Wydawca: Initium Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2011

Przymierze Ciemności. Czarne Kamienie ebook

Anne Bishop  

4.54545454545455 (22)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 484 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przymierze Ciemności. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Dena Nehele leży w gruzach. Okrutne królowe rządzące tym terytorium zginęły podczas burzy mocy, która przetoczyła się przez Królestwa, oczyszczając je ze skazy Dorothei SaDiablo. Po latach walk z plebejuszami zostało tu zaledwie stu Książąt Wojowników - bez przywódcy i bez nadziei.
Theran Szary, ostatni potomek rodu Jareda i Lii, ma tylko jeden cel – podnieść z ruin Dena Nehele. Jednak najpierw musi znaleźć Królową, która zna Protokół, przestrzega kodeksu honorowego Krwawych i żyje wedle Starych Obyczajów.
Cassidy to opuszczona przez cały dwór Królowa. Jest nieatrakcyjna i uważa się za niewystarczająco silną. Kiedy jednak zostaje wybrana na władczynię Dena Nehele, ponownie musi przekonać zgorzkniałych mężczyzn, by zechcieli jej służyć.
Jednym z nich jest Gray, kuzyn Therana i Książę Wojowników, którego umysł i ciało zostały złamane torturami przez zepsute królowe Dena Nehele. Coś w nowej Królowej sprawia jednak, że mimo traumatycznych doświadczeń Gray pragnie jej służyć – odzyskując jednocześnie wiarę w to, że znów potrafi być silnym mężczyzną. Tylko Cassidy może przekonać Graya – i samą siebie – że nawet najgłębsze rany można uleczyć, czasami wystarczy tylko iskierka nadziei.

 

Opinie o ebooku Przymierze Ciemności. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Fragment ebooka Przymierze Ciemności. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Anne Bishop

Przymierze ciemności

Czarne Kamienie – KSIĘGA VII

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Kraków 2011

Dla Cass, Maggie, Cheryl i Dee

Tytuł oryginału: The Shadow Queen

Copyright © 2009, Anne Bishop

All rights reserved

www.annebishop.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

Cover illustration by Larry Rostant

Represented by Artist Partners Ltd

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Katarzyna Wróbel

Ilustracja na okładce: Larry Rostant

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Zamówienia hurtowe:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail:biuro@olesiejuk.pl

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail:telemarketing@azymut.pl

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail:platon@platon.com.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-27-9

Podziękowania

Dziękuję Blairowi Boone’owi za to, że wciąż jest moim pierwszym czytelnikiem, Debrze Dixon za to, że jest drugim, Dorannie Durgin za opiekę nad moją stroną internetową, Anne Sowards i Jennifer Jackson za ich entuzjazm, Pat Feidner – tak po prostu – oraz wszystkim Przyjaciołom i Czytelnikom, którzy odbyli ze mną tę podróż.

Hierarchia Krwawych

Mężczyźni:

Plebejusze – przedstawiciele wszystkich ras, którzy nie są Krwawymi

Krwawy – ogólny termin oznaczający wszystkich mężczyzn Krwawych; odnosi się także do wszystkich mężczyzn Krwawych nienoszących Kamieni

Wojownik – mężczyzna noszący Kamień, równy statusem czarownicy

Książę – mężczyzna noszący Kamień, równy statusem Kapłance lub Uzdrowicielce

Książę Wojowników – niebezpieczny, niezwykle agresywny mężczyzna noszący Kamień; ma status nieco niższy niż Królowa

Kobiety:

Plebejuszki – przedstawicielki wszystkich ras, które nie należą do Krwawych

Krwawa – ogólny termin oznaczający wszystkie kobiety Krwawych; najczęściej odnosi się do kobiet Krwawych nienoszących Kamieni

Czarownica – kobieta Krwawych, która nosi Kamienie, ale nie jest przedstawicielką żadnego z pozostałych szczebli hierarchii; oznacza także każdą kobietę noszącą Kamień

Uzdrowicielka – czarownica, która leczy rany i choroby, równa statusem Kapłance i Księciu

Kapłanka – czarownica, która opiekuje się ołtarzami, sanktuariami i Ciemnymi Ołtarzami, prowadzi ceremonie składania ofiar, równa statusem Uzdrowicielce i Księciu

Czarna Wdowa – czarownica, która leczy umysł, tka splątane sieci snów i wizji, jest wyszkolona w dziedzinie iluzji i trucizn

Królowa – czarownica, która rządzi Królestwem; uważana jest za serce kraju, moralną ostoję Krwawych i centralny punkt ich społeczeństwa

Miejsca akcji

Terreille

Dena Nehele

góry Tamanara

Szara Przystań – posiadłość rodzinna i miasto

Ebon Askavi (Czarna Góra, Stołp)

Hayll

Zuulaman

Kaeleer (Królestwo Cieni)

Askavi

Ebon Askavi (Czarna Góra, Stołp)

Ebon Rih – dolina leżąca na terytorium Stołpu

Riada – wioska Krwawych w Ebon Rih

Dea al Mon

Dharo

Pole Tkaczek – wioska Krwawych

Bhak – wioska Krwawych

Wełnista Skóra – wioska plebejuszy

Dhemlan

Amdarh – stolica

Halaway – wioska w pobliżu Pałacu SaDiablo

Pałac SaDiablo

Nharkhava

Tajrana – stolica

Scelt (czyt. Szelt)

Maghre (czyt. Ma-gra) – wioska

Piekło (Królestwo Ciemności, Królestwo Zmarłych)

Ebon Askavi (Czarna Góra, Stołp)

Pałac SaDiablo

Uwaga autorki:

„Sc” w nazwach Scelt, Sceval i Sceron należy wymawiać jak „sz”.

Kamienie

Biały

Żółty

Oko Tygrysa

Różowy

Letnie Niebo

Purpurowy Zmierzch

Opal*

Zielony

Szafir

Czerwony

Szary

Szaroczarny

Czarny

Składając Ofiarę Ciemności, dana osoba może otrzymać Kamień o trzy poziomy niższy od Kamienia otrzymanego na mocy Przyrodzonego Prawa.

Przykład: Biały otrzymany na mocy Przyrodzonego Prawa może obniżyć się do Różowego.

Im niższy poziom, tym większa moc.

PROLOG

Terreille, dwa lata wcześniej

Zbiegowie, nadal wstrząśnięci burzą mocy, która zaledwie kilka dni temu pochłonęła połowę Krwawych w Dena Nehele, zjechali ze swych obozów, położonych wysoko w górach Tamanara, w doliny, by stawić czoła nieoczekiwanemu wrogowi.

Plebejusze, przez wieki terroryzowani przez „opiekunów Królestw”, szybko zorientowali się w sytuacji. Gdy tylko uświadomili sobie, jak bardzo Krwawi, którzy ocaleli, są porażeni nagłą utratą królowych i ich dworów, zbuntowali się, uznając, że śmierć tysięcy powstańców to akceptowalna cena za pozbycie się Krwawych z Dena Nehele.

Umierali więc od pierwszych dni swego buntu. O, jakże umierali!

Umierali jednak również Krwawi.

Krwawi mężczyźni ginęli, kiedy wyczerpywała się moc, czyniąca z nich tych, kim byli. Nawet ci, którzy nosili Kamienie i posiadali rezerwuary mocy, zużyli ją do cna, próbując ocalić kobiety i dzieci, które nie miały dość siły i umiejętności, by bronić się samodzielnie.

Kiedy wyczerpali swą moc, walczyli dalej zwykłą bronią, jak plebejusze. Do wiosek Krwawych wciąż jednak napływali buntownicy, wciąż walczyli – wobec ich przewagi liczebnej Krwawi nie mieli szans na ocalenie.

Wraz z mężczyznami ginęły kobiety i dzieci. Plebejusze, zajadli w swej nienawiści do Krwawych, podpalali domy, zmieniając całe wioski w pogrzebowe stosy.

Wtedy z gór zeszli zbiegowie, wyszkoleni wojownicy, którzy odmawiali służby na dworach. Wojna o Dena Nehele zaczęła się na dobre.

Jechał na czele oddziału zbiegów. Pragnął ocalić resztki swego ludu, masakrując zastępy przeciwników, ale kiedy w drodze do stolicy Dena Nehele dotarli do ogrodzonej murem posiadłości, zawrócił konia i popatrzył przez żelazne pręty podwójnej bramy na wielką, kamienną budowlę.

Szara Przystań.

Posiadłość jego rodziny.

Nigdy nie mieszkał w tym domu, ponieważ królowe, które rządziły Dena Nehele, uczyniły z niego własną rezydencję i właśnie stąd sprawowały władzę. Podobnie jak reszta terytorium jego dom i ziemia popadały w ruinę pod rządami suk oddanych Dorothei SaDiablo, Najwyższej Kapłance Hayll.

Dorastał w górskich obozach zbiegów, ponieważ był ostatnim ze swego rodu, ostatnim potomkiem w pierwszej linii Lorda Jareda i pani Lii, Królowej, która – jak niegdyś jej babka – nazywana była Szarą Panią. A jeśli w opowieściach rodzinnych tkwiło choć źdźbło prawdy, był też ostatnią osobą zdolną odnaleźć klucz, który ujawni skarb dość wielki, by można było odbudować Dena Nehele.

Lord Jared powiedział swoim wnukom o skarbie, który Szara Pani i Thera, zaprzyjaźniona z nią Czarna Wdowa, ukryły w okolicach Szarej Przystani. Kiedy ród Szarych zamieszkiwał jeszcze tę posiadłość, wszyscy mężczyźni usiłowali odszukać skarb, a opowieści o nim dotarły do uszu zaufanych doradców, słynących z tego, że nie należało im ufać. Gdy nadszedł taki czas, że ród nie wydał na świat nawet słabej Królowej, królowe poddane Dorothei rzuciły się na Dena Nehele jak ścierwojady na jeszcze ciepłego trupa. Ostatni z rodu porzucili wtedy Szarą Przystań i wspominali o swym pochodzeniu jedynie w wielkiej tajemnicy.

Cierpienie naznaczyło wiele kolejnych pokoleń, ale w końcu nad Terreille przeszła burza mocy. Szybka, dzika i okropna burza, która porwała Dorotheę SaDiablo i wszystkich, którzy nosili jej skazę, a z ocalałych Krwawych uczyniła ofiarę nienawiści plebejuszy.

– Theranie! – krzyknął któryś z wojowników. – Wróg podłożył ogień w południowej części miasta!

Chciał przejechać przez tę bramę, chciał chronić ostatnią rzecz, jaka pozostała z jego dziedzictwa, ale nauczono go walczyć. Urodził się po to, by zawsze w gotowości stawać do bitwy. Odwrócił się więc od domu i ziemi, które chciał odzyskać.

Odjeżdżając, obiecał sobie jednak, że po wygaśnięciu płomieni buntu wróci do siedziby swoich przodków.

Jeśli coś z niej pozostanie.

JEDEN

Terreille, współcześnie

Dotarłszy do zwalonego kamiennego muru i dwuskrzydłowej bramy, częściowo zerwanej z zawiasów, Theran Szary stanął dokładnie w miejscu, w którym zatrzymał się dwa lata temu. Wreszcie udało się stłumić bunt plebejuszy i Krwawi – ci, którzy pozostali przy życiu – mogli zająć się pracą nad ocaleniem tej ziemi i tego ludu.

O ile w ogóle można było jeszcze coś ocalić.

– Skoro zaprosiłeś tutaj wszystkich Książąt Wojowników, wyjdziesz na głupca, tkwiąc pod bramą, kiedy oni przybędą.

Theran obejrzał się przez ramię. Nie usłyszał kroków mężczyzny, nie wyczuł jego obecności. Jeszcze miesiąc temu taką nieostrożność przypłaciłby życiem.

– Nie powinieneś wychodzić przed zachodem słońca – powiedział. – Tracisz wtedy zbyt wiele sił.

Starzec patrzył ze zmarszczonymi brwiami na mur, bramę i inne oznaki zniszczenia.

– Poradzę sobie.

– Będziesz dziś potrzebował krwi.

Mężczyzna skrzywił się.

– Poradzę sobie – powtórzył.

– Talonie…

– Nie mów do mnie takim tonem, chłopcze. Nadal mogę ci wbić nieco rozsądku do tej upartej głowy.

Talon był stary, brakowało mu dwóch palców u lewej ręki i połowy prawej stopy – to cena, jaką zapłacił kiedyś za pewną wygraną potyczkę. Należał do kasty Książąt Wojowników i nosił Szafirowy Kamień. Theran, który również był Księciem Wojowników, nosił Zielony, więc Talon był jedyną w Dena Nehele osobą dość silną, żeby „wbić” mu do głowy „nieco rozsądku”.

Mógłby jednak zrobić to jedynie po zachodzie słońca, ponieważ był żyjącym demonem. Gdyby musiał uczynić to za dnia, jego moc wyczerpałaby się błyskawicznie.

– Zastanawiałeś się kiedykolwiek, czy było warto? – spytał Theran, odwracając wzrok od człowieka, który go wychował.

Nie znał swojego ojca. Mężczyzna, który przyczynił się do przedłużenia linii Szarych, został schwytany, złamany i całkowicie zniszczony jeszcze przed jego urodzeniem.

Kiedy miał siedem lat, matka zaprowadziła go do górskiego obozu, by zabezpieczyć ród Szarych przed królowymi podległymi Dorothei.

Nigdy więcej jej nie zobaczył.

Talon spojrzał na dom i pokręcił głową.

– Prowadzę tę walkę od około trzystu lat. Znałem Lię, a wcześniej znałem Gryzellę. Stawałem u boku Jareda i Blaeda, kiedy wszyscy byliśmy jeszcze wśród żywych – i u boku innych, kiedy stałem się żyjącym demonem. Nie, nigdy nie zastanawiałem się, czy przywrócenie Dena Nehele do świetności z czasów, w których władały nim Szare Panie, warte jest krwi i bólu, i tylu ofiar. Jestem jednak przekonany, że to jest warte tej ceny.

– Nie wygraliśmy, Talonie – powiedział cicho Theran. – Ktoś inny wyeliminował wroga, a my mimo wszystko nie wygraliśmy.

– Przedstawiciel rodu Szarych znów stoi na rodzinnej ziemi. To jakiś początek. I mamy w rękawie jeszcze jednego asa.

Asa, o którym Talon powiedział mu zaledwie kilka dni temu.

– Zakładając, że człowiek, który winny jest nam przysługę, nadal żyje.

– Żeby wygrać, trzeba ryzykować – powiedział Talon. – Chodź, wprowadzimy Wóz na teren posiadłości i dzisiaj w nim zanocujemy. Jutro obejrzysz dom i stwierdzisz, co trzeba zrobić, żeby doprowadzić go do porządku.

– Będziemy mieli szczęście, jeśli cokolwiek ocalało – parsknął Theran z goryczą. – Nie chce mi się wierzyć, żeby suki, które tu rządziły, nie próbowały znaleźć skarbu.

– Ale klucz nie znajdował się w domu – odparł Talon. – Tak głosi legenda. A bez klucza, który zdejmie zaklęcia, mogły z powodzeniem zrywać podłogi i rozwalać kominki. Nie zobaczyłyby skarbu, nawet gdyby patrzyły prosto na niego.

– Co nie oznacza, że znajdziemy choć jedną nienaruszoną podłogę czy działający kominek – mruknął Theran.

– Wiesz co? Później będziesz się wściekał i biadolił – powiedział Talon. – Zaraz będziemy mieć towarzystwo. Wprowadzę Wóz, a ty łaskawie kopnij się w dupę i idź do domu.

– Tak jest.

Talon, zastępczy ojciec i obrońca rodu Szarych, przytulał go zawsze, kiedy płakał, i nie wahał się przyłożyć mu, kiedy uważał, że na to zasłużył. Cała wiedza Therana o Krwawych, o honorze i Protokole oraz o tym, jaki powinien być Książę Wojowników, pochodziła od tego człowieka, który pamiętał dawne Dena Nehele. Który pamiętał, co znaczy honor. Co to znaczy, jak to ujmował, nosić Niewidzialny Pierścień.

Szykując się do czekającego go spotkania, Theran ruszył w stronę domu.

Czy gdzieś w ogrodach nadal rośnie miodowa grusza? Czy drzewo może przetrwać tyle wieków? W jednym z obozów zbiegów rosło kilka miodowych grusz, a jak słyszał, na południu, w jednym z rezerwatów Shaladorczyków, był nawet cały ich zagajnik. Znał opowieść o tym, jak matka Jareda zasadziła miodowe grusze dla swoich synów, a Jared podarował jedno drzewko Lii, a drugie Therze i Blaedowi. Sam poczuł jednak wielkie rozczarowanie, kiedy wreszcie skosztował ich twardych owoców. Talon twierdził, że górski klimat nie sprzyjał gruszom, że czegoś im tutaj brakowało i to dlatego smak owoców jest inny, niż być powinien.

Cóż, nie tylko drzewa miały potrzeby, które nie zostały spełnione.

Talon ustawił Wóz na trawniku przed domem, a Theran obserwował, jak Książęta Wojowników zeskakują przy bramie posiadłości z Wiatrów, tych psychicznych ścieżek, które pozwalają Krwawym podróżować przez Ciemność. Dopiero kiedy Talon, kulejąc, podszedł do Therana, pierwsi Książęta Wojowników przeszli przez bramę i ruszyli parami przez zarośnięty podjazd – najpierw ci z najjaśniejszymi Kamieniami.

Naliczyłem około setki – powiedział Talon na psychicznej nici.

To zapewne wszyscy, jacy ocaleli w Dena Nehele – odparł Theran.

Zapewne. I tak jest ich więcej, niż się spodziewałem.

Żaden z nich nie wspomniał o tym, że tylko kilku z tych mężczyzn nosiło Opal, uważany za jeden z Ciemnych Kamieni. A więc on i Talon, z Kamieniami Zielonym i Szafirowym, byli najsilniejszymi mężczyznami, którzy pozostali na terytorium. Wszyscy inni nosili Jaśniejsze Kamienie.

Książęta Wojowników ustawili się przed nimi półkolem, a ci z Jaśniejszymi Kamieniami pozostawili między sobą przejścia, by silniejsi mogli zająć miejsca z przodu.

Wszyscy, oprócz jednego Księcia Wojowników z Opalem, który stanął z dala od innych. Jego złocistobrązowa skóra wskazywała, że pochodzi z rodu Shaladorczyków. Być może jest nawet Shaladorczykiem czystej krwi.

Jak Lord Jared.

Theran w ostatniej chwili powstrzymał chęć spojrzenia na własną rękę. Jego skóra miała podobny odcień.

– Czy zechcesz się do nas przyłączyć, książę Ranonie? – spytał Talon.

– Stąd słyszę wystarczająco dobrze – zabrzmiała chłodna odpowiedź.

Talon kiwnął głową, jakby to niezbyt grzeczne warknięcie nie miało dla niego znaczenia.

Naprzód wystąpił książę Archerr, również noszący Opal.

– Wezwałeś nas tutaj, a my przybyliśmy na twoje wezwanie, ale żaden z nas nie może zostać długo. Plebejuszy trzeba trzymać krótko, a niektórzy z nas są jedynymi wyszkolonymi wojownikami w swoich stronach.

Theran kiwnął głową.

– Zatem przejdę od razu do rzeczy. Potrzebujemy Królowej.

Chwila pełnej niedowierzania ciszy, a potem szydercze prychnięcia.

– Powiedz nam coś, czego jeszcze nie wiemy – rzucił Spere.

– Mamy przecież jakieś królowe, jeśli można je tak określić – stwierdził Archerr.

– Służyłbyś którejś z nich? – spytał Theran.

– Prędzej słońce zaświeci w Piekle.

Dały się słyszeć pełne zaczajonego gniewu pomruki.

– Rzeczywiście, mamy królowe – zgodził się Theran. – Staruszki, które niegdyś uznano za zbyt słabe, by stanowiły zagrożenie dla suk oddanych Dorothei SaDiablo, albo dziewczynki, ledwie wyrośnięte, by mogły zacząć szkolenie w podstawach Fachu. No i garść nastolatek.

– Jedna ma piętnaście lat i robi się z niej taka suka, że może nie dożyć szesnastu – prychnął Archerr z goryczą.

– Potrzebujemy Królowej, która wie, jak nią być – ciągnął Theran. – Potrzebujemy Królowej, która będzie rządzić Dena Nehele zgodnie z tradycją Szarej Pani.

– Nie znajdziesz takiej w naszych granicach – stwierdził Spere. – Myślisz, że nie szukaliśmy? A jeśli zwrócimy się do innych terytoriów, tamtejsi mężczyźni nie oddadzą nam takiej, która jest coś warta. Zresztą mieszkam w wiosce tuż przy zachodniej granicy i mogę cię zapewnić, że na sąsiednich terytoriach wcale nie dzieje się lepiej.

– Wiem – odparł Theran.

– Więc gdzie niby mamy znaleźć Królową? – spytał Archerr.

– W Kaeleer.

Ucichły nawet pokasływania i szuranie butami.

– Do Królestwa Cieni można się dostać tylko przez targi służby – powiedział Shaddo. – O ile chce się pozostać przy życiu dość długo, by wyjaśnić, o co ci chodzi.

– Jest jeszcze inna droga – powiedział Theran, ciesząc się, że wcześniej rozważyli z Talonem tę możliwość. – Ktoś musi udać się na Czarną Górę.

Dziewięćdziesięciu ośmiu mężczyzn w milczeniu wbiło w niego wzrok.

– Po co? – spytał cicho Archerr.

Theran spojrzał na Talona, a ten porozumiewawczo kiwnął głową.

– Mieszka tam Książę Wojowników, który jest winien przysługę mojej rodzinie. – Talon ujął to trochę inaczej. Powiedział: Ze względu na Jareda być może zgodzi się wyświadczyć przysługę twojej rodzinie. – Jeśli go odnajdę…

– …to pomoże nam sprowadzić Królową z Kaeleer? – spytał z powątpiewaniem Shaddo. – A niby kto ma takie wpływy i władzę?

Theran odetchnął głęboko.

– Daemon Sadi.

Dziewięćdziesięciu ośmiu Książąt Wojowników zadrżało.

– Sadysta jest winien przysługę twojej rodzinie? – upewnił się Archerr.

Theran kiwnął głową.

– Na ognie piekielne, Matko Noc, niech Ciemność zlituje nad nami – mruknęło kilka głosów.

– Przedyskutowaliśmy tę sprawę z Talonem i uznaliśmy, że najprościej będzie zapytać w Stołpie, czy ktoś wie, gdzie przebywa Sadi.

– Może już nie żyć – powiedział Spere, a w jego głosie pobrzmiewała nuta nadziei. – Jego brat zniknął wiele lat temu, prawda? Może Sadiego pochłonęła burza, jak resztę Krwawych?

– Może – zgodził się Talon. – Może nie chodzi już wśród żywych, ale nawet jeśli jest żyjącym demonem, nadal potrafi nam pomóc. A jeśli jako żyjący demon udał się do Ciemnego Królestwa, Stołp daje najlepszą nadzieję na jego odszukanie.

– Załóżmy, że dostaniemy Królową z Kaeleer. I co dalej? – spytał Shaddo.

– Wówczas dwunastu mężczyzn musi zgodzić się jej służyć i sformować Pierwszy Krąg – wyjaśnił Theran. – Musimy stworzyć dwór, a to oznacza, że niektórzy z nas będą musieli służyć. – Kolejne słowa utknęły mu w gardle, choć i co do tego zgadzali się z Talonem. – Jej rezydencją będzie Szara Przystań.

– Mówisz, że musimy stworzyć dwór – powiedział chłodno Ranon. – Czy Shalador zostanie zaproszony do służby, czy też krew, która płynie również w twoich żyłach, książę Theranie, pozostanie w rezerwatach, aż wybuchnie kolejna wojna i staniemy się potrzebni?

Talon uniósł rękę, żądając uwagi, nim ktoś przekroczyłby granicę i rozpoczął starcie, które musiałoby się zakończyć czyjąś śmiercią.

– To będzie decyzja Królowej, Ranonie – powiedział cicho. – Wszyscy będziemy musieli odłożyć broń i nadstawić gardła.

– Mając nadzieję, że nie trafi nam się ktoś, kto zniszczy resztę tego, co jeszcze w nas zostało? – spytał Ranon.

– Dokładnie tak – odparł Talon.

Zapadła długa cisza. Ranon cofnął się o krok, zawahał się.

– Jeśli Królowa z Kaeleer przybędzie do Dena Nehele, część ludu Shaladoru podda się jej.

Talon, podobnie jak pozostali, patrzył w zamyśleniu, jak Ranon zmierza w stronę bramy. Nikt nie powiedział ani słowa, póki Książę Wojowników z Shaladoru nie złapał Wiatrów i nie zniknął.

– Jeśli sprowadzisz Królową z Kaeleer… – Archerr urwał.

– Prześlę wiadomość – obiecał Theran.

Książęta Wojowników ruszyli ku bramie. Nie zbili się w grupki, nie rozmawiali między sobą. Niektórzy oglądali się na Therana i Talona.

– Wygląda na to, że udajesz się do Stołpu – stwierdził Talon.

Theran kiwnął głową, patrząc, jak znikają ostatni goście.

– Jak sądzisz, co martwi ich bardziej? To, że mogę nie znaleźć Daemona Sadiego, czy może to, że go odnajdę?

DWA

Kaeleer

Cassidy przysiadła na piętach i otarła podbródek końcem grubego, rudego warkocza.

– Czas na decyzję – powiedziała, patrząc na ziemię przed sobą. – Kamień zostaje czy kamień sobie idzie?

Ponieważ rzuciła to pytanie w przestrzeń, raczej nie spodziewała się usłyszeć odpowiedzi. Zresztą tak naprawdę decyzja nie należała do niej. Wzięła się do pielenia tego klombu, żeby mieć coś do roboty – choćby na niewielkim kawałku ziemi. Jednak ogród należał do jej matki i to w zależności od jej punktu widzenia kamień mógł być niechcianą przeszkodą albo ważnym i niezbędnym elementem rzeźby terenu.

Taka zależność dotyczyła zresztą nie tylko kamieni.

– Co się stało, już się nie odstanie – mruknęła do siebie. – Więc ciesz się tą wizytą, rób, co możesz, a z całą resztą daj sobie spokój.

Daj sobie spokój z całą resztą… Ile czasu musi minąć, żeby pogodziła się z tym upokorzeniem?

– Cóż, przynajmniej dowiedziałam się o tym, nim rozpoczęłam wiosenne prace w ogrodach. – Głos jej się załamał, a przez napływające do oczu łzy coraz trudniej było patrzeć.

Przełknęła ból, który próbował zalać jej serce zawsze, kiedy tylko nie była czymś zajęta, i zajrzała do słoiczków z nasionami zebranymi w zeszłym roku z ogrodów Królowej w Bhak. Tamten ogród nie należał już do niej, a jej matka odniesie z tego tylko korzyść – zyska w tym roku kilka nowych roślin.

– Twoja matka powiedziała, że cię tu znajdę.

Znajomy, schrypnięty głos sprawił, że się uśmiechnęła. Obejrzała się przez ramię na zażywnego mężczyznę zdążającego w jej stronę.

Tęgi mężczyzna miał na imię Burle. Prosty człowiek. Życzliwy. Dwa razy w miesiącu jechał na trzy dni do wioski plebejuszy i naprawiał wszystko, co wymagało reperacji. Większość Krwawych uważała, że coś takiego nie przystoi wojownikowi, nawet jeśli nosi on zaledwie Tygrysie Oko. Jednak Burle na to nie zważał. Zawsze mawiał: „Praca to praca, a marki, którymi mi płacą, są równie dobre, jak te pochodzące od wyniosłych arystokratów”.

Takie podejście sprawiało, że domy arystokracji w Polu Tkaczek, ich rodzinnej wiosce, oraz w pobliskich wioskach Krwawych były przed nim zamknięte. Natomiast reszta Krwawych nie zwracała uwagi na kąśliwe uwagi o arystokratach, a plebejusze cenili sobie usługi człowieka, który posługiwał się nie tylko młotkiem, ale i Fachem, i nie patrzył na nich z góry. Dzięki temu Lord Burle nigdy nie narzekał na brak pracy.

Na jego widok serce Cassidy zalała fala przyjemnego ciepła – ale chwilę później zatrzepotało ono z niepokoju.

– Dlaczego jesteś w domu? Czy coś się stało?

Burle spojrzał wymownie w niebo, nim przeniósł wzrok na córkę.

– Cóż, kotku, jest południe. Posiłek czeka na stole, a ty nadal tutaj. Twoja matka ma taki wyraz twarzy… Sama wiesz.

O tak, wiedziała doskonale.

– Zostałem więc po ciebie posłany – dokończył Burle.

Mało prawdopodobne. Posłany, być może, ale na pewno nie po to, żeby ją sprowadzić. Choć kochała Devrę, były takie rzeczy, które mogła powiedzieć tylko ojcu. Tyle że po prostu nie była jeszcze na to gotowa.

– W porządku, ojcze. Powiedz, o co ci chodzi. – Położyła nacisk na słowo „ojcze”, żeby dać mu do zrozumienia, że zwęszyła podstęp. Kiedy w odpowiedzi jedynie zmarszczył krzaczaste brwi, które jej matka co jakiś czas korygowała dyskretnie za pomocą Fachu, Cassidy poprawiła się, tłumiąc westchnienie: – Tatulku.

Kiwnął głową, zadowolony, że zrozumiała.

– Twoja matka twierdzi, że wyszłaś zaraz po śniadaniu. To masa czasu na wykopywanie chwastów. Pomyślałem sobie, że ci pomogę, ale wygląda na to, że zdążyłaś już uporządkować tę grządkę. – Z dezaprobatą spojrzał na leżące na ziemi rękawiczki.

Cassidy uniosła ręce.

– Mam rękawiczki. Podniosłam ciasną osłonę, żeby ochronić dłonie. I używałam Fachu tam, gdzie było trudno. – Jeśli naprawdę jest już południe, to spędziła więcej czasu na gapieniu się w przestrzeń i próbach odgonienia myśli niż na pracy.

Burle przykucnął obok córki, ujął w dłonie jej ręce i przyjrzał się im.

– Nie ma nic złego w kilku odciskach, ale pokaleczona ręka odmówi pracy. – Ścisnął lekko jej dłonie i puścił. – Poza tym nie musisz tego robić.

– Mój ojciec uczył mnie, że nie ma nic złego w ciężkiej pracy.

Śmiejąc się, wstał i pociągnął ją za sobą.

– Zawsze zastanawiałem się, czy do twojego brata dotarła choć połowa z tego, co wam mówiłem. I martwiłem się, że do ciebie dotarło zbyt wiele. – Położył dłoń na jej ramieniu. – Jesteś dobrą kobietą, kotku. I dobrą Królową.

– Dobrą Królową? – Wszelkie hamulce puściły, nagle zalał ją ból, który tłumiła, odkąd tydzień temu zawitała do domu rodziców. – Tatulku, cały mój dwór zrezygnował. Wszyscy mężczyźni z Pierwszego Kręgu – cała dwunastka, łącznie z Zarządcą i Dowódcą Straży – poinformowali mnie, że chcą służyć innej Królowej, i to takiej, która pobierała nauki na moim dworze. To ją wybrali. Po tym wszystkim, co dla nich zrobiłam, tatulku.

Wypłakiwała z siebie cały ból, cały wstrząs, jakim była dla niej ta zdrada. Tylko złe królowe były porzucane w taki sposób. Tylko agresywnym królowym Pierwszy Krąg odmawiał służby, niszcząc dwór. Tylko…

O mężczyźnie, który był jej Faworytem, nie mogła nawet myśleć. To za bardzo bolało.

Nie była ładna. Nigdy. Była wysoka, grubokoścista i niezgrabna, miała rude włosy, piegi i pociągłą, pospolitą twarz. Nie pochodziła z bogatej czy arystokratycznej rodziny. Wyjąwszy dalekiego kuzyna Aarona, który był Księciem Wojowników Tajrany i małżonkiem Królowej Nharkhavy, służba na jej dworze czy w jej łóżku nie wiązała się z żadnymi towarzyskimi przywilejami. A ponieważ nosiła tylko Różowy Kamień, nie miała też mocy, która mogłaby kogoś zaintrygować. Nikt nie miał ochoty spojrzeć na nią po raz drugi. Tyle że była Królową, co czyniło ją osobliwością w rodzinie, w której nieczęsto rodzili się Krwawi z Ciemnymi Kamieniami czy choćby należący do wyższej kasty – rządzącej.

A teraz była Królową bez dworu. Po tym bolesnym upadku czuła się tak, jakby wyrwano część niej, i nie potrafiła poradzić sobie z tą emocjonalną raną. Kermilla otrzymała Pierwszy Krąg, który dotąd służył jej, wioski Krwawych i plebejuszy, którymi rządziła, dom, w którym mieszkała, i ogrody, którymi się opiekowała.

Nie chciała być ważna, nie chciała zostać Królową Prowincji i rządzić Królowymi Okręgów. A już na pewno nie miała ambicji zostania Królową całego terytorium Dharo. Była szczęśliwa, rządząc dwiema wioskami: Bhakiem i Owczą Skórą. Chciała, żeby podległa jej część Dharo była przyjaznym miejscem i dla Krwawych, i dla plebejuszy.

Jednak mężczyźni służący Cassidy postrzegali jej dwór jedynie jako punkt wyjścia do służby na ważniejszych dworach, rządzonych przez silniejsze królowe. Kiedy uświadomili sobie, że taka perspektywa nie jest realna, bez zaangażowania wypełnili wiążące ich kontrakty, a potem odeszli prosto do Kermilli – ślicznej, pełnej życia Królowej, która była gotowa stworzyć swój pierwszy dwór. Kermilla nosiła Letnie Niebo, Kamień nie dość ciemny, by mógł stanowić wabik, ale miała liczne kontakty towarzyskie, potrafiła olśnić silniejszych mężczyzn… no i miała dwadzieścia jeden lat.

– No już, kotku – powiedział Burle, klepiąc ją po plecach. – Nie przejmuj się tak bardzo. To żaden wstyd, że zerwałaś z Pierwszym Kręgiem, który musi spuścić spodnie, żeby zacząć myśleć.

Obraz, jaki na te słowa stanął przed oczami Cassidy, sprawił, że szloch ustąpił miejsca wywołanej śmiechem czkawce.

– Tak lepiej. – Burle przywołał starannie złożoną chusteczkę. – Wytrzyj twarz, bo skończysz, leżąc plackiem na kanapie z liśćmi sałaty na oczach.

– Plasterkami ogórka, tatulku. Na powieki kładzie się plasterki ogórka. – Cassidy wytarła posłusznie twarz i wysiąkała nos. – Zdaniem mamy działają cuda.

– Ha – powiedział Burle. – Twoja matka wygląda dobrze i bez tego. Wygląda świetnie i z samego rana, i późno w nocy, i przez cały dzień.

Cassidy wiedziała, że faktycznie tak myślał. A ponieważ mówił szczerze, a ona odziedziczyła po Devrze piegi i rude włosy, była pewna, że mężczyzna, który był jej Faworytem, również był szczery, kiedy wyrażał podziw dla jej urody.

– No cóż. – Cassidy zniknęła chusteczkę. – Lepiej, żebyśmy udali się do stołu, nim mama po nas wyjdzie, nie uważasz?

– Masz rację. – Burle objął córkę i skierował się ku domowi. – Powiem ci jeszcze tylko jedno, kotku. Poznałem Kermillę, kiedy pobierała nauki na twoim dworze, i uwierz mi, jeśli ci głupcy wybrali ją zamiast ciebie, zasługują na to, co dostaną.

– Może. – Zapewne. Kiedy wysyłała Królowej Prowincji ocenę Kermilli, starała się być oględna, ale nie mogła zaprzeczyć, że ma zastrzeżenia co do postępowania młodej Królowej wobec tych, którzy nie mieli dość mocy, by stawić jej czoła.

– Ich strata, mój zysk – zakończył Burle. – Za to ja mieszkam teraz z dwiema najlepszymi kobietami na całym terytorium.

– Chwilowo – mruknęła Cassidy.

– Co to ma znaczyć?

– To tylko wizyta, tatulku. W przyszłym tygodniu zacznę sobie szukać domu. – Bardzo skromnego domu, gdyż z danin, jakie otrzymywała z Bhak i Owczej Skóry, zostało jej niewiele po tym, jak uregulowała wydatki dworu i odesłała Królowej Prowincji należną jej część.

Te daniny to był jej dochód, kiedy rządziła, a oszczędności zawdzięczała swojemu wychowaniu i nieugiętej wierze matki w to, że dobre życie wcale nie musi być kosztowne. A ponieważ oszczędności pochodziły z należnych jej danin i stanowiły wszystko, co w tej chwili posiadała, z dotychczasową gorliwością będzie darła listy Kermilli, w których ta nieustannie pyta o jedno: ile była Królowa Bhak zamierza „podarować” nowej Królowej?

– Jak to – szukać domu? – zaniepokoił się Burle. – Po co?

– Tatulku, mam trzydzieści jeden lat. Dorosłe kobiety nie mieszkają z rodzicami.

Zatrzymał się tak gwałtownie, że omal jej nie przewrócił.

– Dlaczego nie? Co takiego będziesz robić w swoim domu, czego nie możesz robić tutaj? – Zaczerwienił się nagle, kiedy doszedł do jednoznacznego – choć całkowicie błędnego – wniosku. – No wiesz – mruknął, wydłużając krok i znów ciągnąc ją za sobą. – Zobaczymy, co powie twoja matka. Tylko zaczekaj.

Cassidy doskonale wiedziała, co powie Devra, ale nie był to właściwy moment na informowanie ojca, że jest w mniejszości.

– Dobrze, tatulku – powiedziała czule. – Zaczekajmy.

TRZY

Ebon Askavi

– Dlaczego ja to robię?

Saetan Daemon SaDiablo, były Książę Wojowników Dhemlanu, spojrzał na Daemona Sadiego, obecnego Księcia Wojowników Dhemlanu, i siłą powstrzymał śmiech, słysząc te słowa. Ton głosu jego syna bardziej pasowałby do naburmuszonego nastolatka niż do silnego, dorosłego mężczyzny w jego najlepszych latach. Daemon był Hayllańczykiem, należał więc do jednej z długowiecznych ras i swoje nastoletnie lata zostawił już kilka wieków za sobą.

Saetan zauważył jednak, że były takie chwile, kiedy Daemon i jego brat Lucivar Yaslana odkładali na bok swoją dorosłość – niestety zwykle razem z inteligencją – i zmieniali się w… chłopców. Miał wrażenie, że kiedy przebywają z nim sam na sam, sprawdzają, jakie są granice wolności nastolatków. Może działo się tak dlatego, że pozbawiono go przywileju wychowywania ich i nie przeszli przez okres rywalizacji, jaki nieuchronnie czekałby ich, gdyby mieszkali razem? A może dlatego, że zbyt szybko i w zanadto brutalny sposób musieli dorosnąć, żeby przetrwać ciężką niewolę i próby poddania ich władzy czarownic? Bo były to próby, a nie faktyczna władza. Niewola, ból, strach, okrucieństwo zmieniły tych dwóch młodych mężczyzn – Książąt Wojowników, należących do kasty z natury niebezpiecznej – w śmiertelną broń.

Byli inteligentni i groźni. Lojalni i kochający. Silni i niezależni. A także dziko opiekuńczy, czasami w irytujący sposób, wobec tych, których kochali.

To byli jego synowie. Kochał ich obu, ale to ten stojący po drugiej stronie stołu i przyglądający mu się spod długich, czarnych rzęs był jego lustrzanym odbiciem, jego prawdziwym dziedzicem. A ponieważ on sam był Wielkim Lordem Piekła, nigdy nie należało zapominać o tym, jak bardzo Daemon jest do niego podobny.

– Dlaczego ja to robię? – powtórzył Sadi.

– Ponieważ kiedy przybyłeś do Stołpu w Kaeleer i odkryłeś, że jestem w Stołpie w Terreille, przeszedłeś przez bramę do tego Królestwa, żeby zapytać mnie o jakiś drobiazg dotyczący majątków rodziny. A kiedy zobaczyłeś, że porządkuję stare dokumenty, spytałeś, czy możesz mi pomóc – wyjaśnił cierpliwie Saetan.

– Jedynie z grzeczności – parsknął Daemon.

– Wiem – odparł sucho Saetan. – Ale ja postanowiłem przyjąć twoją ofertę.

Daemon z cichym warknięciem wrócił do układania papierów.

Saetan ukrył uśmiech i skupił się na dokumentach po swojej stronie stołu.

– Co zamierzasz z tym zrobić? – spytał Daemon kilka minut później. – Zabrać to do Stołpu w Kaeleer?

– Dlaczego, na ognie piekielne, miałbym to robić?

– Marian twierdzi, że stary pergamin to świetna ściółka pod grządki.

Marian, śliczna i utalentowana domowa czarownica, była żoną Lucivara, a jej spokojna natura doskonale równoważyła gwałtowność męża. Saetan miał jednak wrażenie, że czasami ponad praktyczność domowego Fachu należałoby przedłożyć prostsze i bardziej bezpośrednie rozwiązania.

– Zamierzam wyrzucić to wszystko na kamienny dziedziniec, otoczyć osłoną, spalić ogniem czarownicy i obrócić kilka Wozów bezużytecznej pisaniny w beczkę popiołu.

– Gdybyś poprosił o pomoc Marian, uporałbyś się z tym o wiele szybciej. Założę się, że zna kilka sprzątających zaklęć – mruknął Daemon, po czym zamyślił się. – No, może wcale nie byłoby szybciej… Marian jest dość skrupulatna.

Przeklęty chłopak! Wiedział dokładnie, gdzie wbić szpilkę, żeby zabolało.

Saetan wcale nie próbował uporządkować tego miejsca. Próbował wymazać historię tak starą, że nie miała już znaczenia dla nikogo – nawet dla długowiecznych ras.

On jednak też potrafi precyzyjnie wbijać szpilki.

– Gdybym chciał, żeby było interesująco, poprosiłbym o pomoc Jaenelle.

Daemon spojrzał na pergamin, który trzymał w dłoni, pochylił go w stronę wiszącej nad stołem kuli światła czarownicy, żeby przeczytać wyblakłe pismo… i zbladł.

Saetan nie miał pojęcia, co przeczytał jego syn, ale najwyraźniej sama myśl o tym, że Jaenelle Angelline, była Królowa Ebon Askavi, a obecnie ukochana żona Daemona Sadiego mogłaby wejść w posiadanie tej informacji, wystarczyła, by wystraszyć Księcia Wojowników z Czarnym Kamieniem.

Daemon odłożył dokument na stos przeznaczony do wyrzucenia i cicho odchrząknął.

– Myślę, że poradzimy sobie we dwóch i pomoc pań nie będzie tu konieczna.

– Mądra decyzja. – Saetan doszedł do tego samego wniosku, kiedy postanowił uprzątnąć te papiery.

Pracowali przez kolejną godzinę.

– Wystarczy na dzisiaj – powiedział wreszcie Saetan.

Daemon rozejrzał się wkoło. Papiery przeznaczone do zniszczenia wrzucali do dużej skrzynki, ale stół i podłoga wokół niego były zawalone stosami nadal nietkniętych dokumentów.

– Jest południe, książę – zwrócił uwagę Saetan.

Daemon kiwnął głową.

– Nie sądziłem, że już tak późno.

Godziny pomiędzy zachodem słońca a jego wschodem były tą częścią doby, która należała do żyjących demonów. A także do strażników, takich jak Saetan, czyli żyjących demonów, które przekroczyły granicę skończoności życia. Kiedy mieszkała z nim Jaenelle – jako jego przybrana córka – zmienił swoje przyzwyczajenia, przedłużając swą aktywność również o godziny poranne, żeby i żywi mieli z niego pociechę. Jednak nawet tutaj, w Stołpie – Sanktuarium Czarownicy – Saetan musiał udać się na spoczynek, kiedy słońce wisiało wysoko na niebie.

– Wróćmy do Stołpu w Kaeleer – zaproponował. – Umyjemy się i zjemy coś, nim udam się na spoczynek. Będziesz mógł zapytać mnie o to, z czym naprawdę tu przyszedłeś.

Drzwi biblioteki otworzyły się, nim Saetan i Daemon zdążyli do nich podejść. Stanął w nich wojownik służący w Stołpie w Terreille i skłonił się.

– Wielki Lordzie, przybył pewien Książę Wojowników – oznajmił.

– Jak się nazywa? – spytał Saetan.

– Nie powiedział – odparł wojownik. – Nie chciał też wyjawić, z którego terytorium pochodzi. Mówi, że kogoś szuka, i w związku z tym chce rozmawiać z kimś, kto tu rządzi.

– Czyżby? – spytał cicho Saetan. – To niezbyt rozsądne z jego strony. Zaprowadź naszego gościa do którejś z sal audiencyjnych. Wkrótce z nim porozmawiam.

– Tak, Wielki Lordzie.

Wyraz radosnego oczekiwania, malujący się na twarzy wojownika, zasugerował Saetanowi, że tajemniczy gość musi być idiotą, nie zachowując podstawowych manier wobec mężczyzn służących Stołpowi. Głupcy, którzy próbowali zataić swe imiona, prosząc o audiencję, zwykle otrzymywali w zamian to, co sami oferowali – czyli nic.

Kiedy wojownik wyszedł, Saetan odwrócił się i dotknął ramienia Daemona.

– Może wrócisz do Kaeleer i poprosisz o przygotowanie posiłku? Porozmawiam z tym nieznanym księciem i dołączę do ciebie, kiedy tylko skończę. Wątpię, żeby zajęło to więcej niż kilka minut.

Powietrze wokół nich zrobiło się zimne – ostrzeżenie, że dzika wściekłość krystalizowała się w odłamki lodu.

– Skoro zamierzasz porozmawiać z księciem z Terreille, ktoś powinien cię ubezpieczać – stwierdził Daemon niebezpiecznie łagodnie.

Saetan nie wiedział, czy troska syna schlebia mu, czy godzi w jego ambicję, ale postanowił nie dodawać do tej wymiany zdań własnego temperamentu – szczególnie teraz, kiedy Daemon stał się śmiertelnie groźny.

– Zapomniałeś, że jestem Księciem Wojowników noszącym Czarny Kamień i że sam potrafię się bronić?

Jedno spojrzenie złocistych oczu, coraz bardziej sennych i szklistych. Jeden wymowny rzut oka na lewą dłoń Saetana, której brakowało małego palca.

– O niczym nie zapomniałem – zapewnił słodko Daemon.

Saetan poczuł na plecach zimny dreszcz.

Cała chłopięcość znikła. Rozpłynęła się więź łącząca ojca z synem. Mężczyzna stojący przed Saetanem, był równym mu rangą Księciem Wojowników, którego w tej chwili od morderczej furii dzielił tylko krok. Mężczyzna, którego mieszkańcy Terreille nazywali Sadystą. Mężczyzna, który – sprowokowany – był zdolny do wszystkiego.

I właśnie to, bardziej niż wszystko inne, nakazywało usunąć go z Terreille.

– Powiedziałbyś Lucivarowi, że ktoś powinien go ubezpieczać? – spytał Saetan.

– Nie musiałbym nic mówić – odparł Daemon. – Sam wiedziałby, że stanę u jego boku.

To nie jest walka, pomyślał Saetan. Za późno wychwycił, co naprawdę kryje się za chłopięcą postawą syna.

Dla Daemona sam fakt przebywania w Terreille oznaczał nieustanną gotowość do starcia, do zabijania.

– Książę, proszę cię, byś wrócił do Kaeleer. To jest Stołp. Sanktuarium. Traktowanie kogoś z góry jak wroga tylko dlatego, że przybył tu po informacje, byłoby pogwałceniem wszystkich zasad, które symbolizuje to miejsce. To się nie stanie, Daemonie. – Przynajmniej nie zrobi tego ktoś, kto jest gościem w Stołpie. Bo to, co strzegło gór Ebon Askavi, własną miarą osądzało wszystko, co wkraczało w te progi. Dlatego niektórzy wchodzący tu ludzie już stąd nie wychodzili. – Przepraszam, nie zdawałem sobie sprawy, jak trudne jest dla ciebie przebywanie w tym Królestwie – dodał Saetan. – Gdybym to wiedział, opuścilibyśmy je wiele godzin temu.

Bystry umysł oceniał jego słowa, bystre oczy oceniały jego postawę.

– Podniesiesz osłonę? – spytał wreszcie Daemon.

– Podniosę. – Saetan starał się za wszelką cenę okiełznać temperament, ale w jego słowach pobrzmiewał warkot.

Usta Daemona wygięły się w niechętnym uśmiechu.

– Tego samego zażądałbyś ode mnie, gdybym to ja postanowił zostać.

– Oczywiście. Zażądałbym. Ale to by było co innego. Jestem twoim ojcem.

Uśmiech Daemona stał się ciepły. Podobnie jak powietrze wokół nich.

– Świetnie. Wracam zatem do Kaeleer i dopilnuję przygotowania posiłku.

Saetan w napięciu oczekiwał chwili, w której przestanie wyczuwać obecność innego Czarnego Kamienia – będzie to znak, że Daemon przeszedł przez bramę i wrócił do Kaeleer. Potem zgarbił się, oparł o drzwi i czekał, aż usłyszał wzmocnione Fachem kroki wracającego wojownika.

– Czy wszystko w porządku, Wielki Lordzie? – spytał wojownik. – Poczułem… wszyscy poczuli… Książę Sadi zrobił się na chwilę zimny.

– Tak, istotnie. Przebywanie w Terreille jest dla niego nieco nieprzyjemne.

Wojownik popatrzył wymownie na Saetana.

– Jeśli książę Sadi w taki sposób reaguje na nieprzyjemne rzeczy, nie chciałbym znaleźć się w pobliżu, jeśli coś będzie dla niego więcej niż nieprzyjemne.

– I bardzo słusznie – odparł Saetan. – Lepiej być wtedy jak najdalej.

* * *

Theran otworzył szklane drzwi prowadzące do kilkupoziomowego ogrodu, po czym przymknął je, pozostawiając jedynie wąską szczelinę. Pomimo panującej wiosny w górach było zimno. Wolałby siedzieć teraz w wygodnym fotelu przy kominku, tyle że…

Samo to miejsce mroziło go bardziej niż chłodne wiosenne powietrze. Czarna Góra. Ebon Askavi. Archiwum historii Krwawych i siedziba czarownicy – żywego mitu, ziszczonego marzenia. Theran podejrzewał skrycie, że niczego więcej niż tylko mitu i marzenia. Niegdyś krążyły plotki o Królowej z Czarnym Kamieniem rządzącej Ebon Askavi, ale po burzy mocy, wojnie czy jakkolwiek inaczej nazwać to, co przetoczyło się przez Terreille, niszcząc Krwawych, przycichły. To miejsce nie potrzebowało Królowej. Było dostatecznie mroczne bez niej. Theran nie mógł wyobrazić sobie nikogo… normalnego… kto chciałby tu rządzić.

Obserwowało go coś ukrytego w cieniu. Był tego pewien, choć nie wyczuwał ani psychicznego zapachu, ani żadnej obecności. Z jakichś przyczyn był przekonany, że to coś potrafiłoby go zabić, zanim zorientowałby się, co się dzieje.

Kiedy drzwi wreszcie się otworzyły, odetchnął z ulgą, ale zachowawczo pozostał przy oknie. Jeśli coś pójdzie nie tak, z tej pozycji będzie miał większe szanse uciec i złapać Wiatry.

Mężczyzna, który szedł w jego stronę, musiał być albo Hayllańczykiem, albo Dhemlańczykiem – czarne włosy, brązowa skóra i złociste oczy były charakterystyczne dla wszystkich długowiecznych ras, a tych dwóch Theran nigdy nie potrafił rozróżnić. Starszy człowiek, z lekką siwizną na skroniach i zmarszczkami, wskazującymi na ciężar wieków. Na złotym łańcuszku nosił Czerwony Kamień. Czerwony połyskiwał również w pierścieniu na jego dłoni o smukłych palcach i długich, czarnych paznokciach.

– Kim jesteś? – spytał Theran. Terytorium Hayll było źródłem wszystkich cierpień jego ludu i nie chciał mieć do czynienia z nikim, kto wywodził się z tej rasy. Z jednym wyjątkiem.

Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie.

W sali nagle zrobiło się zimno, ale był to inny rodzaj chłodu niż ten, który Theran wyczuwał z ogrodu.

– Jestem Księciem Wojowników, który przewyższa cię rangą – stwierdził nieznajomy niebezpiecznie łagodnie. – A teraz, mój mały, przypomnij sobie o manierach i spróbuj jeszcze raz albo wracaj tam, skąd przybywasz.

Theran niepotrzebnie skupił się na rasie, zamiast na Czerwonym, który przewyższał rangą jego Kamienie, lub na psychicznym zapachu, który nie pozostawiał wątpliwości, że ten człowiek jest Księciem Wojowników.

– Przyjmij moje przeprosiny, panie – powiedział z udawaną pokorą. Prędzej słońce zaświeci w Piekle, niż szczerze przeprosi Hayllańczyka – bez względu na przewinienie. – To miejsce nieco mnie przytłacza.

– Wiele osób tak się tu czuje. Postarajmy się zatem załatwić sprawę szybko, byś mógł je opuścić i udać się w swoją stronę.

– Nie jestem pewien, czy możesz mi pomóc. – Nie chcę, żebyś to ty mi pomagał.

– Jestem zastępcą bibliotekarza Stołpu. Jeśli ja nie mogę ci pomóc, nikt nie zdoła tego uczynić.

Jeśli ja ci nie pomogę, nikt tego nie zrobi – takie w rzeczywistości było przesłanie słów mężczyzny.

Wkurzający, stary fiut, pomyślał Theran.

Nie zamierzał wysyłać tych słów na psychicznej nici i był niemal pewien, że tego nie zrobił, ale sądząc ze szklistego wzroku mężczyzny, coś w wyrazie jego twarzy musiało zdradzić jego prawdziwe uczucia.

– Zacznijmy od twojego imienia – powiedział mężczyzna.

Theran wręcz dławił się na samą myśl o zdradzeniu temu Hayllańczykowi, kim jest.

– Ujmijmy to w ten sposób – ciągnął mężczyzna. – Możesz albo okazać mi minimum grzeczności, podając swoje imię i terytorium, albo iść do Piekła.

Theran mimowolnie zadrżał – coś w tym głębokim głosie ostrzegało go, że te słowa bynajmniej nie są przenośnią.

– Theran. Z Dena Nehele.

– Jak widzisz, choć wyjawiłeś te informacje, nie runęła żadna góra, a twoja głowa wciąż tkwi na karku – najwyraźniej więc konsekwencje ujawnienia tak podstawowych danych są niegroźne.

Theran nie przywykł do takiego usadzania. Na pewno nie przez kogoś obcego. Dławiła go chęć ostrej riposty, ale powstrzymał się. Z zasady nie lubił Hayllańczyków – a ten najwyraźniej również nie darzył go sympatią. Był jednak jedynym źródłem informacji, których szukał.

– Istnieje pewien powód mojej dyskrecji – mruknął.

– W takim razie twój brak manier można zrozumieć, ale nie wybaczyć.

Zimny głos, zimne oczy, zimny temperament. Jeśli stracił tę jedyną szansę…

– Jak rozumiem, kogoś szukasz – zagadnął mężczyzna. – Kogo?

Może nadal jest szansa…

– Daemona Sadiego – powiedział Theran.

Powietrze wokół zrobiło się lodowate.

– Dlaczego? – spytał cicho mężczyzna.

Nie twoja sprawa. Theran w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Jest winien przysługę mojej rodzinie.

Sam nie był do końca pewien, czy to właściwa interpretacja informacji przekazywanej z pokolenia na pokolenie przez mężczyzn jego rodu, ale najwyraźniej tyle wystarczyło bibliotekarzowi.

– Rozumiem.

Nastała długa chwila ciszy. Mężczyzna wbił nieruchomo swoje złociste oczy w Therana.

– Każę przynieść coś do picia – oświadczył wreszcie.

– Niczego mi nie trzeba. – Na ognie piekielne! Pamiętaj o manierach! – Dziękuję. Z przyjemnością napiję się czegoś ciepłego.

– Każę przynieść. I sprawdzę, co uda mi się odnaleźć na temat księcia Sadiego.

Hayllańczyk wyszedł z sali, a Theran odetchnął z ulgą.

* * *

Wysiłek, jaki kosztowało Saetana zamknięcie za sobą drzwi i odejście bez wysondowania umysłu tego smarkacza, sprawił, że zaczęły trząść mu się ręce.

Chyba nie tylko Daemon bywa nadopiekuńczy, pomyślał ze skruchą.

Wyczuwając w korytarzu czyjąś obecność, sprawdził, czy drzwi są starannie zamknięte. Geoffrey, historyk i bibliotekarz Stołpu, opuścił osłonę wzrokową, za którą się ukrywał.

– Słyszałeś? – spytał Saetan.

– Zważywszy, że nie zamknąłeś drzwi, trudno było nie słyszeć – odparł Geoffrey.

– Dopilnuj, żeby coś mu podano, dobrze? Ja zajmę się resztą.

Geoffrey uniósł bladą dłoń.

– Jedno pytanie. Kim jest ten brykający osioł?

Saetan zdumiał się.

– Brykający osioł? Co ty czytasz?

Drugi Strażnik nie spojrzał mu w oczy.

Saetan przeżył pięćdziesiąt tysięcy lat. Geoffrey służył w Stołpie o wiele dłużej. Myśl o odkryciu po tylu latach, że lektury Geoffreya były… Cóż, Saetan nie był pewien, do jakiego gatunku literackiego pasowałoby sformułowanie, o którym teraz myślał. I chyba, w obawie przed odpowiedzią, nie odważyłby się nikogo o to spytać. Ta sprawa jednak zaintrygowała go na tyle, że zdołał opanować rozbudzony temperament. Sądząc z wyrazu czarnych oczu Geoffreya, zapewne o to właśnie chodziło.

– Zaopiekuję się naszym gościem – obiecał Geoffrey. – A ty zaopiekuj się swoim synem.

Myśl, że Daemon mógł być cokolwiek winien komuś w Terreille, wystarczyła, by znów obudzić w Saetanie wściekłość, ale ze względu na Geoffreya okiełznał ją, póki nie otworzył bramy między Królestwami i nie wkroczył na teren Stołpu w Kaeleer.

* * *

Daemon przyglądał się swojemu posiłkowi.

Znowu mógł swobodnie oddychać. Jego noga nie stanęła w tym przeklętym Królestwie od dwóch lat – odkąd udał się do Hayll, by rozegrać okrutną grę, która miała kupić czas dla Jaenelle. Czas, jakiego potrzebowała na zebranie mocy i jej uwolnienie, by oczyścić Królestwa z Krwawych skażonych przez Dorotheę i Hekatah SaDiablo.

Nawet tutaj, w Stołpie, który był przecież sanktuarium, wyczuwał różnicę między Terreille a Kaeleer, wyczuwał wieki wspomnień, przylegające do niego niczym utkane z bólu i strachu pajęczyny. Kiedy żył w Terreille, przyjmował ból i strach, prowadząc rozgrywki, które co najmniej dorównywały okrucieństwem i przewrotnością działaniom Dorothei.

Przetrwał siedemnaście wieków niewoli i okrucieństwa – ale za to zapłacił. Jego ciało było nietknięte – blizny, które nosił, powstały w jego sercu i umyśle.

Kiedy odnalazł Saetana w bibliotece, powinien był przyznać mu się do swego niepokoju, zamiast próbować go tłumić. Powinien uświadomić sobie, że nie może przebywać w Terreille razem ze swoim ojcem, tak samo jak nie mógłby tam przebywać ze swoim bratem Lucivarem. Zbyt wiele wspomnień – ich ostatnia wspólna wizyta w Hayll nadal była głównym wątkiem sennych koszmarów Daemona. Jego ojciec… w obozie Hayllańczyków… torturowany. Podobnie jak jego brat. I on sam, który musi wcielić się w rolę najokrutniejszego z katów, żeby ich uratować.

Potarł dłońmi twarz i skupił całą uwagę na stole i posiłku. Musi się czymś zająć, czekając na powrót Saetana.

– I co my tu mamy? – Grube plastry pieczeni wołowej. Warzywne casserole. Chrupiący chleb, złociste masło i…

Podniósł pokrywkę z ostatniego półmiska i uniósł brew na widok zimnej mgiełki, jaka się z niego uniosła.

Dwie miseczki z…

Podniósł jedną z nich, przyjrzał się jej uważnie, po czym wziął łyżeczkę i zatopił ją w zawartości naczynia. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego, musiał więc skosztować, jeśli chciał dowiedzieć się, co to jest.

Uniósł łyżeczkę do ust i zamknął oczy, kiedy na jego języku zaczęły powstawać smaki.

Słodki, puszysty serek. Kawałki czekolady. Smużki sosu malinowego.

Otworzył oczy i oblizał wargi. Przyjrzał się ponownie nakryciu stołu. Przygotowano dwie miseczki, więc jedna musiała być dla niego. Jaka różnica, czy zje to przed posiłkiem, czy po? Usatysfakcjonowany takim usprawiedliwieniem – na wypadek gdyby było potrzebne – zabrał się do jedzenia.

Kogo będzie musiał przekupić, żeby dostać przepis? A jeśli już go dostanie, to czy zatrzyma go dla siebie, czy podzieli się nim z panią Beale, tą wielką, dość przerażającą czarownicą, pełniącą obowiązki kucharki w Pałacu SaDiablo? Podzielenie się z nią tajemnicą takiego rarytasu mogłoby stanowić uczciwą rekompensatę za tolerowanie faktu, że Daemon urządził w swoich apartamentach małą prywatną kuchnię. Jak dotąd pani Beale nie wypowiedziała mu za to wojny jedynie z trzech powodów: po pierwsze, Pałac należał do niego, po drugie, jego Czarny Kamień znacznie przewyższał rangą jej Żółty, a po trzecie, ujmując rzecz czysto technicznie, pani Beale jednak pracowała dla Daemona Sadiego. Choć na co dzień żaden z tych argumentów nie miał dla niej większego znaczenia.

Pod pewnymi względami wyzwanie, jakie pani Beale stawiała mocy i władzy Daemona, było wygodne również dla niego. Dopiero teraz, kiedy sam rządził terytorium Dhemlanu, rozumiał, dlaczego Saetan zachowywał się tak biernie we własnym domu i pozwalał czasami terroryzować się ludziom, którzy dla niego pracowali.

Lud Dhemlanu – czy raczej królowe i ich dwory, a więc ci, którzy odpowiadali bezpośrednio przed nim – obawiał się go. I miał ku temu powody. Czarne Kamienie stanowiły rezerwuar mocy żyjącej w Saetanie, ostrzeżenie o jej głębi i sile, którą mógł zwrócić przeciwko każdemu, kogo uzna za wroga. Jednak w domu…

Spędził wiele stuleci na dworach, na których wszyscy żyli w ciągłym obezwładniającym strachu. Nie chciał mieszkać w takim miejscu. Nie chciał być przyczyną takiego strachu. Nie we własnym domu. Nie dla ludzi, którzy u niego pracowali.

A już na pewno nie dla Jaenelle – kobiety będącej całym jego życiem.

Cenił więc sobie tę grę, którą konsekwentnie prowadzili z panią Beale, choć musiał przyznać, że była dość przerażającą kobietą i jego strach przed nią nie był do końca udawany. Podobnie jak strach jego ojca, jeśli się nad tym dobrze zastanowić.

Lucivar miał rację. Było coś oczyszczającego – i jednocześnie zabawnego – w konfrontacji z silną osobowością, po to jedynie, aby sprawdzić konsekwencje takiego starcia – ze świadomością, że nikt w nim nie ucierpi. Bycie synem ojca, który potrafił stawiać granice, ale też dobrze wiedział, kiedy należy odpuścić i odwrócić wzrok, przynosiło uczucie komfortu.

Dobrze jest mieć ojca, który naprawdę cię rozumie.

Sadi właśnie wyskrobywał resztki deseru z drugiej miseczki, kiedy tenże ojciec wpadł do pokoju.

O Matko Noc, pomyślał Daemon, pospiesznie znikając dowody swej zbrodni.

– Jeśli naprawdę jesteś winien jakąś przysługę rodzinie tego małego fiuta, należy jak najszybciej spłacić dług i pozbyć się go raz na zawsze – zawarczał Saetan. – Albo jeśli chcesz, mogę posłać go na samo dno Piekła, teraz, zaraz.

– Kogo? O co chodzi?

– O tego niewychowanego Księcia Wojowników, który przybył do Stołpu, żeby kogoś odszukać. A dokładniej – żeby odszukać ciebie. Powiedział, że jesteś winien jego rodzinie jakąś przysługę.

Daemon poczuł w żyłach znajomy chłód, preludium do morderczej furii.

– Kto? – spytał niebezpiecznie cicho.

– Theran. Z Dena Nehele.

Dena Nehele. Miejsce, którego nie mógł zapomnieć.

Daemon zdusił furię.

– Jak wygląda? – zapytał.

Lekkie muśnięcie pierwszej z jego wewnętrznych barier. Kiedy otworzył ją przed umysłem ojca, zobaczył tego człowieka. Te same zielone oczy. Ta sama złocista skóra. Te same ciemne włosy.

– Jared – szepnął.

Saetan pokręcił głową.

– Powiedział, że nazywa się Theran.

– Człowiek, którego znałem. Jared. Wygląda zupełnie jak on.

Poczuł, jak Saetan ponownie ocenia sytuację i powściąga swój budzący respekt temperament.

– Czy faktycznie jesteś mu winien przysługę?

– Niezupełnie.

Jared zostawił pisemną relację ze swej podróży z Lią, kiedy ścigał ich Dowódca Straży Dorothei. W tej relacji, pozostawionej w Stołpie dla Daemona, Jaenelle znalazła odpowiedź na pytanie, jak oczyścić Krwawych ze skazy, nie niszcząc przy tym ich wszystkich.

Zatem pod pewnym względem rzeczywiście winien był Jaredowi przysługę. Czy miał natomiast dług wobec jego potomków…

– Lubiłem Jareda – powiedział Daemon. – To był dobry człowiek, więc z szacunku dla jego pamięci porozmawiam z tym księciem Theranem i dowiem się, czego chce. – Urwał i zastanowił się przez chwilę. – Ale nie tutaj. Chciałbym, żeby poznała go również Jaenelle.

– Dlaczego?

– Ponieważ ufam jej instynktowi bardziej niż swojemu.

Saetan rozważył jego słowa i kiwnął głową.

– A zatem załatwię, by sprowadzono go do Pałacu. Jak szybko mam odkryć miejsce twojego pobytu?

Daemon parsknął śmiechem.

– Przecież jesteś moim ojcem. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

– Och, ale on o tym nie wie. Książę Theran uznaje mnie za zastępcę bibliotekarza, „wkurzającego, starego fiuta”, jak się wyraził. – Uśmiech Saetana zrobił się groźny. – Chłopak nie osłania swoich myśli tak dobrze, jak powinien.

Cholera.

– Niech przybędzie do Pałacu dziś, późnym popołudniem.

– Załatwione. – Jakby próbując otrząsnąć się ze złego nastroju, Saetan spojrzał na stół i uniósł brew. – Widzę, że posmakował ci deser serowy.

Cholera. Widać nie zniknął miseczek dostatecznie szybko.

– Powinieneś jednak zjeść również mięso i warzywa – ciągnął Saetan.

Rozbawienie. Ojcowskie szczere rozbawienie.

To wcale nie było takie zabawne, być traktowanym jak chłopiec, kiedy nie miało się na to ochoty. A już traktowanie go jak psotnego chłopca zupełnie Daemonowi nie odpowiadało.

– Chciałem tylko spróbować.

– Hm… – Saetan wziął krzesło i usiadł. Nałożył sobie łyżkę warzyw i plaster mięsa, po czym ogrzał tradycyjny kielich yarbarah, krwawego wina, które było jedynym pożywieniem, jakiego tak naprawdę potrzebowały żyjące demony – i Strażnicy.

Daemon posłusznie zajął miejsce naprzeciwko ojca i zaczął nakładać jedzenie na swój talerz.

– W tych papierach nie było prawie nic interesującego – powiedział Saetan. – Mimo zaklęć konserwujących, jakie na nie rzucono, większość była zupełnie nieczytelna albo zbutwiała. Ale co nieco znalazłem – na przykład przepis na ten deser serowy. A właściwie sam pomysł, bo musiałem trochę poeksperymentować, żeby uzyskać taki efekt.

Daemon ostrożnie przełknął kęs mięsa.

– Chcesz powiedzieć, że ty to przyrządziłeś?

– Tak. Podobnie jak ty, lubię czasem pokucharzyć.

– I tylko ty znasz recepturę?

– Tylko ja.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

– Jakie mam szanse na to, że mi ją zdradzisz? – zapytał wreszcie Daemon.

Jego ojciec, ten domyślny drań, tylko się uśmiechnął.

CZTERY

Ebon Askavi

W Stołpie znajdowała się jedna z trzynastu bram, które łączyły trzy Królestwa: Terreille, Kaeleer i Piekło. Na Ciemnym Ołtarzu stał czteroramienny kandelabr. Kiedy zapalono czarne świece i wypowiedziano zaklęcie, kamienne ściany zmieniły się w mgłę i stały się bramą między Królestwami.

Theran przeszedł za zastępcą bibliotekarza do sali, która wyglądała niemal dokładnie tak samo jak ta, z której wyszli, sprawiała jednak inne wrażenie. Wydawała się jeszcze mroczniejsza.

Przybył do Kaeleer, Królestwa Cieni. Naprawdę tu był.

Jeszcze nigdy dom nie wydawał mu się tak odległy.

Kaeleer

Wysiadłszy z Wozu, którym przybył ze Stołpu, Theran popatrzył na wznoszący się przed nim masywny budynek z ciemnoszarego kamienia. Był imponujący ze swoimi wieżami, które strzelały prosto w niebo. Ten ogrom przytłaczał, a wrażenie wiekowości i mrocznej mocy, która otaczała budynek, przypominało, że mądry człowiek obchodzi się ostrożnie ze wszystkim, co mieszka w tych murach.

– Czy to zamknięta społeczność? – zapytał Theran. Ogrom mocy, jaką czuł w powietrzu, byłby uzasadniony, gdyby od wielu pokoleń mieszkały tu setki Krwawych. Było kilka takich miejsc w rezerwatach Shaladorczyków. „Rządziły” nimi sabaty i panowała tam podobna atmosfera. Przynajmniej tak słyszał. Większość tych miejsc – i silnych czarownic, które je zamieszkiwały – nie przetrwała jednak czystek zarządzonych kilka lat temu przez królowe podległe Dorothei.

– Taka jak wioska? – odpowiedział pytaniem kierowca Wozu. Potem wydał dźwięk podobny do stłumionego śmiechu. – Nie. Wioska jest tam. – Wskazał przeciwny kierunek. – To prywatna droga, aż do mostu. Dalej zmienia się w publiczną drogę do Halaway.

– Prywatna…? – Czyżby patrzył na rezydencję? Czy ta mroczna moc mogła pochodzić od jednej rodziny?

– To jest Pałac SaDiablo – wyjaśnił kierowca. – Rodowe gniazdo rodziny SaDiablo i dom Księcia Wojowników Dhemlanu. Kazano mi cię tu przywieźć.

SaDiablo. SaDiablo. Na ognie piekielne, Matko Noc, niech Ciemność ma nas w opiece!

Ale przecież Dorothea SaDiablo nie żyje, prawda? Została unicestwiona, cała. Ciało, umysł i Kamienie. Prawda?!

– Tu mieszka Daemon Sadi? – spytał Theran.

– Tak.

Czyżby Sadi dalej pozostawał pod władzą rodziny SaDiablo? Czy nadal był niewolnikiem? A może ta gałąź rodziny była lepsza niż ta, która próbowała zniszczyć Terreille?

Czyżbym sam oddał się właśnie w ręce wroga? Niech będzie przeklęty ten hayllański bękart, który mnie tu przysłał!

– Zaprowadzę Wóz do stajni i zaczekam chwilę, na wypadek gdybym był potrzebny – powiedział kierowca. – Powinieneś udać się do Pałacu i wyjaśnić, jaką masz sprawę. Nikt nie zwróci uwagi…

Z gęstwiny drzew po prawej stronie rozległo się wycie. W odpowiedzi coś zawyło po lewej stronie. Trzeci głos odezwał się gdzieś za plecami Therana.

Obrócił się dookoła, serce tłukło mu się o żebra. Nic nie widział, ale coś na pewno się tam czaiło. Wyczuwał psychiczne zapachy, moc otaczającą go coraz ciaśniej ze wszystkich stron. Coś z tymi zapachami było jednak nie tak. Nie potrafił ich zidentyfikować.

– No cóż – powiedział kierowca, drapiąc się po głowie. – Skoro już ściągnąłeś na siebie ich uwagę, nikt cię nie przeoczy. Dlatego równie dobrze możesz ruszać do Pałacu.

– Co to? – spytał Theran. – Psy?

– Wilki. W północnym lesie na terenie posiadłości mieszka cała wataha. Są pod ochroną Pałacu – i same go chronią.

Na ognie piekielne!

– Mogło być gorzej – powiedział Theran.

– Mogło – zgodził się kierowca. Urwał i przyjrzał się uważnie swemu pasażerowi. – Nie wiem, czy w pobliżu są koty, ale jak są, lepiej ich nie denerwuj. Są wielkie i bezwzględne.

Theran zmusił się do uśmiechu.

– Przecież mnie nie zjedzą.

Kierowca tylko na niego spojrzał.

– O Matko Noc. – Nie pytał już o nic, ponieważ tak naprawdę nie chciał wiedzieć, co może być gorsze od kotów-ludożerców, hodowanych w zaciszu domowego ogniska.

Kierowca przyłożył dwa palce do skroni, jakby salutował, i wrócił do Wozu.

Theran szybko zszedł z sieci lądowiskowej i pospieszył do frontowego wejścia. Drzwi otworzyły się, zanim zdążył zapukać, i Theran ujrzał coś jeszcze gorszego od kotów-ludożerców. Stał przed nim wielki, surowy mężczyzna, wojownik z Czerwonym Kamieniem, ubrany w liberię kamerdynera.

Nawet służący przewyższa mnie rangą, pomyślał Theran. Przyjął milczące zaproszenie i wszedł do środka.

– Witam, książę – powiedział kamerdyner. – Czym mogę służyć?

– Szukam Daemona Sadiego. Powiedziano mi, że tu go znajdę. – Oczywiście ten hayllański fiut ze Stołpu nie wspomniał, że wskazane miejsce to rezydencja SaDiablo.

Kamerdyner obrócił dłoń i nagle znalazła się na niej mała, srebrna taca. To użycie Fachu było tak naturalne, że Theran zapatrzył się na tacę, zazdroszcząc kamerdynerowi jego wyszkolenia. Och, Talon wykształcił go najlepiej, jak było można, ale surowe życie w obozach nie wymagało subtelności w niczym prócz walki.

– Wizytówka? – spytał kamerdyner.

Na ognie piekielne. Czy ludzie nadal używają takich idiotyzmów? Czy dwór, który sam chciał stworzyć, również będzie ich używał?

– Nie mam wizytówki – powiedział Theran. Czuł się jak dzieciak przyłapany na udawaniu dorosłego.

Kamerdyner obrócił dłoń. Taca zniknęła.

– Nazwisko?

Theran zawahał się.

– Theran Szary – powiedział niechętnie.

– Terytorium? – zachęcił go kamerdyner po chwili ciszy.

– Dena Nehele.

Służący pochylił głowę w lekkim ukłonie.

– Zapytam, czy Książę Wojowników Dhemlanu zgodzi się pana przyjąć.

– Nie mam potrzeby rozmawiać z… – zaczął, ale ponieważ kamerdyner odwrócił się już od niego, urwał w pół zdania. Służący nie udał się daleko – jedynie na tyły wielkiej sali. Zapukał do drzwi i wszedł do pokoju. Kilka chwil później był z powrotem.

– Tędy – powiedział.

Theran ruszył za nim w kierunku uchylonych drzwi. Kamerdyner wszedł i oznajmił:

– Książę Theran Szary z terytorium Dena Nehele.

– Dziękuję, Beale – zabrzmiał głęboki, stonowany głos. – Wprowadź go.

Beale odsunął się na bok, pozwalając Theranowi przejść, po czym wycofał się, zamykając za sobą drzwi.

Pokój miał kształt odwróconej litery L. Dłuższa część była prywatną bawialnią, ze stolikami, krzesłami, biblioteczkami i skórzaną kanapą, dość dużą, by mógł na niej spać dorosły mężczyzna. Krótsza część pokoju miała tylną ścianę zastawioną półkami na książki, aż do sufitu. Ściany boczne były obite czerwonym aksamitem, a na środku stało wielkie hebanowe biurko z dwoma krzesłami dla gości.

Zza biurka wstał najpiękniejszy mężczyzna, jakiego Theran kiedykolwiek widział. Miał gęste czarne włosy, złociste oczy i jasnobrązową skórę Hayllańczyków, ale poruszał się z takim wdziękiem, jakby nie do końca był człowiekiem. Kiedy podszedł bliżej, Therana ogarnęło czysto seksualne zainteresowanie.

– Witam, książę Theranie.

Ten głos pieścił go, był gęsty i słodki jak ciepły syrop, wywoływał w mężczyźnie mimowolne podniecenie.

– Nazywam się Daemon Sadi.

Oczywiście, że to był Sadi. To nie mógł być nikt inny.

Theran słyszał krążące o nim opowieści. Kto ich nie słyszał? Dopiero teraz jednak zaczynał rozumieć, dlaczego Sadiego przezywano Sadystą. Wszyscy Książęta Wojowników mają w sobie ten seksualny żar, ale nigdy nie spotkał żadnego, który potrafiłby uwieść normalnego, niezainteresowanego osobnikami tej samej płci mężczyznę samym tylko głosem, samym faktem, że ruszył w jego stronę.

Nagle otworzyły się drzwi. Sadi obejrzał się, a Theran poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.

Sądził, że ten seksualny żar był efektem podstępu, który miał go wytrącić z równowagi. Jednak wcale tak nie było. To, co poczuł, kiedy tu wszedł, to był Sadi, który powściągał swoją seksualność. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na kobietę, która weszła do pokoju, żeby…

Theran zamarł. Książęta Wojowników zawsze byli niezwykle zaborczy i niebezpieczni, jeśli chodziło o ich kochanki. Kobieta mogła zakończyć związek z Księciem Wojowników bez konsekwencji, ale jedynie silniejszy Książę Wojowników mógł przeżyć próbę flirtu na cudzym terenie.