiesz, oderwać się od… – urwał i powiódł wzrokiem dokoła, by sprawdzić, czy nikt nas nie podsłuchuje. – Możemy tam pójść, jeśli naprawdę chcesz… – powtórzył niepewnie.

– Prowadź.

Nie wiem, ile razy zapytałam Jace’a, czy na pewno wszystko w porządku. Nie umknęło mojej uwadze, że co pewien czas łapał się za brzuch. Liczyłam, że ten spacer był dla niego równie przyjemny jak dla mnie. Przez całą drogę prawie nie rozmawialiśmy, zamiast tego od czasu do czasu wymienialiśmy spojrzenia, które wydawały się mieć o wiele więcej treści niż jakiekolwiek słowa.

Szliśmy blisko siebie, niekiedy stykając się ramionami. Droga prowadziła pod górę, w kierunku lasu. Na szczycie wzniesienia skręciliśmy w prawo, chwilę potem w lewo. Powitał nas śpiew ptaków, który – w miarę jak docieraliśmy do celu – stawał się wyraźniejszy.

Otoczył mnie charakterystyczny zapach żywicy, igliwia, mchu i grzybów. Delikatny, rześki wiatr muskał moją odsłoniętą twarz. Objęłam tułów ramionami, maleńkie włoski na rękach stanęły mi dęba.

– Kurtka za plecak? – odezwał się Jace po dłuższym milczeniu.

Przytaknęłam i oddałam mu materiałową kostkę. Zanim narzucił mi na ramiona swoją kurtkę, zawahał się i mocno napiął mięśnie szczęki.

– Coś nie tak? – spytałam zaniepokojona.

– Nie, nic… Ja tylko… – Westchnął głośno, opuszczając ciężkie okrycie na moje barki.

– Chodzi o… – Nie wiedziałam, czy mu zdradzić swoje przypuszczenia, ale szybko doszłam do wniosku, że powinnam być wobec niego szczera, więc dokończyłam: – To przez tego palanta ze szkoły, Bena.

Wzruszył ramionami, a ja przywołałam w pamięci słowa Krausa: „Nie mów, że cię nie ostrzegaliśmy, kiedy oblezą cię wszy!”.

– Nie przejmuj się nimi – poradziłam, świadoma, że to tylko bezwartościowe słowa, które nie poprawią sytuacji Jace’a ani nie obronią go przed nękaniem.

– Już prawie jesteśmy – oznajmił, nie komentując mojej wypowiedzi.

Po kilkudziesięciu metrach zeszliśmy ze żwirowej ścieżki i wkroczyliśmy na rozległą polanę. Pośrodku wznosiła się ogromna sekwoja, samotna i potężna, jakby od lat strzegła tego miejsca. Pień miała tak szeroki, że kilku dorosłych ludzi musiałoby objąć go ramionami, by zamknąć krąg, a wysoko nad naszymi głowami korona rozpościerała się niczym zielony dach.

– Pięknie tu. – Zrobiłam kilka obrotów wokół własnej osi, podziwiając widok.

Jace podszedł do pomalowanej na biało ławki i oparł się o drewniane szczeble. Kiedy chciałam usiąść, powstrzymał mnie od tego, łapiąc za ramię.

– Uważaj, jest wiecznie mokra.

– Och – mruknęłam, wdzięczna, że uratował mój tyłek przed zmoczeniem, po czym za jego przykładem również przeniosłam ciężar ciała na oparcie.

– Jak często tutaj przychodzisz? – zapytałam, obserwując otoczenie.

Gdybym miała przy sobie aparat, zrobiłabym mnóstwo zdjęć. W tym miejscu było coś magicznego, wartego utrwalenia.

– Prawie codziennie – przyznał. – Słuchaj, nie wiem, dlaczego to robisz. Nawet nie jestem pewien, czy chcę to wiedzieć.

Zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Kiedy dostrzegł skołowanie wypisane na mojej twarzy, kontynuował:

– Nie znam cię, a ty nie znasz mnie. Może ci się to wydawać naiwne, ale zawsze daję ludziom szansę. Próbuję nie skreślać innych na starcie.

– To chyba dobrze.

– Zależy dla kogo. Dla mnie niekoniecznie.

– Zaraz… – Odepchnęłam się od ławki i ustawiłam przodem do niego. – Chyba nie sądzisz, że robię sobie z ciebie żarty?

– Nie wykluczam tego – przyznał otwarcie.

– Nikomu nie zrobiłabym takiego świństwa!

– Dobrze.

– Mówię serio! – podkreśliłam, próbując odgadnąć jego myśli.

Jace uśmiechnął się ledwo zauważalnie, wsuwając kciuki w kieszenie czarnych, dopasowanych dżinsów.

A potem jak gdyby nigdy nic zmienił temat.

– Przeprowadziłaś się do nas ze Szwajcarii?

– Mamy dom w Szafuzie – przyznałam i pokrótce opowiedziałam mu, dlaczego zamieszkaliśmy w Tuttlingen.

– Więc za rok wyjedziesz? – zapytał z trudną do zinterpretowania miną.

– Tak, dlatego nie widzę żadnego powodu, żebym musiała się przypodobać tym pozerom. Robię to, na co mam ochotę, a w tej chwili wydajesz się sto razy lepszym kandydatem na kumpla niż oni wszyscy razem wzięci.

Nie odpowiedział, a ja nie ciągnęłam go za język. Po namyśle postanowiłam skierować naszą rozmowę na inne tory:

– Wiesz już, co chciałbyś robić po skończeniu szkoły?

– Można tak powiedzieć.

– Czyli? – drążyłam.

– To długa historia, wątpię, że…

– Mam czas – weszłam mu w słowo, ale sekundę później przypomniałam sobie, że umówiłam się na rynku z tatą.

Ukradkiem spojrzałam na zegarek i lekko wykrzywiłam wargi.

– Coś nie tak? – zapytał.

– Nie, tylko muszę wysłać SMS-a. Daj mi chwilkę.

Wyjęłam komórkę z plecaka i szybko napisałam ojcu wiadomość, w której poprosiłam, by się na mnie nie gniewał, ale spaceruję po mieście z kolegą z klasy i wrócę do mieszkania przed kolacją.

– Na czym skończyliśmy? – zwróciłam się do Jace’a. – Już wiem, właśnie chciałeś mi zdradzić, kim zamierzasz zostać w przyszłości.

Zaśmiał się już trzeci raz, a ja poczułam ciepło na sercu.

– W przyszłym roku chcę zacząć szkolenie na strażaka.

– Nie planujesz matury?

– Nie jest mi potrzebna, poza tym wątpię, bym wytrzymał w tym piekle kolejne trzy lata.

Przytaknęłam, postanawiając nie drążyć tematu wykształcenia.

– Dlaczego akurat ten zawód? – zapytałam zaciekawiona.

– Mój przyjaciel… – zaczął, nagle smutniejąc. – W zeszłym roku spotkało go coś potwornego. W jednym momencie stracił bardzo bliską mu osobę. Tak właściwie nie jedną. Trudno było mu się pozbierać… nadal nie jest dobrze, ale próbuję go wspierać. Po tym, co się wydarzyło, kilku strażaków odwiedzało go od czasu do czasu, żeby zobaczyć, co u niego. Nie musieli tego robić, a jednak poświęcali wolne chwile, by pomóc obcemu chłopakowi. Reiner szybko pokochał członków BF9, tak samo jak ja. Często jeździmy razem do remizy, spędzamy wolne chwile z jednostką Scotta, strażaka, który doglądał mojego przyjaciela. Oni są niesamowici… Sprawiają wrażenie nieustraszonych, do tego naprawdę przejmują się losem innych. Szczerze ich podziwiam.

Wiedziałam, że nie powiedział mi wszystkiego, a jednak czułam niewyobrażalną wdzięczność, że dopuścił mnie choć do fragmentu swojej historii. Pod powierzchnią słów kryło się znacznie więcej – tajemnice, które musiały kosztować go ból i długie godziny w samotności.

Z jego szmaragdowych oczu zdołałam wyczytać więcej, niż odważył się powiedzieć. Było w nich coś niespokojnego, coś, co niemal krzyczało o uwagę. Jakby od dawna nosił w sobie ciężar, którego nie miał komu oddać. Chciał mówić. Potrzebował tego bardziej, niż potrafił przyznać. Tyle że nikt wcześniej nie zatrzymał się na tyle długo, by naprawdę go wysłuchać. Nikt nie dał mu przestrzeni, w której mógłby opuścić gardę i pokazać, kim jest pod warstwą milczenia.

Nie mogłam mieć co do tego pewności. Jednak sposób, w jaki dobierał słowa, pauzy między zdaniami i cień przesuwający się po twarzy mówiły mi jedno. Jace od dawna zapominał o najważniejszej osobie w swoim życiu. O sobie samym. Zajęty troską o innych, oddał im wszystko, co miał, aż w końcu gdzieś po drodze zgubił własne potrzeby.

– Czyli chcesz zostać strażakiem – podsumowałam.

Celowo nie ciągnęłam tematu jego przyjaciela. Znaliśmy się dopiero kilka dni i nie chciałam przeciągnąć struny. Może kiedyś sam zdecyduje, by opowiedzieć mi więcej.

– Tak, ale wątpię, że mi się uda.

– Nie rozumiem, dlaczego miałoby ci się nie udać.

– BF to bohaterowie, nie ofermy – wyjaśnił grobowym tonem.

– To, iż ktoś każe ci wierzyć, że jesteś ofermą, wcale nie oznacza, że nią jesteś. Codziennie walczysz o swoje, nie podda­jesz się, nawet jeśli jest w cholerę trudno. Czy nie tak postępują prawdziwi bohaterowie?

Bez wątpienia zaskoczyłam go tym stwierdzeniem, nie skomentował jednak mojej wypowiedzi. Uniósł głowę i zawiesił wzrok na bezchmurnym niebie, a ja, korzystając z jego zadumy, zaczęłam mu się lepiej przyglądać.

Dopiero teraz dostrzegłam ślady, które wcześniej umknęły mojej uwadze. Na szyi majaczyły blaknące odciski palców, jakby ktoś jeszcze niedawno zaciskał tam dłoń zbyt mocno. Przez prawy łuk brwiowy przebiegała blizna, cienka, lecz wyraźna. Nie wyglądała na starą.

Serce ścisnęło mi się boleśnie. Te znaki nie były przypadkiem. Ktoś go krzywdził. Nieustannie.

3Scheiße (z niem.) – kurwa

4 Flash – postać z komiksów autorstwa Alexa Raymonda.

5Bienchen (z niem.) – pszczółko

6 „Bravo” – dwutygodnik dla młodzieży pochodzący z Niemiec.

7 US5 – boysband stworzony w 2005 roku w reality show Big in ­America.

8 Christopher Richard Stringini – wokalista, członek zespołu US5.

9 BF (Berufsfeuerwehren) – niemiecka Zawodowa Straż Pożarna, odpowiednik polskiej PSP.

Rozdział 3

Jace

Obudziłem się z uśmiechem na twarzy, szczęśliwy, że nie muszę iść do szkoły. Nastała sobota i zważywszy, że miałem ją spędzić z Reinerem u babci, dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Wczoraj przed pójściem spać pisałem z przyjacielem na ICQ10. Nie musiałem go widzieć, wystarczyło czytać między wierszami – był w totalnej dupie. Jego matka czuła się coraz gorzej, a obawa, że również umrze i zostawi go samego, wydawała się niebezpiecznie bliska spełnienia. Nie miałem pojęcia, jak go pocieszyć, nie znałem słów, które oddałyby mu tatę i postawiły mamę na nogi. Nie żyliśmy w świecie, gdzie istniała magia zdolna przechytrzyć śmierć.

Po doprowadzeniu się w łazience do stanu używalności wkroczyłem do kuchni, by zrobić śniadanie sobie i mojej rodzinie. Uwielbiałem gotować, choć mało kto o tym wiedział. Wrzuciłem do odtwarzacza płytę z najnowszym albumem System of a Down i wcisnąłem „play”. Nie chcąc obudzić siostry i mamy (tata wstał o świcie i pojechał z wujkiem na ryby), ściszyłem nieco dźwięk. Wyjąłem z lodówki potrzebne produkty, postawiłem na płycie patelnię i rozgrzałem na niej masło. Po kilku minutach w całym pomieszczeniu pachniało smakowitym śniadaniem w postaci tortilli z jajkiem, serem i warzywami. Na dużym drewnianym stole rozłożyłem zastawę dla trzech osób i nałożyłem każdemu sporą porcję potrawy. Kiedy kończyłem parzyć kawę, do kuchni wparowała Sabrina, a za nią ciągle zaspana mama.

– Mmm, cudnie pachnie – wymruczała siostra, dała mi buziaka w policzek i zabrała się za jedzenie.

– Proszę cię, kochanie, zmień tę muzykę. – Mama poprawiła poły szlafroka, zerkając na odtwarzacz CD.

Przełączyłem na radio. Nie każdy miał tak zajebisty gust jak ja i musiałem to zaakceptować. Byłem wdzięczny rodzicom, że nie próbowali zrobić ze mnie kogoś innego. Zdawałem sobie sprawę, że mój wygląd nie do końca im odpowiadał i najchętniej wyrzuciliby z mojej szafy wszystkie ciemne ciuchy. Kiedy pierwszy raz zafarbowałem włosy na czarno, mama dosłownie znieruchomiała na kilka sekund, później zamrugała, zdezorientowana, aż w końcu uraczyła mnie krótkim „aha”, cokolwiek to znaczyło. Tata stwierdził, że to przejściowa faza nastoletniego buntu i niedługo mi przejdzie. Bawił się nieziemsko przy robieniu mi zdjęć… I nie chodziło o beztroskie fotografie lądujące w rodzinnym albumie. Mój staruszek tworzył dokumentację, jak to nazywał: „fazy na emo punka”, żeby mieć z czego się pośmiać, gdy wreszcie dorosnę. Po prostu boki zrywać.

Kącik ust drgął mi lekko na wspomnienie ojca żartującego sobie z moich podkreślonych oczu i dziadka Antona, który parsknął wtedy gromkim śmiechem, po czym z trudem opowiedział historię o latach młodości swojego kochanego syna. Okazało się, że tata wcale nie był taki święty, jak próbował wmówić mnie i Sabrinie. Kiedy miał mniej więcej tyle lat co ja, ponoć obsesyjnie słuchał zespołu KISS, a z czasem zaczął upodabniać się do członków tej charakterystycznej grupy. Wyszło więc na to, że mój makijaż nawet nie dorównywał jego… arcydziełu. I tak, widziałem zdjęcia.

Nigdy nie brałem docinków staruszka na poważnie. Wiedziałem, że nie chciał mnie zranić. No, może odrobinę mi dokuczyć, ale to zupełnie co innego niż balony wypełnione moczem rozbijające się o plecy albo czyjaś ręka wciskająca moją głowę w śmierdzącą muszlę klozetową.

W jednej chwili uleciało ze mnie całe szczęście. Jakby ktoś przekręcił niewidzialny przełącznik.

Nie chciałem myśleć o tych kretynach ze szkoły. A jednak ich obecność wracała wszędzie, nawet tutaj. Jak cień ciągnący się za człowiekiem, choć słońce dawno zaszło.

Słyszałem śmiech. Czułem pchnięcia. Słowa rzucane półgłosem, niby mimochodem, ale zawsze tak, żebym usłyszał. Drwiny, plucie pod nogi, spojrzenia pełne pogardy.

Czasem odnosiłem wrażenie, że oni siedzą mi w głowie. Że nawet kiedy ich nie ma, i tak nie potrafię od nich uciec.

– O której masz autobus? – Pytanie mamy wyrwało mnie z gęstniejącej ciemności.

– Pojadę na rowerze, jest spoko pogoda – odpowiedziałem, obdarzając ją uśmiechem.

Byłem naprawdę dobry w kamuflowaniu uczuć. Nie mogłem pozwolić, aby rodzice poznali prawdę o tym, co działo się w szkole. Mieli dość zmartwień, a mnie jeszcze nie zabrakło sił, by przejść przez to gówno samotnie.

Najtrudniej szło mi latem, gdy słońce dawało nieźle popalić. Ukrywanie siniaków pod bluzami z długimi rękawami niemal graniczyło z niemożliwością. Pociłem się jak świnia. Wtedy z pomocą przychodziła moja wybujała wyobraźnia. Jeśli ktoś zauważył ślady pobicia, wymyślałem na szybko wiarygodną historyjkę. Czasem winą obarczałem schody, innym razem kant stołu albo kamień na drodze, o który się potknąłem i upadłem prosto na twarz. Jak na razie nikt nie stawiał tych wyjaśnień pod znakiem zapytania. Uczyłem się pilnie i przynosiłem do domu dobre stopnie, co wcale nie było takie łatwe, zważając na fakt, że Ben i jego paczka często dopadali mnie przed zajęciami i niszczyli moje zadania domowe. Na szczęście ten szczegół również udało mi się ogarnąć – każde wypracowanie pisałem dwa razy. Kiedy jedno zostawało zniszczone, drugie wędrowało do nauczyciela.

– Mam nadzieję, że wasze pokoje lśnią czystością! – Mama dopiła resztkę kawy i wstała od stołu, zerkając na zapięty wokół nadgarstka zegarek. – Wrócisz jutro na obiad? – zwróciła się do mnie, na co od razu przytaknąłem. – A ty, młoda damo? – Odnalazła spojrzeniem moją siostrę.

– Szeryfie – młoda wyszczerzyła dumnie zęby – już ci mówi­łam, że dziś przyjeżdża do mnie Emma, więc w moim pokoju panuje megaporządek.

Oj tak, tego byłem pewien. Po akcji z majtkami wiszącymi na lampie Sabrina nie odważyła się więcej nakłamać mamie. Okropnie żałowałem, że nie zdążyłem utrwalić tamtej bezcennej chwili aparatem. Siostra otwierająca drzwi do swojego pokoju, trójka jej najlepszych przyjaciół, w tym chłopak, w którym potajemnie się podkochiwała, a przed ich oczami luźne bawełniane majty w kropki. Nasza rodzicielka potrafiła być kreatywna, a przy tym odrobinę złośliwa, ale to tworzyło z niej matkę idealną.

Babcia mieszkała w Immendingen, spokojnej wiosce oddalonej od naszego mieszkania o dwanaście kilometrów. Jazda rowerem zajmowała zwykle nieco ponad pół godziny. Lubiłem ruch, choć wielu uważało mnie za wroga sportu. Nienawidziłem ­WF-u, ale nie dlatego, że byłem słaby z tego przedmiotu. Gdybym miał zdawać wszystkie ćwiczenia w pojedynkę i trenować tylko na oczach pana Kehlmanna, zapewne kończyłbym każde zajęcia z wyróżnieniem. Jednak wuefista kładł duży nacisk na pracę w grupach, przez co niemal każda lekcja kończyła się moim publicznym ośmieszeniem. Raz nawet złamano mi nos, niby przez nieuwagę. Tak, akurat. Może bym uwierzył w te brednie, gdyby nie rozbawienie malujące się na twarzy Bena chwilę po tym, jak z moich nozdrzy poleciała krew. Przez dwa tygodnie musiałem chodzić z opatrunkiem, co dla klasowej elity stanowiło kolejną okazję do zmieszania mnie z błotem.

Gdy jechałem wzdłuż Dunaju, przywołałem w pamięci obraz zmarłego dziadka Gustava. Kiedy jeszcze żył, często chodziliśmy razem nad rzekę biegnącą blisko domu jego i babci. Spacerowaliśmy, zbieraliśmy kamienie, a później siadaliśmy na brzegu i wrzucaliśmy je do wody. To mnie odprężało. Czasami, kiedy nie widziałem już żadnego światła w tunelu, przyjeżdżałem w to miejsce sam, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, że dziadek stoi tuż obok. Niekiedy to wystarczało, bym odzyskał nadzieję.

Zdyszany dotarłem do babci i oparłem rower o wielką czereśnię, na której kilka lat temu z Reinerem i naszymi ojcami wybudowaliśmy domek. Przez podłogę, ściany i dach naszej drewnianej siedziby przechodziły gałęzie. Spanie tam w chłodne noce było prawie niemożliwe, ale my i tak nieraz tego próbowaliśmy. Do czasu, aż przyjaciel nabawił się ostrego zapalenia płuc.

Wyjąłem słuchawki z uszu i wyłączyłem odtwarzacz MP3. Ściągnąłem kaptur z głowy i przeczesałem zmierzwione włosy. Babcia nie lubiła, gdy chowałem twarz, przeszkadzała jej nawet czapka z daszkiem. Na dworze to akceptowała, ale po przekroczeniu progu domu stawało się to wręcz niedopuszczalne. A wiadomo, że za każdą niedopuszczalną rzecz dostawało się od starszej pani po uszach i, co gorsza, nie było deseru.

Uniosłem rękę, by nacisnąć dzwonek, a w tym samym momencie niemal dostałem drzwiami w dziób. Odsunąłem się pospiesznie, rozszerzając oczy ze zdziwienia, po czym spojrzałem na wychodzącego Reinera.

– Bro, to był zamach na moje życie! – Przywitałem kumpla przyjacielskim klepnięciem w ramię.

– Na twoje? Stary, ja tu czekam od godziny! Twoja babcia zdążyła mi wepchnąć pół blachy ciasta. Popatrz na to! – Złapał się za brzuch. – W takim stanie żadna panna mnie nie zechce. – Wybuchnął zaraźliwym śmiechem, ale w jego oczach i tak dostrzegłem ból.

Reiner już taki był. Można powiedzieć, że sztukę aktorską opanował do perfekcji, a ja szybko się od niego uczyłem i pewnie już dawno przerosłem mistrza.

Znałem przyjaciela wystarczająco dobrze, by rozpoznać odpowiednie momenty do rozmów o jego rodzicach. Ten z całą pewnością do nich nie należał. Obaj potrzebowaliśmy odpoczynku od ciągłego przebywania w mroku. Potrzebowaliśmy choć odrobiny światła. Najwyraźniej nasza wczorajsza konwersacja na ICQ okazała się wystarczającą pomocą. Przynajmniej na razie.

– Powinieneś wreszcie zaprosić Rudą na randkę – stwierdzi­łem, wspominając słowa Sabriny twierdzącej, że Reiner wpadł po uszy. – Nawet moja siostra zauważyła, że ślinisz się na jej widok. Czyli musi być z tobą naprawdę źle.

– No i właśnie… – Przeciągnął ostatni wyraz, jakby nie mógł zdecydować, co tak właściwie chce powiedzieć.

Wszedłem do domu, zamknąłem za sobą drzwi i razem z Reinerem wkroczyliśmy na korytarz. Ciągle czekałem, aż kumpel wydusi z siebie resztę zdania, ale widocznie stanowiło to dla niego nie lada wyzwanie.

Po przywitaniu się z babcią i wpakowaniu w siebie dwóch kawałków świeżo upieczonej szarlotki na dzień dobry wreszcie poszliśmy do mojego pokoju.

– Połknąłeś język? – zapytałem, gdy tylko padłem na jeden z superwygodnych foteli i wyciągnąłem nogi.

– Dobra… – zaczął i znów nie skończył, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Podrapał się z tyłu głowy, postał jeszcze przez chwilę, aż wreszcie wypalił: – Mia będzie dzisiaj na takiej jednej imprezie. Zaprosiła mnie, ale powiedziałem, że raczej nie przyjdę. Kojarzysz Feliksa? Chodziliśmy razem do Grundschule. Co ja pieprzę, jasne, że wiesz, kogo mam na myśli. Chodzi o to, że… ta impreza jest u niego.

– Chcesz tam pójść – wywnioskowałem śmiało, czując dreszcze przeszywające mnie na wskroś.

– To nie tak… To znaczy… – Westchnął głośno, usiadł na drugim fotelu i zawiesił wzrok na suficie.

– Ona serio ci się podoba, co?

Uśmiechem dał mi niemą odpowiedź. Jako dobry przyjaciel powinienem mu zaproponować, żebyśmy razem pojechali na tę durną imprezę. Nie mogłem jednak tego zrobić. Gdybym pojawił się w domu Feliksa, Reiner odkryłby, w jakie gówno wpadłem. Ben i jego klika parsknęliby śmiechem na mój widok, a później zmieszaliby mnie z błotem. Mojemu kumplowi nie spodobałby się to. Skoczyłby na chłopaków i poobijał im gęby. Tajemnica wyszłaby na jaw i nie mógłbym już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.

– Myślisz, że mam u niej szanse? – Reiner oparł łokcie o kolana, patrząc na mnie z nadzieją.

– Ruda lata za tobą od dobrych kilku lat, więc nie zadawaj głupich pytań. Przestań zgrywać nieśmiałego i się z nią umów! Gwarantuję, że nie da ci kosza.

– Jeśli jest tak, jak twierdzisz, to wyjaśnij mi z łaski swojej, dlaczego Mia będzie na imprezie z Alanem?

– Tak ci powiedziała?

Zacisnął usta w cienką linię.

– Czyli nie – skwitowałem.

– On też tam przyjdzie – wyjaśnił, mocno się krzywiąc.

– Tak samo jak kilkunastu chłopaków z mojej klasy. Czy to znaczy, że Mia będzie się obściskiwać z każdym po kolei?

– Uważaj na słowa – zagroził mi, co podsumowałem gromkim śmiechem.

– Pojedź tam sam – zaproponowałem nagle, zaskakując tym Reinera.

– Jak to sam? Odbiło ci?

– Nie mam ochoty na bibę.

– Stary, nie ściemniaj, że wolisz siedzieć na chacie i wpieprzać ciasteczka babci.

A żebyś, kurwa, wiedział, przeszło mi przez myśl, ale nie odważyłem się powiedzieć tego na głos. Wszystko było lepsze od spotkania Bena. Nakazałem sobie spokój i liczyłem, że przyjaciel nie zauważy, jak bardzo się spiąłem. Założyłem ręce za głowę i skierowałem wzrok na okno, byle nie patrzeć Reinerowi w oczy.

– Nie czuję się zbyt dobrze. – Spróbowałem wybrnąć z tej patowej sytuacji. – Od rana boli mnie głowa, wziąłem nawet proszki.

– Uważaj, bo uwierzę. Gadaj, o co naprawdę chodzi.

Przełknąłem ślinę, a ubrania, które miałem na sobie, nagle wydały mi się okropnie ciasne. Moja noga zaczęła podskakiwać nerwowo. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Gorączkowo szukałem dobrej wymówki, ale w głowie jak na złość zapanowała pustka. Nie chciałem skopać Reinerowi humoru, choć byłem tego niebezpiecznie bliski. Wystarczyłoby wspomnieć o jego rodzicach… Wtedy nigdzie by mnie nie ciągnął, bo sam straciłby ochotę na cokolwiek.

Nie!, zdecydowałem w milczeniu. Wyszedłbym na samolubnego dupka, gdybym posunął się do czegoś tak słabego.

– Jest mecz – wypaliłem, przypominając sobie, że Rei­ner mówił o nim kilka dni temu. – Myślałem, że chciałeś go obejrzeć.

– Tak, ja chciałem, ty nie znosisz piłki nożnej. Becker, kurwa, nie rób ze mnie idioty, przecież widzę, że coś jest na rzeczy.

Oho… pojechał nazwiskiem. Domyśli się… a później zacznie się martwić.

Powiedziałby o wszystkim rodzicom? Moje życie w szkole już było piekłem, a jeśli mama poszłaby do dyra i zaczęła opowiadać, jaki to jej synek jest biedny, bo go inne dzieci szykanują…

– Odwal się, okej? – palnąłem, czego natychmiast pożałowałem, mimo to nie potrafiłem utrzymać gęby na kłódkę. – Jeśli ty chcesz uciec od całego świata, to jest w porządku, ale kiedy ja nie mam ochoty pójść na pieprzoną imprezę, to już nie? Zastanów się!

– Jace…

– Daj mi spokój.

Wstałem i powędrowałem do łazienki. Reiner pewnie pomyślał, że mi odjebało albo że wyjarałem mocnego jointa przed przyjazdem tutaj.

Zamknąłem drzwi na klucz, oparłem dłonie o brzeg umywalki i przez moment stałem w bezruchu, przeklinając siebie w myślach. Potem odkręciłem wodę i przemyłem twarz. Chłód na skórze niewiele pomógł. Wciąż czułem się jak ostatnia łajza.

Oddychałem płytko niczym po przebiegnięciu kilku kilometrów. Dopiero po dłuższej chwili udało mi się trochę uspokoić. Podniosłem wzrok.

Z lustra patrzył na mnie ktoś obcy. Zmierzwione włosy sterczały we wszystkie strony, a oczy pomalowane czarną kredką wyglądały dziwnie pusto. Jakby nie były już moje.

Poczułem ucisk w środku. Klatka piersiowa zrobiła się nagle za ciasna, jakby ktoś powoli dokręcał niewidzialną obręcz. Wziąłem głębszy wdech, ale powietrze utknęło gdzieś w połowie drogi.

Miałem wrażenie, że znalazłem się w potrzasku.

Reiner pewnie zachodził w głowę, co tak naprawdę wywołało we mnie tę reakcję.

Modliłem się w duchu, żeby nie połączył kropek. Żeby nie doszedł do właściwych wniosków.