29,90 zł
„Pułapka” Emmanuela Bove’a to polityczno-egzystencjalny thriller osadzony w dramatycznym okresie francuskiej historii, jesienią 1940 roku. Francja, rozdarta klęską wojenną, zostaje podzielona: północno-zachodnia strefa podlega niemieckiej okupacji, a strefa południowo-wschodnia, zarządzana z Vichy, staje się symbolem kolaboracji i moralnych kompromisów. W tym dusznym klimacie nieufności i strachu Joseph Bridet, dziennikarz, podejmuje desperacką próbę ucieczki do Londynu, by dołączyć do generała de Gaulle’a i sił Wolnej Francji. Żeby wydostać się z matni, próbuje zdobyć przepustkę do Afryki Północnej, udając zwolennika nowego reżimu. Bridet nie zdaje sobie jednak sprawy, że jego maskarada szybko zaczyna wzbudzać podejrzenia, a on sam staje się pionkiem w niebezpiecznej grze, pełnej biurokratycznych pułapek. W dusznej atmosferze Vichy każda rozmowa, każdy gest i każde spojrzenie stają się niepokojąco dwuznaczne. Bove, niezrównany portrecista ludzkiej samotności, w „Pułapce” buduje narrację, w której główny bohater staje się ofiarą nie tylko opresyjnego systemu, ale też własnych wątpliwości i lęków. Jak ryba złapana w sieć, Bridet miota się między nadzieją a rezygnacją, powoli tracąc wiarę w możliwość ucieczki i sens swoich działań. Opublikowana tuż po wojnie powieść początkowo nie odniosła sukcesu – czas jej wydania był czasem świętowania zwycięstwa, opiewania ruchu oporu. „Pułapka” to jednak nie tylko thriller polityczny, ale też uniwersalne studium moralnych wyborów, samotności i życia w czasach ekstremalnych. To jedno z najdojrzalszych i najbardziej przejmujących dzieł Emmanuela Bove’a, zasługujące na ponowne odkrycie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 198
Data ważności licencji: 12/31/2032
Podstawa przekładu: Emmanuel Bove, Le Piège, Gallimard, Collection L’Imaginaire, Paris 1986
© for the Polish translation and afterword by Jacek Giszczak
© for this edition by Officyna s.c.
Wydanie I, Łódź 2025
Redakcja: Piotr Wolski
Korekta: Marta Hamera
Projekt okładki: Monika Rawska
Projekt typograficzny i skład: Monika Rawska
Wydawnictwa Officyna s.c.
93-114 Łódź, ul. Przędzalniana 99
www.officyna.com.pl, [email protected]
ISBN 978-83-67948-26-5
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Odkąd Bridet był w Lyonie, szukał sposobu, żeby przedostać się do Anglii. Nie było to łatwe. W ciągu dnia biegał wszędzie tam, gdzie miał szansę spotkać przyjaciół, których tu dotąd nie widział. Zaglądał do piwiarni w pobliżu starego teatru, gdzie spotykali się dziennikarze nazwani „zesłanymi”, spacerował po ulicy Republiki, wypatrując znajomych twarzy na tarasach kawiarni, kilka razy dziennie wracał do hotelu z nadzieją, że znajdzie tam list, propozycję spotkania, wreszcie jakiś znak z zewnątrz.
Ale w tym tłumie, który najechał miasto, wobec trudności, jakich doświadczali wszyscy, pośród wszystkich tych ludzi, którzy w Paryżu, nawet jeśli się znali, nie spotykali się z sobą, nie było miejsca na żadne odruchy solidarności. Ściskano sobie dłonie, próbując sprawiać wrażenie, że dziesiąte spotkanie cieszy nas tak samo jak pierwsze, ubolewano nad straszną katastrofą, udając wiarę w to, że nieszczęście raczej łączy, niż dzieli, ale gdy tylko przestając mówić o powszechnej biedzie, próbowałeś zainteresować kogoś własnym mało istotnym przypadkiem, zderzałeś się ze ścianą.
Wieczorem Bridet wracał wykończony. Żeby zachować pokój, co tydzień musiał sprawiać pozory, że wyjeżdża; hotele były zarezerwowane dla ludzi w podróży. „To jednak śmieszne — myślał — że po trzech miesiącach wciąż nie znalazłem sposobu, żeby się ulotnić. To staje się wręcz niebezpieczne”. Wszyscy zaczynali w końcu podejrzewać, że zamierza wyjechać. Nic tak nie zdradza naszych ukrytych zamiarów, jak długotrwała bezradność. Gdy stale o coś prosimy, nie otrzymując niczego, inni mogą pomyśleć, że nigdy nam się nie uda, że należymy do tej trochę śmiesznej kategorii ludzi, których pragnienia przerastają ich możliwości.
* * *
4 września 1940 roku Bridet obudził się wcześniej niż zwykle. W hotelu Carnot zajmował niewielki pokój, numer 59, ostatni. Okna wychodziły na plac Carnota, naprzeciwko dworca Perrache. Przez całą noc słyszał przejeżdżające pociągi. Francuzi nigdy tak dużo nie podróżowali. Przed świtem usłyszał pierwsze tramwaje. A więc życie toczyło się jak dawniej! A więc robotnicy nadal zmierzali do pracy! I to regularne życie, z którym kojarzyły się uderzające o siebie o świcie wagony i stukot żelaznych kół na szynach, było dosyć przygnębiające.
Słońce wzeszło, ale jeszcze nie uniosło się ponad domy po drugiej stronie placu, a jego promienie, które nie spoczywały na niczym, które rozchodziły się po prostu w przestrzeni, nadawały niebu wiosenny wygląd. Nagle, na suficie, spoczęło blade złociste światło. Bridet wspomniał wakacyjne poranki i poczuł ucisk w sercu. Życie wciąż było tak samo piękne. On też miał chęć podróżować. Ale co lepszego znalazłby w Awinionie, Tuluzie, Marsylii? Wszędzie panowała duszna atmosfera. Mogłeś pojechać gdziekolwiek, wszędzie przytłaczała cię obecność coraz liczniejszej policji. Każdy funkcjonariusz szedł w asyście innego, czasem nawet cywila, któremu tak spieszno było podjąć służbę, że nawet nie czekał, aż mu dadzą mundur.
— Brzydzi mnie to, jednak powinienem zobaczyć się z Bassonem — wyszeptał Bridet. Co dzień powtarzał sobie, że musi pojechać do Vichy. Miał sobie za złe, że czekał zbyt długo. Całe lato przesiedział w wioskach departamentów Puy de Dôme, Ardèche, Drôme, licząc nie wiadomo na co, a teraz miał wrażenie, że to, co mógłby zrobić w zamęcie, jaki powstał po podpisaniu zawieszenia broni, z dnia na dzień staje się coraz trudniejsze.
Miał przyjaciół, choćby Bassona. Mógłby załatwić mu jakąś misję, paszport. Poza granicami Francji Bridet dałby sobie radę. Anglia nie była przecież nieosiągalna.
— Muszę koniecznie zobaczyć się z Bassonem — powtórzył. — Tylko trzeba będzie dobrze to rozegrać. Mówić wszystkim, że chce służyć Rewolucji Narodowej.
„Czy mi uwierzą?” — zamyślił się. Właśnie sobie przypomniał, że mówił bardzo dużo, że przez długi czas nie krępował się mówić, co myśli, że jeszcze dziś czasem nie może się powstrzymać. Jak dotąd to gadulstwo zdawało się nie mieć żadnych konsekwencji, lecz oto nagle, w chwili gdy należało działać, odnosił wrażenie, że cały świat zna jego plany. Pomyślał więc, by dodać sobie odwagi, że w gruncie rzeczy ludzie nie oceniają nas na podstawie tego, co powiedzieliśmy kiedyś — sami powiedzieli zbyt wiele — ale na podstawie tego, co mówimy w obecnej chwili. Należało tylko stać murem za Marszałkiem. To wspaniały człowiek. Ocalił Francję. Dzięki niemu Niemcy darzą nas szacunkiem. Wznieśli się ponad swoje zwycięstwo. My wznieśliśmy się ponad porażkę, co pozwoliło naszym dwóm narodom rozmawiać z sobą niemal jak równy z równym. Oto co należało mówić. W obecności jakiegoś zapaleńca można było posunąć się jeszcze dalej. Gdyby każdy Francuz zajrzał w głąb siebie, gdyby miał dobrą wolę, musiałby przyznać, że po podpisaniu zawieszenia broni poczuł ogromną ulgę.
„Byliście w drodze, a teraz jesteście w swoich domach” — stwierdził Marszałek. Wystarczy, że Bridet powie to samo. Nie powinien mieć żadnych skrupułów, oszukując tego rodzaju ludzi. Może powiedzieć im byle co. Później, kiedy już dołączy do de Gaulle’a, powetuje to sobie.
* * *
Ubrał się i wyszedł. Sto metrów dalej wszedł do kolejnego hotelu, by jak zwykle złożyć krótką poranną wizytę żonie.
Słynny afisz z trójkolorową flagą i nakreśloną pośrodku głową Marszałka — ujętą lekko z ukosa, aby podkreślić skromność, z przypiętym sztywnym kołnierzykiem, w nieprzechylonym ani trochę kepi i z tym wyrazem głębokiej uczciwości, lekkiego rozgoryczenia, stanowczości niewykluczającej dobroci, co kiepscy artyści potrafią oddać tak dobrze — zakrywał wielkie centralne lustro.
Jolanda też znalazła sobie pokój. Podobnie jak pokój męża był za mały, by mogli tu spać we dwoje. Zresztą Bridet nie był z tego powodu zbytnio nieszczęśliwy. Czuł się tak przybity, że wolał być sam. Bardzo kochał żonę, ale od chwili podpisania zawieszenia broni trochę się oddalił, choć nie do końca świadomie. Nagle zaczęła zdradzać chęci, pragnienia, których już nie podzielał. Ją też dotknęła klęska i zdawała się teraz dostrzegać, że są w życiu ważniejsze sprawy niż wzajemne zrozumienie w małżeńskim związku.
Niepokoiła się o rodzinę, która została w Paryżu, a przecież latami się o nią nie troszczyła. Nie mogła się doczekać spotkania z ludźmi, którzy dotąd byli jej obojętni. Ciągle mówiła o butiku z damską konfekcją przy ulicy Saint-Florentin, o swoim mieszkaniu, jak gdyby żyła w nim sama. Bridet czuł, że z wolna staje się w jej oczach nie kimś obcym, ale jedną z tych osób, które trochę zaniedbujemy, bo pomimo miłości, którą nas darzą, nic nie mogą już dla nas zrobić. I w głębi duszy uważał, że ma rację, tak go oceniając. Faktycznie nie mógł nic dla niej zrobić. Dopóki istniała armia, będąc jej częścią, stawał w obronie żony. Teraz już jej nie bronił. Nie mógł pójść zamiast niej, żeby wystąpić o ausweis, nie mógł jej znaleźć zwykłego pokoju ani zamówić taksówki, nie mógł wysłać pieniędzy jej rodzinie w Paryżu ani zająć się sklepem, nie mógł zupełnie nic. Wiedziała o tym i stopniowo przywykła liczyć tylko na siebie.
Usiadł obok. Nigdy dotąd nawet nie wspomniał, że pragnie wyjechać.
— Posłuchaj, Jolando. Muszę z tobą poważnie porozmawiać.
Spojrzała na niego, jakby nie dostrzegając, że jest bardziej zasadniczy niż zwykle. W holu było sporo ludzi. Trzeba by mówić szeptem, co chwila się rozglądając.
— Chodź — rzekł Bridet — tam będzie trochę spokojniej.
Jolanda wstała. Poszli siąść obok siebie w głębi holu.
— Rozmyślałem przez całą noc — powiedział Bridet. — Muszę się zobaczyć z Bassonem.
Jolanda zachowała milczenie. Bridet się ożywił. Miał tego dość. Żałował, że nie zrobił tego wcześniej. Teraz już podjął decyzję. Pojedzie zobaczyć się z Bassonem. Będzie udawał, że rozmawia z nim szczerze. Powie mu, że podziwia Marszałka… Poprosi go o wsparcie. Basson to stary kumpel. Na pewno mu nie odmówi. Ale gdy zawiedzeni i nieszczęśliwi spędzamy całe miesiące razem, snujemy plany, choć w naszym życiu nic nie ulega zmianie, mówimy tak wiele rzeczy, że kiedy w końcu podejmujemy decyzję, nagle uświadamiamy sobie, że nikt nie ma powodu nam wierzyć.
— Zwariowałeś! — stwierdziła.
Bridet odparł, że dobrze to przemyślał.
— Podziwiam Marszałka — powtórzył głośno.
— Nikt ci nie uwierzy — powiedziała mu Jolanda na ucho. — Wydaje ci się, że ludzie to idioci. Zostaniesz aresztowany. Wszyscy wiedzą, co myślisz. Dość już powiedziałeś. Dlaczego się upierasz? Dlaczego nie chcesz, żebyśmy wrócili do Paryża?
* * *
Idąc bez celu przez miasto, Bridet zadawał sobie teraz pytanie, czy powinien zobaczyć się z Bassonem, czy nie. Są komedie, których nie jesteśmy w stanie odegrać, nawet jeśli od tego zależy nasza przyszłość. Nie możemy powiedzieć, że lubimy tych, których nienawidzimy. Gdybyśmy to zrobili, zorientowano by się, że kłamiemy. Więc co robić? Wrócić do Paryża? Posłuchać Jolandy? Grzecznie pokazać papiery szwabom, przekraczając linię demarkacyjną? Ujrzeć wszędzie swastyki łopocące nad opustoszałym Paryżem? Jolanda mówiła, że nie będzie złą Francuzką, sprzedając Niemcom kapelusze, by wysyłali je swoim żonom. Zarobi dużo pieniędzy, a przecież zawsze twierdził, że brak mu spokoju, żeby napisać książkę, cóż, wreszcie będzie miał spokój… To było obrzydliwe.
Jednak Jolanda go kochała. Była gotowa zrobić dla niego coś, czego wcześniej na pewno by nie zrobiła. Uważała, że dziś to kobiety powinny grać główną rolę, stanąć na czele, tak by mężczyźni odeszli w niepamięć i mogli przetrwać do dnia, gdy znów chwycą za broń.
Wieczorem, w swoim pokoju, Bridet poczuł, że ma gorączkę. Był cały rozpalony. Od czasu do czasu odnosił wrażenie, że zaraz dostanie dreszczy. Ale nie miał dreszczy. Ta dolegliwość przypominała inną, której pierwsze objawy poczuł przed miesiącem. Często mu się zdawało, że za chwilę dostanie zawrotów głowy. Już szukał wzrokiem jakiejś ławki, krzesła. Ale nie miał zawrotów głowy, choć wcale nie czuł się z tego powodu lepiej.
Na dworze mistral zaczął wiać z nadzwyczajną mocą. Sirocco, mistral, genewska bise noire, w tych wszystkich budzących trwogę wichrach jest coś, co odróżnia je od zwykłego wiatru, bo nagle, w spokojnym domu, drzwi szaf, wychodzące na małe podwórka okna, nawet przedmioty, które na pozór są w bezpiecznych miejscach, zaczynają dygotać.
Bridet słyszał jakieś tajemnicze odgłosy. „Co robić?” — zadawał sobie pytanie. Wydało mu się, że słyszy kogoś za drzwiami. Nie mógł przestać myśleć o Bassonie. Może to najbardziej przykra rzecz, jaka może się przydarzyć dumnemu mężczyźnie — zależeć od przyjaciela, którego lekceważył, w którego nigdy nie wierzył, któremu jednak rozwój wypadków wydaje się przyznawać rację, składając nasz los w jego dłonie.
W końcu Bridet zasnął. Nazajutrz rano miał wsiąść do pociągu.
Gabinet Paula Bassona mieścił się w pokoju Hotelu u Celestynów, w którego obu oknach wisiały firanki z białego muślinu. Paul Basson był od miesiąca attaché Generalnej Dyrekcji Policji Narodowej. Kiedy Bridet wszedł, wstał i zbliżył się, żeby uścisnąć dłoń koledze z czasów studiów i pracy w dziennikarstwie.
Bridet poczuł wówczas to zakłopotanie, jakie wzbudza w nas ktoś, kto kiedyś był zależny od innych tak samo jak my, gdy nagle się okazuje, że jest rzutki i dysponuje władzą. Na biurku nie było żadnych papierów, akt, tylko bukiet goździków w kryształowym wazonie. Bridet usiadł w fotelu. Basson nigdy nie dbał o wystrój swego pokoju, a teraz woń kwiatów przesycała powietrze w jego policyjnym gabinecie. Ten szczegół zdradzał niepokojący stan ducha.
— Przyjechałem się z tobą zobaczyć — rzekł Bridet — żeby poprosić cię o wparcie.
— To całkiem normalne. Co u ciebie?
— Nic takiego.
Basson zerknął przez okno na trawniki i drzewa parku. Kto by pomyślał, że zawieszenie broni podpisano zaledwie cztery miesiące temu. Niczym niezłomny wdowiec odmienił swoje życie. Dom był nowy. Czuł się w nim trochę jak na wystawie, w przeddzień inauguracji. To było naturalne po tak wielkim nieszczęściu.
— Oto co mnie sprowadza — powiedział Bridet. — Chcę służyć krajowi. Chcę być użyteczny. Marszałek wziął nasze losy w swe ręce. Nie mamy prawa dłużej się zastanawiać, czy lubimy, czy nie lubimy tego, kto nami rządzi. Przyjmijmy go, jakim jest. Jeżeli o mnie chodzi, jestem przekonany, że Pétain ocali nas wszystkich.
W tym momencie Basson dość niespodziewanie okazał zniecierpliwienie. Rzucił dwa czy trzy luźne słowa, przerwał, wreszcie powiedział lodowatym tonem:
— Nie mów o Marszałku.
Bridet spojrzał na niego zaskoczony.
— Dlaczego?
— Pozwól, że zwrócę ci na coś uwagę. Nigdy nie mów o Marszałku. Nigdy nie mów, że trzeba brać z niego przykład. Pomyślą, że jesteś przeciwko niemu. A byłoby to dla mnie bardzo przykre.
Bridet zrozumiał, że zachował się niezręcznie. Skoro przyjechał zobaczyć się z Bassonem, było czymś oczywistym, że popiera rząd. Wszelkie wyjaśnienia były zbędne i mogły rodzić podejrzenie, że się usprawiedliwia.
Basson poszedł usiąść za biurkiem.
— Czego ode mnie oczekujesz? — spytał, jakby nic się nie stało.
— Już sam nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać… Nie sądziłem, że robię coś złego…
— Zostawmy to, proszę. Czego ode mnie oczekujesz?
— Mówiłem ci, że pragnę służyć krajowi. I pomyślałem, że na przykład można by mnie wysłać z misją do Maroka, mógłbym pracować nad, jak to się mówi, zacieśnianiem więzi Metropolii z Imperium.
— Dlaczego: „jak to się mówi”?
— Nie wiem. Zacieśnianie więzi to zwykłe określenie. Szokuje cię?
— A dlaczego właśnie do Maroka?
— Do Maroka albo gdzie indziej. Wszystko mi jedno.
— Chcesz stąd wyjechać?
— Nie. Mam po prostu wrażenie, że tutaj jestem bezużyteczny.
— Mylisz się. Możesz się okazać bardzo użyteczny. Mamy przed sobą gigantyczne zadanie. Nigdy nie będziemy zbyt liczni, by odbudować Francję.
— Podzielam twoje zdanie.
— Ty! Podzielasz moje zdanie!
— Tak.
Basson spojrzał na przyjaciela tak, jak ksiądz mógłby spojrzeć na wodewilowego artystę.
— Nie wiedziałem, że tak bardzo obchodzi cię przyszłość ojczyzny — ciągnął Basson.
— Nie obchodziła mnie, ale zdarzyły się pewne rzeczy, które mnie odmieniły.
— Więc chcesz odbudować Francję!
— Chcę zrobić to, co mogę.
— W gruncie rzeczy nie bardzo wiesz, co chcesz robić.
— Może masz rację…
— Ale jedno wiesz na pewno, chcesz opuścić Francję.
— Nie.
— Sam to przed chwilą przyznałeś.
— Powiedziałem, że chcę służyć krajowi.
Basson trzymał w palcach ołówek automatyczny. Kreślił na kopercie wielkie litery. I mówiąc, wydawał się tym całkowicie zajęty.
— Naprawdę chcesz służyć naszemu krajowi?
— Naturalnie. Gdybym tego nie chciał, nie przyjeżdżałbym tutaj, żeby się z tobą spotkać. Siedziałbym sobie spokojnie u matki w Berry.
Wydawało się, że ten argument zastanowił Bassona.
— A zatem chcesz wyjechać! — powiedział.
— Myślę, że jest w interesie rządu wysyłać sprawdzonych ludzi do kolonii.
Basson nadal rysował.
— A Jolanda?
— Jest w Lyonie. Oboje jesteśmy w Lyonie. Już ci mówiłem.
— Pojechałaby z tobą?
— Och, nie sądzę. Wiesz, że ma sklep. Chce wrócić do Paryża.
— A ty nie chcesz?
Bridet zdał sobie sprawę, że znów musi skłamać.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
