Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Przestrzeń Zewnętrzna 3. Strażnik ebook

Jack Campbell

5 (3)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 573 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przestrzeń Zewnętrzna 3. Strażnik - Jack Campbell

Pierwsza flota admirała Geary przetrwała wyprawę na niezbadane dotąd przez człowieka terytoria galaktyki, podróż która doprowadziła do odkrycia kilku obcych cywilizacji, głównie wrogich, choć jedna może stać się sojusznikiem ludzkości. Kolejną misją Geary’ego jest zapewnienie bezpieczeństwa systemowi Midway, którego ludność i władze zbuntowały się przeciw upadającemu imperium Światów Syndykatu.

Co więcej, admirał musi bezpiecznie powrócić do przestrzeni Sojuszu, by doprowadzić tam wysłanników Tancerzy, oraz zdobyty na Zekach wrak superpancernika, który może być najbardziej cenną zdobyczą ludzkości na przestrzeni całych dziejów.

Opinie o ebooku Przestrzeń Zewnętrzna 3. Strażnik - Jack Campbell

Fragment ebooka Przestrzeń Zewnętrzna 3. Strażnik - Jack Campbell

Spis serii

1. Nieulękły

2. Nieustraszony

3. Odważny

4. Waleczny

5. Bezlitosny

6. Zwycięski

1. Dreadnaught

2. Niezwyciężony

3. Strażnik

Jeden

Admirał miał zły dzień, a gdy przełożony traci humor, nikt nie chce wpaść mu w oko.

Albo prawie nikt.

– Coś jest nie tak, admirale?

John Black Jack Geary, siedzący w fotelu na stanowisku dowodzenia Nieulękłego, wyprostował się gwałtownie, posyłając w kierunku Desjani ostre spojrzenie.

– Pytasz poważnie? Wciąż jesteśmy bardzo daleko od terytorium Sojuszu, Syndycy robią wszystko, by nam zaszkodzić, a okręty pierwszej floty przypominają bardziej złom niż prawdziwe okręty wojenne po tym, jak pierwsza musiała przebić się przez systemy kontrolowane przez Enigmów i Zeków. Nie mówiąc już o tym, że zdobyty superpancernik jest tak cenny, iż stanowi istny magnes na kłopoty. Nie wiemy, co się wydarzyło w Sojuszu po naszym wylocie, ale mam powody wierzyć, że nie było to nic dobrego. Czy to już wszystko? Nie, dowódca mojego flagowca właśnie zadał mi pytanie, czy coś jest nie tak!

Siedząca na fotelu obok Desjani spoglądała na niego ze spokojem.

– A poza tym wszystkim jest OK?

– Poza tym wszystkim? – Powinien wybuchnąć, ale ona wiedziała, że tego nie zrobi. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny. Gdyby nie miał poczucia humoru, ciążące na nim brzemię już dawno doprowadziłoby go do upadku. – Tak, poza tym wszystkim jest OK. Jest pani niesamowita, kapitan Desjani.

– Staram się jak mogę, admirale Geary.

Obsada mostka obserwowała tę wymianę zdań. Ludzie wiedzieli, w jak podłym nastroju jest głównodowodzący, ale nie słyszeli, co powiedział. Z tego też powodu głos porucznik Castries zabrzmiał nieco zbyt nerwowo, gdy meldowała:

– Przez wrota przybył właśnie okręt wojenny!

Dzwonki alarmów rozbrzmiały, zanim Geary zdążył się ponownie wyprostować, ponury grymas, o którym nawet nie wiedział, zniknął z jego twarzy, gdy został zmuszony do skupienia całej uwagi na wrotach hipernetowych znajdujących się na obrzeżach systemu Midway, około dwóch godzin świetlnych od aktualnej pozycji floty i Nieulękłego.

– Kolejny ciężki krążownik Syndyków – skomentowała Tania z czytelnym zawodem w głosie. – Nic ciekawego... − Zamilkła, mrużąc oczy i pochylając się bardziej nad ekranem. – Anomalie?

Geary zobaczył te same informacje, gdy sensory jego okrętu przeanalizowały wygląd odległego o kilka godzin świetlnych obiektu, rejestrując każdy szczegół jego wyglądu. Poczuł narastającą ekscytację, choć wiedział, że spogląda na minione wydarzenie. Ciężki krążownik pojawił się na Midway niemal dwie godziny wcześniej, ale światło niosące informację o tym wydarzeniu dopiero teraz dotarło do czujników Nieulękłego i pozostałych jednostek floty Sojuszu.

Wszystko, na co patrzył, wydarzyło się więc przed dwoma godzinami, lecz i tak miał wrażenie, że obserwuje teraźniejszość.

– Zamontowali na burtach dodatkowe ładownie wyposażone w systemy podtrzymywania życia – podsumował.

– A to oznacza, że mają na pokładzie mnóstwo pasażerów – wymamrotała Desjani. – Czyżby sprowadzili oddziały uderzeniowe do przejęcia tutejszych instalacji orbitalnych?

Istniała taka możliwość. Midway ogłosiło niepodległość kilka miesięcy wcześniej, wymykając się spod rządów twardej ręki będących specjalnością Światów Syndykatu. Po przegranej wojnie z Sojuszem System Centralny utracił kontrolę nad wieloma terytoriami, ale ten właśnie układ był zbyt cenny, by władza tak łatwo z niego zrezygnowała. Geary zastanawiał się więc, co DON-owie zamierzają zrobić, by odzyskać nad nim pełną kontrolę.

Zanim jednak dostał odpowiedź na to pytanie, Desjani zrobiła wielkie oczy, nie kryjąc zdziwienia.

– On ucieka.

Załoga ciężkiego krążownika dostrzegła właśnie syndycką flotyllę czekającą w pobliżu wrót hipernetowych, zamiast jednak skorygować lekko kurs, by dołączyć do towarzyszy broni, wykonała ostry zwrot i zaczęła przyśpieszać, oddalając się coraz bardziej od zgrupowania okrętów wojennych.

– Nie przylecieli tutaj z rozkazu rządu. To kolejni buntownicy – uznał Geary. Kolejna jednostka należąca do sił zbrojnych Światów Syndykatu porzuciła służbę, reagując na chaos i rozpad imperium. Załoga najprawdopodobniej postanowiła wrócić do systemu, z którego pochodziła. – A może to okręt należący do tutejszych władz?

– Nie, jeśli powiedzieli nam prawdę o ilości sprzętu, jaką dysponują... − Desjani zamilkła na moment, uśmiechnęła się szeroko, a potem zaśmiała kpiąco. – Słyszałeś, co powiedziałam? Zaczynam się zastanawiać, czy banda Syndyków powiedziała nam prawdę.

Cała reszta obsady mostka zawtórowała jej gromkim śmiechem, reagując na absurdalność tego stwierdzenia.

– Midway wypowiedziało posłuszeństwo Światom Syndykatu – podkreślił Geary, chociaż i on uznał, że wątpliwości Tani są uzasadnione. Spotkał ostatnio kilku Syndyków, którzy byli w porządku, aczkolwiek cała reszta byłych wrogów, a zwłaszcza DON-owie, nadal musiała postrzegać prawdę jako argument, którego można użyć dopiero wtedy, gdy zawiodą wszystkie inne sposoby.

– Zamalowali sobie pasy na ogonach – mruknęła Desjani – ale czy to wystarczy, by przestali być skunksami?

Nie odpowiedział, zdając sobie sprawę, że nikt w tej flocie nie poparłby jego punktu widzenia. Nie po stuleciu okrutnej wojny, w czasie której obie strony dopuszczały się coraz potworniejszych zbrodni. Tyle że Światy Syndykatu zawsze przodowały w tym upadku obyczajów, a ich przywódcy nie cofali się przed niczym, by kontynuować wojnę, której nie mogli wygrać. Dopiero rozbicie ich flot przez Geary’ego zmusiło ich do kapitulacji.

Dowódca syndyckiej flotylli, ich stary znajomy DON Boyens, zareagował na pojawienie się ciężkiego krążownika niemal natychmiast po tym, jak dostrzegł zbiega. Jedyny pancernik stanowiący trzon jego sił nie zmienił kursu, ale większość jednostek eskorty oderwała się od formacji, przyśpieszając gwałtownie, by przechwycić przybysza.

Desjani pokręciła głową.

– Wysłał za nimi wszystkie sześć ciężkich krążowników i dziewięć ŁeZ? Są bez szans.

– Wiesz, że nasz przyjaciel Boyens bywa do przesady ostrożny – odparł Geary. – Nie chce ryzykować, a obawia się interwencji miejscowych.

– Miejscowi nie zdołają dotrzeć do tego krążownika przed jednostkami Boyensa – zauważyła Tania. – Gdyby nie dodatkowe obciążenia, pewnie by go nie dogonili, ale w tej sytuacji mają go już na talerzu.

Geary spoglądał na ekran. Systemy bojowe Nieulękłego przedstawiały sytuację dokładnie tak, jak zrobiła to Desjani. To nie były zbyt skomplikowane obliczenia, chodziło o masę, przyśpieszenia i dystans. Widział zakrzywione wektory kursów poszczególnych jednostek i miejsca, z których da się odpalić różne rodzaje broni. Ciężki krążownik opuścił hipernet przy zaledwie .05 świetlnej, wolniej, niż większość okrętów wojennych tej klasy, zapewne by oszczędzić paliwo. Z tego też powodu, chociaż jego dopalacze pracowały teraz z maksymalną mocą, zostanie doścignięty przez okręty Boyensa, zanim ktokolwiek zdoła mu pomóc. Pościg mknął już z prędkością dochodzącą do .1 świetlnej, a to na pewno nie koniec. Te jednostki mogą bez trudu osiągnąć dwukrotnie większą szybkość.

– Ciekaw jestem, ilu dodatkowych pasażerów przewozi ten krążownik, skoro wymagało to aż doczepienia tych zewnętrznych ładowni.

– Masę Syndyków – mruknęła Tania obojętnym tonem.

– Raczej ludzi uciekających przed Syndykami – odparł Geary. – Może to rodziny członków załogi?

Spuściła głowę, zaciskając mocno usta, potem spojrzała w jego kierunku.

– To możliwe. Syndycy wymordowali niezliczone rodziny podczas tej wojny. I te też wybiją. Przestałam o tym myśleć, zwłaszcza w takich sytuacjach jak ta, ponieważ nie jestem w stanie nic zrobić, by ich powstrzymać.

Pokiwał wolno głową. Cokolwiek tam się wydarzyło, należało do przeszłości. Załoga i jej rodziny zostali zabici przez Syndyków, zanim jeszcze światło z okolic wrót hipernetowych dotarło do Nieulękłego.

– Jednostki flotylli Midway zmieniają kurs – zameldował tymczasem wachtowy z operacyjnego.

Niewielka flotylla jednostek należących do systemu Midway orbitowała zaledwie pięć minut świetlnych od wrót hipernetowych. Nic więc dziwnego, że zareagowała na przybycie i próbę ucieczki nowej jednostki, gdy tylko ją wykryto.

– Nie dogonią tego krążownika na czas – stwierdziła Tania profesjonalnie chłodnym tonem. – A jeśli nawet, to siły Boyensa wysłane w pościg będą miały trzykrotną przewagę liczebną.

– Dlaczego więc próbują? Komandor Marphissa dysponuje takimi samymi danymi jak my. Musi wiedzieć, że to daremny trud.

– Może jej celem jest zaatakowanie kilku syndyckich krążowników, zanim zdążą wrócić do szyku? Sama straci w tej walce co najmniej połowę posiadanych jednostek. – Obojętność w głosie zaczynała przegrywać z emocjami, które targały w tym momencie Tanią. Frustracja i złość brały górę.

Geary przyglądał się z uwagą przewidywanym kursom obu zgrupowań, wyznaczanym przez automatyczne systemy bojowe floty na podstawie aktualnych zachowań obserwowanych jednostek. Niedawno przybyły ciężki krążownik zmierzał szerokim łukiem w kierunku jednego z licznych pobliskich punktów skoku, od których system ten wziął swoją nazwę. Flotylla DON-a Boyensa znajdowała się tylko kilka minut świetlnych od wrót hipernetowych, orbitowała przy tym bliżej gwiazdy centralnej i nieco ponad płaszczyzną ekliptyki. Dzięki temu wysłane w pościg krążowniki i ŁZy mogły lecieć znacznie prostszymi, a przez to szybszymi kursami i doścignąć uciekiniera, zanim zdoła osiągnąć najbliższy cel.

Natomiast flotylla składająca się z dwóch ciężkich krążowników, pięciu lekkich i kilku małych Łowców-Zabójców, która należała do „wolnego i niezależnego” systemu Midway, orbitowała jakieś pięć minut świetlnych od pozycji Syndyków, mając wroga powyżej siebie, na sterburcie.

Geary rozumiał potrzebę Tani, by odseparować się emocjonalnie od obserwowanych wydarzeń. Flota znajdowała się zbyt daleko, by mieli wpływ na jakiekolwiek wydarzenia rozgrywające się w pobliżu wrót. Ci, którzy mieli tam zginąć, już dawno nie żyli. Trudno było jednak udawać, że człowieka wcale to nie obchodzi.

Geary poczuł chęć wyłączenia wyświetlacza. Nie chciał patrzeć na to, co było nieuniknione. Mógł mieć jedynie nadzieję, że zaatakowany ciężki krążownik odgryzie się ostro okrętom Boyensa, a idąca mu z odsieczą flotylla mieszkańców Midway nie poniesie zbyt wielkich strat w starciu z potężniejszym zgrupowaniem wroga.

Musiał jednak obserwować przebieg tych wydarzeń, ponieważ na tym polegała jego praca. Patrzył zatem na ekran, czując coraz większy niesmak z powodu tego, co zaraz miało nastąpić.

– Co u licha?

Nie zdawał sobie sprawy, że wypowiedział te słowa na głos, dopóki nie usłyszał śmiechu Tani okazującej, choć z rezerwą, podziw dla tej decyzji.

– Okręty Midway nie idą z odsieczą krążownikowi. Celem pani komandor jest syndycki pancernik.

– To... − Geary obserwował z uwagą rozwój sytuacji, dlatego od razu dostrzegł, że wektor sił z Midway zmienia kierunek, mierząc wprost na osamotnionego kolosa w towarzystwie tylko kilku lekkich krążowników. – Co ona wyprawia? Ma za mało sił, by pokonać pancernik, nawet teraz, gdy większość jego eskorty odleciała.

– Proszę sprawdzić geometrię, admirale – poradziła mu Desjani. – Komandor nie ma szans na dotarcie do ściganego krążownika, zanim zostanie dogoniony, ale zdąży uderzyć na pancernik Boyensa, zanim wysłana eskadra wykona zadanie i wróci, by go bronić.

– On i tak nie musi się tym przejmować. Straci w tym starciu lekkie krążowniki, ale jego jednostka... − Na miejscu syndyckiej formacji pojawiła się wielka czerwona ikona. Ostrzeżenie o ryzyku kolizji zdobiło kadłub giganta. Geary prześledził wektory łączące pancernik z nadlatującą eskadrą. Oba kończyły się na szarżujących ŁZach. – Strzeżcie nas, przodkowie. Sądzisz, że oni przeprowadzą samobójczy atak?

Desjani gładziła się po podbródku, wzrok miała zamglony, jakby obliczała coś, nie spuszczając oczu z ekranu.

– Tylko tym sposobem mogą wyeliminować bądź uszkodzić flagowiec Boyensa. Teraz, gdy większość cięższych jednostek eskorty ściga uciekiniera, przy odpowiednim osłonięciu obu ŁeZ, aby mogły się przebić przez lekkie krążowniki, taki atak może mieć szanse powodzenia. Ale to naprawdę szalona taktyka.

– Komandor Marphissa jest byłą Syndyczką – przypomniał jej Geary. – Boyens może o niej co nieco wiedzieć.

– Chodzi ci o to, że ona nienawidzi DON-ów? – zapytała Tania. – I dlatego jest w stanie nakazać, aby dwie jej jednostki staranowały pancernik Boyensa? Tak, myślę, że może być tego świadomy.

Admirał spoglądał na ekran w niemym przerażeniu. Czy te dwa okręty uderzą w pancernik w nadziei, że uda im się tym sposobem uszczuplić syndyckie siły okupujące ich system?

– Zaraz. Coś mi tu nie pasuje. Załóżmy, że pani komandor naprawdę chce przeprowadzić atak samobójczy na ten pancernik. Czy nie powinna z tym poczekać, aż jej jednostki znajdą się bliżej celu?

– Powinna, o ile nie jest idiotką, a moim zdaniem daleko jej do tego. Gdybym ja chciała staranować pancernik, nie nagłaśniałabym tego aż tak wcześnie. – Desjani roześmiała się po raz kolejny, głośno i z niekłamanym podziwem. – To blef. Boyens nie może ryzykować utraty pancernika, a nie może mieć stuprocentowej pewności, czy zdoła powstrzymać te ŁZy, mając do dyspozycji tylko kilka lekkich krążowników. Co zatem zrobi?

– Miejmy nadzieję, że wybierze jedyną bezpieczną dla niego opcję – mruknął Geary, przenosząc wzrok na ciężkie krążowniki i ŁZy Syndyków, które nadal ścigały uciekiniera lecącego z maksymalnym przyśpieszeniem.

Z powodu sporych opóźnień, które musiały wystąpić na tak wielkich odległościach, piętnaście okrętów syndyckiej flotylli wykonało ostry zwrot dopiero dziesięć minut później. Sześć ciężkich krążowników i dziewięć ŁeZ, które Boyens wysłał w pościg, zawracało, nadal przyśpieszając, by jak najprędzej dołączyć do pancernika pozostawionego bez eskorty.

– Syndycy przerwali pościg za nowo przybyłym krążownikiem – zameldowała porucznik Castries takim głosem, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi. – Flotylla z Midway kontynuuje lot kursem na przejęcie pancernika.

– Może to nie był blef – rzuciła Desjani, zerkając na własny wyświetlacz. – Dowiemy się za dwadzieścia minut.

– Słucham? – zapytała Castries.

– Jeśli flotylla z Midway zamierzała zapewnić bezpieczeństwo temu krążownikowi, to musi utrzymać kurs na przejęcie przez taki właśnie czas, aby Syndycy nie zawrócili ponownie i nie dokończyli roboty.

Geary był niemal pewien, że komandor Marphissa blefuje, ale i tak obserwował z rosnącym napięciem jej działania przez kolejne dwadzieścia minut. Tania ma niestety rację, pomyślał. Z tego, co zdążyliśmy się dowiedzieć o Marphissie, można wywnioskować, że nienawidzi DON-a, który do niedawna miał pełną kontrolę nad jej życiem. Pytanie tylko, czy to zaślepienie może być tak wielkie, by przyćmiło świadomość, że powinna chronić swoje okręty i używać ich mądrze? Syndyccy dowódcy nigdy nie przejmowali się wysokością ponoszonych strat, a ona uczyła się fachu właśnie od nich.

– Mija dwudziesta minuta, kapitanie – zameldowała porucznik Castries. – Nowo przybyły krążownik znajduje się w bezpiecznej odległości i nie może być już przejęty przez siły Syndyków.

Desjani przyjęła te słowa zdawkowym skinieniem głowy. Jeśli była zdenerwowana, nie dała tego po sobie poznać.

Z drugiej strony ani ona, ani nikt inny nie mógł zmienić biegu wydarzeń sprzed dwóch godzin.

Dwadzieścia jeden minut po tym, jak syndyckie krążowniki i ŁZy zawróciły, flotylla z Midway także rozpoczęła wykonywanie zwrotu na wcześniej zajmowane pozycje, oddalone od przeciwnika o pięć minut świetlnych.

Geary mógł w końcu wypuścić z płuc powietrze, które wstrzymywał od niemal minuty.

– Utrzymywała kurs dłużej niż trzeba, by dodatkowo dopiec Boyensowi.

– Niewykluczone – przyznała uśmiechnięta Desjani. – Wielka szkoda, że pani komandor jest Syndyczką.

– Byłą Syndyczką.

– Tak, tak. Kiedyś może z niej być niezły kierowca bombowca.

Teraz to Geary skwitował jej wypowiedź skinieniem głowy. W ustach Tani była to naprawdę ogromna pochwała. Wiedział jednak, że wolałaby, aby pozostało to jej tajemnicą.

– Po tym, jak Boyens zakpił z nas, pokazując, że nie możemy go zmusić do odlotu, miło było popatrzeć, jak ktoś poniża go na oczach całego systemu. Wszyscy widzieli, jak został oszukany i wykiwany.

– To miłe, fakt, ale niczego tak naprawdę nie zmienia – warknęła Desjani.

– Racja.

Wiedział, o czym mówiła. Obecność pierwszej floty była jedynym czynnikiem, który powstrzymywał Boyensa przed odbiciem systemu i ponownym wcieleniem go do Światów Syndykatu. Technicznie rzecz biorąc, Midway podlegało tak zwanemu prezydentowi i generałowi, którzy wcześniej byli DON-ami Syndykatu. Jeśli jednak patrzeć na problem przez pryzmat siły ognia, to Geary rozdawał tutaj karty. Problem jednak w tym, że pomimo znaczącej przewagi wciąż miał związane ręce.

Flota musiała wrócić do przestrzeni Sojuszu leżącej po drugiej stronie syndyckich terytoriów, ale nie tylko z powodu flotylli Boyensa jednostki podległe Geary’emu musiały zostać na Midway po powrocie z zakończonej serią bitew wyprawy poza granicę przestrzeni podbitej przez ludzkość. Poważnie uszkodzone okręty musiały przejść gruntowne remonty. Towarzyszące flocie jednostki pomocnicze uzupełniały zapasy rzadkich pierwiastków, eksplorując asteroidy znajdujące się w obrębie tego systemu, oczywiście za zgodą władz Midway, aby jak najszybciej wytworzyć niezbędne części zamienne. Niemal wszyscy członkowie załóg pracowali bez ustanku przy pomniejszych remontach.

A on pragnął, by jak najszybciej wrócili do domu.

Nowe ostrzeżenie o kursie kolizyjnym pojawiło się na ekranie wyświetlacza, gdy tylko skupił na nim wzrok. Tym razem dotyczyło superpancernika ochrzczonego mianem Niezwyciężonego. Wrak ten, przy którym cztery holujące go pancerniki wydawały się miniaturkami, był dziełem obcej rasy zwanej Zekami. Istoty te, pomimo przyjaznej aparycji kojarzącej się raczej z maskotkami niż z wojownikami, reagowały na każdą próbę kontaktu zawziętymi atakami. Dla nich ludzie byli zwykłymi drapieżnikami, a jaki roślinożerca może negocjować ze stworzeniami, dla których jest tylko pokarmem? Niezwyciężony krył na swoim pokładzie niezliczone informacje na temat Zeków i ich technologii, co czyniło z niego najcenniejszy obiekt w zajmowanej przez ludzi przestrzeni. Im szybciej więc trafi na terytoria Sojuszu, tym lepiej.

Geary nie przejmował się jednak alarmem kolizyjnym wywołanym przez ruchy sześciu niemal idealnie owalnych okrętów, które krążyły pomiędzy o wiele większymi jednostkami ludzi niczym ptaki oblatujące stado niezdarnych zwierząt.

– Tancerze przyprawią nasze systemy alarmowe o atak serca – stwierdził.

Marynarze Sojuszu nazwali te istoty Tancerzami właśnie ze względu na niezwykłą łatwość, z jaką owalne okręciki manewrowały w przestrzeni, wykonując zwroty niemożliwe do uzyskania nie tylko przez najlepszych pilotów, ale i przez jednostki w pełni zautomatyzowane.

Nikt nie wiedział, jak długo jeszcze Obcy będą towarzyszyć remontowanej flocie, dlatego Geary robił co mógł, by przedstawiciele jedynej rasy, która nie tylko nie zaatakowała ludzi, ale wspomogła ich w toczonych walkach, mogli jak najszybciej trafić do przestrzeni kontrolowanej przez Sojusz.

Nie wszystkie argumenty przemawiające za jak najszybszym opuszczeniem Midway dały się zauważyć gołym okiem. Jednym z nich było niezwykle niskie morale załóg. Ci ludzie walczyli długo i ciężko, dlatego tak bardzo pragnęli zaznać rozkoszy pokoju, który podobno już nastał. Chcieli wrócić do domów. Ich pech polegał na tym, że Sojusz − a raczej większościowa frakcja w jego rządzie − za bardzo obawiał się ich powrotu. Bano się ich nielojalności, wysokich kosztów utrzymania starych okrętów, ogromnej liczby weteranów rzuconych na osłabione długotrwałą wojną rynki pracy.

Nie mówiąc już o spiskach zawiązywanych w kręgach władzy. Geary nie miał pojęcia, jak wielki mogą mieć zasięg. Ile z nich wymierzonych jest w niego osobiście. Ile podminowuje Sojusz, by rozpadł się jak przegrane imperium Światów Syndykatu. Nie miał bladego pojęcia o tym wszystkim. Nie mógł jednak przeciwdziałać tym zagrożeniom, znajdując się tak daleko od przestrzeni Sojuszu, jak to tylko możliwe, bez opuszczania podbitej przez ludzi części galaktyki.

Jeśli tak wygląda zwycięstwo, nie chciał wiedzieć, czym mogłaby się zakończyć jego porażka.

Spojrzał na wektor kursu nowo przybyłego krążownika, który także uległ zmianie, zapewne po otrzymaniu pomocy ze strony flotylli z Midway. Geary nadal nie wiedział, jak pozbyć się okrętów Boyensa, nie naruszając przy okazji zapisów traktatu pokojowego pomiędzy Sojuszem a Światami Syndykatu. Jeśli jednak opuści ten system, nie zrobiwszy porządku z DON-em, jego ojczyzna może utracić niezwykle cennego sojusznika, jakim mogłyby być nowe władze Midway, a co za tym idzie − dostęp do terytoriów zajmowanych przez Tancerzy.

*

Kilka dni później zdenerwowany Geary obserwował należący do Midway frachtowiec, który przepływał obok mrocznych sylwetek okrętów wojennych Sojuszu. Jego wojenne doświadczenia z tego typu jednostkami handlowymi sprowadzały się do jednego: celem każdej z nich było zastawienie pułapki i uszkodzenie bądź zniszczenie krążownika albo nawet pancernika. Dlatego właśnie gdy widział w pobliżu podobny frachtowiec, z trudem powstrzymywał się od wydania rozkazu otwarcia ognia.

Spojrzał w kierunku Desjani i zauważył, że ona ma jeszcze większy problem z zaakceptowaniem obecności tego statku.

– Potrzebujemy żywności – powiedział. – Jedliśmy już kiedyś syndyckie racje, a na Midway jest tego naprawdę sporo, ponieważ była to jedna z głównych baz zaopatrzeniowych w tym regionie.

– Wiem! – odpowiedziała Tania. – Ale tamte racje zdobyliśmy w opuszczonych przez wroga instalacjach. Nie musieliśmy się przejmować, czy nie zostały umyślnie zatrute albo w jakiś inny sposób sabotowane.

– Nasi medycy i ludzie kapitana Smythe’a sprawdzą te racje pod każdym kątem, aby zagwarantować nam, że nie stanowią zagrożenia. Wykluczą nie tylko trucizny, ale także wszelkie wirusy, bakterie, nanopagi i inne brudne zagrania.

– Jasne – prychnęła. – Zważywszy na to, jak paskudnie smakują, trudno będzie zadecydować, czy przypadkiem już nie są zepsute.

– Ale dzięki temu nasze żarcie wypadnie korzystnie w każdym porównaniu – zauważył Geary, gdy wahadłowce Sojuszu przycumowały do włazów syndyckiego frachtowca, aby odebrać ładunek żywności.

Nie wspomniał o kolejnej sprawie, która mogłaby zrodzić jeszcze większe podejrzenia. Władze Midway zaoferowały żywność za darmo, zamiast wytargować za nią jak najwyższą cenę. Wiedział, iż uczyniono to tylko dlatego, że miejscowi desperacko potrzebowali wsparcia Sojuszu, bo jedynie flota mogła zlikwidować zagrożenie ataku ze strony Światów Syndykatu, niemniej gest ten wykraczał daleko poza normalne zachowania mieszkańców tego regionu przestrzeni.

Dane z wyświetlacza mówiły, że na wszystkich wahadłowcach znajdują się doskonale wyposażeni medycy i technicy, więc każda skrzynia z racjami na pewno zostanie gruntownie przebadana.

Łagodny dźwięk kazał Geary’emu odwrócić się w stronę komunikatora. Czego wysłanniczka rządu Sojuszu, Wiktoria Rione, może chcieć ode mnie? Musnął palcem klawisz odbioru i moment później zobaczył na bocznym wyświetlaczu jej twarz.

Rione była w swojej kajucie na pokładzie Nieulękłego. W jej oczach dostrzegł niepokój, gdy wskazywała na frachtowiec miejscowych.

– Na jego pokładzie znajdzie się coś... nieoczekiwanego − stwierdziła.

– Słucham? – Nie próbował nawet maskować gniewu. Jeśli władze Midway uważają, że mogą sobie pogrywać po tym, jak ocalił ten system i zamieszkujących go ludzi...

– To chyba nic złego, jak sądzę. Mówię o dwóch przedstawicielach generała Drakona. Skontaktowali się ze mną na prywatnym kanale, którego używam do rozmów z prezydent Iceni. – Rione uśmiechnęła się krzywo. – Zdążyłam już zapytać, czy nie przylecieli tutaj, by prosić o pańskie wsparcie w ewentualnym konflikcie pomiędzy generałem a panią prezydent. Twierdzą, że nie o to im chodzi.

– Świetnie. Nie udzieliłbym im takiego wsparcia. – Zabębnił palcami po podłokietniku fotela, spoglądając na Rione sceptycznie. Miała prawo wyglądać na zmęczoną po niemal tygodniowych negocjacjach z tutejszym rządem i mocowaniu się z Boyensem, nie mówiąc już o próbach polepszenia komunikacji z Tancerzami. – Czego zatem chcą? – zapytał. – Cóż to za wielka tajemnica, że musieli przylecieć, aby omówić ją osobiście?

– To sprawa, którą chcą omówić wyłącznie z panem. W cztery oczy. Możemy więc bezpiecznie założyć, że to sprawa tak poufna, że woleliby, aby nikt niepowołany nie przechwycił transmisji.

– A niech to. – Geary spojrzał bykiem na frachtowiec. Zdawał sobie sprawę, że nawet najlepiej zabezpieczony kanał łączności może zostać spenetrowany, więc rozumiał, skąd ta ostrożność. Ale... − Tylko ze mną? Nie. Podczas spotkania z tymi dwoma musi być ktoś jeszcze.

– Na pewno nie ja – zastrzegła się Rione. – Nie zamierzam sprawić wrażenia, że rząd Sojuszu popiera działania Drakona, dopóki nie dowiem się, o co mu chodzi. Weź ze sobą swoją kapitan. Jest równa rangą obu wysłannikom generała, a dba o ciebie wystarczająco dobrze, by nie dopuścić, aby któryś z nich coś ci zrobił.

– Nie zaszkodziłoby, gdybyś od czasu do czasu powiedziała o niej Tania Desjani – żachnął się Geary.

– Skąd wiesz, że by nie zaszkodziło? – zapytała Rione z uśmieszkiem, który mógł wiele sugerować, ale na pewno nic dobrego. – Musisz wydać zgodę na przewiezienie obu wysłanników na pokład Nieulękłego. Baw się dobrze.

Po zakończeniu rozmowy z Rione admirał zerknął na Desjani, która nadal udawała, że nic nie widzi ani nie słyszy.

– Wiesz, o co jej chodziło?

Pokręciła głową.

– To był twój prywatny kanał. Czego chciała ta kobieta?

– Czy tak trudno powiedzieć o niej Wiktoria Rione? – zapytał wbrew rozsądkowi.

– Tak. Nawet bardzo.

– Niech ci będzie. – Wiedział, że w tej sprawie nigdy nie wygra, więc streścił jej rozmowę z Rione. – Zaraz wydam rozkaz, by któraś z naszych maszyn przewiozła ich na pokład. Zobaczymy, czego chcą.

– Przodkowie, miejcie nas w swojej opiece – wymamrotała Desjani, a potem odwróciła się do swoich wachtowych. – Wyślijcie komandosów w pełnym rynsztunku do doku, zabezpieczcie salę odpraw 4D576 i zamknijcie ruch w prowadzących do niej korytarzach.

– Tak jest – odparła natychmiast porucznik Castries.

Zanim Tania i Geary dotarli do doku, komandosi w pełnych pancerzach zdążyli zabezpieczyć cały teren.

Desjani uśmiechnęła się na ich widok.

– Znakomicie. Nic tak nie onieśmiela Syndyków jak paru uzbrojonych po zęby żołnierzy.

Przeniosła wzrok na wnętrze doku, do którego podchodził właśnie wahadłowiec. Maszyna wsunęła się powoli na lądowisko i usiadła. Jej luk jednak pozostał zamknięty.

– Opuścić rampę – rozkazała Tania.

Pomost opadł, a Geary podszedł do jego końca, by zajrzeć do wnętrza maszyny.

Kilka sekund później na przeciwległym krańcu rampy pojawili się obaj wysłannicy generała Drakona. Admirał rozpoznał ich twarze − stali za swoim szefem na jednym z nagrań, które widział wcześniej. Kobieta i mężczyzna, oboje w mundurach. Poczuł się bardzo nieswojo, gdy oboje ruszyli w jego kierunku miarowym krokiem. Nie wyglądali groźnie, ale jakiś wewnętrzny głos ostrzegał Geary’ego, że te pozory mogą być bardzo mylące.

Kątem oka zauważył, że komandosi także się poruszyli, przybierając postawy pozwalające im na szybką kontrę, gdyby któryś z gości wykonał nieprzewidziany ruch.

Admirał nie pomyślał do tej pory, że mogłaby to być próba zamachu na jego życie. Uzmysłowił sobie też, że właśnie popełnił niewybaczalny błąd, nie biorąc pod uwagę tego aspektu przy wyrażaniu zgody na osobiste spotkanie z Syndykami, nawet jeśli nie należeli już oficjalnie do dawnego imperium. Tyle dobrego, że Tania okazała się bardziej przewidująca i zadbała o obecność komandosów.

– Pułkownik Morgan – przedstawiła się kobieta, jakby samo brzmienie jej nazwiska wyjaśniało wszystko.

Rzuciła te słowa bardzo aroganckim tonem. Mógłby jej odpowiedzieć: „Jestem Black Jack”, ale tego nie zrobił, ponieważ daleko mu było do jej zachowań. Zastanawiała go, i to bardzo. Była wciąż atrakcyjna, nawet dla niego, co przyznał w duchu, choć nie bez oporów, poruszała się z wielką gracją, jak ktoś szkolony w tańcu albo sztukach walki. Zdawała się przy tym ignorować obecność komandosów, jakby był to element bez znaczenia, więc Geary pomyślał, że gdyby wysłano ją tutaj z misją zgładzenia go, nie miałby najmniejszych szans bez względu na to, ilu otaczałoby go żołnierzy.

– Pułkownik Malin – przedstawił się mężczyzna bardziej formalnym tonem, zachowując większą rezerwę.

Wyczuwało się w jego glosie cień szacunku, jak to bywa w przypadku oficerów niższych stopniem, lecz z drugiej strony biła też z niego niesamowita pewność człowieka, który wykona każde zadanie.

Geary wiedział co nieco o generale Drakonie. Opinię wyrobił sobie na podstawie oficjalnych rozmów – nieoficjalnych do tej pory nie było, co jest chyba zrozumiałe. To zawodowiec w każdym calu, musiał przyznać. Zdaniem Geary’ego niewiele różniący się od najwyższych dowódców Sojuszu.

Tych dwoje Drakon miał zawsze przy sobie, jakby byli jego najlepszymi doradcami. Nie wiadomo tylko, czy była to szeroko stosowana praktyka ważniaków ze Światów Syndykatu czy też Drakon czuł się pewniej, mając przy sobie tak zabójczych pomocników.

Geary skinął głową obojgu, próbując zachować kamienną twarz, by nie zdołali odczytać tych myśli. Ci ludzie wiedzieli doskonale, z kim mają do czynienia, więc przedstawił im jedynie Tanię.

– Kapitan Desjani.

Tylko skończony głupiec nie zauważyłby, jakim wzrokiem mierzy się ta trójka. Poza krótkim przedstawieniem nie padło jedno słowo, ale miny wszystkich mówiły wiele. Tania taksowała przybyszów spojrzeniem tak samo, jak szacowała siły wroga przed bitwą w przestrzeni. Nie ulegało wątpliwości, że także zrozumiała, jakim mogą być zagrożeniem.

Przeszli do zabezpieczonej sali odpraw szybko, w milczeniu. Wszystkie korytarze zostały opróżnione zgodnie z rozkazem Desjani.

Gdy goście przekroczyli próg, Tania zamknęła właz, pozostawiając eskortę na zewnątrz, choć widać było, że wolałaby tego nie robić, po czym zajęła miejsce i spojrzała na oboje pułkowników, nie zapraszając ich, by usiedli.

– Cóż takiego ma nam do zakomunikowania wasz generał, że musiał posunąć się do przysłania emisariuszy? Nie łatwiej byłoby załatwić to zaszyfrowaną wiadomością?

Zamiast odpowiedzieć wprost, oboje skupili wzrok na Desjani. Malin przyglądał się jej z cieniem dociekliwości, natomiast wzrok Morgan był wyzywający.

– Ta sprawa dotyczy tylko admirała – rzuciła w końcu pułkownik Morgan.

– Takie otrzymaliśmy rozkazy – dodał pułkownik Malin, zerkając z poirytowaniem na swoją towarzyszkę. – Mam nadzieję, że pan to zrozumie, admirale.

Geary rozsiadł się wygodniej, jakby chciał im pokazać, że pomimo zagrożenia czuje się pewnie i to on tu rządzi.

– A ja mam nadzieję, że wy zrozumiecie, iż nikt nie będzie mi dyktował, co mam robić na pokładzie własnego flagowca. Kapitan Desjani dowodzi tym okrętem i jest moim najbardziej zaufanym doradcą. Dlatego będzie uczestniczyła w naszej rozmowie.

Malin zawahał się, ale w końcu skinął głową na znak zgody.

Morgan natomiast wyglądała na rozbawioną, gdy przenosiła wzrok z Geary’ego na Tanię.

– Rozumiemy... że łączą was specjalne więzi – rzuciła takim tonem, że Desjani natychmiast zacisnęła zęby.

Admirałowi także się to nie spodobało, lecz nie zamierzał się tłumaczyć przed tą parą z osobistych wyborów.

– W takim razie przejdźmy do rzeczy.

Pułkownik Malin przemówił, podobnie jak wcześniej, pełnym szacunku formalnym tonem:

– Prezydent Iceni upoważniła nas do przekazania prośby o osobiste spotkanie z Tancerzami.

Geary wzruszył ramionami.

– Przekazaliśmy już prezydent Iceni, że Tancerze odmówili osobistych kontaktów nie tylko z nią, ale też z pozostałymi mieszkańcami systemu. Nie wiemy, dlaczego to zrobili. Oni nie mówią nam, czym się kierują w takich wypadkach. Mogę ich zapytać ponownie, aczkolwiek wątpię, aby udzielili mi innej odpowiedzi.

– Poza tym – wtrąciła Tania − wasza prezydent może mieć spory problem z osobistym spotkaniem z tymi Obcymi.

– Widzieliśmy nagrania, które udostępniliście – zapewnił ją pułkownik Malin, prezentując cień uśmiechu. – Wiemy więc, że Tancerze są...

– ...odrażający – dokończyła Morgan.

– Ale uratowali wam tyłki – zapewniła ją Tania zwodniczo miłym tonem.

– Chcielibyśmy podziękować za ocalenie planety przed bombardowaniem Enigmów. – Malin przejął inicjatywę, zanim jego towarzyszka zdążyła ponownie otworzyć usta. – Wolelibyśmy uczynić to osobiście, gdyby mógł im pan to przekazać.

– Tyle mogę zrobić – stwierdził Geary obojętnym tonem.

– Generał Drakon przesyła także osobistą prośbę o umożliwienie nam dostępu do okrętu, któremu nadaliście nazwę Niezwyciężony. Rozumiemy, że dostęp ten będzie ograniczony...

– Nie – uciął Geary. – Ten okręt kryje w sobie jeszcze wiele tajemnic, a wasz generał sam stwierdził, że macie w systemie zbyt wielu dobrze ukrytych szpiegów Światów Syndykatu. Nie mogę ryzykować, że nawet ta odrobina wiedzy o technologii Obcych, jaką do tej pory poznaliśmy, trafi także w ich ręce. Powiem to wprost, pułkowniku. Żaden z powodów, które wymieniliście, nie jest tak ważny, abyśmy musieli rozmawiać o nich w cztery oczy. O co naprawdę wam chodzi?

Malin skinął głową, wyglądał przy tym na człowieka, który podziwia przeciwnika za to, że nie dał się zwieść.

– Nadarza się świetna okazja, admirale. Okazja do załatwienia sprawy, która jest solą w oku dla pana, generała Drakona i prezydent Iceni. Nasz system nie będzie bezpieczny, dopóki nie usuniemy operującej w nim flotylli Boyensa, która jest liczniejsza od naszych sił mobilnych. Z pańskich wypowiedzi w rozmowach toczonych na najwyższym szczeblu prezydent Iceni i generał Drakon wywnioskowali, że pan także wolałby, aby okręty Światów Syndykatu opuściły Midway, zanim i pan stąd odleci.

– Albo jeśli będzie pan miał na to ochotę, żeby zostały zniszczone – dodała pułkownik Morgan, uśmiechając się pod nosem, jakby opowiedziała dowcip zrozumiały dla obu stron.

– Cóż to za okazja? – zapytał Geary, nie odpowiadając jej bezpośrednio.

Im dłużej przebywał w pobliżu Morgan, tym bardziej go niepokoiła. Nie chodziło tylko o jej atrakcyjność, o tę zabójczą grację pantery połączoną z nieludzkim powabem. To była bardzo niebezpieczna kobieta, choć zupełnie inaczej niż Tania, najbardziej go jednak złościło, że mimo wszystko czuje się zafascynowany jej osobowością.

Nie wiedział, czy jego żona zdołała to wyczuć. Skupiała teraz uwagę na Malinie, ignorując obecność jego towarzyszki, ale Geary zbyt wiele o niej wiedział, by dać się zwieść pozorom. Morgan prawdopodobnie także to wyczuwała i rozbawiona tym robiła, co mogła, by rozdrażnić Tanię jeszcze bardziej.

Z tego, co jednak admirał zauważył, Desjani uspokoiła się nieco, na jej twarzy pojawił się nawet cień uśmiechu. Taktycznego uśmiechu. Zrozumiała już, do czego dąży pułkownik Morgan, i postanowiła rozegrać ją po swojemu.

Malin tymczasem, także udając, że nie dostrzega spięcia pomiędzy obiema kobietami, kontynuował:

– Tą okazją jest przybycie na Midway ciężkiego krążownika. Załoga jednostki C-712 odmówiła pozostania w naszym systemie, choć wystosowaliśmy takie zaproszenie. Zaproponowaliśmy więc, że jeden z naszych ciężkich krążowników odeskortuje ją do punktu skoku, by bezpiecznie wróciła do swojego systemu.

– To miłe z waszej strony – skomentowała Tania rzeczowym chłodnym tonem.

– Wspomaganie innych jest najprostszym sposobem na zyskanie nowych przyjaciół, a Midway potrzebuje w tym momencie każdego sprzymierzeńca – odparł Malin. – A już zwłaszcza przyjaciół dysponujących ciężkimi krążownikami. Oni przydadzą się najbardziej, gdy pan już stąd odleci, admirale. Ci przyjaciele mogą nam jednak oddać przysługę już teraz, nawet o tym nie wiedząc. Z tego powodu prezydent Iceni i generał Drakon zaoferowali im przydzielenie eskorty, ponieważ powinno się to przysłużyć nie tylko naszej, ale i pańskiej sprawie. Jeśli będziemy współdziałali, zdołamy pokonać Boyensa, z tym że będzie to możliwe tylko wtedy, gdy do samego końca nie zorientuje się, że jest wciągany w pułapkę.

Geary bez problemu rozpoznał reakcję milczącej Desjani. Nie. Żadnych układów z Syndykami. Żadnej „współpracy” z draniami. Uznał jednak, że nie zaszkodzi posłuchać, co mają do zaoferowania.

– Proszę kontynuować – zachęcił Malina.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dla Roberta, mojego młodszego brata, który umiał się pozbierać z każdego życiowego niepowodzenia. Był najsilniejszy z nas. I dla Debbie K., jego żony, która dała mu to, czego zawsze szukał, została przy nim do końca i na zawsze już będzie moją rodziną.

Dla S., jak zawsze.

Podziękowania

Pozostaję dłużnikiem mego agenta Joshui Bilmesa za jego inspirujące sugestie i wsparcie oraz mej redaktorce Anne Sowards za jej pomoc i pracę nad tekstem. Podziękowania niechaj przyjmą również: Catherine Asaro, Robert Chase, J.G. (Huck) Huckenpohler, Simcha Kuritzky, Michael LaViolette, Aly Parsons, Bud Sparhawk i Constance A. Warner za ich podpowiedzi, uwagi i rady.

Jack Campbell,

a właściwie John G. Hemry (bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko), autor militarnych powieści science fiction. Tworzy je, czerpiąc inspiracje z własnych doświadczeń z czasów, gdy jako oficer (obecnie na emeryturze) służył w U.S. Navy. Ukończył U.S. Naval Academy, a jego ojciec także służył w siłach zbrojnych USA. Popularność przyniosły mu dwie książkowe serie: Stark’s War i Paul Sinclair. Pod pseudonimem Jack Campbell opublikował kolejną serię zatytułowaną Lost Fleet, która szybko zyskała sobie status bestsellerowej. Została przetłumaczona na kilkanaście języków (w tym także rosyjski, francuski i polski).

Obecnie mieszka w Maryland wraz z żoną i trójką dzieci.

Copyright © by John G. Hemry jako Jack Campbell Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2017 Copyright © for translation by Robert J. Szmidt, 2017

Tytuł oryginału The Lost Fleet: Beyond The Frontier: Guardian

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-262-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Projekt okładki black gear Paweł Zaręba

Ilustracja na okładce Michael Komarck

Redakcja Urszula Gardner

KorektaKatarzyna Bagier

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl