Puch, kot nad koty - Jan Grabowski - ebook + audiobook

Puch, kot nad koty ebook i audiobook

Jan Grabowski

4,0

Opis

Ciepła, zabawna opowieść o kotach (i innych zwierzakach), z których każdy ma inny charakter: Puszek, Czarnuszek, i ich matka - dzika kotka.  Puch jest jeszcze małym kotkiem, który dopiero wkracza w życie, ale wydaje mu się, że na wszystkim się zna i wszystko wie najlepiej. Razem ze swoimi przyjaciółmi spotykają go różne zabawne historie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 132

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 5 min

Lektor:

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność



Podobne


I

Pierwszy wynurzył się z psiej budy stary Tupi. Otrząsnął gęste kudły. Oblizał się szerokim ozorem. Kichnął raz, kichnął drugi. Obrócił się w stronę budy i zawołał swoim głębokim basem:

– Wychodzić tam, jeden z drugim, leniuchy!

– Bo co? – pisnął gdzieś z głębi zaspany głos foksa Ciapy.

Tupi, co już czochrał się zawzięcie i pędzał poranne zgłodniałe pchły, porwał się na równe nogi i warknął z pasją w stronę budy:

– On się pyta! Niby to nic nie wie! Ciapek! Niewinny kanarek!

– No, bo co? – dopytywał się sennie Ciapa pomiędzy jed­nym ziewnięciem a drugim.

– No, bo w drzwiach od kuchni zgrzytnął już klucz. Rozu­miesz, ty leniu? Lada chwila zjawi się Katarzyna! A zresztą! Śpij sobie na oba boki, mój Ciapku! Złotko moje najmilejsze – drwił Tupi.

Ale Ciapa nic sobie nie robił z tych pokpiwań. Nie myślał też ruszać się ze słomy. Utonął w niej aż po koniec nosa. Ciepło mu było, miękko i przytulnie.

– Tupi ranny ptaszek! Zawsze mu pilno! Tak dobrze byłoby jeszcze się zdrzemnąć! Choćby chwilę! Choć jedno okamgnie­nie ! – mamrotał Ciapa, wygodniś i śpioch nad śpiochy, a ziew­nął przy tym tak smakowicie, że aż Tupiemu na ziewanie się zebrało.

Ale nagle wrzasnął ze złością:

– Nie możesz to uważać? I nie deptać starszych? Ty kociaku!

Bo z budy wyskoczył w tej chwili na dobry metr w górę mały kotek. Można by o nim powiedzieć, że niegdyś był on niezawod­nie biały. Ale to było dawno. Bardzo dawno temu! Zapewne wówczas, kiedy się urodził. I kiedy Imka, jego matka, wylizywała go co dnia do czysta. Od tego czasu minęło już jednak kilka długich tygodni.

Czy przez ten czas kot się mył? Mył tak porządnie, od głowy do ogona, choćby raz jeden? To było bardzo wąt­pliwe. Raczej można by przypuścić, że od porządnego mycia uciekał on jak od zarazy. Bo futerko miał zmechrane i polepione w strąki. Cały był brudnoszary. A tu i ówdzie przelewały się po nim ciemniejsze zacieki. I wstyd powiedzieć, pstrzyły się na nim plamy. Wyraźnie tłuste plamy.

Flejtuch to był, nie kot, i tyle.

Przesadził Tupiego. Opadł na cztery łapy. Zebrał je razem. Wygiął grzbiet, w pałąk. Nastawił ogon do góry. I ziewnął tak, że aż się wstrząsnął cały.

– Ty smarkaczu! – burknął na niego Tupi. – Kiedy ty się nauczysz jakich takich manier w obcowaniu ze starszymi?

– Bo niby co? – spytał dość obojętnie kotek.

– Nie! To się doprawdy świat kończy! – obruszył się Tupi nie na żarty. – Przeskakuje mi przez głowę i jeszcze się pyta!

Kotek spojrzał na rozgniewanego Tupiego, oblizał się i bąknął na odczepne:

– Ach, to o to chodzi? Dobrze. Już nigdy nie będę.

– Umyj się, Puch! Niech no matka zobaczy, jak ty wyglądasz, to lanie pewne! – zwrócił mu uwagę udobruchany już Tupi.

Puch spojrzał jeszcze raz wnikliwym zezem na Tupiego. Mru­knął do siebie pod nosem:

– Zejdźmy wujowi Tupiemu z oczu! Zawsze jest zły, kiedy wstanie za wcześnie.

I pobiegł pod werandę. Schował się tam w kąt. Wypędzał z siebie resztki snu. Przeciągał się, ziewał. Wyginał raz po raz grzbiet. I o dziwo! Mył się! Tylko nie myślcie, proszę, że robił to porządnie, tak jak inne koty się myją. Nic podobnego!

Naślinił jedną łapkę. Ostrożnie jak na lekarstwo! Przesunął ją po mordysi tak szybko, że ledwie mignęła w oczach. I już był gotów! Wyszedł spod werandy.

– Umyłeś się? – pyta Tupi.

– O i jak jeszcze! – odpowiada mu Puszek.

Tupi obejrzał go od głowy do ogona.

– Nie bardzo to poznać po tobie – zaśmiał się.

Puch puścił te drwiny mimo uszu. Przysiadł się do Tupiego. Siedzą. Tupi czuje po chwili, że coś go szarpie za kłaczki w ogo­nie. Ogląda się.

– Coś ty się znów, smarkaczu, uczepił mojego ogona? – war­knął na kociaka.

– Wybieram wujowi słomę! – odpowiada na to Puch nie zmieszany.

– A co ci ta słoma w moim ogonie przeszkadza?

– Przeszkadzać to mi nie przeszkadza – mruczy Puszunio – tylko sobie myślę...

– Co sobie myślisz, ty koci łobuzie?

– Myślę sobie, że gdyby się wuj tak umył raz a porządnie, toby z tym było wujowi bardzo do twarzy – pisnął Puch.

I jednym skokiem już był na parkanie.

Tupi aż przysiadł na ogonie z oburzenia.

– Tyś co powiedział do wuja? – warknął. – Czekaj! – Do­staniesz ty za swoje. Już ci matka tak da, że popamiętasz!

Ale Puszek nic sobie z tych gróźb nie robił. Chodził po szta­chetach tam i z powrotem. I mruczał do siebie:

– Ja jestem kot nad koty! I nikogo się nie boję!

Bo zarozumiałe to było kocisko jak mało kto.

Nagle zatrzymał się. Wyciągnął szyję i wrzasnął na całe po­dwórko :

– Baczność! Katarzyna!

Tupi na ten okrzyk zapomniał o gniewie na Puszunia. Wsa­dził głowę w budę i szczeknął co tchu w płucach:

– Katarzyna! Śpiochy!

Pierwszy wyprysnął, jakby go sprężyna wyrzuciła, Ciapa. Za nim wysunęła się Imka. Po niej, przeciskając się jedno przez drugie, przewalając się, kotłasząc z piskiem i awanturą, gramolił się psi drobiazg: Laluchna i Pieprzyk.

Ciapa puścił się w przymilnych podrygach ku Katarzynie. Za nim biegł trop w trop Laluś. No i Pieprzyk. Zataczały się na mięk­kich jeszcze ze snu nóżkach, wpadały na siebie, przewracały się. Aż wreszcie dopadły do Katarzyny. Wspięły się do jej kolan i podrygiwały ku niej tak zabawnie, że Katarzyna spojrzała na nie łaskawie i powiedziała wcale przyjaźnie:

– Tak wam się spieszy do jadła, co?

Tupiego aż zemdliło na ten widok z obrzydzenia. Odwrócił się od podwórza ogonem.

– Ani za grosz nie ma to psiej godności! A wszystkiemu winien ten lizus Ciapa – warczał pod nosem i krzywił się tak, jakby miał ocet na języku.

A Puszek przeczekał, aż Katarzyna znalazła się w kurniku. Ze­skoczył wtedy z parkanu. I chyłkiem, tuż przy samej ścianie, żeby się Katarzynie jak najmniej nasuwać na oczy, sunął ku otwartym drzwiom kuchni.

Zobaczył to Tupi i woła:

– Puch! A ty dokąd? Wróć! Zmalujesz co w kuchni, a na kim się skrupi? Na nas! Wróć, powiadam ci, Puch!

Ale Puszunio nawet się nie obejrzał. Smyrgnął w otwarte drzwi. I tyle go widzieli!

II

Tupiego aż ponosiło ze złości na Puszunia. Skoczył do kocicy.

– Imka! Jak ty chowasz swoje dzieci? Nie widzisz to, co twoja pociecha wyprawia?

Imka zabierała się właśnie do mycia. Nie była więc skora do rozmowy. Spojrzała też z góry na Tupiego i pyta półgęb­kiem:

– Która?

– Ona się pyta, która? – zaperzył się Tupi.

– Tyle ich już miałam, mój drogi. Nic dziwnego, że nie wiem, na które z moich dzieci się gniewasz! – mruknęła niewyraźnie, bo właśnie wodziła łapką po pyszczku.

– Twój Puch się stawia! Narwie się na lanie. Jeśli nie ode mnie, to na pewno od Katarzyny! – krzyknął Tupi, zupełnie wyprowadzony z równowagi.

Imka przerwała na chwilę mycie. Spojrzała na Tupiego. I za­śmiała się:

– Więc o to ci chodzi!

– O to! Właśnie o to! Ten twój Puch wśliznął się teraz do kuchni. On tam coś zmaluje, a na nas, psach, się skrupi.

– Ty zawsze pilnujesz porządku na podwórzu,mój Tupi! Ale nie bierz sobie tego zanadto do serca – uspokoiła go Imka. – Mój Puszek jest już dość duży na to, żeby sam dostał lanie od Katarzyny, jeśli naprawdę co spsoci. A zresztą! Daj mi spokój! Mam ja teraz inne kłopoty na głowie – mruknęła i zabrała się z powrotem do mycia.

– Wałęsasz się nie wiadomo gdzie! Nigdy cię teraz nie ma na podwórzu – burknął na nią Tupi ze złością.

Na to już Imka nie odpowiedziała ani słowa. Nie mogła. Zajęta była myciem krzyża tuż nad ogonem. A wiadomo powszechnie, że jest to najtrudniejsza część kociej toalety.

Skończyła. Skoczyła na daszek, potem – na płot. Z płotu na ulicę. Tam się rozejrzała na prawo, na lewo. I szybko jak strzała przebiegła na drugą stronę. Hycnęła na parkan ogródka naprze­ciwko. I już jej nie było. A Tupi widząc, że nic nie wskóra u Imki, skoczył do Puszka, który się zatrzymał przy kuchennych drzwiach.

– Już ja cię nauczę moresu! Ty rozpuszczony bębnie! – od­grażał się.

Ale go nie nauczył. Bo nim dotarł do kuchennych drzwi, usły­szał za sobą głos Katarzyny:

– Gdzie? Gdzie? To ty nie wiesz, Tupi, że teraz nie czas łazić koło domu?

A że za Tupim już skradał się Ciapa i sadził na koślawych nogach psi drobiazg, Katarzyna wykrzyknęła tylko jedno słowo:

– Trzepaczka!

I to wystarczyło! Tupi, nie oglądając się, dał susa w bok. Wpadł na Ciapę. Potoczyli się obaj po przymurku. Wpadli na psie niemowlęta.

Pieprz uderzył łepetyną o psią miskę, aż brzęknęło. Laluchna, podbity przez Ciapę, wytrysnął w powietrze jak fontanna. I plasnął na brzuszek w balię pełną mydlanej wody.

Zostawiła ją Katarzyna po praniu po to, żeby spryskać mydli­nami róże, na których pokazały się mszyce.

– Ratunku! Ratunku! – darł się wniebogłosy nieszczęsny topielec chlapiąc się w mydlinach, aż się pieniły.

Lecz nie miał go kto ratować. Bo Pieprzunio, po rozbiciu miski, skoczył na oślep przed siebie. I wpadł do koguta Białasa, co właśnie wyprowadzał kury z kurnika.

Czy wziął lanie? Takie, że kaczor Kacperek, co przyglądał się temu z daleka, kwaknął do swej żony Melańci:

– Tak mi się widzi, Melańciu, że kogut kuje dziobem i okłada skrzydłami tego psiego malca, co mu wpadł pod nogi.

– Nie mylisz się, Kacperuniu – odkwaknęła mu na to Melańcia, która zawsze zgadzała się z mężem.

– Gdzie pies bierze lanie, tam pokój nastanie – powiedział na to Kacperek jedno z najulubieńszych swoich kaczych przy­słów.

Postał chwilę, popatrzył na to, co się działo, to jednym okiem, to drugim. Woła na Melańcię:

– Idziemy! W korytkach już nic nie ma! Więcej nam nie dadzą. A kaczka tylko wtedy żyje, kiedy je i pije! Jazda!

I wytoczył się dość rączym dyrdaczkiem z kurnika. Ominął sta­rannie Białasa i nieszczęsnego Pieprzunia. Za nim przetelepała się Melańcia. Postali chwilę. I ruszyli zgodnie kluskiem ku prze­łazowi pod parkanem. Były to kacze drzwi do ogrodu.

Po drugiej stronie parkanu Kacperek się zatrzymał. Zamajtał żwawo kuperkiem, jak robił zawsze, kiedy był czemuś rad. I kwaknął do Melańci:

– Tak mi się zdaje, jakby i ten drugi szczeniak popłakiwał, co?

– Dobrze ci się zdaje, mój Kacperuniu! – zapewniła go Melańcia.

– Gdzie dwa psy biorą lanie, tam kaczy raj nastanie! – kwaknął i ruszył przodem.

– Dwa razy lanie, gdzie raj nastanie – powtórzyła za nim po cichu Melańcia.

Kacperek stanął. Obejrzał się na żonę. Kiwnął z pasją głową.

– Już ci tyle razy mówiłem, żebyś nie powtarzała po mnie tego, co mówię!

– Bo co, Kacperuniu, bo co? – dopytywała się Melańcia zaniepokojona.

Kacperek popatrzył na nią, kiwnął z politowaniem głową.

– Bo ty nie masz pamięci do wierszy! – kwaknął i potelepał prosto ku sadzawce.

A biedny Laluchna wykaraskał się jakoś z balii. Ale że go mydło szczypało w oczy, więc się rzucił przed siebie, nie patrząc gdzie. No i wpadł na Pieprza! Co gorzej – i na Białasa! I jego to popłakiwanie słyszał zza płotu Kacperek.

– Mają dość – powiedział sobie wreszcie kogut. I gdaknął na kury:

– Panie będą łaskawe za mną. Tylko spokojnie! Proszę się nie denerwować tą drobną przygodą.

I stąpając godnie, wiódł swoje żony na wzgórek piasku przy bramie.

Pieprz, jak tylko nieco oprzytomniał, skoczył z wymówkami do Laluchny:

– Takiś ty! Ani ci do głowy przyszło mnie ratować!

Byliby się niezawodnie wzięli zaraz za łby, żeby nie Tupi.

– Cicho, smyki – warknął na nich. – Tylko bez bójek! Zresztą, o co się gniewać? Jeszcze się taki na naszym podwórzu nie znalazł, co by od trzepaczki nie stracił głowy. Braliśmy tą trzepaczką wnyki od Katarzyny wszyscy, ilu nas tu było.